Na bialskim zamku/Tom drugi/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Na bialskim zamku
Tom Tom drugi
Wydawca Spółdzielnia Wydawniczo-Oświatowa „Czytelnik”
Data wyd. 1950
Druk Drukarnia nr 2 Spółdzielni Wydawniczo-Oświatowej „Czytelnik”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Książę chorąży z kilku znaczniejszymi dworu swojego urzędnikami mieścił się w pałacu Radziwiłłowskim, w którym brat jego, książę hetman i syn jego, dwudziestokilkoletni książę Karol, miecznik litewski, mieszkali także.
Hetman, który był obojętnym dla brata od dawna, nie tylko że go zaprosił do siebie, powitał bardzo uprzejmie, lecz widocznie starał się sobie serce chorążego, nieufne, zastygłe i zazdrosne, pozyskać. Pomimo to obaj się wzajemnie szpiegowali i koso na siebie patrzyli. Szambelana Kaszyca, który u obu był w łaskach, hetman pytał ciągle: co brat mówił, co myślał? — i tak samo chorąży go badał — niespokojny.
Na pozór jednak zgoda i miłość braterska były zupełne. Ale jakże chorąży mógł się tu czuć swobodnym i wesołym, gdy nad nim dominowała powaga hetmańska, która jego chorążostwo litewskie spychała bardzo nisko.
Książę w czasie uroczystości wielkiej na zamku miał, obok innych dygnitarzy, stać przy tronie i trzymać chorągiew litewską. Synowiec jego, książę Karol, tak samo miecz miał trzymać, hetman książęcą mitrę.
Zapowiadano, że cała ta sprawa inwestytury, z mowami nieuchronnymi, przysięgą, podziękowaniem, miała zabrać długi przeciąg czasu. Chorąży, któremu nogi brzękły i który długo stać nie mógł, a w rękach miał dźwigać drzewce grube i chorągiew ciężką — zaczynał się niepokoić, czy temu podoła.
Dnia tego naparł się, aby chorągiew in originali przyniesiono lub podobną dla spróbowania w domu, jak to będzie. Naprowadziło go na myśl tego eksperymentu to, że pustak i trzpiot książę Karol miecz ogromny dostawszy wprawiał się do dzierżenia go tak, aby nie drgnął w jego silnych rękach.
Chorąży też, wzorem jego, zażądał chorągwi, a gdy mu drudzy odradzali niepotrzebną fatygę — wołał:
— A! bardzo asindziejom dobrze, co będziecie trzymać na poduszkach parę funtów jakich, ale chorągiew to nie żart!
Właśnie się zawieruszyło w pałacu o tę chorągiew, gdy do chorążego wpadł Wolski z impetem wielkim. Domyślał się książę, iż da mu znać o przybyciu zwierza i łowach, ale Wolski, cały w ogniu, począł od tego, że znowu chorążemu za służbę zaczął dziękować, z powodu że Butrym go słuchać nie chce i sobie nad wszystkim przywłaszcza zwierzchnictwo — sobie przyznaje całe meritum, jemu ani nosa wtrącić nie pozwala.
Książę tak był podrażniony, że o mało Wolskiego nie potrącił, ale ten nie obawiał się tego, bo czuł się w wielu sprawach niezbędnym, i zuchwale wykrzykiwać zaczął. Zniecierpliwiło to tak księcia, że diabłami klnąc, krzyknął:
— Bierzże komendę, bierz, trutniu jakiś, ale jak mi na jeden włos będzie chybionym, głową przypłacisz!
Wolskiemu tego tylko było potrzeba. Najtrudniejsza część, łapanie, zamykanie, przewożenie zwierza, było wykonane, skończone. Niedźwiedzie i łosie stały już w klatkach na placu pod Ujazdowem. Nie obawiał się faworyt nic, przychodził do gotowego, a spodziewał się, jako pierwszy łowczy, sowitego podarku od króla i królewicza. Przy tym szło mu i o to, aby się nie dać dźwignąć Butrymowi i pozyskać łaski księcia. Dopóki chodziło o trud, pracę i niebezpieczeństwo, patrzał przez szpary, teraz dopomniał się praw swoich.
Co z tego wyniknąć miało — niewiele się troszczył; domyślał się, że Butrym tak się zbyć i na podrzędne stanowisko nie da zepchnąć, owoc swej pracy oddając innemu, że konflikt z nim będzie nieuchronny; lecz gotów był nawet na gwałt i awanturę; szło mu o krescytywę. Sposobność była jedyna, a szedł wygodnie do gotowego, bo już tam nie było co robić, tylko w dniu naznaczonym zatrąbić i zwierza naganiać.
Wymógłszy na chorążym, czego sobie życzył, Wolski byłby zaraz na koń skoczył i do Ujazdowa pośpieszył, lecz książę mu się zatrzymać kazał exre tej chorągwi. Ceremonia była dosyć śmieszna, na którą i książę hetman, i jego konfidenci gromadnie, i książę Karol przyszli popatrzeć. Chorąży brał to bardzo na serio, bo się odziać kazał tak, jak miał być na inwestyturze, przypasał szablę wysadzoną brylantami, wdział kołpak z pióropuszem i, z powagą i przejęciem chorągiew przyniesioną ująwszy, stanął z nią, rozkazując patrzeć na zegarek.
Wesoły książę Karol kazał przynieść swój miecz i stanął poza stryjem, robiąc takie miny pocieszne, że dwór ledwie mógł w sobie śmiech utrzymać, co chorążego gniewało, bo sądził, że się z niego wyśmiewano. W istocie, trzymanie chorągwi dla starca z nogami obrzękłymi, osłabionego, nie było rzeczą łatwą. Dr Dubiski, obecny eksperymentowi, obawiał się uderzenia krwi do głowy — ręce drżały, pot występował na czoło.
Uradzono, aby kilka razy jeszcze powtórzyć próbę, dla nabrania wprawy.
Chorąży, gdy mu godło jego urzędu odebrano, padł na krzesło dysząc i rzekł:
— Honor wielki, ale pańszczyzna ciężka, niech ją kaci!
Wielopolski, który takąż chorągiew koronną miał dźwigać, młodszym był i silniej od księcia zbudowanym, bo cały ich ród olbrzymią miał siłę i zdrowie.
Epizod ten, dosyć krotochwilny, zajął znaczniejszą część poranku w Radziwiłłowskim pałacu; Wolski zaraz potem chciał się na Ujazdów wymknąć, lecz książę go wstrzymał jeszcze i poprowadził do gabinetu.
— A z Zaborskimi co się dzieje? — zapytał z wyrzutem — nic nie wiem. Żadnego raportu nie mam.
— Zostały na Pradze — odparł Wolski — cóż się im ma stać?
— Ale dozór, dozór powinien być, bo tu hałastry dosyć i licho jakie może być.
— A po co im książę kazał jechać za sobą?
Już rozdrażniony, chorąży zamachnął się ręką, jakby policzkiem chciał zapłacić Wolskiemu, który go uniknął i wcale się tym nie zmieszał. Pilno mu było biec Butryma upokorzyć.
— Jaśnie oświecony panie, a jeżeli z tym Butrymem przyjdzie do jakiej kolizji? — zapytał.
— To twoja rzecz; ja o niczym wiedzieć nie chcę. Jedno ci powtarzam: będzie co chybionego — głową mi zapłacisz. Naparłeś się komendy: dawaj sobie radę...
Było to pełnomocnictwo in optima forma; Wolski do nóg się pokłonił, bo pokorę książę lubił, pocałował w kolana i — zniknął.
Koń stał gotowy w podwórzu pałacowym. Natychmiast dosiadł go Wolski i puścił się wyciągniętym kłusem na Pole Ujazdowskie.
Z rana już tam cały tabor pod wodzą Butryma nadciągnął. Z dala tę całą przestrzeń nad Wisłą, na jaką milę, opasaną widać było parkanami i płótnami naprędce wzniesionymi.
Cieśle pracowali nad dokończeniem altany dla króla i amfiteatrów dla widzów. Oprócz tego mnogi lud wiózł i sadził z lasów pobrane sosny i jodełki, które wbijano w ziemię, aby niby las reprezentowały. Jak mrowie krzątali się robotnicy z pośpiechem wielkim, napędzani przez dozorców, których głosy się rozlegały. W końcu placu właśnie Butrym klatki ze zwierzem z wozów zdejmować kazał, sam konno asystując temu, zmęczony, ochrypły, z twarzą od zimna i bieganiny zaczerwienioną.
Nie postrzegł on przybywającego Wolskiego, który gotując się do nieuchronnej walki, już w sobie gniew obudzał.
Gdy nadjechał pan łowczy i nie witając Butryma na ludzi począł krzyczeć, co innego im dysponując niż on, odwrócił się Marcjan, popatrzył i podjechał ku niemu.
— Na mnie tu wszystko zdane jest, jam doprowadził: dajcież mi dokończyć, a nie mieszajcie się.
— Jako! jako! — podchwycił Wolski dumnie. — Co to ma znaczyć? Wacan jako podłowczy i mój podkomendny zrobiłeś, co do niego należało; a czy dobrze? to się okaże. Teraz ja, a nie kto inny, tu rozkazuję, rozumiesz to acan?
— Nie rozumiem — rzekł powstrzymując się Butrym — książę na mnie wszystko zdał.
— Aż do tego momentu, a od tego momentu ja tu komenderuję — zawołał Wolski — słyszysz waćpan?
— Słyszę, ale nie wiem, czy mam uszom wierzyć — rzekł Butrym — więc pan łowczy do gotowego?
Zaśmiał się.
Faworyt odwrócił się doń z brwią namarszczoną.
— Nie lubię rezonowania! Na miejsce, mości podłowczy.
Butrym chwilę stał jak skamieniały, blednął, drżał, ręka mu się podnosiła, opadała, okrutny gniew piersi mu napełniał. Gdyby się nie wstrzymywał, byłby zuchwalca płatnął, ale nie chciał z nim się ucierać.
— Pojadę po rozkazy do księcia — rzekł głosem od gniewu drżącym — zobaczymy.
— Ja wprost od księcia przybywam, nie masz się co acan fatygować — krzyknął Wolski — a jeżeli mi się tu z placu oddalisz na pięć minut, nie masz po co powracać!
Butrym już był wściekły; jak błyskawica myśl mu nagle przyszła rzucić wszystko: służbę, księcia, wyrzec się miejsca, a nie dać nad sobą przewodzić.
— Doprawdy? — podchwycił szydersko. Wolski spojrzał piorunującym wzrokiem. Butrym śmiał się.
Na szyderstwo Wolski był bardzo czuły, złość go porwała straszna.
— Ty chłystku jakiś — zawarczał.
— Milcz! — odparł Butrym — albo...
Łowczy, nie spodziewający się obelgi, choć nadzwyczaj porywczy był, bo wiedziano, że na polowaniach ludzi, będąc w pasji, kilku ubił na miejscu — zdrętwiał i gniew mu na chwilę odjął siły. Na biednego chłopa. który bronić się nie śmiał, napaść w lesie inna była rzecz, niż na silnego i uzbrojonego, odważnego i już zrozpaczonego Butryma.
W chwili gdy Wolski się namyślał i mitygował, a w gębie mu zaschło z gorączki, Marcjan konia zwolna zawrócił i stępa począł jechać precz przez plac, ku wielkim wrotom. Łowczy myślał zrazu kazać go ludziom związać, lecz przypomniał sobie, że nie był w Białej; sam, prawie nie wiedząc, co czyni, chwycił pistolet z olster i... palnął. Chciał strzelić raczej, bo na panewce prochu nie było i klapnęło tylko.
Posłyszawszy to, Butrym głowę odwrócił, szydersko zarechotał, ramionami potrząsł i pojechał dalej.
Naprawdę nie wiedział jeszcze ani dokąd jedzie, ni co zrobić, miał jednak mocne postanowienie do tej psiej służby (tak ją sobie nazwał) nie powracać. Okrutnie go bolało, że niezmierny trud poniósł około przygotowania tych łowów, nie jedząc, nie śpiąc, żrąc się z ludźmi, zdrowie nadwerężywszy, ażeby potem truteń nagrodę wziął za jego pracę.
— Nie ma chyba sprawiedliwości na świecie — wołał wyjeżdżając za bramę i myśląc, dokąd się uda.
Zdawało mu się, że powinnością jego było jechać do księcia i jeżeli nie poskarżyć, bo to już na nic się przydać nie mogło, to przynajmniej żal swój wylać. Ale nie wiedział, z rana przybywszy, gdzie szukać chorążego, a na placu dozorcy fałszywie mu donieśli, że miał stać na Pradze we dworze hetmana Branickiego.
Udał się więc wprost na Pragę. Przez drogę gniew jeszcze taki nim miotał, że nie widział i nie słyszał, co się wkoło niego działo. Konia popędzał, na tłum nie zważał, niejednego potrącił, niejeden go popchnął i połajał; ale co go teraz obchodzić mogło!
Nagle z zemstą w sercu znaleźć się na bruku — największy to hart duszy złamie. Zjeżdżał z mostu rozglądając się, gdzieby ten dwór Branickich znaleźć, gdy, oczom nie wierząc, naprzeciw siebie ujrzał jadącego z drugim mężczyzną brata.
Damazy, rękę do góry wyciągnąwszy, głośno go witał, lecz po twarzy poznawszy, że Marcjana musiało coś spotkać nadzwyczajnego, zaraz radość tę pohamował. Zbliżyli się do siebie.
— To towarzysz mój z Lunewilu, Bohuszewicz Karol — odezwał się Damazy. — A ty, jakżeś swój tabor mógł opuścić?
— Trudno ci odpowiedzieć — zdobywając się na spokój odparł Marcjan. — Okazało się, żem ja głupi dał się wywieść w pole; życia i zdrowia nie lutując, męczyłem się usługując księciu do takiej imprezy, że jej ludzie patrząc na nią wierzyć nie chcieli. Ledwiem przybył na miejsce, wpadł ten łajdak Wolski odbierając mi komendę, jakoby z rozkazu księcia. Przemówiliśmy się brzydko. Pojechałem precz, ze służby kwitując.
Damazy słuchał zdziwiony.
— Strzelił jeszcze do mnie na odjezdnym z pistoletu — dodał Marcjan — ale mu spaliło! Muszę do księcia jechać! książę na Pradze.
— Gdzie tam! w pałacu hetmana w Warszawie — rzekł Damazy — ale po cóż do niego? On a Wolski to przecież jedna myśl i ręka. Darmo będziesz gębę studził i grzbiet naginał: kiedyś porzucił niewolę, nie ma co do niej powracać.
Stał zamyślony Marcjan.
— Wiecie co? — wtrącił Bohuszewicz. — Jest o czym gadać i radzić; u Damazego alkierz taki, że we trzech jak śledzie w beczce będziemy się dusili: jedźcie do mnie.
Spojrzeli po sobie. Marcjan milcząco przyzwolił, nie miał co lepszego do roboty. Ze skargą do chorążego zawsze czas było, a on sam teraz już rozmyślał, że ona się na nic nie przyda, chybaby księcia jeszcze sobie więcej narazić.
— Aleś ty raz w życiu miał rozum, widzę — odezwał się do Damazego — boś do Warszawy ściągnął pewnie szukać służby.
Uśmiechnął się Damazy.
— Nie domyślasz się — rzekł — że książę przez zazdrość Zaborskim za sobą jechać kazał, a jam za nimi pociągnął. W podróży i tu na miejscu może się zręczność lepsza nadarzy porwać dziewczynę.
Wskazał na Bohuszewicza.
— Oto mój sprzymierzeniec!
— Masz ich teraz dwóch — dodał Marcjan — boć i ja robić nie mam co, a zemścić się nad nimi miło by mi było.
Podskoczył aż na koniu Damazy.
— Opatrzność boska! — zawołał. — Dobra nasza! Z tobą, z Karolkiem, gdybyśmy we trzech nie podołali temu, nic byśmy niewarci byli. Bohuszewicz już w fortecy ma zawiązane stosunki. Pilność nie może być wielka; chyba Pan Bóg nie łaskaw, żebyśmy na swym nie postawili. Nie wątpiłem o sobie, gdym był sam — a co dopiero teraz!
Zarzucając się pytaniami dojechali do dworku, w którym stał Bohuszewicz; a że towarzysz jego na mieście był, znaleźli się tu sami i mogli mówić otwarcie.
Marcjan jeszcze pod wrażeniem tej krzywdy, która mu wyrządzoną została, o niczym nie mówił, tylko o niej się rozgadywał. Jawnym dlań było, że Wolski z góry ukartował tak wszystko, aby ciężar na cudze plecy zwaliwszy sam zań wziął zapłatę. Bez wiedzy księcia chorążego nie śmiałby był postąpić tak zuchwale.
Z bliższych chorążego znał lepiej Butrym szambelana Kaszyca i wiedząc, że on się tu znajduje, do niego udać się myślał z użaleniem; ale gdzie go tu było szukać?
Godzin parę stękając, gdy Marcjan rękę dał bratu, że z nim razem do wyzwolenia Faustysi należeć chce i będzie — umówili się spotkać na Pradze u Puczka, aby stamtąd gdzieś większej izby dla obu poszukać, i Marcjan do Kaszyca na miasto jechał poczynając od pałacu Radziwiłłowskiego.
Tu się go spodziewał znaleźć i nie omylił się. Kaszyc był zacny człek, lecz polityk wielki, ze wszystkimi dobrze być umiał. U hetmana w łaskach, u chorążego położony dobrze, z nikim nigdy się nie waśniąc, mitygując spory, pośrednicząc do zgód, umiał i sobie, i drugim być użytecznym, lecz energicznego wystąpienia za kimś spodziewać się po nim nie było można.
Z trudnością go na chwilę potrafił wyprosić od księcia hetmana Butrym i dosyć chłodno całą sprawę swą mu przedłożył.
— Bój się Boga! człowiecze! — przerwał pod koniec szambelan — ale cóżeś ty sobie nawarzył? Wiesz, co Wolski u księcia znaczy?
— Cóżem miał począć?
— Akomodować się! — dodał szambelan. — Nie zrywając zupełnie mógłbyś mieć nadzieję jakiegoś zwrotu i rekuperacji, a teraz...
— Gdybyś pan szambelan raczył nic więcej, jak księciu to przedłożyć? — rzekł Butrym.
— Ale co to pomoże?
Naleganiom Butryma czyniąc zadość, poszedł szambelan do chorążego, a że politykował przybierając się do powiedzenia tej nowiny, godzinę czasu musiał czekać Marcjan, nim powrócił. Z twarzy mu znać było, że nic dobrego nie przyniósł.
— Cóż książę?
— Zamruczał pod nosem: „Fumy! fumy! Nie chce słuchać... niech idzie precz“.
— Gniewał się bardzo?
— Nie, przyjął to, jakby był przygotowanym — rzekł Kaszyc. — Nie trzeba go więcej drażnić, a gdy łowy królewskie szczęśliwie się odbędą, ktoś przemówi za waćpanem i — złagodzimy to.
— Dziękuję bardzo — odparł Butrym — ja już do służby księcia chorążego nie wrócę, a z Wolskim rozprawię się kiedyś, nie tak jak szlachcic z szlachcicem, ale jak mu się należy. — Szambelan za rękę go pochwycił.
— Daj pokój! chceszli być cały! Znasz księcia. Ręce długie ma.
To mówiąc szambelan z miną pełną współczucia pożegnał Butryma, a sam do chorążego powrócił. Był mu w istocie potrzebnym, bo miał właśnie gościa, z którym sobie rady dać nie umiał.
Był to Radziwiłł także, lecz do żadnego z nich niepodobny, chyba z tego, że także dziwakiem był, ale wcale na inny sposób.
Mniejszy wzrostem od swych pokrewnych i imienników, książę Udalryk, regimentarz wojsk litewskich, starosta miński, wyglądał więcej na spokojnego biuralistę niż na męża rycerskiego zawodu. Mały, przysadkowaty, z głową dużą, oczy mocno wydatne, patrzące bystro, czoło podniosłe; ubranie miał na sobie zaniedbane, włos w nieładzie i ruchy zdradzające roztargnienie.
Sławny ze swej uczoności, i pamięci szczególniej, mól biblioteczny, po całych dniach w książkach się grzebał i na wyzwanie po kilka tysięcy wierszy mógł recytować nie zająknąwszy się.
Namiętności jego do nauki wstydzili się inni członkowie familii, po cichu powiadając, że im czynił dyshonor. Nikt z nich dotrzymać mu placu nie mógł w rozmowie, więc się go jak ognia obawiano. Radzono mu, aby przywdział suknię zakonną, lecz na to się krzywił i do stanu tego ochoty nie okazywał.
Ile razy spotykał gdzie hetmana lub chorążego, przychodził do nich odwiedzić, pokłonić się i pogawędzić, chociaż od żadnego z nich nigdy nic nie potrzebował.
I teraz też właśnie w Warszawie bawiąc dla jakichś poszukiwań naukowych, chwilkę wolnego czasu chorążemu poświęcił. Potrzeba było widzieć, jak na siebie spoglądali.
Książę bialski bez mała miał go za postrzelonego; Książę Udalryk swego pana stryja za — umysłowo upośledzonego.
— Osobliwsza rzecz — poufnie się czasem odzywał starosta miński — jak ci Radziwiłłowie ubogo wyposażeni przez matkę-naturę! Gdyby tak jeszcze rozum mieli przy tych skarbach, co by to dopiero było! Wie Pan Bóg, co robi!
Rozmowa uczonego z magnatem tylko z pomocą Matusewicza i Kaszyca jakokolwiek iść mogła. Matusewicz też na uczonego trochę chorował, sprytu miał niemało, ale cały rozum i zdolności na wyrobki, procesy i intrygi polityczne obracał. W potrzebie jednak niezmierna zdolność i przytomność dozwalały mu taką grać rolę, jakiej po nim okoliczności wymagały.
Gdy Kaszyc powrócił do pokoju, w którym nasępiony chorąży siedział słuchając rozmowy starosty mińskiego z Matusewiczem, książę Udalryk zwrócił się ku niemu z uśmieszkiem:
— Wiecie najświeższą nowinę, której, gdyby prawdziwą nie była, uwierzyć by trudno?
Matusewicz potwierdził, iż była w istocie niesłychanie zdumiewającą.
— Cóż to tedy jest? — rzekł szambelan.
— Spotykam wszędzie sceptyków, gdzie tylko ją niosę, a wiem z najczystszego źródła. Oto królewicz nasz, którego księciem kurlandzkim kreować będziemy, wielką miłością goreje — i utrzymują wszyscy, iż ona go do ołtarza doprowadzi.
— Dla kogo?
— Otóż w tym jest węzeł gordyjski — rzekł książę Udalryk. — Zgadujcie.
Spiritus flat, ubi vult et amor idem — przerwał śmiejąc się Matusewicz.
Chorąży, z oczyma wpół zamkniętymi, siedział jak na niemieckim kazaniu.
— Kocha się w Krasińskiej, starościance nowomiejskiej, która jak Afrodyta piękną jest, to jej wszyscy przyznają — przecież Barbarą Radziwiłłówną zostać jej będzie trudno.
Chorąży burknął.
— Co za gadanie? gdzie? co? żeby się książę kurlandzki miał z nią ożenić? Kochać się — małoż kochanek liczył August II?
— Przepraszam — przerwał Matusewicz. — Z tej rodziny jeśli królewiczówną nie zostanie, to niczym innym nie będzie.
Chorąży obejrzał się ku niemu tylko: Matusewicz oczy spuścił.
— A ja powiadam — skonkludował książę Udalryk — że zostanie księżniczką saską; książę Karol ma być rozmiłowany do szaleństwa.
— Król nie pozwoli — rzekł Kaszyc.
— Pytać się go nie będą, a potem — cicho szepnął starosta miński — będzie udawał, że nic o tym nie wie.
— Bałamutne są to wieści! — zakończył kwaśno książę chorąży — poniekąd czci domu królewskiego uwłaczające, zatem — lepiej by ich nie powtarzać.
Pożegnał się natychmiast książę Udalryk z gospodarzem i wyszedł, a chorąży długo za nim powiódł oczyma. Widać było, że był rad będąc od niego wyzwolonym.
Matusewicz pamięć i uczoność pochwalał, ale mu przerwał chorąży: — Na co mu się to zdało! Albo on uczonych nie mógłby mieć na usługi? Ani do palestry, ani na profesora Radziwiłłowi nie iść — śmiech tylko z siebie robi, regimentarzem będąc nad bibułą.
I splunął chorąży z pogardą i goryczą.
Zobaczywszy Kaszyca, gdy teraz już w poufałym kółku był, zapytał go o Butryma.
— Cóż ten jakiś? płacze bardzo?
— Łez nie widziałem, ale nad krzywdą swą boleje, boć czuje się nie bez przyczyny pokrzywdzonym.
Nie odpowiedział ani słowa chorąży.
Późno w noc Wolski, który cały dzień na Ujazdowskim Placu spędził, aby się obeznać z tym, co miał i czym potrzebował rozporządzać — przybiegł do pałacu Radziwiłłowskiego. Hajduk Sawery właśnie miał księcia kłaść do łóżka.
Zobaczywszy go książę zamruczał.
— A co? jużeś wyprawił komedię? hę? Już?
— Musiałem wszystko przyprowadzić do porządku — rzekł nie zmieszany Wolski. — Książę temu Butrymowi okazał cokolwiek łaski i powolności, a z nimi — pozwól kurze grzędy, ano zechce wszędy — już mu się zdało, że on tam najwyższym panem i hetmanem. Pod moje rozkazy nie łaska było. I tak hardo się stawił, żem go musiał nauczyć!
— Cóżeś go nauczył? — odezwał się trochę szydersko książę.
Wolski nie miał się z czym chwalić, do strzału pustego przyznać się nie chciał, zbył pytanie milczeniem.
— Niedźwiedzi wiele?
— Było dwadzieścia — rzekł Wolski, ale przez nadzór Butryma jeden w drodze padł.
— Łosi? — spytał książę.
— Sześć, mości książę — mało — ale temu też Butrym winien — mówił Wolski. — Już na Pradze wczoraj, słyszę, wilkowi jednemu dali się wyrwać z klatki, szczęściem, że Maksym za nim pogonił i ujął go.
— Żywcem?
— Żywcem — dodał Wolski. — Nieporządek był wielki w drodze; koni padło bez miary. Butrym...
— Dajże mi z tym kpem pokój — zamruczał chorąży — a pilnuj, aby potem Wolski nie był winien.
Spojrzał nań ostro książę, lecz na faworycie nie uczyniło to żadnego wrażenia. Po małym przestanku książę, będąc już w łóżku, spytał stojącego jeszcze przed sobą łowczego:
— Jest tam dozór około Zaborskich?
Zamruczał tylko coś niewyraźnie faworyt, bo nie umiał nic odpowiedzieć. Pilnując własnego interesu i zajmując się łowami, na kobiety już dozoru dać nie mógł.
— Daj tam znać do nich — szepnął książę — że ja jutro będę. Muszę zobaczyć... Na galerii acan im nie zapomnij miejsca gdzie zrobić, żeby się też temu przypatrzyły, czego, jak żywe, widzieć nie będą.
— Ale, jaśnie oświecony panie — wyrwało się Wolskiemu — wprawdzie one się napatrzą, ale i ludzie też je widzieć będą, ciekawić się i pytać: co za jedne?
Książę się rozgniewał, podniósł na łokciu się opierając i odpowiedział grubym połajaniem, które Wolski przełknąwszy już odchodził, a u progu jeszcze chorąży mu powtórzył:
— Będziesz ty mnie rozumu uczył! Na galerii im miejsce zrobić — słyszałeś?!
Odszedł z tym Wolski.
Nazajutrz, jak dni poprzednich, przygotowywano się do inwestytury; cały dzień biegano i chodzono za różnymi drobnymi przyborami, których brakło.
Chorąży parę razy do chorągwi się swojej przykładał, aby w trzymaniu jej nabrać wprawy. Znużyło go to i znudziło; siedział nad wieczór posępny, gdy wszedł zawsze wesół i rozweselać usiłujący Matusewicz.
— Mości książę — rzekł Matusewicz — co się książę tu ma nudzić i wędzić między czterema ścianami, czy nie lepiej do królewskiego teatrum pojechać, w którym Włochy grają bardzo pocieszne rzeczy?
— Ależ ja włoszczyznę tylko na talerzu rozumiem — oburknął chorąży.
— Nic nie szkodzi — rzekł Matusewicz. — Książę się popatrzy na nich, co za figle wyprawiają, i trochę melancholii pozbędzie. Wprawdzie nie ten to już teatr, co dawniej był, ale Casanova taż sama i kilka kobiet wcale nieszpetnych.
Chorąży nie okazywał ani ochoty, ani wstrętu; Matusewicz nalegał: kazano powozowi zajść i do Saskiego Pałacu jechać, przy którym nowy teatr był wystawiony.
Teatr, w 1748 roku naprędce zbudowany, około którego naówczas po trzechset robotników dziennie pracowało dla pośpiechu, chociaż część włoskiej jego trupy komicznej była rozproszona, przedstawiał jeszcze dawne parodie oper Metastazego i komedie, w których aktorowie więcej improwizowali, niż ściśle się trzymali tekstu sztuki. Grube i dosyć tłuste żarty, figle nie bardzo smaczne, kij nawet czasem jako środek komiczny — niewybredną publikę bawiły. Król dobrodusznie śmiał się z jednych i tych samych fars, które mu lepsze czasy przypominały. Nałogowo się przyzwyczajał do swoich artystów i doskonałości po nich nie wymagał.
Comici italiani dnia tego powtarzali bardzo już ograną parodię: Le metamorfosi odiamorose in birba trionfale nello gare delle terre amanti. Teatr takimi jak chorąży ciekawymi był przepełniony, którzy tyle co i on zrozumieć z niego mogli; ale dla nich wszystkich było to zarówno nowością. Mieli też zarazem przyjemność oglądać uśmiechnięte dobrodusznie oblicze króla, który się żywo swoim zestarzałym i zbiedzonym teatrem zajmował. Oprócz niego minister Brühl z synem, książę Karol, cały wyższy dwór saski napełniał loże i parter, oświecony ubogo i skąpo.
Z polskich magnatów mało kogo brakło, choć ledwie cząstka rozumiała włoszczyznę tę, a mniej jeszcze — śmieszną stronę skarykaturowanych arii poważnych oper.
Oprócz już blisko pięćdziesięcioletniej Giovanny Casanova, dwoje Focarich, dwoje Vulcanich, Toscani, Conzacchi, Noë występowali na scenę w najdziwaczniejszych strojach, z gestami przesadzonymi, z krzykiem zamiast śpiewu, a treść tej birba trionfale tak była dziwacznie niedorzeczną, że w istocie do śmiechu pobudzić mogła. Rozumiejący i ci, co byli jak w rogu, za boki się trzymali, bo król jegomość się śmiał, a nie znajdować pociesznym tego, co jego bawiło, było obrazą majestatu. Nawet dosyć smutny chorąży ruszał ramionami i twarz wykrzywiał. Matusewicz, lubiący wesołość, na miarę jego królewskiej mości śmiał się potężnie.
Książę już dlatego, że się królowi mógł pokazać, nie znajdował złym, iż się do teatru przejechał, choć wrzaski, krzyki i muzyka niezwyczajna — drażniły go. Wodził tymczasem oczyma po sali, gdy — nagle wejrzenie jego utkwiło w jeden jej kątek przyciemniony i zapomniawszy się, kogo miał przy sobie, mocno w bok łokciem potrącił Matusewicza.
Gdy ten pochyliwszy się spytał o przyczynę, książę, skonfundowany, odpowiedzieć mu nie umiał. Matusewicz tylko zauważył, że był pod wrażeniem jakiegoś niezwyczajnego wypadku; twarz ponura wypogodziła się, oczy zmrużone zdawały się uśmiechać, usta składały się, jakby do kosztowania łakoci. Oblicze obok tego rozpromienienia wyrażało zdumienie.
Pomimo obietnicy swej: odwiedzenia Faustysi, chorąży, przez cały dzień niezmiernie zajęty, dojechać do niej nie mógł i to go tak czyniło smutnym. A tu właśnie, gdy się wcale nie spodziewał już jej widzieć — zobaczył w loży siedzącą, z nieznajomą sobie osobą, bardzo strojnie ubraną i poważnie wyglądającą.
Była to, jak się domyślić łatwo, pani Gilles, która wyprosiła u Zaborskiej dla Faustysi pozwolenie zawiezienia jej na teatr, na który, dzięki stosunkom u dworu, bilety zawsze z urzędu marszałkowskiego miewała. Zaborska chciała się i sama tu dostać, lecz pani Gilles nie miała więcej nad dwa miejsca.
Przekwitłą tę piękność polskiego Wersalu znano powszechnie w Warszawie i zjawiająca się obok niej gwiazda zwróciła oczy wszystkich.
Książę zobaczywszy swą „perełkę“ ucieszył się, nastraszył, rozgniewał, lecz — był nią dumny.
— Choćby, mości panie, wydało się, do czyjego dworu należy — nie powstydzę się — nie ma sobie równej na całej sali.
W samej istocie, malowane i powiędłe warszawskie boginie przy tym świeżym wiejskim kwiatku gasły wszystkie. Chorąży patrzył, lubował się i medytował, czy ma karcić za ten wybryk Zaborską, iż córce bez wiedzy jego dozwoliła się wybrać na teatr, czy wspaniałomyślnie to przebaczyć. Łaskawość przemogła, gdyż i on sam skorzystał z tego.
Ciekawym jednak był niepomiernie, z kim Faustysia przyjechała; a że Matusewicz znał wszystkich i nie było dla niego niepodobieństwem dowiedzieć się cokolwiek bądź, chorąży wskazał mu lożę.
— Widzi asindziej tę piękną, tę piękną?
Matusewicz znał ją z widzenia w bialskim kościele, ale udał, że nie zna — tak polityka nakazywała.
— Widzę — pewnie ta, co ma perły we włosach?
— A tak, obok niej siedzi... dowiedz mi się, co to za jejmość?
Nie potrzebował się informować wszechwiedzący Matusewicz, bo panią Gilles znał z Białegostoku, w którym bardzo często gościł.
Szepnął więc księciu na ucho:
— A, to białostocka niegdyś faworyta hetmana, a dziś abszytowana; nazywa się Gilles. Mieszka ona w tym dworze, gdzieś książę pan stanął na Pradze.
Chorąży zrozumiał wszystko, głową kiwnął. Dosiedział na sztuce do końca, choć mało na nią patrzał, a więcej na lożę i Faustysię. Ona też z niewypowiedzianą trwogą ujrzała księcia i chciała się od jego wzroku zasłonić, zakryć — lecz miejsce szczupłe nie dozwoliło. Szepnęła tylko Gilles, swej towarzyszce, iż długo nie wytrzyma, że rada by ujść — ale fiakra miały zamówionego na późniejszą godzinę, a pieszo powracać nie było podobieństwa. Musiała więc, wystawiona na prześladujący ją wzrok starca, dosiedzieć aż do ostatniego chóru i spuszczenia zasłony.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.