Wychowanka/Akt III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Wychowanka
Rozdział Akt III
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VIII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Indeks stron


AKT III.

(Noc — izba nie wielka, w głębi drzwi, przy tych po lewéj stronie okno zasłonięte firanką od dołu. Stolik przed oknem — pod niém różne graty; na przodzie sceny drzwi boczne na lewo i stół duży suknem przykryty, na stole papiery, kałamarz, dwie świece łojowe w nierównych lichtarzach zgaszone — po prawéj stronie stoliczek przed krzesełkiem.)

SCENA I.
Narcyz, Marek.
(Oba wchodzą bocznemi drzwiami z latarniami w ręku.)
Marek.

Możesz Pan być spokojny, dwa rygle i kłódka,
Chrapie aż szyby brzęczą... i noc téż już krótka.
A teraz... (Nadstawia rękę.)

Narcyz.

Co?

Marek.

Reńszczaki.

Narcyz (śmiejąc się).

Zaświerżbiały dłonie?

Marek.

Dał Pułkownik?

Narcyz.

Nie przeczę.

Marek.

Zatém proszę o nie.

Narcyz.

Ale... jakoś... coś... hm?

Marek.

Co?

Narcyz.

Aktuaryuszowi
Należy się sikorka.

Marek.

Niech ją sobie złowi,
Ja nie dam, Maciej także nie chce słyszeć o tém.

Narcyz.

Ależ cokolwiek.

Marek.

Za co? żeś Pan stał za płotem,
Kiedyśmy się z hultajem tarzali po ziemi?
Tam to było się dzielić guzami naszemi.
To jeszcze łaska Boska, żem go napadł we śnie,
I tak nie raz nas potém obdarzył boleśnie:
W Macieju, aż bulknęło jak go urznął w krzyże,
Daj Boże, za dwie niedziel jeśli się wyliże.
A mnie nogą z nienacka taką dał kolędę,
Żem się wypiął we dwoje... za tydzień nie siędę.
Ho ho ho! znają Hryńka cztery mil do koła,
Jemu na gładkiéj drodze trudno stawić czoła,
Ale co tam rozmawiać... czas się darmo traci,
Jutro nam Pan Pułkownik, co przyrzekł, zapłaci.

Narcyz.

No no — cicho — dam zaraz, ale usiądź sobie.
Ot pogadajmy jeszcze.

Marek.

Nie, tego nie zrobię,
Raz, że.... a potém czas spać.

Narcyz.

Masz i łóżko moje.

Marek.

Jegomość widzę tchórzysz?

Narcyz.

Nie, ale się boję,
Bo dom na osobności, w domu żywéj duszy
Oprócz mnie i tego tam... a nuż zamki skruszy,
Nuż tu wpadnie...

Marek (śmiejąc się).

I zdusi.

Narcyz.

Jakoś strach mój wzrasta.

Marek.

No — reńszczaki...

Narcyz (daje i palec na ustach).

Ale cyt!..

Marek.

Wiem. Śpij Pan zdrów i basta.
(Odchodzi.)

(Narcyz odprowadza aż do drzwi, tam dom zamyka, wraca, bierze z pod stołu pod oknem karabin bez kurka i pałasz bez pochwy do pół złamany.)
Narcyz (sam, zatrzymując się w środku sceny).

Noc, jest to rzecz okropna... zawsze się coś rusza,
Coś puknie, pęknie... w nocy na ramieniu dusza...
Broń djabła warta... stare graty, istne śmiecie...
Ale, jak kto napadnie, jest co złożyć przecie.
Świecić będę noc całą... spać się nie położę...

(Broń kładzie na dużym stole, świecę zapala w lichtarzu — a nim zgasił w latarni, słychać pukanie do okna.)

Hę? (chwyta karabin i grubym głosem) kto tam?

Zosia (za oknem).

Panie Narcyz!

Narcyz.

Głos żeński... on może.
(po krótkiém wahaniu się otwiera okno)

Zosia (w oknie).

Otwórz Pan, otwórz prędko.

(Narcyz idzie do sieni otworzyć i wraca z Zosią, okno zostaje przymknięte.)




SCENA II.
Narcyz, Zosia.
Zosia.

Mój ojciec zamknięty.

Narcyz.

Nic nie wiem.

Zosia.

Wiesz i ja wiem... przy furtce był wzięty.

Narcyz.

Cyt, dla Boga! to sekret!

Zosia.

Róbmy więc w sekrecie.
Gdzie klucze od aresztu?

Narcyz.

Pani nie chcesz przecie...

Zosia.

Chcę go uwolnić, zaraz.

Narcyz.

Z pod mego dozoru?

Zosia.

Klucze mój Panie Narcyz.

Narcyz.

Ja mam dać?

Zosia.

Bez sporu.

(Michał uchyla okno i całéj scenie przysłuchuje się skrycie.)
Narcyz.

Ależ pułkownik?

Zosia.

Fraszka, ja się innych boję.

Narcyz.

Ja się wszystkich boję.

Zosia.

Jak na ogniu stoję...
Ach, zmiłuj się nie spaźniaj.

Narcyz.

Właśnie chcę i spóźnię.
Pułkownik mi nakazał i zalecił groźnie,
Na głowę moję zaklął.

Zosia.

Ech, to próżne słowa.

Narcyz.

A ba! słowa nie słowa, a głowa to głowa.

Zosia.

Jeśli masz jeszcze ojca, matkę, siostry, braci,
Bóg tobie szczęściem wszystkich stokrotnie odpłaci,
Błogosławieństwo zeszle... w łasce będzie chować,
Żeś ojca biednéj córce dopomógł ratować.

Narcyz.

Ale ja także biedny drapię się do góry,
Nic nie mam prócz rozumu i dobréj figury,
A jak Panią wysłucham, oczywiście stracę:
Aspekta na promocyą i półroczną płacę.

Zosia.

Wszystko wynagrodzę.

Narcyz.

Hę?

Zosia (dając).

Szpilka brylantowa...
Warta dziesięć dukatów... Niech Pan obie chowa.

Narcyz (oglądając).

Dziesięć? — pewnie?

Zosia.

Najpewniéj.

Narcyz.

Ale ja się boję...

Zosia.

To zadatek.

Narcyz.

Zadatek?

Zosia.

Bo kwotę podwoję.

Narcyz.

Dwadzieścia.

Zosia.

Teraz... prędko...

Narcyz.

Zaraz... jeszcze słowo:
Przysięgnij Pani pierwej ni czynem ni mową
Nie zdradzić, żem jéj pomógł, żem rozmawiał o tém.

Zosia.

Przysięgam.

Narcyz.

Ani mru mru.

Zosia.

Przysięgam.

Narcyz.

A więc potém
Jeszcze dziesięć?

Zosia.

Tak, dziesięć.

Narcyz.

Niechże Pani zważa:
Weźmiesz latarnię.

Zosia.

Już mam.

Narcyz.

W końcu kurytarza... (przerywając sobie)
Ale raz ojciec wolny — wszystko dla niéj fraszka,
Powiesz chlubiąc się jeszcze, żeś puściła ptaszka...
Że zaś nie sama jedna, łatwo każden zgadnie,
I jak zaczną dochodzić, wszystko na mnie spadnie.

Zosia.

Lecz nie powiem... przysięgam!

Narcyz.

Nikomu.

Zosia.

Nikomu.

Narcyz.

Rzecz ważna, o mnie idzie, sam mieszkam w tym domu.

Zosia.

Przysięgłam, bądź spokojny.

Narcyz.

Niechże Pani zważa:
Weźmiesz latarnią.

Zosia.

Już wiem.

Narcyz.

W końcu kurytarza
Drzwi na prawo.

Zosia.

Na prawo.

Narcyz.

Na prawo — to klatka.

Zosia.

Daléj!

Narcyz.

Daléj okienko, a w okienku kratka.

Zosia.

Rozumiem.

Narcyz.

W głębi, w kącie, wychód na podwórze...
Z podwórza...

Zosia.

Prędzéj!

Narcyz.

Przez płot szust, chlust!.. i szczęść Boże!

Zosia.

Daj, daj.. (Narcyz podaje jéj pałasz, ona biorąc)
Cóż to jest?

Narcyz.

Pałasz.

Zosia.

Przez Boga żywego
Cóż ja z tém zrobić mogę?

Narcyz.

O! nic łatwiejszego,
Wrzucić mu przez okienko... już on to zrozumie...
Jak się tu zawsze robi... oho! Hryńko umie...

Zosia.

Ależ ja tego nie chcę. Zaraz jutro rano
Że się w nocy wyłamał, wszędzieby wiedziano.
Pułkownik śpi już teraz, jutro do dnia jedzie,
Nie powróci zapewne aż gdzieś po obiedzie,

O dzień więc prawie cały spóźni się odkrycie...
Tak, tak najlepiéj będzie jak wypuszczę skrycie.
No, klucze.

Narcyz.

Tego Pani nie żądaj odemnie.

Zosia.

Proszę, błagam, zlituj się.

Narcyz.

Wszystko nadaremnie.

Zosia.

Na klęczkach żebrzę łaski.

Narcyz.

To mnie nie zakryje,
Nie, nie chcę.

Zosia (zrywa się, staje przed Narcyzem, który się krok cofa, i mówi)

Panie!.. ja... ja... ja Pana... zabiję.

(Zosia próbowawszy nadaremnie przekupstwa, prośby, błagania, udaje się prawie w rozpaczy do groźby. Jak zawsze w ustach słabych, groźba jest przesadzoną i staje się komiczną — w głosie i w sposobie wymawiania powinno być więcéj znać, że sama nie zna koniecznie wartości słów, niż groźby wyraźnéj i mówi, bo już nie wie co mówić. Czas jakiś milczenie, patrzą sobie oko w oko — Narcyz nareszcie nie zwracając oczu pokazuje ręką klucz leżący na papierach. Zosia chwyta klucz i latarnią i wybiega bocznemi drzwiami — Narcyz zostaje jeszcze czas jakiś z wyciągniętą ręką.)
Narcyz.

Z kobietą nie ma żartu... w miłości czy gniewie
Co myśli, nikt nie zgadnie... co zrobi, nikt nie wie.

(p. k. m.) Jeno świt... dernę... dernę... i póty nie siędę,
Póki od Pułkownika dziesięć mil nie będę...
Hej, hej losie gałganie! Żebyś kałamarzem
Nie pchał mnie na sędziego, byłbym już kucharzem.





SCENA III.
Narcyz, Morderski.
(Narcyz bierze świecę, idzie dom zamknąć — we drzwiach przed nim staje Morderski. Narcyz odurzony zatacza się — opiera się o stół pod oknem, postawiwszy na nim świecę.)
Morderski.

Ha, jesteś. (Postępując na przód sceny.)
Narcyz... Narcyz... bliżéj!

Narcyz.

Jaśnie Panie?

Morderski.

Cóż Hryńko?

Narcyz.

Hryńko.

Morderski.

Jest?

Narcyz.

Jest.

Morderski.

Hultaja zeznanie
Pisać będziesz dokładnie... będziesz oraz świadkiem
Jeśliby kiedyś z czasem chciał skręcić przypadkiem.
Idź, zawołaj go.

Narcyz.

Ja? — tu?

Morderski.

Nim jeszcze odjadę
Chciałbym się, wprzód przekonać czy mu damy radę.
Bo jeśli się upartym, zuchwałym okaże
To w inne lepsze ręce odstawić go każę.
No!

Narcyz.

Ależ Jaśnie Panie jak areszt otworzę
Hultaj i Jaśnie Pana poturbować może.

Morderski.

O! o! o! Śmiałby?!..

Narcyz.

Śmiałby.

Morderski.

Tracąc respekt wszelki
Wziąć się do mnie fizycznie?

Narcyz.

Ma apetyt wielki.

Morderski.

Piramidalny hultaj i kłopot nie lada.
Grozić mojej osobie!.. cóż jednak powiada?

Narcyz.

Ryczy Panie jak wściekły... tak strasznie... tak srogo...

Morderski (oglądając się).

Ryczy? — Pachołki tu są?

Narcyz.

Nie, nie ma nikogo.

Morderski (p. k. m.).

Ale przecieć coś mówił.

Narcyz.

Mówił... rozmaicie.

Morderski.

Na przykład?

Narcyz.

Ha! na przykład.

Morderski.

Przecieć na me życie
Nie waży?

Narcyz.

Hm! hm!

Morderski.

Waży?

Narcyz.

Tak coś w tym sposobie.

Morderski.

Hę?

Narcyz.

Na Jasnego Pana ciągle mruczał sobie:
Niechno kiedy zawoła... niech tylko spróbuje,
To go... jego własnemi ostrogami skłuję.

Morderski.

A cóż to nie wie, że to wojskowe ostrogi?..
Skłuje! — A to Hotentot... barbarzyniec srogi...
Nie wołać go Mille tonnerres!

Narcyz (na stronie).

Tom się wypsnął ładnie.

Morderski.

Chodźmy do niego. Przez drzwi na grzbiet ci nie wpadnie,
Tchórzu!.. bo drzwi tęgie... co?.. tchórzu!.. drzwi dębowe,
Prawda?

Narcyz.

Ależ on jak lew... on łamie podkowę.

Morderski.

O! O! podkowę!

Narcyz.

Radzę nie bawić tu długo.

Morderski (z przymuszonym uśmiechem).

Przecieć zamknięty ryglem... kłódką jedną... drugą,
Tchórzu!.. kłódką tęgą... co?..

Narcyz.

Ot, kłódeczka licha.

Morderski.

Jak licha! — co to licha? — Idź Wać Pan do licha!
Ja Wać Pana Mospanie rozstrzelać tu każę.
(na stronie)
Drzwi... kłódka... siła, groźba... jak wszystko rozważę...

(Zosia otwiera drzwi boczne i nagle zamyka zobaczywszy Morderskiego.)
Narcyz.

Ha! (Ku drzwiom zwrócony nie spuszcza tych z oka.)

Morderski.
(Zbliżając się, późniéj zwrócony to przeciwną stronę plecy do pleców prawie.)

Co to było?.. co?.. jak?.. coś gdzieś uderzyło...

We drzwi niby... (Trącając łokciem Narcyza.)
Cóż milczysz... mówże — co to było?

Narcyz (do siebie).

Jak się dowie, zabije...

Morderski (zasłyszawszy).

Gdzie kiedy, kto, kogo?
(grubym głosem z trwogą)
Mille tonnerres!

Narcyz.

Ach!

Morderski.

Co ach! co?.. Djabeł z jego trwogą!
Tchórz taki najmężniejszych zastraszy. — Cóż? — ciemno, —
Duszno — zapal latarnię.... słyszysz? pójdziesz ze mną...

(Michał tłucze okno i gasi świecę — Morderski szuka drzwi po prawéj ścianie — Narcyz przyklęka za stołem od strony widzów.)

Narcyz!.. Narciu!.. Narcyzku! gdzie drzwi... bój się Boga...
Powiedz, gdzie drzwi... sto reńskich pokaż mi gdzie droga...
(Wychodzi)

Narcyz (na stronie).

Ha! żeby można wierzyć, sto reńskich wziąć ładnie...
Ale nuż mnie Mospanie na sucho dopadnie.

(Podnosi się, lecz zaraz znowu przyklęka usłyszawszy że się drzwi otwierają. — Zosia bez światła staje we drzwiach, słucha, cofa się, wraca z latarnią, trzymając w ręku mały zwitek papierów, rzuca klucz na stół i wybiega.)

Hm! znalazł próg bezemnie, bodaj dostał czkawki!
A to mi ciuciubabka!.. djabli z téj zabawki!..
Rozstrzelać!.. ludożerca... jakby ostre noże
Płatają jego słowa... Hej, hej, miły Boże!
Co téż ten wojak musiał namordować ludzi!
Gwałtu! — Ale niech dla mnie jeszcze się nie trudzi...
Kiedy mi Sądownictwa uchodzi karyera,
Ucieknę do Rzeszowa, pójdę na markiera.





SCENA V.
Narcyz, Regina.
(Regina w takiéj czarnej mantylce i w takim kapeluszu z zasłoną jak miała Zosia.)
Narcyz.

Po co Pani tu wracasz? — czy nie dosyć jeszcze?
Te wszystkie tajemnice jak djabelskie kleszcze
Wyrwą duszę nareszcie.

Regina (mówiąc powoli).

Jakie tajemnice?
Jakie? — Co?

(Składa kapelusz na stolik po prawéj stronie, wkrótce przy nim siada — Narcyz jak wryty.)

Zapal świecę. (rozkazując) Zapal Wać Pan świecę.
Cóż to, śpisz jeszcze? — przez szkło chcesz świecę zaświecić?

(Narcyz otwiera latarnię i zapala świecę — p. k. m.)

Przyszłam pomimo nocy Hryńka ci polecić.
Chcą go gwałtem uwolnić... słyszałam o zmowie...
Ostrzegam cię, zaklinam, strzeż jak oka w głowie.

Narcyz.

Strzegę.

Regina.

Co?

Narcyz.

Hryńka.

Regina.

Kłamiesz — Hryńko wypuszczony
A dozorca dał klucze.

Narcyz.

Pani...

Regina (surowo).

Przekupiony.
A wiesz WaćPan czém pachnie dymek z takich gnotów?

Narcyz.

Ach, wiem Pani, Pułkownik rozstrzelać mnie gotów.

Regina.

Nie, miałby wielki kłopot.

Narcyz.

Bardzo, bardzo wielki.

Regina.

Ale oddając pod sąd minie kłopot wszelki.

Narcyz.

Zbłądziłem nieszczęśliwy, uległem litości.

Regina.

I szpilce brylantowéj.

Narcyz.

Przebacz méj młodości,
Pani...

Regina.

Chcesz uciec?

Narcyz.

Radbym.

Regina.

Wróciłbyś po chwili,
Bo cię złapią.

Narcyz.

Mnie? złapią? a łotra puścili.

Regina.

Ty strzegłeś łotra, straże będą strzegły ciebie...
Wcześniéj téż nie wiedziano o tego potrzebie.

(łagodnie)

Ale znowu téj sprawy nie bierz tak do serca;
Pułkownik nie zastrzeli jak podły morderca,
Sąd także wzgląd mieć będzie na różne powody.

Narcyz.

Dusza we mnie wstępuje.

Regina.

Jesteś dzielny, młody.
Jesteś przystojny.

Narcyz (spuszczając oczy).

Och! och!

Regina.

Posiedzisz za kratą
Parę niedziel...

Narcyz.

Choćby cztery... dajmy na to.

Regina.

Potém.

Narcyz (p. k. m.).

Potém?

Regina.

No, potém pójdziesz na rekruta.

Narcyz.

O Pani! moja Pani! to strzała zatruta,
Co w najświetniejszą przyszłość jak piorun uderza.

Regina.

Jakto? nie masz ochoty wznieść się na żołnierza?

Narcyz.

Ochotę miałbym jeszcze, lecz kurażu nie mam.
(klękając)
Ach, ratuj, ratuj Pani, w wojsku nie wytrzymam.

Regina (p. k. m.).

Czy tak? — wstań — (rozkazując) wstań powiadam.
(łagodnie) Pomówmy spokojnie.
Czemuż nie chcesz być w wojsku?

Narcyz.

By nie być na wojnie.

Regina.

Zatém wolałbyś może pojąć sobie żonę?

Narcyz.

Ba!

Regina.

Młodą, ładną...

Narcyz.

Ba! ba! a gdzież znaleźć onę?

Regina.

Gdyby przytém sentyment posagiem był wsparty,
Może wziąłbyś dzierżawę.

Narcyz.

Wolne pańskie żarty.

Regina (p. k. m.).

Wpadłeś w topiel bezdenną... w uszy ci się leje...
Póki jestem przy tobie, póty miéj nadzieję.
Ale jak się raz cofnę, bulkniesz jak Bóg Bogiem.
Rozumiesz?

Narcyz.

Ach królowo! nie bądźże mi wrogiem.

Regina.

W rzuconéj ci gałązce znajdziesz pomoc snadną,
Mądry — chwycisz, wypłyniesz, — głupi — pójdziesz na dno.

(p. k. m)

Rozkazy już wydane, daremne wybiegi,
Jutro do kozy, pod sąd... potem marsz w szeregi.

Narcyz (padając do nóg).

Ratuj mnie Pani, ratuj, użycz swéj opieki...
Cóż ja nieszczęsny pocznę, jak zginę na wieki?

Regina (p. k. m.).

Wstań! wstań! (rozkazując) Wstań! (p. k. m.) Siadaj.
(rozkazując) Siadaj. — Bliżéj.

(Narcyz siadłszy na brzeżku stołka, przysuwa się nieśmiało ze stołkiem — p. k. m.)

Fiu! fiu! jakie
Sute włosów pierścienie... czy z natury takie?
Same się kręcą? Co?

Narcyz.

To...

Regina (seryo).

Jak?

Narcyz.

Tak... w pa... pilioty...
Na noc zawijam.

Regina.

Pyszne jak jedwabne sploty.
A z wąsikami cóż tam?.. tego już nie zgadnę.

Narcyz (śmieléj).

Przypiekam czasem.

Regina.

Proszę, ładne bardzo ładne,
I twarz ładna, rozumna... teraz trochąę blada...
Czy prawda, że za Panem sędzianka przepada?

Narcyz.

Pani...

Regina (seryo).

Prawda?

Narcyz.

Przepadła... to jest, przepadała,
Ale jak ojciec tego...

Regina.

A Marysia mała,
Siostra mojéj klucznicy, także oczkiem szuka...

Narcyz (uśmiechając się coraz śmieléj).

Hę, hę.

Regina.

A taż tłuściuchna Korkiewicza wnuka
Kocha się jak kot.

Narcyz.

Hę, hę.

Regina.

A cóż to Mocanie,
Wszystkie jak na lep!

Narcyz.

Hę, hę.

Regina.

Cóż drugim zostanie?!
Nawet i wyżéj, wyżéj coś się święci pono...
Ktoś tu przybiegł po balu...

Narcyz (zrywając się).

Och! och!

Regina (z flegmą).

Dostrzeżono.

Narcyz.

Ależ to względem ojca...

Regina (wstając i surowo).

O tém ani słowa,
Żeby cię piekli, siekli, to zguba gotowa.
Bo cała twoja zbrodnia wypłynie jak woda,
I tram tram... marsz na wojnę, a byłaby szkoda.

(z uśmiechem łagodnie)

Zresztą... czy to raz pierwszy stała tu jéj noga?
Czasami, wieczorem, co?

Narcyz.

Przysięgam na Boga...

Regina.

Co, że wolisz karabin? — Ale co to mówić,
Nie bywała, tém lepiéj... nie ma jéj czém złowić...

Lubo od takich łowów nie giną dziewczęta
Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi.
Gdzieś zdaleka pierś wzdycha, strzelają oczęta.

Narcyz.

Ależ...

Regina.

Co? — Z opiekunem każda wygra sprawę,
Łzy, łzy, potém ślub, w końcu posag na dzierżawę.
Przez jutro bądź spokojny, ufaj méj obronie.
Mądry zawsze wypłynie, a głupi utonie.
Pojutrze, choćbym chciała, już pomódz nie mogę
No, weź Wać Pan latarnią, poświecisz mi drogę.
(Odchodzą.)

Koniec aktu III.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.