Latarnia czarnoxięzka/II/Tom I/Rozdział V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Latarnia czarnoxięzka
Podtytuł Obrazy naszych czasów
Wydawca S. Orgelbrand
Data wyd. 1844
Druk M. Chmielewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały Oddział II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
V.
W WARSZAWIE.

ROZDZIAŁ V.



Nazajutrz podróżni nasi przeprawiwszy się przez Bug i przebywszy granicę, już byli w Królestwie. Nie będziemy opisywać, jak wielką różnicę znaleźli w tym kraju, od przebytego wczoraj. Mały ten kątek ziemi, który się królestwem zowie, od Wołynia i prowincyi zabużnych, od Litwy, różni się z razu i bardzo widocznie, zamożnością większą, porządkiem innym, życiem żywszém, że tak powiém. Tam, kraj obszerniéjszy co do ludności, puściéjszy, mniéj zakładów, mniéj fabryk, więcéj zboża, surowych płodów, mniéj handlu i ruchu. Ceny różnią się niezmiernie, a często bardzo dubeltują w Królestwie.
Postępując ku Warszawie, wszystko z powodu handlu i konsumpcij stolicy droższe; ruch coraz wzrasta, ludność nawet napływa tu, jak krew do serca. Każda cząstka spółeczeństwa ma tu potrzeby swoje i reprezentuje się w mniéjszéj lub większéj ilości, w miarę téj potrzeby. Chłopek polski różni się téż wielce od wołyńskiego, litewskiego i innych; stan jego daleko tu znośniéjszy, zamożność większa, powierzchowność dowodzi dostatku i trochy cywilizacij. U wieśniaka oświata nie prędzéj idzie jak za zamożnością i dobrym bytem, którego jest prawie wynikłością. Zaopatrzenie piérwszych potrzeb ciała, niezależność od pospolitszych przynajmniéj wypadków, wiedzie dopiéro za sobą chęć oświaty i możność oświécenia.
Bardzo się myli, kto sądzi, że oświata niższych klass, nie zależąc od niczego, równolegle z nią idącego, nadaje się wolą ludzi i prawie gwałtem. Zakłady szkółek, wszelkie usiłowania tego rodzaju u nas, oprą się o ubóstwo chłopka i smutny stan jego. Tam zaś, gdzie wieśniak ma się lepiéj, pragnienie oświaty rodzi się w nim samo przez się, instynktowie, a z pragnieniem wynajdują się środki jéj nabycia. Nic nad to pewniéjszego że niższe klassy towarzystwa, potrzebują oświaty pewnéj, sobie właściwéj (bodaj jak najrozciągléjszéj, byleby w duchu stanu swego i potrzeb) ale nadać gwałtownie, mimo woli, oświécenia nikt nie potrafi. Pojedyńcze usiłowania zrodzą wyjątki tylko nic niestanowiące. Dobry byt, powtarzam, piérwszym jest warunkiem. Chcecie cywilizować, uczyć, oświécać chłopka, dajcież mu wprzód zamożność, pewność jutrzéjszego chleba i zaręczenie od głodu. Póki wieśniak myśléć będzie, czy jutro miéć może chléb powszedni, czy nie zabraknie mu i téj mizernéj strawy jaką żyje — póty myśléć o oświacie jego będzie szyderstwem. Niemówię już o innych warunkach.
Ludność królestwa w oczach podróżnych, wielce się okazała odmienną od téj, którą tylko z oczów stracili. Pijani odarci chłopkowie Wołynia, jakże się nędznie wydali przy zamożnych, dobrze odzianych, zdrowego oblicza, wesołéj myśli polskich wieśniakach.
— Kiedyś rzekł August i u nas tak a może i lepiéj będzie, usiłowania wszystkich dążą ku ulepszeniu stanu najliczniéjszéj, najużyteczniéjszéj, a najbiédniéjszéj klassy społeczeństwa. Ale wielkie zmiany nagle się nié robią, a ilekroć robią się nagle, robią się źle. Co nagle, to po djable — Czas wyrabia więcéj, niż rozumy ludzi i usiłowania ich. Nie mówię wszakże, aby jedno bez drugiego obéjść się mogło.
Na miasteczkach królestwa, tenże dobry byt, okazywał się, żydzi nawet tu, nieco mniéj żydami byli, a ich postacie zwiastowały, że myśleli o wlaniu się w całość narodową, od któréj gdzieindziéj, tak silnie się wyróżniają u nas.
Następującego dnia, podróżni nasi, byli w Lublinie, jedném z najciekawszych starych miast Polski; o którém jednak mało dotąd wiémy, bo dzieła w przedmiocie historij jego wydane, nie zbadały ani części archiwalnych źródeł, w samém mieście i okolicy rozsypanych. Dawny handel Lublina, dawne jego życie ucichło. Niewiém czy żyją i jak żyją sławne z winnych składów — winiary; bo co wszelki inny handel, jarmarki tak po całéj Polsce sławne, którym piérwszy cios zadały rokosze Zygmuntowskich czasów — upadły.
Podróżni nasi zwiedzili Farę, Dominikański kościół, Po-Jezuicki sławny freskami swémi, dotknęli stołu, na którém podpisany był akt Unij, co tyle usiłowań kosztowała Zygmunta Augusta, tyle oporu Litwie — obejrzeli dwie jeszcze stojące stare bramy: Grodzką i Krakowską, a potém ruszyli daléj.
Z tego widoku domów różnobarwnych, pięknych nowych kamienic, starych nie do poznania przerobionych i odświéżonych obłamków przeszłości, nic nie zostało w pamięci podróżnych, prócz jednéj postaci, którą przejéżdżając ulicą postrzegli.
Był to stary jakiś woźny Sądów Trybunalskich, czy może Adwokat, co dożywał reszty życia, między obcémi mu ludźmi. Szedł ón powoli, blady jak widmo, suchy, cienki, chudy, zgarbiony, spiérając się na trzcinie z gałką kościaną z rzemykiem o kutasikach. Łysa głowa, pokryta była białą rogatywką z kasztankiem. Na nim kapota granatowa, pas wytarty, buty palone. Posuwał się powoli, szastając nogami, niepatrząc na to co go otaczało. Widać nic go nie zajmowało w całym tym nowym Lublinie, którego on bez gwaru Trybunalskiego, bez starych jego postaci nie pojmował. Może szedł od drugiego takiego starca dożywającego także odrobiny lat. Lublin taki był dla niego obcy, tak młody i świéży; a ón sam tak się wydawał niepojętym w tłumie fircyków, młodzieży, jak gdyby wstał z grobów starego skassowanego smętarza Śgo Ducha i szedł upiorem w świat. Prędko przesunął się powóz, zniknął stary, a podróżni pognali się do Warszawy.
Nie będziemy wam opisywać, ani jéj okolic, ani jéj saméj.
Któż jéj nie zna, kto nie polubił przeżywszy choć nie długo? kto nie wspomina jéj mile?
Z daleka ukoronowana mgłami i dymami, które się nad nią unosiły, jak wielka popielata zasłona, ukazała się stolica, witając podróżnych białémi wieżami swych kościołów i piętrzącémi się domostwy.
Pod miastem podwójny ruch, skupienie wozów, ludzi, koni, bydła, gwar i wrzawa. Częstsze karczemki na traktach, mnóstwo włóczęgów i odartych, żebractwa, wyrobników, żydów. Gdybyś jadąc tydzień obudził się pod wielkiém miastem, poznałbyś je nie tylko po tém, ale i po woni i po powietrzu, co nad niém zwisło. Nie czyste to, wonne powietrze naszych wiosek, przejęte wonią świeżéj roli, liści, kwiatów lub dymkiem, który wiatr powlókł po ziemi — ale ciężka, duszna atmosfera wielkiego ogniska życia, w którém przepalają się namiętności i węgle — atmosfera pełna wyziewów najrozmaitszych zlanych w jedno i stanowiących woń nieopisaną, miastu każdemu właściwą. Inaczéj słychać szumiący, czuć woniejący, błotnisty i smrodliwy Paryż, inaczéj naszą Warszawę. Jest coś właściwego, nie tylko w fizionomij wielkiego miasta, ale w jego woni. Nie wiém co tam przemaga w wyziewie olbrzymów, które buchają z daleka dymami i mgłami, ale to pewna, że stopniowo dopiéro oswoić się można z atmosferą miejską przybywającemu ze wsi, po długiéj podróży. Z początku uciska ci piersi nieopisany ciężar, zdaje się, że zabraknie powietrza, że płuca na zapracowanie kropli krwi nie wystarczą. — Ale jak przed oczyma z mglistych obsłon wywijają się gmachy, bielejąc, wyraźniejąc coraz, tak piersi oswajają się z powietrzem i nauczają niém żyć. Gwar co cię otacza, z początku głuszy, niepokoi, trudzi, potém staje się warunkiem życia, i gdy opuścisz miasto, to ci tęskno za niém, głucho w polu i brak wrzawy, do któréj już przywykłeś. Z początku i ten natłok ludzi biegących w różne strony, mijających się, jadących, krzyżujących nabawia głowy zawrotem — w kilka dni, widzisz go potrzebnym i prawie niezbędnym, raduje cię i bawi.
Przebywszy kilka ulic, August ze Stasiem, stanęli nareście w znajomym Hotelu, niedaleko nowego teatru, jednym w prawdzie z najmniéj okazałych; ale dla znużonego podróżą i przywykłego do karczem traktowych, jeszcze bardzo wygodnym.
W jednéj chwili otoczyło ich, opasało i zajrzało im w oczy, ze wszystkich stron życie miéjskie.
Żydzi ofiarujący posługi rozmaitego rodzaju, jęli się cisnąć do pokojów. Przyniesiono afisze teatralne, podrzucono ogłoszenia, rzemieślnicy nadesłali kartki swoje; ten się rekomendował z szuwaxem, ten z jubilerskiémi robotami, miotełki do sukien i suknie zalecały się razem. Nim słudzy znieśli rzeczy, nim zrobiono herbatę, już podróżni mieli miasta pełno wszędzie. Szumiało im, dzwoniło, tętniało, śpiéwało pod oknem, zaglądało przezedrzwi, przez okna, przez szpary, gadało do nich wszystkiemi językami, napiérało się im, zalecało, prosiło. Co za różnica od wsi, gdzie wszystko, tak harde, dzikie i bojaźliwe. Tu przeciwnie, wszystko się nastręcza, nabiega na ciebie, wita jak znajomego i kłania uniżenie, wołając:
— Dajcie grosz.
W istocie, ostatecznym wyrazem, całego tego ruchu, wrzawy i krzyku, jest piéniądz; wszystko tu się dzieje, przezeń, dla niego, nim. Nie szukaj innego znaczenia w życiu miejskiém, co żywo, niepohamowanie, czwałuje do jakiegoś celu niepojętego, tak że w początku odurza cię, tym biegiem, w którym odetchnąć nié ma czasu. Ale cóż to ten bieg i pośpiech? to gonitwa za największą summą wrażeń, przyjemności i piéniędzy, co reprezentują je. Jak nic tu nie jest darmo, tak wszyscy téż rosnąc w żądzach, biegą za sposobami zadość uczynienia im. Na wsi każdy jest u siebie, mniéj się ociéra o drugich, mniéj widzi i zazdrości, wiele téż jest słodkich, małych roskoszy żywota, które przychodzą darmo — tu przeciwnie, wszystko pod ręką, tylko zapłać — Ostatnim więc wyrazem zabiegów wszystkich, piéniądz, bo ón znaczy wszystko i niéma tego, czego by znaczyć nie mógł.
Ta cecha chciwości wypiętnowana jest najwyraźniéj na twarzach mass ludności miéjskiéj, w swym stanie normalnym, gdy żadna namiętność szczególna jéj nie porusza, gdy spoczywa lub żyje. Widzisz aż do natrętności posuniętą tę żądzę nabycia, bez wyraźnego pragnienia zapewnienia tém, daléj jak jutra. Grosz zyskany w rannéj godzinie, rozsypuje się w poobiedniéj, i zbiéra znowu i rozchodzi jeszcze. Począwszy od ulicznika, co cię z latarką przeprowadza i parasol ci podaje, do bogatego kupca targującego tysiące, wszyscy mniéj więcéj, równie nieopatrznie żyją. Jeden dzień niedostatku dla ulicznika, jeden miesiąc stagnacij w handlu dla kupca, a oba są na pół zrujnowani i niedalecy zupełnéj ruiny. Często niewiedziéć jak, bogaci na pozór bankrutują, a ubodzy — o tych już niéma co mówić. Oszczędność w wielkiém mieście, jak jest niezmiernie łatwą, tak staje się trudną niesłychanie, przy najmniéjszéj skłonności, dogadzania sobie. Każdy téż prawie żyje inaczéj niżby powinien, i zapomina o jutrze. Wszystkie klassy są pomięszane z sobą, ociérają się o siebie, patrzą na się i mimowolnie małpują, choć nie łączą z sobą. Wiémy jak wszędzie arystokracja kupiecka i bankierska skłonna jest do przesadnéj nawet wystawy. Nie potrzeba się potém dziwować, że bankructwa i upadki są tak gęste. Wszystko tu żyje kredytem codziennym, powolnym zyskiem, i zależy od powszedniego grosza, co nieznacznie po kropelce przypływa — nie dziwno téż, że wiele ludzi, nie potrafi się wyrachować.
Przywyknienie do ciągłego obrotu piéniędzy, może téż zobojętnia ludzi na ich znaczenie i powoli każe zapomniéć, o trudném ich nabyciu.
Piérwszego wieczora, nie poszli nasi podróżni nawet na teatr, który mieli pod bokiem. Chociaż przybyli wcześnie, chcieli swobodnie wypocząć, oswoić się w mieście i nastroić do niego. Jak wszyscy wieśniacy poszli naprzód siąść w oknie, przed tą migającą latarnią czarnoxięzką, patrzéć na zmienne obrazki, przesuwające im się przed oczyma; potém, gdy się wieczór wyjaśnił; miasto ożyło całe, i oni wyszli na ulicę.
Przyznać potrzeba, że jest coś uroczego w widoku miéjskiego ruchu, zwłaszcza w téj fantastycznéj godzinie wieczora, gdy się wszystkie światła zapalą, wszystka ludność wysypie. Ta mozajka cieni i świateł, to przesuwanie się ludzi, mieszanina dźwięków, śpiewów, krzyków, śmiéchów, ten szum i wrzawa, a nadewszystko ta rozmaitość nieustannie zmieniającéj się fizyonomij — stanowią obraz nie do pochwycenia, nawet Daguerrotypem. Człowiek tu w całéj swéj sile, potędze, szczyt to jego cywilizacij, skład jego wyrobów, wymysłów, wynalazków, udoskonaleń. Trudno dojrzéć Boga, za człowiekiem w mieście, i nie dziwię się ateuszom tutejszym — ateuszom wszystkich wielkich miast. — Rzadko, bardzo rzadko widzą Boga, nawet przesuwający się z żałobnémi śpiéwy wóz śmierci, już na nich wrażenia nie robi. Obok w szyneczku, gra razem Szejne-Katarynka i tańcują obertasa i mazura. Dźwięk dzwonów, mięsza się ze śpiéwem uliczników. A gdzież chwila do zastanowienia przy tylu zewnętrznych wrażeniach, co ci nieustannie myśl w tysiąc rozbijają kawałków. Żyje się, żyje czwałem i nie ogląda.
Gdy August ze Stasiem wyszli na ulicę, gdy ich otoczyło, i ścisnęło życie miejskie, kąpiel wrzawy — mimowolnie, choć oba widzieli już w życiu miast wiele, świata wiele, uczuli się wstrząśnieni po długiém zadomowieniu.
Obojętne dla mieszkańców zwyczajnych głosy i postacie, na nich obu czyniły wrażenie. Każda śpiéwka, wesołéj dziewczynki, każdy urywek rozmowy zastanawiał ich. Staś poglądał przez wszystkie okna, we wszystkie magazyny, a każdy spotkany uśmiészek kobiécy, drgał mu w sercu. Spotykali powracające z magazynów modistki, tak podobne do gryzetek paryzkich, jeśli nie z obyczajów, to z wdzięku, stroju i wesołéj nieopatrzności na jutro. Spotykali wesoło śpiéwających chłopaków, świszczących piosenki z ostatniéj opery — i urzędników, co się wybrali w odwiédziny, do Teatru, z parasolami pod pachą, w długich surdutach, i jakieś panie zakwefione tajemniczo przesuwające się chodnikami, i wiele a wiele rozmaitych postaci. Ze sklepów oświéconych migały im światła odbite na błyszczących towarach, wystawionych dla sprowadzenia oka i — konsumenta; w szyneczkach grały pozytywki mazury i walce, w cukierniach stukały billardowe kule, dorożki warczały po bruku, słychać było krzyk zwoszczyków, trąbki dyliżansów, i tysiąc głosów pomięszanych.
— Przyznaj, rzekł August do Stasia, że Warszawa pełna jest życia.
— Nie przeczę — widziałem wiele miast za granicą. Żyłem długo w kilku z nich, żadne podobno, prócz największych, niéma właściwego sobie tak nieustannego ruchu i wrzawy jak Warszawa. Stolice drobnych xięztw niemieckich, są tak ciche i spokojne, przypomnij Drezno, podobno nawet Wiédeń, co tak wcześnie szlafmycę kładnie i siada drzémać. W handlowych miastach, więcéj jeszcze spokoju, wyjąwszy kilka ognisk lub kilka godzin. Tu nieustannie coś wre, rusza się i gada.
Weszli do Hotelu, do którego zajéżdżał właśnie z hałasem ogromny ładowny ekwipaż, za którym ciągnęły się bryki i bryczki.

(KONIEC TOMU PIERWSZEGO).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.