<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lublana
Podtytuł Baśń
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1879
Druk Drukiem S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Księżyc jeszcze nie dobiegł do pełni, a już młoda wiosenka świat odmieniła, ani go poznać. Gdzie niedawno przez drzewa nawylot świeciło, teraz ani było przejrzeć za liśćmi gęstemi; na łąkach stare trawy żółte znikły, tak młode ponad ich głowy powystrzelały. Brzozy warkoczami wonnemi wiewały jak dziewczęta kosami; dęby miały już żółte liście; głóg kwitnął jak śniegiem osypany, a ptacy gniazda na gwałt słali, aby czasu nie stracić.
Lasy, w których było długo cicho, jakgdy się ludzie spać pokładną, teraz, by w gospodzie czasu targu, rozlegały się rozmowami a wołaniem. Z jednej gałęzi na drugą, z jednego drzewa na drugie, wołali się i kukali ptaszkowie, swatając, zapraszając się, kłócąc. Kukułki się śmiały, naglądając kędy im wygodniejszą pościel przygotują. Ponad bory, ponad szumy, jastrzębie i orły płynęły, wybierając kogoby pochwycić.
Takiej wiochny kochanej dawno nie pomnieli ludzie. Często ona zawodzi, niby przyjdzie, uśmiechnie się, a potem lunie słotą, smaga chłodem i co żyje uciekać musi — ani nosa na świat pokazać. Ta przyszła jakaś serdeczna, wesoła, cieplusieńka, a gdy się rozpłakała, to nie nadługo i łzami tak ciepłemi, że po nich tchnąć było miło.
Radowali się wszyscy, szczególnie młodzi, bo się zbliżało święto majowe, gdy zwykli Śmierć wyganiać a Lato i Życie wprowadzać. Bywało, że na ów Maj i liścia zielonego zabrakło, a po błocie pląsać i w deszcz a gromy pieśni zawodzić — niéma ochoty. Wszyscy się na te świątki zielone sposobili, aż się twarze śmiały. Jeszcze do nich kilka dni pozostawało, więc na miesiąc pilno patrzano, rychło-li wyrośnie i da znak. Zdało się, że jak na złość, leniwo teraz przybierał i ciągle jeszcze mu policzka jednego brakło.
Tymczasem wieczorami śpiewano do niego pieśni, aby nie marudził.
I tego dnia o zachodzie słońca, w pobliżu Ryżcowej zagrody, na uroczysku, co je zdawna zwano Babiem Polem, bo tam się dziewczęta i niewiasty rade zawsze gromadziły, kołem siedziały w bieli w wiankach na głowie, wszystkie młode z okolicy.
Choć to się zwało polem, nie na pole, lecz na polankę wyglądało. Nad zieloną łąką, której brzegiem biegł strumień przez moczary, stało dębów odwiecznych kilka, rosochatych, rozłożystych, szerokich, pod które w południe nawet słońce nie zajrzało. Nie pozwalały one tam rosnąć nikomu w pobliżu, ziemi nie dając, powietrza skąpiąc; stały sobie samiutkie jak wielkie bohatery, co towarzyszy nie mają. Tyle tylko, że u nóg ich wolno było trawie zielonej rosnąć, a i ta sprawiała się skromnie, nie puszczając bujnie; pełzała przy samej ziemi. Kwiatka tam żadnego widać nie było nawet; przybłąkał się który od pola, to ledwie pożywszy trochę, z głodu i tęsknoty umierał.
Na pniach i korzeniach mchy miały pozwolenie się czepiać, aby dębom ciepło było. Siadłszy na ziemi pod niemi, człek, gdy spojrzał wkoło, widział tylko łąki malowane i w dali lasu skraje. Dziewczęta tu mogły i śmiać się i gwarzyć i śpiewać co chciały; nikt ich tu nie podsłuchał: parobkom nie godziło się, ojcom nie było w głowie. Stare też matki nie miały po co chodzić, aby im młode pieśni i śmiechy serca nie psuły, bo co uleciało nie wraca, a co nie powróci, to smuci.
Sama młodzież się tu wieczorami zbiegała na zabawy.
Siedziały i teraz na trawie wokół, według obyczaju, bo czy starzy czy młodzi gdy się dawniej schodzili, stosownie do obrzędu odwiecznego, kołem się mieścili. Gdzie koło było, tam i powaga i coś świętego, nie tak jak gdy rozpierzchły się i samopas chodziły. W kole też nikt ich zaczepić nie śmiał, bo koło miało prawa swoje.
A gdzie się ono zebrało, tam zawsze jedna królowała, którą sobie same wybrały. Tak radzili starzy, tak i młodzi, i parobki, i dziewczęta.
Miło było spojrzeć na te dziewuchy, wszystkie już dorosłe i z wianuszkami na głowach w bieli wszystkie, w perłach i koralach na szyjach, z kolcami błyszczącemi na rękach.
O czem radziły? co było ich sprawą? Dziewczęca rzecz pieśni się uczyć, wianki pleść, o swatach szeptać, sny sobie tłómaczyć, a świątki, na których pląsy są, wcześnie układać.
Było ich z dziesiątek, bogatszych i uboższych, jedna w drugą rumianych i hożych, a tak jednako przystrojonych, że chyba po dostatku bursztynów poznać było można, która z zamożniejszej przyszła chaty.
W środku koła siedziała Ryżcowa Lublana; choć jej nikt nie obierał tu starszą, samo się złożyło, że nią była.
Dziewczęciu temu dziwowali się wszyscy. Ojciec jej Ryżec, człek był krępy, mały, grubo-karczysty jak żubr, rąk ogromnych, nóg jak stąpory, rudy, brzydki i straszny. Znali ludzie jej matkę Wolichę: niewiasta była chuda, czarna, zła, kłótliwa i zamłodu nawet nie hoża, choć rozum miała wielki a do pracy taką ochotę, że nie wiedzieli kiedy spała. Dla rozumu i dla rąk wziął ją Ryżec, a gdy umarła, płakał po niej, bo drugiej takiej gospodyni już nigdzie-by nie dostał. Ni do ojca ni do matki Lublana nie była podobna: liczko miała białe, na którem rzadko postał rumieniec, oczy czarne wielkie, kosy krucze po kolana, postawę gibką by trzcina. Nie miała wzrostu matki, ani ojcowskiego, małą nie była ani zbyt smukłą, a silną i odważną jak chłopiec.
Twarz jej śmiała się czasem jak dziecinna, ale umiała i brwi namarszczyć, a naówczas straszną się stawała, że jej inne z drogi uchodziły, i, choć nie przymilała się nikomu, wszyscy za nią przepadali.
Inne, rumieńsze, słuszniejsze, weselsze dziewczęta, choć się bez niej pięknemi zdawały, przy niej nikły i chciało się je do żaru odesłać, lub za krośna. Ojciec ją miał jedyną; mówili, że kochał, powiadali że przepadał za nią — ale czasem groził, bo Lublana niebardzo go słuchać chciała, a począł stary łajać gdy się pogniewał, stała jak słup, słowa nie mówiąc, ręce na piersi założywszy, bledła i czerwieniała tylko.
Druga-by rozpłakała się i uciekła, i Ryżec tego chciał, żeby łzy z niej dobył i pokorę; przecie tego nie dokazał nigdy. Ona go zawsze przestała milcząc, aż, pogniewawszy się i naburzywszy, odchodził, gniew na pole wynosząc.
Ze wszystkimi była śmiałą, z nią nikt prawie. Wesoła czasem, pośmiała się z młodzieżą, ale ukradkiem do niej przystąpić, jak do innej, nie ważył się żaden. Zaraz-by brwi czarne namarszczyła — strach ogarniał.
Co było chłopaków, kmiecych synów, bojarskich i żupańskich dzieci, ba i kneżąt nawet, wszystko biegło gdzie ją można było zobaczyć, bo słynęła szeroko.
Ojcowskie ziemie i dostatki, pewno się do tego przykładały, bo Ryżec bogaty był jak mało, ale Lublana, choć uboga, ciągnęłaby do siebie. Mówiły stare, że takie oczy miała.
Z dawnych to wieków wiadomo, że przez oczy dusza patrzy i mówi. Człowiek, choć czasem nie rozumie co mówi, słyszy głos potężny i trwoży się: tak oczy Lublany prawiły też rzeczy straszne i silne. Chłopcy mawiali, że, popatrzywszy w nie czasem, czuli się pijanymi jak po starym miodzie. W głowie się im mąciło i zawracało.
Kto miał rozum, ten też jej unikał.
Sam ojciec, choć był w najsroższym gniewie, gdy to wejrzenie śmiałe spotkał, spuszczał głowę i szedł precz.
Źli ludzie powiadali, że uroki rzucała: niejeden za koszulę kładł ziele od nich, gdy się z nią miał spotkać. Gdy zestarzeje — mawiali — wiedźma będzie straszniejszą niż Jaga.
Tymczasem Lublana młoda była i codzień rozkwitała piękniejszą.
Tego wieczora wesołe były jej rówieśnice — i ona. Plotło się żywo dziwne baśnie, wyrywały się piosenki, zadawano sobie gadki, szeptały niektóre do ucha sąsiadkom, inne w głos coś obwoływały; a że w krzakach za dębami słowiki już zawodzić zaczynały, śpiewkami się im przekomarzano.
Największą było nowiną to, że w Świątki Majowe, w zieleni, w gałęziach i wiankach, Lublana miała iść, przodując pieśni i pochodowi.
Ryżec zrazu nie chciał pozwolić na to, bo we Świątki swawoli zawsze dosyć, a on się z jedyną swą nosił wysoko — i nie rad był ją widzieć w tłumie. Lublana się trochę uparła i na swojem postawiła. Pochodowi i orszak chłopców miał towarzyszyć; do niego należało bałwana Marzanny wystroić, którego potem w stawie utopić miano.
Szła mowa o tem, jak pieśń śpiewać się miała. Początek jej umiały wszystkie, dalej każda inną zwrotkę, którą kędyś zasłyszała. Z tych pozbieranych po drodze kawałków jednej pieśni na świątki się składała ta, którą odśpiewać miano.
Gdy dziewczęta spór wiodły o lepszą, każda ze swoim pieśni urywkiem, Lublana milczała, słuchała i jak najwyższy sędzia, ku któremu wszystkie oczy biegną, czekała, żeby zawyrokować co wziąć, a co odrzucić.
Wkońcu i pieśni się przebrało, i pamięć nie starczyła. Jedna z dziewcząt wyrwała się z tem, że po okolicy słychać było, jakoby kneziowscy słudzy staremu Leszkowi Sroce młodej znowu żony szukali, bo mu się ostatnia sprzykrzyła. Mówiąc to, spojrzała na Lublanę, która się zarumieniła.
— E! ty — Mucho brzękliwa — odezwała się królowa koła — co ty tam pleciesz a patrzysz na mnie, a odwagi nie masz powiedzieć co myślisz? Do mnieś to piła?
Rozśmiała się Mucha, spuściła głowę, pomyślała trochę i, podnosząc oczy, zebrawszy się na odwagę — rzekła:
— Czy do Lublany pić nie wolno?
— Wolno, tylko się fartuchem zasłaniać nie trzeba — odparła Lublana raźno. Czemuś nie rzekła, że słyszałaś o tem, iż do naszej zagrody kneziowscy posłowie zajeżdżali? Albo mi to srom?
Zamilkła nieco i mówiła dalej:
— Ojciec mnie przecie nie da staremu dziadowi na szóstą czy siódmą! Jam-ci u niego jedna.
— A kneziową żoną być! — szepnęła druga cicho, choćby tam i szóstą! Albo to źle? Po wodę chodzić nie trzeba, chrustu nosić nie każą, ognia palić, strawy warzyć, siedzi kneźna w swej świetlicy; gdy chce, w krosnach szyje, gdy jej wola zaśpiewa; gdy pić zechce, to jej rabka kubek poda poklęknąwszy, czołem bijąc; gdy się jej kolca zażąda, choćby złotego, to je wyprosi. Chłodu ni głodu nie zazna!
Lublana słuchała, a trzecia z rzędu przerwała:
— Zdaleka to tak świeci! Kneziowie biją i karzą srodze. U nich, co dziś miłe, jutro na śmiecie. Nie taka to dola złota, jak się zdaje!
Inne milczały, trawę zrywając i z ukosa spoglądając ku Lublanie, od której słowa czekały. Aż się i ona odezwała:
— Nie pilno mnie ojcu z domu dać, bo nikogo nie ma i sam-by został z wróblami na dachu, ze srokami na płocie, ani mnie pilno na kneziowskie gody.
— Jakby za innego? — szepnęła złośliwie ta, którą Muchą nazwała Lublana.
— Mów, za kogo? kiedy wiesz? — odparło dziewczę śmiało.
Mucha spłonęła rumieńcem jak mak czerwonym; potem śmiać się poczęła i, twarz do ziemi przyłożywszy, rękami ją przysłoniła. Śmiały się i inne. Lublanie śmieszek chodził koło ust, ale go trzymała w sobie.
— Kiedy co wiecie, mówcie — rzekła — nie boję się!
Najmniejsza, psotnica, którą zwali „Dziubką,“ dziewczę lat ledwie piętnastu, chude jeszcze i niekształtne, z małą główką, w której bystre oczki siedziały, porwała się śmiejąc.
— Ot co zgadywać mamy! — zawołała. — Weźmy pięć kamuszków, postawmy je rzędem, zamyślimy na chłopców; niech Lublana wybierze.... sama się wyda.
Wszystkie zakrzyknęły i porwały się, szepcząc, chichocząc, gżąc, stawić kamuszki przed Lublaną, która się zamyśliwszy, nie przeszkadzała temu.
Dziubka, śmiejąc się najgłośniej, od jednej do drugiej chodziła, do ucha zbierała na kamuszki imiona, i opowiadała, który miał kogo znaczyć.
Biały, duży a plamisty, dostał imię Leszka Sroki; szary nazwany był Dęborem; mały i niepozorny Ziębą; chropawy i niezgrabny Myszką; a gładziutki i kształtny Mirkiem. Klaskały dziewczęta w ręce i aż podskakiwały z radości, wołając: — wybieraj!
Lublana ramionami ruszyła.
— A po co się to zdało? — spytała obojętnie. Wy mnie nie poswatacie ani zamąż dacie. Kamienie mnie nie oczarują.
— Wybieraj! wybieraj-że! — wołały dziewczęta.
Jedna znich rzuciła się na szyję Lublanie, prosząc, druga przypadła do jej kolan.
— Wybieraj!
Wahała się Lublana.
Oczy jej biegały z jednego kamyka na drugi, jakby znaczenie ich odgadnąć chciały.
— Co wybierać mam kamienie, kiedym ja jeszcze nie wybrała w myśli nikogo? — odezwała się.
— Nieprawda! — zawołała Mucha, — a! nieprawda! Co my przed sobą się wstydzie mamy, albo to jedna jest coby sobie już nie napatrzyła lubego. Ta smarkata Dziubka (pogroziła jej na nosie), a i ta!
Dziubka przybiegła z tyłu i rękami obiema usta jej zamknęła, aż Mucha się na wznak na ziemię obwaliła. Śmiech powstał wielki, przerywany wołaniem:
— Wybieraj!
Lublana, jakby zmuszona, pochyliła się, zadumała, rękę podniosła i nagle za gładki kamyk Mirka chwyciła.
Od wołania dziewcząt aż się po lesie rozlegało, taki powstał krzyk i w ręce klaskanie.
— Mirkaś wybrała! — zawołała Mucha — a tośmy wiedziały wszystkie, że innego wybrać nie mogłaś. Ten twój!
Zarumieniła się Lublana i oczy jej zaiskrzyły się, potrząsła głową.
— Gorszy od drugich nie jest! — rzekła — ale do wyboru daleko! A jakichżeście to mi nastawili? — spytała, wskazując ręką.
Pośpiesznie Mucha każdego jej nazywać zaczęła, a dziewczę głową potrząsało.
Siedziały, jeszcze pieśń jakąś zanuciwszy do „Jaskółki i Wiochny“, gdy głos silny, czysty, ale niedziewczęcy, zpoza dębów im odpowiadać zaczął. Strwożyły się trochę; Dziubka na ziemi się położyła, spojrzała w stronę zkąd śpiew szedł, i zawołała, rękę podnosząc:
— Rusa!
A tuż zza pnia dębu pokazała się stara, w płachcie, z kijem w ręku, powoli ku nim idąca.
— Cóżeście tu w tem Babiem Kole dobrego uradziły! — odezwała się wesoło, zbliżając się ku nim. — Będą się parobki zpyszna mieli, gdy wojnę przeciw nim uchwalicie. Byle pierwsza, co się naprzód wysunie, nie dostała się któremu w niewolę i wianuszkiem się nie okupiła.
Dziubka wstała.
— Matuniu Rusa — odezwała się, rękami chudemi wywijając — myśmy wojny nie wypowiadały, a no, strach nam, aby nam naszego Wojewody nie zabrał wróg, — wskazała na Lublanę.
— Na nią pono się nasadzili!
— Sroczko ty mała! — odparła Rusa, tobie jeszcze o tem nie czas rozprawiać. Jeszcze ci pióra nie porosły! Idź kury karmić, nie do koła siadać.
— Matuś — piętnaście mam! niech inne poświadczą — a com winna, żem chuda? Jak mnie który weźmie, podkarmi, będzie ze mnie taka jak i drugie! Nie zlęknę się!
Śmiano się z Dziubki, Rusa głową potrząsała.
— Skrzydeł to nie ma: a latać-by chciało! — mruknęła — patrz, byś sobie nosa nie zbiła.
Rusa stanęła nad kołem dziewczęcem; w pomarszczonej jej twarzy drgało coś jak wspomnienie tych lat młodych, gdy i ona tak wiosną do śpiewu i śmiechu siedziała.
— E! wy! wy! psotnice! — poczęła! — Żytko takie czarne, dole takie marne, a u was na wargach ino śmiechy!
Alić, może tak dobrze, abyście się choć w wiankach pośmiały, bo pod namitką łzy są.... Odwróciła głowę ku Lublanie.
— A wam co, kneziowa moja — dodała — że wy i tu markotnie siedzicie?
— Nie zwijcież mnie kneziową, gdy chcecie, bym była wesołą — zawołała Lublana.
— A jak was mam zwać? — spytała stara.
Mucha śmiejąc się — przerwała.
— Gdy Leszkową nie chce być, to ją zwijcie choć Mirkową; może się rozśmieje?
Nie rozśmiała się Lublana, ale wszystkie dziewczęta poszły w śmiech.
Rusa ustami poruszała, jakby coś mówić chciała.
— Właśnie od Mirkowych pól idę — rzekła, wpatrując się w Ryżcównę. Chodziłam do zdrojowiska, co na jego ziemi płynie, po żywiącą wodę dla chorej Płatwowej. Ot, i tak się dziwnie złożyło: Mirek siedział u zdroju ze starym Czaplą; widziałam go, mówiłam z nim.
Wszystkie dziewczęta, pożerając ją ciekawemi oczyma, patrzyły na nią. Lublana jedna wzrok wlepiła w ziemię.
— O czem? — spytała Mucha.
— O kim? — szepnęła Dziubka.
— To mnie wiedzieć, nie wam, — odezwała się Rusa. — Czem-że stara baba młodemu chłopcu ma być, kiedy nie swachą? Czas-bo dobry mu się żenić. Raiłam mu różne.
Jakby wziął Ludkę od Wębora — albo-by to źle było?
To mówiąc, stara popatrzała na Lublanę, lecz nic z niej zmiarkować nie mogła. Mucha jej zaraz przerwała krzykiem.
— Ta mu dobrze życzycie! Ludka i nie krasna i chorowita, a Wębor co po niej da?... dwa przetaki sieczki....
— Albo mu to potrzeba wiana? — odparła Rusa — ma i ziemi i chleba dosyć. Ludki-ście nie widzieli dawno: wykraśniała a choroby się zbyła. Taka, co zamłodu się wystękała, pewniejsza od tych, co dziećmi zdrowe były.
— Niechaj bierze Ludkę — odezwała się głosem przymuszenie wesołym Lublana. — Czemu nie? Nikt mu tam na zawadzie nie stanie i nie przeszkodzi. Pokłoni się raz to i starczy: dadzą z ochotą.
Ruszyła ramionami.
— Mirek wart dobrej żony — dodała stara, wciąż się wpatrując w Lublanę. U niego babie dobrze będzie i głodem nie zamrze.
Gdy to mówiła baba, Lublana się zerwała z miejsca, obejrzała do koła. Słońce zaszło było dawno, księżyc niecały wychylał się zza lasów.
— Dość już tej rady i zwady i śmiechu i śpiewu! Do domu! — zawołała na dziewczęta, które się z ziemi podnosić zaczęły.
Zwróciła się do Rusej.
— A wy, matko — dodała — zemną na nocleg do Ryżcowej zagrody — pójdziemy razem.
Stara przyzwalająco głowę skłoniła.
Wnet dziewczęta się parami dobierać zaczęły, jak im było do chat iść najlepiej. Zaśpiewała jedna:

Hej! do domu czas,
Czekają na nas!

a wszystkie chórem znaną tę pieśń raźno zawodzić zaczęły. Lublana, dawszy się innym wyprzedzić, sama z Rusą została. Spostrzegły to jej towarzyszki i, szanując wolę dziewczęcia, zostawiły ją z babą.
Gdy przodownice kroku przyśpieszały, Lublana jakby na umyślnie go zwalniała.
Rusa milczała, idąc, i niby śpiewu słuchała zamyślona, gdy nagle obróciła się ku niej Lublana z twarzą bladą i oczyma świecącemi dziwnie wśród mroku.
— Musicie dobrze życzyć Mirkowi — zawołała — kiedy mu Ludkę raicie, albo to nie wiecie, że siostra jej uszła precz od męża z Niemcem, co u niego skóry kupował? Albo nie wiecie co druga siostra wyrabia, którą za Marniaka dali? ani krasy, ani statku, ani wiana! Swacha z was dla wrogów! Śmiała się, mówiąc z goryczą.
— A kogóżem mu swatać miała? może ciebie? hę? — rozśmiała się Kusa. Ty-byś go nie chciała, ojciec twój-by ma niego ani patrzył, i Leszek jeszcze słałby nań zbójów, aby odebrać, gdyby nawet wziąć się udało!
Zmilczało dziewczę.
— Albo to mało innych! — dodała, idąc dalej.
— Ty-byś go nie chciała?... — spytała Rusa nalegając. Nie było żadnej odpowiedzi.
— A ojciec?
Ruszyła dziewczyna ramionami, nie mówiąc i na to nic.
— Cóż kneź ten Sroka? — dodała w końcu baba.
— Kneź? — zawołała gwałtownie Lublana — niedoczekanie tego dziada, aby mnie on tknąć miał.
Wstrzęsła się aż Lublana.
— A gdy ojciec każe? gdy inne żony odpędzi? gdy gwałtem wezmą?
Obejrzała się Ryżcówna ku starej i uśmiechnęła.
— Gwałtem mnie nie weźmie pono nikt — rzekła. — Biorą-ć inne, ja się nie dam. W dziewiczy wieczór, z obciętemi kosami-bym z dzieży wstała i w las uciekła.
— A w lesie cobyś robiła? — spytała Rusa.
— Żyłabym w gąszczy jak inne stworzenia! — dodała Lublana.
Jakbym na chatę Rusej napadła gdzie w ostępie, i ta-by mnie nie wygnała.
— A nie! nie — odpowiedziała baba, tylko, że Rusa chaty nie ma.
— Gdzież Rusa siedzi, gdy jej po świecie nie widać?
Baba się rozśmiała.
— Rusa! Od ogniska do ogniska się włóczy, a gdy nogi zabolą, w dziupli siedzi, w starym dębie na Zabojowem uroczysku.
— Siedziałoby nas dwie! — odezwała się, patrząc na nią Lublana.
— Kto wie? i dwie-by się może w ten spruchniały pień zmieściły, gdyby go poprosić! Mój dąb jak chata: kto w nim gospodarzył przedemną, nie wiem; teraz ja w nim sama. Tylko bieda, że do niego trzeba się do góry drapać, nim się do głębi spuści. I w izbicy u mnie ciemno, bo jedno okno w górze nad głową, i to małe, a gdy słota to je trzeba zakryć, aby na posłanie nie ciekło.
Śmiała się, mówiąc.
— Bajkę mi prawicie — przerwała Lublana.
— Prawdę mówię — odparła stara. — Miałam ci i ja chatę i zasieki, i męża i dostatek. Przyszła jedna noc, wszystko wzięła. Na popieliskach siedziałam długo, martwą głowę jego na kolanach trzymając, wypłakałam wszystkie łzy, poszłam w świat. Kto ból w sercu nosi, chodzić musi: gdyby siadł, umarłby.
Szły kawał drogi, nie mówiąc do siebie. Z dziewcząt, które im przodowały, znaczniejsza część rozproszyła się po innych drożynach. Dziubka z Muchą tylko przed niemi śpiewając, wlokły się, oglądając, poszeptując....
W zaroślach robiło się coraz ciemniej, a księżyc, choć się był podniósł do góry, mało gdzie mógł ze światłem swem przedrzeć się przez gałęzie. Rzadko na ścieżce pasek biały gdzieś leżał, i jeszcze przy nim było straszniej. Lecz do zagrody Ryżcowej już było niedaleko. Zdala odzywało się psów szczekanie, których głosy dobrze znała Lublana, i w powietrzu dym czuć było z wieczorną drzew wonią zmieszany. Cisza nocy panowała nad okolicą; oprócz ptactwa nocnego żadnego głosu słychać nigdzie nie było. Na błotach huczały derkacze i sowa kwiliła gdzieś na drzewach, a słowik wieczornicę swą miłosną zawodził.
Rusa wsłuchiwała się w to życie wieczorne, jakby je zrozumieć i wróżyć coś z niego chciała. Lublana szła raźno, pośpieszając; a gdy z gąszczy się wydobyły, tuż i zagroda ukazała się przed niemi.
Stała obszerna i warowna, gdyby gródek jaki, szeroko się na wzgórzu rozłożywszy i przypierając do lasu. Księżyc ją oświecał całą, a że wrota wielkie miały przed sobą, Lublana postrzegła zaraz, że coś u Ryżca działo się, czego odgadnąć na pierwsze wejrzenie nie umiała. Stanęła jak wkuta, pilno się przypatrując.
Wielkie wrota, o tej porze już zawsze zaparte, stały naoścież otworem. W podwórku widać było ludzi gromadę wielką, poruszającą się, ale cichą. Z okien otwartych chaty świeciło mocno. Około studni chodzono też z łuczywem i pod innemi budowlami. W półmroku nocnem i słabem świetle księżyca, ledwie rozeznać było można ludzi zbrojnych, i u niektórych dzidy wysokie w rękach. Rusa uderzyła w dłonie.
— Hej! Lublana! — krzyknęła — o wilku mowa, toć nie kto inny zajechał do was w goście, tylko Leszek Sroka!
Ja, choćbym go nie poznała, to poczuję. A któżby inny tyle gromady prowadził z sobą? To on! to on! Nie po kogo, tylko po ciebie! Nie darmo tak ludno!
Lublana stała, załamując ręce, brew się jej ściągnęła z gniewu, chwilę milczała, wahając się.
— Nie pójdę do chaty! — zawołała — nie pójdę za nic, choćbym, niewiem ile dni po lesie błąkać się i surowemi grzybami żyć musiała; nie pójdę.
Rusa się zbliżyła do niej — a cóż zrobisz? — spytała.
Dziewczę się namyślało trochę.
— W gaju za zagrodą jest odryna, w której siano trzymają. Chodźmy tam razem, przesiedziemy lichą godzinę: juści on tu wiekować nie będzie. Ojciec pomyśli co chce, żem się w lesie obłąkała!
To mówiąc, pociągnęła Rusę za sobą w krzaki, i boczną, dobrze znajomą ścieżką puściła się, prowadząc ją ku szopie, samotnie stojącej na pagórku. Nie wiele czasu potrzeba było, aby do niej dojść. Stała, jak naówczas wszystkie budowle, otworem, bo nikt, nawet chat nie zamykał, choć wszyscy wychodzili w pole, a dla głodnego gościa, gdy gospodarzy nie było, chleb zawsze leżał na rogu stołu.
Lublana chwyciła za drąg i otworzyła szopę, w której jeszcze trochę siana przeszłorocznego i słomy leżało. Wpuściwszy Rusę, drzwi bardzo zręcznie zawarła znowu za sobą. Tu dopiero, rzucając się na siano, głowę w dłonie ująwszy, jęczeć zaczęła, i na dolę swoją narzekać, ale gniew mieszał się z trwogą.
Zaledwie tak krótką chwilę przebyły, gdy dziewczę się porwało na nogi:
— Rusa moja, miła! trzeba wiedzieć co się w zagrodzie stało; ja nie mogę, idź ty. Przyjdziesz gościem, zobaczysz, podsłuchasz, a potem mnie dasz znać.
— A ty tu sama po nocy nie będziesz się obawiała zostać? — zapytała Rusa.
Lublana się zawahała trochę.
— Wolę tu Didka się strachać — rzekła — niż tam patrzeć na Leszka! Będzie mi trwożno: wyjdę z szopy na pólko, na księżyc.
Domawiała tych słów, gdy do wrót odryny skrobać poczęto. Nastraszyły się, sunąc w siano niewiasty, lecz razem szczekanie głuche i skomlenie słyszeć się dało. Do wrót dobijał się ulubiony pies Lublany, który, zwietrzywszy swą panią, śladem ją tutaj wytropił.
— Łysek! — zawołała dziewczyna.
Szczeknięcie wesołe odpowiedziało.
— Idź-że, Rusa, a ja, gdy Łysek tu, niczego się już nie boję!
Przez zaledwie przymknięte wrota, ogromne psisko czarne, podżare, rzuciło się łasząc do swej pani. Baba tymczasem, płachty poprawiwszy, szybkim krokiem pośpieszała do zagrody Ryżcowej, która świeciła łuczywem i wrzawą gawiedzi kneziowskiej się rozlegała.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.