Czarna Perełka/Część I/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Czarna Perełka
Wydawca M. Arct, Zakł. Wyd. S. A.
Data wyd. 1939
Druk M. Arct, Zakł. Wyd. S. A.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Doktór siedział po obiedzie w fotelu z książką i cygarem, rzadkiej chwili spoczynku używając, na pół roztargniony jakimiś myślami, dla których często rozpoczęte rzucał czytanie, gdy służący oznajmił mu, że młody jakiś jegomość (sługa w ten sposób oznaczać był zwykł osoby, których stanu nie mógł odgadnąć) bardzo się dopraszał chwilowej rozmowy.
Domyślał się jakiegoś biednego pacjenta. Wejście Zbigniewa i spojrzenie nań nie wywiodło go z tego błędu; twarz blada, oko zgasłe potwierdziły raczej przypuszczenie. Ubiór ubogi zdradzał dolę niebardzo szczęśliwą. Z tym większym współczuciem doktór wstał na przyjęcie biedaka i wskazał mu krzesło. Była chwila milczenia, wśród której lekarz, nawykły do czytania w ludzkich twarzach, badał nieznajomego troskliwie.
— Co panu jest? — spytał wreszcie, widząc zakłopotanie jego.
— Mnie! ach! szanowny panie — odezwał się gość — przebaczysz mi, ale ja nie przyszedłem radzić się dla siebie. Ja... muszę być zdrów. Mam do pana konsyliarza prośbę.
— Słucham, mów pan otwarcie.
— Kilka lat temu — odezwał się Zbigniew — miałem szczęście poznać w domu pani wojewodziny, u której niegdyś ojciec mój był w obowiązkach, pannę Lenorę Zara.
— A! — zawołał żywo doktór — pan ją znasz?
— I wiele jej i wojewodzinie nieboszczce wdzięczen jestem. To wyznanie wytłumaczy mnie, dlaczego ośmielam się trudzić go sprawą, która właściwie do mnie nie należy. Znam pana konsyliarza z jego szlachetnego serca; wiem, że byłeś przyjacielem wojewodziny, że litujesz się nad losem biednej sieroty. Czy wolno mi spytać pana dobrodzieja: los jej jest mu dobrze znany, czy nie?
— Zdaje mi się, że położenie jej rozumiem i że się nie łudzę — rzekł doktór — radbym jej dopomóc i wyrwać ją z fałszywego położenia, zgubnego dla zdrowia i dla duszy, bo sprowadzającego zwątpienie; ale cóż na to poradzić, jeśli się ona przy swojej idei ręcznej pracy upiera?
— Ja obcy, choć życzliwy, młody, nie mając prawa przemówić dobitniej, a w potrzebie walczyć o nią i zwyciężyć, zapewne nic bym nie potrafił, ale pan swą powagą...
— Ale ona słuchać nie chce!
— Pana usłucha.
— Cóż myślisz, że radzić by jej należało? — zapytał lekarz.
— Mnie się zdaje, że dla każdego człowieka powołaniem powinno być to, czemu oddał serce... ona jest namiętnie muzykalna, zna doskonale i miłuje muzykę, dlaczegoż by z niej nie miała uczynić powołania.
Lekarz się uśmiechnął smętnie.
— Rada w zasadzie bardzo dobra — rzekł — ale pan jesteś młody i nie wiesz, co to życie artysty, co kariera nauczycielki i wirtuozki. Muzyka dziś jest tak rozpowszechniona, a wydoskonalenie w niej tak pospolite, iż trudno na ten towar znaleźć kupca... a iluż to upokorzeniami okupić trzeba uznanie. Dla Lenory prawie niemożliwe jest, a przynajmniej bardzo przykre być może, do salonów, w których na stopie przyjaciółki była przyjmowana, przyjść z teką nauczycielki. Dla niej zresztą to nic, ale ci, co ją znali dawniej, a nie znali tylko powierzchownie, zechcąż ją wziąć?
— A koncerta? — spytał Zbigniew.
— Koncerta? — uśmiechnął się doktór — koncertom będą szkodzić i przeszkadzać wirtuozi współzawodnicy, a i na najświetniejsze prosić potrzeba. Chybaby poszli dla ciekawości widzenia kobiety, co padła.
— I nie zabiła się w upadku — dodał żywo Zbigniew.
— Wszystko, co pan życzliwie napomykasz o pannie Lenorze, ja myślałem, projektowałem, proponowałem jej... wszystko się okazało niepraktyczne.
— A więc to wyrok śmierci na tę istotę wyższą duchem, umysłem, wykształceniem, sercem, którą igła zabije powoli, którą sama tęsknota po utraconych artystycznych wrażeniach powoli wyniszczy.
Przepraszam konsyliarza, wiele jestem winien pannie Lenorze z tych czasów, gdy matka moja nie miała przytułku, a ja kawałka chleba. Dziś ja i ona biedni jesteśmy, ale nas dwoje... my mniej cierpimy, chcielibyśmy spłacić dług święty... Ona od nas nie przyjmie nic... nic! Ja wiem, że największą prywacją dla niej jest pozbawienie fortepianu, lecz czy nie możnaby choć pobieżnie skłamać, aby go jej narzucić. Jabym najął... a konsyliarz mógłbyś... być łaskaw i coś... i jakoś... i tak to obrócić, aby to nie było posądzeniem nawet, że pochodzi ode mnie.
Konsyliarz spojrzał na biedaka, który wcale nie wyglądał na mogącego robić podarki, i podał mu rękę wzruszony.
— Proszę pana — dodał żywo Zbigniew — ci ludzie, co jej są wszystko winni, bo wojewodzina, gdyby nie ona, byłaby inaczej rozporządziła majątkiem, ci ludzie jej własność, nędzny fortepian, który ona tak lubiła, odebrali sierocie! Czy to się godzi?
Doktór chłodno i wielce serio odparł:
— Potrzebny był im jako sprzęt w salonie, zajmujący jego kąt niezastawiony, a choć na nim nikt nie gra, miło się pochwalić, że to Erard czy Pleyel.
— Nie chcę pana nudzić, ale mi idzie dla niej o fortepian. Ja go znajdę, pan zmyśl, że dajesz od siebie.
— Przepraszam cię, kochany panie, ale ja ojcu umierającemu, jest temu lat trzydzieści, dałem słowo, że nigdy nawet dla dobrej pobudki nie skłamię; nie mogę złamać świętej przysięgi... ale... mogę dać sam fortepian.
Zbigniew się zafrasował.
— Proszę pana, to zupełnie co innego! Mnie by tak było przyjemnie odsłużyć jej dobroć dla mej matki.
— Zrobisz to drugim razem.
— Zresztą — rzekł żywo Zbigniew — prawda i to, że cały mój projekt i pańska dobra wola rozbija się o nieprzezwyciężoną trudność. Nie ma go gdzie postawić.
Doktór rzekł lakonicznie:
— Znajdzie się.
Młodzieniec chwycił jego ręce z uczuciem, ścisnął i w ramię począł całować. — A! panie, nie zawiodłem się, jesteś równie dobry, jak rozumny.
— O! o! pochlebca, pfe! — rozśmiał się stary — a widząc, że chce wyjść, zatrzymał go gwałtem.
— Gdzie matka wasza mieszka?
— Moja matka? albo...
— Wspomniałeś o matce, a bodaj i o tym, że nie bardzo zdrowa; chcę ją odwiedzić.
— Moją matkę? — powtórzył Zbigniew.
— Tak, tak, i powinszować jej poczciwego syna. Ale gdzież mieszkacie?
— Na Dziekance... ale w takim... tymczasowym, ubogim kątku.
— To nic nie szkodzi, jam więcej nawykł do kątków niż do salonów.
Zbigniew zmuszony wybąknął numer.
— Za jednym zamachem — dodał konsyliarz — powiedz mi pan, czy sam byś mojej rady nie potrzebował? Nie bardzo mi się zdrów wydajesz.
Zbigniew się uśmiechnął.
— O, proszę konsyliarza, zdrowiuteńki!
— A! no, to dobrze... — podał mu rękę, rozstali się. Zbigniew pobiegł do matki, a doktór pomyślawszy wziął za kapelusz i poszedł pieszo do pani Laury.
Jesteśmy zmuszeni powiedzieć dwa słowa o pani Laurze, uprzedzając naprzód łatwowiernych czytelników, iż to imię jest tylko pseudonimem znanej bardzo w owych czasach w Warszawie osoby. Pani Laura była wdową od bardzo dawna; syna jedynaka ożeniwszy szczęśliwie i oddawszy mu majątek, sama z pensją od niego osiadła w stolicy, którą lubiła, o której mówiła zawsze, że gdzie indziej żyć by nie mogła. W lecie jeździła do wód regularnie, na zimę powracała. Zdaje się, że towarzystwo bez niej, równie jak ona bez niego, byłyby się nie obeszły. Pani Laura najczynniejsze w nim stanowiła kółko. Należała do Towarzystwa Dobroczynności, do Ochronek, do kwest, do loterii fantowych, do wszystkich zabaw i smutków, wiedziała o wszystkim, zajmowała się każdą rzeczą. Mała, ruchliwa, dosyć brzydka, nie bardzo młoda, pomimo to stroiła się wykwintnie, lubiła skandaliki i ploteczki, złośliwa była nadzwyczaj, a w istocie cała jej ruchliwość pochodziła z tego, że z życiem nie wiedzieć co było zrobić... a zająć je czymś stało się koniecznością. Jak się nadzwyczajna pobożność godziła z wielu innymi skłonnościami, które do siedmiu grzechów głównych się kwalifikują, o tym tylko wiedział dyrektor sumienia, człowiek wyrozumiały bardzo. Są kompensaty, które wiele grzeszków nawet głównych dozwalają puszczać płazem. Pani Laura w gruncie była dobra, ale tylko dla dobrych i biednych, dla złych zaś i dla nadętych nieubłagana. Tym nie okazywała litości najmniejszej i z zajadłością ich ścigała. Między innymi hrabina Pyza, mama Alfreda, była jej bête noire. O ile kochała nieoszacowaną wojewodzinę, o tyle nienawidziła siostry. Postępowanie z Lenorą było jej dobrze znane, ale o losie sieroty dotąd próżno dowiedzieć się usiłowała. Nikt jej nie umiał powiedzieć nic nad to, że odarta ze wszystkiego w świat gdzieś poszła.
Doktór wczoraj dopiero wpadł na trop tych usposobień i postanowił zręcznie z nich korzystać, ile możności sam się nie mieszając do niczego.
Obrachował tak dobrze godzinę, że zastał panią Laurę w domu, właśnie numerującą fanty na jakąś loterię dobroczynną. Cały stół był zarzucony nimi, a w części dywan i posadzka. Porwała się depcząc haftowane poduszki i patarafki kupami leżące i pobiegła naprzeciw doktora, którego lubiła bardzo.
— O mój Boże, cóż za cud! — zawołała z żywością, której wiek nie mógł poskromić — co za cud! wy u mnie! Czy nie jestem chora!
Chwyciła się za bok, za głowę, poczęła się śmiać i posadziła przez roztargnienie konsyliarza na bębnie dziecinnym, który spadł z wielkim hałasem na ziemię.
— A! przepraszam, siadaj! Co słychać!
— Chyba ja panią o to spytam, bo mnie dochodzą tylko wieści o febrach i reumatyzmach, a to nieciekawe.
— Jak to nieciekawe? — zaśmiała się pani — ależ w głębi wszystkich febr i reumatyzmów są zawsze utajone grzeszki ludzkie, tylko je trzeba umieć z nich dobyć.
W tejże chwili, korzystając z bytności doktora, wpakowała mu dziesięć biletów na loterię. Doktór zapłacił je śmiejąc się i schował do kieszeni.
— Słuchaj, doktorku kochany, jesteś nieoszacowany — zawołała całując go w ramię — ale nie myśl, że mnie obałamucisz. Powiedz od razu, z czym przyszedłeś... bo że nie darmo, jak Boga kocham... ręczę. Już masz namotany jakiś dobry uczynek, do którego ja służyć będę za narzędzie. Przysięgam.
Doktór się rozśmiał, ale postanowił się nie wydać z tajemnicą.
— Widzisz pani — odrzekł — że tym razem byłabyś popełniła krzywoprzysięstwo, bom przyszedł tylko w niewinnym zamiarze rozpytania pani o jedną biedną istotę, ku której pewnie czujesz, jak ja, sympatię. Co się stało z tą sierotą, która była na wychowaniu u wojewodziny?
— Z Lenorką? Z moją najdroższą Zarką? — podchwyciła rzucając się po kanapie i gestykulując rękami Laura — z Lenorką? Wystaw sobie, ta Pyza nadęta i godny jej synalek, nie puściwszy jej za trumną inaczej iść, jak ze sługami... wypędzili...
— Ale musieli jej choć wypłacić zapis wojewodziny.
— Tak! tak! dobryś! albo oni głupi! zapis był nieważny... nie dostała nic, a że dziewczyna dumna, sama się go dobrowolnie zrzekła.
Doktór pokiwał głową, Laura popatrzyła nań.
— Słuchaj, stary — zawołała nagle — co ty mnie durzysz! Co ty mnie, mnie, mnie (uderzyła ręką w piersi) chcesz obałamucić! Ty już wiesz o niej i coś dla niej chcesz wyrobić. Mów otwarcie, bo się klnę, że mnie nie oszukasz.
Konsyliarz minę zrobił dziwną, ale ruszywszy ramionami rzekł cicho:
— Czy to prawda, że jej własny fortepian Erarda i pianino pod jakimś pozorem skonfiskowali?
Laura rękami uderzyła rozgłośnie.
— A to łotry! proszę ciebie! To łotry! Toż ta dziewczyna bez fortepianu umrze.
— A przynajmniej śmiertelnie będzie tęskniła — szepnął konsyliarz.
— Ty wiesz, że tak jest?
— Zdaje mi się, mówią — dodał doktór.
— Ale mów do licha jasno, zawsze te tajemnice, a ja ich nie cierpię... czy tak jest?
— No, to tak jest, a pani rzecz na to zaradzić — rzekł wstając stary.
— A! czekajże, nie puszczę! czekaj... ani mi się ruszaj z miejsca, póki się nie wygadamy o tym. Wiesz, gdzie się podziała Lenorka?
— Wiem, ale dałem słowo, że nie powiem.
— No, więc jest w Warszawie, o to mi szło — zawołała Laura — a ja jutro bez ciebie o tym będę wiedziała.
— Fortepian choć jeden trzeba odzyskać — rzekł konsyliarz — to okrucieństwo i grabież.
Laura zamyśliła się, spojrzała na zegarek.
— Doktorze! ty mnie znasz — poczęła zsuwając fanty — ja nie umiem czekać, nie cierpię odkładać, ja jeszcze dziś do Pyzy pojadę.
— Zmiłuj się pani... ależ się namyślić trzeba...
— Daj mi pokój! — machając rękami, jakby odpędzała, zakrzyknęła Laura — ja już wiem, co zrobię... ale sza! Winnam ci prawdziwą wdzięczność, bo zrobić przykrość i dogryźć Pyzie i jej synkowi, to c’est un festin des Dieux!
Pocałowała tłuste paluszki swoje i podniosła je do góry.
— Fortepian! co to fortepian, a choćby i oba, gdyby im można więcej co wydrzeć.
— Ale Lenora nic w świecie od nich nie przyjmie.
— To głupia! — szparko przerwała Laura — to jej się należało wszystko, jej! Była istotnie córką najlepszą, dla staruszki, która, jakkolwiek poczciwa i anielskiej dobroci, pod koniec życia okrutnie się stała ciężka. Gdyby nie ona, straciliby majątek, gdyby nie ona, straciliby jej serce. I to wdzięczność! Ale w tej Pyzie oprócz dumy i głupstwa nic się nie mieści, a Fredek godnym jest jej synalkiem. Jedźże sobie teraz, doktorze, ja mam mój plan, biorę szal, Stefusia ze mną pójdzie, oddam jej wizytę. Mieszka właśnie w dawnych apartamentach wojewodziny... to mi się doskonale składa!
— Hej! Stefka! — zawołała.
Wbiegła panienka żwawa jak ona, ładna bruneteczka i pośpieszyła ku niej. Snać była nawykła do lakonicznych wyrażeń swej opiekunki.
— Szal... kapelusz... ubierz się... dwadzieścia pięć biletów... idziemy zaraz... Chustka... turecka... włóż kapelusz z woalikiem.
Doktór już się wysunął.
— Jutro ci dam znać! Zobaczysz! Czy oddadzą ci Kozacy grabież? tego nie wiem, ale że im dopiekę.
Ręką zakręciła, jakby student mszczący się na głowie nieprzyjaciela.
— O! że dopiekę... to dopiekę.
Ścisnęła doktora za rękę.
— Ty jesteś poczciwy człowiek — rzekła prędko — kocham cię, poszłabym za ciebie i uszczęśliwiłabym cię, gdybyś chciał!
Skłonił się konsyliarz uśmiechając.
— Nie jestem godzien.
— Filut! a żebym miała mniej dwudziestu laty? Hej! żebyś mnie zobaczył, jak wyglądałam! Oj! skusiłbyś się.
— Patrz! — poprowadziła go do portretu, wiszącego na ścianie, wyobrażającego piękną brunetkę, bardzo do Stefki podobną. — A co? — spytała.
— Obawiałbym się! — szepnął doktór.
Laura uderzyła go po ramieniu.
— Nicpotem jesteś! — pogroziła mu na nosie. — To twoje szczęście, że serce dobre, ale filut!
Doktór nie był jeszcze zszedł ze schodów, gdy już pani Laura wdziała kapelusz, szal, rękawiczki, wymustrowała Stefkę i schodziła co żywo, starając się fizjonomii nadać wyraz spokojny, co jej nigdy łatwo nie przychodziło.
W kwadrans potem pytała szwajcara, czy hrabina w domu, kazała się meldować i z pogodną, uśmiechniętą twarzą triumfalnie weszła do złocistego salonu, w którego kącie głównym stał milczący ów Erard. Hrabina, Pyzą zwana, siedziała w fotelu z powieścią Arsena Houssaye w ręku i lornetką na nosie. Tusza nie pozwoliła jej wstać rychło, a żwawa Laura podbiegła ku niej, aby tej fatygi oszczędzić.
— Niechże kochana hrabina nie rusza się, proszę bardzo! Ja tylko na chwileczkę przerywam miły jej spoczynek i lekturę... zawsze z mymi interesikami ubogich. Znając dobre jej, szlachetne serce... przychodzę z biletami na loterię. Chère Comtesse! pani Zamoyska wzięła pięćdziesiąt... to już i kochana pani choć...
— Ale wezmę, ile każesz! — zawołała hrabina — proszę cię...
— Ogłosimy imiona dobroczynnych dam w Kurierku i Gazecie.
— Proszę cię, to mi jedno, ale wezmę. Ile? Pięćdziesiąt mówisz?
Entre nous! — szepnęła na ucho Laura — gdyby kto mógł wziąć więcej, byłabym rada... bo Zamoyska skąpa.
— No... to... no to... sześćdziesiąt! — wyjąknęła, rumieniąc się, Pyza.
Vous êtes un ange! — całując ją w ramię, prędko odparła Laura — Stefciu, dawajże bilety.
Gdy panna Stefania dobywała bilety, których nie miała więcej nad dwadzieścia pięć, Laura poczęła się rozglądać po salonie.
— Jak sobie hrabina to urządziła z gustem! Jak wytwornie!
— Prawda, że niebrzydko?
— Ale cudnie!
— Gdybyś widziała inne pokoje!
Hrabina usiłowała powstać, oparła się na obu poręczach, zaczerwieniła i nareszcie dźwignęła.
— Ot chodź, to ci pokażę.
— A! bardzo, bardzo jestem wdzięczna!
W najróżowszym humorze pani domu, uśmiechnięta, poprowadziła swych gości, ukazując im splendory swoich apartamentów, a nawet przytykające do nich nieskończone jeszcze pokoje Alfreda, który tymczasowo stał w hotelu, czekając aż matka mu apartament kawalerski wedle swej myśli uzupełni. Z innych też względów hotel mu lepiej jakoś dogadzał.
W przyszłym saloniku Alfreda stał Pleyel panny Lenory.
— A cóż to to? Wszak fortepianik tej sierotki Lenorki! Nie chciała go widocznie zabrać?
Hrabina się zmieszała nieco.
— Biedna dziewczyna! — dodała żywo Laura — co też to o niej i z powodu niej wyplatają!
— Cóż? cóż, proszę cię!
— At! zachciałaś, moja hrabino, potwarze! plotki. Ludziom tylko w to graj, żeby mieli co wziąć na języki. Okrutniem się za was ścierała... bo proszę cię, kochana hrabino... zapisy tam jakieś to naturalnie nieważne, ale wiem to doskonale, że to, co było jej własnością, oddaliście jej święcie.
— Ale do ostatniego gałganka.
— A że nie miała gdzie zabrać naraz dwóch fortepianów, nie wasza wina przecie. Dosyć, że zabrała swego Erarda... bo ten, co w salonie, oczywiście nowy. Ale są tacy źli ludzie, co przez zawiść dla was rozgadali, że wyście jej oba fortepiany skonfiskowali! Ja się przysięgałam, że to nie może być...
Hrabina z róży przeszła do koloru starego buraka... usta się jej poczęły trząść... stanęła.
— I któż to mówił! — zapytała gniewna.
— Ale u margrabiostwa pletli, komentowali, użalali się, a że wiadomo było wszystkim, iż wojewodzina jej na imieniny dała Erarda... a z pensyjki swej ona sobie sama kupiła Pleyela... więc gardłowali! Ja przysiąc chciałam, że to nie może być!
Hrabina powoli zaczynała do siebie przychodzić, westchnęła jak machina parowa przybiegająca do stacji.
— A! już to, powiadam ci, moja Lauro, nie ma nieszczęścia, jak przybłędę w dom puścić! Otóż to wdzięczność potem dla familii, co ją wychowała, co ją, z pozwoleniem, z gnoju podniosła.
— Nie, to nie ona pewnie mówiła, boby kłamać nie mogła, ale źli ludzie, ale plotkarze...
— Bo to, proszę cię, wszystko zazdrość tych dorobkiewiczów, co to z niczego wyszło i rade by familie stare widzieć w nędzy. Że nam Pan Bóg jakoś dopomógł, to nas prześladują, nękają, spotwarzają. Już im o fortepianach zachciało się pleść!
— Ale jakże! Z tych fortepianów zrobiono całą historię. Sierota była do tych pamiątek przywiązana, i one naturalnie dla niej w jej położeniu stanowiły wiele. I co za złośliwość, bo ja mówiłam zaraz, że to wprost niepodobieństwo!
Hrabina tylko głową i ramionami ruszała.
— Cóż to my nie jesteśmy w stanie sobie kupić czy tam Edwarda, czy tam tego Lejela? — zawołała Pyza — to są, powiadam ci... łajdaki! Ja jej dałam pozabierać klejnoty! Wiadomo przecie, że wojewodzina miała kanak brylantowy i nigdzie go nie podziała, tylko pewnie u niej w kuferku. No! a poszła sobie nie rewidowana! A pierścionków, a zegarków, a bransoletek... to tego kupy... powiadam ci... ale to są łajdaki... to zawiść! I ta marmuzelka oj, to także ziółko! — dodała hrabina.
— Ale gdzież się ona podziała? — spytała Laura.
— Alboż ja tam wiem! pójdzie to, skąd przyszło, bo to z takiego rodu i krwi, że nic dobrego być nie mogło. Wszak powiadam ci, Alfredka bałamuciła, że gdyby inny, nie on, co ma sumienie i tych amorów garderobnych nie cierpi, to byłaby pięknie wyszła.
Zasapana, zdyszana, zakaszlała się hrabina i potrzebowała wrócić do fotelu. W salonie znów Laura spojrzała na Erarda.
— Ja bo pamiętam tego Erarda jej, wcale był inny, mniejszy...
Hrabina nie odpowiedziała nic, ale się trzęsła z oburzenia.
— Moja droga — dodała — bo ja wiem, że ty mi sprzyjasz... co więcej gadali u tych margrabiostwa?
— Ja nic nie słyszałam oprócz fałszywej historii fortepianów i muszę oddać sprawiedliwość przytomnym, że się niemal wszyscy oburzyli. Nikt temu naturalnie wierzyć nie chciał, bo któż by taki, jak ty hrabino, przy waszych milionach i fortunie, chciał się tam żywić takimi przywłaszczeniami?
Hrabina czerwieniła się i nie mówiła już nic.
Laura parę jeszcze razy zapuściła żądło w ranę... i poczęła się żegnać z taką czułością, uszanowaniem i przymileniem, tak prosząc kochanej hrabiny, aby się nie ruszała z fotelu, iż Pyza mimo gniewu rozstała się z nią wielce czule.
W połowie schodów Laura rozśmiała się do swej towarzyszki.
— Jeżeli ją dziś apopleksja nie ubije, tego starego muchomora... to będzie cud. Uważałaś, jak czerwieniła się, a białe plamy jej na twarz występowały. Istny muchomor!
W kwadrans po wyjściu Laury napiwszy się proszków burzących, wypocząwszy, hrabina posłała po Alfreda, aby natychmiast przychodził.
Posłuszny syn, chociaż grał w lansknechta, porzucił zajęcie miłe, przyjaciół, nie dopalone cygaro — i pobiegł. Wchodząc do salonu spostrzegł po twarzy matki, iż ją coś wzruszyło w niedobry sposób.
— Cóż to mamie? Widzę proszki!
— A! powiadam ci! nie mogę jeszcze przyjść do siebie. Była u mnie ta poczciwa Laura, bo to kobieta, która mi dobrze życzy. Przychodziła znów z jakąś loterią dobroczynną... wyciągnęła mi kilkadziesiąt rubli.
— Czyż to mamę tak zniecierpliwiło?
— Ale, gdzież tam! Słuchajże! Zaczęła mi opowiadać rozmowę u margrabiostwa i plotki, które po mieście chodzą. Wystaw sobie, co te łajdaki zrobili za tragedię z tych dwóch fortepianów! Miałam święte prawo je zabrać! Tymczasem krzyczą na grabież, na krzywdę sieroty... że jeden był jej na imieniny darowany, a drugi ona sobie sama kupiła. Pytam, z jakich pieniędzy? Z tych, co wydarła u mojej siostry! Ale niech ich diabli biorą, odesłać! odesłać, choćby na ulicy postawić oba, kupić innego Edwarda, a oddać.
— Mama pozwoli powiedzieć, że ja bym nie zważał na gadanie. Hermann mi mówił, że za Erarda ciocia zapłaciła mu tysiąc dwieście rubli, a za Pleyela pięć tysięcy złotych. Ja bym nie oddał.
— Ale nie chcę... nie chcę... niech ją i fortepiany kaduk porwie! — przerwała hrabina. — Żebyś słyszał, co gadają... Nie chcę... grabież... rabunek... sieroce mienie...
— A no, jeśli tak, moja mamo, to jeszcze jej trzeba będzie i dwakroć zapłacić, żeby im gęby pozatykać.
— Ona sama się zrzekła.
— To i fortepianów tak samo.
— Nie! nie! Ja na nie patrzeć nie mogę. Dziś, jutro mi je odeślij, jeśli nie ma gdzie postawić... na ulicy... na ulicy... niech wszyscy widzą. Już mam tej twojej Lenorki popóty. — Pokazała na gardło. — Dość tego!
Alfred ramionami ruszył.
— Jak mama chce — rzekł — ale ja bym nic nie dał, dosyć nabrała.
— No, już mi krwi nie burz mówiąc o tym. Ja ci ręczę, że kanak wojewodziny, co znikł... a od nieboszczki matki jeszcze słyszałam, że był siedm, czy ośm tysięcy czerwonych zapłacony i to jeszcze tanio.
— Pewnie, że jest u niej — zimno odezwał się Alfred — ale na miejscu mamy, mając prawo, zrobiłbym rewizję i można by go odzyskać, jeśli jeszcze nie sprzedany.
— Nie chcę i kanaka, i fortepianów, i nic. Krzywdę moją niech Bóg sądzi! — wzdychając patetycznie, zawołała hrabina.
Alfred przechadzał się po pokoju.
— Ja zawsze — rzekł po chwili — przewidywałem, co nas z tą jejmościanką czeka. Musieliśmy dysymulować... szczędząc wojewodzinę... teraz za to pokutujemy.
Hrabina westchnęła.
— Myślisz, że ja nie próbowałam siostry zreflektować? Ale to było zaślepione, to były czary, że mnie nieraz grzeszne myśli przychodziły. Trzęsła się słysząc ją nadchodzącą... być bez niej nie mogła, a pochlebnica jak pies u nóg jej leżała... i nazywała tylko matusią! mateczką! mamą! bo inaczej nie było wolno... i ty pod koniec świadkiem ich sam byłeś nieraz. Wojewodzina oszalała. Żeby nie ten projekt małżeństwa, ręczę ci, że byłaby Julka sprowadziła i wyswatała ją za życia. Szczęście, żeśmy się z taktem znaleźli i tej plamy uniknęli... a drugie szczęście, że ty miałeś rozum i nie stał się skandal, bo choćbyś ty nic nie był winien, przy takich narzucaniach się... ale zawsze pletliby, żeś sierotę skrzywdził.
— Hm! — szepnął Alfred cicho — był tam ktoś inny.
— Był? proszęż cię! Toć trzeba o tym gadać głośno... niech ludzie wiedzą, co to za synogarliczka. Aleś ty mi nigdy nic o tym nie wspominał.
— Nie było o czym mówić — sucho odparł Alfred.
— Któż to taki?
— Swój swego szuka... syn jakiegoś oficjalisty, którego panna niby przez litość dla matki protegowała. Wiem, że formalnie zajmowała się dokończeniem jego wychowania, że z nim wieczorami chodziła sama jedna na przechadzki... że u wojewodziny nieustannie coś dla niego wyciągała.
— I tam... coś, myślisz, było między nimi?
— Romansik czuły... pokątny — mówił Alfred. — Wszyscy o tym wiedzieli oprócz wojewodziny, która niczego się nie domyślała, bo ją miała za świętą.
— A to żmija chyba — przerwała hrabina — wygrzana na naszym łonie. I proszę cię, Alfredzie, co za nikczemny charakter, boś mi mówił, że udawała, iż się w tobie kochała, zawracała oczy, wabiła, ciągnęła, a natura cygańska ciągnęła ją do lasu!
Alfred nie mógł naprawdę potwierdzić teraz dawnych swych relacji, gdyż za życia wojewodziny Lenora tyle tylko dlań była grzeczna, ile ściśle potrzeba było, aby uspokoić wojewodzinę. Zamilkł ponuro. Hrabina zmęczona dyszała tylko. Fortepiany wyprawiono nazajutrz.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.