Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom piérwszy/XVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom piérwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom piérwszy jako ePub Pobierz Cały tom piérwszy jako PDF Pobierz Cały tom piérwszy jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVII.

Dzień to był straszny dla oblężonych, ale Kordecki zaraz po nabożeństwie, sam stanął na murach i w natchnieniu, rozpłomieniony wiarą, kierował obroną; którą potrafił uczynić dalszym ciągiem modlitwy. Zamojski — co się spodziewał dowodzić i był pewien, że jego znajomość sztuki rycerskiej, wielką tu będzie pomocą, — Czarniecki i inni ślachta, uznali hetmana w przeorze. Nikt ust nie śmiał otworzyć. Inny to był już człowiek, i potęga jego słowa, jego skinienia, tak była wielka, że jéj nikt, nawet miłość własna wojaków starych, sprzeciwić się nie mogła. Pogodna była twarz jego, wzrost zdawał olbrzymieć, głos dwoić, myśl obejmowała wszystko i przewidywała jak widzeniem przyszłości, to co się stać miało.
Jeszcze się szwedzi nie byli zgarnęli do usypanych naprędce pięciu swoich bateryi, z których żywy ogień postanowił Miller zwrócić na klasztor, w nadziei, że go zapali; a już po dachach wszystkich, po drewnianych budowach, ludzie, woda, haki, mokre opony, i stróżowie byli gotowi. Kordecki sam to wszystko przysposobił zawczasu. Miecznik spoglądając z podziwieniem i czcią, milczący stanął pod rozkazy przeora.
Jemu dostało się strzedz baszty i części kortyny północnéj, Czarnieckiemu dowództwo nad ludźmi ustawionemi na północo-wschodzie, Moszyński wziął wydział od wschodu, Skórzewski i Krzysztoporski od południa i południo-wschodu. Lud czerniał na murach dokoła; do dział gotowych, niewiasty, dzieci, xięża sami nosili kule, zataczali kamienie i drzewo. W dziedzińcach szybko wdziewano zbroje, opatrywano rusznice i szczęk oręża zewsząd słyszéć się dawał.
Tymczasem z rozkazu przeora, dla dodania serca żołnierzom, i jakby na urągowisko szwedowi, na górnéj wieżycy zabrzmiała muzyka klasztorna, starą pieśnią wojenną — Boga Rodzica Dziewica.
Kto żyw z przejęciem wtórował, aż po okolicy rozległ się ten hymn i uderzył znowu uszy i serca polaków u szweda będących, którzy mu wtórować niemogli. Oni, niewarci już byli śpiewać; Bogarodzicy.
— Wszystko w pogotowiu! wołał Kordecki, ale nie nasza rzecz poczynać, czekajmy, niech szwedzi pierwsi się odezwą; pomnijmy że się im tylko bronimy.
I pieśń wśród ciszy rozlewała się daleko, wspaniale, jak rzeka srébrzysta; każdy stał w miejscu, spoglądał i czekał. W obozie szweda widać było ruch wielki, trąby i kotły zwoływały lud pod chorągwie, starszyzna przelatywała na koniach, hufce ściśnięte przechodziły na stanowiska, w baterjach świeżo posypanych celowano działa; Miller otoczony pułkownikami z xięciem Hesskim, Sadowskim i Wejhardem, stał na wzgórku i patrzał.
Pięć baterij w ciągu nocy przygotowanych, zagrażały Jasnéj-Górze: pierwsza naprzeciw samego klasztoru na dachy jego zdawała się wymierzoną, druga czterodziałowa daléj nieco ku Częstochowie posuniona była; trzecia największa z boku od dwóch pierwszych z północy wymierzona, bardzo mocno z koszów plecionych zbita, którą szwedzi przez te dni przygotowali, wodą polewana i obmarzła najstraszniejszy miała pozór; w niéj dział ośm stały obwarowane szańcem twardym i podniosłym; dwie ostatnie ustawiono od kościoła Ś. Barbary i od zachodu.
Chwila oczekiwania, przerażającą była dla żołnierza w Częstochowie, szczęściem nie długo potrwała: szwed szybko się gotował, Kordecki chodził, zachęcał, rozgrzewał i ukląkł wreście na stopniach bastjonu, wołając.
— Módlmy się i Zdrowaś Marya!
Cicha modlitwa, która kończyła głośną Bogarodzicę, poprzedziła wystrzał szwedzki; ale razem z nim odezwała się znowu muzyka starą pieśnią kościelną, która serca podniosła.
Zadymiły baterje, huk rozległ się straszliwy i bomby, kule, granaty, karkasy, z ogniem, ze śmiercią wleciały nad mury klasztorne.
— Teraz w imię Boże, ognia! zawołał przeor, wznosząc do góry krzyżem pańskim uzbrojoną rękę — ognia.
Odpowiedziały razem działa Jasno-Górskie, a na mury posunęli się zewsząd żołnierze, bo i piechota szwedzka, minąwszy strzał działowy, biegła do szturmu. Na dachach gorzały bomby rzucone, ale ogień gasili stróżowie, w podworcach kule padały gradem mijając żołnierza; jedne źle skierowane przenosiły klasztor i kościół, drugie ich nie dosięgały. Śpiew na chwałę Maryi brzmiał ciągle i głuszył chwilami rozlegające się po górach strzałów grzmoty; przeor z krzyżem szedł i śpiewał, zastanawiając się przy zlęknionych, błogosławiąc mężnych. Gdy po pierwszéj chwili przestrachu, po kilku wystrzałach szwedzkich nieszkodliwych, nikt nie padł, a wszyscy jakby cudem ujrzeli się cali, z nowym zapałem każdy się rzucił do walki. Działa na baterjach ustawione z fortecy dość szczęśliwie napastowano kulami, a z ręcznéj strzelby rażono bliżéj się podkradającą piechotę.
Wśród tego zgiełku wojennego, nieustraszona żebraczka, która przed chwilą wyszła z posłańcem za mury, przechadzała się spokojnie, jak gdyby wśród lasu zbierała, jagody lub grzyby, kule szwedzkie do fartucha gromadząc. Strzelano do niéj napróżno, nic jéj ulęknąć nie mogło, powolnym krokiem szła daléj, zastanawiała się, wracała, wcale niezważając na świszczące nad nią kule.
Zajadłość szwedów, którzy wysilali się na pokonanie téj garści, a dopiąć nawet niemogli by ją nabawili strachem, dochodziła do najwyższego stopnia; w przestankach odzywająca się jeszcze muzyka dokuczała im jak najgrawanie i szyderstwo. Miller rozsyłał rozkazy, gniewny, rozgorączkowany i dziwiąc się że karkasy nie zapalały dachów, mieniał puszkarzy, bezcześcił swoich ludzi, łajał Wejharda. Wszystko napróżno; w kilku miejscach błysnął pożądany płomyk, ale zaledwie się ukazawszy, gasnął, dym tylko działowy otaczał twierdzę; szwedzi padali od kul Jasnéj-Góry z dział i smigownic miotanych, a tak celnie mierzonych losem, choć niemi niewprawne kierowały ręce, że ilekroć pokusili się szwedzi ku górze, odparci zostali ze znaczną szkodą. Słabe mury północne wytrzymywały nad spodziewanie.

Tak przeszły szybko godziny do wieczora, wśród huku dział, wśród muzyki na wieży, wśród krzątania w obozie i klasztorze; Miller wysilał się na gęste strzały, Kordecki mu odpowiadał powolniéj ale ciągle, i bronił od rzuconego ognia. Większa część ludu Jasno-Górskiego ze śpiewem ochoczym spełniała poruczone sobie prace; wszyscy prawie mieli u pasa lub na szyi różańce, na piersi blaszane obrazki N. Panny, a w ustach chwałę patronki.
Ślachta stała na wyznaczonych miejscach kierując obroną i ludem z gorliwością niezwalczoną; bojaźliwsi tylko, słabi starce, niewiasty i dzieci wgłębi zabudowań klęczeli na modlitwie. Mnisi którzy niemieli wyznaczonych stanowisk i dozoru, szli tymczasem jak innych dni na nabożeństwo o zwykłéj godzinie, dzwon ich zwoływał w chwilach regułą zakonną opisanych; a chór napełniały razem głosy modlitwy i wrzawa niedalekiego boju, od którego trzęsły się okna i chwiać zdawały mury. Niekiedy padająca kula, która za sobą obłam ściany niosła, trzask łamiącéj się krokwi na dachu, wołanie stróżów, chlust wody, przerywały silniéj jednostajną psalmodją mnichów.
Kordecki był razem wszędzie i na modlitwie z braćmi, na murach z żołnierzem: rzekłbyś że się podwajał, głos jego brzmiał donośnie na wszystkie strony, a pogodne oblicze ukazywało niespodzianie, przewodnicząc do śpiewu i do boju. Chwilami tylko wpadał w głębokie zamyślenie, prorocze, posępne, jak gdyby postrzegał przed sobą wszystkie przyszłości klęski i ofiary, jakby go duch przenosił w cięższe jeszcze czasy, którym i wodzów i proroków zabraknąć miało; niekiedy łza zabłysła mu na oku; ale prędko spaliła ją na licu odwaga, i mnich — wódz, z przytomnością żołnierza co zrosł w bojach, znowu wydawał rozkazy, znów zachęcał i kierował.
Noc nadchodząca uśmierzyła napaść i dozwoliła zwolnić obronę; szwedzi ufni w siły swoje i przewagę chcieli swobodnie odpocząć, a zakonnicy radzi byli że się opamiętają po całodniowym gwarze. Oboz jeszcze szumiał, jak oddalająca się chmura; między wodzami których zwołano na radę, znać było waśń jakąś, i rozsiane niechęci. Miller w duchu obwiniał o wszystko Wejharda, który go namówił rzucić się na ten jak go nazywał, kurnik; widział już że z mnichami tak łatwo jak sądził mu nie pójdzie, wstydził się odstąpić z niczém. Myślał że przyjdzie, zagarnie, zbogaci się i wróci, a tu zabierało się na formalne i długie oblężenie, w którém bez dział szturmowych obejść się trudno. Dzień ubiegły dowiódł mu silniej jeszcze, że małe jego polowe działa, nie podołają tym murom i odwadze, że zakonników huk i stukot, groźby i łajania nie zastraszą.
Wejhard prześladowany wymówkami, widocznie unikał Millera, który nań kwaśno spoglądał; Sadowski milcząc spełniał co mu było polecono bez zbytku gorliwości ale ściśle; Kaliński zajmował się ciągle to przypochlebianiem Wejhardowi, to na wszelki wypadek usiłując sobie pozyskać względy Millera, przed którym się płaszczył, starał na każde jego zawołanie okazywać gotowość. Miller kwaśny był i zły ciągle i mieszkał w chłodnym namiocie, pił miód i niewyśmienite wino własne, nie miał co jeść, bo się był jeszcze nieusposobił w potrzebne na stół zapasy; słoty dojmowały mu, a najgorzéj cierpiał na tém, że walczył z mnichami i od razu ich nie pożył. Zaraz tegoż wieczora wysłano gońca do Krakowa po burzące działa wielkie, których konieczna okazała się potrzeba. Wejhard napróżno usiłował jeszcze dowieść, że się bez tego obejdzie.
Ponuro zszedł wieczór w obozie; choć flasze i szklanki krążyły, choć hrabia starał się rozbawić i poweselić szweda, ten milczał zasępiony.
— Trochę cierpliwości, panie generale, — rzekł w końcu urażony ciągłemi wymówkami, mówiłem i mówię, że to długo potrwać nie może, mnisi na kolanach łaski błagać będą; zresztą znajdziemy na nich sposoby.
— Tak! gdy wielkie działa nadejdą.
— I bez tych dział się obejdzie, znacząco odparł Wejhard, zobaczemy...
— I bez dział? spytał Miller, a cóż je zastąpi?
— Są różne sposoby prowadzenia wojny, tajemniczo rzekł hrabia.
— Naprzykład? spytał Horn gubernator Krzepicki, milczący szwed, który Wejharda nie lubił, naprzykład hrabio? chciéj że nas nauczyć.
— Niepotrzebuję ich wyliczać, odparł Czech, wszakże wszyscy zarówno wiemy, że nie tylko kulami się wojuje. Więcéj teraz powiedzieć nie mogę.
Miller ręką machnął i rozsmiał się szydersko:
— Obiecujesz nam zawsze złote góry, które się kończą na śliskich i skalistych, tak i tu — Już teraz niedam ci wiary. Częstochowa daleko mi się inaczéj zblizka wydała.
Wejhard umyślnie przerwał, i cóś do Kalińskiego przemówił, spójrzał na zegarek znacząco, skinął na starostę i oba oddalili się do swoich namiotów. Tu gdy stanęli, zbliżył się do półkownika i spytał go po cichu.
— A co? idzie?
— Powoli, jak zwyczajnie w początku.
— Dajcież mi tego niemca niech się z nim rozmówię.
— Każemy go zawołać ! Klasnął w dłonie Kaliński, wszedł pacholik i wyprawiono go, cóś mu szepnąwszy.
Wejhard chodził żywo po namiocie i zdawał się niecierpliwie marzyć; gdy we drzwiach płotek się podniósł i wszedł mały, niepoczesny człowieczek, z oczyma pod czołem zaklęsłemi, z twarzą płaską a szeroką jak u tatara, szeroki w plecach, silny, a w rysach mający cóś odraźliwego i przykrego.
Wejhard obejrzał go wprzód bacznie, i odezwał się do niego po niemiecku.
— Kto ty jesteś?
— Do usług waszych, panie półkowniku, niemiec, rodem z Pruss xiażęcych, w służbie króla J. M. Szwedzkiego, oddziału x. Hesskiego.
— Jak ci imie?
— Nathan Purbach.
— W jakiéj służysz broni?
— W piechocie.
— To ty się podejmujesz zawiązać w klasztorze stosunki i przeciągnąć niemca puszkarza na naszą stronę!
— Ja to tak mówiłem, półkownikowi, wskazał na Kalińskiego, że mógłbym sprobować. W twierdzy jest mój krewniak Wachler przy działach, wiem że jemu tam między polakami nie musi smakować, możnaby pogadać.
— Jakże się możesz do niego przybliżyć?
— Jak? rzekł uśmiechając się Purbach, ja tego jeszcze sam niewiem, trzeba nocą podkraść się pod mury na rozmowę. Wachler w namiotku koło dział, nocy ciemne; wiem trochę z któréj strony go szukać.
— Potrzebujesz pieniędzy? spytał kusząc Wejhard.
— A cóż bez nich zrobić? odparł ruszając ramionami niemiec.
— Noc ciemna, probuj, rzekł zbliżając się Wejhard, i dając mu kilka talarów: daj mi zaraz znać co uczynisz; o tém zas nikomu, ani x. Hesskiemu, ani starszyźnie twojéj ani słowa. Nagrodę sowitą będziesz miał odemnie. Wachler niech tak działami kieruje żeby nam nieszkodziły, niech powie gdzie mury są najsłabsze, z któréj strony przez furtkę wpuścić nas może do twierdzy. Jeśli-by załogi nie namówił do poddania, może działa pozagwożdzać i do nas uciekać... Zresztą wiadomo o co chodzi... Idź i powracaj rychło.
Niemiec powoli przeliczył pieniądze łakomem okiem, pokiwał głową i znikł w ciemności podniosłszy zasłonę namiotu.
Noc była jesienna, choć oczy wykol, chmurna i wietrzna, tylko w obozie szwedów paliły się ognie rozpierzchłe, i mury Jasnéj-Góry z polecenia przeora, aby się pod nie nie skradali nocą nieprzyjaciele, gdzie niegdzie oświecone zostały; na wieży także wywieszony był wielki kaganiec, który zdala bardzo mógł być widziany, acz słabe światełko rzucał; miotał nim wicher i kiedy nie kiedy jak blada tylko, ukazywał się gwiazdeczka.
Nathan wyszedłszy z namiotu, schował grosz do skórzanego mieszka, podumał, obejrzał się i od Ś. Jakóba począł powoli podkradać ku górze. Kilka razy własne go straże wstrzymały, ale poznawszy puszczono daléj. Rzucił okiem na mury i widząc je oświecone, a ludzi nigdzie widocznych, wstrzymał się rozmyślając, jak sobie począć. Po chwili gdy nic nie gasło, a czas upływał, począł nie wprost już pod mury się zbliżać, ale powolnie kryć się za pagórki, za kłody drzewa popalonego, za cegłę kupami gruzów leżącą, i pełznąć cicho a ostróżnie. Lecz gdy się już pod fossę i mury przywlókł, niepodobieństwo było ruszać daléj i cokolwiek bądź poczynać, bo na nich stali wszędzie ludzie przeciw strzelnic, paliły się ognie i postrzeżony, byłby życiem przypłacił. Wiedząc już stanowisko Wachlera, pełznął daléj pod bastjon północno-wschodni, przy którym była i furtka potajemna w fossę wychodząca i schronienie staréj żebraczki. Tu światło jakoś było przygasło na murach i cicho do koła. Przytuliwszy się do ziemi, lazł daléj poseł, potrafił spuścić się w fossę, a nic nad sobą nie słysząc i nie widząc nikogo na murze, pół głosem począł wołać.
— Wachler? Wachler?
Tuż przy nim cóś się zaruszało, ale głos mu żaden nie odpowiedział; powtórzył pytanie, i po długiem przestanku znajomą mową odpowiedziano po cichu.
— Wer da? kto tam?
Wachler? powtórzył dla upewnienia się Nathan.
— Ja! ja! ale któż tam u licha woła? i zkąd?
— Tst! Nathan Purbach!
— Co ty tu u licha robisz?
— Możnaż mówić?
— Mów, tylko nie głośno, co cię tu przyniosło?
— Służę, służę w regimencie x. Hesskiego.
— Jakżeś ty tu przyszedł?
Na brzuchu! wczoraj mi jeszcze o tobie powiedzieli... A co? jak tam u was?
— Bieda i głupstwo! rzekł z murów puszkarz. Was tam tysiące, nas tu garstka, a bronić się każą!
— Można mówić? spytał trwożliwie Purbach.
— Mówcie śmiało.
— Po co wy polakom pomagacie? ostróżnie i z wahaniem rzekł niemiec — Porozumiejcie się no z nami, będziecie mieli za co ręce zaczepić!
Wachler milczał... A! ba! rzekł po chwili, tu u nas dziwy, jutro-by xiądz generał wiedział o wszystkiem.
— Śmiéj się z tego! jak że to być może?
— Niewiesz nic! to czarownik jakiś!
A po namyśle dodał.
— No! a jakby tak... to wieleż zapłacą?
— Gadaj co chcesz.
W tém od dołu z fossy, dał się słyszeć śmiech, który z pod nóg Nathana, z ziemi się zdawał dobywać; a w górze zagrzmiało pytanie.
— Wachler? gdzie jest Wachler?
Rozmowa została przerwana i cisza głęboka znowu. Xiądz Kordecki z Czarnieckim poprzedzani pochodnią niesioną przez braciszka Pawła, przeszli powolnie obok zmięszanego puszkarza. Ten, tak miał wywróconą twarz, zmienione rysy i drżący był cały, że aż przeor się zastanowił.
— Co to ci? spytał.
— Nic, odparł bełkocząc niemiec, trochem niezdrów.
— Idzże do brata aptekarza, on ci zaraz poradzi, na twojem miejscu postawim tymczasem innego. Ale Wachler w śmiertelnym strachu by tym sposobem zdrady nie odkryto, począł się wymawiać i udając gorliwość wielką, nie chciał opuścić stanowiska.
— Zdaje mi się, rzekł pośpiesznie, zdaje mi się, że słyszałem jakiś szmer koło murów — nocą najwięcéj pilnować się potrzeba — Odejść nie można!
Przeor bacznie popatrzał na niego i nie uszło oka jego zmięszanie niemca, postał chwilę i rzekł.
— Słuchaj Wachler, najlepsze podobno na wszystkie choroby lekarstwo, spokojne sumienie i poczciwość. Klasztor potrafi cię wynagrodzić, za twoją pracę...
To powiedziawszy i jeszcze raz wymierzywszy nań oko, którego błysku znieść niemógł Wachler, Przeor pociągnął daléj.
— Cóś ja tego niemca nie lubię, rzekł do pana Czarnieckiego po cichu.
— A któżby niemca lubił? odparł ślachcic ruszając ramionami. Przyznam się waszéj przewielebności, że co do mnie, jakkolwiek kotem, ze wszystkich stworzeń najwięcéj się brzydzę, wolę jednak kota niż niemca.
— Przecież to ludzie i bracia...
— Jużciż to prawda, według prawa Chrystusowego tak-by to być powinno; ale że się nam ci braciszkowie nie udali, i to pewna.
Przybywali ku wrotom i z cicha zbliżyli się do braciszka Pawła, który nie mając nic do czynienia, bo brama była spuszczona, zaryglowana i straż w niéj, a zwód podniesiony, wyręczał koło dział uśpionego i znużonego żołnierza; z różańcem w ręku, z odkrytą głową klęcząc, modląc się i stróżując. Szelest kroków nadchodzących obudził go, odwrócił się i ujrzał Kordeckiego, podniósł szybko, zczerwioniony i zmięszany, jakby na złym schwytany uczynku.
— A co u was słychać, bracie? spytał uśmiechając się przeor.
— Cóż to i wy także bracie Pawle żołnierujecie? dodał Czarniecki.
— A cóż, panie, człek rad że się na cokolwiek przydać może.
W tém wszedłszy po blankowaniu kroków kilkanaście, spotkali ojca Tomickiego, któremu powierzone było oświetlenie murów; on też ciągle je obchodził, pilnując by ognie nie pogasły.
Ten minął ich pozdrawiając po klasztornemu, a Kordecki widząc wszędzie ruch i pilność, rozrzewniony zawołał:
Bóg łaskaw, obroniemy się! z takiemi ludźmi i cudu niebo nieposkąpi.
Czarniecki milczał.
— Obroniemy się czy nie, xięże przeorze, rzekł wyczekawszy trochę, ale bronić się musiemy do ostatka i będzie na co patrzeć, czego słuchać!
W tém na zawrócie kortyny u bastjonu nowy spotkał ich widok: postawiony tu Janasz Węgrzyn, najemny żołdak, ale człek żołnierskiego ducha i wiary mocnéj, siedział na kupie powrozów, i dumał czegoś zasmucony. Przed nim lud jego spał, on sam czuwał za wszystkich.... Ujrzawszy Kordeckiego począł oczy przecierać, i po tym mimowolnym ruchu domyślił się przeor, że ten wielki, barczysty olbrzym, płakał.
— Co ci jest Janasz? spytał troskliwie ojcowskim głosem przełożony.
— Co mi jest? nic! ojcze, nic! odrzekł żołnierz przybierając się do uśmiechu.
— Płakałeś?
— Ja? nie, nie...
— Nie kłam moje dziecko...
— Łzy te mi wilgoć i mgła wycisnęła.
— Nie oszukasz mnie przecie, co to ci jest? może ci czego braknie?
— Nie, ojcze kochany, powtórzył całując rękę przeora żołnierz, a chcecie całéj prawdy, ot tak cóś przyszło na myśl i człowiek jak kobieta poczuł łzy nim się ich zawstydał.
— Przecież nie wyszły ci z powiek bez przyczyny?
— Co mam przed wami taić, nie są to łzy gniewu, ani wstydu... Ot, wśród ciszy, wśród nocy, ten wiatr tęskno szumiący od gór naszych, od stepów z nad Theiszy, przyniósł mi wspomnienie mojego kraju, moich braci. Człek się całe życie włóczył po świecie i nigdy po za siebie nie obejrzał, a czegoś tak się tęskno zrobiło, tak za swojemi ciężko! Niewiedzieć co! dzieciństwo. To ta baba wszystkiemu winna!
— Jaka baba? — zapytał Czarniecki niecierpliwie.
— A! żeby ją kula nie minęła, — rzekł Janasz odzyskując żołnierski obyczaj — jakeśmy się tu jeszcze przed piérwszem najściem przyrządzali do boju, ta żebraczka mi przepowiedziała że zginę...
— Wstydziłbyś się wierzyć na wiatr rzuconemu słowu! — ofuknął go Kordecki.
— Juściż zapewne, że to słowo, ale czegoż we mnie tak głęboko uwięzło, że się go pozbyć nie mogę.
— Pomódl się, i odpędź te myśli.
— Modlę się codzień, modliłem i teraz; a kiedy mi Pan Bóg dał spotkać was xięże Przeorze dobrodzieju, pozwólcież się o jedną łaskę prosić?
— No! coż to znowu za łaska! chętnie.
— Jeśliby mnie zabili.
— Porzućże to...
— No, ale nic nie szkodzi to przypuścić, wszakże chodzi to po ludziach; każcie mnie ojcze pochować gdzie na górze wysoko, żeby choć wiatr doniósł do mnie jaki głos rodzinny... i poślijcie staréj matce jaki grosz, co tam zostanie po mnie.
— Wstydź się! wstydź! a żołnierz, — podchwycił Czarniecki — co to o tém myśleć, drugim jeszcze serce popsujesz...
A Kordecki dorzucił łagodniéj.
— Zapewne, odegnaj te myśli, ale uchowaj Boże nieszczęścia, pewnie się stanie jak chcesz...
Janusz w rękę pocałował przeora i zamilkł.
Poszli daléj. — Jedna część kortyny powierzona była Mikołajowi Krzysztoporskiemu, i na niéj znalazł go Przeor z Czarnieckim, chodzącego wielkim krokiem, zadumanego, ponurego a groźnego. Kordecki w jego twarzy znalazł ślad dnia upłynionego; smutniejsza, surowsza była niż zwykle i widocznie zmieniona uczuciem.
— Wy tutaj? zapytał go.
— Na stanowisku, — odparł ślachcić — noc nudna i długa, czekam dnia i szweda; — nie wiem czemuby się i w nocy nie bić!
— Dość ich będziemy mieli i za dnia, nie wywołujcie.
— A wam panie bracie, — śmiejąc się zawołał Czarniecki — już tęskno, prochu powąchawszy.
— O! tęskno, — odpowiedział Krzysztoporski — póki człek nie skosztuje wojny to się wzdraga, ale poczuwszy ją, radby żeby już nie ustawała.
— Dobra krew! — szepnął sobie pan Piotr, ale do jutra niedaleko.
— Nie pójdziecie spocząć? — rzekł Kordecki, mury dobrze strzeżone.
— Nie, nie, chcę tu zostać. Spać nie mogę, od lat kilku oka prawie nie zmrużam; wolę tu być, niż w dusznéj izbie. Pilność nie szkodzi, ludzie pośpią się łatwo, a szwed jedném okiem tylko drzémie.
Odeszli krążąc tak do koła fortecy i wszędzie znajdowali lud w gotowości, światła pozapalane, czujność i baczność; Kordecki uspokojony przeżegnawszy wszystkie cztéry strony twierdzy, zszedł z Panem Czarnieckim wschodkami w podworze. I tu było życie: chodziły straże i wczorajsze okruchy murów zbierano, a gdzie się ściana osypała, gdzie szkodę zrządziły kule, już ją starano się naprawić i umocnić nadwerężone części.
— Poczciwy lud nasz, mówił Przeor odchodząc, ale mu jednéj cnoty braknie, i nam też wszystkim, cośmy z łona tego ludu wyszli — wytrwania. W pierwszéj chwili jak piorun gorący jesteśmy i silni, lecz stałości nie ma. Jutro, za dni kilka ujrzycie tych gorliwych, słabnących na duchu i opadających na siłach. Bóg dał nam serca tylko, a tu głowa daje wytrwanie; uczucie nas same popycha i póki je mamy bohaterujemy, ale co się nieuczyni w piérwszéj chwili, nie rachuj na drugą. To mnie kłopocze, jeśli się oblężenie pociągnie.
— Święte słowa, — dodał pan Piotr, ale Bóg da, że się zmieni, a może nie jest tak powszechne jak sądzicie... Tak to mówią i na Tatarów, że ich zawsze cierpliwością pokonać można, bo niedostoją skoro z nimi pociągniesz; tylko Rusina nie przestoisz, już to i Karliński napisał.
— A cierpliwość to wielka cnota! — z westchnieniem rzekł Kordecki.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.