As (Dygasiński)/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł As
Redaktor Władysław Woltert
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Polska Drukarnia w Białymstoku
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV
Mąż chce uciec od szczęścia. — Polowanie. — Deska zbawienia. – Żony są łatwowierne. — Stronnictwo żony i stronnictwo męża. — Przechadzka w Łazienkach. — W czasie deszczu na Patelni. — Nieprzyjaciele mężów i nieprzyjaciółki żony. — Zatarg małżeński. — Ogród zoologiczny podług Franciszka. — Rurkiewicz i pan Iwiński. — Zwierzęta i bard dzikich. — Zgon Rurkiewicza.

Ostatecznie znalazł się As na Erywańskiej, gdzie obecnie zaszły rozmaite zmiany: rozszerzono mieszkanie, powiększono służbę.
— Tylko jedna kobieta przybyła do domu, a roboty ma człowiek dziesięć razy więcej! — mówił Franciszek, który też, ujrzawszy wyżła, powitał go splunięciem i temi słowy: — „Jeszcze ciebie tylko brakowało!“ — Pies zdawał się oddawna dobrze pojmować, że ani marzyć nie można o jakichś zażylszych stosunkach z tym służącym, starym dziwakiem; nigdy też nie dokładał najmniejszych usiłowań, nie poświęcił jednego merdnięcia ogonem, aby sobie zjednać Franciszka.
Zato pani Zabrzeska powitała Asa pieszczotami, pozwoliła mu lizać swą rączkę, leżeć u nóg swoich, dawała mu cukru. Świeżo przyjęta do usług dziewczyna Rózia, widząc, że do serca pani przez psa trafić można, tak przywiązała Asa do swej spódniczki, iż dzielił on czas między nią a panią i dzięki tym względom prowadził życie dostatnie. Pan Albin znajdował się w tym okresie małżeńskim, w którym mąż od czasu do czasu powiada sobie: — „Trzeba nieuchronnie, choć na jakie dwie godziny codziennie, uciec od tego domowego szczęścia“. — Atoli skrępowany, oprzędzony złotą i jedwabną siatką miłości, używał tego spokojnego domowego życia, co to herbata, obiad, przechadzka, teatr, nawet czytanie Kurjera — wszystko wspólnie z małżonką. Już był na drodze stanowczego porozumienia się w tym przedmiocie z żoną, miał zamiar powiedzieć jej, że musi, powinien żyć poza domem także, gdy go powstrzymała okoliczność nieprzewidziana. Morusieńka czuła jakieś bóle głowy, mdłości, nerwowy niepokój — i wezwany lekarz oświadczył, że wszyscy w domu powinni okazywać bezwarunkową uległość względem pani Zabrzeskiej: „broń Boże w czemś jej się sprzeciwiać, krępować wolę, narzucać przekonania!“ Należało się więc zastosować do przepisów lekarza i o jakichś planach mężowskiej niezawisłości nie było mowy.
Mijały dnie, tygodnie, Morusieńka ciągle niedomagała; mówiła do męża: — „mój złoty“, on do niej: — „mój aniołku“ — i żyli tak, przytuleni jedno do drugiego, nie mając nawet o czem rozmawiać z sobą. Jeżeli mu bardzo zapachniało powietrze, wtedy się odzywał:
— Byłoby zdrowo dla Asa, żeby się trochę przewietrzył!
— Wyborna myśl! — odpowiadała żona, ubierała się czem prędzej i wychodzili na wspólną przechadzkę.
— Czy ja już nigdy sam na świat nie wyjdę? — stawiał sobie w duszy pytanie pan Albin, a żonie zwracał głośno uwagę:
— Mój aniołku, możebyś dziś w domu została? Przymrozek, wiatr zimny!
— Owszem, mój złoty, lekarz powiada, że dla mnie zawsze jest bardzo zdrowo chodzić.
To monotonne życie przerywało się niekiedy odwiedzinami sióstr z Sewerynowa, z któremi stosunki pani Zabrzeskiej były bardzo dyplomatyczne. Jako mężatka, pani swego domu, uważała się ona poniekąd za wyższą istotę, czego jej siostry nie mogły przebaczyć. Daleko szczerzej żyła Morusieńka z panią Konstancją Garlewską, ową rozwódką, sąsiadką Swojewskich, co to należała do „najserdeczniejszego kółka osób“, bywających na sobotnich herbatach. Garlewska, była mężatka, miała wpływ na Zabrzeską i udzieliła jej niejednej „zdrowej“ rady, dotyczącej postępowania z mężem. Emeryt nadzwyczajnie rzadko odwiedzał córkę mężatkę, gdyż miał przekonanie, że to małżeństwo skojarzył tylko wymową swoją „Ryszard Lwie-Serce.“
Miały się tak rzeczy, kiedy ze Zbójeckiej przybył tutaj Julek. Pan Benedykt polecił mu najprzód list wystylizować i wykaligrafować, a następnie z listem tym jechać do Warszawy.
— Wiem — mówił — że ani za twoje pióro, ani za gębę między ludźmi się nie powstydzę. Łam sobie głowę, mędrkuj, filozofuj, a pieniądze mi wymolestuj i przywieź!
Treść listu opiewała przedewszystkiem trudności, z jakiemi musiała walczyć „powszechnie uznana metoda“ starszego Ochoty, zanim się pies włożył i przywykł do „najlepszego systematu“. Następowało w liście szczere wyznanie: „Nie jestem ja z tych materjalistów, którzy tylko o kieszeni myślą“, ale wyliczone koszty nauki, utrzymania Asa i wynagrodzenie szkód, przezeń zrządzonych, stanowiły taką mniej więcej sumę, jaką płacą rodzice za syna w którymś z droższych warszawskich zakładów wychowawczych.
Pocieszał się pan Albin, że, mając teraz wytresowanego w dobrej szkole wyżła, znajdzie zawsze już pretekst wyrwania się z domu w pole, zwłaszcza, że Sarmata napominał w swym liście, ażeby As „pola nie zależał“. Prawda, iż teraz była zima; ale przecież taki wytrzymany w domu mąż nie zważa na żadną porę roku i może z wyżłem zawsze polować. Jakoż pewnego dnia, ubrany po myśliwsku, stanął przed swą połowicą i rzekł:
— Mój aniołku, niema rady, koniecznie muszę dziś z Asem zapolować, gdyż się boję, aby pola nie zależał!
I, nie dając żonie przyjść do słowa, okrywał ją tysiącznemi pocałunkami, a potem prędko wyszedł.
— Przecież, przecież nareszcie! — mówił oddychając całą piersią.
Ale doszedł tylko do Łazienek i zawrócił do miasta. On, taki znudzony życiem przed ożenieniem się, uczuł w sobie teraz niezmierną ochoczość. Nie wiemy tego, gdzie i jak się bawił; skoro jednakże z polowania wrócił do domu dopiero nad ranem, to się musiał bardzo dobrze bawić.
Gdyby wszyscy mężowie byli zupełnie szczerzy i wyznawali przed żonami to, co robią w ich nieobecności, nie doczekałoby ani jedno stadło małżeńskie srebrnego wesela. Gdyby wszystkie żony zdołały utrzymać swych mężów w zależności od siebie, już w kilka pokoleń rodzaj ludzki posiadałby wyłącznie kobiece zalety, wady i kobiecą logikę. Świadomie czy nieświadomie pan Albin pracował nad tem, aby się doczekać srebrnego wesela, a jednocześnie przechować w rodzaju ludzkim męskie zalety, wady i męską logikę. Coraz częściej wychodził z Asem na polowanie i często gęsto przynosił nawet do domu zająca, którego, jak powiadał, własnoręcznie zastrzelił. Żona narzekała na te wycieczki, miewała często z tego powodu łzy w oczach, omdlenia; ale on był tak tkliwy, „mój aniołku“ z ust mu prawie nie schodziło, a przytem dowiódł jasno, jak na dłoni, że to nieuchronnie, nieodwołalnie dla jego zdrowia potrzebne. Chociaż więc pani Konstancja Garlewska, osoba znacznie wyrozumialsza dla mężczyzn, niż dla kobiet, wyraziła się wątpliwie o polowaniach, które po skończonym karnawale trwają jeszcze i w poście, Morusieńka jednak odpowiadała:
— O nie! Może inni mężowie są tacy; ja swego Albina jestem zupełnie pewna!...
Jednego razu mocno się zachwiało stanowisko myśliwego, a to z powodu kucharki, która uparcie dowodziła, że zastrzelony wczoraj przez pana zając nie żył już co najmniej od dwóch tygodni i bezwarunkowo na stół go podawać nie można. Logika męska jest, jak wiadomo, wyższa od żeńskiej: kto się nie zająknie, nie zarumieni, mówi głosem pewnym siebie, postawione zarzuty zbija z lekceważeniem i żartami, ten z pewnością mówi prawdę. Zabrzeski ostatecznie przekonał i teraz żonę na swoją korzyść, bo „cóż taka głupia kucharka może wiedzieć o polowaniu?“
Kobiety siedzą w domu i nie mają o tem pojęcia, że w każdym a każdym miesiącu roku można polować na jakąś zwierzynę: to kuropatwy, to kaczki, słonki, gęsi, kurki wodne, przepiórki i t. d. Jeżeli nie wolno strzelać do samiczek, strzela się do samców. Swoją drogą zaś kuny, łasice, wydry, dzikie koty płci obojej strzelać można zawsze. Przykrzyło mu się życie, gdy był kawalerem; nudził się w domu przy żonie, kiedy się ożenił; teraz ciągle polował, polował i wcale mu się nie sprzykrzyło.
— Bardzo jestem zadowolony z Asa, nieporównany pies w polu! — mawiał pan Albin.
— Mój złoty, weź mię kiedy z sobą na polowanie! — nalegała żona.
— Jak się ociepli, mój aniołku! — odpowiadał Zabrzeski.
Ociepliło się, nadeszła wiosna i mąż z dnia na dzień zwlekał:
— Jutro, mój aniołku, jutro!
Dobrze teraz Asowi było w domu. U pani zawsze był w wielkich łaskach; nieraz mówiła nawet do męża:
— Żebyś mi przynajmniej Asa zostawiał! Samej jednej tak nudno...
— Czekaj, aniołku, i o tem pomyślałem! Psa ci zostawię, a będę polował z naganką.
Rózia też, im lepiej poznawała wyżła, tem więcej go lubiła, nazywała „swoim Asiuńkiem, przylepką“. Kucharka, chociaż gderliwa i swarliwa niewiasta, obdarzała jednak psa swemi względami, ponieważ codziennie dwa, trzy razy ją odwiedzał, a łasił się, a nadskakiwał, a przymilał na wszelkie psie sposoby.
— Jak takiego gałgana nie lubić, kiedy — czysty cukierek?
Dla pana Albina był on znowu nieodzowny, gdyż z jego pomocą można było uciekać od szczęścia małżeńskiego i stopniowo włożyć kochającą żonę do obchodzenia się bez męża. Później tak przywykła, że sobie uważała za niemałe szczęście, jeżeli jej w domu choć pies pozostawał. Jeszcze później Zabrzeski wcale nawet nie udawał, że wychodzi na polowanie, a ona i tak nic nie mówiła. Tylko pani Garlewska coraz częściej bywała i coraz dłużej przesiadywała, obznajmiając Morusieńkę z ludźmi i ze wszystkiem, co ludzie w Warszawie robią. Na tej też podstawie społecznych stosunków obie kobiety połączyły się związkami serdecznej przyjaźni i były „na ty“ ze sobą. As i Garlewską zupełnie sobie zjednał.
Ze starego porządku rzeczy w niegdyś kawalerskim domu przy ulicy Erywańskiej pozostał jedyny Franciszek, który, rozmyślając nad zaprowadzonemi zmianami, doszedł do przekonania, że wszystko to, co jest, od psa się zaczęło. Okazywał on Asowi jawnie swą nieprzyjaźń, tem bardziej, iż w taki sposób dokuczał jednocześnie Rózi, kucharce i pani, co mu sprawiało pewne zadowolenie. Stary sługa niekiedy głośno wybuchał żółcią w zatargu swym bądź z młodszą, bądź z kucharką.
— Inaczej bywało w tym domu dawniej! Człowieka uważali tutaj, a teraz jeno pies, pies, pies. Jak mi kiedy cierpliwości świętej zbraknie, to pójdę do pana i powiem: albo ja, albo pies!
Potem szedł do przedpokoju lub siadał gdzie w kącie i pomrukiwał:
— On chyba tego nie widzi, co się w domu dzieje... Trzy baby, jak obory jedna w drugą, o psie tylko myślą, żeby mu było dobrze. Bo czy oneby tu były, żeby nie pies? Wszystko się zaczęło od tej bestji, od psa, i na psie idzie! Ja przecie doskonale pamiętam, kiedym się na placu Ewangelickim nawznak przewalił i odrazu sobie powiedziałem: — „Oj, narobi ten pies bigosu“. — Może nie narobił? Zaraz się potem pan musiał ożenić... No, a teraz znowu musi z domu uciekać. Do czegóż to dojdzie? Kłótnie, swary, kwasy, płacze, choroby, nieład, nieporządek — Jezus Marja! Czy nam tutaj źle we dwóch było? Żył sobie uczciwie, opływał we wszystko, jak pączek w maśle; ale mu się nagwałt psa zachciało i ma teraz! Na polowanie niby chodził, dobre mi polowanie!... Toć ja ją znam, tę kuropatwę — Wandzię czy tam Zuzię — ooo, mądra szelma!... Całe polowanie odbywa się u niej na Wspólnej, a teraz, kiedy się na świecie ociepliło, to — w Marcelinie. Już z drugim zawrotem do niej przylgnął; taka nie popuści... Spotkałem ich kiedyś oboje, jak wsiadali do dorożki, i on się bardzo wystraszył, woła mię zaraz do siebie: — „Franciszku — powiada — tylko w domu ani „mru-mru“ o tem, żeś mię tu spotkał!“ — A cóż mnie do tego? Czym ja to kobieta, żebym miał zaraz wypaplać wszystko, co widzę albo co myślę?
Morusieńka parę razy go wyłajała za złe obchodzenie się z Asem; wysłuchał i nic nie odpowiedział, a wnet potem, jak doniosła Rózia, trzcinową trzepaczką od mebli znowu obił wyżła.
— Bardzo cię proszę, mój mężu — mówiła Zabrzeska, która od niejakiego czasu przestała nazywać męża „swoim złotym“ — skarć też Franciszka, zapowiedz mu, żeby mię słuchał i nie ważył się bić Asa.
Pan Albin przyzwał do siebie starego i napomniał dosyć surowo:
— Ty sobie tu, widzę, za dużo pozwalasz! Psa bić nie wolno, skoro pani zabrania.
— Ja go też tak wytłukłem, żeby pani nie słyszała, a nie moja wina, że ta Rózia, jeszcze od psa gorsza, zaraz donosi. Czy mnie, proszę pana, nawet psa uderzyć nie wolno?...
Między kawalerskim służącym a jego panem istniały liczne węzły; oni się dobrze rozumieli wzajemnie. Zabrzeski mógł gromkim głosem i z rzekomą złością łajać Franciszka, który śmiał się z tego w duszy, a nawet sobie myślał:
„Nic nie szkodzi, niechby mi czasem uczciwie naklął, żeby te baby widziały, że między nami niema żadnej zmowy“.
Gdy znowu Franciszek stawiał się hardo, pan Albin wiedział bardzo dobrze, że to nie jest rzeczywista hardość, tylko szczere zaufanie w dobre serce pana.
„One sobie mogą na mnie skarżyć, donosić, a ja i tak, ile razy wypadnie, zawsze psu skórę zepsuję“ — myślał w duszy nieugięty Franciszek.
W domu więc przy ulicy Erywańskiej stronnictwo żony skupiło się około Asa, a z niem do walki śmiało występował jedyny stronnik męża, stary służący. Jeżeli przypadkiem Franciszek wszedł cicho do pokoju, a pies warknął, podejrzewając, że ktoś obcy się skrada, to za warknięcie takie wcześniej czy później był kij w robocie.
— On łajdak powinien znać ludzi swojskich, co nie od dzisiaj są w tym domu!
Było to w połowie czerwca. Po wielce nieznośnych dziennych skwarach ludność Warszawy z nadzwyczajnem upragnieniem poszukiwała wieczorami orzeźwiającego wytchnienia pod gołem niebem. Wszystkie ogrody i ogródki, aleje Ujazdowskie, park w Łazienkach, Saska Kępa roiły się wtedy od ludzi. Jednego takiego wieczoru również i Zabrzeska używała świeżego powietrza razem z prawie nieodstępną już teraz przyjaciółką swoją, Garlewską; As znajdował się także w ich towarzystwie. Miły chłód Łazienkowskiego parku sprawiał, iż się jakoś nie chciało opuszczać tej ustroni, chociaż już jedenasta godzina wybiła i w oddaleniu dawał się słyszeć niekiedy przeciągły huk grzmotu. Bardzo ożywiona pani Konstancja opowiadała właśnie zajmującą, bogatą w zdarzenia historję swego pożycia z mężem i od czasu do czasu przeplatała to opowiadanie wykrzykiem:
— Ah, moja droga, gdybym po raz wtóry wyszła zamąż, wiedziałabym już teraz, co mam robić.
— Daj mnie radę, której, jak widzisz, bardzo potrzebuję! — rzekła cichym głosem towarzyszka.
— Toby ci się na nic nie przydało, gdyż koniecznie potrzeba samej takie rzeczy przeżyć...
— I ty, Kociu, mając dowody, że on cię zdradzał, byłaś obojętną?
— Gdzie tam! Wyrabiałam najstraszniejsze sceny zazdrości, jemu swoją drogą, a jej swoją. Popełniłam największe w świecie głupstwo, jakie tylko być może!
— Jakto głupstwo? Więc mężowi wolno bezkarnie być niewiernym?
— Daję ci słowo honoru, że wszyscy mężowie bez wyjątku są to skończone łajdaki! Jeżeli więc wszyscy są jednakowi, niema powodu wymagać, ażeby jeden był od nich odmienny.
— Na czemże się skończyło?
— Niestety, postawiłam na swojem! Rozłączyłam go z Heleną, z którą stosunek jego wcale nie był dla mnie niebezpieczny; moglibyśmy byli dotąd wcale się nie rozwodzić... Porzucił Helenę, ponieważ mu się także sprzykrzyła, a wkrótce potem poznał Lucynę i ze mną się dla niej dopiero rozwiódł.
— Okropność! Jednakże mój Albin nigdy się tego nie dopuści!
— Eh, moja Morusieńko, za żadnego z nich nie ręcz! Ja ci tylko powiadam, że trzeba koniecznie samej takie rzeczy przeżyć, żeby potem mieć rozum... Dzisiaj poniewczasie, mocno żałuję, żem go nie słuchała, kiedy mówił: — „Żono, nie rób bez potrzeby scen i awantur, które do niczego nie prowadzą!“
— Chybabym już była podła, nie miała żadnego temperamentu!
— Trzeba koniecznie samej wszystko przeżyć, żeby potem mieć rozum... Czy ty myślisz, że mi teraz lepiej na świecie przez to, żem miała temperament? On także nie siedzi na różach!
Tak rozmawiając, obie kobiety już zasiadały na ławkach, już znowu chodziły. Wtem powiał chłodny wiatr i bliski grzmot głośno się rozległ. Było to hasło dla wszystkich do tłumnego opuszczania Łazienek. O znalezieniu w takim razie wolnej dorożki ani myśleć, i znaczna większość tych spóźnionych musiała pieszo wracać do miasta, a w ich liczbie dwie przyjaciółki, zmuszone nieustannie niepokoić się o wyżła, który w ciemności łatwo kogo innego mógł wziąć za swoją panią. W pobliżu tak zwanej „Patelni“ zaskoczył je nagły deszcz, spadający w grubych kroplach i przeplatany błyskawicami, których Morusieńka nadzwyczajnie się obawiała. Jak kto mógł, wdzierał się teraz na ową „Patelnię“ i usiłował pod werandą schronić głowę przed grożącą ulewą. Jacyś dwaj nadzwyczajnie usłużni młodzieńcy nietylko znaleźli miejsce dla Zabrzeskiej i Garlewskiej, ale niebawem postarali się dla nich i o krzesełka.
— To są nieprzyjaciele mężów! — szepnęła na ucho swej towarzyszce pani Konstancja.
Morusieńka rzuciła okiem i spostrzegła, że jeden z tych dwóch, włożywszy w oko szkiełko, bardzo pilnie jej się przygląda.
Ile razy się zbierze takie przypadkowe towarzystwo uchodzących przed deszczem, można wtedy być świadkiem najrozmaitszych scen i dowoli się nasłuchać półsłówek, dwuznaczników, dowcipów, które najczęściej jaki student wesoły puszcza w obieg, pobudzając obecnych do śmiechu. Tak też było i tutaj: deszcz lał jak z cebra, a zgromadzenie pod werandą aż wargi gryzło, aby nie wybuchnąć śmiechem z powodu komiczno-filozoficznych uwag jakiegoś żartownisia na temat deszczu, kuracji wodnej Kneippa i znowu — błyskawic, elektryczności w knajpie.
Naraz wśród strumieni deszczu, przyćmiewających blask latarń na „Patelni“, ukazały się dwie kobiece postaci pod parasolami, z których woda obficie ściekała. Żwawo wbiegły one pod werandę, zwinęły parasole i jedna z nich, bardzo przystojna, nawet piękna, roztargnionem okiem, jakby odniechcenia, obrzuciła zgromadzenie. Przez chwilę panowało milczenie, każdy z obecnych zdawał się robić spostrzeżenia nad przybyłemi, a Garlewska poszepnęła na ucho Zabrzeskiej:
— Przypatrz się, jak nieprzyjaciółki żon wyglądają!
Morusieńka spojrzała w kierunku dwóch nieznajomych i tylko przypadkiem spotkała się ze wzrokiem tej, która była piękniejsza. Szybko odwróciła głowę i cichym głosem odrzekła towarzyszce.
— Ta wspaniała blondynka istotnie groźnie wygląda, jako nieprzyjaciółka...
Powiedziawszy to, Zabrzeska uczuła w sobie jakąś nieprzepartą chęć czy ciekawość, aby się lepiej przyjrzeć owej niebezpiecznej piękności, i znowu zwróciła ku niej oczy. Właśnie teraz As zbliżył się do tej kobiety, przystanął, coś jakgdyby węszył, potem skoczył radośnie, oparł się na niej przedniemi łapami, szczeknął parę razy uszczęśliwiony, co zwykle czynił, gdy spotkał poufałego przyjaciela-człowieka, łasił się, radował bez miary i końca.
— O As, As, mój dobry piesek!... Co ty tu robisz? — mówiła piękna kobieta, usiłując powstrzymać wybuchy psiej radości, a jednocześnie znowu potoczyła okiem po zgromadzonych, jakgdyby szukała kogoś jeszcze.
Wszyscy z zajęciem przyglądali się temu widowisku, najgłówniej zaś Morusieńka, która nie mogła zrozumieć zrazu, skąd taka poufała znajomość Asa z nieznaną jej kobietą. Z niepokojem odwróciła głowę do Garlewskiej i rzekła:
— Kociu, czyś ty widziała?
— Ba, przyglądam się przecież z nadzwyczajną ciekawością!
— I cóż na to mówisz? — zapytała Zabrzeska głosem drżącym, a serce jej silnie biło i twarz zbladła.
— Da się to objaśnić, moja droga, bardzo łatwo! Przypomnij sobie tylko codzienne polowania swego męża — to jest właśnie zwierzyna... Ja ci zaraz mówiłam, że taki mąż, który codziennie poluje w karnawale i w poście... Ale moja Morusieńko, koniecznie trzeba samej przeżyć wszystko, żeby potem mieć rozum. Oni wszyscy tacy!
Zabrzeskiej uderzyła krew do głowy, uczuła, że na krzesełku mało dla niej miejsca: złość, zawiść, obraza, upokorzenie, wstyd, zawód gorzki — wszystko to były uczucia, z któremi kobieta nie może się pomieścić na tak małej przestrzeni, jak krzesełko. Porwała się też z wielką nagłością, jakkolwiek jeszcze deszcz lał na dobre, i rzekła: — „Pójdźmy!“ — Ruch ten widocznie nie uszedł uwagi Asa, który się ciągle jeszcze z lubością pocierał o suknię spotkanej przyjaciółki, a teraz stanął przy swej prawej pani, chcąc jakoby zaznaczyć, że można na świecie mieć różne stosunki, jednakże ten domowy stosunek jest główny z wielu względów.
— A szkoda, że odchodzimy! — powiada Garlewska, klapiąc się po wodzie na „Patelni“. — Słyszałam, jak ci dwaj młodzieńcy, którzy obok nas stali, zaczęli właśnie rozmawiać o panu Albinie i tej pannie Wandzi... Toby ci się było przydało, Morusieńko.
Ale Zabrzeska nic nie odrzekła, pędziła pośpiesznie, tak, iż przyjaciółka z trudem za nią podążała. Jakoś szczęśliwie nawinęła się wreszcie dorożka. — „Wolna?“ — „Wo-olna!“ — Chciał i As wsiąść, cóż, kiedy go Morusieńka zepchnęła parasolką; musiał biec przed końmi, ze szczekaniem rwąc im się do pysków.
— Najprzód — na Sewerynów, potem — na Erywańską.
— Dwa kursa i po północy — rubelka panny dadzą? — pytał dorożkarz, nie ruszając z miejsca, dopóki nie usłyszał zapewnienia:
— Jedź!
Pani Konstancja wysiadła na Sewerynowie, jej przyjaciółka — na Erywańskiej[1], gdzie służba i oświetlone mieszkanie oczekiwały na panią.
Morusieńka, nie zrzuciwszy z siebie przemoczonego okrycia, nie zdjąwszy nawet kapelusza z głowy, wbiegła do pokoju, padła na sofę i siedziała jak martwa, bez ruchu; tylko z silnie zarumienionej twarzy i błyszczących oczu zdał się ogień tryskać. U nóg jej, podług swego zwyczaju As się ułożył w kłębek. Rózia chciała panią rozebrać, gdyż w takich „sflażonych sukniach można się jeszcze choroby nabawić“; ale usłyszała rozkaz krótki:
— Wypędź stąd psa, zamknij drzwi i idź spać!
Niełatwo to wypędzić z pokoju rozpieszczonego wyżła; służąca musiała go ciągnąć za kark, za uszy.
— No, no, musiało się stać coś bardzo osobliwego, skoro już tego gagatka za drzwi wyrzucają! Dawno to trzeba było zrobić... Ciekawym, co też takiego ten bestyjnik przeskrobał? A może gdzie na wizycie wstydu pani narobił, porwał co ze stołu — a co tam dla niego znaczy?
Takie uwagi robił Franciszek, a przytem rozgrzał samowar, bo „skoro pani na deszczu przemokła, to się powinna napić gorącej herbaty“. Ale samowar sapał na stole, a stary sługa nie śmiał ani wejść do pokoju, ani do drzwi zapukać i zaprosić panią na herbatę. Usiadł przeto w przedpokoju i, rozmyślając, dlaczego As popadł w niełaski, zasnął w najlepsze. Śniło mu się, że pani Zabrzeska płakała rzewnemi łzami, rozpaczała nadzwyczajnie, ponieważ wyżeł oszpecił nieczystością i poplamił jej najpiękniejszą suknię.
Pan Albin wrócił tej nocy do domu przed drugą, wcześniej niż zwykle. Kiedy otwarł drzwi pocichu kluczem od zatrzasku i spostrzegł Franciszka, drzemiącego, trącił go w ramię, zapytując:
— Dlaczego jeszcze nie śpisz i lamp w domu nie zgasisz?
Stary najprzód ziewnął, następnie potarł ręką czoło, jakgdyby chciał zebrać myśli i rzekł:
— Coś się tu stało, tylko nie wiem, co takiego... Nastawiłem samowar; ale pani tam sama siedzi... Gniewy na psa jakieś... Sam się pan pewnie najlepiej dowie.
Zabrzeski niezwłocznie pośpieszył do żony i zastał ją siedzącą nieruchomo na sofie, jak posąg, w kapeluszu, w okryciu, z którego ociekająca woda utworzyła kałużę na posadzce.
— Mój aniołku, co się stało? Czyś chora? — zapytał mąż z troskliwością.
W odpowiedzi na to żachnęła się Morusieńka i, trzepocąc obiema rękoma, wołała zmienionym, piskliwym głosem:
— Nie, nie! Proszę się do mnie nie zbliżać!... Ja nie chcę!...
Teraz Franciszek niby też to uprzątał ze stołu zastawę do herbaty, a coraz zbliżał się ku drzwiom pokoju pani, nadstawiał ucha, ażeby z jakichś posłyszanych wyrazów rozwiązać sobie trapiącą jego umysł zagadkę, o co mianowicie rozgniewała się dziś pani Zabrzeska na wyżła. As też widać zwietrzył powrót pana do domu i pragnął zaznaczyć swoją przychylność, gotowość o każdej porze do usług, gdyż wyszedł właśnie z ciemnego korytarzyka, oddzielającego kuchnię od jadalnej izby, stanął pod drzwiami, poza któremi dawały się słyszeć odgłosy małżeńskiej rozmowy, i podsłuchiwał, podobnie jak jego nieprzyjaciel Franciszek. Stary tym razem psa nie odpędzał, ażeby przypadkiem nie zdradzić własnego podsłuchiwania. Rozmowa obojga małżonków toczyła się żywo; niekiedy tylko przerywało ją owo niewieście kwilenie, które świadczy zawsze o głębokim żalu, choćby z bardzo błahej przyczyny, a zdolne jest skruszyć nawet najtwardsze męskie serca.
Psa bardzo zajmowało to, że za drzwiami słyszał często wymawiane swoje nazwisko „As“. Franciszkowi znowu mocno zależało na tem, ażeby pochwycić przyczynowy związek pomiędzy psem a gniewem i żalem pani. Imię „Wanda, Wandzia“ i wyrazy: „podczas deszczu, na „Patelni“, witał ją, mój wstyd wobec ludzi“ i t. d. były dostateczne dla bogatego w doświadczenie umysłu, ażeby wyprowadzić stąd wniosek:
— Dobryś, to ten szelma, widzę, wszystko przed panią zdradził!... Tu nigdy przy nim nie będzie spokoju!
Potem w pokoju pani Zabrzeskiej przycichła rozmowa, a rozlegały się tylko odgłosy płaczu, szlochania, co tak znudziło Asa, że się nareszcie położył pod drzwiami i, ziewnąwszy parę razy, zaczął drzemać. Służący też popatrzył chwilę na demonicznego psa, który już tyle nieszczęść na dom sprowadził, pokiwał głową i poszedł spać do swej izdebki w ciemnym korytarzyku. Jednakże zaszłe wypadki tak rozbudziły władzę myślenia u Franciszka, iż długo, długo nie mógł zasnąć, ponieważ rozważał nietylko to, co się stało, ale także — co może nastąpić w przyszłości. Słyszał wyraźnie, jak już z rana pan Albin wychodził z pokoju żony, przy progu potknął się na Asie, o mało nie upadł i zaklął. Pies, zapewne połechtany obcasem, wydał przeraźliwy skowyt i z pod drzwi pokoju pani przeniósł się w korytarzyk, gdzie z jaki kwadrans czasu dreptał, kichał, ziewał, aż sobie nareszcie znalazł legowisko.
Myśli o psie stały się prawdopodobnie powodem, iż Franciszek wspomniał o ogrodzie Zoologicznym, gdzie mu kiedyś ofiarowano posadę, której nie przyjął — „onby miał zwierzęta obsługiwać?“... Polecił jednakże na to stanowisko swego przyjaciela od serca, Błażeja Rurkiewicza, człowieka, nie mającego szlachetnych przesądów na tym punkcie, u kogo się służy. Rurkiewicz głośno wyznawał zasadę: — „Mnie się u nikogo służyć nie chce; ale skoro potrzebuję kawałka chleba, mogę się zgodzić do Lucypera, byle płacił.“ — Taki mógł iść na służbę do ogrodu Zoologicznego — „zupełnie inny człowiek.“ — „A gdyby też tak Asa oddać Błażejowi?... Onby go dobrze schował!... Wrzuciłby go do klatki na żer lwom czy innym okrutnym bestjom i koniec... Uwolniłoby się dom od takiego gałgana, ostatniego szelmy, szkodnika... Prawdę powiedziawszy, od czasu, jak się pan ożenił, nikt w tym domu nie myśli o domu... Może ona — pani?... Phi!“ — W tym punkcie swych rozmyślań Franciszek usnął i zaczął tak potężnie chrapać, że As wstał, przeszedł do jadalnego pokoju, stamtąd do salonu, gdzie wlazł na aksamitną kanapę, i dopiero się wygodnie rozciągnął.
Morusieńka też nie spała i w zgorączkowanej przez silne wrażenia, przez bezsenność, głowie powstała myśl opuszczenia na zawsze mężowskiego domu. — „Jestem tu przecież zupełnie niepotrzebna!“ — mówiła sobie w duszy i raniuteńko, kiedy jeszcze wszyscy spali, cicho wymknęła się z domu. Rzadko kiedy atoli człowiek może mieć bezwarunkową pewność, że za parę godzin, za godzinę, nie będzie żałował swego postanowienia i nie nada swym myślom innego kierunku. Gdy się Zabrzeska znalazła na Mazowieckiej, już ją poczęło trzeźwić pierwsze pytanie: — „Dokąd pójdę?“ — Trzęsła się na samą myśl zamieszkania znowu z siostrami — brr!... — „Czyż mogę mieszkać sama, oddzielnie, nic a nic nie posiadając?“ — Szła dalej przez ulicę Berga[2] i myślała: — „Jestem jego żoną, on moim mężem, nie ulega to żadnej wątpliwości. Czyż mąż i żona mają być zawsze gruchającemi gołąbkami?“ — Wyszła na Krakowskie Przedmieście i zwróciła się ku Saskiemu placowi. — „Jeżeli to prawda, co Kocia mówi, że wszyscy są tacy, że innych mężów niema?... Wczoraj ja mu tylko dokuczałam, on mię ciągle przepraszał i nie dałam mu się przeprosić.“ — Otwarto właśnie Saski ogród; weszła tam, ciągle prowadziła sama z sobą rozmowę w myśli, ochłodła, wytrzeźwiała i powiedziała sobie nareszcie: — „Los nas połączył, gdyż tylko los łączy ludzi; musimy żyć wspólnie! Nie będę mu się narzucała, ale go też i nie porzucę... Jedno drugiemu musi, widać, wiele wybaczać“.
Około dziewiątej z rana już wróciła na Erywańską, rzuciła się mężowi na szyję i ona pierwsza zaczęła go przepraszać.
Może w godzinę po wyjściu z domu pani Zabrzeskiej wstał Franciszek, aby porobić w domu porządki. Nie widząc w korytarzu Asa, odrazu powziął podejrzenie, że ten gałgan i nicpoń pewnie się gdzie po meblach rozwala. Przechodząc mimo, stary spostrzegł drzwi od pokoju pani naoścież otwarte, a przez okno, od wczoraj niezamknięte, wiało świeże poranne powietrze. Wszystko to bardzo go zadziwiło. Nie miał on prawa wchodzić do pokoju Zabrzeskiej, gdy go nie wzywano; ale taką pustkę zdaleka odczuwał tam, że wsunął głowę i zajrzał. Franciszek mniej zwracał uwagi na nieobecność pani, na nietkniętą pościel, a głównie uderzyła go w oczy niezaschła jeszcze kałuża przy sofie, powstała wskutek spływania wody deszczowej z okrycia Morusieńki. Ten nieporządek przypisał on niezwłocznie Asowi, chwycił się obiema rękoma za głowę i rzekł poważnie: — „Jakiż porządek może kiedy być w takim domu?“
Atoli nadzwyczajne już jego zgorszenie jeszcze bardziej wzrosło, kiedy, wszedłszy zkolei rzeczy do salonu, zastał tutaj na aksamitnej kanapie, barwy zielonej, wyżła, leżącego sobie wygodnie na prawym boku, z nogami przed siebie wyciągniętemi. As, jak tylko posłyszał, że ktoś wchodzi, podniósł dosyć leniwie głowę i spojrzał. Widok zawziętego nieprzyjaciela, zjadliwie spoglądającego i zaciskającego obie pięści, musiał być dla rozespanego psa bardzo nieprzyjemny, gdyż zawstydzony w okamgnieniu zsunął się ze wspaniałego posłania i wpakował się głęboko pod kanapę.
Teraz Franciszek pomyślał: — „Pani niema w domu, młodsza — daleko i śpi jeszcze... Dziś albo nigdy, trzeba zrobić koniec z tym gałganem!“ — Spojrzał na zegarek, punkt szósta. — „Dobrze!“ — Zamknął drzwi od salonu, poszedł do swojej izdebki. Niezadługo powrócił, niosąc worek i kłębek grubego szpagatu. Pies uchodził, krył się — wszystko napróżno! Ze skrępowanemi nogami, ze związanym pyskiem, drżący na całem ciele, wyżeł niebawem znalazł się w worku.
Wkrótce potem przed ogród Zoologiczny zajechała jednokonna dorożka, a z niej wysiadł służący pana Albina i, trzymając oburącz worek, w którym więziony pies wił się gwałtownie, kręcił, poszedł szukać przyjaciela swego, Błażeja Rurkiewicza.
Musimy tu jeszcze objaśnić, z jakiego punktu widzenia zapatrywał się Franciszek na ogród Zoologiczny. Podług niego była to karna kolonja zwierząt, które w różnych miejscach i czasach dopuściły się rozmaitych przestępstw względem ludzi, a przeto, jako istoty zbrodnicze, musiały pokutować w tem więzieniu. Onby wyśmiał takiego, wyszydził, któryby mu opowiadał o jakichś innych celach więzienia zwierząt za żelaznemi kratami. Podobnie jak oprawca łowi psy i przetrzymuje je gdzieś tam, w Czarnym Dworze, tak samo inni oprawcy łowią tem bardziej szkodliwe lisy, kuny, wilki, lwy i inne.
„A jeśli takiemu popadnie w ręce zając, sarna, kuropatwa czy dziki gołąb, to też chwyci. Bo skoro się raz zbestwił na tamtych srogich dzikusach, nie przepuści już potem żadnemu niewiniątku... Niema się zaś czemu dziwić, że różne próżniaki i półgłówki chodzą to to oglądać. Cóż im tam zabraniać, skoro płacą?“
Na samym wstępie do ogrodu Zoologicznego stropił Franciszka widok murzyna; stary bowiem wziął go za małpę, która „uciekła z klatki i mogłaby wypłatać jakiego psikusa“. Rurkiewicz, chłop ogromny w fartuchu długim, z miotłą, osadzoną na potężnym drągu, powitał przyjaciela szczerem podaniem ręki, ale i z fizjognomją, zdającą się przemawiać: — „Bardzo mało mam czasu, żeby się tobą zajmować!“ — Spojrzał na worek, w którym się widocznie coś żywego ruszało, i spytał żartobliwie:
— Przyniosłeś nam lwa czy tygrysa?
— Ej nie!... Macie tu psa, ale takiego gałgana, że obstoi za trzy wilki!... Bestja — szkodnik skończony i koniecznieby go trzeba rozumu nauczyć!
Stary był pewny, że wymienione przezeń przymioty podnoszą stopień kwalifikacyj Asa do ogrodu Zoologicznego.
— No, a nie narobi on nam tu aby szkody, nie zeżre jakiego niedźwiedzia albo słonia? — mówił Błażej z żartobliwym uśmiechem, ukazując dwa rzędy silnych, zdrowych zębów, którychby mu wilki mogły pozazdrościć. Potem, widząc, że Franciszek aż się poci, ponieważ nie może utrzymać ładunku, Rurkiewicz chwycił worek olbrzymią łapą, podniósł, zarzucił go sobie na plecy i rzekł:
— Niechże tam będzie i pies!... Dzikie zwierzęta nam zdychają, może się swojskie będą chowały. Bóg ci zapłać, Franku, i za psa! Napisze mu się na klatce „wilk“ albo „z Afryki“ — i będzie!
To rzekłszy, Rurkiewicz pożegnał przyjaciela i między zwierzęta skierował kroki, od których się ziemia trzęsła. Kiedy przechodził mimo oddziału klatek z wilkami, zatrzymał się przed jedną z opróżnionych, wysypał Asa z worka i przyzwał pomocnika swego, Józka, może ośmnastoletniego chłopaka, któremu polecił umieścić wyżła w próżnej klatce.
— Tu się psa nie powinno wsadzać — rzekł Józek — przecież tu na klatce stoi napis lupus!
— A oprócz lupus niema jeszcze innego napisu?
— Jest — canis!
— No, widzisz, ośle, ja czytać nie umiem, a i tak wiem, że canis lupus znaczy po niemiecku pies i wilk... Skoro zatem wilk zdechł, mógł się pies zostać!
— Słusznie pan Rurkiewicz mówi! — odrzekł Józek.
Chłopak miał już ponieść Asa do wilczej klatki, kiedy nadszedł pan Iwiński, jeden z głównych opiekunów ogrodu Zoologicznego, człowiek bardzo wymowny i niezmiernie dbały o los zwierząt. Jemu to powierzono, że tak powiemy, moralną stronę utrzymania zwierząt w tym zakładzie. Widząc wyżła, skrępowanego jak baran na rzeź, Iwiński zbliżył się czem prędzej i, założywszy wtył ręce, z miną pedagoga poważnie zapytał:
— Józek, co ty wyrabiasz?
— Pan Rurkiewicz, proszę pana, kazał mi tego psa wsadzić do wilczej klatki i... Zaraz mówiłem, że skoro lupus, to...
— Mój kochany, nie o klatkę chodzi; pies może być w wilczej klatce, bo raz, że to jest jedna i ta sama rodzina, a powtóre, każdy ma oczy i, choć napis jest lupus, nikt psa za wilka nie weźmie. Zresztą, gdyby nawet wziął, cóż to wielkiego?... Ale kto śmie tak strasznie, nielitościwie pastwić się nad tym psem? Kto mi tu skrępował zwierzę, z którem wyłącznie obcować trzeba z jak największą łagodnością, dobrocią?... Pytam, kto?
— Nie wiem tego! Jakiś znajomy pana Rurkiewicza przyniósł psa w worku i...
— Rurkiewicza?... W worku? Aha! Gdzie jest Rurkiewicz? Zawołać tu Rurkiewicza!
I wnet potem Błażej ze swoją miotłą w ręku stanął przed zwierzchnikiem, który, gładząc przysiwiałą brodę, tak przemawiał:
— Mój Rurkiewicz, oddawna już dochodzą mnie słuchy, że ty bardzo niewłaściwie postępujesz sobie ze zwierzętami!
— Czy panu o tego psa chodzi? Świeżuteńki transport i nie moja wina, że go tak powiązali! Podobno dobry kanarek!
— Widzisz, widzisz! Zaraz jakieś podejrzenia względem zwierzęcia, fanatyzm, chęć prześladowania.
— Gdzież tam, proszę pana! Ile razy koło tego bestyjstwa przechodzę, to o mało czapki nie zdejmuję...
— Nie o to chodzi, mój Rurkiewicz. Czapki możesz zupełnie nie zdejmować; tylko widzisz, zasady religji, moralności wymagają od człowieka, żeby był dobry dla zwierząt... Józek, nie odchodź, słuchaj, co ja tutaj mówię, bo się o tem skądinąd nie dowiesz! — zawołał pan Iwiński, spostrzegłszy, że chłopak zabiera psa i chce odejść. Teraz zwierzchnik zwrócił się do Józka i zapytał:
— Czy zwierzę ma taki rozum, jak człowiek?
— Takiego akurat nie ma, proszę pana; one mają jeno „jękstęk“ — odpowiedział chłopak, który był bardzo pojętny, prawie napamięć umiał niektóre przemowy Iwińskiego i władza nadzorcza ogrodu Zoologicznego duże nadzieje w nim pokładała.
— Człowiek zatem — ciągnął dalej zwierzchnik, wpatrując się w skrępowanego dotąd Asa — jest istotą rozumną i jako taki powinien okazywać dla zwierząt litość, wyrozumiałość, względność. Moralna wyższość człowieka wystąpić powinna w całej okazałości przy jego obcowaniu ze zwierzętami — rozumiecie?... Tylko tym sposobem mamy obowiązek panować nad żywą przyrodą królestwa zwierzęcego, nie zaś przez tyranję i okrucieństwo...
Tu się zastanowił pan Iwiński, a Błażej chciał widocznie skorzystać z takiego zawieszenia mowy i już się odwrócił, aby odejść.
— Rurkiewicz, dokąd idziesz? — rzekł zwierzchnik z surową powagą.
— Śpieszę się do niedźwiedzi, bo czegójś okrutnie porykają!
— Zatrzymaj się tutaj, słuchaj, co mówię! Niedźwiedzie z pewnością więcej zyskają na twojem uszlachetnieniu, niż żebyś je jak najlepiej nakarmił — rozumiesz?...
— Ooo, proszę pana, te dwa hamany tam w jamie okrutnie są żerte! Całe szczęście, że samiec i samica, boby, jak amen w pacierzu, zeżarł jeden drugiego.
Powiedziawszy to, Błażej poskrobał się w głowę i, obiema rękoma wsparty na drągu miotły, słuchał dalszej przemowy, która tak brzmiała:
— Nietylko sami macie obowiązek postępować zgodnie z zasadami religji i moralności, ale także — sumiennie czuwać, ażeby ci, którzy tu z miasta przychodzą, nie dręczyli zwierząt, nie drażnili. Przekonacie się, zobaczycie potem, że zwierzęta, gdy się z niemi szlachetnie obcuje, nie są tak bardzo złe, jak się to niejednemu na oko wydaje...
Zapewne długo jeszcze byłby tak przemawiał pan Iwiński, gdyby nie to, iż spostrzegł przed klatką z małpami murzyna, który, nabrawszy w usta wody, pryskał nią w oczy pawjanowi i doprowadził go do wściekłości. Ta okoliczność przyśpieszyła wyzwolenie Rurkiewicza, Józka, a i biednego Asa, który się już teraz nie mógł ruszać. Błażej ze złośliwym uśmiechem na ustach pośpieszył spełniać swe obowiązki i, gdy przechodził około klatek, gdzie były lwy, tygrysy, pantery, lamparty, spojrzał i głośno się odezwał:
— Kizie, kizie, moje niewiniątka, psie dusze, jakie toto wszystko grzeczne!... Pan Iwiński nakazuje, żeby z wami postępować podług religji, to się znaczy, żebyście huncwoty regularnie pościły w piątek i sobotę!
Jakgdyby w odpowiedzi na te słowa, wspaniały tygrys bengalski ryknął potężnie i zaczął biegać po klatce, co było hasłem ruchu, niepokoju po innych klatkach wielkich kotów.
Nieznośne próżniacze życie prowadził teraz As w wilczej klatce. On, taki energiczny, ruchliwy, wylegiwał się całemi dniami, drzemiąc lub bezmyślnie wodząc oczyma po snujących się przed klatką ludziach. Może tam i bywali jacy jego znajomi; ale w ogrodzie Zoologicznym, gdzie jest tyle zwierzęcych znakomitości, mało kto na pospolitego psa zwraca uwagę. Bardzo rzadko kiedy jakaś litościwa osoba wrzuciła mu przez szczeble kawałek chleba albo piernika. Za sąsiadów miał on po jednej stronie wilczycę, którą zabrano od dzieci; po drugiej — pięć młodych lisków, rodzeństwo wydarte rodzicom. Nikt z ludzi nie pomyśli, aby takie zwierzęta drapieżne, karmiące się mięsem, mogły być smutne. Litość idzie w parze z użytecznością. Bywały i w ogrodzie Zoologicznym dni wesołe — naturalnie, że tylko dla ludzi wesołe; zwierzętom, tym jedynym istotom, potrzebującym tu rozweselenia, nikt nie mógł ani też nie myślał wyprawić zabawy. Sprowadzano niekiedy huczną muzykę, przy której dźwiękach tłumy z miasta używały rozrywki. W niektóre dni świąteczne urządzano tam nawet dla dzieci zabawy z tańcami. Dobrzy rodzice, chcąc sprawić przyjemność grzecznym Maniusiom i Jasiom, wiedli je wtedy na muzykę. „Niech sobie dzieci potańczą!“ Ostatniemi bowiem czasy robi się wiele, bardzo wiele, aby te nasze piękne kwiatki wydały owoce. Ponuro zachowywały się zwierzęta, słysząc odgłosy trąb i zgiełkliwe krzyki ludzkiego szczęścia. Tygrysy w niespokojnych susach tam i nazad przebywały szczupłą przestrzeń swego więzienia, a niekiedy uderzały o kratę z taką siłą, że się trzęsła cała klatka. Lwy, chociaż to przecie nie istotne lwy pustyni, waliły się ogonami po bokach i rykiem dawały znać biesiadnikom, że w bliskości szczęścia istnieje niedola. Zasapany niedźwiedź kiwał się z mrukiem i kręcił, jakgdyby usiłował uniknąć tego huku, brzęku, hałasu.
Innym razem zjawił się w ogrodzie Zoologicznym cudzoziemiec, przedsiębiorca, wystawiający za biletami napokaz ludzi nawpółdzikich. Wtedy tłum gości wzrastał, ponieważ powszechnie twierdzono, że uczyć się poglądowo etnografji jednocześnie z zoologją jest bardzo użytecznie. Cywilizowanym bliźnim dzicy bliźni przedstawiali się bardzo malowniczo, zwłaszcza w oświetleniu sztucznych ogni. Puhacz rozpościerał wówczas skrzydła, powiewał niemi, jak skrzydłami wiatraka i pohukiwał smętnie: — „pu-u-hu-u“. — Hiena brała ogon pod siebie, jeżyła włos na grzbiecie, odzywała się wyciem, podobnem do śmiechu: tak podobno wyje na wolności, gdy ją zaleci woń trupa. Wilk kilkakrotnie przysiadał na ogonie, wznosił pysk wgórę i wyć zaczynał; ale wyć umiał tylko w niebo, pokryte gwiazdami — i urywał... Wtem wystąpił z gromady dzikich jakiś ich bard, miał w ręku drewno o dwóch strunach, usiadł na ziemi, położył swą lirę na podołku, zagrał i zaśpiewał. W jego pieśni było coś z mruku niedźwiedzia, coś z hukania puhacza, ze śmiechu hieny, wycia wilka i ryku lwa. Pieśń ta poleciała między klatki i wydało się teraz zwierzętom dzikim, że ktoś odgadł wszystkie ich smutki, cierpienia, że im opowiada to, co one czują: słyszane dźwięki nie były dla nich obce. Nawet dogorywający już szakal porwał się z miejsca, gdzie leżał, i suchym, chrapliwym głosem szczeknął kilka razy, a lew potężnie zagrzmiał, jakby w pustyni. Kiedy dziki artysta posłyszał ów ryk króla pustyni, ogień zaświecił mu w oczach, głos jego nabrał siły: natura przemawia prosto i dwaj niewolnicy cywilizacji odrazu się porozumieli.
Ogród Zoologiczny przedstawiał na małą skalę to, co przedstawia cała kula ziemska: podbój przyrody przez człowieka. Filozof, artysta może doznawać smutnych wrażeń, widząc, że swobodny człowiek dręczy zwierzę zamknięte, a przeto zawsze i bezwarunkowo zmuszone ulec. Okratowane klatki potężnych olbrzymów nie usposabiają szlachetnego serca do wesołości. Obecne wymagania moralności i dobrego smaku budzą pewną odrazę, gdy się słyszy w tem miejscu niedoli ostatniej wybuchy szalonego śmiechu rodziców i dzieci. Ale cóż robić?... I to jest widać prawem nieubłaganem, że — biada zwyciężonym!
As, który dotychczas obcował tylko z ludźmi albo z psami, przez ludzi włożonemi w różne nałogi, cenne dla człowieka, począł tutaj odczuwać, iż posiada na świecie bliźnich. Słyszał nieustannie w nocy smutne wycia, ponure ryki zwierząt, stęsknionych przez niewolę, chorych albo i umierających. Przepełniało go to taką jakąś goryczą, że i u niego wycie zaczynało stanowić potrzebę psiej duszy. Kiedy noc nadchodziła, a rozległy się na przerozmaite głosy zwierzęce skargi, jęki, okrzyki, ogarniał go wtedy dziwny smutek, niewoląc do wtórowania wyciem temu lamentowi. I stróża, który miał obowiązek baczyć na zwierzęta w porze nocnej, zdejmowała również jakaś nieopisana trwoga i żałość, jakgdyby mu się zdarzyło oczekiwać na wielkie nieszczęście. Tu As wyć się nauczył na całe życie.
Gdzie się toczy walka, tam i zwycięzcy nieraz podatek krwi płacą. Rurkiewicz mimo napominań pana Iwińskiego wcale się nie odznaczał łagodnością w stosunkach ze zwierzętami; był on dla nich o tyle tylko wyrozumiały i względny, o ile się ich obawiał. Szczególniej też nie robił sobie żadnej ceremonji z parą niedźwiedzi, pomieszczonych w obmurowanym naokoło dole, mającym wyobrażać jakoby jaskinię.
„Robiąc tam porządki“, nie przedsiębrał częstokroć potrzebnych środków ostrożności; ale nadmiernie ufny w swą siłę, w razie niezadowolenia którego z dwojga zwierząt, odwracał swą miotłę, aby drągiem „zamalować misia w zęby“. Bywało różnie: czasami niedźwiedzie miały skłonność do uległości, a Błażej był w bardzo złym humorze; innym razem znowu — wprost przeciwnie. Pewnem jest jednak, że osadzona na grubym i długim drągu miotła trwogą przejmowała jedne zwierzęta, inne pobudzała do gniewu. Aż nareszcie jednego dnia rano tak się złożyły okoliczności, że Rurkiewicz był z czegoś bardzo niezadowolony, a niedźwiedzie też chodziły dokoła słupa, wbitego w samym środku dołu, i ze złością porykiwały: — „e-eee, e-eee!“
Ponieważ żadna strona nie była skłonna do ustępstw, przeto zatarg wnet wybuchnął i pierwsza niedźwiedzica „oberwała drągiem między ślepie tak, że pewnie zobaczyła wszystkie gwiazdy na niebie“. Tymczasem niedźwiedź przycupnął rudą masą swego cielska pod murem, przyłożył gruby łeb do prawej łapy i z otwartym pyskiem, błyskając białemi kłami, boczył się, złowrogo spoglądał małemi oczkami na zajście swej połowicy ze stróżem. Nagle, jakgdyby się w nim ocknęło uczucie solidarności czy też — odezwała się jakaś osobista uraza, poskoczył szybko na czterech łapach ku Błażejowi, który równie szybko zrejterował. Bądź że czasu zabrakło, bądź z powodu zapomnienia, Rurkiewicz nie zawarł za sobą drzwi, oddzielających go od zwierząt i, zanim zdołał przybrać obronną podstawę, miś oskalpował mu całkowicie czaszkę i zadał niebezpieczne rany na ciele. Niedźwiedzica ze swej strony pochwyciła w zęby miotłę, uszła z nią do klatki i tam poszarpała, pogryzła na wióry, na trzaski.
Biedny Błażej wnet potem wyzionął ducha w szpitalu, zwiększając liczbę ofiar walki człowieka z przyrodą. Ale i ta jedna chwila triumfu, raczej krwawego odwetu zwierząt w ogrodzie Zoologicznym, na złe im tylko wyszła, ponieważ oprawcę Rurkiewicza rozstrzelano. Wyrok może i nie był sprawiedliwy, jednakże któżby bronił życia zwierzęcia, które wydarło życie człowiekowi?




  1. Obecnie ul. Kredytowa (przyp. wyd.)
  2. Obecnie ul. Traugutta (przyp. wyd.).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.