Otwórz menu główne

Wikiźródła β

Na bruku/IX

< Na bruku
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Na bruku
Podtytuł powieść z życia miejskiego
Wydawca Księgarnia i skład nut Stanisława Sadowskiego
Data wydania 1897
Druk Drukarnia i Introligatornia P. Laskauera & W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IX.

Długo nie było widać węglarza z powrotem; miał zabawić u ciotki dzień jeden, najwyżej dwa, tymczasem tydzień upłynął, a on jeszcze nie wracał. Kwiatkowski zastępował go we wszystkiem, sprzedawał węgle, brał pieniądze, sprowadzał nowe transporty z kolei i wszystko szło dobrze, bez hałasu, w porządku.
Jednego dnia, gdy siedział jak zwykle w tak zwanym kantorze, ujrzał jak z bramy na podwórko z ostrożnością wychylił się Herman. Widział, że rozmawiał ze stróżem, potem z parobkiem rozwożącym węgle i widać, że informacye otrzymał pomyślne, gdyż podniósł głowę do góry i pewnym krokiem wszedł do składu.
Ujrzawszy Kwiatkowskiego, udał zdumienie.
— Kochanego pana tu spotykam — zawołał — co za szczęśliwe zdarzenie... Co pan tu robisz? Czy wróciłeś na dawne stanowisko?
— Zastępuję czasowo nieobecnego właściciela.
— Czy chory jest?
— Wyjechał na prowincyę.
— Proszę! anim się tego spodziewał.
Wiedział doskonale, że węglarza niema, bo się wypytywał przedtem stróża i parobka. Inaczej nie byłby się odważył wejść. Przyszedł, aby zobaczyć, czy jest duży zapas węgla i dowiedzieć się o której godzinie konie i wozy są na miejscu, chciał bowiem zrobić zajęcie.
Kwiatkowski, udając, że się niczego nie domyśla, krzesło mu podał.
— Co pana sprowadza do nas?
— Nic, kochany panie, przechodząc, chciałem się dowiedzieć o zdrowie...
— Panowie zawsze w stosunkach przyjaźni?
— A jakże, zawsze jednakowo... szczerze to powiadam; nawet gdyby do pana doszły jakieś plotki, nie wierz im.
— Jakieżby znów?
— Tak, niechętni mówią, żeśmy się poróżnili, ale to nieprawda. Cień niezgody pomiędzy nami nie postał. Powiedz mi z łaski swojej, kochany panie Kwiatkowski, co go tak nagle zmusiło do wyjazdu?
— Interes pilny.
— Nie mówił jaki mianowicie?
— Owszem, mówił, że go czeka sprawa z jakimś lichwiarzem z pod ciemnej gwiazdy, łotrem, który w formie procentów odebrawszy już prawie cały kapitał, teraz ponownie wyzyskiwać go pragnie.
— To w samej rzeczy przykre.
— To oburzające, panie — rzekł Kwiatkowski, — ja gdybym miał do czynienia z takim to...
— To cóżbyś pan zrobił?
— Nie wiem co, ale...
— To jeszcze nie wiele... Ostatecznie cóż on poradzi?
— Ma nadzieję, że przywiezie pieniędzy i zapłaci...
— Według mego zdania, najrozumniej postąpi; w takich razach innego środka nie ma.
Kwiatkowski nic nie odpowiedział; przez jakiś czas milczenie trwało, Herman palił cygaro i wodził oczami po kątach.
— Jakże tu idzie teraz? — zapytał po chwili.
— Bardzo źle — odrzekł Kwiatkowski — fatalnie, kupujących prawie niema. Konkurencya ogromna.
— Ale zawsze zapasy znaczne macie?
— Zkąd? może kilkanaście korcy... Właściciel wyprzedaje się zupełnie i skład zwija.
— Od kiedy? — zapytał zaniepokojony Herman.
— W tych dniach, po powrocie może, może dziś jeszcze, jeżeli wrócić zdąży...
— To nie może być; przecież są konie i wozy.
— Już nie nasze.
— Jakto nie wasze?
— Sprzedane. Przed samym wyjazdem musiał je sprzedać... Niemógł inaczej. Nabył żyd z Grzybowa i tymczasem wynajmuje je nam po trzy ruble dziennie.
— A niech go licho porwie! — zawołał oburzony Herman, — tegom się nie spodziewał!
— Rzeczywiście, mógłby brać trochę taniej; to jest ogromnie drogo. Jakże szanownego pana zdrowie?
— W takich tarapatach, panie, koń straciłby zdrowie, nie tylko człowiek.
— No, przecież ten, którego zastępuję w tej chwili w gorszych się opałach znajduje, a jednak zdrowia nie stracił. Wygląda doskonale, humor ma dobry... Jabym tego nie potrafił, zamartwiłbym się na śmierć, a on nie bierze do serca, owszem wesół jest.!.
— Cóż go u licha tak cieszy?
— Powiada, że z tym lichwiarzem, który go gnębi, obrachunek zrobi.
— Rzecz prosta, interesa pieniężne zazwyczaj obrachunkiem się kończą, ale przecież to nie powód do radości.
— Kiedy on inaczej to rozumie. On powiada, że jak swego wierzyciela spotka, to nie pytając, czy to plac, czy ulica, czy na osobności, czy wobec tysiąca ludzi, zbije go na kwaśne jabłko. Ja mu odradzam, ale on jest do tego stopnia zawzięty, że słuchać nie chce... Wie pan co — dodał po chwili — pan jego dawnym przyjacielem jesteś, on ma do pana zaufanie...
— Więc cóż ztąd?
— Wyperswaduj mu pan, żeby tego nie czynił... po co się człowiek ma narażać, wszak prawda?
— No, zapewne, ale ja się w te sprawy mięszać nie chcę, niech postąpi jak mu się podoba. Nawarzy piwa, to je musi sam wypić. Powiedzże mi pan, kiedy on wraca?
Kwiatkowski spojrzał na zegarek.
— Zdaje się, że dziś — odrzekł — nie twierdzę tego na pewno, ale tak myślę... pociąg przychodzi o wpół do czwartej, teraz już czwarta dochodzi, jeżeli wrócił do Warszawy, to za dziesięć minut może tu być.
Herman za kapelusz wziął.
— Bądź pan zdrów — rzekł.
— Poczekaj pan, chwileczkę tylko — prosił Kwiatkowski — ja osobiście mam do pana interes. Trzy słowa.
— Nie, panie, kiedyindziej, właśnie przypomniałem sobie, że na mnie czekają... spieszę, do widzenia.
Wybiegł tak szybko, jakby był conajmniej o trzydzieści lat młodszym.
Kwiatkowski rozśmiał się szczerze; może poraz pierwszy od czasu przybycia do Warszawy miał chwilę prawdziwej wesołości.
— Dobrze mu tak — szepnął — niech chociaż trochę strachu użyje.
Herman tymczasem biegł szybko przez ulice, przez które węglarzowi droga z dworca kolejowego wypadać nie mogła. Nie miał wcale chęci spotkać się z awanturnikiem, który lubi przemawiać w sposób zanadto dobitny.
Kwiatkowski mówił, jak gdyby przeczuł, że węglarz zaraz powróci, gdyż może w kwadrans po odejściu Hermana przyjechał dorożką.
Wpadł do składu, jak bomba i nie witając się z Kwiatkowskim, zawołał:
— Jest co drobnych?
Kwiatkowski otworzył szufladę, węglarz wziął garstkę i dorożkarzowi je zaniósł; powróciwszy rzucił się na wytartą zniszczoną kanapę i milczał. Po upływie dziesięciu minut dopiero, zerwał się nagle i przed Kwiatkowskim stanął.
— Nie pytasz mnie pan o podróż — rzekł.
— Widzę, że jesteś pan wzburzony i czekam aż się uspokoisz.
— Przedziwne usposobienie, a jednak mam przekonanie, że pan życzliwy mi jesteś.
— O niezawodnie... Właśnie radbym bardzo wiedzieć, jak się udało z ciotką?
— Taką ciotkę tylko na parawan przylepić, szkoda drogi i zachodu!
— Nie chciała dać pieniędzy?
— Ale owszem, chciała z całego serca... Prosiła, żebym wziął ile tylko potrzeba.
— A więc?
— I złość bierze i śmiech, jak o tem pomyślę. Straciłem tydzień czasu napróżno i co tylko miałem, tom wydał. Dość, że mi na dorożkę zabrakło, a bilet na kolej za pożyczane pieniądze kupiłem. Ładny interes... co? Żebym był wiedział, omijałbym tamte miejsca o sto mil. Wyobraź pan sobie, tydzień temu wyjechałem z Warszawy; bardzo pięknie, na drugi dzień byłem na miejscu. Miasteczko, jak miasteczko, kury chodzą po rynku, żydów zatrzęsienie. Ciotka na uboczu mieszka, ma swój domek z ogrodami, porządna posesyjka. Dochód z tego prawie żaden, ale mieszkanie darmo, warzywa, owoce, krówkę można utrzymać. Prócz tego ciotka miała kilka tysięcy rubli, wiedziałem, że miała, bo mi nieraz o tem mówiła. Trzymała ten kapitalik w listach zastawnych, w domu.
— I pewnie ją okradli?
— Ale, żeby okradli, możnaby gonić złodzieja, śledzić go. Numery listów były wynotowane, wszystko byłoby pół biedy, ale co innego zaszło. Kochana ciotunia jest wdowa; kobieta nie młoda, ale tęga, czerwona na twarzy, i jak się ustroi, wykryguje to jeszcze ujdzie. Wyobraźże pan sobie, przyjeżdżam, idę wprost do ciotki, patrzę najpierw przez okno, a ta siedzi przy stole w perkalikowym szlafroku, kawę pije, chleb z masłem je i tak przy tem płacze, jak gdyby ją największe nieszczęście spotkało. Wbiegam do pokoju, a ta jeszcze bardziej w płacz; przełknęła nareszcie chleb, otarła usta serwetą i zaczyna do mnie z czułościami; a najdroższy Franeczku, a to, a owo. Bóg cię tu chyba zesłał, ja sama, ja opuszczona! Ma się rozumieć, ja ciotkę w rękę raz, drugi, trzeci, powiadam, że także jestem opuszczony, biedny i pieniędzy mi potrzeba i właśnie po to przyjechałem do ciotki, ma się rozumieć, jak w dym.
Myślałem, że mnie zaraz z miejsca powie, żebym wracał zkąd przyszedłem, ale przeciwnie, zrobiła słodką minkę i powiada: Franusiu kochany, nikomubym tego nie zrobiła, ale tobie odmówić nie mogę; dam ci ile chcesz, ile będziesz potrzebował. O! myślę sobie, dobra nasza, mogę drwić z Hermana i jego pogróżek i zaraz kombinowałem sobie tak: miałem prosić ciotkę o pięćset, co mi to szkodzi, poproszę o tysiąc, kiedy taka dobra to trzeba korzystać. Podziękowałem, ona zaprasza na kawę.
Bardzo dobrze; nalała mnie szklankę, sobie drugą, chleb był wyborny, masło świeże, jemy więc, pijemy, ja wzdycham, a jej łzy płyną po twarzy. Co to jest, pytać nie śmiem, może sama wyjaśni. Po kawie zaczyna kochana ciotunia ogródkiem, zdaleka, że czuje się bardzo opuszczoną, samotną, że jej się samej jednej przykrzy, że nie jest jeszcze stara, że ma prawo do szczęścia, że z pierwszym mężem niebardzo jej było rozkosznie.
— Aha... za mąż poszła.
— Niezupełnie, ale czekaj pan. Opowiada dalej, że pod miasteczkiem jest folwark niewielki, że go dzierżawi niejaki pan Wincenty, też wdowiec, bardzo porządny człowiek, bardzo dobry gospodarz, że się do niej przywiązał, ona do niego także — no i że ma być wesele. Nie wypadało się skrzywić, owszem, trzeba było okazać radość. Winszuję więc.
— I jabym to samo zrobił na pańskiem miejscu.
— Ciekawym cobyś pan zrobił dalej? Ja jej winszuję, jak komu dobremu, a ta jak skoczy, jak zacznie na mnie krzyczeć: a ty taki, owaki, takiśty siostrzeniec, taki kuzyn! Myślałem, że mi oczy wydrapie.
— Czy pomięszania zmysłów dostała?
— I ja tak sądziłem z początku, ale wyjaśniło się, że nie. Więc wołała: tego mi winszujesz, że on mnie opuścił, że nie wiem gdzie się obraca, że powierzyłam mu swój grosz wdowi. Ja się tłomaczę: ciociu, zkądże ja o tem mogłem wiedzieć, dopieroco przyjechałem, nie widzieliśmy się tak dawno. Przecież się uspokoiła. Do obiadu i po obiedzie, do samego wieczora płakała, opowiadała, jadła, bo apetyt jakoś jej służył i znowu płakała. Koniec końcem, mogłem przecie wymiarkować, co się stało.
— Oszust jakiś widocznie.
— Kawalarz! Nie był to dzierżawca, tylko subdzierżawca, inwentarz miał zajęty przez właściciela, lada dzień wyrzucić go mieli i wziął ciotkę na małżeństwo, jak rybę na wędkę. — Zwyczajna historya. Piszczał, że nie ma dzierżawy czem zapłacić, że się potrzebuje urządzić, ta mu dała listy do zmiany, a on drapnął. Więc ciotka do mnie w prośbę, żebym go dogonił, pieniądze odebrał, a jak odbiorę, żebym sobie wziął z nich, ile mi potrzeba.
— I goniłeś go pan?
— A jakże, tego samego dnia zasiągnąłem wiadomości od żydów i puściłem się w pogoń. Nie tyle dla siebie to robiłem, ile dla ciotki. Nie szczędziłem pieniędzy, ani fatygi. Chłop się dobrze urządził, nie uciekał koleją, ale zwykłą drogą, od wioski do wioski ku granicy, ja za nim wciąż.
Na granicy dowiedziałem się, że przejechał bez trudności, miał formalny paszport, więc go nikt nie zatrzymywał. No i na tem się moje poszukiwania skończyły. Dałem znać do policyi, ale kto go złapie? Przycupnie gdzie w jakim zakątku i będzie siedział spokojnie. Powróciłem z próżnemi rękami, wyczerpawszy się prawie co do grosza, bom na furmanki nie żałował.
— No, to miałeś pan twardy orzech do zgryzienia.
— A widzisz pan, tak to z kobietami, zdaje się, że ciotka, solidna kobieta, o głupstwach żadnych nie myśli; skąpi, grosz do grosza ciuła, pieniądze zbiera, ma się rozumieć dla kogoż, dla familii, dla siostrzeńca, a tu naraz masz! Przychodzi jakiś obieżyświat, obcy zupełnie, bierze babę na romans, pieniądze wyłudza i...
— Zdaje się, że to już bezpowrotnie stracone?
— Hm... albo ja wiem, wogóle trudno gonić wiatr w polu, ale ciotce pozostał domek z ogrodem, gospodarstwo i trochę zagonów w polu... Amator na to się znajdzie.
— Czyż ciotka pańska ma zamiar to sprzedać?
— Koniecznie. Powiada, że sprzeda to natychmiast za byleco. Mówi: skompromitowana jestem, wszyscy się śmieją ze mnie, wytykają palcami i mają racyę. Juścić zabawnie wygląda, jak kobieta w jej wieku za mąż się wybiera, a jeszcze zabawniej, jak narzeczony od niej, obłowiwszy się pieniędzmi, ucieka. W każdym razie sprawa przykra — ciotka rozpacza, mówi, że jeszcze jak świat światem, żadnej kobiety z domu Rymszów taki despekt nie spotkał.
— Alboż ciotka pańska Rymszówna?
— A tak, Rymszówna, po mężu Krowicka.
— Co u licha! jakże jej na imię, może Helena?
— Jakbyś pan wiedział, że Helena... Czy ją pan znasz?
— Czy znam, przecież to moja kuzynka, matka moja była blizko spokrewniona z Rymszami, a tę panią Helenę, ja znałem dobrze, lat temu ze dwadzieścia pięć, panną jeszcze była wówczas, wysoka, brunetka, przystojna.
— Tak, tak, wysoka ona jeszcze i dziś jest, ale już nie bardzo przystojna i nie bardzo brunetka. W południe jeszcze jej się warkocze czernią, jak je wyszuwaksuje; ale rankiem, jak ja ją widziałem w zaniedbaniu i w zmartwieniu, ma siwych włosów przynajmniej połowę. No, no, anim się spodziewał, że to pańska kuzynka i że takim sposobem ja także kuzyn pański jestem. Nie darmo też coś mnie zawsze do pana ciągnęło, miałem do pana sympatyę i żeby nie ten cygan, bylibyśmy sobie żyli w przyjaźni i zgodzie, jak Pan Bóg przykazał.
— No stało się, kochany panie, niema o czem mówić — przy pomocy Boskiej, może się i dla mnie coś znajdzie — a pan przedewszystkiem powinieneś o sobie myśleć i ratować się.
— Zawsze byłeś dobry facet, jesteś i takim pewnie zginiesz, kochany panie kuzynie — rzekł węglarz, biorąc Kwiatkowskiego za rękę, — z takim żyć można, ale nie bój się, będziemy jeszcze handlowali i pracowali razem. Herman niech nie tryumfuje, może mnie ugryźć tymczasem, ale nie zje, takich ostrych zębów dotychczas nie posiada.
— Czy pan masz jakie widoki?
— Niby mam. Ciotka powiedziała, że swoją posesyę sprzeda, i sprzeda, bo jej tam w miasteczku istotnie przykro. Sprzedawszy, weźmie pieniądze i sprowadzi się do Warszawy, założymy duży skład, co się nazywa duży, do współki. Co pan o tem myśli?
— Dobrzeby to było.
— Ma się rozumieć, pan będziesz magazynierem, kasyerem, całym gospodarzem, a ja na mieście znów, jak wypadnie na kolej pójść — pójdę, o gospody się postarać, to postaram, wszystko zrobię, jak należy, porządnie.
— Wszelako trzeba na to czekać.
— Czekać albo nie czekać... ciotce pilno, ona wszystkie sprężyny poruszy, żeby przyspieszyć sprzedaż. No, co pan dziś wieczorem robisz?
— Jak zwykle do domu pójdę.
— Hm... szczęśliwy z pana człowiek.
— Dla czego?
— Masz pan dom; ja bo sam jestem, samotnik.
— A dla czegoż pan do nas nie zajrzy. Wystawnie gości przyjmować nie mamy czem, ale zapraszamy szczerze; chleb z solą a z dobrą wolą, czem chata bogata, tem rada. Teraz tembardziej, skoro się wykryło, że skuzynowani jesteśmy, trzeba żebyś pan rodzinę moją poznał.
— Dobrze, z przyjemnością przyjdę kiedy.
— Pocóż odkładać, przyjdź pan dziś.
Węglarz chwilkę pomyślał i rzekł:
— No to dobrze, korzystam z zaproszenia i przyjdę około ósmej.
Zapłacił Kwiatkowskiemu za tydzień zastępstwa i prosił, żeby nazajutrz też przyszedł.
— Bo widzisz pan — mówił — ja lataniny tyle mam, interesów tak dużo, że wątpię, czy będę mógł pokazać się tu jutro, więc jako dla życzliwego, dla kuzyna... nie odmów mi pan tego.
Nie odmówił biedny człowiek, gotów był nawet darmo pracować, byle tylko nie siedzieć bezczynnie, a ten go prosi: nie odmów...
Wieczorem, po zamknięciu składu, Kwiatkowski pospieszył do domu, aby żonę uprzedzić, że gość będzie. Mania tylko co z magazynu wróciła, lecz nie rozmawiała wiele z matką, nie zapytywała Edzia o lekcye, tylko sama sobą była zajęta. Poprawiła włosy i zmieniła suknię. Ponieważ ojciec uprzedził, że gość przyjdzie, przeto przygotowania Mani nikogo nie dziwiły.
Edzio tylko uśmiechał się nieznacznie, ale gdy siostra spojrzała na niego, pochylił głowę nad książką i męczył dalej łacinę, na bułki od czasu do czasu zerkając.
Biedny Edzio, tych bułek tak dobrych, takich smacznych dawano mu coraz mniej, właśnie kiedy mu się apetyt z każdym dniem powiększał. Gdy czasem dostał kilka groszy na drugie śniadanie, to nie szedł za przykładem innych kolegów, nie kupował groszowych cukierków, ani jabłek, lecz kawał chleba, bo nie dbał wcale o jakość pożywienia, chodziło mu o ilość. Czasem trafiała mu się wyjątkowa sposobność zaspokojenia apetytu i zdarzało się, że któryś kolega prosił go o pomoc przy rozwiązaniu zadania, a od tego się Edzio nigdy nie wymawiał, pomagał ile mógł jak najchętniej, a kolega za to fundował trzy bułki, czasem cztery, czasem tylko jedną, ale z serdelkiem... stosownie do tego, jakiemi trudnościami najeżone było zadanie.
Takie dnie Edzio do wyjątkowych zaliczał i zawsze pragnął, ażeby nauczyciel arytmetyki najtrudniejsze zagadnienia zadawał.
Potrzebnym mu był taki dochód, bo w domu matka coraz bardziej skąpiła. Od czasu przeniesienia się do Warszawy taka zmiana w niej zaszła; na wsi nie żałowała masła, tu chleb na najdrobniejsze kromeczki rozdzielała.
Skąpstwo matki wzrastało z każdym dniem i gdyby jednak Edzio pilniej obserwował, byłby zauważył niezawodnie, że matka i Mania wcale bułek nie jadły, żywiły się tylko chlebem i to bardzo oszczędnie. Nie mówiąc już o Edziu, ale każde z mniejszych dzieci jadło więcej, aniżeli matka i Mania razem. Z niezmierną też oszczędnością opalano mieszkanie, a matka tak wydzielała węgle do pieca, jakby coś bardzo osobliwego i bardzo kosztownego.
Wobec takiej oszczędności goście nie bardzo byli w tym domu pożądani, to też prawie nie bywali. Czasem zajrzała pani Zofia z Wandą, częściej sama Wanda, lecz zawsze na krótko i nie w porze herbaty, niekiedy przychodził Herman, a dwa razy był Zygmunt.
Dla tego matka wyjątkowo była uprzejmą, zapewne bowiem od pani Zofii otrzymała jakieś informacye. W takiem ciężkiem położeniu materyalnem wydać córkę za mąż, za człowieka, mającego utrzymanie i jakie takie stanowisko, było dla biednej kobiety szczytem marzeń. Przyjmowała też Zygmunta bardzo serdecznie i zapraszała, żeby częstym gościem bywał.
Kwiatkowski oddał żonie zarobione pieniądze, była też tego wieczoru mniej skrępowaną, niż zwykle.
O godzinie 8-ej ktoś zadzwonił. Mania zarumieniła się jak wisienka, na twarzy miała uśmiech, który wszakże zniknął zaraz na widok wchodzącego jegomości, nieznajomego jej zupełnie. Był to mężczyzna krępy, czerwony na twarzy, dość korpulentny, ubrany bardzo starannie, nawet elegancko, tak, że sam Kwiatkowski na pierwszy rzut oka, nie poznał swego byłego pryncypała.
Przedstawiony jako kuzyn, węglarz zaczął opowiadać całą historyę o ciotce, starając się jednak używać wyrażeń jaknajmniej szorstkich; w towarzystwie kobiecem krępował się, był jakby zażenowany.
W pół godziny po nim przyszedł Zygmunt. Nie spodziewał się, że zastanie kogo obcego, a jak każdy zakochany obawiał się, że ma przed sobą rywala, lecz jedno spojrzenie Mani rozproszyło jego obawy.
Ci państwo doskonale porozumiewali się wzrokiem, aczkolwiek słowami nie powiedzieli jeszcze zbyt wiele. Mania o skłonności Zygmunta wiedziała tylko od Wandy, on też tą samą drogą się dowiedział, że panna Kwiatkowska nie żywi ku niemu niechęci.
To im obojgu wystarczało tymczasem. Widywali się u pani Zofii, ale i tam rozmowa była ogólna i nie zdarzała się Zygmuntowi sposobność wypowiedzenia swych myśli i zamiarów, musiały więc spojrzenia wystarczać do czasu.
Węglarz ciągle o ciotce opowiadał i o jej zamiarach sprowadzenia się do Warszawy.
— Na domek kupca ona znajdzie prędko — mówił — bo to łakoma rzecz, mieszczanie zamożni, nieruchomość każdą, a zwłaszcza grunt, złapią natychmiast. Byle tylko nie wyzyskali jej, zmiarkowawszy, że chce sprzedać zaraz.
— To prawda — wtrącił Kwiatkowski.
— Mam jednak nadzieję, że ciotka trzymać się będzie przy cenie, boć to już jej cały majątek, a po świeżej stracie strzedz go będzie jak oka w głowie. To nic, dorobimy się jeszcze w Warszawie, tylko nie trzeba tracić ducha. Ja bo mam wielki pociąg do handlu i ciotkę będę do tego namawiał, na niczem się tak człowiek prędko nie dorobi, jak na spekulacyach. Żydzi wiedzą co robią, że się handlem trudnią — to jest najlepszy interes... Naprzykład węgle, zdaje się mała rzecz, a jednak...
Tu zaczął opowiadać szeroko o tem, jak trzeba handel węglami prowadzić i jak się można na nim dorobić.
Podczas tego wykładu, Zygmunt do Mani się przysunął.
— Przynoszę pani ukłony — rzekł.
— Od kogo?
— Naturalnie od panny Wandy.
— Widziałam ją przecież przed dwoma godzinami. Czy pan tam był po mojem wyjściu?
— Wstąpiłem na chwilkę i bardzo żałuję, żem pani tam nie zastał.
— A to dla czego?
— Byłbym panią do domu odprowadził.
— Dziękuję bardzo, mieszkam tak blizko, że chodzę zwykle sama.
— Przepraszam, nie sądziłem, że panią tem obrażę.
— Ale cóż znowu! Panie Zygmuncie! zkąd taki wniosek?
— Zdawało mi się... Wielka szkoda, że się państwo sprowadzili do Warszawy na jesieni.
— Tak wypadło.
— Warszawa jest brzydka w jesieni i zimie, a pani przybyłej ze wsi, jeszcze się pewnie brzydszą wydała, niż nam stale tu zamieszkałym.
— Ma pan słuszność, wieś jest o wiele ładniejsza w moich oczach.
— Niech mi pani wierzy, że latem i tu u nas nie brzydko. Ludzie zamożni, lub udający zamożnych, uciekają z miasta na czas lata, bądź za granicę, bądź na wieś, dla tych jednak, którzy z powodu obowiązkowych zajęć wydalać się nie mogą, Warszawa nie jest tak straszną. Są ładne ogrody, są okolice, można sobie w święto robić wycieczki, wyjeżdżać rano, wracać nad wieczorem, statkiem parowym, lub koleją żelazną... Panna Wanda już marzy o takiej wycieczce.
— Mówiła mi, że aby tylko wiosna nadeszła, urządzimy majówkę.
— Pani także należeć będzie?
— Jeżeli tylko będę mogła.
— Ja zostałem zaszczycony godnością przewodnika.
— Zdaje mi się, że Wanda za wiele ciężarów wkłada na pana!...
— Nie złamię się pod tem brzemieniem — i już naprzód cieszę się z naszej majówki. Inaczej człowiek oddycha na świeżem powietrzu, w cieniu drzew.
Mania pochyliła głowę.
— Kto ma smutek, temu wszędzie smutek — szepnęła.
— A, niechże pani tak nie mówi, wszelkie smutki się kończą, a po nich nadchodzą dni pogodne i wesołe.
— A jednak...
— Może wiosna smutki rozproszy?
— Daj Boże...
— Wie pani — rzekł zmieniając rozmowę — panna Wanda ma pewien plan...
— Wandzia ma zawsze świetne plany.
— Mówi pani ironicznie, ale plan rzeczywiście jest dobry. Majówka na dzień powszedni, wycieczka na Saską Kępę, do Wilanowa, do Jabłonny, gdziekolwiek, miejsce jeszcze nie wybrane, ale dzień koniecznie powszedni.
— A robota?
— To mała rzecz, pani Zofia powiedziała, że się zgadza i że urządzi wszystko jak najlepiej. W pracowni zostanie tylko jedna panna, a my wszyscy w świat. Co pani na to?
— Nie wiem, panie Zygmuncie — to przecież zależy od tysiącznych okoliczności.
— A przedewszystkiem od woli pani.
— Moja wola zawsze doskonale się zgadza z wolą Wandy.
— Żeby tak było! — rzekł Zygmunt z westchnieniem.
— Co pan powiedział?
— Pragnąłbym, żeby zawsze wola pani zgadzała się z wolą mojej kuzynki, zawsze i w każdym wypadku.
— Nie rozumiem.
— Ale ja rozumiem... byłbym bardzo szczęśliwy wówczas, panno Maryo.
— Niech się pan jaśniej tłomaczy...
Był już zdecydowany i byłby wytłomaczył się jasno, lecz matka poprosiła na herbatę i rozmowa przerwaną została. Później już nie było sposobu jej zawiązać. Wszyscy siedzieli przy stole, rozmawiano ogólnie, węglarz głównie uwagę całego towarzystwa zajmował.
Przy pożegnaniu Zygmuntowi zdawało się, że otrzymał silniejszy niż zwykle uścisk ręki.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.