<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Urbanowska
Tytuł Róża bez kolców
Podtytuł Opowiadanie, osnute na tle przyrody tatrzańskiej
Wydawca Księgarnia K. Grendyszyńskiego
Data wyd. 1903
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVI.
DWAJ POECI.

„Ogień pryska z piersi pstrąga.
Puchem fijołków pachnie głaz.
A kosodrzew się przeciąga,
Jak zaklęty w drzewo płaz".
Deotyma. Piosnka w Karpatach.

Następnego dnia chłodne, orzeźwiające powietrze, przesiąknięte było zapachem świerkowych iglic i fijołków, zwłaszcza nad potokami, w których leżące głazy i kamienie czerwonym pokryte porostem, wydawały ten miły zapach. Lekki wietrzyk poruszał czasami gałęzie drzew, więc w powietrzu drżały jakby ciche szepty i westchnienia, a kryształowe wody potoku spadając kaskadami, grały po dawnemu metalicznym dźwiękiem.
Drogą przez Krupówki, ku lasowi zmierzali nasi znajomi, Witold, Jakób i Henryk, z dwoma przewodnikami.
Chłopiec z rozkoszą wciągał w płuca aromatyczne, żywicą przesycone powietrze i powiedział zwracając się do Jakóba:
— Proszę pana, czuję że tu oddycham inaczej niż w Miratyczach, a chciałbym wiedzieć co jest tego przyczyną: czy wysokość na jakiej się znajdujemy?
— Tak. W miarę wznoszenia się gruntu nad poziom morza, nietylko ilość wszelkich drobnoustrojów zmniejsza się w atmosferze, ale także i powietrze jest rzadsze, ciśnienie mniejsze, co sprawia, że oddechy są głębsze, częstsze, a wskutek tego wzmacnia się energja ruchu serca i krążenia krwi.
Dochodząc do starej typowej chaty Kuby, stojącej wśród poważnych jesionów, ujrzeli dwóch ludzi: Jeden w dużym okrągłym kapeluszu z czarnego filcu, miał twarz śniadawą z czarnemi wyrazistemi oczyma i ciemnym zarostem, i wyglądał na Włocha; drugi w niewielkim słomianym kapeluszu, z pod którego widać było włosy ciemno blond i piękne klasyczne rysy, miał oczy modre, żywe i bystre, i wyglądał na marzyciela i poetę. Cera delikatna, jak u kobiety, bladą była, a policzki nieco zapadłe.
— Oto dwaj ludzie najwięcej rozkochani w Tatrach — odezwał się pan Jakób: malarz Stanisław Witkiewicz, autor książki „Na przełęczy“ i doktór Matlakowski, który napisał: „Budownictwo ludowe na Podhalu“. Jest on bardzo chory i szuka tutaj zdrowia, ale pomimo choroby pracuje ciągle, a obecnie przygotowuje dzieło o „Zdobieniu ludowem na Podhalu“.
Witkiewicz rysował, trzymając w ręku teczkę, a towarzysz jego wskazywał ręką małą i wychudzoną, na jakiś szczegół chaty. Mówili z ożywieniem. Gdy nasi znajomi nadeszli, nastąpiło przywitanie i przedstawienie obu panom mlłodego pogromcy niedźwiedzia, o którego przygodzie już tamci wiedzieli. Doktór Matlakowski zajęty przedewszystkiem swem dziełem, zaczął:
— Mówimy właśnie, że jakkolwiek budowa to niesłychanie prosta i nie złożona, jednakże we wszystkich jej częściach leży piętno pewnego stylu pewnego motywu linii. Od zacięcia belki, do ostrego szczytu, od pazdura do ornamentów rzniętych wewnątrz, wszystko prawie ma ten sam charakter linii przecinających się pod dość ostrym kątem.
Na to odezwał się Witkiewicz:
— Tylko łukowato wygięte drzwi wchodowe, wyrywają się z ogólnego charakteru i stanowią całość odrębną, niezależną, oryginalną i pełną. Wydają się jakby osobno skądinąd przeniesione i wstawione między dwa zręby ścian, bez względu na związek organiczny z niemi. Drzwi takie rude od starości, ozdobione dziwnym ornamentem z pracowicie ostruganych kołków, wyglądają jakby jakieś znaki symboliczne. Na tle szerokich, gładkich balów, złączone wrąbanemi w nie i wyciętemi w kształt rogów wiązadłami, z leżącemi u progu głazami, ze sterczącemi dokoła końcami belek, drzwi takie wydają się wejściem do jakiejś tajemniczej świątyni. Na tle czarnych ścian chaty, świecą one jak mosiężna spinka na piersiach zasmolonego juhasa.
— A dla czego belki krzyżujące się na węgłach chaty, tak bardzo wystają? — zapytał Henryk.
— To jest właśnie charakter podhalskiego budownictwa odrzekł pan Jakób — to jego ozdobność. Czy widzisz, jak te końce belek są harmonijnie rznięte? Zowią się one rysiami.
— A co to jest pazdur?
— To ta wysoka na końcu dachu ozdoba, przypominająca zakończeniem czapkę książęcą lub królewską koronę. Wszystko to razem składa się na harmonijną całość.
— Uważam je za tak piękne, racyonalne i stylowe — odezwał się doktór Matlakowski, siadając na leżącym pniu drzewa — że pragnę aby ten sposób budowania rozpowszechnił się jak najwięcej i żeby młodzież zwłaszcza, nauczyła się miłować i oceniać piękno rodzime. Gdyby odemnie zależało, kazałbym robić dla dzieci zabawki poglądowe, np. „budownictwo“ ułożone z modeli chat góralskich, w miejsce zagranicznej brzydkiej i oklepanej tandety. Człowiek cywilizowany z Warszawy, spoglądając obojętnie na niepozorną izbę górala, ani czuje że on mieszka prawdziwie artystycznie, bo go otaczają utwory indywidualnej sztuki, podczas gdy dumny przybysz ze stolicy żyje wśród banalności zmiennej mody. Publiczność nasza tak jeszcze nie dorosła umysłowo, że nie jest wstanie odróżnić i należycie uszanować tych świadectw skromnej, ale niewątpliwej, szczerej sztuki ludu. Za jej radą lub grymasem, górale heblują rzeźby i napisy, i stawiają brzydkie, banalne domki, byle się przypodobać gościom którzy nie wiele lepiej zachowują się w tym razie, jak „blade twarze“ wobec Azteków i Murzynów. Za lat kilkanaście, nie pozostałoby śladu z dawnego staroświeckiego stylu, wypartego już w Zakopanem przez formy cudzoziemskie, gdyby nie pan Witkiewicz, który walczy z niemi energicznie. Zakała ta szerzy się jak zaraza nawet po wsiach okolicznych, zatruwając smak ludu, niszcząc stary porządek. Wielki czas otoczyć opieką te zabytki samorodnej kultury.
— Pańskie dzieło o „Budownictwie ludowem na Podhalu“, uratuje je od zniszczenia — powiedział Jakób. — Czytałem je: czuć że jest pisane z miłością.
— On pracuje nad większem jeszcze dziełem p. t. „Zdobienie ludowe na Podhalu“, dziełem prawdziwie pomnikowem, jakiem rzadko która literatura poszczycić się może — powiedział Witkiewicz.
— Ale dodaj pan, że bez twej pomocy nie dokonałbym go tak łatwo — dodał Matlakowski z uśmiechem — i że pan pierwszy zastosowałeś motywa góralskie do wszystkich sprzętów. Dzięki panu Witkiewiczowi, ołtarze w nowym kościele zakopańskim będą w stylu miejscowym i dzięki jemu, budują się wille prywatne, które będą prawdziwemi w tym duchu arcydziełami.
— Byle mocno stały na gruncie, żeby ich wiatr halny nie poznosił — rzekł pan Jakób.
— Ach, ten wiatr, to orkan prawdziwy — powiedział Matlakowski – urządza on prawdziwie Dantejskie widowisko!
— Potężniejsze od Dantejskiego — wtrącił Witkiewicz.
— Już sam prolog jest wspaniały i zarazem straszliwy: na głównym łańcuchu gór od południa, położył się ciężki wał chmur, niby czarny potwór, z jaśniejszym prześwietlonym grzbietem, i jął się posuwać wolno na wschód. Miejscami kotłowało się w nim, targały się kudły grzywy, a wicher odrywał jeden kędzior po drugim, rzucając je w bezdenne, niebieskie topiele. Bo choć w górach zrywały się już szalone podmuchy ze swych pieleszy, na Czerwonym Wierchu słońce przygrzewało jeszcze, na północy wisiały prześwietlone chmurki srebrne na niebieskim atlasie, a atlas ten był niebywałej czystości, jak wśród najpiękniejszej pogody. Ale w naturze wisiała już groza, którą ptaki odczuwały, odzywając się żałośnie w gąszczach, a w górze słychać było głuchy szum, jak ryk dalekiego oceanu.
— Straszna była noc: — rzekł Witkiewicz — myślałem że wicher ten nie wypuści nas żywych. Zdawało się, że skrzydła olbrzymiego ptaka z szumem piór wielkich, jak masztowe sosny, uderzają o ściany chałupy, zmiatają łby świerków i znowu gdzieś giną w bezdeń czarnej nocy. Grał najrozmaitszemi głosami, dudnił po dranicach dachu, jakby jakieś bose stopy tańczyły tam zapamiętale, świszczał i jęczał w konarach świerków, furkotał roztrącając się o ściany chałupy, a w przerwach jego podmuchów, groźnie ryczał i bełkotał wezbrany ulewą potok. Mój gazda powiedział o nim: „O to je morowy wiatr. On ta i nie powinienby teraz duć, by to nie jego pora, cheba że cosi, kajsi w niebie gazdowstwo się popsowało, kiej duje. Kieby to zawsze tak po leku duł, jak dzisiok. Ale wiecie panie, jak on to duchnie jesieniom, to, ludzie na świecie! Kany co najdzie: las, to skręci i wyłamie; chałupę praśnie o ziem, a owies albo i jarec, potardze, wiecie, do znaku, het, wyłamie, co i ździebełka nie ostanie“.
Tu pan Jakób odezwał się, że dla niego i dla Witolda noc ta była obfitą w przygody. Mają pokoik na górze w lichym, niedawno zbudowanym domku nad potokiem, w miejscu nie osłoniętem nawet drzewami i bezbronnem wobec wściekłości wichru. Drzwi jeszcze nie mają kluczy, a klamki się źle zamykają, co im obu dotąd nie wadziło. Ale wicher halny jak wziął trząść domem, tak szyby im z okien powytrącał, a drzwi ustawicznie z trzaskiem otwierał i zamykał. Byli obaj jak Robinson z Piętaszkiem na bezludnej wyspie, bo na dole nikt nie mieszka, a wszystkie poblizkie chaty szczelnie pozamykano przed wichrem, i przy jego ryku niktby nawet nie posłyszał głosu lub pukania. Wpadli więc na pomysł, żeby do klamki u drzwi przywiązać ciężki kuferek, ale kuferek zaczął jeździć tam i napowrót, a drzwi nie przestawały się otwierać.
— No – pomyślałem sobie — mam ja inny pewniejszy sposób, który stanowczo złemu zaradzi. Przywiązałem grubym sznurem klamkę do nóg łóżka i położyłem się na niem.
— No i cóż? — zapytali jednocześnie Matlakowski z Witkiewiczem — to nareszcie pomogło?
— A cóż, jeździłem z łóżkiem całą noc i zrobiłem pewnie ze dwadzieścia kilometrów drogi.
To rozśmieszyło wszystkich.
— Gdzież to panowie idziecie? — zapytał Matlakowski.
— Na wycieczkę.
— To widzę; ale dokąd?
— Nie wiemy.
— Jakto! wybraliście się na wycieczkę i nie wiecie dokąd idziecie?
— W dolinie Jaworzynki mamy się spotkać z Warburtonem, i tam dopiero dowiemy się o kierunku wyprawy. Spotkanie naznaczone na dziesiątą, więc mamy jeszcze czas.
— Widzieliśmy tutaj przeciągający cały jego orszak: wyprawa, na wzór słynnych wypraw Chałubińskiego. Narachowaliśmy dziesięciu górali. Niesiono także namiot.
— A, to coś na wielką skalę – dodał Witkiewicz — chyba na kilka dni zamierzona wyprawa! Jakże się Anglikowi podobają Tatry?
— Jeżeli Anglik może się czem zachwycić, to śmiało twierdzę że jest zachwycony.
— O! — rzekł Matlakowski — trzeba być gruboskórym fizycznie i moralnie, żeby uroków tego kraju nie odczuwać. Na łąkach, w lasach, nad brzegami potoków buja tu przepyszna roślinność, suta, rozpanoszona, soczysta tak, że prawie aż źdźbła są przejrzyste; jędrna od wody tak, że w ręku po zerwaniu więdnie, a jaka barwna! Trawy tu są zieleńsze, Chabry modrzejsze, Jaskry żółciejsze. U nas gdy ktoś przez niedbalstwo pola nie obsieje, nie wyrośnie na niem nic, prócz bursztynowej Ognichy i psiego Rumianku, a na wiosnę Głodomorku. Tutaj przestrzeń zostawiona samej sobie, w pierwszym roku zmieniłaby się w cudowną, kwiecistą preryę. Łąka, to wielki bukiet, w którym na tle przedziwnej delikatności zieleni, bieli się tysiące białych Chryzantemów i Parnassyi, różowieje tysiące Mieczyków, błękitnieją Dzwoneczki, i złoci się nieprzeliczona moc Dzwońców i Bratków; kobierzec, po którym rozsypane niezliczone oczy żółtych okrążków, promieniste, fijoletowe kółeczka Chabrów, potężne łby Szczerbaków na wybujałych łodygach, oryginalne łodygi z niebieskiemi kłosami Wilczyńców. A nad tem bujają ogromne kity tymotki, drżą kłoski drżączki, chwieją się nikłe jak pajęczyna Wikliny polne, pochylają stokłosy i inne dziesiątki gatunków najzieleńszy sh, najdelikatniejszych, prawie bezcielesnych źdźbeł trawek. Co za cudowny kontrast barw szarej turni, wystającej wśród ciemnozielonego lasu, lub dalekich szczytów granatowo modrych, w zmroku chmury, a prześwietlonych, eterycznych, prawie niecielesnych, pod zachód słońca w dni pogodne?
— Pan jesteś poetą!
— Zewsząd, z łąk, pól, od kwiecia, od bojowniczej świerczyny w Reglach, od kosówki wkraczającej na nagie turnie, od Niezapominajek lazurowej barwy, rosnących na brzegu tającego śniegu, bije taka woń przecudna, że ta woń, ta niebieszcz przeczysta dali, ta zieleń łąk, ta para w powietrzu, i ta rzeźwość atmosfery sprawia, iż życie samo, o ile bóle lub widok innych ludzi nie przerywa złudzenia, zdaje się marzeniem, nie rzeczywistością, i wśród ciszy na szczycie przychodzą złudy w kształcie drgających przed oczyma mroków. Słychać najsubtelniejsze szmery, których źródłem tylko krew krążąca w uchu; czuć jakieś mrowienia, których źródło nie z zewnątrz pochodzi. Człowiek mimowoli ogląda się za muchą, spędza ją z brwi, a to elektryczność podnosi włosy na skroni.
— O panie, pan ukochałeś Tatry prawdziwie, bo widzisz i czujesz rzeczy niedostępne dla innych!
— W tej błogości wreszcie zdrowy człowiek po raz pierwszy spostrzega, że on oddycha czemś co w niego wchodzi; poznaje zmysłami powietrze, które tylko albo znał z fizyki, albo zdradzał mu je węch, gdy było zanieczyszczone. Tu po raz pierwszy oddychanie sprawia mu nieznaną przyjemność, wytwarza uczucie rzeźwości i świeżości!
Piękna twarz mówiącego słabym pokryła się rumieńcem, pod wpływem uniesienia z jakiem mówił. Zmęczyło go to. Witkiewicz jakby chcąc to przerwać, zapytał.
— Jakże Anglik zapoznał się z Sabałą?
— Schodził właśnie granią Kościeliskiej doliny w chwili, gdy Anglikowi opowiadałem o nim i jego oryginalnej filozofii. Zatrzymaliśmy go więc na wieczór i na noc, i słuchaliśmy jego opowiadania „O śpiących rycerzach.“
— Ależ Anglik nie mógł tego rozumieć!
— Tłomaczyliśmy mu na poczekaniu.
— O! – rzekł pan Stanisław Witkiewicz — Sabała, to też jedna z największych osobliwości tych gór. Umie zaledwie czytać i pisać, a cała jego nauka zasadza się na obserwacyach zebranych w walce z dziką naturą, ale dusza niepospolita rzuca na jego postać światło bijące od dzieł wszystkich wielkich poetów! Cały świat górski żyje w jego mowie: Wierchy i przepaście, orły, niedźwiedzie, świstaki i kozice, blaski słońc, cienie chmur i mroki nocy; skały i śniegi i wonna zieleń smereków i czarne krzaki kosodrzewiny, i szum wód spienionych. Jego nieporównanie ruchliwa twarz mieni się wszystkiemi odcieniami uczuć, jakie wspomina. Sabała w opowiadaniu jest i sobą i niedźwiedziem i orłem i skałą i Liptakiem i kozicą. Jego ręce rysują w powietrzu kontury grani, opadają po stromych ścianach skał, lub ważą się jak orle skrzydła nad przepaściami. Kiedy Sabała mówi: „do wirchu“ wznosząc oczy i palce ku górze, to widzi się szczyt zaobłoczny. Temperament Sabały, to temperament arabskiego rumaka, ognisty, lotny, odważny, zręczny a łagodny.
— O, pan także jesteś poetą! — rzekł Jakób, a pan Witkiewicz mówił dalej:
— Gwara góralska uderzająca bogactwem wyrazów i form językowych, użyta przez Sabałę, staje się czemś tak artystycznem, że niektóre jego opowiadania lub bajki są skończonemi wzorami doskonałości wyrażenia ludzkiej duszy, za pomocą słowa. Zwięzłość, wyrazistość, jasność i dobitność jego określeń, jest niezrównana! Ale widzę, że my tu panów zatrzymujemy, a „komu w drogę, temu czas“. Idźcie już, idźcie, a my będziemy rysowali.
— Nam znów nie tak bardzo pilno. Mamy tam być na dziesiątą, a do dziesiątej jeszcze daleko. Pójdziemy sobie nie zanadto się spiesząc i oszczędzając nóg na później. Do widzenia.
Zamieniono uściski dłoni i dwaj poeci zostali przy starej chacie, a trzej nasi wędrowcy ze swymi przewodnikami szli przez las i Kuźnice, zmierzając do Jaworzynki. Henryk po tem co słyszał od doktora Matlakowskiego, innemi oczyma teraz patrzył na otoczenie.
Po łące rozlegały się dzwonki krów i nawoływania pasterzy. Słońce przygrzewało, ale w lesie był miły chłód i rosa leżała na liściach. Henryk wywijając ciupaga, spłoszył Wiewiórkę, która sunęła w jednej chwili na wierzchołek drzewa, i patrzyła na niego wystraszona, puszystym nakrywszy się ogonem. Na smerekach wieszały się i wspinały po gałęziach, przy pomocy skrzyżowanego dzioba, całe gromady Krzywonosów, dobywając ziarno z szyszek, które obficie obrodziły w tym roku. Dzięcioł opukiwał drzewa, niby lekarz badający chorego i wyszukiwał w korze owadów, a środkiem drogi biegła po ziemi siwa ptaszyna z białą piersią, skacząc i potrząsając bezustannie ogonkiem na dół i do góry.
— Pliszka biała, śliczny, wesoły ptaszek — rzekł Jakób, patrząc nań z upodobaniem — Motacilla alba. Są jeszcze dwie inne pliszki w Zakopanem, pstra i żółta: widywałem je po łąkach i młakach[1]. Żółta pliszka cieszy się szczególnemi względami pasterzy; towarzyszy zwykle trzodom zwierząt domowych i uwalnia je od owadów dokuczliwych, jak liszki, muchy, koniki polne i inne tym podobne stworzenia. Jest to ich dobrodziejka! Widziałem raz jak się uwijała między odpoczywającemi owcami. Ciemne jej oczęta bystro przypatrują się runi, a gdy owad spostrzega, ptaszek pochyla się, czai jak kot i spada z szybkością strzały na upatrzoną ofiarę.
— O, to należałoby te pliszki pożyteczne jak najwięcej rozmnożyć — rzekł Witold poważnie. Ale co to za ptaszek cały nakrapiany, siedzi na lewo na korze smereka, przypięty do pnia. Rozczapierzył skrzydełka i pełza ku górze, podpierając się ogonkiem jak dzięcioł. Czyby to była odmiana dzięcioła?
— To jest Pełzacz, bardzo pożyteczny ptaszek. Nie kuje w korę, ale wydobywa pędraki długim swoim dziobem.
Czas jakiś szli nad brzegiem strumienia, przysłuchując się jego graniu: nagle chłopiec zatrzymał się, mówiąc:
— Jak tu fijołki pachną! Czy pan czuje, panie Jakóbie?
— Niepodobna nie czuć — odpowiedział — zapach miejscami jest bardzo silny.
— Czuję ten zapach już od pół godziny, a jednak niema tu nigdzie fijołków, bo okrągławe ich listki poznałbym odrazu — mówił chłopiec dalej. — Myślałem, że to tylko moje osobiste złudzenie, ale skoro i pan to zauważył..
— I ja także wtrącił Witold.
Jakób uśmiechnął się.
— Czyż nie pachniały wam fijołki w dolinie Kościeliskiej? — zapytał.
— Pachniały, ale tam przynajmniej widzieliśmy je.
— To prawda — przyznał Henryk — a dziwna rzecz, że fijołki najwięcej pachniały mi nad strumieniem.
— Mianowicie tam, gdzie była obfitość kamyków ciemno-czerwonych, jak te oto. Nieprawdaż?
— Być może, ale nie zwróciłem na to uwagi. Ach! już wiem: to one pachną! Pamiętam jak pan Jakób, unosząc się raz nad pięknościami tego kraju, mówił nam że tu ściany pachną wanilią, a kamienie fiołkami. Było to wtedy, gdy ujrzałem pierwszy raz góry, wychylające się ze mgły, w której byliśmy uwięzieni.
I rzucił się do zbierania woniejących kamyków. Wyglądały one jakby proszkiem czerwonym obsypane. Jakób tłomaczył mu, że ten proszek jest gatunkiem Porostu zwanego Bisiorkiem fijołkowym, który mocniej pachnie za potarciem, a po deszczu wydaje woń jeszcze silniejszą, zwłaszcza gdy go słońce przygrzeje — i dodał, że Bisiorek znajduje się nietylko w Tatrach, ale i w innych górach, mianowicie w Alpach.
Chłopiec ucieszył się bardzo z tego odkrycia, pozwalającego mu obdarzyć siostrzyczkę taniemi perfumami.
— Doktorze — odezwał się malarz — nie jestem przyrodnikiem, ale niektóre rzeczy z dziedziny przyrody budzą moją ciekawość. Słyszałem, że te drobne twory roślinne są bardzo różnorodne i nie mają wcale liści. Prawdaż to?
— Formalnych liści rzeczywiście nie mają, ale składają się z blaszek rozmaitych kształtów, które botanicy nazwali skórkoliściami. Na skórkoliściu dojrzeć można owocniki: jedne wyglądają jak kubeczki, inne jak krążki, inne jeszcze jak miseczki, lub jagódki ładnie zabarwione. Nie są to ani kwiaty, ani owoce, ale przyrządy zawierające zarodniki, z których się rozmnażają.
— Widziałem tutaj w lesie bardzo ładny porost, składający się z malutkich kubeczków, przybranych koralami — mówił Henryk — a także na domu w którym mieszkamy, żółty, jakby z zeschłych liści złożony, wogóle zresztą często na starych płotach, murach i kamieniach napotykany.
— Najpospolitszy ale także najszkodliwszy dla drzew jest porost Usnea barbata, Brodacz, porastający całe drzewa świerkowe, jakby siwemi włosami i wyniszczający je doszczętnie — powiedział Jakób — jest go tu dosyć.
— Ach, tak — rzekł Witold — znamy go dobrze!
— Skąd pan to wszystko wie?
— O, to rzecz powszechnie znana! Ja bardzo mało umiem, ale są tacy, co dowiedzieli się wielu rzeczy nowych i ciekawych przez długie i pracowite badania. Opisał Porosty tatrzańskie dr. Rehman, a Gutwiński opisał Glony, czyli Wodorosty.
— Że też to uczeni tak drobnemi zajmują się istotami!
— Te drobne istoty są najwytrwalsze ze wszystkich na ziemi. Na nagich, twardych skałach, gdzie żadne ziarnko utrzymać się nie jest wstanie, porosty ukazują się najpierwsze. Do nich zastosować można słowa Pisma Świętego, że „przysposabiają drogi Pańskie“. Są to najpierwsi osadnicy. One to rozkruszają kamień i gnijąc powlekają go cieniutką warstwą ziemi rodzajnej; one kładą się niejako pod stopy następnych pokoleń, a te z kolei po sobie następując, ukazują się coraz bujniejsze, doskonalsze, aż utworzy się grunt rodzajny, w którym drzewa bezpiecznie zapuszczają korzenie. Porosty — to skromni pracownicy, bez których potężne dęby nie mogłyby istnieć! Bóg, jak słusznie mówi profesor Strand, często używa maluczkich do wielkich spraw swoich.
— To prawda — pomyślał Henryk — Dżdżownice są także małe i tak brzydkie, że spostrzegłszy je między grudkami ziemi, odwracamy się od nich ze wstrętem, a przecież pracują bezustanku nad spulchnieniem ziemi. Jakże my, ludzie, pracować powinniśmy żeby nie doznawać upokorzenia wobec porostów i dżdżownic!
Ślady wichru halnego spotykali wszędzie po drodze. Miejscami, drzewa wyrwane z korzeniami leżały pokotem.
Na zakręcie drogi, ujrzeli rysującą się zdala sylwetkę mężczyzny. Wzrost średni, ubranie popielate, okrywające szczupłą figurę, włosy ciemno blond wyglądające z pod słomianego kapelusza, wreszcie krok żywy, elastyczny, składały się na całość sympatyczną. Zmierzał prosto ku nim.
— Oto trzeci poeta — odezwał się Witold poznawszy idącego. Zbiera on z zapałem, nawet z namiętnością, zabytki góralskie z dawnych czasów. Dom jego, to Muzeum etnograficzne Podhala. Bo i czego tam niema! Od rzeźbionych listew, sprzętów, naczyń, do zarzuconych już dziś staroświeckich ubiorów. Są tam pasy juhaskie, noże zbójnickie, spinki mosiężne; są fajki, gęśliki i bogata kolekcya najrozmaitszych łyżników. Człowiek ten objeżdża Podhale i kupuje wszystko co tylko ma jakąś wartość, chroniąc tym sposobem stare zabytki od zniszczenia. Niema chaty, do którejby nie zajrzał.
— Któż to jest, ten pan, ten poeta, jak się pan o nim wyraził? — zapytał Henryk zaciekawiony.
— Bronisław Dembowski, autor „Słownika gwary podhalskiej“.
— Więc on zbiera nietylko sprzęty i ubrania, ale i wyrazy?
— One takie są cennemi zabytkami, które może wkrótce ustąpią pod wpływem niwelacyjnej kultury przybyszów z równin — odrzekł Jakób.
Ten o którym była mowa, przystanął zrównawszy się z niemi, i uścisnąwszy im dłonie, zaczął od razu:
— Wyobraź sobie, panie Witoldzie, że był tu w jednej chałupie prześliczny sosrąb bogato cyfrowany: mówię panu, koronka! Chciałem go nabyć do moich zbiorów i nie targowałem się nawet o cenę; tymczasem zheblowali go. Ach, co za barbarzyństwo!
Zaczerwienił się cały, mówiąc to, z oburzenia, i targnął długi, płowy wąs, a w szarych rozumnych oczach, był gniew i żal zarazem.
Jakób pokręcił głową.
— To dziwne rzekł — górale cenią swoje dawne zabytki i obchodzą się z niemi z nabożeństwem, o jakiem my „ludzie dólscy“ nie mamy pojęcia. A przytem, nie targowałeś się pan, jak mówisz, o cenę!
— Tu właśnie tkwiła przyczyna złego. Nie właściciel chaty, w której był ów sosrąb to zrobił, ale inny góral, mój przyjaciel, pod nieobecność tamtego, z wielkiej o moją kieszeń troskliwości, bo mu się wydało że za wiele wyrzucam pieniędzy na te rzeczy. Ach, co za zbrodniarz!
— Niedźwiedzia przysługa — mruknął Witold — ale i ja mam panu coś do powiedzenia. Widziałem na Chramcówkach starożytny kostyum góralski: jedwabną wzorzystą spódnicę, żółte buty i gorset uszyty z makaty przerabianej złotem. Deseń przypomina ornaty kościelne.
— U kogo? gdzie? — zapytał z żywością — idę tam zaraz!
— I jeszcze kożuszek barani z rękawami kryty czerwonem suknem i haftowany srebrną nicią.
— Na miłość Boską, mów pan prędko, gdzie i u kogo?
— Już nic niema. Nabył te rzeczy profesor Gerson.
— No, to w dobre dostały się ręce — rzekł uspokojony.
— A ja nabyłem starożytną koszulę męzką, z rękawami tylko do łokcia.
— Mam i ja taką.
— Przyjdziemy kiedy obejrzeć pańskie Muzeum i przyprowadzimy Warburtona.
— Dobrze, przyprowadźcie, a ja panu powiem, że wkrótce wzbogacę je czemś, co już zupełnie zaginęło, bo i wyraz nawet istnieć przestał. Staszyc w swem „Ziemiorodztwie Karpat“ wspomina o naszyjniku męzkim, złożonym z kilkunastu sznurków różnobarwnych szkiełek, który się zwał „gombica“, a spinał się pod brodą na sprzęgę mosiężną pod której kilka łańcuszków mosiężnych także, spadało na piersi. Trzeba uratować od zagłady, ten jedyny może zabytek, choćby mnie to miało niewiem co kosztować! Źle, źle się dzieje! Już kobiety zarzucają białe rańtuchy w które się owijały, wyglądając jak istoty nie z tego świata, a zaczynają nosić szkaradną niemiecką tandetę. Mężczyzni strzygą włosy i chodzą w butach z cholewami, choć nie znam nic wygodniejszego i piękniejszego, jak kierpce. Jest to obuwie prawdziwie klasyczne.
— A tak — przemówił śmiejąc się Henryk — że wygodne, to pewno; nabierze się w nie wody, góral podniesie nogę, potrząśnie nią i już znowu ma sucho.
— Do chodzenia po górach, jedyne — dodał Jakób – stopa, mięką podeszwą obejmuje kamień jak ręką.
— I warkoczyków już górale nie plotą z przodu, koło uszów, ale tego niema co żałować, bo to nie było piękne — powiedział Witold. — Widzieć jeszcze można ten obyczaj u starych, gdy się zejdą ze wsi okolicznych, na mszę do kościoła.
— Czy górale oglądają kiedy pańskie Muzeum? — zapytał znowu Henryk.
— A jakże! Pokazuję każdemu, kto tylko chce oglądać. Oglądają i cieszą się, widząc tyle miłych swym oczom przedmiotów, zgromadzonych razem.
— Niemała pańska zasługa!
— To moja żona dała początek: odkryła na Furmanowej oryginalny łyżnik i ten stał się kamieniem węgielnym mych zbiorów. Zaczęła też zbierać wyszycia góralskie na suknie, i wedle góralskich motywów robić dywany. To była pierwsza sztuka stosowana. P. Butowt Andrzejkowiczówna pracowała w tym samym kierunku, rysowała sprzęty, a już najwięcej dokazał Witkiewicz z Matlakowskim.
— Zostawiliśmy ich obu przy chacie Kuby.
— A, to bądźcie zdrowi, bo właśnie mam do nich interes. Wy pewnie na wycieczkę, co?
— A jakże, idziemy z Anglikiem, tak sobie, wygodnie, nie spiesząc się, bo punkt zborny w Jaworzynce naznaczony na dziesiątą.
— Piecuchy! jak ja idę na wycieczkę, to wyruszam przed wschodem słońca.
Po obu stronach drogi były mokradła, a wśród mokradeł bujnie rosły Sitniki, chwiejąc jedwabnemi pióropuszami, za najlżejszym wiatru powiewem; błyszczały złotem Kaczeńce i niebieściły się Niezapominajki, tak żywej, tak prześlicznej barwy, jakiej nie mają nigdy na równinach! Rosły wreszcie Storczyki, rośliny ozdobne na wysokich łodyżkach, których piękne kwiaty blado-lila i fijoletowe, zebrane były w kłosy. Dorodniejsze były te, które liście miały ciemno-centkowane, ale nie pachniały, a blado lila i białe, które rzadko się tylko ukazywały, wydawały miłą, delikatną woń. Nie były to wyłącznie górskie rośliny, bo na równinach naszych, po lasach i po łąkach spotkać je można; ale klimat tatrzański szczególniej im dobrze służy, więc tworzą tu liczne osady, zdala dające znać o sobie barwami i wonią. Doktór wyjął z kieszeni małą żelazną łopatkę, którą zawsze przy sobie nosił, i schylał się raz po raz, wykopując roślinki z korzeniami, przyczem można było zauważyć, że każda miała małą bulwę. Bulwki te odcinał i wsuwał do kieszeni, a kwiaty zbierał w bukiet. Henryk znający zamiłowanie Jakóba do roślin, nie dziwił się temu, ale nie pojmował co za użytek może być z korzeni storczyków. Czyżby doktór miał zamiar te bulwki zasadzić w ogrodzie w Zakopanem? Ale w takim razie, dla czego pomijał storczyki plamiste, mające kwiaty okazalsze?
Znajoma góralka zastąpiła im drogę z koszykiem poziomek. Doktór skorzystał z tej okazyi, żeby posłać bukiet storczyków pannie Katarzynie, a Henryk wręczył jej fijołkowe kamienie dla Marysi. Natomiast kupili od niej poziomek, które zjedli na poczekaniu.
Przewodnicy, nie lubiący ciągłego zatrzymywania się, naglili do dalszej drogi; ruszyli więc dalej żwawo, a doktór nie przestawał mówić z takim zapałem o storczykach, że nawet Witold spoglądający z litościwym uśmiechem na botaniczną manię przyjaciela, słuchał z zajęciem.
— Są to najdziwaczniejsze w świecie rośliny — mówił Jakób — napotkać je można na całej kuli ziemskiej. W sferach umiarkowanych storczyki żyją w ziemi i wyrastają z bulw; w zwrotnikowych krajach najczęściej sadowią się na drzewach, czepiają się korzonkami szczelin, gdzie czasem natrafiają na grudkę ziemi. Większość zresztą obchodzi się bez niej, żyjąc tylko zbutwiałą korą, wilgocią i powietrzem. Storczyki są największą ozdobą lasów zwrotnikowych, gdzie kwiaty ich wśród masy zieloności, przybierają najjaskrawsze barwy i najdziwaczniejsze postacie. Są one podobne do pantofelków, pszczół, much, do motyli, ptaków, nawet i do zwierząt. Gdy się je widzi w cieplarniach, trudno uwierzyć że te wspaniałe zamorskie rośliny, są braćmi naszych skromnych kwiatków łąkowych!
— A to co za gatunek? — zapytał Henryk, zrywając roślinkę, której kwiaty ułożone były kulisto.
— To jest storczyk kulisty, wysokim tylko górom właściwy: Orchis globosa.
— Ani trochę niepodobny do kłosowych — powiedział Henryk. — Ale jeżeli storczyki są tak rozmaite, po czemże je można poznać?
— Każdy z nich ma kwiat nieforemny i zawsze jakieś podobieństwo do hełmu; każdy ma dwa rozpostarte skrzydełka i część szerszą (miodowargę) jakby zwisłą klapkę. Złożone są z kilku płatków korony, pięknie i całkiem różnie zabarwionych i bogate rysunki na sobie posiadających. W środku zaś niema, jak w innych kwiatach, cienkich nitek z woreczkami, z których delikatny wysypuje się pyłek, ale w głębi osadzona jest jakby mała gruszeczka, złożona ze zrośniętych pylników. Storczyki gruntowe mają jeszcze jedną cechę osobliwą: są to rośliny wędrujące.
— Jakto? Czy wiatr je przenosi z miejsca na miejsce?
— Nie. Bulwa ich składa się właśnie z dwóch bulwek połączonych, z których jedna jest znacznie większa i z tej właśnie wychodzi: łodyga; druga zaś mniejsza szykuje się na rok następny, aby dorosłszy, taką samą łodyżkę wydać. Co rok nowa bulwka starą za sobą pozostawia i tym sposobem roślina ciagle posuwa się naprzód. Powolny to pochód, jeden krok na rok i jeszcze krok taki maleńki! W ciagu lat dwudziestu, storczyk posunąć się może zaledwie o jedną stopę; w ciągu całego wieku, o pięć.
— O, jakiż to marudny wędrowiec! Proszę pana, czy... na drodze, którą idziemy, można napotkać róże?
— Można, o ile nie pójdziemy bardzo wysoko. Pewnie ci idzie o różę bez kolców. Nieprawdaż?
Chłopiec zaczerwienił się.
— Tak jest — powiedział otwarcie. — Sir Edward w dolinie Kościeliskiej okazał mi tyle dobroci, że radbym...
— Przysłużyć mu się...
— Pomódz, jeżeli można, do znalezienia tej osobliwej róży.
— Podoba ci się więc sir Warburton?
— Bardzo, i dziwię się temu co mówi pan Walter, że robotnicy jego są mu wdzięczni, ale go nie kochają. Zdaje mi się, że pokochać go musi być bardzo łatwo: jest dobry i nieszczęśliwy... Ale czy pan widzi? tam, tam, krzak róży! Prawda?
— Zdaje się — odrzekł przysłaniając oczy. — Idź zobacz.
Witold idący ciągle naprzód w milczeniu, przystanął, spojrzał na doktora, otworzył nawet usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Wreszcie, gdy Henryk odbiegł na stronę, odezwał się półgłosem:
— Zrobiłem odkrycie: nasz przybysz z za morza ma polskie upodobania.
— Skądże pan to wiesz? — zapytał Jakób.
— Poszedłem wczoraj na gazety do restauracyi pod Różą, gdy wszedł Anglik. Nie widział mnie, bo siedziałem w drugim pokoju, zasłonięty uchylonemi do połowy drzwiami, ale ja doskonale widziałem go w lustrze wiszącem naprzeciw. Wszedłszy, rzucił badawczem okiem po sali: nie było jeszcze nikogo, bo zegar wskazywał zaledwie pół do dwunastej. Zażądał po niemiecku karty i wybrał... zgadnij pan jaką zupę!
— Anglicy zup nie jadają.
— A jednak baronet jadł zupę.
— Hm... a więc chyba bulion.
— Jadł... wyobraź pan sobie... chłodnik litewski!
— Tak? to ryzykowne... w takim wieku... Chołodziec jest zupą wyborną i co do mnie, daję mu pierwszeństwo przed innemi; ale trzeba na to młodego, bardzo zdrowego żołądka.
— Ale czy pana nie dziwi, że to smakowało Anglikowi? Przypuszczałem że dysponując, nie wiedział co mu dadzą i gdy sprobuje, położy łyżkę. Tymczasem zjadł wszystko!
— Widocznie mu przypadł do gustu — rzekł obojętnie na pozór Jakób, któremu stanęła w myśli noc spędzona na Starej Polanie. My Polacy tyle jadamy zamorskich przysmaków... czas, żeby cudzoziemcy odwzajemnili się nam i zasmakowali w naszych. Bolesław Prus oddawna już nawołuje, abyśmy niektóre nasze narodowe potrawy zaczęli wysyłać za granicę. Sprowadzamy w zalutowanych puszkach pasztety sztrasburskie, za drogie pieniądze, choć zawierają tylko chorobliwie powiększoną wątrobę pospolitych gęsi; moglibyśmy natomiast posyłać cudzoziemcom w zalutowanych również puszkach, polski bigos lub flaki i zrazy. Cóż sir Warburton jadł więcej?
— Właśnie to, czem pan chcesz obdarzyć cudzoziemców: zrazy z kaszą. Zrazy są wprawdzie znane w Anglii, bo je nawet Nelson wymyślił, ale kasza... Anglik jedzący kaszę, to osobliwość taka sama, jak Anglik jedzący chłodnik.
— Najwidoczniej chce poznać naszą kuchnię narodową i jeżeli w niej zagustuje, pewnie każe niektórych potraw wyuczyć się swemu kucharzowi. Dzięki jemu, sława polskiej kuchni rozejdzie się po całem państwie Wielkiej Brytanii. Czy był jaki deser?
— Był, ale go nie tknął. Za to zjadł do okruszyny chleb razowy, którego spory kawał leżał obok białego chleba. Na widok tego chleba oczy jego zabłysły, jak na widok starego, dawno niewidzianego przyjaciela, i gdy po niego sięgał, uważałem że ręka mu drżała.
— Przesadzasz pan. Chleb Grahama jest wynalazkiem angielskim.
— Tylko że to nie był chleb Grahama, ale zwyczajny gruby razowiec, pieczony na liściach Ajeru.
— Ajeru?
— Tataraku, jeżeli pan wolisz.
— Co za przywidzenie! Tataraku nie znajdziesz pan w Tatrach. Nie znosi on płytkiego, kamienistego dna górskich strumieni. Wyrasta po brzegach odlewisk rzecznych i stawów. Trzebaby iść po niego aż w Beskidy.
— Ależ posłuchaj mnie pan cierpliwie: u nas, na Litwie, po małych dworach szlacheckich wypiekają ten chleb, i gdy ma iść w piec, kładą go na liściach ajeru, od którego nabiera przyjemnego, charakterystycznego smaku. Jest tutaj pewien stary Litwin z pod Kowna, który innego chleba nie jada; restaurator miejscowy sprowadza umyślnie ajer dla niego raz na tydzień aż z Żywca.
— Hm... Zdaje mi się, że pan przeceniasz znaczenie tych szczegółów. Jeżeli Anglik wybrał polskie potrawy, nie znaczy to jeszcze, aby był z niemi dawniej obeznany. Wiadomą jest przysłowiowa oryginalność Anglików: chciwi są wrażeń i pohopniejsi od innych do próbowania różnych obrzydliwości chińskich, afrykańskich, czemużby polskich potraw obawiać się mieli, smaczniejszych dla ich podniebień, jak przypuszczam, od gniazd jaskółczych, lub smarzonej szarańczy, albo wreszcie od wielkich brazylijskich pająków, uważanych jednak przez krajowców za wielki przysmak.
— Ja zaś inne wyrobiłem sobie o tem pojęcie i wymyśliłem sposób przekonania się, czy moje domysły są prawdziwe.
— Jakiż to sposób?
— To już moja tajemnica.
— I począł gwizdać ulubioną piosenkę, co czynił zwykle, gdy był z siebie zadowolniony.
— Ma kolce! — wołał żałośnie Henryk — wracając z gałązką różanego kwiecia. — Co za szkoda!
Jakób wziął gałązkę i rzekł:
— Róża polna, czyli psia, której Rzymianie przypisywali własności lecznicze.
Około dziesiątej stanęli w dolinie Jaworzynki, przy potoku rozbijającym się z hukiem o głazy. Henryk wyraził głośno swój zachwyt nad malowniczością tego ustronia, na to odezwał się przewodnik:
— U nas w Tatrach nic brzyćkiego niema, ale dopiero z hali Królowej coś ujrzycie.
I spojrzawszy w górę, zawołał:
— Patrzcie, no, patrzcie! czy widzicie? Myszołów!
Wszyscy podnieśli głowy, i ujrzeli w górze dużego ptaka, z rozpostartemi skrzydłami, wiszącego w powietrzu. Czy stał, czy leżał, nie można było widzieć, ale był nieruchomy, bo nie poruszał wcale skrzydłami.
— Jak on się może tak utrzymać w powietrzu? — zawołał Henryk.
— To jego sztuka. Potrafi tak wisieć przez kilka minut, i zdaje się że mu to przychodzi bez wysiłku. Pewnie upatruje tu sobie zdobyczy. Biedne myszki polne, biedne zajączki i ptaszki!
— On jada także szczury, węże i owady — wtrącił przewodnik.
— To znak że idziemy w krainę orłów. W tej dolinie zjawia się też czasem Sokół pastułka. Ale jak tu cicho!
— Tylko strumień gra, a w strumieniu uwijają się pstrągi — rzekł Henryk patrząc w wodę.
— Jednej rzeczy brak uczuwam w górach, to świata skrzydlatego — rzekł Witold. — Czasem odezwie się jakiś ptaszek pojedyńczo, jak ten oto, niby głos wołającego na puszczy; ale gromadnej skrzydlatej orkiestry, odzywającej się ciągle na równinach, nie słychać tutaj wcale. W krainie orłów, jastrzębi i puhaczy, niema widać miejsca dla drobiazgu, który jednakże jest taki miły i wdzięczny, tak ożywia lasy i pola!
— Tak znowu źle nie jest — odrzekł doktór. — Przyjedź pan tu na wiosnę, a usłyszysz w kniejach tokujące Głuszcze i Jarząbki, lub z kosodrzewiny odzywający się głos Cietrzewia.
— Ja mówię o drobnych ptaszkach.
— I te można często widzieć, tylko nie urządzają koncertów tak tłumnych jak na równinach. Jaskółki krążą koło domów, z świstem przecinając powietrze; Kukułki odzywają się w lasach; Siwarniki, świergocą w miejscach wilgotnych, a wśród młaków odzywają się Czyżyki, obsiadłszy czuby olch. Skowronki dzwonią w górze, wznosząc się na tysiące stóp wysoko, a żaden ton z ich pieśni nie ginie. Nie dokaże tego żaden Słowik!
— Widzę, że pan jesteś szczególnym wielbicielem skowronka.
— O, bo też żadne gardło nie może iść w zawody z gardziołkiem skowronka, tak pod względem pełni i dźwięczności śpiewu, jak i wytrwałości! Obok tego znakomitego solisty, śmiało stanąć może jako primadonna, Zięba sosnówka. Znakomity ornitolog niemiecki, Bechstein, utrzymywał, że śpiew zięby zbliża się najwięcej do mowy ludzkiej i studyował z zamiłowaniem tę oryginalną muzykę. A srebrne głosiki Sikorek, to skracając, to przedłużając tony, czy nie śliczną wygrywają melodyę? Drozd, krewny Kwiczoła, to także śpiewak nie bez zalet. Regestr jego tonów jest bardzo bogaty: począwszy od jednostajnego świergotania, przebiega całą skalę aż do tonów najwyższych, a głos ma srebrzysty i rozległy. A maleńki zwinny Ogniczek, Cinclus aquaticus koliber tatrzański? Czy go pan nigdy nie widziałeś, jak buja uczepiony do liści, z drobnego gardziołka wyrzucając ton dźwięczny, metaliczny i donośny?
— Jakże on wygląda?
— Upierzenie ma żółtawe i ognisto czerwoną łatkę. A nie zdarzyło się panu kiedy słyszeć w górze odgłosu podobnego do warczenia bębna?
Witold namyślał się.
— Słyszałem błądząc po zaroślach i mokradłach.
— Wydają go Kuligi.
— Rodzina Bekasowatych?
— Tak, one to reprezentują bas w tej orkiestrze.
— Ależ ja właśnie utrzymuję, że nie słyszę nigdy orkiestry, tylko same sola, same duety, wreszcie tercety i kwartety. Raz tylko słyszałem bardzo lichy chór Trznadli, odzywający się w zaroślach nad drogą.
— Ale są jeszcze polni śpiewacy: Rudziki, Białożytki, i wiele innych. Nie pierwszorzędni to wprawdzie artyści, ale każdy śpiewa jak umie, i w muzyce górskich odgłosów do ogólnej przykłada się harmonii.
— Ale ja tutaj w górach spodziewałem się czegoś oryginalnego, a pan mi wymieniasz pospolite ptactwo z równin, wyjąwszy Ogniczka.
— Cierpliwości! zapoznasz się pan z ptactwem halnem i turniowem: spotkamy je pewnie po drodze. Mamy iść przecież w krainy nagich turni. Na piargach szukaj różowego Mentla Pomurnika, Tichodroma muraria. Na halach przy szałasach, przebywa Ślinogórz Rutycylla lithys. Na wyżynach Płochacz alpejski, Acentor alpinus, i Jerzyk, jaskółka turniowa, Cypselus melba. Poznasz ją po wyciągniętych długich skrzydłach i ogonie, który w locie zwija, co jej nadaje kształt krzyża. Wśród lasów i nad potokami przebywa Pluszcz Kordusek, Regulus cynicapilus. Nuci z cicha, ale ma głos bardzo miły.
— Widzę, że pan niemniej od Bechsteina polubiłeś ptasią muzykę — rzekł śmiejąc się Witold. — W Muzeum tatrzańskiem widziałem sporo ptaków, alem się im nie przypatrywał.
— Muzeum posiada 408 ptaków i 909 okazów jaj i gniazd. Ma też 73 okazy zwierząt ssących. Wszystko to nabyte jest od Antoniego Kocyana, leśniczego w Zubercu, który pisał o ptakach tatrzańskich. Zajmuje się on stale faunistyką tatrzańską i jest najlepszym znawcą tego przedmiotu. Zbierali jeszcze i oznaczali okazy Ślósarski i Nowicki.
Dochodzili właśnie do miejsca, gdzie się dolina rozszerza, a z daleka widać kilka rozrzuconych szałasów. Witold założył binokle i rzekł:
— Widzę przy szałasach jakichś ludzi: spora nawet gromadka. Czy to nie jest czasem odpoczywający orszak baroneta?
— Zdaje mi się, że oni — odrzekł doktór, przymrużając oczy. — Ludno i zbrojno idzie Anglik na zdobycie róży bez kolców. Sir Warburton, Walter i dwaj przewodnicy mają strzelby.





  1. Mokradła.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Urbanowska.