<<< Dane tekstu >>>
Autor Alfons Bohumil Šťastný
Tytuł U Chińczyków
Podtytuł Powiastka dla dzieci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wyd. 1931
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aleksander Arct
Tytuł orygin. V nebeské říši
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ZAJMUJĄCE CZYTANKI — NR. 40




U CHIŃCZYKÓW
POWIASTKA DLA DZIECI
Z CZESKIEGO PRZETŁUMACZYŁ
AL-AR




WYDAWNICTWO M. ARCTA W WARSZAWIE






DRUKARNIA ZAKŁADÓW WYDAWNICZYCH
M. ARCT, SP. AKC. W WARSZAWIE
CZERNIAKOWSKA 225
1931






I.

Mały William Black, który w chwili, kiedy zaczyna się nasze opowiadanie, czyli w r. 1890, liczył 7 lat, usłyszawszy, że ojciec opowiada matce o Anglikach, powracających z „niebieskiego państwa“, zawołał ze zdziwieniem:
— Mój ojcze! Więc są tacy ludzie, którzy mieszkają w „niebieskiem państwie“ i wracają stamtąd, kiedy mają ochotę?
— Dlaczego cię to dziwi? — spytał ojciec.
— Bo mama mi opowiadała, że w „niebieskiem państwie“ przebywają tylko dusze sprawiedliwych, ciała zaś ich wiecznie spoczywają w grobach.
— Mój drogi Williamku, — odparł ojciec — niebieskie krainy, gdzie przebywają dusze zmarłych ludzi, zowią się „królestwem niebieskiem“, nazwę zaś „niebieskiego państwa“ nosi rozległa przestrzeń ziemi w Azji, gdzie żyją Chińczycy. Są to tacy sami ludzie, jak i Anglicy; różnią się zaś od Europejczyków tem, że mają skórę żółtą, oczy skośne i że tam mężczyźni, tak jak u nas kobiety, splatają włosy w długie warkocze. Obyczaje tego ludu są bardzo dla nas dziwne i wielce się różnią od naszych.
— Ach, ojczulku! — zawołał William. — Żebym też mógł kiedy pojechać do tych Chińczyków.
Słysząc to, ojciec uśmiechnął się, pogładził Williama po głowie i rzekł:
— Chińczycy mieszkają bardzo daleko. Droga do nich prowadzi przez olbrzymie morza i trwa kilka tygodni. Gdy podrośniesz i nauczysz się czytać, kupię ci ciekawą książkę, w której są opisanie obyczaje Chińczyków; tymczasem nie myśl o „państwie niebieskiem“ i baw się dalej w konie.
Od owej chwili upłynęło dużo, dużo lat.
Mały Williamek wyrósł na dojrzałego młodzieńca.
Trwając ciągle w zamiarze zwiedzenia Chin, poznał się z pewnym uczonym, znającym język chiński i zaczął od niego pobierać lekcje.
Była to praca bardzo ciężka i żmudna, bo pismo chińskie liczy do 80.000 najrozmaitszych znaczków.
Nauczywszy się nieźle po chińsku, William złożył podanie do rządu, prosząc o wyznaczenie mu odpowiedniej posady w Chinach.
Po niejakim czasie w Pekinie, stolicy Chin, zawakowała posada pomocnika posła, którą otrzymał William; wyruszył więc niebawem w daleką drogę.

II.

Po długiej i bardzo niebezpiecznej morskiej podróży, trwającej kilka tygodni, William przybył do Chin.
Otoczyły go tłumy ludzi o żółtych twarzach i małych, ruchliwych skośnych oczach.
— Nareszcie widzę prawdziwych Chińczyków! — pomyślał William i z ciekawością przypatrywał się mężczyznom, noszącym długie warkocze, spadające im aż do pasa; dziwił się ich szerokim, jedwabnym kaftanom i różnobarwnym strojom Chinek.
Chińczycy przyglądali się Williamowi na ulicy z wielkim podziwem; otoczywszy go ciasnem kołem, wyjmowali z pudeł, zawieszonych przez ramię, bardzo ładne porcelanowe figurki, wyroby z kości słoniowej i zachwalali głośno swój towar. William, zdoławszy się z wielkim trudem uwolnić od ich natarczywych nalegań, zbliżył się do tragarzy, wynajął lektykę i ruszył w niej do nadmorskiego miasta, a potem na wozie, ciągnionym przez cztery bawoły, dostał się do Pekinu i przedstawił się posłowi angielskiemu, panu Brown.
Pan Brown przywitał go bardzo serdecznie, zapoznał ze swoją małżonką, a po obiedzie odprowadził go do mieszkania, które się znajdowało w pobliskim domku.
Jak cały domek, tak i mieszkanie wydało się Williamowi bardzo dziwne: domek miał wygląd jednopiętrowej altanki, zrobionej z grubych pni bambusowego drzewa i przykrytej śpiczastym słomianym dachem.
Do mieszkania prowadziły skrzypiące lekkie schody.
W oknach nie było wcale szyb: przykrywały je maty, czyli grube tkaniny, zrobione z włókien roślinnych.
Podłogę przykrywał bardzo ładny różnobarwny kobierzec; na ścianach wisiało kilka cudacznych obrazków, wyobrażających śmieszne, tłuste ptaki, latające po sinem niebie. Przy ścianach stało kilka bambusowych krzesełek i niski tapczanik, zastępujący łóżko. William urządził swe mieszkanko bardzo wygodnie, a po pewnym czasie, w wolnych od pracy chwilach, zaczął zwiedzać Pekin.
Pekin, czyli „północna stolica“, położony jest niedaleko od wzgórz Junglińskich. Otacza go olbrzymi mur, trwający od wieków, zbudowany ongi w celu obrony żyznych pól chińskich od napaści koczujących plemion, które do dziś jeszcze wiodą tułaczy żywot na stepach mongolskich.
W murze jest pięćdziesiąt bram; nad każdą bramą piętrzy się wysoka baszta, gdzie czuwają straże.
Największą ciekawość wzbudziła w Williamie słynna wieża pekińska, wznosząca się na wzgórzu za rzeką, przez którą ciągnie się czerwony most kamienny.
Ściany tej wieży są z porcelany, zabarwionej na kolory: żółty, czerwony i zielony.
Wieżę otacza dziewięć krużganków, przykrytych żelaznemi daszkami. Na skrajach daszków wisi mnóstwo srebrnych dzwonków, które przy silniejszym powiewie wiatru wydają bardzo miłe dla ucha dźwięki. Wewnątrz wieży znajdują się schody, wiodące na sam jej szczyt. Z najwyższego krużganku roztacza się wspaniały widok na całe miasto, największe w Chinach.
U stóp tej ogromnej stolicy wije się w pięknych zawrotach Pej-ho, biała rzeka, która wpada do zatoki Peczilijskiej. Wybrzeża jej są gęsto zasiane domkami i pagodami, czyli świątyniami.
Ponad tysiącem domostw króluje wysoki pałac cesarski, a w nim przebywa władca Chin.
Opodal pałacu znajduje się bardzo bogate obserwatorjum astronomiczne, wyższa szkoła i olbrzymie budowle drukarń, w których znajduje się 300.000 rozmaitych książek.
Pewnego razu pan Brown oświadczył Williamowi, że zaproszono ich na wesele córki bogatego mandaryna[1].
— Mandaryn Czing-cha — rzekł pan Brown — polecił mi, żebym zaprosił pana na tę wielką uroczystość.
— Jestem mu za to bardzo wdzięczny, — odparł z uśmiechem William — lecz się obawiam, żeby mnie nie poczęstowano pieczonemi kotami, psami, szczurami i innemi „smakołykami“.
— Próżne obawy! — uspokoił go pan Brown. — Mandaryn Czing-cha przyjmie nas bardzo wystawnie.
William, ciesząc się tą rzadką okazją, ubrał się odświętnie i po pół godzinie opuścił ze swymi przyjaciółmi ambasadę angielską.
Przed gankiem czekała na nich obszerna lektyka. Gdy zajęli miejsca, czterej silni Chińczycy podnieśli ją z ziemi, oparli drążki na ramionach i śpiesznym krokiem ruszyli do domu mandaryna.
Już się zbliżano do celu podróży, gdy w oddali odezwały się przenikliwe głosy piszczałek i głośne krzyki kilkudziesięciu ludzi.
— To narzeczona przybywa! — rzekł pan Brown i kazał tragarzom zatrzymać się w pobliżu wejścia do domu mandaryna.
Na rogu ulicy ukazała się lektyka, niesiona przez czterech służebników, ubranych w bogate szaty.
Przed lektyką kroczyli muzykanci, dmąc w piszczałki i bijąc w bębny.
Tłum, otaczający lektykę, wydawał dzikie, przeraźliwe okrzyki radości.
— Więc w tej lektyce przybywa narzeczona? — spytał William.
— Tak jest! — odparł pan Brown. — Lektyka jest zamknięta, a klucz od niej ma stara służąca, o, ta, — dodał — co kroczy na przedzie orszaku. Chiński zwyczaj każe, aby narzeczona była dla wszystkich niewidzialna, nawet narzeczony jeszcze jej nie widział. I ona również nie zna go wcale.
— To bardzo śmieszne! — zauważyła pani Brown. — Cóż to będzie, jeśli się nie spodoba swemu przyszłemu mężowi?
— Rzadko to się trafia — odparł pan Brown. — Jeśli jednak narzeczony jest bardzo wybredny, wówczas odsyła pannę młodą do domu jej rodziców, lecz musi im zato zapłacić sporą sumę pieniędzy.
— Dziś jednak nie będziemy świadkami tego wypadku, bo, jak słyszałem, panna jest bardzo przystojna.
Tymczasem orszak zbliżył się do domu mandaryna i zatrzymał się przed drzwiami.
Po chwili we drzwiach ganku ukazał się mandaryn, ubrany we wspaniałe szaty. Muzykanci przywitali go przeraźliwą muzyką.
Mandaryn zeszedł wolno po stopniach ganku, zbliżył się do starej służki, wziął od niej klucz, otworzył drzwiczki lektyki i ciekawie zajrzał do jej wnętrza.
Na miękkiej ławeczce siedziała panna młoda, ubrana odświętnie; gęsta zasłona zakrywała jej oblicze. Mandaryn prędkim ruchem odgarnął zasłonę, poczem wykrzyknął:
— Piękna jak poranek słoneczny!
Podawszy narzeczonej rękę, pomógł jej wysiąść z lektyki i wprowadził do swego domu.
Za nimi weszła reszta orszaku, państwo Brown i William.
Goście zasiedli przy olbrzymim szerokim stole, na którym było ze sto potraw.
Wśród pięknych koszów, pełnych owoców, widniały miski z różnemi potrawami. Były to najdelikatniejsze chińskie przysmaczki: smażone gołębie jaja, dzikie koty, potrawa z żab, suszone robaki, tak ohydne, że sam ich widok wzbudzał wstręt.
Prócz tych „smakołyków“, jak je nazwał William, roznoszono w małych czarkach drobno posiekane bażanty, rybę i inne potrawy, tak przesolone, że nasi goście musieli ciągle popijać je słodkim napojem, wyrabianym z ryżu i noszącym nazwę „saud-czu“.
Grzeczny gospodarz, chcąc uczcić obecność Anglików, wzniósł toast za ich zdrowie. Wziąwszy filiżankę w obie ręce, trząsł się długo, kiwał głową, poczem, wypiwszy napój, pokazał gościom dno filiżanki, przekonywając ich w ten sposób, że wypił wszystko.
Potem klasnął w dłonie i rozkazał służącym zaprosić do stołu narzeczoną, która dotychczas siedziała sama w przyległym pokoju.
Po chwili w drzwiach ukazała się panna młoda.
Zdumiał się William, widząc, że przyszła pani mandarynowa nie umie wcale chodzić: z trudem stawia nogi, to znów śmiesznie podskakuje, robiąc małe niezgrabne kroczki.
— Co to znaczy? — zapytał cicho Browna. — Ta Chinka idzie tak, jakgdyby miała lada chwila się przewrócić.
— Drogi kolego! — odparł z uśmiechem pan Brown. — Zapomniałeś zapewne o tym niemądrym chińskim zwyczaju, zakorzenionym wśród zamożnych Chińczyków: po urodzeniu dziewczynki nogi jej zakuwają w małe drewniane trzewiczki, które powstrzymują wzrost stopy, aby pozostała małą; przeszkadza im to stąpać należycie, lecz mandaryni tłumaczą się, że ich córki nie są stworzone do chodzenia, ale do noszenia przez służbę w lektykach.
Mandaryn, powstawszy, powiódł po zebranych gościach dumnem spojrzeniem i zawołał:
— Czy widzicie, z jak wysokiego rodu pochodzi moja żona?
— Widzimy! — krzyknęli goście.
Mandaryn z uśmiechem zadowolenia zbliżył się do nieszczęśliwej kaleki, podał jej ramię i doprowadziwszy ją do stołu, wskazał miejsce obok siebie.
Wówczas zaczęła się prawdziwa uczta: służący przynieśli filiżanki, wrzucili do nich szczypty herbacianego kwiatu i polali go wrzącą wodą. Wonny zapach, ulatujący z porcelanowych filiżanek, cienkich jak papier, rozniósł się w powietrzu.
Podano następne potrawy, które młoda pani mandarynowa zajadała z wielkim smakiem.
Zamiast noży i widelców, Chińczycy używali małych pałeczek z kości słoniowej.
Państwo Brown, przyzwyczajeni do nich, jedli dość zręcznie, lecz William, nie wiedząc, jak się obchodzić z temi pałeczkami, mimo kilku prób, nie mógł uchwycić niemi żadnego kawałka mięsa.
Nareszcie udało mu się wyłowić z misy większy kawałek; w chwili jednak, gdy podnosił go do ust, mięso się ześliznęło z pałeczek i upadło na obrus.
Chińczycy ze złośliwym uśmiechem spoglądali na niezgrabnego, jak sądzili, cudzoziemca. Jeden z nich, nachyliwszy się do sąsiada, wyszeptał:
— Czy zacny mandaryn, wielki stróż olbrzymich więzień potężnego monarchy, uważa, jaki ten Anglik niezdara?
— Uważam, czcigodny mandarynie, dzielny zaganiaczu robotników i śmiały tępicielu pałacowych szczurów potężnego monarchy.
William, widząc, że się naraża na śmieszność, zaniechał dalszych prób z pałeczkami i zaczął jeść owoce i cukierki.
Biesiada przeciągnęła się do nocy. Pożegnani ceremonjalnie przez nowożeńców Anglicy powrócili do domu. Orszak służących, z różnokolorowemi lampionami w rękach, odprowadził ich aż do ganku ambasady.

III.

Po pewnym czasie pan Brown i William udali się do nadmorskiego miasta, Kantonu. Droga prowadziła przez rozległe łany, zasiane ryżem.
William przekonał się naocznie, że Chińczycy są bardzo pracowici. Wkładali bowiem dużo trudu, żeby nieurodzajny kamienisty grunt uczynić żyznym. Miejsca, gdzie ryż już powschodził, zalewali wodą, sprowadzaną z pobliskich rzek i potoków, w drewnianych kubłach, przywiązanych do długiej liny, obracającej się na dwóch olbrzymich kołach. Jest to bardzo żmudna praca, lecz przynosi rolnikom znaczne korzyści.
Minąwszy ryżowe pola, nasi podróżni przejeżdżali wśród sadów bambusowych, w których wybujały wysokie kolankowate łodygi, okryte wąskiemi listkami.
— Ta roślina — zauważył pan Brown — oddaje Chińczykom wielkie korzyści i nieocenione usługi. Bambusowych łodyg używają tutaj do urządzania tam wodnych, na płoty i do budowy domków. Z włókien bambusa wyrabiają sita i maty; z cieńszych gałęzi — instrumenty muzyczne, z kolanek — rozmaite naczynia, z najcieńszych zaś łozinek — laski i kojce dla ptactwa domowego. Nie dość na tem, z bambusu wyrabiają bardzo ładny papier, na którym Chińczycy piszą małemi pendzelkami, maczanemi w czarnym tuszu.
Podróżni przez całą drogę podziwiali pracowitość Chińczyków, ich czyste miasteczka i gospody.
Nareszcie przybyli do Kantonu. To dziwne miasto rozsiadło się przy ujściu rzeki Si-kiang, wypływającej z gór Nau-ling.
Większa część miasta wybudowana jest na wodzie: domki stoją na szerokich pomostach, wspartych na grubych palach, wbitych w dno rzeki. Równe rzędy domków formują ulice — kanały, w których mijało się mnóstwo łodzi, przewożących ludzi z jednej strony ulicy na drugą.
Wielu biednych Chińczyków całe życie swoje przepędza na czółnach, dających schronienie w nocy, a zarobek we dnie.
Brown i William wsiedli do ozdobnej łodzi i kazali się wieźć do drugiej części miasta, leżącej na stałym lądzie. Po drodze spotykali setki łodzi, naładowanych jarzynami, workami z ryżem i innemi towarami. Wreszcie czółno dobiło do brzegu. Nasi znajomi znaleźli się na jednej z największych i najruchliwszych ulic Kantonu. Otoczył ich gwar przechodniów i przeraźliwe krzyki kupców, zachwalających swój towar.
— Oto świeże kaczki! Kupujcie tłuste gęsi!
— Wielmożni! Zwróćcie uwagę na moje owoce, na biały ryż, na słodki, jak cukier, „saud-czu“.
— Sprzedaję papier, tusz, laski!
Nasi znajomi skierowali się w stronę wyspy Hong-Kong, na której leży angielska osada Victoria.
Naraz ujrzeli kilkudziesięciu biegnących strażników, którzy z okrzykiem: „Wan-Sai-Jeb!“, co znaczy: „Pan dziesięciu tysięcy lat“ — zaczęli rozpędzać tragarzy, zatrzymywali wozy, rozkazując im usuwać się z drogi.
— Co znaczy to wołanie? — spytał William Browna.
— Jest to przednia straż cesarza, który będzie tędy przejeżdżał. Zatrzymajmy się na rogu ulicy, ujrzymy bardzo ciekawe widowisko.
Po chwili rozległy się piskliwe tony piszczałek, cymbałki i ogłuszające dźwięki instrumentu „tam-tam“.
Była to orkiestra, poprzedzająca wehikuł cesarza i grająca hymn narodowy.
Tekst hymnu przesadnie wychwalał władcę Chin — „smoka niebios“. Autorem tej muzyki miał być cesarz Hing-Cza, panujący 700 lat przed Narodzeniem Chrystusa.
Za orkiestrą, niesiony we wspaniałej lektyce, ukazał się cesarz, czyli Tien-Tse — syn niebios, witany dzikiemi okrzykami tłumu.
Gdy orszak zginął za zakrętem ulicy, William i Brown przeszli most, łączący ląd z wyspą Hong-Kong i wkrótce znaleźli się w mieszkaniu pewnego angielskiego kupca, przyjaciela Browna.
Kupiec zatrzymał ich u siebie przez parę dni w gościnie i pokazywał wszystkie osobliwości Kantonu.
Przechadzając się nad brzegiem rzeki, zobaczyli Chińczyka, który karmił rybami kilka pelikanów. Ujrzawszy cudzoziemców, Chińczyk chwycił za sznurki, ścisnął niemi gardła pelikanów i wydał głośny przenikliwy świst.
Na to hasło pelikany zaraz skoczyły do wody i zginęły w jej głębiach. Po chwili zaczęły się wynurzać z rzeki, niosąc w dziobach lśniące ryby.
Chińczyk gwizdnął: pelikany pooddawały mu zdobycz i na rozkaz pana znów zanurzyły się w wodzie. Po pewnym czasie na dnie łodzi było sporo mniejszych i większych ryb.
Gdy ptaki się zmęczyły i nie chciały nurkować, srogi Chińczyk zaczął je bić kijem bambusowym, zmuszając do dalszej pracy; pozwolił im odpocząć dopiero wtedy, gdy miał prawie pół łódki ryb. Zdjąwszy kapelusz, poprosił widzów o pieniądze.
— Wielmożni! — zawołał. — Czyście widzieli kiedy takie mądre ptaki? Ponieważ są bardzo żarłoczne, ścisnąłem im gardła powrozami, żeby nie jadły złowionej zdobyczy. Teraz, w nagrodę za pracę, dam im cząstkę połowu.
To mówiąc, odwiązał ptakom z szyi sznurki i rzucił im kilkanaście małych rybek, które pelikany połknęły w mgnieniu oka.
Wieczorem kupiec wybrał się z gośćmi do teatru chińskiego. Zaledwie jednak uszli kilkadziesiąt kroków od domu, dały się słyszeć na ulicach przeraźliwe krzyki:
— Tajfun! Tajfun!
Na dźwięk tego strasznego wyrazu wszyscy ludzie, znajdujący się na ulicach, uciekali do najbliższych domów i kryli się pod dachem. Zamykano drzwi, okna; kto żyw, chował się w najodleglejszych kątach mieszkania.
Brown i William powrócili śpiesznie do domu kupca, który również pozamykał drzwi i okiennice. Zaledwie to uczynił, na ulicy zahuczał straszliwy wicher. Pęd wiatru był tak mocny, że cały domek drżał w swych posadach.
Tymczasem tajfun dął przeraźliwie, huczał, świszczał, niszcząc wszystko, na co po drodze natrafił.
Przez szczeliny w okiennicach było widać tumany kurzu, kłębiące się na ulicy: straszny wicher porywał deski, szyldy i inne drobne przedmioty, miotając niemi o ściany i dachy domów.
Nasi znajomi bladzi i drżący z przerażenia siedzieli w kątku pokoju i w najwyższej obawie czekali końca burzy. Szczęściem, tajfun tym razem nie szalał długo; po kwadransie wichura zaczęła się uspokajać, wreszcie burza szczęśliwie przeszła.
Po godzinie, gdy się niebo wypogodziło, Brown i William wyszli na miasto, gdzie mogli oglądać ślady zniszczenia, sprawionego przez groźną trąbę powietrzną. Na ulicach leżały porozrzucane rozmaite szyldy sklepowe, lampjony, porujnowane kramy. Niektóre domki tak były uszkodzone, że groziły zawaleniem. Rozkołysana wichrem woda w rzece garbiła się od wielkich fal, zalewających brzegi. Wiele czółen roztrzaskało się, a rodziny, mieszkające na nich, poginęły lub, zdoławszy uratować życie, zostały nędzarzami.
Groźny tajfun pozbawił całkowitego mienia wielu rolników; pola, sady, plantacje ryżu były doszczętnie zniszczone. W sadach owocowych wiele drzew leżało powyrywanych z korzeniami.

IV.

Wróciwszy do Pekinu, William zajął się pracą biurową, w wolnych zaś chwilach czytywał pożyczoną od Browna bardzo zajmującą książkę, w której szczegółowo była opisana historja Chin i rozmaite obyczaje Chińczyków, panujące w owych czasach. Z tego dzieła William dowiedział się, że cesarz chiński jest uważany przez naród za pośrednika między bogami i ludem. Z tej przyczyny lud otacza go najwyższą czcią i obdarza najwznioślejszemi tytułami.
Na urzędowych papierach zwą cesarza Hwang-Ti albo Hwang-Sang, co znaczy najmiłościwszy pan. Prócz tego cesarza zwie się jeszcze Tien-Tse, czyli syn niebios lub Tang-Kiu-Fohi — to jest Budda (bóg) dzisiejszego dnia.
Dworzanie witają go okrzykiem Wan-Sai-Jeb — panie dziesięciu tysięcy lat! Cesarz zaś mówi o sobie „szeu“, czyli my albo kwa-jim, czyli książę, pan.
Wszechmocny władca Chin jest głową kościoła, panem całego państwa. Ma władzę życia i śmierci nad poddanymi, ale rzadko kiedy bywa samowolny i okrutny.
Znak cesarski — to smok pięciogłowy, którego złocona rzeźba ozdabia tron cesarski.
Otoczony licznym dworem, składającym się z kilku tysięcy osób, cesarz prowadzi życie bardzo czynne i pracowite. W zimie i w lecie wstaje zazwyczaj o trzeciej godzinie po północy. Spożywszy pierwsze śniadanie, udaje się do jednej ze swych świątyń i tam, na osobności czyni praktyki religijne. Następnie odczytuje sprawozdania gubernatorów, którzy codziennie powiadamiają go o stanie całego państwa.
O siódmej z rana, przy śniadaniu, w towarzystwie ministrów rozpatruje najważniejsze sprawy dnia, poczem udaje się do sali przyjęć i przebywa tam do godziny jedenastej.
Po parogodzinnym odpoczynku zasiada do obiadu między godziną trzecią a czwartą, poczem przechodzi do swego gabinetu. Tam pracuje do wieczora i o zachodzie słońca udaje się na spoczynek.
Cesarz opuszcza pałac tylko wtedy, gdy odwiedza groby swych przodków.
W dawniejszych czasach ulubioną zabawą władców chińskich były łowy, odbywające się w olbrzymich lasach, w górzystej prowincji Kirynu.
Najwyższą cześć po cesarzu odbiera cesarzowa. Tytułowana jest Hwang-han, to jest cesarzowa, lud zaś nazywa ją Kwah-chu, czyli matką państwa.
Cesarz przebywa stale w starożytnym pałacu, siedzibie swych przodków, wybudowanym wraz z rozpoczęciem ostatniej dynastji, t. j. królewskiego rodu w roku 1644.
Pałac ten znajduje się o 400 kroków od zachodniej bramy Pekinu i nosi rozmaite nazwy, a mianowicie: gmach posłuchania, złoty pałac, cynobrowa (czerwona) aleja, różowe sklepienie, pałac purpurowy albo zakazany, złote lub niebieskie wschody i t. d.
Komnaty cesarskie mają 35 łokci długości, dziesięć szerokości; w środku pałacu znajduje się sala tronowa.
Podwoje w pałacu przez cały rok stoją otworem; w zimie zawieszone ciężkiemi kotarami, w lecie zaś przezroczemi zasłonami, zrobionemi z cienkich bambusowych gałązek, przewiązanych barwnemi jedwabnemi nićmi.
W tronowej sali wznosi się wysoki tron, powleczony czarną jedwabną tkaniną, na której są wyszyte smoki.
William przekonał się, że współczesne mu obyczaje synów „niebieskiego państwa“ wielce się różnią od europejskich. To, co w Europie bywa uważane za rozsądne i słuszne, u Chińczyków nosi często miano niemądrego i godnego nagany.
Ugrzeczniony Chińczyk wypytuje się zwykle Europejczyka o jego osobiste stosunki, coby się uważało w Europie za wielką niegrzeczność. Przeciwnie, Chińczyk bardzo się obraża, gdy go pytać o zdrowie rodziny. Gdyby potem żona lub dzieci zaniemogły, zabobonny Chińczyk czułby urazę do Europejczyka, że rzucił czary na jego rodzinę.
Przy powitaniu Chińczyk nie podaje ręki, lecz zamiast tego objawu grzeczności, ściska swe własne dłonie. Gdy chce komu okazać przyjaźń lub szacunek, sadza go przy sobie z lewej strony; chcąc zaś pochlubić się pracowitością dzieci, pokazuje gościowi kilka desek, które dzieci wyheblowały na jego trumnę.
Chińczycy, zarówno mężczyźni jak kobiety, ubierają się jednakowo, noszą parasole i wachlarze.
Oznaką rozmaitych godności mandarynów są barwne guzy na kapeluszu i wyszyte złote ptaki na przodach i tyłach kaftanów.
Chińskie książki pisane są zupełnie naopak: kończą się tam, gdzie się u nas zaczynają; są pisane prostopadle, bardzo gęsto; tytuł książki nie znajduje się na pierwszej stronie, ani na grzbiecie, lecz na jej brzegach. Dlatego też Chińczycy nie stawiają książek rzędami, lecz kładą jedną na drugiej.
Chińczyk tytułuje się najpierw imieniem rodziny, potem swojem własnem i przy wymienieniu nazwiska dodaje wszystkie tytuły, jakie posiada.
Jeździec siada na konia z prawej strony; w szkole nauczyciel siedzi w kącie klasy, uczeń odpowiadający staje do nauczyciela tyłem; za przesyłkę listu płaci ten, kto list otrzymuje.
Gdy kto z rodziny umrze, powiada się o nim, że jego imię połączyło się z duchami, że „stał się drogim przodkiem“, że „wrócił do krainy cieniów“, że „jest sługą bogów“ lub „że wyruszył w daleką drogę“.
Chiński pogrzeb jest daleko weselszy i huczniejszy od naszego wesela. Na pogrzeb otrzymują zaproszenia wszyscy krewni i znajomi nieboszczyka wraz ze swemi rodzinami. Często cały dom nie może pomieścić gości pogrzebowych; wówczas sąsiedzi zapraszają uczestników „zabawy“ do swych mieszkań.
Stoły uginają się pod obfitością pokarmów i napojów; przy uczcie panuje niezwykła wesołość, przed domem palą się wtedy ognie bengalskie.
Chińczycy wierzą, że złe duchy nieustannie czyhają na ludzkie dusze, a zwłaszcza na dusze zmarłych, że usiłują przedostać się do wnętrza domu i do trumny nieboszczyka. Żeby ich odstraszyć, palą ognie bengalskie, grób zaś okładają rakietami. Częstokroć, żeby uratować duszę zmarłego od napaści złych duchów, używają następującego bardzo śmiesznego sposobu: wedle podań, złe duchy lecą zawsze przed trumną, żeby uprzedzić orszak pogrzebowy i osiedlić się zawczasu w przygotowanym grobie. Z tej przyczyny, ludzie, niosący nieboszczyka, bardzo śpiesznie podążają na cmentarz.
Po drodze, chcąc zwieść złe duchy, skręcają w pierwszą boczną ulicę i odstraszają je zapalonemi rakietami. Przerażone strzałami biedne złe duchy zostawiają duszę zmarłego w spokoju i uciekają tam, gdzie pieprz rośnie.
Podczas swego pobytu w Pekinie, William był świadkiem bardzo wielu pogrzebów, z których najpokaźniejszym był pogrzeb jakiegoś wielce poważanego mandaryna.
Orszak pogrzebowy składał się co najmniej z 5000 osób.
Na przodzie kroczył szereg znacznych urzędników we wspaniałych szatach. Nieśli oni setki jedwabnych i aksamitnych wstęg, opatrzonych napisami, wychwalającemi cnoty i zasługi zmarłego. Za nimi postępowało tysiąc żołnierzy w niebieskich, zielonych, czerwonych i fioletowych strojach.
Podczas pogrzebu padał duży deszcz, więc dzielni wojacy nieśli nad sobą parasole. Żałobny wóz miał kształt smoka, który rozwarł szeroko paszczę; poprzedzało go ze stu trębaczy, odzianych w barwne stroje.
Niektórzy Chińczycy, trzymając się ściśle religijnych przepisów, przez bardzo długi czas opłakują swych zmarłych i częstokroć czynią śluby, zagrażające ich zdrowiu, a nawet życiu.
W ostatnich dniach pobytu Williama w Chinach umarła w Kin-Kiangu jakaś staruszka; ciało jej złożono na cmentarzu, znajdującym się na wzgórzu, w pobliżu miasta. Syn jej oświadczył, że przez trzy lata zachowa smutek po matce i przez cały ten przeciąg czasu ani na chwilę nie opuści jej grobu.
Krewni i znajomi za wspólną zgodą postanowili starać się o utrzymanie go przy życiu. Przynosili mu więc codzień trochę jadła i napojów.
Ażeby go ochronić przed wiatrem i deszczem, wystawiono nad nim szałas, pokryty słomianym daszkiem.
Ofiara przesądu przez trzy lata wcale się nie myje, nie zmienia bielizny i odzieży, śpi na tej samej słomie, służącej za posłanie, i nie opuszcza szałasu.
Co dziwniejsza, chłopiec ten postanowił milczeć przez trzy lata. Codziennie też palił wonne zioła na ofiarę duchowi światła.
Jeśli zdoła przeżyć w ten sposób trzy lata, mieszkańcy miasta urządzą na jego cześć wielką uroczystość. W otoczeniu wysokich urzędników „bohater“ będzie wprowadzony do miasta, gdzie cesarz odznaczy go gwiazdą i obdarzy znacznym urzędem.
Chińczycy bardzo czczą swych bogów i nigdy o nich nie zapominają. Podczas rodzinnych świąt każdy dom jest ozdobiony mnóstwem różnobarwnych lampjonów, które płoną przez całą noc.
Przed domem stoi wielki stół, na nim rozstawione misy z rozmaitemi potrawami. Przy nich leżą małe widełki, przeznaczone dla bogów do kosztowania potraw.
Goście, obstąpiwszy stół dookoła, w poważnem milczeniu przysłuchują się dźwiękom muzyki, która ma bogom uprzyjemniać wieczerzę.
Chociaż potraw wcale nie ubywa, Chińczycy wierzą, że bogowie są obecni i posilają się przygotowanem jadłem. Po pewnej chwili najstarszy członek rodziny oświadcza obecnym, że bogowie już zaspokoili głód i resztę pokarmów przeznaczają dla gości.
Synowie „niebieskiego państwa“, nie dając sobie tego dwa razy powtórzyć, tak ochoczo zabierają się do jedzenia, że po kilku chwilach miski są już zupełnie opróżnione.
Gdy Chińczycy proszą o co swego bożka, a prośba ich się nie spełnia, wówczas zdejmują go z ołtarzyka, biją i kopią nogami, krzycząc:
— Toś ty taki! Ja cię kazałem pozłocić, daję ci przytułek w swym domu, stawiam w drogim ołtarzyku, codzień cię karmię i znoszę ci z miasta różne łakocie, okadzam cię kadzidłem, a ty, niewdzięczniku, nie chcesz wysłuchać mojej prośby?
I, chwyciwszy bożka za złoconą głowę, wynosi na ulicę i rzuca w błoto. Jeśli po pewnym czasie prośba się spełni, wówczas Chińczyk wyciąga bożka z błota, obmywa go, stawia zpowrotem w ołtarzyku i, upadłszy przed nim na kolana, woła:
— Łaski, najdroższy bożku! Widzę, żem się niepotrzebnie pokwapił z wyrządzeniem ci niesłusznej krzywdy. Lecz przyznaj, żeś sam zawinił, kazawszy tak długo czekać na spełnienie mej prośby. Bądź jednak lepszy ode mnie i zapomnij o tem, co się stało, ja zaś postaram się przebłagać cię gorącemi modłami i smacznemi łakociami.

V.

Pan Brown używał do posług młodego Chińczyka imieniem Hi-fung.
Był to chłopiec bardzo cichy, porządny, pilny i ściśle wykonywający wszystkie zlecenia. Państwo Brown byli z niego bardzo zadowoleni, a William, polubiwszy Hi-funga, zaczął go uczyć czytać i pisać po angielsku.
Pewnego razu wziął go z sobą na zwykłą przechadzkę po mieście. Skromny Hi-fung postępował ztyłu za Williamem, wreszcie na usilne nalegania swego pana zrównał się z nim i zaczął mu opowiadać wiele szczegółów z życia Chińczyków.
Przechadzali się po mieście, wreszcie wyszli na brzeg rzeki.
Hi-fung, chcąc się lepiej przypatrzeć tysiącom małych rybek, żerujących przy brzegach rzeki, stanął na stromym w tem miejscu brzegu.
Wtem obsunęła mu się noga: krzyknął i zaczął się staczać do rzeki. Napróżno chwytał się wystających kamieni i korzeni nadbrzeżnych krzaków, które się łamały pod palcami jego dłoni. Jeszcze raz wydał rozpaczny krzyk i wpadł do wody.
Fale się rozprysnęły i zawarły nad głową ofiary.
William zdrętwiał z przerażenia, a przechodnie, świadkowie wypadku poszli dalej obojętni, nie myśląc wcale o ratowaniu biedaka. W zabobonności swej sądzą, że gdy człowiek tonie, jego zły duch unosi nad powierzchnią wody i czyha na tych, co ratują tonącego, chwyta ich za włosy i wciąga w głębiny rzeki.
Nieszczęśliwym trafem wpobliżu nie było żadnego czółna.
Po chwili Hi-fung wynurzył się z głębin, wyciągnął ręce do góry i borykał się ze śmiercią.
William, ochłonąwszy z przerażenia, postanowił ratować biednego Chińczyka.
Szybko zdjął z siebie ubranie i buty i skoczył do wody.
W tej samej chwili Hi-fung znów się ukazał na powierzchni rzeki.
Dzielny William, dopłynąwszy do tonącego, schwycił go za warkocz i zaczął płynąć do brzegu.
Ponieważ w tem miejscu brzeg był skalisty i stromy, William popłynął dalej i dostał się szczęśliwie na ląd, wlokąc za sobą nieprzytomnego Hi-funga.
Otoczyła ich ciekawa gawiedź i głośno wychwalała śmiały czyn dzielnego cudzoziemca. Lecz William, nie zwracając na nich żadnej uwagi, zajął się ratowaniem towarzysza. Położył go na brzegu, twarzą do ziemi, żeby ułatwić wycieknięcie wody z płuc; potem zaczął rozcierać jego ciało w celu przywrócenia prawidłowego krążenia krwi.
Po kwadransie Hi-fung odzyskał przytomność, otworzył oczy i rzekł:
— Gdzie jestem? Co się ze mną stało?
— Wpadłeś do wody, — odparł William — leż spokojnie.
— Kto mię wyratował? — zapytał Hi-fung.
William nie odpowiedział.
Lecz Hi-fung, ujrzawszy, że William jest rozebrany i bielizna jego ocieka wodą, zrozumiał wszystko. Uklęknąwszy przed swym wybawcą, ucałował jego ręce i rzekł:
— Hi-fung dziękuje szlachetnemu panu za jego dobroć. Szlachetny pan z narażeniem życia uratował go od śmierci, Hi-fung będzie błagał bogów, żeby mu pozwolili dożyć tej chwili, w której spłaci dług wdzięczności.
— Powstań, przyjacielu! — odparł William — i nie dziękuj mi za taką drobnostkę.
Podźwignął z ziemi Hi-funga i, przekonawszy się, że młody Chińczyk może już iść o własnych siłach, ruszył do tego miejsca, gdzie zostawił swą odzież.
Ubrawszy się, poszedł z Hi-fungiem do domu. Otoczeni tłumem ciekawych, doszli wreszcie do mieszkania pana Browna.
— Co się wam przytrafiło? — zawołał zdziwiony Brown. — Na Boga! Jesteście zupełnie przemoczeni!
— Hi-fung wpadł do rzeki! — odparł William.
— A szlachetny pan uratował mię od śmierci — dodał Chińczyk, patrząc z wdzięcznością na Williama.
— Udaj się do swej izby! — rzekł pan Brown. — Połóż się do łóżka i okryj się kołdrą. — Każę ci przysłać gorącej herbaty. Wam zaś — zwrócił się do Williama — radziłbym to samo uczynić.
Lecz William nie chciał się zgodzić na propozycję przyjaciela.
— Nic mi się nie stanie! — odparł wesoło. — Letnia kąpiel nie jest wcale szkodliwa. Zmienię bieliznę, włożę inny garnitur i skorzystam z grzeczności pani Brown, która mię poczęstuje filiżanką gorącej aromatycznej herbaty.
— Pośpieszę ją o wszystkiem zawiadomić — rzekł pan Brown. — Czekamy więc na pana.
Po półgodzinie William już siedział w jadalnym pokoju państwa Brown i ze smakiem popijał herbatę; Hi-fung zaś, rozgrzawszy się gorącym napojem, usnął twardo i wstał nazajutrz jak najzdrowszy.

VI.

W tydzień po wyżej opisanym wypadku, pan Brown i William siedzieli w kancelarji, zajęci pracą.
Brown odczytywał otrzymane listy z prowincji. Nagle zerwał się z krzesła i krzyknął.
— Co się stało? — spytał zdumiony William.
— Czytajcie! — odparł zmienionym głosem pan Brown i podał mu list.
William przebiegł oczyma treść pisma.
Anglik, mieszkający w jednem z mniejszych miast chińskich, oznajmiał konsulowi, że w okolicach miasta wybuchły groźne rozruchy.
Podburzony przez kapłanów i mandarynów lud powstał przeciw chrześcijanom, napadł na ich domy i uśmiercił kilka tysięcy kolonistów angielskich.
Autor listu błagał konsula o najrychlejszą pomoc.
— Srogo ukarzę tych zbrodniarzy! — zawołał pan Brown, drżąc z oburzenia. — Zaraz wyślę do Londynu depeszę i zażądam, żeby wysłano na wody chińskie kilka wojennych okrętów, które potrafią ukrócić cugle tym dzikim rozbójnikom.
To rzekłszy, siadł przy biurku i napisał depeszę, którą William kazał odnieść do biura telegraficznego.
Tego wieczora w domu państwa Brown nie mówiło się o niczem innem, tylko o wzburzeniu Chińczyków.
Konsul twierdził, że z chwilą, kiedy angielskie okręty ukażą się na wodach chińskich, Chińczycy, drżąc przed potęgą Anglji, wnet się ukorzą i zaprzestaną rozbojów.
— Angielska marynarka jest bardzo silna, — odezwała się pani Brown — lecz, niestety, znajduje się daleko. Zanim dopłynie do Chin, rozszalały lud wytnie wszystkich Anglików.
— Jeśli powstanie wybuchnie w Pekinie, czy zdołamy się obronić? — spytał William.
Pan Brown zacisnął pięści.
— Cóż to za nieszczęście, — zawołał — że prócz kilku oddziałów artylerji, nie mamy tu więcej wojska! Pokazalibyśmy tym nędznikom, co może zbrojna potęga Wielkiej Brytanji.
W każdym razie nie przypuszczam, żeby powstanie mogło wybuchnąć w stolicy chińskiego państwa. Władze chińskie wiedzą o tem, że w razie wzburzenia czeka ich wielka odpowiedzialność przed rządem angielskim.
Nie zwłócząc, udam się nazajutrz do gubernatora Pekinu i zażądam, żeby rozkazał wojsku otoczyć domy Anglików i strzec ich przed napaścią dzikiej tłuszczy. Dodam przytem, że jeśli nie spełni ściśle mego żądania, srogo odpowie za to przed Anglją.
Nazajutrz pan Brown udał się do gubernatora i prosił go o wydanie rozkazów otoczenia chrześcijańskich domów wojskiem i natychmiastowego karania śmiałków, którzyby się odważyli z bronią w rękach napaść na Europejczyków.
Gubernator odparł, że wyda odpowiednie rozkazy i oświadczył, że, będąc przyjacielem Europejczyków, nie pozwoli im uczynić najmniejszej krzywdy.
Znacznie uspokojony powrócił pan Brown do domu i powtórzył żonie i Williamowi odpowiedź gubernatora.
Tegoż dnia otrzymał z Londynu depeszę, głoszącą, że kilka pancerników, czyli dużych okrętów wojennych, wraz z wielką liczbą wojska wyjeżdża do Chin.
Od owego dnia upłynęło dwa tygodnie. Przez ten czas pan Brown nie otrzymał od swych pomocników żadnej niepokojącej wiadomości. Przypuszczano, że chińskie wojsko, wysłane do wzburzonych prowincyj, zażegnało powstanie.
Państwo Brown i William cieszyli się z tego wielce.
— Groziło nam wielkie niebezpieczeństwo, — mówił Brown — ale, na szczęście, już minęło. Sądzę, że wysłane na pomoc okręty wrócą z drogi do Anglji. Droga morzem z Londynu do Chin trwa przy sprzyjających okolicznościach dłużej, niż miesiąc, zanim nasze okręty przybędą, Chińczycy już się uspokoją.

VII.

Rok się zbliżał ku końcowi.
W „niebieskiem państwie“ panował zupełny spokój. Zdawało się, że Chińczycy zupełnie zapomnieli o swych burzycielskich zamiarach.
W grudniu cesarz chiński wyruszył w podróż. Otoczony olbrzymią świtą, do której należał także gubernator Pekinu, opuścił stolicę. Zarząd miastem został powierzony mandarynowi Czi-wung.
Pan Brown był nierad z wyjazdu cesarza, obawiał się bowiem, że w razie wzburzenia Chińczyków, Czi-wung nawet przy pomocy wojska, nie zdoła obronić Europejczyków od napaści ludu.
William był tego samego zdania. Wyczekując przybycia angielskiej floty, niepokoił się coraz bardziej i wyrzucał sobie, że tak lekkomyślnie opuścił ojczyznę, gdzie rodzice tak się troszczą o jego życie.
Pewnego wieczora wyszedł na swą zwykłą przechadzkę. Przy wyjściu z domu spotkał się z Hi-fungiem, który szepnął, że ma mu coś ważnego do powiedzenia.
— Co mi powiesz? — spytał William.
Lecz Hi-fung nie odpowiedział.
Obejrzawszy się trwożliwie dookoła, położył palec na ustach i szepnął:
— Panie, chodźcie ze mną do mieszkania.
William, dziwiąc się tej tajemniczości Hi-funga, uczynił zadość jego prośbie.
Gdy weszli do mieszkania, Hi-fung zamknął drzwi, zbliżył się do Williama i wyszeptał:
— Panie, chrześcijanom w Pekinie grozi wielkie niebezpieczeństwo!
— Jakie niebezpieczeństwo? — spytał strwożony William. — Czy nie nowe powstanie?
— Tak jest — potwierdził sługa.
— Czyż to prawda? — spytał William, patrząc badawczo na Hi-funga.
Hi-fung rozejrzał się po pokoju. Naraz chwycił porcelanową wazę, stojącą na kominku i zawołał:
— Jeślim skłamał, niech pęknie moje serce na drobne kawałki jak ta misa.
I rzucił wazę na ziemię.
William już nie wątpił o prawdziwości słów Hi-funga.
— W jaki sposób dowiedziałeś się o tem wszystkiem.
— Przechodząc koło pobliskiego sklepu, podsłuchałem rozmowę dwóch rodaków, którzy mówili, że dziś wieczorem będzie urządzony napad na mieszkania Europejczyków. Wojsko przyłączyło się do powstańców i nie będzie wcale broniło chrześcijan.
— Dziękuję ci za tę wiadomość — rzekł William i pośpieszył do mieszkania konsula.
Państwo Brown, dowiedziawszy się, co ich czeka, niezmiernie się przelękli.
— Idę do mandaryna Czi-wunga i zażądam, żeby otoczył wojskiem wszystkie domy chrześcijan! — rzekł pan Brown.
— Nie wiem, czy to się na co przyda! — zauważył William. — Gdy wojsko trzyma stronę powstańców, rozkazu mandaryna nikt nie usłucha.
— Ach Boże, co się z nami stanie! — jęknęła zrozpaczona pani Brown.
— Sądzę, że będzie najlepiej, gdy się ukryjemy w jakiem bezpiecznem miejscu — radził William.
Państwo Brown zgodzili się na tę radę. Zebrali naprędce kosztowności, pieniądze i, uzbrojeni w rewolwery, wyszli na miasto.
— Idźmy wolno! — radził William — i nie okazujmy zbytniego przestrachu. Wydostawszy się z miasta, znajdziemy może jaką bezpieczną kryjówkę, tam przeczekamy najgroźniejszą chwilę.
Poprzedzani przez Hi-funga, Anglicy zaczęli mijać ulicę za ulicą.
William wstąpił po drodze do kilku Anglików i uprzedził ich o grożącem niebezpieczeństwie.
Nareszcie doszli do bramy miasta, lecz oblicza ich pobladły z trwogi: brama była zamknięta, straże nie wypuszczały nikogo. Hi-fung pobiegł do innych bram, lecz i tamte były szczelnie pozamykane.
— Boże! Jesteśmy zgubieni! — zawołała drżącym głosem pani Brown. — Co czynić? Co czynić?
— Wracajmy do domu — rzekł konsul. — Zatarasujemy drzwi i będziemy się bronili.
William pośpieszył za nimi, lecz nie wrócił do domu: postanowił uprzedzić jeszcze kilku współziomków.
Hi-fung chciał mu towarzyszyć, lecz William zmusił go, żeby szedł za państwem Brown i w razie potrzeby, bronił ich życia.
— Bądźcie spokojni! — uspokajał przyjaciół. — Wrócę niebawem, a potem — zginę wraz z wami — dodał ciszej.
Rzekłszy te słowa, zniknął za rogiem ulicy.
Tymczasem słońce już zaszło. Mrok zalewał całe miasto. William, przebiegając szybko ulice, wstępował do mieszkań wielu Anglików, rozkazując im zamykać się i bronić przed napaścią wrogów.
Wtem do jego uszu doleciały głośne krzyki. Obejrzawszy się, ujrzał liczny oddział chińskich żołnierzy, wymachujących nożami i bambusowemi tykami.
— Źle ze mną! — szepnął wystraszony i zaczął uciekać do domu.
Lecz już go spostrzeżono. Kilku żołnierzy z głośnym krzykiem popędziło za nim. Strach przed śmiercią dodawał nogom Williama siły i sprężystości: po pewnym czasie znacznie wyprzedził swych prześladowców.
Nareszcie ujrzał dom konsula i po chwili już stanął przy drzwiach.
— Otwórzcie! — krzyknął z całych sił.
Hi-fung otworzył drzwi, a gdy William wśliznął się do wnętrza, zatarasował wejście.
— Powstanie już wybuchło! — zawołał William, wbiegając do pokoju, gdzie stali państwo Brown przy stole, na którym leżały strzelby, rewolwery i naboje.
Groźny krzyk Chińczyków, rozlegający się przed domem, potwierdził jego słowa.
Konsul zbladł, pani Brownowa dygotała z przerażenia.
— Jesteśmy zgubieni! — szeptała przez łzy.
— Nie traćmy odwagi! — zawołał William. — Będziemy się bronili do ostatniej kropli krwi. — Panie Brown! — dodał. — Bierzcie za broń i stańcie obok mnie przy oknie. Baczność!
Chińczycy śmiało dobijali się do wrót.
Nagle huknęły dwa wystrzały: dwóch Chińczyków padło z jękiem na ziemię. Reszta, przerażona nieoczekiwaną salwą oblegających, cofnęła się o kilkadziesiąt kroków.
Naraz w oddali rozległy się dźwięki trąb. Na rogu ulicy ukazały się setki Chińczyków, niosących na wysokich bambusowych drążkach różno-barwne lampjony.
— Cesarz! cesarz! — poczęli wołać powstańcy i rozbiegli się w nieładzie na wszystkie strony.
Ujrzawszy orszak cesarski, nasi znajomi odetchnęli.
— To prawdziwa pomoc w sam czas! — zawołał pan Brown. — Obecnie już niema obawy. Cesarz nie pozwoli, żeby się nam stała krzywda.
Noc upłynęła w zupełnym spokoju. Nazajutrz pan Brown otrzymał depeszę, że angielska flota zarzuciła kotwice w porcie Peczili. Na okrętach znajdowało się tysiąc żołnierzy i kilkanaście dział.
Pan Brown udał się do gubernatora i oznajmił mu, że podczas jego nieobecności chrześcijanie byli narażeni na utratę życia. Ukazawszy mu depeszę, zażądał przykładnego ukarania samowolnych. Wystraszony mandaryn obiecał, że natychmiast uczyni zadość jego żądaniom.
Tego jeszcze dnia pan Brown pojechał z Williamem do nadbrzeżnego miasta, tam wszedł na łódź admiralską i popłynął na okręt, gdzie był bardzo mile przyjęty.
Gubernator chiński tak srogo ukarał powstańców, że ci raz na zawsze wyrzekli się dalszych napadów na chrześcijan.
Państwo Brown jednak i William, zniechęciwszy się do życia w „niebieskiem państwie“, postanowili powrócić do Anglji.
Władza przyjęła ich prośby przychylnie, pan Brown otrzymał w Londynie wysoki urząd. William został jego pomocnikiem.
Bardzo się cieszył, ujrzawszy rodziców, którzy byli niezmiernie radzi, że się doczekali powrotu syna; zdziwili się bardzo, zobaczywszy wraz z nim młodego Chińczyka. Hi-fung bowiem nie chciał opuścić swego pana i przywędrował z nim do Europy.




  1. Wysoki urzędnik, dworzanin królewski.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alfons Bohumil Šťastný i tłumacza: Aleksander Arct.