Klasztor della Barbara/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Klasztor della Barbara
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V
PIRNERO U CELU

Kto wierzy w Boga i Opatrzność, ten wie, że Stwórca wtedy właśnie ściąga nici losu, gdy się człowiek tego najmniej spodziewa i gdy już gaśnie w nim wszelka nadzieja. — —
W forcie Guadelupie było obecnie pusto i samotnie. Apaczowie obsadzili w imieniu Juareza powiaty graniczne, strzelcy zaś i zdolni do broni mężczyźni, przebywający zwykle w twierdzy, ruszyli wślad za Zapoteką. Życie zamarło więc. Do fortu zawitał zły gość — Nuda.
Było późne popołudnie. Rezedilla siedziała przy oknie na swem zwykłem miejscu i cerowała. Pobladła nieco. Bladość ta nadawała jej twarzy niezwykle miły i delikatny wyraz. Oczy nabrały głębi, nad ustami pojawił się wyraz cichej rezygnacji. Wyglądała nie tak wesoło, jak dawniej, była jednak piękniejsza, bardziej kobieca, niż wtedy, gdyśmy ją poznali.
Przy drugiem oknie siedział Pirnero. Trzymał książkę w ręku, nie czytał jednak, lecz patrzył na zachodzące słońce. I on się zmienił. Wyłysiał nieco, na czole pojawiły się zmarszczki, usta miał mocno zamknięte. Oczy patrzyły ponuro.
W pokoju panowała niemiła cisza; ani Rezedllla, ani Pirnero nie chcieli jej przerwać.
Nareszcie stary chrząknął:
Hm. Podła pogoda.
Rezedilla nie odpowiedziała.
— Bardzo podła pogoda! — powtórzył po chwili.
Milczała nadal.
No? — zawołał ze złością.
— Co, ojcze?
— Podła pogoda.
— Przeciwnie. Jest bardzo ładnie.
Odwrócił głowę, spojrzał na nią ze zdumieniem, jakgdyby powiedziała coś niepojętego i mruknął:
— Co? Jak? Ładnie?
— Oczywiście. Popatrz tylko.
— Patrzyłem przez cały dzień, ale nic ładnego nie zauważyłem. Świeci słońce, stoją drzewa, krzaki, płynie rzeka, jest kilka domów i ptaków — to prawda. Ale ludzi nie widzę. Nikt nie przychodzi do gospody, nie pije julepu, nikt nic nie kupuje, niema z kim pogadać, niema z kim ubić interesu.
— Ach tak! Masz rację, przyjmując ten punkt widzenia. Niema nikogo — rzekła z pewnym smutkiem.
— Tak. Niema nikogo, nikogo; nawet — — zięcia!
Pirnero spojrzał ostro na córkę. Pochyliła głowę; na twarz jej wystąpiły rumieńce.
— I cóż? — rzekł — Cóż powiesz o zięciu?
Rezedilla westchnęła głęboko. Pirnero był nieprzejednany. Ponieważ nie odpowiedziała, zawołał:
— No, gdzie masz rozum, słuch? Pamiętasz, ile wysiłku kosztowały mnie starania o zięcia?
— Tak — potwierdziła, nie chcąc pogarszać jego humoru.
— Był tu mały André. Przystojny, miły kawaler.
Hm.
— Cóż mruczysz? Chłop w sam raz. Piwowar; miał pełne worki nuggetów. Potem zjawił się następny.
Nie pytała, kogo ojciec ma na myśli. Zawołał więc:
— No? Następny! Wiesz, kto taki?
— O kim mówisz?
— Ach tak! Człowiek się męczy, aby mieć nareszcie zięcia, a ona nie zna nawet swych adoratorów. Myślę o Amerykaninie, który przypłynął czółnem.
— O Sępim Dziobie?
— Tak. Był to sławny scout, wysłany przez lorda. Nie miałabyś zgryzoty z powodu jego nosa; odziedziczyłyby go tylko córki, a nie synowie, córki bowiem dziedziczą cechy ojca, synowie zaś podobni są zwykle do matek. — Potem zjawił się trzeci.
Pochyliła głowę jeszcze głębiej.
No — mruknął. — Zjawił się trzeci. Któż to był taki?
— Myślisz o Gerardzie? — rzekła, zacinając się.
— Tak. Ten był najmilszy. Tobie także?
— Tak — szepnęła po chwilowem wahaniu.
— Do licha! Sławny człowiek. Dzielny, mocny, przystojny, przytem łagodny jak dziecko, skromny jak baranek. I bogaty! Ta kolba ze złota. Pamiętasz, jak odkroił kawałek?
— Byłam przy tem.
— A pamiętasz, jak pozabijał na górze Francuzów, mimo, że sam był napół żywy... Biedak. Tak długo wił się między życiem a śmiercią. Ciężka to była sprawa, co?
— O tak, ojcze, bardzo ciężka!
— Znowu miałem nadzieję. Wiesz, co zacząłem wtedy w siebie wmawiać?
— No?
— Zacząłem sobie wyobrażać, że poprosi o twoją rękę.
Rezedilla milczała.
— Albo że przynajmniej wyzna ci swą miłość.
Znowu milczenie.
— No i cóż? — zawołał Pirnero. — Nie doszło do tego?
— Nie.
— Nie pocałował cię ani w rękę, ani w usta?
— Nie.
— A może cię uszczypał w ramię, lub w ucho?
— Także nie.
— Do kroćset! Nie zmiażdżył ci ręki w uścisku?
— Owszem. Gdy odchodził.
— Wtedy było już za późno. Ale od czasu do czasu mrugał oczami?
— Nie mogę sobie przypomnieć.
— Otóż to! Co ja się naściskałem, namrugałem, nasapałem po poznaniu twej matki. My starzy o wiele lepiej znaliśmy się na miłości, niż wy młodzi. Z Gerarda chłop morowy, a jednak dopiero przy pożegnaniu zmiażdżył ci rękę. Osioł. Mój Boże, też byłby zięć z niego. Nie mówił ci, dokąd się udaje?
— Owszem.
— Co? Tobie powiedział, a mnie nie? Do licha! Wypraszam to sobie! Nie zniosę tajemnic, nie pozwolę, aby się coś działo poza mojemi plecami. Wygląda to tak, jakbyście byli parą kochanków. Przecież mówiłaś mi, że nie wiesz, dokąd się udał.
— Wiedziałam o tem.
— Patrzcie tylko! Dlaczegóż nie powiedziałaś mi tego?
— Była to tajemnica.
— Piekło i szatany! Macie wspólne tajemnice? Na to nie pozwolę nawet córce i zięciowi. Muszę wiedzieć o wszystkiem, nawet o ilości pocałunków na godzinę. Wynieść z tego można pewien pogląd na sytuację, konieczny dla porównania małżeństwa córki ze swojem własnem. Cóżto więc za tajemnica?
— Ojcze, chciałam zachować milczenie, ale chwila jego powrotu minęła i zaczynam się obawiać.
— Zaczynasz się obawiać? Czy to sprawa nie bezpieczna?
— Tak. Był przecież taki słaby, kiedy odjeżdżał.
— Mówże o co chodzi!
— Miał zamiar... Chciał... O mój Boże!
Przerwała w środku zdania. Utkwiła martwy wzrok w oknie. Była trupio blada; ręce przycisnęła mocno do serca.
Pirnero poszedł za jej wzrokiem. Otworzywszy okno, ujrzał jeźdźca, jadącego wolno po stromej ulicy. Za jeźdźcem szły cztery muły, obładowane towarem.
— Do kroćset bomb i kartaczy, to przecież on! — krzyknął oberżysta i wybiegł z gospody.
Życie wstąpiło znowu w Rezedillę. Opuściła ręce, po chwili podniosła je znowu do oczu. Popłynęły łzy ulgi.
— To on, to on, — zaszlochała. — Bogu niech będą dzięki. Nie chcę, aby mnie taką zobaczył, nie chcę...!
Czując, że w tej chwili nie umiałaby zapanować nad sobą i musiałaby paść Gerardowi na piersi, pobiegła szybko na górę, do swego pokoju.
Pirnero wyszedł przed gospodę i wyciągnął obydwie ręce na powitanie gościa.
— Witam, witam serdecznie, sennor Gerard! — zawołał. — Gdzieżeście to byli?
— Dowiecie się o tem wkrótce, drogi sennor Pirnero. Pozwólcie, abym naprzód zsiadł z konia.
Był to dawny, prawdziwy Gerard. Na olbrzymiej postaci, prawie takiej, jaką się odznaczał Sternau, nie pozostał żaden ślad choroby. Ubranie miał podarte, co wskazywało, że doświadczył niezwykłych przygód. Opalona twarz wyglądała świeżo i jędrnie. Oczy błyszczały zdrowiem i siłą. Niktby nie odgadł, że niedawno jeszcze pasował się ze śmiercią.
Zeskoczył z konia. Nie wyciągnął rąk do starca, lecz wziął go w objęcia, przycisnął i pocałował głośno w policzek.
— Witajcie, sennor Pirnero! — zawołał promieniejący szczęściem. — Jakże się cieszę, że znowu jestem u was!
Pirnero nie miał dotychczas w życiu podobnego wypadku. Pod wpływem wzruszenia i tkliwości oczy zaszły mu łzami. Trzymał mocno obydwie ręce strzelca.
— Naprawdę? Cieszycie się? Ściskacie mnie z radości? Miażdżycie mnie w swych objęciach tak samo, jakeście miażdżyli przy pożegnaniu Rezedillę? Sennor, jesteście zuchem! Macie dobry, poczciwy charakter. Chciałbym tylko... Ale boję się mówić z wami o tem, bo postanowiliście zostać za wszelką cenę kawalerem.
— Macie rację! Jak się ma sennorita Rezedilla? Czy jest wesoła?
— Wesoła? Niestety nie. Musiała sobie zepsuć żołądek, bo nic nie je. Chudnie, wzdycha po kątach, stęka, jęczy i płacze, jakgdyby wkrótce umrzeć miała. Radziłem jej, aby kładła na brzuch gorczycę, plecy zaś smarowała melisą. Nie słucha wcale. Przydałby się energiczny zięć — już onby jej wytłumaczył, czem jest dla chorego, źle funkcjonującego żołądka gorczyca i melisa.
Czarny Gerard znał Pirnera. Słowa starca nie działały też na niego tak, jak na innych.
— Gdzież jest teraz?
— W pokoju.
— Pozwólcie więc, abym się z nią przywitał.
Gerard wszedł do sieni, otworzył drzwi od pokoju i spojrzał do środka.
— Niema nikogo — rzekł.
— Ależ jest na pewno! — odparł stary.
— Gdzież się podziała? — zapytał Gerard z uśmiechem.
— Jest tutaj.
Pirnero wskazał na miejsce, na którem Rezedilla siedziała przed chwilą. Było puste.
— Jak mi Bóg miły, niema jej! — zawołał ze zdziwieniem. — Uciekła. To dopiero zachowanie! Do stu siarczystych piorunów! Cóżeście jej zrobili?
— Ja? Jakto?
— Nie znosi was!
— Trudno mi zrozumieć.
— Tak, popsuliście naszą wzajemną harmonję! Gdy was ujrzała, żółć ją zalewać zaczęła — widziałem to doskonale. Dlatego uciekła. Nie chce o was słyszeć!
— Cóż robić? Powiedzcie, drogi sennor Pirnero, czy mogę umieścić u was konia, muły i ładunek?
— Oczywiście.
— Wolałbym zostawić towar w zamkniętem miejscu.
Ah, czy to rzeczy wartościowe?
— Owszem. Ołów.
— Ołów? Świetnie! Ołów jest poszukiwany. Dokądże go wieziecie?
— Chwilowo zostawię tutaj. Na górze, w Sierra, są pokłady ołowiu. Ponieważ w najbliższej przyszłości potrzebna mi będzie wielka ilość pieniędzy, pojechałem tam i zabrałem sporą porcję. Powinna mi wystarczyć.
— Mam nadzieję, że nie postawicie zbyt wysokiej ceny. Pocóż wam jednak tyle pieniędzy?
— Zgadnijcie.
— Lepiej powiedzcie sami.
— Dobrze! Chcę się ożenić.
Stary skoczył jak oparzony.
— Ożenić się? Nonsens!
— Skądże znowu? — odparł Gerard.
— Kiedyż to?
— Wkrótce.
— Z kim?
— Z pewną sennoritą, która mieszka niedaleko stąd.
— Czy straciliście głowę?
— Nie. Ale człowiek chciałby raz zakosztować szczęścia.
— Szczęścia? Niechże was wszyscy djabli! Czy małżeństwo daje szczęście? Człowiek traci tylko swobodę i samodzielność, schodzi zczasem do roli przedmiotu, którym według swego widzimisię rozporządza kobieta. Nie doradzam żeniaczki!
— Już za późno.
— Nigdy nie jest za późno! Poślijcie ją do djabła! Ma rodziców?
Tylko ojca, który, niestety, nic o mnie wiedzieć nie chce.
— Musicie z tem skończyć! Przecież w takim razie nie będziecie nawet mieli porządnego teścia! A pocóż człowiek się żeni? Aby mieć teścia, z którym można utrzymywać dobre stosunki.
— Jestem tego samego zdania. Powiedziałem już jednak, że teraz za późno.
— W takim razie współczuję z głębi serca.
— Czy mogę umieścić towar w waszym składzie? — zmienił Gerard temat rozmowy.
— Owszem. Zawołam zaraz ludzi. Ależ jesteście ostrożni! Zapieczętowaliście worki.
— Nigdy ostrożność nie bywa nadmierna. Uważajcie, aby nie uszkodzono pieczęci i postarajcie się o dobrą kolację.
Gerard wszedł do pokoju. Pirnero zawołał swoich ludzi, poczem pośpieszył do kuchni, aby dać córce odpowiednie zlecenia.
— Gdzie Rezedilla? — zapytał starą służącą, która sama siedziała w kuchni.
— Nie wiem — odpowiedziała. — Słyszałam, jak szła po schodach na górę.
— Uciekła — rzekł. — Hm, nie biorę jej tego za złe. To jednak setny głupiec!
— Dlaczego? — zapytała stara, korzystając z tego, że pan w drodze wyjątku rozmawia ze służbą.
— Ponieważ się żeni — odparł.
Oh, Madonna, czy to naprawdę takie głupie? To nie głupota wziąć sennoritę Rezedillę za żonę. Po pierwsze jest miła, po drugie przystojna, po trzecie zamożna, po czwarte...
— Po pierwsze, po drugie, po trzecie i po czwarte powinnaś trzymać pysk! — przerwał gniewnie. — Nie chce się wcale żenić z Rezedillą!
— Nie? — zapytała stropiona służąca.
— Nie! Mylił się grubo, jeżeli przypuszczał, że mu dam Rezedillę za żonę. Choćby był od głowy do stóp ze złota, nie dostałby mej córki. Umyśliłem sobie kogoś innego na zięcia, jemu też ją oddam. Nie poto starannie ją wychowałem, aby wyszła zamąż za strzelca. Dostanie lepszego męża!
Pirnero wpadał w gniew coraz okrutniejszy. Fakt, że Czarny Gerard chce się ożenić z inną kobietą, a nie z jego córką, zburzył jego nadzieje i napełnił go niesłychaną pasją. Udając, że mu na Gerardzie nic a nic nie zależy, mruknął:
— Cieszę się, że Rezedilla nie chce o nim słuchać. Niech zostanie, dokąd uciekła. Gerard chciałby coś zjeść. Przyrządzimy mu posiłek bez pomocy Rezedilli.
Zakrzątał się w kuchni wraz ze starą. — —
Tymczasem służba zajęła się rozlokowaniem mułów i towarów Gerarda.
Gerard wszedł po schodach na górę. Stanąwszy przed drzwiami pokoju Rezedilli, który pozostawał mu żywo w pamięci, zapukał delikatnie. Usłyszawszy ciche: — Wejść! — otworzył drzwi. Rezedilla stała przy oknie. Piękne oczy były jeszcze wilgotne od łez. Zbliżył się.
— Czy masz mi za złe, sennorita, że ośmieliłem się przyjść?
— Nie — szepnęła.
Ah, płakała pani?
— Trochę — rzekła cicho, uśmiechając się przez łzy.
— Gdybym znał przyczynę tych łez...
Nie odpowiedziała. Ciągnął więc dalej:
— Gdy przybyłem, była pani na dole?
— Tak.
— I uciekła pani. Teraz zaś nie mówi pani ani słowa. A więc mój powrót jest dla pani obojętny?
Wypowiedział te słowa tonem tak smutnym, że podeszła doń i, wyciągając ciepło obie ręce, rzekła:
— Cieszę się, żeś przybył, sennor!
— Naprawdę? — zapytał, ujmując jej dłoń.
— Tak. Cieszę się bardzo.
— A jednak uciekła pani? Przede mną, czy tak?
— Tak — przyznała z wahaniem.
— Dlaczego?
Zaczerwieniła się aż po uszy.
— Nie chciałam, aby mnie pan zaraz zobaczył, bo, bo... Niech mi pan pozwoli nie odpowiedzieć!
Gerard spojrzał na nią badawczo.
— Dałbym jednak wiele, aby usłyszeć tę odpowiedź. Sennorita, błagam, niech pani powie!
Pochyliła główkę i rzekła nieśmiało.
— Nie byłam przecież sama.
— Nie była pani sama? Jak to mam rozumieć?
— Ojciec był na dole.
Ogarnęło go jakieś radosne przeczucie. Pochylił głowę.
— Dlaczegóż nie chciała pani, aby ojciec był świadkiem naszego przywitania?
Wyrwała ręce z jego dłoni, oplotła mu szyję ramionami i zawołała:
— Nie chciałam, aby widział, jak cię kocham, z jakiem utęsknieniem na ciebie czekałam!
Mocny Gerard ledwie się powstrzymał od wybuchu radości. Otoczył ją ramionami, przyciągnął do siebie i zapytał głosem, drżącym ze szczęścia:
— A więc to prawda?
— Tak — powiedziała, kładąc mu, głowę na piersi. — Możesz w nią uwierzyć.
— Rezedillo moja! — przytulił ją mocniej. Po chwili odnalazły się ich usta i utonęli w długim pocałunku.
— Kochasz mnie więc, myślałaś o mnie? — szepnął.
— Tak.
— Myślałaś o zwykłym, biednym strzelcu... O obcym, złym człowieku, który w ojczyźnie swej był...
— Nie mów już o tem nigdy! Bóg ci przebaczył! Bóg da ci szczęście!
— Dzięki tobie, tylko dzięki tobie! Jakże się dręczyłem jeszcze w ostatnich czasach! Miałem wrażenie, że wyciągnąłem rękę po coś, czego nie dosięgnę nigdy.
— Tymczasem stało się inaczej. Jestem twoja.
— Tak, moja! — rzekł radośnie, całując ją raz po raz. — Ale co powie twój ojciec?
Na pięknej jej twarzy pojawił się figlarny uśmiech.
— Boisz się go?
— Prawie.
Z zabawnym grymasem ust, patrząc nań szeroko otwartemi oczami, zawołała:
— Sławny strzelec boi się starego Pirnera?
— Tak — powtórzył z uśmiechem.
— Niechże i tak będzie! Nie jesteś przecież sam. Znajdziesz we mnie oparcie. Zresztą, ojciec jest w tobie formalnie zakochany.
— Sądzisz więc, że powinienem z nim pomówić?
— Tak.
— Kiedy?
Zarumieniła się nieco i odparła zdecydowana:
— Kiedy zechcesz.
Znowu przycisnął ją do siebie.
— Dziś jeszcze?
— Tak, jeszcze dziś, — szepnęła, podnosząc nań oczy, błyszczące szczęściem.
— Dziękuję! Przed chwilą oświadczyłem ojcu, że mam zamiar się ożenić. Zapytał, z kim. Odpowiedziałem: — Z dziewczyną, która mieszka niedaleko stąd. Usłyszawszy, zaczął mi gwałtownie odradzać żeniaczki.
Rezedilla roześmiała się serdecznie.
— Ojciec jest przekonany, że się chcesz ożenić z inną. Wpadnie w bardzo zły humor. Gdzież jest teraz?
— W kuchni. Prosiłem, aby mi podał jedzenie.
— Nie będzie najlepsze. Gdzie chcesz mieszkać? W swoim dawnym pokoju?
— Tam, gdzie usnąłem wtedy z wyczerpania?
— Tak — odparła z uśmiechem. — W tym samym pokoju, w którym przekonałam się, że masz złotą kolbę. Chcesz w nim zamieszkać?
— Chciałem o to prosić.
Rezedilla zeszła po chwili do kuchni. Stary Pirnero wraz ze służącą uwijał się wśród misek i talerzy. Ujrzawszy córkę, zapytał:
— Gdzie byłaś?
— Na górze, w swoim pokoju.
— Wracaj prędko do siebie! Nie jesteś nam potrzebna.
— Chcę przygotować strawę.
— Nie potrzeba! Sami sobie damy radę. Nie mam zamiaru traktować tego Gerarda smakołykami.
Wiedziała dobrze, dlaczego ojciec jest w tak złym humorze. Tłumiąc śmiech, odparła:
— Miałam wrażenie, że cenisz go bardzo wysoko.
Pah! Zmieniają się czasy.
— Dlaczegóż to?
— To cię nie powinno obchodzić! Gdzież jest ten łotr?
— W swoim pokoju.
— Mógłby właściwie spać na sianie u vaquerów! Nie zamówił nawet szklanki parszywego julepu. No, to jedzenie popamięta sobie! Zamiast masła dałem mu wapna, zamiast pieprzu cukru, zamiast octu mleka. W dodatku dostanie kawał starego mięsa. Postawiłem je na ruszcie, niech się dobrze przypali. Zęby niech sobie łotr połamie na tych przysmakach!
— Ależ ojcze!
— Milczeć, ani słowa! — przerwał. — Dla głupca, który się chce żenić, przypalone i przepieprzone płucka wołowe są odpowiednim smakołykiem.
Wypchnął Rezedillę za drzwi. Nie opierała się. Pobiegła do ukochanego i wśród śmiechu ostrzegła go przed wspaniałą ucztą. Potem weszła do gospody i usiadła przy oknie.
Po jakimś czasie weszła służąca i zaczęła nakrywać. Gdy skończyła, Pirnero posłał na górę po Gerarda. Potem usiadł przy oknie tak, aby widzieć dobrze, co się dzieje na nakrytym stole. Już zgóry cieszył się z nietęgiej miny gościa.
Gerard wszedł i usiadł przy stole z powagą. Chwycił widelec i wpakował w mięso. Musiał wytężyć siły, mięso było bowiem twarde, jak kamień.
— Delicje! — rzekł, oblizując się. — Jaka soczysta i miękka pieczeń. Cóżto za mięso, sennor Pirnero?
— Pieczone płuca cielęce — odparł gospodarz.
— Moja ulubiona potrawa! Wolę ją jednak na zimno. Schowam więc wasze mięso na później. W torbie od siodła mam jeszcze kawał mięsa bawolego, smażonego na ruszcie. Ogień się pali, sennor Pirnero?
— Nie — odparł ojciec Rezedilli, wściekły, że gość mu się wymyka.
Gerard nie dawał za wygraną. Otworzył drzwi do kuchni i rzekł:
— Ależ bucha jasnym płomieniem! Przyniosę swoją ćwiartkę mięsa. Sennorito Rezedillo, czy będzie pani łaskawa ją przyrządzić?
Stary rzucił w kierunku córki groźne spojrzenie; chciał, aby odmówiła. Ale Rezedilla podniosła się z krzesła i rzekła:
— Nie mogę odmówić, sennor, choć muszę przyznać, że mi żal bardzo naszej pieczeni.
— Tak — wtrącił Pirnero. — Któż to jada płuca cielęce na zimno? Nie słyszałem o tem ani tutaj, ani w Pirnie, a tam ludzie rozumieją się na kuchni.
Gerard nie dał się przekonać. Przyniósł kawał mięsa bawolego i wręczył Rezedilli. Dziewczyna weszła do kuchni, aby się zająć przyrządzeniem posiłku.
W pokoju nastała cisza. Gerard znał naturę i przyzwyczajenia starego. Wiedział dobrze, że Pirnero nie wytrwa w milczeniu. Nie omylił się. Po pięciu minutach oberżysta zaczął skakać na stołku; po upływie zaś dziesięciu rzekł:
— Podła pogoda.
Gerard nie odpowiedział. Pirnero powtórzył więc:
— Podła pogoda!
Skoro i teraz nie było odpowiedzi, odwrócił się i zawołał:
— No?
— O cóż chodzi? — zapytał Gerard z uśmiechem.
— Podła pogoda. Co za upał!
— Można wytrzymać.
— Można? Do kroćset! Możecie sobie wyobrazić większą posuchę?
— Owszem. W Llano estacado były większe posuchy.
— Może. Ale dla naszej okolicy jest to klęska. Widzieliście rzekę? Wyschła prawie do dna. Ryby giną, ludzie padają z nóg. Przeklęty kraj! Od czegóż jednak głowa na karku? Wyniosę się z niego.
Postanowienie to zaskoczyło Gerarda.
Ah. Naprawdę? Dokądże to?
Hm. Nie wiecie, skąd pochodzę? Z Pirny, z Saksonji. Tam powrócę.
— Dlaczego?
— Ponieważ wczoraj otrzymałem stamtąd list. Mam tam kolegę szkolnego, który po długoletniej pracy doszedł do stanowiska tajnego wachmistrza sądu zamiejscowego. Ma syna, który pracował naprzód przy kolei, potem był marynarzem, potem wstąpił do prokuratorji. Teraz jest rzeczywistym tajnym radcą najwyższej kasy sportowo-pocztowo-oszczędnościowo-rewizyjnej. Ten rzeczywisty tajny radca prosi mnie listownie o rękę Rezedilli.
— Do licha! Zna ją?
— Głupie pytanie! Tacy dostojni ludzie żenią się zwykle na odległość.
— Daliście już odpowiedź?
— Owszem. Oświadczyłem, że się zgadzam. Dałem swe błogosławieństwo.
— Prędkoście załatwili.
— Dlaczegóż miałem się ociągać? Przyszły mój zięć pochodzi z jednej z najlepszych rodzin w kraju. Jest rzeczywistym tajnym radcą. Kogóżby Rezedilla dostała tutaj? Najwyżej jakiegoś biednego trappera lub strzelca, któregobym musiał utrzymywać.
— Może macie rację. Życzę szczęścia.
— Dziękuję — rzekł stary, kiwnąwszy protekcjonalnie głową.
— Ale, — ciągnął Gerard — jak zamierzacie rozporządzić swoją posiadłością?
— Sprzedam ją. Na gospodę zawsze znajdzie się kupiec. Kilku ferm mleczarskich również łatwo się pozbędę.
— Macie już kupca?
— Mam.
Stary nie myślał nawet o opuszczaniu Guadelupy, był jednak zły na Gerarda i chciał mu dokuczyć. Gerard odparł z najniewinniejszą pod słońcem miną:
— To szkoda. Przybyłem bowiem poto, by się dowiedzieć, czy nie macie na sprzedaż gospody?
Pirnero odwrócił się i spojrzał nań zpodełba.
— Co...? Wy...? Skądże to pytanie?!
— Znam pewnego kupca, któremu wasza oberża i fermy mleczne bardzoby odpowiadały.
— Gdzież ten kupiec?
— To obojętne. Przecież już macie innego.
— To nie powód do milczenia! Kiedy dwóch reflektuje, większy jest wybór. A więc, któż to taki?
— Ja sam.
— Wy —?! — Jakże możecie myśleć o kupnie, gdy nie jesteście w stanie zapłacić ceny kupna! Macie wprawdzie kolbę ze złota, wiecie może, gdzie leży jeszcze kilka nuggetów, macie parę worków ołowiu, ale wszystko to nie umywa się do sumy, której żądam.
Hm. A może jednak. Ile żądacie?
— Sześćdziesiąt pięć tysięcy dolarów. Jeżeli zapłacicie tę sumę, będziecie mogli zabrać wszystko, nie wyłączając mieszczących się w składach zapasów.
Gerard pokiwał głową.
Hm. Toby było niezłe. Niestety, nie rozporządzam taką sumą.
— Byłem tego pewien! Ileż macie?
— Dwanaście tysięcy dolarów.
— To drobiazg, prawie nic! Takiemi sumami rozporządzają jedynie biedacy. Z moim rzeczywistym tajnym radcą rzecz ma się inaczej. A więc z naszego interesu nici, nawet gdybyście dostali kilkaset dolarów za ołów, który od was kupię.
— Tak, niestety. Ileż dacie za ołów?
— To zależy od gatunku.
— Jestem bardzo ciekaw.
— Pokażcie!
Gerard oddalił się w milczeniu. Po chwili wrócił z jednym workiem skórzanym.
— Dlaczego tutaj? — zapytał Pirnero. — Załatwimy interes w składzie.
— Wszystko jedno, bo i tak nie kupicie ołowiu.
Położył worek przed Pirnerem.
— A dlaczego?
— Nie będziecie mogli zapłacić.
— Co takiego? Stary Pirnero ma jeszcze dosyć pieniędzy, aby zakupić ten ołów!
— Zobaczymy! Otwórzcie worek.
Gerard wyciągnął nóż i podał oberżyście.
Stary zeskrobał pieczęcie i, naciąwszy, ściągnął skórę.
Okazało się, że pierwsza powłoka osłaniała jeszcze dwie, sporządzone z garbowanej skóry. Usunąwszy je, Pirnero schylił się, aby obejrzeć metal. W tejże chwili odskoczył wtył. Zawołał:
— Przecież to złoto, szczere, najszczersze złoto! Nuggety wielkości orzechów włoskich!
— Do kroćset! — zaklął Gerard z uśmiechem. — Cóż ja zrobiłem! Pomyliłem się. Napchałem worek nie ołowiem, ale nuggetami.
Pirnero skamieniał. Wyciągnął ręce, pełne nuggetów, i patrzył nieprzytomnie na złoto. Rezedilla, która przysłuchiwała się rozmowie w kuchni, teraz weszła do pokoju i przyglądała się złotu z równem zdumieniem, co Pirnero.
— Pomyliliście się? — zawołał wreszcie. — Na miłość Boską, ileż waży ten worek?
— Sześćdziesiąt funtów — odparł strzelec.
— Każdy muł niósł takie dwa worki?
— Tak.
— Do kogo to wszystko należy?
— Do mnie.
— W takim razie prawdziwy z was bogacz! Macie o wiele więcej pieniędzy ode mnie!
— To bardzo prawdopodobne.
— Skądżeście je wytrzasnęli?
— Przywiozłem z gór. Jest ich tam więcej.
— Jeszcze więcej? Mówicie z takim spokojem, jakby tu chodziło o kupę śmieci!
Pah! Złoto nie daje szczęścia. Pieniądze są mi potrzebne do zawarcia małżeństwa, o którem wam mówiłem.
— Niestety, niestety. Nie bierzcie mi za złe, sennor, ale muszę was ostrzec, że popełniacie niezmierne głupstwo. Mogliście dostać wcale inną żonę, a w dodatku tęgiego teścia.
— Nie przeczę, że to coś warte, — rzekł Gerard z uśmiechem. — Z początku szukałem dziewczyny, któraby mi przyniosła w posagu dobrego teścia, alem się spóźnił. Ojciec przyrzekł ją innemu.
— Nie znał was?
— Przeciwnie. Znał doskonale.
— W takim razie był głupi, jak sak! Kto was zna, ten wie dobrze, ileście warci.
— Nie byłem tyle wart, co ten, który dziewczynę dostanie.
Ah, naprawdę? Ojciec złowił tak grubą rybę?
— Bardzo grubą — oświadczył Gerard poważnie. — Kandydat jest rzeczywistym tajnym radcą najwyższej kasy sportowo-pocztowo-oszczędnościowo-rewizyjnej.
Pirnero cofnął się i wybałuszył oczy na strzelca.
— Jak to rozumiecie? Co chcecie przez to powiedzieć?
— Chciałem powiedzieć, kim jest tamten człowiek.
— Mówicie o tamtym z Pirny?
— Tak.
— Czyście rzucili okiem na Rezedillę?
— O tak! Nawet obydwoma.
Stary wybuchnął:
— A wasza narzeczona?
— O sennor! Powiedziałem tylko, że chciałbym wziąć za żonę dziewczynę, która mieszka wpobliżu. Czyż córka wasza nie mieszka w najbliższem sąsiedztwie?
— A więc to był żart? — zagrzmiał Pirnero. — Takie figle mogą najdzielniejszego człowieka wtrącić w opresję! Zresztą, Rezedilla nie chce was wcale.
— Jesteście pewni?
— Tak! Ucieka od was.
— Cóż z tego? Pobiegłem za nią i zapytałem, czy uciekła z nienawiści, czy z miłości.
— Koszałki opałki! Żadna kobieta nie ucieka z miłości.
— Tak jednak było. Oświadczyła, że mnie kocha i że gotowa jest zostać moją żoną.
Pirnero klasnął w dłonie.
— Świat się kończy! Ucieka przed nim, a chce zostać jego żoną? A więc macie się ku sobie?
Twarz mu się nagle rozjaśniła. Promieniał zadowoleniem.
— Tak — odparli oboje.
— Bądźcie więc szczęśliwi! Błogosławię was w imię Boże!
Chciał ująć ich ręce, ale Gerard oparł się.
— Dziękuję, sennor! Nic z tego nie będzie. Musicie dotrzymać słowa, któreście dali rzeczywistemu tajnemu radcy.
— On wcale nie istnieje.
— Samiście o nim opowiadali.
Pirnero zmieszał się. Po chwili jednak wpadł na następujący pomysł:
— Owszem, sam o tem mówiłem, ale tylko poto, aby was ukarać, sennor Gerard! Sądzicie, że byłem tak naiwny i nie wiedziałem, co się święci? Przejrzałem oddawna waszą słabość do Rezedilli, a nie wierzyłem wcale, że macie inną narzeczoną. Ponieważ opowiadaliście o narzeczonej tyle, za karę wymyśliłem bajkę o tajnym radcy. Teraz, gdyście wszystko wyznali, i ja się przyznam, żem bardzo kontent z przyszłego zięcia. Chcecie naprawdę wziąć moją dziewczynę?
— Z całego serca.
— A ty, Rezedillo, jesteś mu wzajemna? Chcesz go za męża?
— Tak — odparła Rezedilla, uśmiechając się przez łzy.
— Chodźcie, dzieci, niech was przycisnę do serca! Nareszcie mam zięcia, nareszcie! I w dodatku jakiego!
Uściskał ich gorąco. — —
Wieczorem, przy uroczyste] kolacji, Pirnero przyszedł nagle do wniosku, że należy wyprawić się w podróż poślubną. Zaproponował, aby pojechano do szwagra, Pedra Arbelleza. Spotkają tam zapewne Sternaua i towarzyszy. Gerard przyjął plan przyszłego teścia z wielką radością. Pewnym szkopułem była wyręka Pirnera w interesach. Postanowiono jednak rozejrzeć się za zastępstwem.
— Drogie dzieci, — rzekł — wspaniały to pomysł z waszej strony. To się dopiero zdziwią Pedro i Emma, gdy ich odwiedzę w towarzystwie — — zięcia! — — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.