<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Daja
Pochodzenie Nowele
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wilhelm Zukerkandel
Druk Wilhelm Zukerkandel
Miejsce wyd. Złoczów
Tłumacz Leon Sternklar
Tytuł orygin. Daja
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
DAJA.
Szaleństwem jest, jeżeli kto umiłował stworzenie inaczej, aniżeli istotę na śmierć przeznaczoną.
Zwierzenia św. Augustyna księga IV. rozdział 7.
I.

Po dwuletniej wojence w Indyach powróciłem do Francyi i zamieszkałem znów w Paryżu. Od sześciu miesięcy utrzymywałem stosunek miłosny z żoną jednego z mych najlepszych przyjaciół z lat dzieciństwa. Była to kobieta niezwykłej piękności, o wyglądzie rasowym, pełna dystynkcyi, wysmukła, delikatna, nerwowa. Na bladej twarzy o dużych ciemnych oczach, przysłoniętych rzęsami, malował się wyraz wyniosły i dumny. Nóżkę miała cudowną, ręce i kibić królewskie, a duszy i rozumu ani za mało, ani za wiele, lecz w sam raz tyle, ile potrzeba było, by opromienić odrobiną poezyi nasz stosunek, a zarazem uchronić się od głębszej namiętności wraz z jej wymaganiami i ciężarem.
Pewnego wieczora, po obiedzie, przy którym prócz nas trojga nie było nikogo więcej, przyjaciel mój kazał zaprzęgać i odezwał się w te słowa:
— Opuszczam cię, Jenny, bo mam pilną sprawę, a dzisiaj, jeżeli się nie mylę, twój dzień opery.
— Tak — odparła Jenny — ale odstąpiłam swą lożę Bressacom.
— Cóż więc poczniesz?
— Sama jeszcze nie wiem. Ponieważ to właśnie środa pani d’Arville, zaglądnę może na chwilę do niej. —
Powstałem z miejsca i wraz z mym przyjacielem zabierałem się do wyjścia, gdy żona jego mnie temi powstrzymała słowy:
— Nie wyprawiam pana wcale, owszem możesz pan jeszcze zostać, kazałam dopiero na dziewiątą lub dziesiątą godzinę przygotować toaletę.
Skłoniłem się w milczeniu.
— Bez wątpienia, jeżeli nie masz nic pilnego, zostań koło mej żony i baw ją przez ten czas, bo ja mam przeklęte rendez-vous z notaryuszem, którego nie mogę na później odłożyć.
— Do widzenia, Jenny, rzekł do swej żony, całując ją w rękę, a zwracając się do mnie dodał:
— Nie zapominaj, że przychodzę po ciebie jutro o drugiej i pójdziemy razem oglądnąć ów hotel przy ulicy Londyńskiej.
Po tych słowach wyszedł.
Gdy już turkot kół upewnił mnie o stanowczym jego odjeździe, powstałem z krzesła i usiadłem na kozetce obok Jenny.
— Patrz Arturze, jak ja się dla ciebie poświęcam, wyrzekła z westchnieniem.
Uwaga ta tak była dziwną po naszym blizkim stosunku, trwającym już od kilku miesięcy, tak padła nagle i bez związku z naszemi poprzedniemi rozmowami, że nie rozumiejąc, do czego dąży, zapytałem:
— Jakto, Jenny, jakie poświęcenie?
Nic mi na to nie odpowiedziała, lecz odwróciwszy się odemnie z minką zagniewaną, poczęła się bawić kadzielnicą, stojącą na małym stoliku.
— A — rzekłem, całując jej piękne ramiona — rozumiem cię teraz. Posłuchaj mnie, moja kochana, ślubowaliśmy sobie wzajemną otwartość, chcę ci więc powiedzieć, co cię teraz dręczy. Mówisz o poświęceniu, bo czytałaś prawdopodobnie przed chwilą jakiś romans, kreślący dzieje nieszczęśliwej miłości, albo też fantastyczny lot twych myśli zwrócił się tego wieczora ku tematowi winy i wyrzutów sumienia. Na honor nie byłbym ci odmówił tej rozrywki, gdybyś mnie była przygotowała i w sposób naturalny sprowadziła rozmowę na ten przedmiot. Ale słowa twe padły tak znienacka w chwili, gdy ten kochany Oktawiusz wydalił się do swego notaryusza, że nie mogłem się oprzeć zdziwieniu. To moje zdziwienie nie pozwoliło ci korzystać z nastroju, w jakim się dziś wieczór znajdujesz i z tego powodu gniewasz się na mnie. Czy może nie mam słuszności?
Jenny lekko się uśmiechnęła.
— A więc zgadłem, a ponieważ jesteśmy w toku otwartości, muszę ci wyznać, że to niewdzięczny zresztą temat, poświęcenie. Czyż w stosunku takim, jak nasz, może być mowa o jakiemś poświęceniu z twej strony? Czyż nie widzisz, że cię otaczam hołdami, czcią i miłością, że czynię wszystko, co tylko z twych oczu wyczytać mogę? A ty to nazywasz poświęceniem! To tylko wynik przyzwyczajenia, że my mężczyźni zawsze mamy wam dziękować za szczęście, które sami wam przynosimy w ofierze....
— A to dobre! A nasza reputacya? a nasze zasady?
— Oto niepotrzebnie używasz synonimów, słowo reputacya samo określa wszystko. A więc dobrze. Gdy się nigdy do siebie nie pisuje, gdy kochanek jest człowiekiem, który ma charakter i umie żyć, reputacya zostaje bez skazy.
— Przyznaję, że tak, ale nasze zasady?
— Tak, ale ja właśnie nie przyznaję waszych zasad.
— Arturze, bredzisz, albo jesteś zarozumiałym do śmieszności.
— Ależ przeciwnie, ponieważ nie jestem wcale zarozumiały i mam o sobie bardzo skromne, wyobrażenie, nie wierzę w te wasze zasady. Bo i jakżeż możesz chcieć na seryo, abym mógł uznawać jakąś władzę tych waszych zasad, skoro widzę, że tak drobna zasługa, jak moja wystarcza, by je zwyciężyć. I nie można tu nawet mówić wcale o zasłudze. Gdybym przynajmniej ci był dowiódł mej miłości poświęceniem bez granic, wiernością, pełną zaparcia się, nie mówię;... ale przed sześciu miesiącami wcale cię nie znałem, później zająłem się tobą, tak jak mężczyźni zajmują się kobietami w ogóle, ty mnie przyjęłaś, jak się przyjmuje pierwszego lepszego mężczyznę i... znalazłem szczęście u ciebie, bo złożyły się na to okoliczności zewnętrzne, nasze stosunki towarzyskie. Ty nie jesteś mi więcej dłużną, jak ja tobie, każde z nas szukało czegoś odpowiedniego dla siebie. Znaleźliśmy je, a więc korzystajmy, lecz nie mówmy o poświęceniu.
— Doprawdy, słuchając ciebie, czyż nie należałoby myśleć, że wyraz ten powinien być wykreślony z naszego języka? A wyrzuty sumienia, czyż to nie poświęcenie, na nie się narażać?
— Ależ kwestyę tych wyrzutów omówiliśmy już, mówiąc o reputacyi. Wyrzuty sumienia — to bojaźń wykrycia prawdy. A więc przy ostrożności i dochowaniu tajemnicy nie ma się wyrzutów.
— Masz dzisiaj swój dzień paradoksów. Niechajże będzie. Jest to rodzaj kokieteryi z twej strony, bo wiesz, że nic mnie tak nie bawi i nie zachwyca, jak paradoksy. A zatem jeżeli mam cię dobrze rozumieć, moja miłość ku tobie jest tylko...
— Paradoksem.
— Sam to powiedziałeś. Lecz wracając do naszego tematu, zaprzeczasz więc, by kobieta mogła się poświęcać dla swego kochanka?
— O bynajmniej, tego nie mówię. Zaprzeczam jedynie, by między nami do chwili obecnej mogła być mowa o jakiemkolwiek poświęceniu, a jeżeli kto z nas się poświęca, twierdziłbym raczej, że to ja...
— A to zabawne! W jakiż to sposób?
— Posłuchaj mnie, Jenny! Jesteś zamężną, jam nie żonaty, ty nie potrzebujesz myśleć o przyszłości, a ja jestem w podobnem położeniu, jak młoda panna na wydaniu, która ma kochanka...
— Ależ to niedorzeczność!
— Faktem jednak jest, że gdybym umarł jutro, trumnę mą okrywałby biały całun i zdobiłyby ją wieńce z białych róż i inne oznaki niewinności, jak gdybym był szesnastoletnim aniołem, wstępującym prosto do nieba. Tak to już jest na świecie.
— A zatem okoliczności, wśród których kobieta może się poświęcić dla swego kochanka, są nader rzadkie, nieprawdaż? zapytała Jenny.
— Tak jest, na szczęście są one bardzo rzadkie, prawie niepodobna ich spotkać, zwłaszcza we Francyi, dzięki naszym obyczajom i naszemu zepsuciu, które nawet w występku domaga się spokoju, wygody, a zwłaszcza swobody.
— A w innych stronach?
— O gdzie indziej, to co innego. W kraju na pół dzikim coś podobnego jest możliwem, nawet się wydarzyło, mógłbym coś takiego przytoczyć.
— O mój Boże! może coś, co się tobie samemu wydarzyło?
— Tak, być może.
— O opowiedz mi to, proszę cię...
— Gdybym był zarozumiałym, mógłbym powiedzieć, że boję się, byś nie była zazdrosną, wolę jednak twierdzić, że to cię może znudzić.
— Ależ nie; wiesz dobrze, że nic mnie tak bardzo nie zajmuje, jak twe opowiadania z podróży. Lecz ty tak rzadko o nich wspominasz. Arturze, proszę cię, opowiedz mi to, ja tego pragnę.
— A więc dobrze, posłuchaj! —

II.

Będzie temu mniejwięcej półtora roku; byłem wówczas w Indyach. Admirał wysłał mnie z bardzo ważną misyą do (wybacz mi tę okropną do wymówienia nazwę) Vizagapatnamu. Wyjechałem więc z Madrasu, spełniłem poruczone polecenie i powracałem już właśnie. Znajdowaliśmy się już na piętnaście mil od tego miasta, gdy wypadek, który się wydarzył jednemu z ludzi, niosących mój palankin, zmusił mnie zatrzymać się w wiosce Tschina-Marmelong. Znów podobnie dziwaczne nazwisko, ale w Indyach wszystkie są takie. Miałem ze sobą jednego z oficerów, imieniem Duclos. Był to bardzo zacny człowiek, który miał tylko jedną wadę; oto lubiał zawsze rano wiedzieć, jak ma spędzić dzień cały i popadał w rozpacz, jeżeli nieprzewidziane zdarzenie burzyło znienacka plan poprzód ułożony. W braku takich niespodziewanych wypadków ja sam brałem na siebie zadanie niweczenia jego planów, bo nic mnie tak bardzo nie bawiło, jak jego gniew i narzekania, a pojmujesz dobrze, że człowiek w drodze szuka rozrywek.
Gdy Duclos ukończył już swe skargi z powodu przeszkody, która nas zatrzymała w ogrzewalni wiejskiej, rzekł do mnie:
— Nareszcie możemy tu zostać w spokoju do jutra. Cóż więc czynić będziemy? Lubię bowiem z góry wiedzieć, na co być przygotowanym.
Było to jego ulubione wyrażenie.
— Ależ, odparłem mu, to, co możemy uczynić najlepszego, jest zjeść wieczerzę, ułożyć się wygodnie i szukać snu, jeżeli nam komary pozwolą.
— Wybornie — odpowiedział poczciwiec — lubię bowiem z góry wiedzieć, na co być przygotowanym. Pójdę tedy przed wieczerzą nieco na przechadzkę po tem polu ryżowem, to mi podnieci apetyt i przyczyni się do dobrego snu. — Z temi słowy wyszedł, a ja przyrzekłem sobie w duchu, że o ile to będzie w mej mocy, postaram się, by jak najmniej wieczerzał i jak najmniej miał spoczynku tej nocy.
Ogrzewalnia zwolna zaczęła się napełniać podróżnymi. Jest to rodzaj domu zajezdnego dla karawan, oberży założonej przez ludzi dobroczynnych, w której można znaleźć bezpłatnie przytułek i dostać wody do picia, a w niektórych miejscowościach otrzymują biedni także i żywność.
Wkrótce nasze towarzystwo zwiększyło się przybyciem trupy wędrownych tanecznic wraz z muzykantami. Skoro owe bajadery stosownie do swych ceremonii religijnych, przepisujących codziennie dwukrotną kąpiel, skąpały się w stawie, bidda czyli kierowniczka trupy zbliżyła się, by mnie powitać i ofiarując mi przepyszny bukiet, prosiła w imieniu całego towarzystwa o pozwolenie popisania się przedemną swymi tańcami.
Prośba ta przyszła mi bardzo w porę. Zadecydowałem w duchu, że miasto wieczerzy, snu i spoczynku, nieszczęsny, a raczej szczęśliwy Duclos weźmie udział w zabawie i spędzi na niej noc całą.
Odpowiedziałem przeto kobiecie, iż z przyjemnością przyglądać się będę tańcom jej trupy, lecz, że musimy czekać powrotu mego towarzysza.
Zaledwie jej oznajmiłem moje postanowienie, gdy wszyscy obecni objawili swoją radość okrzykami Nela dore! maaradjha! co ma oznaczać: wielki książę, zacny pan.
Poustawiano natychmiast drobne lampki gliniane w zagłębieniach ścian oberży, na ten cel przeznaczonych. Poleciłem mym tragarzom, by porozrywali liczne gałązki tamaryndy i ryzofor, któremi uścielono dużą salę. Kazałem przynieść i ułożyć w kącie materac mego palankinu, wierny mój Fryc przyrządził mi wyborny ponczyk, zapaliłem fajeczkę i oczekiwałem spokojnie Duclosa.
Byłabyś niezawodnie, Jenny, razem ze mną się śmiała, widząc pocieszny i zdziwiony wyraz twarzy, z jakim ten biedak powitał to całe towarzystwo, ten zgiełk, tę zieleń oświeconą blaskiem lamp, słowem te wszystkie przygotowania do zabawy, które zdawały się zapowiadać tak fatalny koniec dla jego wieczerzy i spoczynku. Przecisnął się przez tłum i zbliżając się do mnie, zapytał:
— A więc nie będziemy teraz wieczerzać? To nie do zniesienia; z panem nigdy nie można być na nic przygotowanym. Raz jeszcze pytam, czy nie zasiądziemy do wieczerzy?
— Bynajmniej, mój drogi panie Duclos, bo mamy obecnie bal przed sobą. Niech ci posłuży za dowód, że kazałem służącemu uprzedzić o tem bajadery.
— Bal, bal, powtórzył, a więc czemuż kazałeś mi pan liczyć na wieczerzę i spoczynek? Urządziłem się już według tego planu, a tymczasem rzecz się ma całkiem inaczej.
— To niespodzianka, mój kochany Duclosie.
— Ależ mój Boże, wiesz pan przecież dobrze, że ja właśnie niespodzianek najgorzej znieść nie mogę.
— Więc pani Duclos nigdy ci nie składała życzeń w dzień twych imienin, nie ofiarowywała ci nigdy wieńców i nie kazała palić ogni sztucznych?
— Tak — odpowiedział — lecz wieńce wiliśmy razem dwa tygodnie naprzód a ognie sztuczne ja sam zapalałem.
— A więc wypijmy tę szklankę ponczu na zdrowie pani Duclos, która ci nigdy nie sprawiała niespodzianek.
— Jestem panu wielce zobowiązany. Gdy spodziewam się z góry pić poncz, wtedy go piję, gdy oczekuję wieczerzy, — ją jem, jeżeli zaś jej niema, to w każdym razie ponczu pić nie będę, odparł zagniewany.
Faktem jest, że był w rozpaczy, bo ten poczciwiec posuwał do tego stopnia chęć, wszystko naprzód wiedzieć i układać, że podczas bitwy pod Tarifą w roku 18.. nie tyle go dotknęło niebezpieczeństwo blizkiej śmierci, której patrzał z zimną krwią w oczy, ile nieład i zamącenie porządku, na ów dzień ułożonego, który ten nieoczekiwany wypadek niemiłosiernie zniweczył.
Tańce się rozpoczęły. Było ich siedm bajader. Muzyka zabrzmiała, a po izbach ogrzewalni rozlegały się przenikliwie dźwięki cymbałów, karesasów, matatanów i innych krajowych instrumentów.
Dziewczęta te, o Jenny były w istocie cudowne. Strój ich tak czarujący, włosy gładkie i hebanowe, na szczycie głowy drobne płatki złota nawleczone na purpurowym jedwabiu, długie kolczyki, złote i srebrne pierścienie na nogach i ramionach, jedwabne suknie, przytrzymywane na biodrach srebrną przepaską, wszystko to razem tworzyło obraz tak pełen uroku, wykwintny a wschodni, ruchy ich leniwe a namiętne sprawiały tak niezwykłe wrażenie, że oddałbym bez namysłu wtedy i dziś jeszcze dwadzieścia waszych najświetniejszych baletów opery za ten naiwny i prosty taniec w biednej oberży Karnatu.
Gdy bal trwał już więcej niż godzinę, kazałem im przestać ku wielkiemu zmartwieniu Duclosa, którego oczy się ożywiły i który się wreszcie pogodził z tańcem, ponczem i fajeczką, jak gdyby był na to od ośmiu dni przygotowanym, a co więcej, zdawał się zupełnie zapominać o ślubnych wieńcach i ogniach sztucznych pani Duclos i oddawać nieuczciwym myślom.
Znając nieco język indyjski podziękowałem poczciwym dziewczętom, zapewniając je, że sama bogini tańców Rambhe nie przewyższa ich w sztuce, poczem prosiłem je, by mi co zaśpiewały.
Pochwały me bardzo im się podobały i zadziwiły je poniekąd ze strony Europejczyka. Zapytały mnie więc, jakiej pieśni sobie życzę. Oznaczyłem im pieśń Kamie, którą już kilkakrotnie słyszałem w Surate i która mi się bardzo podobała. I poczęły śpiewać przygody księżniczki Beddhii, epopeję maracką, pełną świeżości i naturalnego wdzięku.
Już północ wybiła, gdy ich śpiew ustał. Chciały inny poemat rozpocząć, lecz im podziękowałem, a gdy wedle zwyczaju ofiarowałem pierwszej tancerce podarunek na tacy, okrytej liśćmi betelu i wodnego orzechu, wszyscy widzowie się rozeszli, jedni do swoich chat, inni do ogrzewalni. Duclos postanowił się ułożyć do snu obok muru, wieczerzy nie jadł wcale, ja zaś kazałem zanieść swój palankin pod olbrzymie drzewo kokosowe i wyciągnąłem się tam wygodnie na posłaniu, wdychając z rozkoszą silny i przenikliwy zapach tej wegetacyi, tak bujnej i wonnej.
Zaledwie usnąłem, gdy mnie obudził szmer jakiś obok mego palankinu.
— Kto tam? zapytałem z zdziwieniem.
Głos kobiecy mi odpowiedział:
— To ja, panie, bidda tanecznic, przybywam by ci oddać pozdrowienie młodej dziewczyny w żółtym staniku, z wieńcem we włosach, Dai. Serce jej otwarło się przed twem spojrzeniem, jak listki kwiatu otwierają się przed promieniami słońca. Przyjmij oto te liście betelu, które sama dla ciebie przyrządziła. Usiadła u stóp twojego palankinu i czeka twych rozkazów.
Niech mnie dyabli porwą, Jenny, jeżeli sobie przypominałem tancerkę w żółtym staniku z wieńcem we włosach, zresztą byłem senny, miałem nazajutrz wracać do Madras o wczesnej godzinie, jednem słowem to oświadczenie byłoby mi może na rękę dzień poprzód lub dzień później, a właśnie podówczas przyszło mi nie w porę. Podziękowałem tedy biddzie za jej uczciwe pośrednictwo i poradziłem jej, by ofiarowała ów betel miłosny memu przyjacielowi Duclos, chcąc mu tem sprawić świeżą niespodziankę.
— Tembrane Meharza! Bóg jeden jest wielkim, odrzekła bidda, ja zaś nie mogłem dorozumieć się związku tych słów z niespodzianką Duclosowi zgotowaną.
I odeszła. Nazajutrz słudzy nas pobudzili. Duclos był gotów i układaliśmy się do podróży, gdy właśnie przybyły nasze tanecznice, by się ze mną pożegnać. Przez ciekawość szukałem wzrokiem młodej dziewczyny w żółtym staniku, lecz jej tam nie było. Na me żądanie bidda ją zawołała. Przybyła na chwilę do drzwi oberży, spojrzała na mnie z dumą, gniewem i pogardą, podniosła rękę do piersi, by mnie pożegnać i znikła.
Odjechaliśmy. Na sto kroków od oberży uchyliłem zasłonę palankinu i spoglądając w kierunku ku wsi spostrzegłem ze zdziwieniem Daję, ocierającą łzy, podczas gdy dwie towarzyszki zdawały się ją pocieszać.
— Lecz czy była ładną ta dziewczyna? spytała Jenny niecierpliwie.
— Cudowna i urocza, jak obraz, odpowiedziałem.

III.

Przez całą drogę, sam nie wiem dlaczego, ścigało mnie nieustanne wspomnienie o Dai, ciągnąłem dalej opowiadanie, uśmiechając się na widok lekkiej chmury na czole Jenny.
Nadaremnie sobie powtarzałem, że to przecież istota upadła, jedna z tych bajader, co się oddają pierwszemu lepszemu; napróżno tak rozumowałem, napróżno spijałem poncz, kazałem biedz tragarzom, żułem liście betelu, gotowałem Duclosowi jedną niespodziankę po drugiej lub paliłem opium. Wszystko to nie mogło przygłuszyć we mnie jednej myśli, która mną owładnęła.
— A to była zwykła bajadera? zapytała Jenny.
— Najzwyklejsza w świecie. Wreszcie nie mogąc już dłużej wytrzymać, wieczorem po przybyciu do Tunipatnam, gdy nasza służba znużona już szła na spoczynek, udałem się do Duclosa.
Poczciwiec przygotowywał sobie właśnie łoże w hamaku, który rozwiesił starannie w najciemniejszym kącie nowej ogrzewalni, dokąd właśnie zajechaliśmy. Biedak nie podejrzywał nawet celu mych odwiedzin, bo ukazując mi z zadowoleniem swoje posłanie, które prawdę mówiąc zapraszało do snu, tak było świeże i wygodne, odezwał się do mnie temi słowy:
— Przyznaj pan, że spędzę noc znakomicie w tym wygodnym kąciku!
Doprawdy, Jenny, trzeba mi było niezwykłej odwagi, by poświęcić Duclosa dla Dai i jednem tchnieniem zburzyć to jego szczęście. Zdobyłem się na ten heroizm.
— Bardzo mi przykro, mój kochany Duclosie, rzekłem do niego, ale my wybieramy się w tej chwili w drogę, wracamy napowrót tam, skądeśmy przybyli.
— Dowcipny komendancie! zawołał Duclos, wskakując jednym susem w swój hamak i począł z największym spokojem czynić przygotowania na noc, układać materace i poduszki, tak dalece się nie spodziewał tego strasznego ciosu, który mu zagrażał.
— Nie żartuję wcale, panie Duclos, rzekłem na seryo, tonem stanowczym, jedziemy natychmiast. Oto moi tragarze, którzy przychodzą po mój palankin; uprzedziłem już i twoich.
Duclosowi zdawało się, że go trapi jakaś straszliwa zmora.
— Wracać tą samą drogą, o tej porze! znów się wybierać w podróż! mówił sam do siebie urywanym głosem, dotykając swego ciała, by się przekonać, czy to nie jakie nielitościwe złudzenie.
— Tak, musimy jechać, i to natychmiast. Odwagi, Duclosie, odwagi.
— Otóż ja nie pojadę, właśnie, że nie pojadę! zawołał nagle mój towarzysz z uporem desperata i spojrzał na mnie błędnym wzrokiem.
— Panie Duclos! odpowiedziałem mu, — przez chwilę mogłem zapomnieć, że jestem twoim przełożonym, teraz ci rozkazuję.
— Ależ po co właściwie mamy wracać?
— Wiedz pan, że tylko admirałowi winien jestem zdawać sprawę z mych czynności, a pan masz mnie ślepo słuchać.
Duclos nic mi nie odpowiedział, ubrał się, odczepił hamak i wyruszyliśmy w drogę. Twarz jego była z gniewu sina.
Ułożyłem sobie plan spotkać w drodze bajadery, słyszałem bowiem od biddy, że się także wybierają do Madras. A gdy do tego miasta innej drogi nie było, miałem pewność, że się nie rozminiemy, podróżowaliśmy tedy noc całą bez przerwy.
— A cóż się stało z tym nieszczęśliwym Duclosem? zapytała mnie Jenny.
— Przybywszy zrana do wsi, gdzie spodziewałem się zastać trupę tanecznic, kazałem memu orszakowi zatrzymać się, nim wstąpiliśmy do oberży. Potem zawezwałem Duclosa i aby się go pozbyć, powiedziałem mu:
— Chcę zapomnieć twe wczorajsze niestosowne znalezienie się i dać ci nowy dowód zaufania. Oto polecam ci udać się na tę górę w kierunku północnozachodnim, weź z sobą kątomierz, pion i wszystkie twe przyrządy i zdejmij dokładny plan całej okolicy w kierunku północno- i południowozachodnim.
— Ale dlaczegoż nie uczyniliśmy tego wczoraj i na co ten pomiar? To będzie pierwsze zdjęcie począwszy od Vizagapatnamu, zapytał Duclos zdziwiony do najwyższego stopnia.
Przerwałem mu znów dalsze pytania moją zwykłą odpowiedzią, że tylko admirałowi jestem za swe czynności odpowiedzialnym, a poczciwy Duclos spakował swe przyrządy i podążył ku północnemu zachodowi, gubiąc się w najróżnorodniejszych przypuszczeniach, jaka to konieczność skłoniła mnie do tak rychłego powrotu tą samą drogą, by zdjąć plan Jaffanapatnamu.
Natenczas ja kazałem ponieść palankin mój ku oberży, dokąd wiodła długa aleja drzew kokosowych, osłaniających swym cieniem piękny i obszerny staw, w którym się właśnie kąpało dużo osób, a między innemi na samym końcu nieliczne grono kobiet.
Nagle usłyszałem z tego grona krzyk przeraźliwy, spoglądam z uwagą i poznaję moją tancerkę w żółtym staniku, Daję, która przed chwilą musiała się kąpać wraz z swemi towarzyszkami i ledwie co wyszła z wody, bo miała jeszcze na sobie płaszcz kąpielowy. Biedna dziewczyna poznała mnie natychmiast, dałem jej znak ręką, by się zbliżyła, owinęła się więc w okrycie z białej bawełny i przybiegła spłoniona rumieńcem wstydu.
— Daja, przybywam tu po ciebie, rzekłem do niej, by cię wziąść z sobą. Czy chcesz iść ze mną?
Podniosła na mnie swe duże, czarne oczy, jakby mnie nie śmiała zrozumieć.
— Czy chcesz, Daja?
— Z panem?
— Tak, Daja, ze mną iść do Madrasu.
Wtedy biedna dziewczyna, drżąc na całem ciele i nie mogąc słowa przemówić, patrzała wciąż na mnie, jakby w zachwyceniu i złożywszy ręce na piersiach, skinęła głową na znak, że się zgadza.
— I pan wziąłeś ze sobą tę osobę? zapytała Jenny.
— Tak, moja droga, wziąłem ją w lektyce, o którą się wystarałem i wróciliśmy do Madrasu wraz z nieocenionym Duclosem, który przybył ze swym pomiarem i był przekonanym, że to jakaś głęboka kombinacya polityczna łączy się z tajemniczą lektyką, której zawartości ani się domyślał, i z planem, zdjętym wśród największego żaru słonecznego. Zresztą poczciwiec nie myślał już więcej o naszym niespodziewanym odwrocie. Raz tylko wieczorem, wskazując mi szklankę araku, którą właśnie do ust podnosił, rzekł:
— Widzisz pan, gdyby mi ktoś teraz powiedział: prawda, panie Duclos, pan sądzisz, że wypijesz tę szklankę araku i położysz się potem spać? Ale gdzie tam! zamiast tego pójdziesz mierzyć pagodę w Mehemonpa, o dwanaście mil stąd położoną — odpowiedziałbym mu na to, że wcale tem nie jestem zdziwionym.
— I miałbyś pan zupełną słuszność, panie Duclos, odrzekłem mu na to. Lecz tym razem wypił on najspokojniej w świecie swą szklankę araku i spędził noc tak, jak sobie przedsięwziął, bo od kiedy miałem Daję, przestałem sprawiać niespodzianki swojemu towarzyszowi.
— Lecz gdzież to poświęcenie? zapytała Jenny, — dotychczas powiedziałabym raczej, że ono po pańskiej stronie.
— Trochę cierpliwości, odrzekłem, chcąc ją uściskać. Odepchnęła mnie mówiąc: A bajadera!
— Tak, bajadera, Jenny, lecz dziewczyna, która szczególnym trafem pozostała czysta i niewinna w swem otoczeniu, wpośród wędrownej trupy tanecznic. Wstąpiła do niej ledwie sześć miesięcy temu, przedtem żyła przy starej matce. Ale w czasie jednej z owych rozlicznych wojen, które pustoszą kraj Karnatu, matkę jej zabito, posiadłość zniszczono i musiała szukać między tanecznicami środków do życia. Gdy mnie poznała, serce jej po raz pierwszy się odezwało, co mi sama w swej niewinności wyznała.
— A pan temu wierzyłeś? zapytała Jenny.
— Jakażeś dziwna, — odparłem. — Raz to przecież musi być prawdą w życiu ludzkiem, a to dziecko nie miało jeszcze szesnastu lat.

IV.

Po przybyciu do Madras zdałem admirałowi sprawę z poruczonej mi misyi, zerwałem me nieliczne stosunki towarzyskie w dzielnicy europejskiej a nawet z krajowcami i poświęciłem cały swój czas Dai.
— Ależ to już istna namiętność — zawołała Jenny z szyderstwem.
— Więcej jak namiętność, to była rozkosz i to rozkosz codzienna.
Wynająłem dość duży domek z ogrodem gęstym i krzaczystym, w którym się mieścił staw o wodzie jasnej i przejrzystej jak kryształ i w tem uroczem ustroniu umieściłem Daję.
— Spodziewam się, że pan ją tam urządziłeś na stopie przyzwoitej? zapytała Jenny sarkastycznie.
— Bardzo przyzwoitej, moja droga, a zresztą biedne dziewczę nie znało żywej duszy w Madras i nie wychodziło nigdy z domu. Odzież jej stanowił rodzaj długiego płaszcza z bawełny, sypiała tamtejszym zwyczajem na plecionej rogoży, żywiła się odrobiną ryżu, zaprawionego pieprzem, i żuła liście betelu; w ogóle zdawała się żyć tylko próżniactwem, kąpielą, miłością i słońcem. O gdybyś wiedziała, Jenny, co to za rozkosz była dla mnie, z brzaskiem jutrzenki, gdy cała przyroda jeszcze we śnie była pogrążona, blade kwiaty lotosu jeszcze swych liści nie otwarły, a stada papug i czapli spoczywały w gniazdach, co to za rozkosz była przechadzać się z Dają nad brzegiem tej cichej wody, zanurzać się w fali świeżej i tajemniczej, podziwiać chyżość i zwinność mej młodej Indyjki, która pływając, ledwie zdawała się muskać powierzchnię wody, patrzeć, jak perliste krople spływały po jej brunatnem ciele, miękkiem, jak aksamit!
Jenny rzuciła się niecierpliwie.
— A po kąpieli szedłem pełnić służbę na pokładzie okrętu i wracałem dopiero wieczorem.
Wtedy ułożywszy się na macie i paląc fajeczkę przypatrywałem się tańcom Dai, lub kazałem jej śpiewać pieśni krajowe, „khyuru“ i inne, przyczem przygrywała na gitarze o trzech strunach, zwanej tamże „pehą“.
A innym razem znów opowiadała mi dzieje swych lat dziecinnych, mówiła o swych bogach, o swej naiwnej wierze i dziwacznych zwyczajach. Była to rozmowa nader zajmująca, która jednak podniecała więcej mą ciekawość, aniżeli zaspakajała.
To znów zadawała mi zagadki, wedle zwyczaju krajowego; w ogóle biedna dziewczyna wysilała się na wszystkie możliwe sposoby, by mi czas przy niej nie wydał się długim, a wieczorem przyrządzała mi ryż na wodzie i wesoło spożywaliśmy spólnie tę skromną wieczerzę.
— Ależ doprawdy — zawołała Jenny — to wzruszające, to rzecz godna Bernardyna de St. Pierre. To cudowna sielanka, któraby zdołała natchnąć Gessnera.
— Moja kochana — odrzekłem — sielanki mają urok dla ośmnastoletnich młodzieńców, którzy — jeszcze pełni zaparcia się — kochają kobietę nie dla siebie, lecz dla niej, są też zazwyczaj albo zdradzani, albo nieszczęśliwi; z dwudziestu pięciu laty mężczyzna zaczyna dopominać się o udział w szczęściu i dla siebie, lecz gdy doszedł już do lat trzydziestu, staje się zupełnym egoistą i kocha wyłącznie dla siebie, a jeżeli go spotka zdrada, to przynajmniej korzystał z miłości. Otóż musisz wiedzieć, że stosunek z Dają sprawiał mi niewymowną przyjemność, a koła towarzyskie w Madras zanudzały mię na śmierć: kobiety tamtejsze nie miały wdzięków, ani naturalnego powabu, ani oryginalności i nie umiały mówić o niczem innem, prócz tego, co sam wiedziałem o wiele lepiej. A gdy wreszcie mamy zawsze jeszcze na nieszczęście dość czasu by powrócić do cywilizacyi, to jest do kraju sznurówek i płytkiej kokieteryi, urządziłem sobie tymczasem wybornie życie i żyłem w ten sposób trzy miesiące, nie widząc żywej duszy i nie zaznawszy ani chwili nudy.
— Pojmuję to dobrze — rzekła Jenny z przekąsem — ale na szczęście mizantropia ma w sobie to dobre, że uwalnia ot mizantropów.
— Cóż chcesz, moja kochana, jeżeli kto dużo podróżował, ma taką obfitość wrażeń, wspomnień i punktów porównania, że staje się trudnym do zadowolenia, podobnie jak Ludwik XIV., na co się nieraz uskarżała pani de Maintenon. Jest to istne nieszczęście, ale cóż począć, odmienić tego nie można. Lecz powróćmy do Dai. Przyrzekłem jej zwiedzić z nią słynną pagodę, oddaloną od Madrasu o dwie mile drogi morzem, a nie chcąc z łatwo zrozumiałych przyczyn brać łodzi z mej fregaty, wynająłem czółno, które miało przewieźć mnie, Daję i jej sługę, starą metyskę.
Przybyliśmy na brzeg, gdzie już na nas czekało czółno wraz z swym właścicielem i sześciu wioślarzami, wsiedliśmy zatem i kazałem wypłynąć na pełne morze.
Zaledwie jednak łódź odbiła od brzegu, spostrzegłem, że była ogromnie przeciężona, bo i z tej części jej, która ma wystawać nad powierzchnią morza, ledwie sześć cali sterczało nad wodę.
— Psie! — zawołałem przyskakując z wściekłością do właściciela łodzi — dlaczegoś tak obciążył tę łódź, nie uprzedziwszy mnie o tem? Wracaj natychmiast do brzegu, albo ci tem wiosłem roztrzaskam głowę.
— Bóg jest wielki — odparło to bydlę z zimną krwią.
Ale chociaż Bóg był wielki, wracać już było zapóźno, bo nas pochwyciły bałwany morskie.
Pierwsza fala zalała tylną część łodzi i napełniła ją do połowy. Przeklęta łódź była tak ciężką, że napróżno wysilałem się koło steru, nie mogłem nią w żaden sposób kierować. Druga fala zalała łódź całą. Nie było ani chwili do stracenia.
— Daja, chodź za mną! — krzyknąłem do Indyjki, rzucając się w morze, bez najmniejszej obawy o nią, bo wiedziałem, że umie pływać, jak ryba.
Zaledwie wskoczyłem do wody, gdy świeża fala przeszła przezemnie, warcząc mi nad głową, zanurzyłem się i silnem uderzeniem nogi wypłynąłem znów na wierzch. Zdala widziałem wiosła naszej łodzi, a tuż przy sobie Daję, która z okrzykiem radości rzuciła się ku mnie z prośbą, bym się opierał o nią, jeżeli jestem znużony. Podziękowałem i ofiarowałem jej nawzajem swą pomoc, oraz radziłem, by się kierowała za mną celem uniknienia skał podwodnych, sondowałem bowiem nieraz tę część morza i znałem ją, jak swój własny pokój.
Płynęliśmy tak przez kilka minut, śmiejąc się nawet z naszej przygody, bo na trzysta kroków przed nami rozciągało się wybrzeże.
Wtem nagle poczułem, że mnie jakiś ogromny ciężar ściąga na dół; zanurzając się patrzę w tę stronę: to stara metyska, która, chwytając się, czego mogła, uczepiła się mej nogi; fale rzuciły ją aż w to miejsce na pół martwą. Była to jej agonia. Ratunek dla niej był już niemożebnym, starałem się więc od niej uwolnić. Lecz było to niemożliwem. Z nadludzkiem wysileniem wychyliłem się raz jeszcze nad powierzchnię morza i zawołałem:
— Daja, chodź tu na pomoc!
Poczciwa dziewczyna przerażona pospieszyła do mnie natychmiast i kazała mi się oprzeć obiema rękami na jej ramionach, a sama pływała tylko nogami.
Usłuchałem tego, bo przeklęta metyska trzymała się mnie wciąż i nie mogłem sam żadnego uczynić poruszenia. Daja pracowała z wytężeniem i posuwała się zwolna naprzód wołając pomocy. Wtem metyska konając w przedśmiertelnym kurczu ukąsiła mnie w kolano, a ruch ten pociągnął Daję i mnie w głąb morza.
— Na szczęście powróciłeś pan na wierzch — rzekła z zimną krwią Jenny.
— Tak jest, na szczęście — odpowiedziałem. — Byłem bardzo osłabiony i już począłem tracić przytomność, gdy wtem silna fala unosząc mnie rzuciła na skałę, przyczem odniosłem tę ranę na głowie, o którą się nieraz tak ciekawie dopytywałaś. —
— W dwa tygodnie po tym fatalnym wypadku odzyskałem zupełnie przytomność: leżałem w szpitalu na ziemi, na wygodnem posłaniu, a przy mnie stał zacny i poczciwy Duclos.
— No, nareszcie, — rzekł, widząc, że otwieram oczy, — kosztowało to niemało trudu. Jakżeż się pan czujesz? Byliśmy porządnie w strachu o pana.
— Czuję się bardzo osłabionym — odpowiedziałem, usiłując skupić swe myśli i przywołać zatarte wspomnienia. —
— A gdzie Daja? — wykrzyknąłem nagle.
— Kto to jest Daja? Czy to pies?
Stłumiłem z trudem niecierpliwość.
— Czy nie wiesz pan, panie Duclos, gdzie mój lokaj Fryc?
— Wyszedł niedawno i ma za godzinę powrócić.
— Za godzinę, to długo, ale poczekam.
— Nie wątpię wcale, że pan poczekasz. To już nie jest tak, jak w owej dyabelskiej podróży, gdzie mi pan kazałeś pędzić to tu, to tam i człowiek nigdy nie był pewnym, czy przespi noc spokojnie, chyba dopiero nazajutrz rano, gdy się obudził. Pamiętasz pan jeszcze ów plan Jaffanapatnamu?
— Cóż tam słychać nowego, panie Duclos? — zapytałem, by odwrócić rozmowę od tych wspomnień, które były dla mnie tak bolesne w obec niepewności o losie Dai.
— O, zabawna historya, która obiega właśnie wszystkie salony dzielnicy europejskiej naszego miasta. Wyobraź pan sobie, jak się okazało, jeden z oficerów naszej dywizyi utrzymywał stosunek miłosny z dziewczyną indyjską. Romans ten tak bardzo go zajmował, tak pochłaniał wszystek jego czas wolny, że przestał zupełnie bywać w towarzystwie. Otóż damy z towarzystwa tak sobie powiedziały: Wartoby odzyskać tego miłego i wesołego młodziana, który był duszą naszych zabaw i balów, i w tym celu trzebaby mu jakiego figla wypłatać. I wiesz pan, co za figla mu wypłatano? Zgadnij!
— Mów, mów dalej! — zawołałem, a byłem blady, jak trup, bo sam nie wiem, co za złowrogie przeczucie ścisnęło mi serce. A Duclos tak dalej opowiadał:
— To jest, figla tego spłatano nie jemu, lecz raczej owej dziewczynie. Oficer, którego nazwisko na honor mi niewiadome, ciężko zachorował. Cóż więc czynią? Oto kazano powiedzieć tej dziewczynie: „Kochanek twój niestety już zginął, piękna dziewczyno o cudownych oczach, wracaj do swej ojczyzny i zapomnij o nim!“
— Na Boga, kto to uczynił? Mów, mów, Duclosie! zawołałem gwałtownie, zrywając się na pół z mego łoża.
— Nie wiem tego, daję słowo. Ja w towarzystwach nie bywam, a historyjkę tę opowiedział mi komisarz policyi. Kto to uczynił? Prawdopodobnie piękne panie i panowie, którzy chcieli znów pozyskać dla swych salonów oficera, będącego tak miłym towarzyszem. W tak nieznośnem mieście, jak Madras, jest to rzecz naturalna, że się dba o towarzystwo. Ale to na tem nie koniec jeszcze....
— Jakto nie koniec? zapytałem. I zdawało mi się, że to sen okropny mnie dręczy i na pół nieprzytomny słuchałem opowiadania Duclosa.
— Nie koniec. Posłuchaj dalej. Oto ta głupia dziewczyna uwierzyła temu i patrz, jak daleko sięgają przesądy i fanatyzm tych barbarzyńców, nie namyśla się ani chwilę; wiedziała dobrze, że nie otrzyma ciała swego kochanka, którego miała za zmarłego, bo nasza religia nie zna szalonego zwyczaju, jaki jest u nich, palenia ciał na stosie, skoro zabrzmi de profundis. Cóż więc czyni szalona? Zbiera wszystkie podarunki, jakie otrzymała niegdyś od kochanka, układa z nich stos, zapala go i ginie na nim w płomieniach, wśród śpiewu indyjskich kapłanów, zachwyconych tym wypadkiem, który teraz należy do rzadkości. Oto, co mniej więcej wtedy usłyszałem, Jenny, straszliwy dreszcz mnie ogarnął, zimny pot wystąpił na czoło, wykrzyknąłem „Daja“ i straciłem przytomność.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Gdy kończyłem opowiadanie tego strasznego wypadku, patrzałem z uwagą na Jenny, lecz na jej pięknej twarzy nie malowało się nic innego, prócz wielkiego zdumienia.
— A więc doprawdy — zapytała — owa dziewczyna spaliła się, sądząc, że pan nie żyjesz?
— Tak jest, to była ona.
— Przyznaję, że to jest rodzaj poświęcenia, którego nie jestem w stanie zrozumieć. Ta dziewczyna była szaloną....
— W najwyższym stopniu — odrzekłem.
W istocie jednak, chociaż Jenny miała duszę oschłą i zimną, opowiadanie moje uczyniło na niej pewne wrażenie, policzki jej się ożywiły czy to od niechęci, czy też zazdrości; wiedziała, że wygląda z tem bardzo korzystnie i chciała zużytkować te zalety fizyczne, które zawdzięczała swemu wzruszeniu. Wszak to tak naturalne!
— Bądź pan tak dobrym przejść do mego saloniku — rzekła — a ja tymczasem zmienię toaletę, poczem mnie pan odprowadzisz do pani d’Arville.
— Jestem na twe usługi — odparłem i poszedłem do salonu.
Moje indyjskie wspomnienia bardzo mnie zasmuciły, bo to okres mego życia, którybym rad jak najprędzej wymazać z pamięci. Byłem więc smutny i zadumany, gdy Jenny znów się pojawiła, olśniewająca pięknością, strojem, wdziękiem.
I błyskawiczna myśl strzeliła mi nagle do głowy.
— Jakżeż ci się wydaję? — zapytała Jenny, patrząc w zwierciadło i zapinając bransoletkę.
— Jesteś cudowną, Jenny; nigdy cię nie widziałem tak piękną. Oczy twe błyszczą, jak dwie gwiazdy, a policzki lekko zaróżowione.
— I komuż to mam zawdzięczać, jeżeli nie tobie? — rzekła, podając mi dłoń do ucałowania. To te twoje szkaradne opowiadania wzruszają mimowoli słuchacza. Lecz czy nie jestem na twarzy zanadto czerwoną?
— Wcale nie, owszem, jesteś uroczą. Ale ponieważ to mnie właśnie zawdzięczasz ten twój dzisiejszy powab, a więc poświęć mi go, o Jenny. Oto jesteś piękna, strojna, czarująca, nie wychodź więc dzisiaj nigdzie z domu. Patrz, te wspomnienia mnie zasmuciły, byłbym tak szczęśliwym, gdybym mógł spędzić ten wieczór sam z tobą, bez obcych ludzi. Jenny! uczyń to dla mnie, błagam cię!
— Cóż znowu! — odparła, śmiejąc się. — Co za szaleństwo, na cóż ci tego? Mówisz sam, że nigdy ci się tak piękną nie wydałam, a chcesz, bym poświęciła wieczór dzisiejszy, i to dlaczego? Dla kaprysów, dziwacznych zachcianek. Gdyby jeszcze przynajmniej rzecz warta była poświęcenia, nie mówię...
— Ależ to ja cię proszę, Jenny, i mnie pozostaw ocenienie wartości.
— Jesteś dzieckiem, — odpowiedziała, a zadzwoniwszy rzekła do służącej:
— Julio, każ zajeżdżać.
Nie mogłem ukryć niecierpliwości.
— Hola — zawołała Jenny swym słodkim głosikiem — zły humor, gniew! strzeż się pan, wielbicieli mi nie brak i gdybym tylko chciała być zalotną....
— O co do tego, moja droga, nie jestem już dzieckiem i doszedłem do tego stopnia niedbałości, iż zadowalam się jednem przekonaniem.
— A to jest?
— Że niepodobna, by kobieta mogła równocześnie mieć dwóch kochanków. Z temi zasadami wybór w miłości nie jest nigdy trudnym i spodziewam się, że i w Anglii, dokąd się właśnie wybieram, nie sprawi mi trudności....
— A! gniew, wyjazd! to zabawne — rzekła Jenny niedbale.
— Gniew? o mój Boże, bynajmniej. To podróż już od dawna ułożona, bo ta mała Luizka dawno już na mnie nalega, bym jej pokazał kraj prawdziwych milordów, jak się naiwne dziecko wyraża. Jeżeli pani nie wierzysz, oto list mego fabrykanta powozów, który właśnie otrzymałem. Czytaj.
Jenny porwała szybko list i poczęła czytać:
„Mam zaszczyt zawiadomić W. Pana, że duży powóz podróżny i bryczka będą gotowe jutro to jest w piątek, równie jak i walizki, pudła na kapelusze itd.“
— A więc pan układałeś podróż, nie uprzedziwszy mnie o tem wcale, nie biorąc na mnie żadnego względu!
— Bo widzisz, Jenny, nie znoszę tych scen pożegnalnych. Byłbym wreszcie napisał kilka słów kochanemu Oktawiuszowi.
— Dobrze panie, wybornie, a więc pan zrywasz pierwszy, wyjeżdżasz, wygrana po pańskiej stronie!
— Wszak to gra, Jenny.
Ucałowałem ją w rękę i wyszedłem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Odbyłem podróż do Anglii, a z Jenny nie spotkałem się nigdy więcej w życiu.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Leon Sternklar.