Otwórz menu główne

Wikiźródła β

Na bruku/V

< Na bruku
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Na bruku
Podtytuł powieść z życia miejskiego
Wydawca Księgarnia i skład nut Stanisława Sadowskiego
Data wydania 1897
Druk Drukarnia i Introligatornia P. Laskauera & W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
V.

Skład węgli kamiennych, w którym Kwiatkowski pracował, mieścił się w ciasnem podwórku, na odludnej uliczce, blizko rogatek. W zagrodzie, pod gołem niebem, zsypanych na jedną gromadę, leżało kilkadziesiąt korcy tych «czarnych dyamentów.» Obok nich stały dwa zasmolone wozy, stajenka na dwa konie i tak zwany: «kantor», to jest buda sklecona z cienkich desek, zaopatrzona w piecyk żelazny, dla ciepła, a właściwie mówiąc dla swędu. W kantorze znajdował się tylko stolik, krzesełko kulawe i połamana kanapa. Na podwórku waga decymalna i wózek ręczny, na którym zasmolony, czarny od pyłu węglowego parobek, rozwoził węgle klientom.
Kwiatkowski, objąwszy posadę i kasyera i magazyniera w tym składzie, przychodził do obowiązku raniutko, skoro dnieć zaczynało, a wracał do domu późnym wieczorem.
Wolał jednak tę pracę uciążliwą, aniżeli bezczynność, a przytem przynosiła mu ona tyle, że przynajmniej w części mógł nią komorne zapłacić.
Herman, który go często odwiedzał, wciąż robił nadzieję, że wkrótce coś lepszego się znajdzie.
— Tylko cierpliwości, tylko cierpliwości — powtarzał — zobaczysz pan, że ja panu wynajdę.
— Ja też czekam.
— Prawda, święta prawda, ale to się opłaci. Wrócisz pan na wieś do pracy, do której nawykłeś, ale trzeba czekać. Przecież ekonomem, leśniczym, lub rządzcą w maleńkim folwarku nie chciałbyś pan zostać.
— Ależ z największą chęcią, choćby dzisiaj.
— Nie, kochany panie, nie; jak jechać, to na dobrym koniu. Zostać plenipotentem generalnym w dużych dobrach, rozumiem. Pensya doskonała, tantyema, dochody... Ja mam już coś podobnego na widoku.
Takie obietnice powtarzały się prawie codzień, przytem przyjaciel starał się wybadać Kwiatkowskiego, czy ma jeszcze trochę gotówki i ile, ale ten zawsze wymijająco odpowiadał.
— Gdyby było trochę pieniędzy — mówił Herman — możnaby coś na własną rękę założyć, zawsze to lepiej niż służba.
— Zapewne.
— Człowiek swojej woli jest panem, słuchać nikogo nie potrzebuje; wie, że robi dla siebie. Powiedz mi pan, czy na tej dzierżawie, którąś trzymał, miałeś inwentarz własny?
— Naturalnie.
— I kaucya też była?
— Była i nią właśnie zapłaciłem zaległą ratę dzierżawną.
— To wcale niepotrzebnie.
— Więc miałem nie zapłacić?
— Można było procesować się, targować, żądać ulgi. Kto widział, żeby z dzierżawy tak dobrowolnie, sposobem zgodnym wychodzić! Ja wiem, że żaden właściciel majątku na ostatnią ratę nie liczy.
— Zapłaciłem co do jednego grosza.
— Głupstwo niepowetowane, głupstwo, a parę tysiączków w Warszawie przydałoby się, bardzoby się przydało. A, panie kochany, inwentarz był?
— Średni, ale w dobrym stanie.
— Sprzedało się?
— Po trochu; właśnie żona dla tego jeszcze nie przyjechała, że wyprzedaje różne rzeczy, które przy pospiechu trzebaby oddać za bezcen.
— No, więc, mów pan co chcesz, ale nie może być, żebyś bez grosza został...
— Co to znaczy! Odrobina... wspominać nawet nie warto.
— Tysiąc, dwa, trzy?
— Ale zkąd? Przepraszam pana, węgle z kolei przywieźli, odebrać je muszę.
Wyszedł na podwórko a przyjaciel został w kantorze niezadowolony, że eks-dzierżawca zaufania do niego nie ma. Należy się ono, choćby za wyrobienie posady i za obietnicę wyszukania lepszej. On już i dla Mani miejsce dobre proponował w sklepie, ale Kwiatkowski podziękował i oświadczył, że dopiero po przyjeździe żony o losie córki postanowi. Już o tem więcej mowy nie było. Mania też do sklepu ochoty nie miała i zdecydowana była na naukę do magazynu pani Zofii uczęszczać.
Pan Herman skrzywił się, że propozycyę jego odrzucono, ale stosunków z Kwiatkowskim nie zrywał. Przychodził niekiedy do składu, a czasem i do mieszkania zaglądał.
Nie mógł sobie często tej przyjemności pozwalać, gdyż Mania wcale nie dwuznacznie okazywała mu niezadowolenie i pomimo upomnień ojca, antypatyi swojej ukryć nie mogła.
— Poczekaj, harda dziewczyno — mruczał stary jegomość — przyjdziesz ty na moje podwórko jeszcze — i uśmiechnął się przytem złośliwie.
W dzień urodzin Wandy, Kwiatkowski z Manią i Edziem wybrał się do sąsiadów.
Była godzina ósma wieczorem; w saloniku, zaimprowizowanym naprędce z pracowni strojów damskich, zebrała się już garstka osób. Przedewszystkiem były na stanowisku ciotki, gotowe na dany znak zasiąść do fortepianu i puścić w ruch kościste palce; było kilka pań starszych, panny «niczego», panny «tak sobie» i panny «ujdzie», oraz spora garstka młodzieży. Młodzież, którą się liczy, rozmawiała z pannami, ta zaś, co do rachunku nie wchodzi, stała we drzwiach, lub paliła papierosy po kątach, oczekując hasła rozpoczęcia tańców.
Wejście Mani zrobiło furorę. W skromnej sukience, pod samą szyję zapiętej, zarumieniona, z oczami spuszczonemi, wyglądała uroczo. Między młodzieżą rozszedł się jednomyślnie szmer uwielbienia, a starsze panie z kanapy mierzyły ją złośliwemi wejrzeniami. Panny «tak sobie» i panny «niczego» były bardzo niezadowolone.
— Co to za jedna?
— Co za gąska z prowincyi? — szeptały między sobą.
Wanda wyglądała bardzo ładnie. Naturalny jej wdzięk podnosiła jeszcze suknia zrobiona modnie i gustownie, duże niebieskie oczy błyszczały życiem i radością.
Ujrzawszy wchodzącą Manię, skinęła na Zygmunta i zaraz zbliżyła się z nim do niej.
— Panie Zygmuncie — rzekła — chciej pamiętać, aby się panna Marya dobrze bawiła.
Zanim Mania zdążyła odpowiedzieć, Wanda zniknęła między gośćmi.
Kwiatkowski przez gospodarza domu zaraz do oddzielnego pokoju został wciągnięty. Był tam rządzca, czekano tylko na maszynistę, aby pulkę rozpocząć.
W oczekiwaniu czwartego zabawiano się rozmową.
— Pan dobrodziej, jak słyszę — mówił ojciec Wandy — ma zamiar dostać się na naszą drogę?
— Takie jest moje pragnienie. Obowiązku prywatnego, jaki mam, podjąłem się tylko tymczasowo.
— A ma pan jakie widoki?
— Przyrzeczenie naczelnika.
— A więcej nic.
— Nic.
— To pan nic nie masz w takim razie...
Kwiatkowski zmięszał się.
— Ależ panie szanowny — rzekł — wprost przeciwnie; mam najpewniejsze przyrzeczenie, że pierwszy wakans będzie dla mnie. Złożyłem list polecający od człowieka bardzo wpływowego i pozostającego w stosunkach przyjaznych.
— Co to wszystko znaczy!...
— Przeraża mnie pan.
— Jeśli nie mam wiary, to niech się pan spyta tego, na którego właśnie czekamy.
— Pan Symforyan, mechanik z naszej drogi — pan Kwiatkowski.
— O co to panowie chcieliście się zapytać mnie? — rzekł maszynista, szpakowaty, dość otyły jegomość z rękami narobionemi jak u drwala.
— A to, widzisz, kolega, pan ma przyrzeczenie naczelnika ***, że pierwszy wakans będzie dla niego.
— A to bardzo dobrze!
— Otóż powoływaliśmy się na kolegę, żebyś powiedział, co to warto.
— Tyle, co pęknięty kocieł, mój panie, chociaż i to nie, bo pęknięty kocieł żydzi na szmelc zakupią, a to przyrzeczenie i niucha tabaki nie warto. Kto panu powiedział, żeby się do niego udawać?
— Zdaje się taki grzeczny i uczynny człowiek.
— Właśnie, że zanadto uczynny. Każdemu przyrzeknie, ale nikomu nie dotrzyma. Niech pan lepiej czego innego szuka, bo z tych obietnic chleba nie będzie.
Rządzca zaczął się niecierpliwić.
— Właściwie — rzekł — przy tej uroczystości, w dniu, że się tak wyrażę urodzin panny Wandy, wartoby czasu napróżno nie tracić. Naczelnik naczelnikiem, a zabawa zabawą.
— Racya — rzekł maszynista — im wcześniej zaczniemy, tem wcześniej skończymy — ja jutro od 6-ej rano na służbę.
Czterej partnerzy do gry zasiedli. W saloniku zrobiło się gwarno. Ciotka Teresa silnie uderzyła w klawisze i grać zaczęła walczyka, który zapewne przed trzydziestu laty musiał być w modzie. Rozpoczęły się tańce; po walcu polka, później kontredans, znów walczyk a nareszcie mazur, ze zmianami, z coraz nowemi figurami, bez końca.
Tańce prowadził pan Józef, jeden z tych młodzieńców, co się nie liczą; w tym charakterze jednak liczył się, grał pierwszą rolę i dumny był z tego. Komenderował jak wódz na placu boju, wytwarzał koła, kółka, kółeczka, krzyże, zwracał tancerzy na prawo i na lewo, aż ochrypł od komendy. Pierwszej ciotce palce od bębnienia już popuchły, zastąpiła ją druga i z całym zapałem świeżej energii uderzała w klawisze.
— Jak się bawią, jak się bawią! — rzekła mama dwóch panien «tak sobie» do gospodyni domu — to tylko u państwa może być tak wesoło.
— Dla czegóż tylko u nas? I u pani przecież bawiłyśmy się wybornie zeszłego roku. Wandzia przez trzy dni później chodzić nie mogła.
— Ona ma szczęście, ale to nic dziwnego, takiej ślicznej panience młodzież nie pozwoli się nudzić.
— Pani córeczki także tańczą.
— To ciężka artylerya.
— Co też pani mowi!... panienki jak motylki, ze starszą pan Józef wciąż tańczy, a to tancerz doskonały.
— Mała z tego pociecha, człowiek bez stanowiska.
— Ale z przyszłością.
— A to warto jedno z drugiem nic.
— Proszę pani, jeżeli młody człowiek jest pracowity, uczciwy, to czy tak, czy owak, ma przed sobą przyszłość. Prędzej czy później, poznają się na nim — gdy zaś młodzi mają skłonność ku sobie...
— Ach! proszę pani, okropną, coś zadziwiającego.
— W takim razie pobłogosławić; ja na pani miejscu nie robiłabym żadnych przeszkód.
— Sądzi pani, że ja... a broń Boże! jeżeli Micia widzi w tem swoje szczęście...
— Więc?
— Otóż to, cóż ja mam zrobić i co właściwie błogosławić, kiedy on się dotychczas nie oświadczył. Taka to dziś młodzież, moja pani? Przychodzi, oczami przewraca, herbaty wypija masami, serdelków zjada co się zmieści, jak się trafi tańczyć to tańczy, ale więcej nic, słówka nie piśnie. Niech mi pani wierzy, że czasem tracę cierpliwość, bo, przed panią sekretów nie mam, ale Micia już dwudziesty czwarty rok, zdaje się, przed dwoma laty skończyła. Już czas, doprawdy czas. Jednego razu naumyślnie zostawiłam ich sam na sam, chciałam im nastręczyć sposobność. Kochasz, to powiedz, oświadcz się, panna cię nie zje, czego się boisz? Zostawiam ich, proszę pani, tylko we dwoje. Później pytam Mici, niby tak sobie od niechcenia: o czem też z tobą mówił pan Józef?
— Ciekawam.
— A — powiada Micia — opowiadał mi o nowej sztuce, jaką grają w teatrze od tygodnia. I bądźże tu matką droga pani! Okropne rzeczy, doprawdy!...
— Niech się pani nie martwi, z czasem to przyjdzie.
— Może przyjdzie, daj Boże, ale przecież, jak pani wiadomo, nie samą tylko Micię mam, jest Julka, a na nią także już czas.
— To jeszcze dziecko.
— Mogę panią zapewnić, że pełnoletnie.
— Niechże się pani nie martwi. Prędzej czy później młodzież zrozumie, że...
— Nie, nie, ja już w to nie wierzę. Jeżeli ten pan Józef, a taki zdaje się rozsądny chłopiec, doprawdy, to okropność. Wolałabym mieć dwunastu synów, aniżeli dwie córki!
Zygmunt ciągle asystował Mani, tańczył z nią najwięcej i w wolnych od tańca chwilach bawił ją rozmową. Z początku robił to na złość Wandzie, która go ciągle unikała, ale już pod koniec zabawy, przymus ten był mu coraz mniej przykry.
Właśnie rozpoczął się drugi mazur, młodzież zaangażowała damy. Zygmunt przy Mani się znalazł.
— To już zapewne ostatni mazur — rzekł — czy panią mogę do niego prosić?
Zaczęła się wymawiać, że już późno, że czuje się zmęczoną, że zaraz do domu wraca. Nie pomogły wymówki. Wanda, która na tę chwilę nadeszła, oświadczyła, że przed wschodem słońca nikogo nie wypuści.
— Nie wymawiaj się Maniu — mówiła — moje urodziny trafiają się tylko raz na rok. Chyba nie bawisz się tak źle, żebyś musiała koniecznie uciekać... Zresztą prosiłam pana Zygmunta, żeby ci nie pozwolił nudzić się.
— Otóż widzisz...
— Nic nie widzę, nic widzieć nie chcę, uciekam. Co do mnie, bawcie się doskonale i tobie radzę to samo uczynić. Chyba nie możesz uskarżać się na pana Zygmunta.
— Wandziu!
— Później, później, moja droga, jutro będziemy miały dość czasu do gawędki. Idę prosić ciotki Teresy o wyjątkowego mazura.
W tej samej prawie chwili znalazła się przy fortepianie. Ciotka spojrzała na nią zdziwiona.
— Ja takiego nie grywam — rzekła.
— Ależ ciociu, moja ciociu, wyjątkowo, takiego z pod serca. Niech ciocia mnie wysłucha, bardzo proszę.
Ciotka uderzyła kilka akordów.
— Ten? — zapytała.
— Nie, ciocia umie jeszcze ognistszego. Ah! ten sam, bardzo dobry, tego nam właśnie trzeba.
— Wszystkie pary — zawołał dyrygent, — ale pani Zofia przeszkodziła mu.
— Proszę o małą przerwę — rzekła — podali przekąskę.
Ponieważ z powodu zamiany pracowni na salę balową, nie było z czego urządzić jadalni, więc wniesiono kilka stołów do sali i towarzystwo rozlokowało się jak mogło, młodzież usługiwała damom, a kierowała wszystkiem pani Zofia.
Zygmunt nie odstępował Mani na chwilę, usiadł przy niej i rozmawiał z wielkiem ożywieniem. Starsze panie, które uważały widocznie Zygmunta za dobrą partyę, spoglądały na młodą parę złośliwie.
— Widzi pani — mówiła jedna z nich do najbliższej sąsiadki — jak to pozory mylą. Zdawało się nam, że to zwyczajna prowincyonalna gąska — a tymczasem...
— Wytrawna kokietka.
— Patrz pani, jak się rumieni i oczy spuszcza.
— Co za bezczelność!
— A teraz, widzi pani, teraz patrzy na niego, ale jak patrzy! Musiała ze dwie godziny egzercytować się przed lustrem.
— Koniec świata!
— Panu Zygmuntowi bardzo się dziwię. Przecież jest tyle panienek.
— Ah! pani, mężczyźni zawsze jednakowi. Każda nowość ich zajmuje, tembardziej ładna nowość, bo trzeba przyznać, że jest ładna.
— Co też się pani zdaje!... Chyba jej pani zblizka nie widziała?
— Owszem widziałam.
— No to już nie rozumiem, co pani w niej ładnego znalazła, bo ja pomimo najlepszej chęci... Ot patrz pani, teraz wstaje, zbliża się do Wandy. Co za kokieterya wyrafinowana! jest czarna jak kominiarz, więc chce, stanąwszy obok jasnej blondynki jeszcze bardziej tę swą czarność uwydatnić.
— Być może, w samej rzeczy, włosy ma bardzo ładne.
— I Lucyper w piekle ma perukę koloru smoły. Bardzo się dziwię, że pani Zofia zaprosiła tę pannę. Dla nas dawnych znajomych i przyjaciółek nie powinna tego robić.
— Pod tym względem przyznaję pani najzupełniejszą słuszność, ale zdaje mi się, że pani Zofia własnej córce przedewszystkiem krzywdę wyrządza.
— No, no, bardzo ciekawam.
— To pani nic nie wie. Pan Zygmunt stara się o Wandę, podobno była to rzecz ułożona.
— Nie może być, no patrz pani: bajka o wężu, ogrzanym przez litościwego chłopa, jest nieśmiertelna doprawdy, zawsze się powtarza... Ogromnie żałuję pani Zofii, ale sama sobie tego piwa nawarzyła; miałaby zięcia porządnego człowieka, a teraz co?
Po kolacyi wytrwała ciotka znowu zagrała mazura i poskoczyły pary jedna za drugą, znowu raźno z ogniem wiązały się w koła, rozpryskiwały, znów łączyły, bez odpoczynku, bez przerwy, aż już światło lamp zaczęło blednąć, a przez okna, przez białe firanki jasność dzienna do pokoju wchodziła.
Panowie już oddawna pulę skończyli, rządzca do mieszkania swego chyłkiem się wyniósł, maszynista na służbę pospieszył, pozostał tylko gospodarz i Kwiatkowski, który czekał końca zabawy, aby córkę do domu odprowadzić. Iść na spoczynek nie miał już czasu, bo skład z brzaskiem dnia się otwiera i kupujący przychodzą.
Mania tańczyła ciągle. Zygmunt nie odstępował jej ani na krok.
— Jesteś pan niegrzeczny — rzekła do niego.
— Ja?
— A tak! przez cały wieczór nie tańczyłeś pan, ani nie rozmawiałeś z Wandą, a przecież to solenizantka... kuzynka... i...
— I nic więcej, proszę pani?
— O! nie mów pan tak, jestem poinformowana lepiej, niż się panu zdaje.
— W takim razie oświadczyć pani muszę, że informacye są niedość ścisłe. Zresztą nie zbliżałem się do panny Wandy wskutek wyraźnego jej polecenia.
— Jaki pan posłuszny!
— Jeżeli posłuszeństwo, jak w tym razie zgadza się z moją własną wolą, to dla czego nie mam być posłusznym?
— Mówisz pan w rozdrażnieniu; jutro możebyś tego nie powtórzył.
— Mogę panią zapewnić, że jutro i pojutrze i za tydzień.
— Eh, dajmy pokój tej rozmowie.
— Ma pani zupełną słuszność, tańczmy, to zdaje się już ostatnia figura... Tańczmy, czuję wielką ochotę do zabawy. Śmiałbym się i śpiewał, tak mi dobrze.
Ujął Manię za rękę i wmieszał się w grono tańczących. Kwiatkowski zastąpił im drogę.
— Maniu — rzekł — do domu czas, chciałbym cię odprowadzić, gdyż sam do obowiązku zaraz iść muszę.
Pani Zofia wdała się w tę sprawę.
— A, panie szanowny — rzekła — nie róbże nam przykrości, my same odprowadzimy pannę Maryę... chociaż, spojrzyj pan w okno, odprowadzanie wcale nie potrzebne, już dzień. Tylko się ten mazur skończy, dłużej zatrzymywać nie będę.
Młodzież przyłączyła się do tej prośby.
Kwiatkowski udał się na swoje stanowisko, a przerwany mazur trwał w dalszym ciągu i skończył się świetnym finałem, jakąś niezwykle skombinowaną figurą, z której pan Józef słusznie mógł być dumnym.
Przy pożegnaniu, Wanda szepnęła do Mani:
— Dobrze się bawiłaś? jakże ci się Zygmunt podobał?
— O moja Wandziu, doprawdy, tak mi przykro...
— Wierzaj mi, że to złoty chłopiec... no — bądź zdrowa, jak się wyspisz, przyjdź, będziemy miały o czem mówić... O samych sukniach możnaby godzinę opowiadać.
Mania, wróciwszy do domu obudziła Edzia, dała mu śniadanie i wyprawiła do szkoły. Spać jej się nie chciało, była ciągle pod wpływem różnorodnych wrażeń. Zadawała sobie pytanie, czy wogóle wolno jej się bawić, gdy ojciec tak ciężko musi pracować, a matka daleko, w głuchem prowincyonalnem miasteczku, wyprzedaje resztki mienia, różnych sprzętów, gracików, niewiele wartych pod względem materyalnym, lecz dla niej mających znaczenie pamiątek.
Biedna matka! jej tak ciężko rozstać się z przedmiotami, przypominającemi jej lepsze czasy, młodość, chwile szczęścia... a córka się bawi! Zła, niedobra córka! Już więcej tego nie uczyni — ale cóż miała robić? Pani Zofia prosiła, Wanda prosiła, a to takie dobre, zacne istoty, tyle jej okazują życzliwości. Czyż można je obrażać odmową? Tak; nie można, a skoro się zaproszenie przyjęło, skoro się poszło — to czyż można psuć zabawę smutkiem i przygnębieniem swojem? Zresztą wszyscy bawili się, wszyscy tańczyli, a to jest zaraźliwe. Ogólna wesołość porywa, ujmuje, chwyta, ciągnie jak jaki psotny chochlik, rozgrzewa krew, każe zapominać o smutku, unosi jak na skrzydłach, otwiera świat nowy, niby nieistniejący, a przecież istniejący, skoro w nim tyle życia, tyle śmiechu, tyle szczerej wesołości się mieści. A pan Zygmunt... On jest bardzo miły, sympatyczny i musi być dobry z gruntu. Dość spojrzeć w jego oczy siwe, duże, rozumne... Z początku te oczy były jakby smutne, potem ożywiały się coraz bardziej, przybywało im blasku, a później zupełnie smutek z nich zniknął i dopiero się przy pożegnaniu ukazał. Dla czego? Dziwna dziewczyna ta Wanda. Czemu go tak unika... kiedy się w nim maluje i dobroć i siła i powaga — i chwilami nawet wesołość niewymuszona, swobodna...
Oparła głowę na ręku i przymknęła oczy w zadumaniu; wtem nagle brzęknął dzwonek u drzwi.
Pobiegła otworzyć. Do pokoju wsunął się pan Herman.
— Dzień dobry pani, rączki całuję, do nóżek upadam; ojczulka zapewne w domu nie zastałem.
— Przecież pan wie, gdzie się ojciec o tej porze znajduje i dziwię się, że pan tam odrazu nie poszedł.
— Myślałem... Co prawda mogłaby mi pani zaproponować, abym trochę spoczął; w moim wieku wejście na trzecie piętro trochę fatyguje.
— Sądziłam, że pan nie masz czasu, jak zwykle.
— Myli się pani, jak zwykle czas mam i pragnę z niego skorzystać i nie dla siebie, lecz dla pani.
— Dla mnie?
— A naturalnie, dla kogóżby? Dla siebie samego nie potrzebuję nic; to co mam, wystarcza mi na życie, skromne wprawdzie, lecz wygodne. Mógłbym przez całe dnie fajkę palić, herbatę popijać i wyglądać oknem na ulicę.
— A któż panu przeszkadza?
— Temperament, charakter, natura moja, dobre serce. Nie jestem egoistą, nie potrafię żyć dla siebie tylko, więc, o ile możności, staram się i zabiegam dla drugich. Ojciec pani, zacności człowiek, dziwnie przypadł mi do serca, powiedziałem sobie, że wydobędę go z tych węgli i wydobędę... tylko czasu trochę trzeba. Obecnie trafiła się szczęśliwa bardzo sposobność wyświadczenia mu przysługi pośrednio.
— Jak to mam rozumieć?
— Trafia się doskonała posada dla pani. Właśnie pomimo wieku i astmy, która mnie dręczy, biegłem z tą wiadomością jak młodzieniec. Sądziłem, że z radością będę przyjęty, a tymczasem przekonywam się, że dobre wiadomości nie robią na pani żadnego wrażenia, może dla tego, że odemnie pochodzą... W takim razie przepraszam...
— Panie — odrzekła Mania — racz mi pan powiedzieć, z czego mam się cieszyć? Ze słów pańskich, jak dotąd dowiedziałam się tylko o uczuciach życzliwości dla mego ojca, za które jestem bardzo obowiązana — i że się trafia dla mnie posada. Jaka? W tej chwili nie mogę mieć nawet przybliżonego pojęcia, czybym ją mogła przyjąć, czy ona dla mnie dobra, czy nie.
— Ależ co do tego, nie może być dwóch zdań, przyjąć bez namysłu i spieszyć się, żeby kto inny nie ubiegł. Kandydatek jest dwadzieścia, tylko przez moje osobiste stosunki to wyrobiłem, że dla pani zostawione pierwszeństwo i oczekują pani przybycia. Miejsce to świetne, wynagrodzenie doskonałe, a praca, prawie że żadna. Idzie o to, aby pani chciała być towarzyszką pewnej damy niemłodej, trochę niedołężnej i chorej. Czasem wypada towarzyszyć jej na spacer w powozie, czasem coś przeczytać, porozmawiać z nią — oto i wszystko. Dama to z arystokracyi, właśnie ciotka owego młodego człowieka, o którym państwu wspominałem. On tam bywa prawie codzień i jeżeli mam prawdę powiedzieć, jemu mam do zawdzięczenia, że miejsce to dla pani zarezerwowano. I cóż pani na to powiada?
— Dziękuję najuprzejmiej za pamięć o mnie i za dobre chęci.
— I więcej nic?
— Nic panie.
— Więc pani odrzuca ten wyjątkowy uśmiech losu? Wartoby jednak zastanowić się nad tem, doprawdy...
— Pan wie bardzo dobrze o tem, że nie jestem pełnoletnia i że mam rodziców, bez których wiedzy i woli nie mogę o losie swoim decydować.
— Bardzo słusznie, mówi pani jak poczciwa córka i jak osoba rozumna. Ja też nawet nie miałem w myśli, żeby pani bez wiedzy rodziców, a przynajmniej bez wiedzy ojca, obowiązek przyjęła, a jeżeli odniosłem się wprost do pani, to tylko, aby usłyszeć jej własne zdanie i będę bardzo szczęśliwy, jeżeli mi je pani da poznać.
— Dobrze więc, będę szczera — i powiem panu otwarcie, że mnie ten, jak pan nazywasz uśmiech losu wcale nie nęci.
— Nie?
— Do pielęgnowania chorych powołania nie mam, siostrą miłosierdzia być nie pragnę.
— Ta osoba nie jest tak chora, aby wymagała ciągłego pielęgnowania.
— To wszystko jedno, panie. Zresztą choćbym przyjęła ten obowiązek, jakąż mi on przyszłość zapewnia?
— Przyszłość? Kto wie, może nawet bardzo świetną... Dama bezdzietna, gdyby jej się pani podobała, mogłaby co zapisać; przytem nie jest wykluczona możność szczęśliwego wyjścia za mąż, przy pani urodzie...
— Dajmy temu pokój... ja szukam takiej pracy, która dałaby mi byt, choćby najskromniejszy, lecz niezależny i stały.
— Ale gdzie go pani znajdzie?
— Już znalazłam.
— No, proszę... tak niedawno pani mieszka w Warszawie, a już...
— Tak, przecież myśleć o sobie wolno.
— Bez kwestyi... Więc pani propozycyę moją odrzuca z pogardą?
— Nie, panie, z podziękowaniem.
— Szkoda... bądź co bądź, miałaby pani zaraz dochód, pomogłaby pani ojcu, który ma tak niewiele... a i to, co jest, niebardzo pewne.
— Niepewne? — zapytała z przerażeniem — co pan przez to rozumie?
— Taki składzik, proszę pani, to efemeryda, dziś jest, jutro go niema... może być zwinięty, sprzedany komu innemu, a jak wiadomo, nowy właściciel, nowi ludzie. No, nie zabieram pani czasu, żegnam. Żałuję mocno, że pani nie akceptuje mojej propozycyi, a pragnąłem szczerze pani dobra. Do widzenia, panno Maryo, zobaczę się jeszcze z ojcem pani.
Po odejściu Hermana Mania była jak oszołomiona, myśli jej plątały się bezładnie. Noc bezsenna, wrażenia doznane, obawa o ojca przygnębiły ją fizycznie i moralnie. Była przytem ogromnie znużona. Rzuciła się na fotel, zaczęła rozmyślać, zastanawiać się, lecz myśli jej mięszały się bezładnie, zrobił się z nich jakiś chaos, wreszcie natura upomniała się o swoje... Sen przerwał pasmo poplątanych myśli; odsunął daleko rzeczywistość i przynosił w zamian fantastyczne, świetlane, tęczowe obrazy...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.