<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Głownia piekielna
Wydawca S. Orgelbrand
Data wyd. 1849
Druk S. Orgelbrand
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Oskar Stanisławski
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XV.
W czasie kiedy P. Cloarek oddał się z Onezymem, Segoffin stojąc unieruchomię na tarasie ogrodowym w miejscu wzniesionem, z którego morze dokładnie było widać, opatrzony starą perspektywą oprawioną w jaszczur, uporczywie wpatrywał się w jakiś przedmiot, który zdawał się wyłącznie zajmować jego uwagę i do najwyższego stopnia obudzać jego ciekawość i zadziwienie.

Tym przedmiotem był bryg będący w oddaleniu i przesuwający się przed jego oczyma pomiędzy szczerbami nadbrzeżnych skał, przez które odkrywał się widok na morze; ponieważ statek ten lawirował od jakiegoś czasu, przeto płynąc w zygzag powinien był wkrótce zniknąć z oczu Segoffina, który następujący prowadził z sobą monolog:
— To nie podobna!.... czy to tylko sen?.... czy to ona?... tak to ona być musi!... toć to jéj maszty... jej żagle... jéj postać, jej ruchy nawet; a jednak, nie, to nie może być ona... to nie jéj pudło... nie jéj kształt... Ona ze swoją bateryą odkrytą czai się do wody jak wielorybnik.... gdy tymczasem ten statek ma parapety wysokości godnéj śmiechu i prawie niepodobnéj; a potem... ja tu wcale nie widzę burtów ze strzelnicami.... Najmniejsze czółno nie pokazuje tak przecież końca swego nosa... Nie, nie,... to nie ona? Alboż to ta siwa perukarska barwa z żółtawym brzeżkiem ma najmniejsze podobieństwo, z tą czarną suknią i czerwonym szlakiem co tak djablo wyglądała na morzu! Jeszcze raz powtarzam, to nie ona.... a jednak te nadzwyczajnie wyniosłe maszty, tak śmiało na tył podane... te liny cieniutkie jak pajęczyna... O! nie... nie ma na morzu i w piekle żadnego statku prócz Głowni Piekielnéj, coby takie posiadał maszty... coby w biegu swoim wyrównał lotowi zimorodka... ale jakiż ze mnie osieł, wszakże mam doskonały środek przekonania się o tożsamości, jak mówił pan Iwon kiedy jeszcze służył w sądownictwie i zabawiał się wyrzucaniem prezesów przez okna to rzecz najłatwiejsza w świecie... właśnie teraz zmienia kierunek.... i muszę się przekonać czy....
Tu monolog Segoffina przerwany został w jego żeglarskich spostrzeżeniach lekkiem uderzeniem które poufale spotkało jego rękę trzymającą perspektywę... Szybko więc odwrócił głowę, niezadowolony tą niewczesną zaczepką i spotkawszy się oko w oko z Zuzanną, któréj kroków w głębokiem swojem zadumaniu wcale nie dosłyszał.
— Co się stało, odstać się nie może; bodaj cię djabli wzięli, moja droga, żeby mi też aż tutaj przeszkadzać! — rzekł kommissant Iwon, przykładając spiesznie swą perspektywę do oka i szukając napowrót przedmiotu, którego śledzeniem dotąd się zajmował.
Na nieszczęście było to już zapóźno, bryg zmienił kierunek i znikł zupełnie; tym sposobem było widoczne niepodobieństwo przekonać się o tożsamości; jak sobie Segoffin pochlebiał jeszcze przed chwilą.
— Jakto? bodaj mnio djabli wzięli? A ty grubianinie — zawołała Zuzanna, — więc ty takie czynisz mi dzisiaj przywitanie?
— Pomiędzy tak dawnymi jak my przyjaciółmi, otwartość jest obowiązkiem, — odpowiedział Segoffin rzucając na morze ostatnie żałosne spojrzenie i zsuwając swoję perspektywę, — bawiłem się właśnie przyglądaniem się drobnym statkom pływającym po wodzie, jakem to sobie w młodości méj śpiewał... a ty mi przychodzisz przeszkadzać.
— Masz słuszność, Segoffinie, otwartość jest obowiązkiem między nami... i dla tego ci też powiem, że żaden głuchy nie śpi twardszym i głupszym snem od ciebie.
— Co ty wiesz o tem? na moje i twoje własne nieszczęście, Zuzanno... nigdyś jeszcze nie widziała jak ja sypiam... — odpowiedział Segoffin żartobliwie, — albo raczéj, nigdyś nie widziała, jak ja nie sypiam.
— Mylisz się bardzo, bo wczoraj właśnie pukałam do ciebie.
— Nareszcie!! — zawołał Segoffin mrugając wesoło i w sposób bardzo znaczący swojem jednem okiem, — wszakże ja ci mówiłem, pamiętasz... że się to na tem kiedyś skończy.... i tak się też stało.
— Jakto?... co się stało? — zapytała ochmistrzyni, nie chcąc zrozumieć zuchwałego żartu swego towarzysza, — na czem się to skończyło?
— Na tem, żeś przyszła w nocy, potajemnie, na paluszkach, bez światełka, samiuteczka... ażeby mi opowiadać rozmaite historyjki w moim pokoiczku... przy mojem łóżeczku.
— Panie Segoffin... jesteś bezczelny.
— Przysięgam ci, moja droga, że potrafię milczeć, i że, gdyby nie ten sen przeklęty... byłabyś przyjętą... ah!... przyjętą jak królowa miłości... i przyrzekam ci że drugim razem...
— Ponieważ jesteś na pół szalonym, i równie ślepym na umyśle jak na ciele, przeto nie zważam na twoje głupstwa... Chcę ci tylko powiedzieć że pukałam do ciebie... żądając twojéj pomocy, ratunku.
— Pomocy! ratunku! przeciw komu?
— Ale ponieważ ty zajęcze masz serce... leżałeś cichutko, udając jakobyś spał mocno i wcaleś mi nie odpowiedział.
— Powiedzże mi Zuzanno... na prawdę, cóż się to stało dzisiejszéj nocy? Czy rzeczywiście potrzebowałaś mojéj pomocy?
— Byłaby się ona na wiele przydała, o! mój Boże! możnaby cały dom spalić i zrabować... ale mniejsza o to... Pan Segoffin leży w łóżku... nie można mu więc przeszkadzać.
— Cały dom spalić i zrabować? oświeć że mnie co to ma znaczyć?
— Ma to znaczyć, że dzisiejszéj nocy chciało się tutaj dwóch ludzi zakraść... rozumiesz mnie?
— Co znowu... moja droga.... ty chyba marzysz...
— Dwóch ludzi chciało się tutaj zakraść, a to właśnie przez ten sam rów, przed którym teraz oto stoimy.
— Pozwólno,... było ich zatem dwóch?
— Tak.
— I chcieli się do nas zakraść? Właśnie przez ten rów, powiadam ci...
— Wiem ja co to znaczy... moja droga.
— Cóż takiego?
— To byli twoi dwaj kochankowie...
— Segoffinie!
— Musiałaś się pewnie omylić w dacie, albo też jednocześnie uczyniłaś dwa oddzielne wezwania... zatem...
Segoffin przerwał nagle swą mowę i nie dokończył swego złośliwego żartu...
Jego rysy, zwykle obojętne, przybrały nagle wyraz nadzwyczajnego zdumienia... a potem wyraz obawy i niespokojności; zmiana ta w jego twarzy była tak szybka, tak uderzająca, że pani Robertowa zapominając o niegrzeczności swego towarzysza, zawołała:
— Mój Boże! Segoffinie, co ci jest? czegóż tak patrzysz?
I, zwróciwszy wzrok swój w stronę, gdzie się jedyne oko starego sługi zatopiło, ujrzała w głębi alei prowadzącéj na taras, nową osobę, którą prowadziła owa lękliwa służąca, Teressa.
Właśnie przybycie tego gościa było powodem zdumienia i przestrachu Segoffina. Pomimo tego, przybysz ten nie miał wcale przerażającej postaci.
Był to człowiek niski, krępy, z ogromnym brzuchem, w pięknym szafirowym fraku, kazimirkowych spodniach koloru orzechowego, bótach z wyłogami i długiéj białéj kamizelce, pod którą kołysały się dwa złote łańcuchy od zegarka, opatrzone ogromnemi brelokami amerykańskiemi.
Przybywający, trzymał w jednéj ręce mały pręcik, którym lekko strzepywał kurz ze swoich bótów, w drugiéj zaś trzymał swój kapelusz, który w grzeczności swojéj zdjął jeszcze zdaleka, jak tylko zobaczył panią Robertową: tym sposobem można już było zdala widzieć starannie i drobno ufryzowane jego włosy pokryte białym pudrem, równie jak gęste faworyty wycięte w kształcie księżyca na nowiu; białość pudru podwyższała jeszcze rumianą, pulchną i szeroką twarz gościa, twarz którą. Segoffin częstokroć dowcipnie porównywał do ogromnéj maliny, przykrytéj w połowie białym cukrem.
W téj chwili atoli kommissant pana Cloarek, zapominając o swoich żartach, doznawał jakiegoś przestrachu, który się powiększał za każdym krokiem zbliżającego się jegomości, z upudrowaną głową i w bólach z wyłogami.
Człowiek ten, nazwiskiem Florydor Verduron, był właścicielem brygu Głownia Piekielna zwykle zostającego pod dowództwem Kapitana Kamienne-Serce.
Dotąd i to z powodów, które zresztą każdemu łatwo będzie pojąć, Cloarek ukrywał swoje prawdziwe nazwisko, jak równie miejsce, gdzie po swoich wojowniczych wyprawach udawał się na wypoczynek, i wspólny przyjaciel służył tylko za pośrednika w korrespondencyi kapitana z panem Florydorem Verduron.
Nie trudno będzie odgadnąć przerażenie Segoffina, skoro pomyślimy, że właściciel brygu, dowiedziawszy się zapewne o mieszkaniu i prawdziwem nazwisku Iwona, a nie wiedzący o jego dwoistéj roli jaką odgrywał, mógł za pierwszem słowem swojem, bez żadnéj złéj chęci, zdradzić tajemnicę, którą Cloarek tak starannie ukrywał.
Obecność armatora (właściciela okrętu) tłomaczyła także w części przybycie brygu, który Segoffin zdawał się poznawać na morzu, a którego tajemniczego przebrania nie mógł wcale odgadnąć.
W ciągu tych smutnych uwag Segoffina, pan Florydor Verduron zbliżał się coraz bardziéj, z którego to powodu Zuzanna rzekła do starego domownika Iwona:
— Któż to jest ten jegomość?... Jakiż on czerwony!... Nigdym go jeszcze nie widziała... Ale... odpowiedzże mi Segoffinie! Moj Boże!... jakże ty dziwnie wyglądasz... tyś jeszcze bledszy jak zwykle.
— To tylko przy czerwoności tego tłuściocha, wyglądam tak bladym, moja droga... — odpowiedział Segoffin zagrożony niebezpieczeństwem, którego odwrócić żadną miarą nie umiał.
Służąca idąca na kilka kroków przed armatorem, rzekła do Zuzanny:
— Pani Robertowa, ten jegomość chce się widzieć z naszym Panem w jakimś bardzo ważnym interessie.
— Wszakże ci wiadomo że pan wyszedł.
— Właśnie ja mu to mówiłam, ale powiedział że zaczeka, gdyż koniecznie musi się zobaczyć z Panem. Przyprowadziłam go więc do pani, ażeby się z nią rozmówił.
Zaledwie Teressa skończyła swoje usprawiedliwienie, pan Verduron, umiejący żyć na świecie i mający pretensyę do przyzwoitego obejścia w towarzystwie, zwłaszcza że w młodości swojéj uważany był za prawdziwego koryfeusza menueta, zatrzymał się o pięć kroków od pani Robertowéj i złożył jéj pierwszy głęboki ukłon, z wdzięcznie zaokrągionemi rękoma, łokciami wystającemi nieco, piętami doskonale zbliżonemi do siebie, i stopami ułożonemi w kształcie V.
Pani Robertowa ujęta tym pełnym poszanowania hołdem złożonym jéj płci, odpowiedziała na ten ukłon ceremonialnym i szerokim dygiem, mówiąc pocichu do Segoffina, głosem szyderskiego wyrzutu:
— Naucz się, z tego przykładu, jak człowiek uprzejmy i grzeczny powinien przystępować do kobiety.
— Niech go piorun trzaśnie, przystępowałem ja do innych rzeczy, jak tu zapewne niedługo wypaple ten nieszczęsny armator, — mruknął Segoffin pod nosem i gryząc paznokcie z gniewu i rozpaczy.
Pan Florydor Verduron, przysunąwszy się jeszcze o dwa kroki, był właśnie w drugim ukłonie, na który Zuzanna nowem odpowiedziała uszanowaniem, mówiąc znowu pocichu do Segoffina, ażeby go prześladować i zachęcić do jakiegoś współzawodnictwa:
— Prawdziwie! to jest postępowanie wielkiego pana! może nawet ambassadora jakiego!
Lecz Kommissant Iwona, zamiast odpowiedzi przyczaił się do drzewa okrytego gęstem zielonem liściem, jak gdyby chciał uniknąć niebezpieczeństwa, które tylko odwłóczył na chwilę.
Trzeci i ostatni ukłon armatora (trzy ukłony były podówczas rzeczą konieczną) był zanadto podobny do dwóch pierwszych, ażeby na osobną zasługiwał wzmiankę.
Skończywszy wstępne ceremoniały, już miał przemówić do Zuzanny, gdy wtem spostrzegł Segoffina.
— Patrzaj, jesteś tutaj, — rzekł do niego armator skinąwszy uprzejmie głową, Nie spostrzegłem cię wcale... Stary wilku morski.
— Ba! — odpowiedział Segoffin niby to uśmiechając się, gdy tymczasem tylko usta wykrzywił okropnie, — gdyby się było wilkiem morskim dla tego że się mieszka nad brzegiem.... to ta Pani, tu wskazał na Zuzannę, musiałaby być z tego tytułu morską wilczycą.
— Zawsze wesoły i żartowniś! — zawołał armator, — a jakże twoje oko... mój biedny chłopcze?
— Jak pan widzisz... kochany panie Verduron: już na nie wcale nie widzę... ale dajmy temu pokój... proszę Pana bardzo... Nje mówmy o tem, mam bowiem moje powody.
— Bardzo temu wierzę, biedaku... bo szczerze mówiąc, to istne jakieś nieszczęście, nie prawdaż, pani, — rzekł armator zwracając się do Zuzanny, — żeby też tak oko utracić od uderzenia piką!
— Jakto? — zawołała pani Robertowa, spoglądając na Segoffina z zadziwieniem, — jakto od uderzenia piką?...
— To tylko przenośnia taka, — odpowiedział Segoffin heroicznie, zdobywając się na grymas jeszcze więcéj skomplikowany. — Pan Verduron, który zawsze bardzo jest dowcipny, nazywa mój wypadek, przez który oko utraciłem, uderzeniem piki, oto cała historya. Ale zawsze to jest winą tego niegodziwca optyka w Lugdunie.
Ostatnie słowa zwrócone wyłącznie do Zuzanny, zostały tak cicho wymówione, że je tylko ona sama usłyszała, zwłaszcza że armator rozweselony żartem Segoffina, śmiał się z całego serca i nie wiedział wcale co jego znajomy na końcu powiedział.
Poczem Zuzanna odezwała się do armatora:
— Służąca uwiadomiła mnie właśnie, że Pan życzyłeś sobie widzieć się z panem Cloarek w jakimś interesie bardzo ważnym.
— Tak jest, piękna pani, w interessie bardzo ważnym, — odpowiedział armator zalotnie. — Zapewne to mam zaszczyt mówić z jego małżonką;... w takim razie, ja...
— Daruj Pan... jestem tylko ochmistrzynią Panny Cloarek.
— Jakto? Kap...
Ta pierwsza zgłoska nie wyszła jeszcze z ust armatora, gdy Segoffin krzyknąwszy nagle z całych płuc swoich i uderzywszy silnie Zuzannę w rękę, zawołał:
— Ah! mój Boże... patrzajże... patrzaj!...
Ochmistrzyni tak została przerażona i głosem i poruszeniem Segoffina, że sama krzyknęła jeszcze głośniéj i przez to samo nie usłyszała owéj zgłoski tak zatrważającej. Dla tego też zaledwie przyszła do siebie z tego przestrachu, rzekła do starego sługi z wielką cierpkością:
— To jest rzecz nieznośna, przestraszyłeś mnie okropnie... Drżę jeszcze cała...
— Ale patrzajże tam, — dodał Segoffin wyciągając rękę w kierunku skał nadbrzeżnych, — trudno temu uwierzyć... słowo honoru.... to rzecz nadprzyrodzona.
— Co takiego? — zapytał armator śledząc oczyma w kierunku przez Segoffina wskazanym, — cóż ty tam widzisz?
— Nie, gdyby mi nawet przysięgano, że to być może, — głowębym sobie dał urżnąć i jeszczebym powiedział że to nie jest.
— Ale cóż takiego? — wtrąciła Zuzanna, która pomimo urazy swojéj, czuła obudzającą się ciekawość, — o czemże ty mówisz?
— To cud jakiś, — mówił daléj Segoffin z pewnym rodzajem kornego uwielbienia, — człowiek prawie nie wié, czy jest na jawie, czy też marzy tylko.
— Pytam cię jeszcze raz, co to znaczy? — zawołał armator z równą niecierpliwością jak ochmistrzyni, o czem ty mówisz? gdzie mamy patrzeć?
— Widzisz Pan, rzekł Segoffin nie mieszając się wcale, — tamtą skałę urwistą... na lewo.
— Na lewo, powtórzył armator naiwnie, — na lewo od czego?
— Do licha, na lewo od téj drugiéj skały... dodał Segoffin.
— Jakiéj drugiéj skały? — zapytała znowu Zuzanna, — jakiej drugiéj skały?
— Jakiéj drugiéj skały? — powtórzył jeszcze kommissant, więc nie widzicie téj wielkiéj białéj skały... tam daleko... co wygląda jak wieża jaka?
— Tak... widzę ją, — odpowiedział armator.
— Dobrze!.... więc cóż daléj?.... — rzekła Zuzanna.
— Czy nie widzicie państwo, na saméj górze... na jednym z jéj boków... jakby światło błękitne?
— Światło błękitne! — powtórzył armator wytrzeszczając oczy, i osłaniając je ręką jak daszkiem... światło błękitne... na skale?
— Tak jest... ot tam... ha! do stu piskorzy... patrzajcie... teraz zamienia się na czerwone! — zawołał Segoffin. — Czy nie widzicie?... Hę? Nie jestże to dziwne? niepojęte? Ale pójdźmy, pójdźmy, panie Verduron, przypatrzemy mu, się zbliska, — dodał Segoffin zabierając się do odprowadzenia z sobą armatora, — pójdźmy... pójdźmy.
— Ażeby je widzieć zbliska, — rzekł pan Verduron, — trzeba je pierwéj widzieć zdaleka, a niech mnie djabli wezmą, jeśli ja cośkolwiek widzę, dodał armator. — A pani czy widzi co?
— Nic a nic nie widzę, Panie.
Segoffin byłby się może starał jeszcze więcéj przedłużać ułudę swych ofiar, i pokazywać im jeszcze dłużéj rozmaite kolory, lecz zbliżenie się nowego niebezpieczeństwa zwichnęło zupełnie jego siłę wynalazczą.
O dwa kroki od siebie usłyszał głos Sabiny.
Rzeczywiście, nie widząc pana Verduron, którego Segoffin z Zuzanną zasłaniali, dziewica nadbiegając do nich, zapytała:
— Komuż się tak przypatrujesz, moja dobra Zuzanno?
— Panna Sabina! — pomyślał Segaffin z rospaczą w sercu, — tego mi jeszcze brakowało.. wszystko stracone!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Oskar Stanisławski.