Klasztor della Barbara/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Klasztor della Barbara
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV
SĘPI DZIÓB W OPAŁACH

Wydaje slę często, że Opatrzność zdecydowała się pobłażać zuchwalcom, utrudniać triumf dobra. Nie należy jednak poddawać się zwątpieniu, drogi bowiem Opatrzności nie są naszemi drogami. — —
Załatwiwszy się w Meksyku z koniecznemi wizytami, Kurt wsiadł na koń i opuścił stolicę w towarzystwie marynarza Petersa.
Jadąc bystro, dotarli w krótkim czasie do miasteczka Tuli. Tu przyłączyli się do nich Sępi Dziób i Grandeprise i ruszono w dalszą drogę.
Kurt miał dobre mapy, obydwaj strzelcy byli idealnymi przewodnikami.
Uchodząc przed pościgiem, Cortejo i Landola nie jechali szosą, lecz wynajęli jako przewodnika pewnego metysa; wskutek złego stanu bocznych dróg górskich, posuwali się bardzo wolno. Kurt jechał szosą. Liczył na to, że przybędzie do Santa Jaga przed obydwoma złoczyńcami. Rachuba ta okazała się niestety, mylna.
Następnego wieczora przybyli do miasta Zimapam. Tu zastali wojsko. Miasto obsadzili Francuzi; zamierzali udać się pod dowództwem swego generała do Queretaro, stamtąd zaś przez Meksyk do portu Veracruz. W północnej stronie miasta stali żołnierze cesarscy pod wodzą osławionego generała Marqueza. Mieli obsadzić miasto po wyjściu Francuzów. Dyscyplina panowała tu jednak słaba, i całe szeregi cesarskich chodziły wieczorami do miasta, aby się bratać z francuskimi kolegami.
Kurt musiał sobie torować drogę poprzez tłum żołnierzy. Najchętniej byłby spędził noc pod gołem niebem, w namiocie, ale obydwaj strzelcy odradzali to ze względu na sąsiedztwo niedyscyplinowanego wojska, gotowego do gwałtów, przed któremi chronią mury miasta.
Przypuszczenie okazało się mylnem. Miasto roiło się od żołnierzy. Było podobne do słoika, w którym pełno chrabąszczów, robaków, poczwarek i czerwi. Kurt wędrował wraz z towarzyszami od venty do venty, od posady do posady, od domu do domu, napróżno szukając schronienia choćby na godzinę. Potrzebowali go bardzo nietylko ludzie, ale i głodne, spragnione konie.
Od pewnej starej Indjanki, siedzącej w podartej, brudnej koszuli przed rozwaloną chałupą dowiedzieli się wreszcie, że tuż koło miasta płynie potok, nad którym rośnie bujna trawa. Postanowili więc rozbić nad potokiem namioty.
Niestety, i tutaj miejsca nie było. Rozlokowała się kawalerja francuska. Kurt musiał się zadowolić maleńkim skrawkiem ziemi tuż przy potoku, u którego można było przynajmniej konie napoić. Wokoło naszego małego oddziałku płonęły ogniska; przy ich świetle widać było dokładnie twarze przybyszów.
Okoliczność ta nietylko pozbawiła naszą kompanję spokoju i wypoczynku, lecz skierowała na nią uwagę żołnierzy, co się fatalnie skrupiło na strzelcach.
Tuż obok leżał oddział, składający się z jakichś trzydziestu kawalerzystów. Żuli mocny meksykański tytoń i rozprawiali o swoich przygodach wojennych. Rozmową kierował z wielką godnością stary sierżant.
Gdy Kurt wraz z trzema towarzyszami rozłożył się wpobllżu, po żołnierzach poszedł pomruk.
— Czego chcą ci ludzie? — zapytał jeden z nich. — Czy mają prawo tu biwakować?
— Czy mamy pozwolić, aby się obok rozkładały osoby cywilne? — mruknął drugi.
— Meksykańskie włóczęgi to nie sąsiedztwo dla munduru — oświadczył trzeci.
Czwarty zaś zwrócił się do sierżanta:
— Sierżancie, czy mamy na to pozwolić?
Zapytany pogładził brodę i odparł:
— Pożytku nam nie przynosi.
— W takim razie obowiązkiem waszym jest uwolnić nas od sąsiedztwa tych ludzi.
Widząc, że stary się waha, jakiś młody żołnierz rzekł:
— Boicie się może cywila?
Sierżant rzucił żołnierzowi miażdżące spojrzenie:
— Milcz, żółtodziobie! Nosiłem bagnet, gdyś ty jeszcze latał bez spodni. Pokażę wam zaraz, jak te cywile uciekać przede mną będą.
Podszedł do naszej czwórki. Kurt leżał na trawie z cygarem w ustach. Trzej pozostali rozłożyli się na brzegu potoku i pilnowali koni.
— Czego tu chcecie? Wstawać i wynosić się!
Sierżant wypowiedział te słowa do Kurta grzmiącym głosem, czyniąc odpowiedni ruch ręką. Kurt odparł ze spokojem:
— Sierżancie, jaką kwaterę przeznaczono wam na noc dzisiejszą?
Oburzony starzec odpowiedział donośnym głosem:
— Co? Pytacie o moją kwaterę? Jakiem że to prawem? Czy nie wiecie, że wstać należy, kiedy się rozmawia z podoficerem Jego Cesarskiej Mości?
— Dobrze, wstanę, ale na waszą odpowiedzialność, — rzekł Kurt ze swobodą. — Podkreślam, że robię to dla świętego spokoju i powtarzam pytanie: jaką kwaterę przeznaczono wam na noc dzisiejszą?
— To nie wasza sprawa!
— Owszem, moja. Jeżeli oddział wasz otrzymał rozkaz rozbicia tutaj namiotów, ustąpię chętnie. Jeżeli jednak macie kwaterę w mieście, zostanę, bo prawo moje do tego miejsca nie jest gorsze od waszego.
Stary spojrzał na młodzieńca ze zdumieniem.
— Coście wy za jeden? Zachowanie wasze każe przypuszczać, że się znacie na przepisach służbowych.
Podczas rozmowy sierżanta z Kurtem zaciekawieni żołnierze otoczyli ich szerokim kołem.
— Umiecie czytać, sierżancie? — zapytał Kurt.
Mille tonnerres! — zaklął stary. — Jak śmiecie wątpić?
Kurt odparł ze spokojem:
— Pytam, ponieważ znałem wielu sierżantów analfabetów. Choć mógłbym odwołać się do waszego komendanta, nie wzgardzę rozmową z wami. Czytajcie, kolego!
Wyciągnął z pośród papierów paszporty, sporządzone w języku francuskim, i wręczył sierżantowi.
— Nie wierzę, aby się tam znalazło co mądrego, — mruknął stary, Podszedł do ognia, aby dokładnie obejrzeć dokumenty. Ledwie skończył czytać, wyprostował się jak struna i rzekł:
— Przepraszam, panie poruczniku! Nie mogłem przewidzieć.
— Trzeba było poinformować się naprzód. Gdzie jest wasza kwatera?
— W mieście.
— Zostanę więc tutaj. Możecie odejść.
Stary zrobił pół obrotu i pomaszerował na dawne miejsce. Dokoła rozległy się szepty.
— Dlaczego nie poszedł sobie? — zapytał jeden z żołnierzy.
— Ponieważ nie mamy prawa wypędzać go. To oficer pruski, a ja go tak brutalnie potraktowałem. Szczęście, że jutro stąd odchodzimy.
— Jaka ranga?
— Porucznik.
— Tylko? Pah!
— Ale porucznik huzarów gwardyjskich! W dodatku jeszcze służy w sztabie generalnym.
Słowa te ostudziły nieco zapały. Mimo to żołnierze wściekali się, że stary podoficer pozwolił się tak potraktować cywilom. Wieść o zajściu rozniosła się lotem błyskawicy. Żołnierze zaczęli pielgrzymować do miejsca, na którem leżał Kurt, oraz do grupki, wśród której znajdował się stary sierżant.
Zjawił się między innymi pewien dragon, który brał udział w walkach na północy kraju. Dowiedziawszy się, co zaszło, obejrzał przybyszów.
Sacrébleu! — zawołał zaskoczony. — Tego znam!
— Oficera? — zapytał sierżant.
— Nie. Tego drugiego, z długim nosem. Głowę daję, że walczyłem z nim twarzą w twarz. Pozabijał wielu naszych. Było to w bitwie pod Cena Sonores.
Słowa te wywarły niesłychane wrażenie.
— Co takiego? Więc to wróg?
— Tak. Był u Juareza. To amerykański strzelec. Nazywają go Sępim Dziobem.
— A więc jest szpiegiem? — zawołał ktoś półgłosem.
— Czyś pewien, że się nie mylisz? — szepnął sierżant do dragona.
— Wykluczam pomyłkę. Pójdę po Mallou i Rénarda. Walczyli razem ze mną. Poznają go.
— Idź, mój synu! Zaczyna mi coś świtać. Oficer niemiecki w cywilnem ubraniu w otoczeniu szpiega Juareza i jeszcze dwóch, którzy są zapewne szpiegami, — toby był dopiero połów!
— Wtedy pokażemy im, gdzie mają nocować. Ale gdzie? Ha, ha, ha!
— Cicho, chłopcy! — rozkazał starzec. — Ci ludzie nie powinni przeczuwać, co się tu święci, inaczej gotowi nam zbiec.
— Zbiec? — rzekł młodzieniec, który przed chwilą okazywał taki zapał. — To niemożliwe!
— Język za zębami, mój chłopcze! — ciągnął stary. — Musisz naprzód poznać strzelców; wtedy dopiero zrozumiesz, co są warci. Jeżeli Juarez zdobędzie znowu ten kraj, to tylko dzięki dyscyplinie, wytrwałości i niezwykłej odwadze strzelców.
W tej samej chwili wrócił dragon w otoczeniu dwóch swoich kamratów.
— Oto Rénard i Mallou — rzekł. — Niech poświadczą, czy mam rację.
— Chłopcy, — zwrócił się do nich sierżant — przypatrzcie się dobrze temu człowiekowi z długim nosem, który leży nad potokiem. Wasz kamrat twierdzi, że nos ten jest wam znany.
Obydwaj żołnierze spełnili polecenie. Rénard rzekł:
Parbleu! Znam tego łotra! To sławny strzelec amerykański Sępi Dziób.
— Należy do wojsk Juareza — dodał Mallou. — Wielu naszych padło od jego kul.
— Co? Więc znacie go osobiście? — zapytał sierżant, który uważał, że należy ustalić dokładnie stan faktyczny tak ważnej sprawy.
— Nie mam wątpliwości, że to on. Wykluczam pomyłkę. Kto w życiu widział tę twarz, ten się nie pomyli, sierżancie.
Hm — mruknął stary. — Mogą to być dla tych ludzi niezwykłe tarapaty. Czy znacie któregoś z pozostałych?
— Nie.
— To zresztą nie ma znaczenia. Obowiązkiem naszym jest ująć tych ludzi. Trzeba postępować ostrożnie, jeden z nich bowiem jest oficerem. Zamelduję o wszystkiem generałowi. Ci trzej pójdą razem ze mną. A reszta niech chwilowo zachowa spokój i niech z nich nie spuszcza oka.
Odszedł z trzema żołnierzami, którzy mieli świadczyć wobec generała. Tymczasem Kurt wypoczywał spokojnie, nie przeczuwając nawet, co grozi jego osobie i otoczeniu.
Po upływie jakiejś półgodziny zjawił się capitaine de cavalerie w otoczeniu uzbrojonych żołnierzy. Sierżant przyprowadził go tutaj. Trzech żołnierzy generał zatrzymał jako świadków.
Żołnierze, towarzyszący oficerowi, usunęli się nieco nabok. Tymczasem rotmistrz podszedł do Kurta, który podniósł się z murawy, zaciekawiony, czego też oficer francuski chcieć może od niego. Rotmistrz obserwował go przez chwilę w milczeniu, poczem zapytał:
Monsieur, mam wrażenie, że nie jest pan stałym mieszkańcem tego miasta.
— Ma pan rację — odparł uprzejmie Kurt.
— Jest pan w podróży?
— Tak.
— Skąd pan przybywa?
— Z Niemiec.
Oficer przymknął oczy i rzekł:
— Z Niemiec? Ach! Chciał pan zapewne powiedzieć z Austrji?
— Nie. Z Prus.
— Z Prus? Hm. Uważa pan, że to dobra rekomendacja?
Kurt spojrzał na oficera ze zdumieniem.
— Przyznam się, że nie rozumiem pańskiego pytania.
Rotmistrz wstrząsnął lekceważąco ramieniem.
— Zrozumie pan wkrótce. Niech mi pan powie, jaki jest cel pańskiej podróży?
— Udaję się naprzód do Santa Jaga, później do hacjendy del Erina.
Ah, przypominam sobie tę nazwę. To zapewne ta sama hacjenda, która się tak doskonale nadaje do biwakowania.
— Tego nie wiem. Nigdy tam nie byłem.
— W jakim celu pan podróżuje?
— Jadę w sprawach osobistych. Mam nadzieję spotkać tam krewnych.
— Czy towarzyszące panu osoby należą do służby?
— Są to raczej przyjaciele.
— Aha. Hm. Przyjaciele. Czy jeden z nich nie nazywa się Sępi Dziób?
— Owszem.
— W takim razie proszę o pofatygowanie się ze mną do generała, który jest komendantem miasta.
Kurt spojrzał nań ze zdumieniem:
— Cóżto ma znaczyć?
— Nie jestem upoważniony do udzielania w tym względzie informacyj.
— Czy mam panu towarzyszyć jako jeniec?
— Nie chcę używać tego słowa. Generał polecił mi sprowadzić pana wraz z towarzyszami.
— Jesteśmy na pańskie usługi, panie rotmistrzu.
— Dobrze. Proszę za mną!
Ujęli konie za uzdy i ruszyli, pod eskortą żołnierzy i rotmistrza.
— Przeklęta historja! Czego chcą od nas? — szepnął Sępi Dziób do strzelca Grandeprise’a, wypluwając kawał tytoniu, na miejsce którego wpakował drugi o kolosalnych rozmiarach.
— Któż to wiedzieć może? — odparł zapytany. — Może podejrzewają, że jesteśmy szpiegami.
— Byłaby to ładna gwiazdka! Słyszałem, że jeden z tych ananasów wymienił moje imię. Cóż generała obchodzić może?
— Wkrótce się o tem dowiemy.
— W każdym razie będziemy mieli zaszczyt mówić z samym generałem. Niech go wszyscy djabli porwą!
Minąwszy konne oddziały żołnierzy, dotarli do miasta i zatrzymali się przed główną kwaterą komendanta. Natychmiast zaprowadzono ich do generała. Zebrani u niego liczni oficerowie obrzucili wchodzących ponuremi spojrzeniami. Rotmistrz zatrzymał się wraz ze swymi żołnierzami przy drzwiach, aby mieć aresztowanych na oku.
Generał zwrócił się przedewszystkiem do Sępiego Dzioba i przez kilka chwil przyglądał się z wesołą miną jego niezwykłej twarzy. Potem rzekł:
— Nazwisko?
Sępi Dziób skinął uprzejmie głową i powtórzył:
— Tak, nazwisko.
Generał zdumiał się i zapytał ponownie.
— Nazwisko?
Wypowiedział to słowo tonem groźnym, lecz strzelec udawał, że groźby wcale nie wyczuwa. Uśmiechnął się do generała i zwrócił doń zapanbrat:
— Oczywiście, że nazwisko.
— Człowieku, co wyprawiasz? Pytam o nazwisko pana! — zawołał generał w pasji.
— Ach tak, chce pan wiedzieć, jak się nazywam? Nie miałem pojęcia. Stawiając pytania, kokietował pan przez cały czas mój nos. Ponieważ nosowi zawdzięczam swe imię, byłem pewien, że je pan zna. Tymczasem okazuje się, że zaszła omyłka.
— Do djabła! Przecież się samo przez się rozumie, że pytam o nazwisko!
— O nie! Gdy mi ktoś powie: — Czcigodny sennorze, niech pan będzie łaskaw powiedzieć swe szanowne nazwisko, — wiem, czego ode mnie chcą. Ale gdy ktoś mówi: — Nazwisko! — mogę tylko przypuszczać, że ma względem mego nazwiska djabli wiedzą jakie zamiary!
Generał nie wiedział, co sądzić. Czy ma przed sobą zuchwalca, czy człowieka ograniczonego? Pohamował jeszcze wybuch gniewu.
— No, więc teraz już pan wie, że chcę usłyszeć nazwisko.
— Prawdziwe, czy przybrane?
— Prawdziwe.
— Prawdziwe? Hm. Z tem będzie trudniej — rzekł Sępi Dziób po namyśle.
Generał zmarszczył czoło.
— Jakto? Czy ma pan jakąś podstawę do tego by nie posługiwać się prawdziwem nazwiskiem? Nosi pan przybrane imię? To wzbudza podejrzenia!
— Z tem będzie trudniej — powtórzył Sępi Dziób lekceważąco. — Od tak dawna nikt nie nazywał mnie prawdziwem imieniem, że je prawie zapomniałem.
— Więc przypomnij pan sobie. No?
Hm. Mam wrażenie, że się nazywam William Saunders.
— Skąd?
— Skąd się tak nazywam?
— Nie. Skąd pochodzicie? — zagrzmiał generał.
— Ze Stanów Zjednoczonych.
— A drugie nazwisko?
— Sępi Dziób.
Ah! To nom de guerre! Chętnie nadają je sobie przestępcy. Któż pana tak nazwał?
— Towarzysze.
— Spodziewałem się. Mieszkali zapewne w tylnych kwaterach?
— W tylnych kwaterach? — rzekł Sępi Dziób ze zdumieniem. — Pierwszy raz słyszę podobne określenie. Brzmi obiecująco. Cóż ma oznaczać?
— Przypuszczam, że ludzie ci obawiali się światła dziennego.
Ah! Zapewne mówi pan o opryszkach i im podobnej hołocie?
— Tak — potwierdził generał.
Pffttf, pflttf...!
Splunął tak blisko głowy oficera, że ten cofnął się z przerażeniem i, raczej zdziwiony, niż zły, zawołał:
— Człowieku, cóż ci strzeliło do głowy! Nie wiesz, z kim rozmawiasz?
— Owszem, wiem, — rzekł Sępi Dziób jowialnie.
— Zachowuj się więc pan odpowiednio! Któż był pańskim kompanem?
— Kompanem? Niech mnie wysmażą w smole, jeżeli wiem, co pan przez to słowo rozumie. Czy chodzi o moich towarzyszów?
— Tak.
— To dzielni, tędzy chłopcy, którym wszystko jedno, czy mają do czynienia z generałem, czy z papugami. Byli to strzelcy, trapperzy squatterzy i Indjanie. Trzeba panu wiedzieć, że niema prawie strzelca w sawanie, któryby nie miał jakiegoś przezwiska. Jeden zapożycza je od jakiegoś przymiotu, inny od jakiejś wady. Największą moją zaletą jest nos. Czyż można się dziwić, że te przeklęte bestje nazwały mnie Sępim Nosem, lub Sępim Dziobem?
Generał nie wiedział, jak ma ocenić zachowanie się trappera. Przeszedł więc do sprawy właściwej.
— A więc jesteś pan strzelcem prerji? Czy zawsze zajmował się pan tylko myślistwem?
— Nietylko. Oprócz polowania, jadłem, piłem, spałem, cerowałem sobie spodnie, żułem tytoń i zajmowałem się podobnemi rzeczami.
Mille tonnerres! Żartuje pan sobie ze mnie?
— Nie.
— Nie radziłbym! Zna pan Juareza?
— Owszem. Bardzo dobrze.
— Walczył pan pod jego rozkazami?
— Przeciw Francuzom? Tak. Oni walczyli przeciwko mnie, ja przeciw nim.
— Zabił pan jakichś Francuzów?
— Być może. Podczas walki trudno biegać za kulami i patrzeć, czy kogo nie trafią.
— Brał pan udział w bitwie pod Cena Sonores?
— Tak.
— Zna pan tych ludzi?
Generał wskazał na trzech żołnierzy, których zatrzymał jako świadków. Sępi Dziób przyjrzał się im badawczo:
— Owszem. Znam ich. Widziałem ich niedawno za miastem.
— A przedtem?
— Nie przypominam sobie. Zresztą, ani mnie to grzeje, ani ziębi.
— Ci trzej ludzie obserwowali was pod Cena Sonores.
— To możliwe.
— Twierdzą, że strzela pan bardzo trafnie.
— Tak? Bardzo mnie to cieszy! Dobry strzelec z przykrością dowiaduje się, że strzelał napróżno.
— Dosyć błazeństwa! — zawołał generał ze złością. — Chodzi tu o śmierć i życie!
Sępi Dziób zdumiał się.
— O śmierć i życie? Jakżeto?
— Sam pan tego nie rozumie? Jeżeli tak, to należy się litować nad pana ubóstwem umysłowem. Strzelał pan do Francuzów, jesteś więc mordercą.
— Mordercą? — zapytał szybko Sępi Dziób.
— Tak. A z mordercami rozprawiamy się krótko.
— Racja. Pakuje im się kulę w łeb, lub wiesza na stryczku, — potwierdził Sępi Dziób. — Któż mi jednak udowodni, że jestem mordercą?
— Już sprawa udowodniona.
Oho! Jestem kombatantem, nie mordercą. Zaczyna mi coś świtać w głowie. Ci trzej widzieli mnie podczas bitwy; teraz poznali i donieśli.
— Istotnie. Dekret cesarski każe rozstrzeliwać buntowników.
— Buntowników? Pffttf, pffttf!
Splunął nad głową generała, gasząc ciemną śliną jedną ze świec łojowych, które stały na stole.
— Ja mam być buntownikiem? — powtórzył. — Panie generale, czy będzie pan łaskaw przeczytać te papiery?
Wyciągnął z kieszeni kilka dokumentów i podał jeden generałowi. Rzuciwszy nań okiem, oficer zawołał:
Ah, więc był pan amerykańskim kapitanem dragonów?
— Tak. Można nim zostać mimo długiego nosa.
Generał puścił tę uwagę mimo uszu.
— To pana nie uratuje. Przyłączył się pan do meksykańskiej bandy.
— Czy wojsko Juareza jest bandą? Proszę i to jeszcze przeczytać.
Podał drugi dokument. Generał przeczytał i odparł, potrząsając ramionami:
— To patent wystawiony przez Juareza, że jest pan kapitanem ochotniczych strzelców.
— No tak. Spotkałem przypadkowo Juareza. Byłem mu potrzebny. Okazało się, że kroczymy temi samemi drogami, przyłączyłem się więc do niego otrzymałem i dowództwo nad kompanją strzelców.
— Jest więc pan zbiegiem?
— Któż to twierdzi?
— Ja! Walczył pan pod Juarezem, mimo, ze jesteś oficerem Stanów Zjednoczonych.
— I dlatego mam być zbiegiem? Gdybym nawet uciekł, nie kto inny ma mnie sądzić, tylko mój prezydent. Dostałem bezterminowy urlop. Prezydent pozwolił mi walczyć pod Juarezem. Nie jestem ani zbiegiem, ani mordercą!
— Gdybym nawet nie przywiązywał wagi do tego, o czem pan mówi, pozostaje fakt, że jako żołnierz Juareza znalazł się pan w naszym obozie. Powinieneś wiedzieć, czem się to skończyć może.
— Niewolą?
— O nie! Czemś znacznie gorszem. Pan zakradł się tutaj. Pan jest szpiegiem!
Oho! — zawołał Sępi Dziób. — Nie jestem już kombatantem. Oto dowód.
Wyciągnął trzeci papier. Rzuciwszy nań okiem, generał rzekł:
— Dokument dowodzi, że Juarez zwolnił pana ze służby, ale nie zmienia istoty rzeczy. Złapano pana w obozie. Jesteś szpiegiem.
— Czy każdy obcy, przybywający przypadkowo na miejsce postoju wojsk, jest szpiegiem?
— Dowodzenie pana nie jest zbyt mądre. Nie mam zresztą ani czasu, ani ochoty dyskutować z wami dłużej. W myśl dekretu cesarskiego, każdy, kto przeciw wojskom cesarza stanie z bronią w ręku, uważany być winien za buntownika i ponieść śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok na was już zapadł.
Trapper wyprostował się i rzekł z dumą:
— Generale, jest pan poddanym cesarza Francji, który uznał cesarzem Meksyku arcyksięcia austriackiego Maksymiljana, musi się więc pan stosować do rozkazów Napoleona i Maksymiljana. Ale ja jestem obywatelem Stanów Zjednoczonych. Mój prezydent nie uznaje i nie uznawał nigdy cesarza Meksyku. Zarządzenia więc arcyksięcia austrjackiego są dla mnie i dla mego prezydenta najzupełniej obojętne.
— Zobaczymy, jak pan wyjdzie na tej obojętności. Na terytorjum naszej władzy będą wobec pana stosować nasze ustawy.
— Nie radzę! Protestuję przeciw wszelkiemu gwałtowi. Mój prezydent potrafi zażądać za mnie i za siebie satysfakcji.
Pah! Prezydent kramarzy... — zawołał jenerał z pogardą.
Pffttf! — plunął Sępi Dziób przez cały pokój, pozostawiajac znak na ścianie. — Kramarzy? — zawołał. — Niech mi pan generał powie, dlaczego wojska opuszczają teraz Meksyk? Napoleon każe wam maszerować do domu, ponieważ prezydent kramarzy oświadczył, że nie zniesie dłużej obecności jego wojsk w Meksyku. Widać z tego, że ci kramarze nie w ciemię bici, że cieszą się w Europie szacunkiem.
Po raz pierwszy ktoś odważył się mówić z generałem w podobny sposób. Sępi Dziób stał w dumnej postawie, wsparty na swej strzelbie. Zdawałoby się, że to on jest komendantem, generał zaś jeńcem. Oficer byłby już dawno dał rozkaz rozstrzelania go, ale musiał się liczyć z okazanemi dokumentami, których znaczenie dobrze rozumiał. Rzekł więc wyniośle i ozięble:
— Zniżyłem się, by zbadać pańską sprawę. — Teraz milczeć i słuchać, co będzie dalej!
— Jestem bardzo ciekaw — rzekł Sępi Dziób.
Generał zwrócił się do Grandeprise’a:
— Wasze nazwisko?
— Grandeprise.
— Skąd pochodzicie?
— Z Nowego Orleanu.
— Jesteście więc również obywatelem Stanów Zjednoczonych?
— Tak, byłem nim, potem na jakiś czas być przestałem, teraz jestem znowu.
— Jak to mam rozumieć?
— Jestem strzelcem, mieszkam na texaskim brzegu Rio Grande.
— Walczyliście pod Juarezem?
— Nie.
— Co tu robicie?
— Jestem w służbie u porucznika Ungera.
— A wy? — zapytał Francuz marynarza Petersa.
— Jestem marynarzem, nazywam się Peters. Mam w Meksyku załatwić pewną prywatną sprawę. Oto moje papiery.
Odpowiedź była lakoniczna, lecz dokładna. Generał przejrzał papiery i zapytał:
— Jesteście również w służbie u tego pana?
— Tak.
— Mimo, iż macie prywatne interesy do załatwienia?
— Przypadkowo mamy identyczne interesy.
— Przypuszczam, że wkrótce się o nich dowiemy.
Po tych słowach generał zwrócił się do Kurta, który spokojnie przysłuchiwał się rozmowie, niby widz przypadkowy. Generał zapytał:
— Pańskie nazwisko?
— Oto moje papiery! — rzekł Kurt ostro i krótko.
Przeczytawszy, generał przyglądał się Ungerowi badawczo przez długą chwilę. Wreszcie zapytał:
— Nazywa się pan Kurt Unger, jest pan porucznikiem huzarów gwardji w Berlinie, odkomenderowanym do sztabu słynnego dziś Moltke’go?
Po tych słowach generał uśmiechnął się ironicznie. Kurt odparł ze spokojem:
— Poco to pytanie, panie generale? Czytał pan przecież papiery i zna pan moje personalja. Pocóż powtarzać?
— Mówi pan z wielką pewnością siebie — rzekł, uśmiechając się, generał. — Mam wrażenie, że ten ton wyniosły stał się u Prusaków drugą naturą. Stawiam pytanie, ponieważ trudno mi uwierzyć w prawdziwość pańskich papierów. Nie przypuszczam, aby człowiek, podający się za oficera, był szpiegiem.
Kurtowi krew uderzyła do głowy, ale opanował się.
— Generale, wypowiedział pan słowo „szpieg“. Albo musi pan dać dowody, że tak jest, albo też ja muszę otrzymać satysfakcję.
— Tylko nie tak wyniośle, mój młody poruczniku! Niech pan raczy mi powiedzieć, skąd pan przybywa?
— Z Meksyku.
— Czy odwiedzał pan tam jakichś Niemców?
— Owszem. Pełnomocnika Prus v. Magnusa.
— Ah tak. W sprawach urzędowych?
— Nie. W prywatnych.
— Dokąd pan chciał się stąd udać?
— Do Santa Jaga i hacjendy del Erina.
Sacré! Do tej sławnej, a raczej osławionej hacjendy? Czy wiadomo panu, że hacjenda znajduje się teraz w rękach Juareza?
— Owszem.
— To wystarczy. Przybywa pan ze stolicy, udaje się pan do Juareza.
— Przybywam ze stolicy, udaję się w osobistych sprawach do Santa Jaga, — odparł Kurt. — Później udam się zapewne do hacjendy. Któż twierdzi, że szukam Juareza?
— Należy się tego spodziewać.
— A więc to tylko przypuszczenie! Nie sądzę, by ha podstawie przypuszczeń można było obrażać i więzić oficera i gentlemana.
— Znajdę dowody! — huknął generał. — Przeszukać tych ludzi!
— Protestuję przeciw tego rodzaju postępowaniu! — zawołał Kurt z oburzeniem.
— Protest nie ma najmniejszego znaczenia. Rozkaz zostanie wykonany!
Przyniesiono tłumoki wszystkich czterech, przeszukano im nawet kieszenie. Opór Kurta nie zdał się na nic.
— Gdyby pan nawet nie był szpiegiem, — grzmiał generał — gdybym nawet chciał ułaskawić tego Sępiego Dzioba, musiałbym was zatrzymać w areszcie.
— Dlaczegóż to? — zapytał Kurt.
— Sądzi pan, że pozwolę wam pójść do Juareza, aby się dowiedział, co się u nas dzieje? Rotmistrzu, proszę wydzielić tej czwórce kwaterę!
Nastąpiła gwałtowna wymiana zdań. Nasi czterej podróżnicy musieli oddać wszystko, prócz przedmiotów najniezbędniejszych. Potem zamknięto ich i otoczono strażą. O ucieczce nie mogło być mowy. Generał mścił się za wyniosłość Sępiego Dzioba i Kurta.
Następnego dnia powleczono gdzieś wszystkich czterech. Kurt napróżno spodziewał się uwolnienia, napróżno żądał posłuchania — nikt na niego nie zważał. Odzyskali wolność dopiero po upływie szeregu dni. Oddano im również zabrane rzeczy. Mimo pogróżek, generał nie odważył się postawić Sępiego Dzioba przed sąd wojenny.
Można sobie wyobrazić, jaka wściekłość ogarnęła naszą czwórkę. Postanowiono wprawdzie zwrócić się do przedstawicieli swych państw, ale o nadrobieniu straconego czasu nie mogło być przecież mowy.
Ku swej rozpaczy podróżnicy nasi musieli stwierdzić, że Cortejo i Landola im uszli. Zamienili wyczerpane konie na wypoczęte i ruszyli galopem ku Santa Jaga. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.