Wartogłów/Akt czwarty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Molier
Tytuł Wartogłów
Podtytuł Czyli zawsze nie w porę
Pochodzenie Dzieła / Tom pierwszy
Wydawca Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Data wyd. 1922
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom pierwszy
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
AKT CZWARTY.
SCENA PIERWSZA.
LELJUSZ przebrany za Ormianina, MASKARYL.
MASKARYL:
No i niechże pan powie, czy ci nie do twarzy?
LELJUSZ:
Znów nadzieja w mem sercu z rozpaczą się waży.
MASKARYL:
Takie to są porywy gniewów moich piękne:
Próżno klnę się, odgrażam, zawsze wkońcu zmięknę.
LELJUSZ:
Możesz mi wierzyć w zamian, że wynajdę środki,
Aby wdzięczności spełnić obowiązek słodki,
I, gdybym jeden tylko miał kawałek chleba...
MASKARYL:
Dość już; teraz o rzeczy myśleć nam potrzeba.
Dzisiaj, jeśli pan znowu bąka strzelić raczy,
Niech pan nieświadomością już się nie tłómaczy:
Na pamięć znać winieneś to, com ci wyłożył.
LELJUSZ:
Jakimż cudem Tryfaldyn swój dom ci otworzył?
MASKARYL: Usłużnością go moją ująłem gorliwą,
Tłómacząc mu, że, jeśli nie zechce co żywo
Pomyśleć o ratunku, skarb swój wnet postrada,
Bo plan, i to niejeden, właśnie się układa,
By porwać tę, o której (w kłamstwie oczywistem)
Szlachetnem pochodzeniu znać dano mu listem;
Że i mnie chciano zrazu wmięszać do tej sprawy,
Alem się zdołał rychło wycofać z zabawy,
I, przyjaźnią dla niego serdeczną wiedziony,
Sam z siebie chcę mu w ręce dać sposób obrony.
W tem miejscu-m już wymowie pofolgował swojej:
Jako, że od opryszków świat dzisiaj się roi;
Że, co do mnie, zmierżony przez ludzi zepsucie,
Pragnę resztę dni w ciszy spędzić i pokucie,
Odsunąć się od zgiełku i spokojnie sobie
Gdzieś przy jakiej uczciwej zamieszkać osobie;
Że, jeżeli pozwoli, szczęściem dla mnie będzie,
W jego domu schronienie móc znaleźć w tym względzie;
Że tyle we mnie zdołał obudzić przyjaźni,
Iż, zrzekając się wszelkich zasług najwyraźniej,
Przeciwnie, w jego ręce, znane mi z zacności,
Chcę złożyć owoc swoich skromnych oszczędności,
Któremi, skoro Bóg mnie powoła ze świata,
Jego pragnę obdarzyć, jak własnego brata.
Wiedziałem, że ten sposób najłacniej go skusi;
A ponieważ, mem zdaniem, koniecznie pan musi
Naradzić się z panienką w tajemnej rozmowie,
Wciąż mi różne fortele chodziły po głowie.
Wreszcie, on sam nasunął mi dogodną drogę,
Aby pan mógł dziś jeszcze widzieć swą niebogę;
Zwierzył mi się, iż syna, dawno zginionego,
Postać zaziemska w nocy dziś przyszła do niego.
Oto przebieg wydarzeń, najwierniej oddany,
I na którym osnułem me dzisiejsze plany.
LELJUSZ:
Dość już, wszystko pojmuję: słyszałem dwa razy.
MASKARYL:
Tak; choćby i trzy nawet, bez pańskiej obrazy,
I wówczas może jeszcze, mimo całej pychy,
Ujrzymy twego sprytu rezultat dość lichy.
LELJUSZ:
Lecz spieszmy się, przez litość: nie zniosę tej zwłoki.
MASKARYL:
Kto nie chce nosem brzdęknąć, miarkuje swe kroki.
Trudno: masz pan łepetę twardą cokolwieczek,
Chciej więc jeszcze raz lekcję mą przyjąć bez sprzeczek,
I niechaj się nią trwale twa pamięć ozdobi:
Tryfaldyn zwał się dawniej Ruperto Zenobi,
Żył w Neapolu; stamtąd, w czas domowych waśni,
Posądzony o bunty, skutkiem jakiejś baśni,
(Nie sądzę, by człeczyna mógł groźnym być komu)
Musiał uchodzić nagle, w nocy, pokryjomu.
Że zaś żona i córka, dziewczątko zaledwie,
Zostawszy w mieście, zmarły niebawem obiedwie,
Tryfaldyn, nagłym ciosem tym osierocony,
Zapragnął, by, w wygnania ciężkiej chwili onej,
Syn, co zwał się Horacy i przebywał w szkole.
Złączony z ojcem, krzepił jego smutną dolę.
Pisze więc do Bolonji, do którego miasta
Wysłał go w towarzystwie mentora Adrasta;
Lecz przez dwa lata próżno, w zgryzocie i smutku,
Syna lub wiadomości czekając bez skutku,
Osądził, iż musieli rozstać się z tem życiem;
Zaczem, pod przybranego imienia ukryciem,
Osiedlił się tu u nas i, przez lat dwanaście,
Bez wieści o swym synu żył lub o Adraście.
Ten zarys (nie chcę bowiem go rozsnuwać dłużej)
Za podstawę do pańskiej roli niech posłuży:
Masz być kupcem, co w Turcji, spamiętaj to sobie,
W dobrem zdrowiu oglądał jego zguby obie.
Jeślim sobie ten wybieg obmyślił, nie inny,
By wskrzesić mu synalka w sposób tak niewinny,
To dlatego, iż fakty są w świecie dość znane,
By dzieci, przez korsarzy tureckich porwane,
Później, w jakie piętnaście lub dwadzieścia latek,
Bez szwanku do swych ojców wracały lub matek.
Czytałem te historje mało ze sto razy,
Czemuż więc ich nie użyć, bez boskiej obrazy?
Pan (niby to) świadomy z własnych ust ich nędzy,
Pożyczyłeś im chętnie na okup pieniędzy,
Lecz, że musiałeś spieszyć bezzwłocznie z powrotem,
Horacy prosił ciebie, byś uprzedził o tem
Jego ojca, którego dola jest mu znaną,
I czekał tu, nim oni na miejscu nie staną.
Czyliż mam zresztą wszystko powtarzać na nowo?
LELJUSZ: W istocie, że zbyteczne każde twoje słowo,
Bo ni jedno w pamięci mojej nie wygasło.
MASKARYL:
Idę zatem, by pierwsze dać do walki hasło.
LELJUSZ:
Aj! Maskarylu, słuchaj, a jeśli zażąda,
Bym mu powiedział, jak ten synalek wygląda?
MASKARYL:
To mi trudność! toż zrozum swem bystrem pojęciem,
Że, gdy go ojciec widział, był małem chłopięciem;
A zresztą, czyliż lata spędzone w niewoli,
Nie mogły rysów twarzy przekształcić dowoli?
LELJUSZ:
To prawda. Ale powiedz, jeśli się spostrzeże,
Że mnie widział, co zrobić?
MASKARYL:Pusty śmiech mnie bierze!
Toż mówiłem już (niech się twa roztropność święci!)
Że pański obraz nie mógł utkwić mu w pamięci,
Bo widział cię przelotnie, w ciągu krótkiej chwili;
Zresztą twój strój i zarost do reszty go zmyli.
LELJUSZ:
Doskonale. Lecz powiedz, ta jakaś Turcyja...
MASKARYL:
Wszystko jedno, Turcyja czy tam Barbaryja...
LELJUSZ:
A ta nazwa miasteczka, gdzieśmy się spotkali?
MASKARYL:
Tunis. No, i ten człowiek pamięcią się chwali!
Nie chce słuchać, powiada: z powtarzaniem basta,
A już dwanaście razy nazwę tego miasta...
LELJUSZ:
Idźże więc raz zaczynać; już mi nic nie trzeba.
MASKARYL:
Niechże cię więc rozsądkiem natchną wielkie nieba;
I bacz, by twego sprytu płomień nazbyt żywy...
LELJUSZ:
Pozwól mi działać wreszcie; cóżeś tak lękliwy!
MASKARYL: Horacy z preceptorem, Bolonja, nauka,
Tryfaldyn czy Ruperti, Neapol; nie sztuka
Chyba spamiętać...
LELJUSZ:Bogdaj ci gęba zarosła!
Czegóż mi wciąż powtarzasz? Czy mnie masz za osła?
MASKARYL:
No, tak, niby nie całkiem, lecz coś tego blisko.

SCENA DRUGA.
LELJUSZ sam:
Gdy go nie trzeba, tańczy koło mnie jak psisko,
Ale kiedy poczuje że mi jest potrzebny,
Poufali się w sposób istotnie haniebny.
Wnet zatem ujrzę zbliska te oczy promienne,
Których moc mi włożyła to jarzmo tak cenne;
Będzie mi wolno, w słowach pełnych uniesienia,
Przedstawić memu bóstwu duszy mej cierpienia
I wyrok, który z ust jej... Lecz słyszę ich głosy.

SCENA TRZECIA.
TRYFALDYN, LELJUSZ, MASKARYL.
TRYFALDYN:
Pochwalone niech będą łaskawe niebiosy!
MASKARYL:
Na panu się nie sprawdza nasza gadka stara,
Bo u pana nie mara jest sen, ale wiara.
TRYFALDYN do Leljusza:
Jakiejż podzięki, jakiejż potrzeba nagrody,
By wam, panie, wdzięczności mej złożyć dowody?
LELJUSZ:
To zupełnie zbyteczne, zwalniam was od tego.
TRYFALDYN:
Czy się łudzę, czym kiedyś kogoś podobnego
Do tego Ormianina widział?
MASKARYL:To możliwe;
Lecz w podobieństwach cuda bywają prawdziwe.
TRYFALDYN:
Wieści zatem przynosisz mi o moim synie?
LELJUSZ:
Zdrów jak ryba we wodzie, mości Tryfaldynie.
TRYFALDYN:
Opisał ci swe losy i mówił ci o mnie?
LELJUSZ:
Z dziesięć tysięcy razy.
MASKARYL:No, to znów ogromnie
Przesadzone...
LELJUSZ: W najżywszym opisał sposobie
Twój wzrost, wygląd i...
TRYFALDYN:Jak to wytłómaczyć sobie,
Skoro mnie raz ostatni widział w siódmym roku,
A nawet nauczyciel, co go miał przy boku,
Z trudnościąby rozpoznać zdołał me oblicze.
MASKARYL:
Związki krwi w swej pamięci nie są tak zwodnicze;
Obrazów w niej wyrytych żaden czas nie strawi.
Tak naprzykład...
TRYFALDYN: Dość o tem. Gdzież on teraz bawi?
LELJUSZ:
W Turcji, w Turynie.
TRYFALDYN:Turyn? Ależ, dobry panie,
Wszak Turyn jest w Piemoncie?
MASKARYL na stronie:O, niecny bałwanie!
Do Tryfaldyna:
Chciał powiedzieć w Tunisie, źle go pan pojmuje,
I w istocie w tem mieście syn twój się znajduje;
Ale wszystkim Ormianom jest ten zwyczaj wspólny,
Iż mają błąd wymowy, dla nas dość szczególny,
I z „nis“ każda sylaba im na „ryn“ mieni się:
Stąd mówił o Turynie, zamiast o Tunisie.
TRYFALDYN do Maskaryla:
W istocie, by go pojąć, trzeba znać te braki.
Do Leljusza:
Byś mnie mógł znaleźć, dałże ci jakie poszlaki?
MASKARYL na stronie:
Widzicie go jak zgłupiał.
Do Tryfaldyna, wykonawszy parę ruchów fechtunkowych:
Chciałem sobie nieco
Przypomnieć dawną wprawę; jakto lata lecą!
Dawniej równegom sobie nie miał w sztuce owej
I nieraz w szrankach wieniec zdobyłem laurowy.
TRYFALDYN do Maskaryla:
Obecnie się acana o to nie pytano.
Do Leljusza: Jakież ci jeszcze inne podał moje miano?
MASKARYL:
Ach, mój panie Zenobio Ruperti, jak wiele
Radości dzisiaj niebo zsyła wam w udziele!
LELJUSZ: To wasze własne imię, wiernie tak mi gadał.
TRYFALDYN:
Gdzie ujrzał światło dzienne, czyli ci powiadał?
MASKARYL:
Ach, pobyt w Neapolu życie w raj zamienia,
O ile go nie mącą bolesne wspomnienia.
TRYFALDYN:
Czyliż wiecznie przerywać nam będziesz bez końca?
LELJUSZ:
Tak, w Neapolu ujrzał pierwszy promień słońca.
TRYFALDYN:
Gdziem go wysłał za młodu i kto z nim był drugi?
MASKARYL:
Doprawdy, że mistrz Adrast wiele ma zasługi,
Co mu w jego złym losie towarzyszył wiernie,
Niewoli nawet znosząc tak dotkliwej ciernie.
TRYFALDYN:
Ech!
MASKARYL na stronie:
Jeszcze chwila dłużej, a idziem pod wodę.
TRYFALDYN:
Chciałbym od was usłyszeć, panie, ich przygodę;
Na jakim statku los ich spotkał tak przeklęty?
MASKARYL:
Nie wiem co to, że ciągle ziewam jak najęty?
Czy pan nie myślisz o tem, mości Tryfaldynie,
Że gość nasz cośby przegryzł (widzę to po minie)
I że jest dosyć późno.
LELJUSZ:Co do mnie, dziękuję.
MASKARYL:
Ale zje, zje z pewnością, niech tylko spróbuje.
TRYFALDYN:
Proszę zatem.
LELJUSZ: Po panu.
MASKARYL do Tryfaldyna: Niech pan nie uważa:
W Armenji jest krok pierwszy prawem gospodarza.
Do Leljusza, gdy Tryfaldyn wszedł do domu:
Dwóch słów nie umieć sklecić!
LELJUSZ:Zrazum był zmięszany;
Lecz możesz być spokojny o swe dalsze plany,
I zobaczysz, jak wkrótce, ma śmiała wymowa...
MASKARYL:
Oto nasz rywal: nie wie o niczem ni słowa.
Wchodzą do domu Tryfaldyna.

SCENA CZWARTA.
ANZELM, LEANDER.
ANZELM:
Zechciej, Leandrze, słów mych wysłuchać niewielu,
Co szczęście twoje mają i honor na celu.
Nie chcę do cię przemawiać, w tej ciężkiej godzinie,
Jak ojciec, słuszną pieczę winny swej rodzinie,
Lecz jak twój własny ojciec, o twe dobro dbały,
Który cię wstrzymać pragnie od rodu zakały;
Słowem tak, jakbym pragnął, aby moje dziecko
Ratował ktoś w potrzebie przed zgubą zdradziecką.
Czy ty wiesz, ile plotek miasto już obchodzi
O miłości, co w nocy skrada się jak złodziej?
Czyli myślisz, że wzrośnie twoja dobra sława
Od takich czynów, jak twa wczorajsza wyprawa?
Pomyśl tylko, jak ostro będzie tu sądzony
Kaprys, co w takim świecie szuka sobie żony,
I, darząc swą rodzinę zgryzotą i smutkiem,
Los swój łączy ze znajdą egipską, z podrzutkiem!
Za ciebie niż za siebie bardziej się wstydziłem,
Chociaż i sam dotknięty zajściem tak niemiłem,
Gdyż córki mej, co z tobą była ślubu blisko,
Nie godziło się dawać ludziom w pośmiewisko.
Ech! przestań tak uparcie trwać w swoim obłędzie!
Otrząśnij się, Leandrze, i niech koniec będzie!
Jeśli człowiek nie zawsze rozsądnym być może,
Zbłądziwszy, nie powinien długo brnąć w uporze.
Gdy żona nie posiada nic oprócz piękności,
Zbyt krótko w takiem stadle radość w domu gości;
I, gdy pierwszych pożądań przeminą uciechy,
Ciężko swej niebaczności trzeba spłacić grzechy.
Wierzaj mi, że te wszystkie miłosne zachcenia,
Te zapały młodzieńcze i te uniesienia,
To wszystko, przy największych żądz miłosnych mocy,
Zdoła nam uprzyjemnić ledwie parę nocy;
Lecz, gdy po tych zapałach już nas chłód ogarnie,
Za cenę miłych nocy dni pędzim zbyt marnie.
Co więcej, nieraz taka namiętność zwodnicza
Sprawia, że w gniewie ojciec syna wydziedzicza...
LEANDER:
Wszystko, co w tak życzliwym mówisz mi sposobie,
Umysł mój już oddawna przedstawił sam sobie;
Wierz mi, że miałbym sobie na przyszłość za zbrodnię
Twoją dla mnie łaskawość deptać tak niegodnie,
I wiem, mimo przelotne zapały dla innej,
Co warta twoja córka i com jej jest winny:
Toteż, będę się starał...
ANZELM:Ktoś uchylił bramy,
Cofnijmy się bezpiecznie, byś znów takiej samej
Zniewagi jak wczorajsza nie stał się ofiarą.

SCENA PIĄTA.
LELJUSZ, MASKARYL.
MASKARYL:
Wkrótce twój wierny hultaj będzie cieniem, marą,
Gdy go tak zechcesz dręczyć swojem roztrzepaniem.
LELJUSZ:
Ha! więc znowu zaczynasz z swem zwykłem gderaniem?
O cóż ci chodzi? Czyliż mi nie szły jak z płatka
Wszystkie łgarstwa?
MASKARYL:O, bystrość w samej rzeczy rzadka!
Turków heretykami zrobiłeś pan rychło,
I, zanim jeszcze pierwsze twe głupstwo przycichło,
Twierdziłeś, że swe modły zanoszą do słońca.
To mniejsza. Lecz co wróżbą jest smutnego końca
Tej sztuczki, to że miłość twoja, nazbyt szparka,
W sąsiedztwie Celji kipi, niby woda z garnka,
Gdy na zbyt silnym ogniu po brzegi wyrasta.
Słowem, głupstwo po głupstwie robisz pan i basta.
LELJUSZ:
Czegóż więcej mi twoja surowość zabroni?
Wszakżem się ani słowem nie odezwał do niej.
MASKARYL:
Nie sztuka gębę stulić; zato, niech pan wierzy,
Postępki twoje, w ciągu tej jednej wieczerzy,
Więcej do podejrzenia dziś mu przyczyn dały,
Niżby ich inny zdołał zbudzić przez rok cały.
LELJUSZ:
I w czemże?
MASKARYL:
Jakto, w czemże? W całej twej warjacji.
Gdy Tryfaldyn zaprosił pana do kolacji,
Pan, cały czas, na Celję wytrzeszczając gały,
Siedziałeś z twarzą w ponsach, durny, osowiały,
Żadnaby cię do jadła nie przemogła siła,
A wtedyś miał pragnienie, kiedy ona piła;
Wówczas pan się rzucałeś i, jak jaka świnia,
Nie wylewając resztek, nie płucząc naczynia.
Chciwą gębą z jej własnej pan żłopałeś szklanki,
W miejscu, którego usta tknęły twej kochanki.
Gdy jaki kąsek wzięła do swej rączki drobnej,
Lub nadgryzła go nawet, wówczas ty, podobny
Do kota, który myszę chwyta w swoje zęby,
Rzucałeś się nań chciwie i brałeś do gęby.
Co więcej (na to trzeba być niezgrabnym wołem),
Taki hałas nogami robiłeś pod stołem,
Że Tryfaldyn, trącony przez ciebie zbyt czynnie,
Dwa razy pieski za to ukarał niewinnie,
Które mogą mieć słuszną urazę do ciebie.
I to nazywasz dobrze sprawić się w potrzebie?
Ja z samego patrzenia, jeszcze o tej porze
Cały spocony jestem, chociaż chłód na dworze.
Śledząc cię bezustanku, jak w kręgielni gracze
Śledzą kulę, gdy pchnięta toczy się i skacze,
Tak ja niejako wstrzymać twe szaleństwa chciałem,
Kręcąc się i zwijając całem mojem ciałem.
LELJUSZ:
Łatwo jest me postępki potępić, niestety,
Skoro się nie odczuwa ich słodkiej podniety;
Jednakże się postaram, dla twojej przyjaźni,
Powściągnąć płomień, co mnie tak rozkosznie drażni.
Odtąd...

SCENA SZÓSTA.
TRYFALDYN, LELJUSZ, MASKARYL.
MASKARYL: O Horacego mówiliśmy doli.
TRYFALDYN:
To dobrze. Do Leljusza: Proszę jednak, czy mi pan pozwoli,
Bym poufnie pogadał kilka słów z nim oto?
LELJUSZ:
Każde życzenie pańskie wypełnię z ochotą.

SCENA SIÓDMA.
TRYFALDYN, MASKARYL.
TRYFALDYN:
Czy ty wiesz, co ja właśnie robiłem przed chwilą?
MASKARYL:
Nie; lecz, jeśli mnie moje przeczucia nie mylą,
Dowiem się wnet od pana.
TRYFALDYN:Z potężnego dębu,
Który lat przeszło dwieście rośnie tu u zrębu.
Wyszukałem gałązkę, ukształconą ładnie,
Której rozmiar sam przedtem obrałem dokładnie,
I z niej, zadając sobie trud nieladajaki,
Wystrugałem patyczek (pokazując ramię:) ot, mniej więcej taki,
Cieńszy z jednego końca, co, jak mi się zdaje,
Do garbowania skóry świetnie się nadaje,
Bo jest zręczny w ujęciu, twardy, w sękach cały...
MASKARYL:
I któżto, jeśli łaska, ma dostać te wały?
TRYFALDYN:
Ty przedewszystkiem; potem, smaku jego zazna
Ten frant, co mnie chciał dzisiaj wystrychnąć na błazna;
Ten nibyto Ormianin, ten kupiec przebrany,
Co wkradł się w dom z pomocą bajeczki udanej.
MASKARYL:
Jakto! więc pan nie wierzy...
TRYFALDYN:Nie szukaj wymówek.
Sam odsłonił na szczęście swą grę ten półgłówek,
Kiedy, ściskając Celji ręce pokryjomu,
Wyznał, iż dla niej tylko wszedł do mego domu;
Słyszała to Joasia, moja siostrzenica.
W ten sposób wyszła na jaw cała tajemnica;
A, choć nie mówił o tem, nie wątpię ni chwili,
Żeście całe szelmostwo razem ułożyli.
MASKARYL:
A, krzywdę mi pan czyni. Mogę panu dowieść,
Że mnie pierwszego złapał na swoją opowieść.
TRYFALDYN:
Jeśli chcesz dać najlepsze twej wierności znamię,
Wygnać stąd łotra niech mi pomoże twe ramię;
Przetrzep mu ze mną skórę, co się zowie, szczerze,
Wówczas w twoją niewinność bezzwłocznie uwierzę.
MASKARYL:
Ależ z duszy, najchętniej, jeśli o to chodzi,
Przekonasz się, czy w spółce ze mną ten dobrodziej!
Na stronie:
A, panie Ormianinie, znów podrwiłeś główką,
Ale mi to zapłacisz.

SCENA ÓSMA.
LELJUSZ, TRYFALDYN, MASKARYL.
TRYFALDYN: Proszę tu na słówko.
Zatem, mości szalbierzu, ty śmiesz tak, bez sromu,
Podchodzić mnie niegodnie w moim własnym domu?
MASKARYL:
Więc potoś z jego synem udawał znajomość.
Abyś się tu do panny podbierał jegomość?
TRYFALDYN bije Leljusza:
Masz zapłatę!
LELJUSZ do Maskaryla, który go bije także:
A, łotrze!
MASKARYL:Tak oto, w tym kraju,
Przyjmować łotrów...
LELJUSZ:Kacie!
MASKARYL:...mamy tu w zwyczaju.
Schowaj to na pamiątkę.
LELJUSZ:Co! ty myślisz sobie...
MASKARYL bijąc go ciągle i wypędzając:
Ruszaj stąd, bo ci jeszcze jaką przykrość zrobię.
TRYFALDYN:
No, kontent jestem z ciebie. Dosyć tej zabawy.
Maskaryl wchodzi za Tryfaldynem do domu.
LELJUSZ wracając:
Ja z rąk lokaja doznać tak strasznej niesławy!
Czyż mógłby kto przewidzieć czyn tego zbrodniarza,
Który na pana rękę podnieść się odważa?
MASKARYL w oknie domu Tryfaldyna:
Jakże tam pańskie plecy, jeśli spytać mogę?
LELJUSZ:
Co! ty jeszcze po wszystkiem śmiesz włazić mi w drogę?
MASKARYL:
Widzisz pan, co to znaczy nie patrzeć za siebie,
I języka na wodzy nie trzymać w potrzebie.
Lecz tym razem nie czuję już do pana złości,
Zamiast czczych łajań, rzecz się załatwiła prościej;
I, choć pan się znalazłeś najniezdarniej w świecie,
Obmyłem już twe winy na twym własnym grzbiecie.
LELJUSZ:
Ha! skarżę za to wszystko straszliwie tę żmiję!
MASKARYL:
Ależ to pan sam sobie zawdzięcza te kije.
LELJUSZ:
Sobie?
MASKARYL:
Gdyby w twym mózgu było mniej ubóstwa,
Wówczas, gdyś szeptał brednie do swojego bóstwa,
Możeby przecież jednak przyszło ci do głowy
Spojrzeć, czy nie masz świadków swej walnej wymowy.
LELJUSZ:
Jakto? czyżby kto słyszał, co mówiłem Celji?
MASKARYL:
Toż tylko dzięki temu wszystko djabli wzięli!
Wszystkiego narobiła twa gęba straszliwa.
Chciałbym wiedzieć, czy kiedy w pikietę pan grywa?
Tamby twa zręczność godne mogła znaleźć pole.
LELJUSZ:
Wiecznież nieszczęsny patrzeć mam na swą niedolę!
Lecz czemuż twoją ręką zostałem wygnany?
MASKARYL:
To był jedyny koncept w tej sztuce udany;
Gdyż w ten sposób zdziałałem, że już nikt nie powie,
Iż ja, w całem oszustwie, byłem z tobą w zmowie.
LELJUSZ:
Nie trzebaż było chociaż walić tak dokładnie!
MASKARYL:
Bałem się, że Tryfaldyn całą rzecz odgadnie;
A potem, wyznam panu, przy tej sposobności.
Miło mi było folgę dać mej słusznej złości.
Już się stało; a teraz, jeśli pan przyrzeknie,
Że, za te razy, com ci wyliczył tak pieknie,
Wszelki zamiar porzucisz swojej zemsty srogiej,
Tak wprost, jak też przez inne jakiekolwiek drogi,
Ja ręczę, mą obecność tu mając na względzie.
Że, nim miną dwie doby, Celja twoją będzie.
LELJUSZ:
Choć się obszedłeś ze mną niezbyt honorowo,
Czegóżbym za nadzieję nie oddał takową!
MASKARYL:
Przyrzekasz mi pan zatem?
LELJUSZ:Przyrzekam ci święcie.
MASKARYL:
To nie wszystko. Daj słowo, że w me przedsięwzięcie
Nie wmięszasz się, cobądź mi czynić się spodoba.
LELJUSZ:
Słowo.
MASKARYL:
Gdy nie dotrzymasz, niechaj cię choroba!
LELJUSZ:
Spełnienia twych obietnic czekam z niepokojem.
MASKARYL:
Wolałbyś iść do domu natrzeć plecy łojem.
LELJUSZ sam:
Trzebaż, aby nieszczęście, co w ślad za mną goni,
W ciągłych klęskach przystępu broniło mi do niej!
MASKARYL wychodząc z domu Tryfaldyna:
Co! pan jeszcze nie zniknął? Idźże raz do djaska,
I przestań się kłopotać sprawą, jeśli łaska;
Niech ci to już wystarczy, że ja o niej myślę,
I nie próbuj wspomagać mnie w żadnym zamyśle.
Hamuj się.
LELJUSZ odchodząc:
Już mą żywość będę miał na pieczy.
MASKARYL sam:
Teraz trzeba pomyśleć, jak się wziąć do rzeczy.

SCENA DZIEWIĄTA.
ERGAST, MASKARYL.
ERGAST:
Maskarylku, pospieszam tu do ciebie z wieścią,
Co duszę twą napełni niemałą boleścią.
W chwili, gdy z tobą mówię, młody Egipcjanin,
Nie czarny i, jak sądzę, nawet chrześcijanin,
Strojnie odziany, przybył, a z nim starowina
Jakaś, nieznana w mieście, i do Tryfaldyna
Prosto cała kompanja z miejsca się udała.
MASKARYL:
Ha, to ten sam, o którym Celja raz wspomniała!
Pókiż nam z rąk uciekać będzie ta dziewczyna?
Jedna bieda się kończy, a druga zaczyna.
Próżnom się cieszył, że los, aż dotąd tak srogi,
Leandra już nazawsze usuwa nam z drogi,
Że ojciec, niespodzianem swojem tu zjawieniem.
Umiał zawładnąć jego miłosnem zachceniem,
I że, rodzica swego wypełniając wolę,
Dziś jeszcze z Hipolitą ma złączyć swą dolę;
Tymczasem, jeden rywal gdy nam z oczu znika,
Straszniejszego zyskujem nagle przeciwnika!
Jednak, że spryt mój umie czasem sprawiać cuda,
Sądzę, że mi ich wyjazd odwłóczyć się uda,
I że, bylebym trochę mógł zyskać na czasie,
Całą sprawę pomyślnie jeszcze skończyć da się.
Jakichś opryszków w mieście gonią dziś obławą:
Że zaś Egipt nie cieszy się zbyt dobrą sławą,
Spróbuję, czy, rzuciwszy zręczne podejrzenia,
Nie dałoby się ptaszka wsadzić do więzienia.
Znam urzędników w sądzie, którym bardzo rzadko
Zdarzyło się pogardzić taką dobrą gratką,
I zawsze są gotowi wysilić swe główki,
Gdzie zaświta nadzieja jakiejbądź łapówki;
Choć niewinny, w ich oczach nie znajdzie rozgrzeszeń,
Bo zawsze winną dla nich czyjaś pełna kieszeń.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Molier i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.