Kawaler de Chanlay/Rozdział XXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Kawaler de Chanlay
Wydawca Nakładem „Dziennika Polskiego“
Data wyd. 1910
Druk Piller-Neumann
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXII.
Dubois działa.

Wyjechawszy z Bastylii, książę, odwiózł Helenę do jej mieszkania, obiecując, że ją odwiedzi dziś jeszcze, jak zwykle, za co Helena byłaby mu jeszcze więcej wdzięczna, gdyby była wiedziała, że Jego Królewska Wysokość miał tego dnia być na balu maskowym w Monceaux.
Po powrocie do Palais Royal, książę zapytał o pana Dubois; odpowiedziano mu, że minister jest u siebie w gabinecie, zajęty pracą. Książę swoim zwyczajem wbiegł lekko na schody i wszedł do gabinetu ministra, nie pozwalając oznajmić swojego przybycia.
Dubois, siedzący przy stole, był tak zajęty, że nie usłyszał nawet wejścia księcia, który wszedł na palcach i zajrzał mu przez ramię, żeby się przekonać, nad czem tak zawzięcie pracuje. Wpisywał on rozmaite nazwiska, zakreślając każde z osobna i notując przy każdem z nich objaśnienia.
— Co ty u dyabła robisz? — zagadnął Regent.
— Ah! to wy, Mości książę! Nie słyszałem, że kto wchodzi, bo...
— Nie o to pytam — przerwał mu książę.
— Pytam, co ty robisz?
— Podpisuję akta pogrzebowe naszych przyjaciół w Bretanii.
— Przecież nic jeszcze nie postanowiono o ich losie; pędzisz jak szalony, a wyrok komisyi...
— Wiem, jaki wypadł — przerwał Dubois.
— Czy już nadszedł?
— Nie, ale ja sam podyktowałem jego treść przed wyjazdem komisyi.
— Czy wiesz, księże, że to, co robisz, jest ohydne!
— Wasza Królewska Wysokość może się zajmować sprawami rodzinnemi, a mnie pozostawić sprawy państwowe.
— Sprawami rodzinnemi!
— Co do tego, spodziewam się, że dałem dowody uległości! Ale tam w Bretanii, Wasza Dostojność nie ma nic do czynienia i nie pozwolę na mieszanie się do tamtej sprawy, chyba, gdybyś miał i tam z pół tuzina nieznanych córek, Mości książę, co nie jest nieprawaopodobnem!
— Dubois! fagasie!
— A! sądzisz, Mości książę, że to już wszystko, jeżeliś mnie obdarzył tak obelżywym przydomkiem. Niech będzie i fagas, ale gdyby nie ten fagas, byłbyś już do tej chwili zamordowany.
— I cóż z tego.
— Co z tego? Że ja zostałbym powieszony — pierwsze następstwo; — że pani de Maintenon zostałaby Regentką Francyi. A dalej? I pomyśleć tylko, że to książę-filozof mówi coś podobnego!
Mówiąc to, Dubois pisał wciąż.
— Dubois! — zaczął Regent — ty nie znasz tego chłopca.
— Jakiego chłopca?
— Kawalera de Chanlay.
— Doprawdy?... Więc mnie z nim zapoznasz, Mości książę, gdy zostanie twoim zięciem.
— Nastąpi to jutro, Dubois.
Dubois odwrócił się, osłupiały, opierając się obiema rękami na poręczach fotela i wpatrując się w Regenta małeini oczkami, wytrzeszczonemi o tyle, o ile pozwalały na to ich rozmiary.
— Czyś oszalał, Mości książę! — zawołał.
— Nie, bo to jest człowiek uczciwy, a uczciwi ludzie są rzadkością, o czem ty, księże, wiesz najlepiej.
— Uczciwy człowiek! Wasza Dostojność osobliwsze ma pojęcie o uczciwości.
— Zapewnie; zdaje mi się, że w żadnym razie nie takie, jak ty.
— I cóż więc zrobił ten uczciwy człowiek?
— Dotrzymał słowa danego panu d’Argenson.
— Temu się nie dziwię; to chłopiec wierny danemu słowu; tak samo dotrzymał przyrzeczenia danego panom de Pontcalec, Montlouis, Talhouet i innym.
— Tak, ale to było trudniejsze. Przyrzekł, że nie powie nikomu o tem, iż został skazany na śmierć, i nie powiedział też nikomu, nawet swojej kochance.
— Ani tobie, Mości książę?
— Ani mnie, dopóki mu nie powiedziałem, że wiem wszystko. Wtenczas zabronił mi prosić Regenta o ułaskawienie, bo nie żąda nic oprócz jednej łaski.
— Jakiej?
— Zaślubienia Heleny, której chce pozostawić majątek i nazwisko.
— Chce obdarzyć majątkiem i nazwiskiem córkę Waszej Królewskiej Wysokości. Bardzo grzeczny ten twój zięć, Mości książę!
— Czy zapomniałeś, że to wszystko jest dla niego tajemnicą?
— Kto to wie?
— Dubois! nie wiem, w czem cię wykąpano po przyjściu na świat, ale wiem, że brudzisz wszystko, czego się dotkniesz!
— Z wyjątkiem spiskowców, Mości książę, bo tych przeczyszczam w mgnieniu oka, o ile mi się zdaje.
— Ale jakiż koniec, całej historyi?
— Taki koniec, że przyrzekłem poprosić Regenta o pozwolenie, i Regent udzieli go z pewnością.
— Regent popełni błąd.
— Nie, mój panie, naprawi błąd popełniony.
— Tego tylko jeszcze brak, żebyś sobie włożył w głowę, Mości książę, iż jesteś winien wynagrodzenie panu de Chanlay.
— Nie jemu, ale jego bratu.
— To jeszcze lepiej; cóżeś mu zawinił, Mości książę?
— Zabrałem mu kobietę, którą kochał.
— Kogo?
— Matkę Heleny.
— Tym razem źle uczyniłeś, Mości książę, bo gdybyś mu ją był zostawił, nie mielibyśmy dziś tego całego kłopotu.
— Ale kiedy go mamy, trzeba się wyplątać, o ile można najlepiej.
— Nad tem też pracuję... Na kiedy ślub, Mości książę?
— Jutro.
— Czy w kaplicy Palais-Royal? Zjawisz się tam, Mości książę, w paradnym stroju, i wyciągniesz obie ręce nad głową zięcia, który tylko jednę rękę chciał nad tobą wyciągnąć: będzie to wzruszające!
— Nie, odbędzie się to niezupełnie tak. Ślub będzie w Bastylii, a ja w bocznej kaplicy, gdzie mnie nie zobaczą.
— Mości książę, proszę, pozwól mi towarzyszyć sobie. Chciałbym widzieć ten obrządek. Powiadają, że takie widoki są wzruszające.
— Nie chcę; przeszkadzałbyś mi. Twoja brzydka twarz zdradziłaby moje incognito.
— Piękna twarz twoja, Mości książę, jeszcze prędzej cię zdradzi — odrzekł Dubois z ukłonem. W Bastylii są portrety Henryka IV i Ludwika XIV.
— To mi pochlebia.
— Wasza Królewska Wysokość odchodzi?
— Tak, oczekuję pana de Launay.
— Gubernatora Bastylii?
— Tak. Czy będziesz dzisiejszej nocy w Monceaux?
— Być może.
— Przebrany?
— Mam przecież kostyum kapitana La Jonquiére.
— Takie kostyumy nosi się tylko na ulicy du Bac i w oberży Muid-d’Amour.
— Wasza Dostojność zapomina o Bastylii, gdzie to przebranie cieszyło się również powodzeniem, nie mówiąc o powodzeniach, jakie je czekają w przyszłości — dodał Dubois z szatańskim uśmiechem.
— Bywaj zdrów, księże! Dubois skłonił się nizko. Regent wyszedł.
Zostawszy sam, Dubois rzucił się na fotel, zamyślił się, potem potarł sobie nos, a nakoniec uśmiechnął się. Był to znak, że zrobił już postanowienie.
Wyciągnął rękę do dzwonka i zadzwonił. Wszedł woźny.
— Pan de Launay, gubernator Bastylii, będzie miał posłuchanie u księcia Regenta — powiedział Dubois. — Pilnuj, gdy wyjdzie, i przyprowadź go do mnie.
Woźny skłonił się i wyszedł. Dubois zabrał się do swojej złowróżbnej roboty.
W pół godziny potem otworzyły się drzwi, i woźny oznajmił pana de Launay. Dubois oddał mu bardzo szczegółową instrukcyę.
— Przeczytaj pan to — powiedział Dubois. — Daję ci instrukcyę piśmienną, ażebyś nie miał żadnego pozoru do uchylenia się od rozkazów.
De Launay czytał ze wzrastającem pomieszaniem.
— Więc chyba chcesz pan zgubić mnie w oczach wszystkich? — zapytał, skończywszy czytanie.
— Dlaczego?
— Bo jutro, gdy się rozejdzie wiadomość o tem, co się stało...
— A któż to rozgłosi? Czy pan sam?
— Nie, ale Jego Królewska Wysokość...
— Będzie zachwycony. Ja ci za to ręczę!
— Gubernator Bastylii...
— Czy idzie panu o ten tytuł?
— Naturalnie.
— Więc radzę ci spełnić mój rozkaz.
— Jestem na rozkazy Waszej Dostojności — powiedział gubernator.
— Więc rzecz ułożona; zastanę wszystko gotowe?
— Przyrzekam to.
— Żegnam pana panie de Launay.
De Launay wyszedł, kłaniając się.
— A teraz — szepnął Dubois — ze mną sprawa, Mości książę! Chcesz wydać zamąż córkę, ale nie znajdziesz zięcia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tej samej chwili, gdy Gaston przesyłał kawalerowi Dumesnil list panny de Launay, usłyszał kroki w korytarzu; ostrzegł go więc, by przestał mówić, zapukał ostrzegająco do margrabiego de Pompadour, zgasił światło i rzucił ubranie na krzesło, jak gdyby się zaczynał rozbierać.
Otworzyły się drzwi i wszedł gubernator. Ponieważ nie miał on zwyczaju odwiedzać w takiej porze więźniów, Gaston spojrzał na niego badawczo i zdawało mu się, że jest on zmieszany. Gubernator wziął światło z rąk strażnika i odesłał go, chcąc sam pozostać z więźniem. Gaston widział, że ręka gubernatora drżała, gdy stawiał światło na stole.
Strażnicy odeszli, lecz pod drzwiami stanęli żołnierze. Dreszcz przebiegł Gastona; te przygotowania miały pozór złowieszczy.
— Kawalerze — zaczął gubernator — jesteś mężczyzną i powiedziałeś, że chcesz, żebym cię traktował jak mężczyznę. Dowiedziałem się, że wczoraj wieczorem przeczytano ci wyrok.
— I przyszedłeś pan, żeby mnie zawiadomić, iż nadeszła godzina wykonania wyroku, nieprawdaż? — zapytał Gaston, odzyskując zimną krew wobec niebezpieczeństwa.
— Nie panie; przyszedłem tylko powiedzieć, że się zbliża.
— A kiedy ma się odbyć egzekucya?
— Czy mam powiedzieć wszystko kawalerze?
— Będę panu bardzo wdzięczny.
— Jutro, o świcie.
— A gdzie?
— Na placu Bastylii.
— Panie — przemówił po chwili Gaston — jestem chrześcijaninem, mam nadzieję, że nie odmówią mi spowiednika.
— Już tu jest.
— Czy mogę się z nim widzieć? Za chwilę. Obecnie jest on, jak sądzę, u pańskiego wspólnika.
— U mojego wspólnika? U kogóż to?
— U kapitana La Jonquiére.
— Kapitana La Jonquiére! — zawołał Gaston.
— Został on skazany tak, jak, i pan i egzekucya odbędzie się jednocześnie.
— Nieszczęśliwy — szepnął Gaston. — A ja go podejrzywałem!
— Kawalerze — zaczął z wahaniem gubernator — jesteś pan za młody, by umierać...
— Śmierć nie pyta o lata, Bóg jej nakazuje uderzyć, a ona słucha rozkazu.
— Ale jeżeli można uchylić się od ciosu, jest niemal zbrodnią nie uczynić tego!
— Co pan chcesz powiedzieć! Nie rozumiem.
— Chcę powiedzieć, że pan d’Argenson musiał panu pozostawić nadzieję, jeżeli...
— Dość tego panie! Nie robiłem żadnych zeznań i żadnych nie zrobię!
Ktoś zapukał do drzwi, gubernator poszedł otworzyć. Był to major; przemówił on parę słów do pana do Launay. Gubernator powrócił do Gastona, który stał oparty ręką o poręcz krzesła, blady, lecz spokojny.
— Panie — powiedział — kapitan La Jonquiére prosi o tę łaskę, żeby mógł poraz ostatni widzieć się z panem.
— A pan mu odmawiasz? — zapytał Gaston, uśmiechając się ironicznie.
— Nie panie; owszem dałem mu to pozwolenie, mając nadzieję, że będzie rozsądniejszy od pana i że może chce się z panem widzieć, by się porozumieć co do zeznań.
— Jeżeli w tym celu chce mnie widzieć, panie gubernatorze, powiedz mu, że ja odmawiam.
— Powiedziałem to panu, ale nie mam żadnej pewności, że tak jest istotnie odparł żywo gubernator. Może jego prośba nie ma innego celu, tylko zobaczenia się z towarzyszem niedoli.
— Jeżeli tak, to się zgadzam.
— Będę więc miał zaszczyt sam pana zaprowadzić — powiedział gubernator, kłaniając się.
— Jestem gotów — odrzekł Gaston.
Pan de Launay poszedł przodem, Gaston za nim, a dwaj żołnierze za Gastonem. Szli przez te same korytarze i dziedzińce, co za pierwszym razem, i doszli do baszty Skarbcowej. Pan de Launay postawił żołnierzy przed drzwiami, a potem wszedł na schody razem z Gastonem. Strażnik wprowadził ich do kapitana. La Jonquiére był ubrany w to samo podarte ubranie i tak, jak pierwszym razem, leżał na łóżku. Posłyszawszy otwieranie drzwi, odwrócił się, ale, zobaczywszy pana de Launay, położył się napowrót.
— Sądziłem, że kapelan jest przy tobie, kapitanie? — zapytał pan de Launay.
— Był tu, ale go odesłałem.
— Dlaczego?
— Ja chciałem tylko widzieć się z panem de Chanlay.
— Przyprowadziłem go; mam zwyczaj nie odmawiać nic tym, którzy nie mają już długiego życia przed sobą.
— Ah! to pan, kawalerze! — zawołał La Jonquiére. — Witaj!
Gubernator wyszedł. Gaston i kapitan! zostali sami.
— I cóż? — zagadnął kapitan.
— Miałeś pan słuszność — odpowiedział Gaston.
— Tak — powtórzył La Jonquiére — jestem jak ów człowiek, który przez siedem dni biegał na około murów Jerozolimy, wołając: „Nieszczęście!“, aż siódmego dnia kamień rzucony z muru dosięgnął go i zabił.
— Wiem, że pan jesteś skazany i że mamy razem umrzeć.
— Co się panu niebardzo podoba prawda?
— Bardzo mi się nawet nie podoba, bo miałem powody pragnąć życia.
— Jeżeli tak, mój drogi, jeden jest tylko sposób.
— Złożyć zeznania? Nigdy!
— Nie, tylko uciec razem ze mną.
— Jakto, uciec razem z panem?
— Tak, ja uciekam...
— Ale czy pan wiesz, że egzekucya postanowiona na jutro rano?
— To też ja uciekam dzisiejszej nocy!
— Jak? Dokąd?...
— Otwórz okno.
— Otworzyłem.
— Porusz środkową sztabę!
— Wielki Boże!
— Czy się mocno trzyma?
— Wcale nie, ustępuje.
— To dobrze. Dosyć też miałem z tem roboty.
— Zdaje mi się, że to sen!...
— Pamiętasz pan, żeś mnie się pytał, czy się nie zabawiam tak, jak inni, robieniem jakich otworów?
— Tak, ale pan odpowiedziałeś...
— Że ci powiem później. Wszakże to była prawda?
— Bez żadnej wątpliwości. Ale na czem się spuścić?
— Pomóż mi do przeszukania siennika.
— Sznurowa drabinka?
— Właśnie.
— Ale zkąd ją pan masz?
— Przysłano mi ją razem z pilnikiem w pasztecie, tego samego dnia, gdy zostałem uwięziony.
— Kapitanie! jesteś wielki człowiek.
— Wiem o tem, i dobry, bo mógłbym uciec sam.
— A pomyślałeś o mnie!
— Prosiłem o widzenie się z tobą pod pozorem, że się chcę porozumieć co do zeznań. Wiedziałem, że jak się złakomią, zrobią jakieś głupstwo.
— Śpieszmy się, kapitanie — śpieszmy się!
— Przeciwnie, róbmy rzeczy powoli i ostrożnie; mamy całą godzinę przed sobą, nie ma jeszcze pięciu minut, jak wyszedł gubernator.
— A warta?
— Ba! tak ciemno...
— A fosa pełna wody?
— Woda zamarzła.
— A mur?
— Pomyślimy o tem, gdy się tam już dostaniemy.
— Czy umocować drabinkę?
— Zaczekaj, muszę się sam przekonać, czy jest mocna. Dbam o moje ciało, pomimo, że jest tak nędzne, i nie chciałbym skręcić karku, ratując go od miecza — powiedział kapitan, zawiązując ostatni węzeł na drabince.
— Czy już skończone? — zapytał Gaston.
— Już.
— Czy chcesz pan, żebym się spuścił pierwszy?
— Jak sobie życzysz.
— Właśnie, takbym sobie życzył.
— Więc idź pan.
Gaston spuścił się pierwszy, ostrożnie i zwolna, a za nim kapitan, śmiejący się ukradkiem i klnący, ilekroć przygniótł sobie palce lub drabina zakołysała się od wiatru.
Gaston stanął już na lodzie, pokrywającym wodę w fossach. Po chwili La Jonquiére był już obok niego. Szyldwach zziębnięty stał w budce i nic nie widział.
— Teraz chodź za mną! — szepnął kapitan.
Gaston poszedł za nim. Z drugiej strony fossy zastali przygotowaną drugą drabinkę.
— Masz pan, jak widzę, wspólników? — zapytał Gaston.
— Do licha! Czy sądzisz, że pasztet sam przywędrował?
— I powiedzieć tu, że z Bastylii nikt nie ucieknie! — zawołał Gaston, uradowany.
— Mój młody przyjacielu — przemówił Dubois, zatrzymując się na trzecim szczeblu — wierzaj mi, nie powracaj tu bezemnie, bo może drugi raz nie powiodłoby ci się tak dobrze, jak teraz.
Wdrapali się na szczyt muru, gdzie chodził szyldwach, który zamiast przeszkodzić uciekającym, podał rękę kapitanowi i pomógł wydrapać się na górę; potem wszyscy trzej, w milczeniu i z pośpiechem, jak przystało ludziom znającym wartość każdej chwili, wciągnęli drabinę i zawiesili ją z drugiej strony muru. Spuścili się również szczęśliwie, jak weszli, i kapitan z Gastonem dostali się do drugiej fossy, zamarzniętej tak, jak pierwsza.
— A teraz — powiedział La Jonquiére — zabierzmy drabinę, żeby nie skompromitować tego biedaka, który nam dopomógł.
— Jesteśmy więc wolni? — zapytał Gaston.
— Prawie — odrzekł kapitan.
Wiadomość ta zdwoiła siły Gastona, który wziął drabinę na ramię i ruszył żwawo.
— Kawalerze — zauważył kapitan — nieboszczyk Herkules był niczem wobec ciebie.
— O! w tej chwili dźwignąłbym całą Bastylię! — odrzekł Gaston.
Uszli kilkadziesiąt kroków w milczeniu i zakręcili w uliczkę na przedmieście Świętego Antoniego. Pomimo, że było zaledwie wpół do dziesiątej, ulice były puste, bo wiał gwałtowny wicher.
— Teraz, mój drogi kawalerze — odezwał się de La Jonquiére — zrób mi tę łaskę i chodź ze mną do rogu.
— Pójdę za panem choćby do piekła.
— Nie potrzeba aż tak daleko; dla bezpieczeństwa rozstaniemy się i każdy pójdzie w swoją stronę.
— Cóż to za powóz? — zapytał Gaston.
— Mój.
— Do licha, kapitanie! czterokonny powóz! będziesz podróżował po książęcemu.
— Trzy tylko konie, kawalerze, bo czwarty jest dla ciebie.
— Jakto?!
— To jeszcze nie wszystko.
— Cóż więcej jeszcze?
— Nie masz pan pieniędzy...
— Tak; przy rewizyi zabrano mi wszystko, co miałem.
— Masz pan tu sakiewkę z pięćdziesięcioma dukatami.
— Ależ, kapitanie....
— Przecież to hiszpańskie pieniądze; bierz pan śmiało.
Gaston wziął pieniądze, a tymczasem pocztylion odprzągł konia i przyprowadził do niego.
— A teraz — zapytał Dubois — dokąd pojedziesz?
— Do Bretanii, do moich wspólników.
— Szalony jesteś, mój drogi. Twoi wspólnicy skazani są na śmierć, tak samo jak my, a za dwa lub trzy dni odbędzie się egzekucya.
— Masz pan słuszność — odrzekł Gaston.
— Jedź do Flandryi — dodał kapitan — to dobry kraj. Za piętnaście lub ośmnaście godzin dojedziesz do granicy.
— Tak — powiedział Gaston ponuro. — Wiem już, gdzie mam jechać.
— Więc życzę ci szczęśliwej podróży! — zawołał Dubois, wsiadając do powozu.
— Szczęśliwej podróży! — powtórzył Gaston.
Uścisnęli sobie poraź ostatni ręce, potem każdy, pojechał w inną stronę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.