Pamiętnik złodzieja/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest William Hornung
Tytuł Pamiętnik złodzieja
Wydawca Dodatek do "Słowa"
Data wydania 1906
Druk Drukiem Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin.
A Thief in the Night:
Out of Paradise
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


I.
Wypędzony z raju.

Chcąc mówić o Raffles’ie, muszę cofnąć się myślą do ubiegłych dni przeszłości i wypełnić luki w rocznikach egzystencyi naszej. Daleką epokę wezmę za tło, uwydatniające prawdziwe rysy charakteru mego przyjaciela; bezwzględna prawda bowiem nie może już teraz czynić mu ujmy. Opiszę wiernie wszystkie najdrobniejsze jego ułomności. Raffles był nicponiem, niema co tego obwijać w bawełnę; kłamliwemi pochlebstwami nie uczciłoby się jego pamięci; ja sam wszelakoż nie lepiej postępowałem dawniej: wolałem przemilczać o niecnych intrygach; trwałem uparcie w nieprawościach i gotów byłbym grzeszyć dziś jeszcze podobnie, zostając pod urokiem, nadającym memu nicponiowi pozór bohatera. Nie będę wszelako taił prawdziwego stanu rzeczy, a na dowód szczerości wyznam ciężkie przewinienie, jakie popełnił względem mnie ów bohater.
Dobieram słów starannie, lubo sprawia mi to przykrość; pragnę nie okazać się zdrajcą wobec przyjaciela mego, a jestem mimo to zmuszony wspomnieć o fatalnym dniu marcowym, w którym on powiódł mnie na pokuszenie i następnie do zbrodni. Złą oddał mi usługę, lecz była to drobnostka w porównaniu z podstępnym czynem, jakiego dopuścił się kilka tygodni później. Druga wyrządzona mi krzywda stanowiła przewinienie wobec społeczeństwa; powinienem był oskarżyć Raffles’a, publicznie przed laty. Względy natury osobistej nakazywały zachowanie tajemnicy. Sprawa ta obchodziła mnie zbyt blizko i zbyt srogą winowajcy groziła karą. Wmieszana do niej została przytem droższa mi od Raffles’a osoba, której nazwiska nie godzi się kalać, łącząc je z naszemi imionami.
Dość wiedzieć, że byłem zaręczony z nią przed spełnieniem złowrogiego czynu w owym fatalnym dniu marca. Jej rodzina, wprawdzie niechętna połączeniu naszemu, nazywała to „mezaliansem”; nie miała jednak nad moją lubą bezpośredniej władzy i nastąpiłoby między nami zupełne porozumienie, gdyby nie mój niecny postępek.
Takie było położenie rzeczy nieszczęsnej nocy, w której przegrawszy w baczka znaczną sumę i wystawiwszy rewers na ten dług honorowy, zwróciłem się naciśnięty potrzebą do Raffles’a.
Po tem zajściu widziałem drogą mi kobietę razy kilka jeszcze; w końcu jednak dałem jej do zrozumienia, że ciążą na mnie winy, których dzielićby ze mną nie mogła i napisałem, że zrywam z nią stosunki. Pamiętam dokładnie straszne przebyte później chwile.
Było to pod koniec maja; czułem się tak zgnębiony, iż nie mogłem zebrać myśli dla śledzenia w dziennikach biegu wypadków, Raffles umiał zawsze znaleźć wyjście z najtrudniejszego położenia, lecz dotychczas nigdy nie widziałem zblizka jego sztuczek. W tym czasie w Yorkshire wygrał kilkaset funtów sterlingów i ta okoliczność właśnie zbliżyła nas, gdy szedł do mieszkania swego w dzielnicy Albany.
— Zapraszam cię na obiad z okazyi szczęśliwej wygranej — mówił do mnie — wyglądasz, Bunny, jakbyś potrzebował szukać pociechy na dnie butelki. Możebyśmy się zeszli w Café Royal o ósmej? Będę tam czekał na ciebie; wybiorę potrawy i wina.
W Café Royal tedy zwierzyłem mu nierozważnie kłopotliwe położenie moje, zachęcony do ufności wypróżnioną po winie butelką koniaku. Opowiedziałem wszystko szczerze, a Raffles słuchał mnie z wielką uwagą. Zwięzłą treściwością w wyłuszczeniu faktów zjednałem sobie jego sympatyę. Żałował, że nie odwołałem się do niego zaraz z początku niefortunnej komplikacyi wypadków i doradzał stanowcze z moją bogdanką zerwanie. Nie posiadała ona ani grosza posagu, a ja nie mogłem jej zapewnić środków utrzymania, zdobytych uczciwą pracą. Wyjaśniłem Raffles’owi, że była sierotą, która większą część czasu spędzała na wsi w majątku ciotki arystokratki, a resztę dni roku u dumnego polityka w Palace Gardens. Stara ciotka, jak sądziłem, żywiła skrytą dla mnie w sercu słabostkę, ale szanowny jej braciszek od pierwszej chwili spoglądał na mnie z góry.
— Hektor Carruther! — powtarzał Raffles nienawistne mi nazwisko, utkwiwszy we mnie swe chłodne, badawcze wejrzenie. — Musiałeś go widywać często?
— Bynajmniej — odparłem — przeszłego roku spędziłem w jego domu dni parę, lecz od tej chwili nie zapraszał mnie, a gdym go chciał odwiedzić, kazał oznajmiać, że niema pana w domu. Oczywiście stara bestya umie poznawać się na ludziach.
To mówiąc, roześmiałem się z goryczą.
— Ma dom ładny? — pytał Raffles, zajęty oglądaniem swojej srebrnej cygarnicy.
— Szczyt komfortu — odparłem — wszak znasz domy w dzielnicy Palace Gardens?
— Nie tak dokładnie, jakbym tego pragnął.
— Jego najokazalszy w szeregu innych pałaców. Dumny lord, bogaty jak Krezus, posiada swą rezydencyę wiejską wśród murów stolicy.
— Jak urządzone są okienice? — pytał Raffles od niechcenia.
Cofnąłem rękę, nie przyjmując cygara, które mi podawał. Spotkały się nasze oczy; w jego wzroku był błysk złośliwej filuteryi, wyraz szatańskiego zuchwalstwa, czyniący ze mnie powolne jego narzędzie wtedy i zawsze do ostatniej chwili. Zrazu jednak stawiłem opór hypnotyzującemu wejrzeniu, odpłacając je zimnym jak stal rzutem oka. Raffles nie potrzebował wypowiadać planów swoich; czytałem je dokładnie na jego uśmiechniętej o wydatnych rysach twarzy. Odsunąłem krzesło ze stanowczością, świadczącą o postanowieniu mojem.
— Cóż z tego, choćbym znał ich urządzenie — rzekłem — dom, w którym podejmowano mnie gościnnie obiadem; w którym widziałem; dom gdzie ona spędza całe miesiące! Nie tłómacz wyraźniej twych myśli, Raffles, inaczej wstanę i wyjdę bezzwłocznie.
— Nie uczynisz tego przed wypiciem kawy czarnej i likierów — odparł mój towarzysz ze śmiechem. — Wypal pierwej prawdziwie królewskie cygaro, pozwalając zrobić sobie uwagę, że skrupuły twoje zaszczytby ci czyniły, gdyby stary Carruther mieszkał jeszcze w rzeczonym domu.
— Chcesz dowodzić, że on tam już nie mieszka?
Raffles potarł zapałkę i podał mi ją uprzejmie.
— Dowodzę, że niema już.lokatorów tego nazwiska w Palace-Gardens. Od roku przeszło nie odwiedzałeś Carruther’a; to tłómaczy nasze małe nieporozumienie: ja miałem na myśli dom jedynie, a ty mieszkające w nim osoby.
— Kto są te osoby obecnie? Kto wynajął ów dom, jeśli Carruther z niego się wyprowadził? Skąd wiedzieć możesz, że opłaciłyby się odwiedziny w pałacu?
— W odpowiedzi na twoje pierwsze pytanie odpowiadam: że tam mieszka teraz lord Lochmaben — odparł Raffles, puszczając z cygara kłęby dymu pod sufit. — Spoglądasz zdumiony, jakbyś nigdy o nim nie słyszał; ponieważ w gazetach raczysz tylko czytać artykuły tyczące się sportu i zapasów atletycznych po cyrkach, nie możesz wiedzieć o liście nowomianowanych parów. Na drugie pytanie twoje nie warto odpowiadać: skąd wiem, że opłaciłyby się odwiedziny w pałacu? Mój interes wymaga, bym o wszystkiem był dokładnie powiadomiony i na tem koniec. Faktem niewątpliwym jest, że lady Lochmaben posiada brylanty nie mniejszej wartości od brylantów lady Carruther, a wnosić należy, iż przechowuje te kosztowności w miejscu, gdzie chowała swoje poprzednia lokatorka; czy mógłbyś mi bliższych w tym względzie udzielić objaśnień?
Zdołałem przypadkowo to uczynić, gdyż wiedziałem od jego siostrzenicy, że lord Carruther z wyjątkową starannością badał sposoby zabezpieczania się od sztuczek złodziejskich. Pamiętałem, jak mocnymi ryglami opatrzone były okienice w oknach na dole, a we drzwiach pokojów i sieni wychodzących na ulicę znajdowały się dodatkowe sztuczne zamki, trudne do zauważenia. Obowiązkiem klucznika było wszystkie te zamki przed nocą pozamykać i klucze z sobą zabierać. Klucz od skarbca tylko pozostawał pod wyłączną strażą samego pana domu.
Ten skarbczyk tak był zręcznie ukryty, że nie potrafiłbym go nigdy odnaleźć, gdyby w niewinności serca nie pokazała mi owej kryjówki pewna osóbka, mówiąc, że nawet jej małowartościowe biżuterye były tam na noc zawsze uroczyście składane. Skarbczyk, wmurowany w róg ściany za szafami biblioteki, przechowywał drogocenne klejnoty lady Carruther: niewątpliwie Lochmaben’owie na ten sam cel używali skrytki, a wskutek zaszłej zmiany w personelu lokatorów, nie wahałem się udzielić Raffles’owi żądanych objaśnień. Odrysowałem mu nawet na karcie spisu potraw plan rozkładu mieszkania na dole.
— Przezornie zrobiłeś, zwracając uwagę na urządzenie sztucznych zamków — rzekł mój towarzysz, chowając rysunek do kieszeni. — Nie pamiętasz, czy takim zamkiem opatrzone były drzwi frontowe?
— Niema w nich podobnego zatrzasku — odparłem — mogę temu zaprzeczyć stanowczo, gdyż miałem raz powierzony klucz od wspomnianych drzwi, gdyśmy razem spędzali wieczór w teatrze.
— Dziękuję ci, stary druhu — odezwał się Raffles życzliwie. — Nie potrzebuję nic więcej od ciebie, mój chłopcze. Wiwat, niech żyje noc dzisiejsza!
Takiego używał zwykle wyrażenia, gdy w myśli układał najzdradliwszą jaką sztuczkę. Spojrzałem na niego przerażony. Cygara nasze nie były jeszcze dopalone, mimo to zadzwonił o rachunek. Nie mogłem mu czynić uwag póki nie znaleźliśmy się na ulicy.
— Pójdę z tobą — rzekłem, biorąc go pod rękę.
— To nie miałoby sensu, Bunny!
— Dlaczego nie miałoby mieć sensu? Znam dokładnie miejscowość, a skoro dom zmienił lokatorów, nie doświadczam wyrzutów sumienia. Bywałem tam w odmiennym wprawdzie charakterze, lubo nie przynoszącym mi zaszczytu. Jest się zawsze złodziejem czy kradnie się grosz, czy cały funt sterling!
Zwykłem tak dowodzić, gdy mam krew wzburzoną; mój przyjaciel jednak nie umiał się poznać na objawach rozdrażnienia mego. Przeszliśmy Regent-Street w milczeniu; musiałem trzymać się jego rękawa, nie mogąc znaleźć oparcia na niegościnnem ramieniu towarzysza.
— Sądzę, że lepiej zrobiłbyś, rozstając się ze mną — rzekł po chwili Raffles — obecność twoja dla mnie zupełnie niepożądana.
— Przypuszczałem, że przeciwnie byłem ci już bardzo przydatnym.
— Nie przeczę, Bunny; mówię jednak szczerze, że tej nocy nie radbym mieć z ciebie świadka.
— Znam miejscowość obcą dla ciebie — nalegałem — wskażę ci drogę, nie ujmując ani szeląga z worka twojej zdobyczy.
Taką metodę stosował względem mnie zawsze z powodzeniem: odmawiał i odradzał z początku, a potem ustępował dobrodusznie; lecz on czynił to śmiejąc się wesoło, gdy ja unosiłem się często i traciłem panowanie nad sobą.
— Ty mały kruku — żartował — otrzymasz swoją cząstkę zysku, czy zechcesz narzucać mi się uparcie, czy zaniechasz myśli towarzyszenia mi w tej wyprawie. Mówmy seryo; alboż dziewczyna tak głęboko utkwiła ci w pamięci?
— Cóż z tego! — odparłem z żałosnem westchnieniem. — Dowodziłeś, że wypada z nią zerwać. Szczęśliwie się stało, że nie czekając twojej rady, sam o tem pomyślałem i pisałem do niej w tym celu w niedzielę. Dziś mamy wtorek, a dotychczas nie odpowiedziała ani jednem słowem; to przyczynia mi ciężkiego niepokoju.
— Może adresowałeś list do Palace-Gardens?
— Nie; wysłałem moją odezwę na wieś; gdziekolwiek jednak przebywałaby adresatka, mogłaby mnie już dojść jej odpowiedź.
W Albany przystanęliśmy w pobliżu Picadilly.
— Nie radbyś zajść do domu i przekonać się, czy list nie czeka tam na ciebie? — pytał Raffles.
— Nie mam tego zamiaru — odparłem. — Skoro postanowiłem zerwać z nią, zapóźno już cofać powziętą decyzyę. Zaniechałem dalszej znajomości z tą kobietą i gotów jestem dotrzymać ci placu.
Ręka, rzucająca najzręczniej w Europie kulami bilardowemi, spadła na moje ramię z zadziwiającą szybkością.
— Bardzo dobrze, Bunny; zatem rzecz skończona, ale odpowiedzialność niechaj spadnie na głowę twoją, jeśli ci się przytrafi co złego. Tymczasem wstąpmy do mnie dla wypalenia cygara i wypicia filiżanki herbaty, w jakiej musisz zagustować dla nabrania animuszu w nowem twojem rzemiośle. Gdy nadejdzie pora właściwa, wyruszymy razem na zdobycie złotego runa, mój chłopcze.
Mam żywo w pamięci chwile spędzone w jego pokoju, z oczyma niespokojnie śledzącemi posuwanie się wskazówek na zegarze, podczas gdy w myśli usiłowałem daremnie rozwiązać tajemniczą zagadkę, której wyjaśnienia Raffles odmawiał mi nielitościwie. Przypuszczał, że wyczekiwałem niecierpliwie tej przewodniej niteczki Aryadny; niedoświadczenie w grze, w której on był mistrzem, stanowiło ciężką próbę, przyczyniającą mi gwałtownego wzruszenia. Odnalazłszy w myśli jednak poszukiwany punkt wyjścia, doszedłem bezzwłocznie do równowagi, co zaraz spostrzegł Raffles i co zdumiewało go niepomiernie.
Przejmowała mnie coraz większa odraza do czynu, na który zgodziłem się dobrowolnie; nietylko wstrętną mi była myśl wejścia w taki sposób do tego domu, a niechęć rosła w miarę jak ustępowało sztuczne podniecenie, rozpalające krew moją, lecz rozumiałem coraz jaśniej, że odważamy się na krok ryzykowny, mogący mieć groźne następstwa. Obawy te wyznałem Raffles’owi i serdecznie wdzięczny mu byłem, gdy oświadczył, że ta trwoga jest najnaturalniejszem w świecie uczuciem. Upewniał mnie jednocześnie, że lady Lochmaben i jej drogocenne klejnoty miał już na oku od kilku miesięcy, że obserwował je czas długi, rozważając, które wybrać a które odrzucić, że czekał jedynie na topograficzny opis miejscowości, jaki szczęśliwem zrządzeniem losu mogłem mu udzielić. Dowiedziałem się także, iż miał on na liście kilka innych domów, których urządzenie pragnął również poznać przed wykonaniem planów swoich. W jednym z jubilerów na Bond-Street znalazł wiernego sojusznika.
Żałuję, że cały świat nie mógł go widzieć, słyszeć, wąchać dymu jego woniejącego cygara, gdy mnie wtajemniczał w arkana nikczemnego swego rzemiosła. Tej nikczemności nie zdradzał ani wzrok, ani wysłowienie mego towarzysza; lepszego od Raffles’a oratora nie zdarzyło mi się spotkać w życiu, a nie pamiętam, iżby kiedykolwiek przemówienia swoje kalał klątwą, lub chociaż nieprzyzwoitem słowem. W owej chwili wyglądał jak człowiek, który dopiero-co ukończył staranną toaletę na obiad proszony, a nie jak ten, który ów obiad spożył, zakropiwszy go paru butelkami wyborowego trunku; jego kędzierzawe włosy umiarkowanej długości czarne jak heban; na gładkiej, pełnej wyrazu twarzy nie pojawiała się zmarszczka żadna; całe zaś urządzenie mieszkania z rzeźbionemi na książki szafami, z meblami dębowymi, obrazami znakomitych mistrzów pendzla na ścianie świadczyły o wykwintnym guście właściciela.
Około pierwszej po północy dojechaliśmy dorożką do kościoła w Kensington, zamiast obrać krótszą prowadzącą tam drogę. Unikając rozmyślnie tych dróg prostych, Raffles natrafił w dalszym ciągu na bal odbywający się w Pokojach Cesarskich, którego goście w przestankach między tańcami wychodzili odetchnąć chłodnem powietrzem pustej o tej godzinie ulicy. Nie chcąc zwracać ich uwagi, towarzysz mój prowadził mnie czas jakiś przez ulicę Kościelną a następnie ciasnymi zaułkami na Palace-Gardens. Znał ów upatrzony dom niemniej dokładnie ode mnie; przypatrywaliśmy mu się z chodnika po drugiej stronie. Nie panowała w nim ciemność zupełna; widać było światło w sieni, a jaśniej jeszcze świeciło się w zabudowaniach stajennych w głębi.
— Niepożądana mitręga — rzekł Raffles — panie widocznie wyjeżdżały gdzieś na wieczór i mogą nam zepsuć projektowaną zabawę! Naturalnie, położą się one wcześniej od służby pałacowej, ale bezsenność prześladuje częstokroć płeć piękną niemniej jak ludzi trudniących się naszem rzemiosłem. Jeden z mieszkańców rodzaju męzkiego jest także prawdopodobnie nieobecny — syn właścicieli domu; on jednak, jako niepoprawny Don-Jouan, może tej nocy nie wracać do domu wcale.
— Zatem drugi egzemplarz Aleksego Carruther! — szepnąłem, przypomniawszy sobie człowieka, który wśród członków wzmiankowanej rodziny najmniej był mi sympatyczny.
— Mogą być braćmi rodzonymi z usposobienia — odparł Raffles, znający wszystkich hulaków w mieście. — Z tem wszystkiem, Bunny, sądzę, że obecność twoja jest mi niepotrzebną.
— Dlaczego?
— Jeśli drzwi frontowe przymknięte tylko, a dokładne są twoje objaśnienia tyczące się zamków sztucznych, wejdę do domu śmiało, jak gdybym był synem miejscowych gospodarzy.
To mówiąc, brzęknął pęczkiem kluczy noszonych przy łańcuszku od zegarka, jak zwykli nosić uczciwi ludzie swoje klucze od zatrzasku.
— Zapominasz o drzwiach wewnętrznych i o skarbcu.
— Prawda; mógłbyś w tem być mi pomocnym. Nie radbym jednak narażać cię bez koniecznej do tego potrzeby.
— Próżne skrupuły; wskażę ci drogę — odparłem i bezzwłocznie przeszedłem szeroką ulicę z okazałymi ogrodami dokoła domów, a szedłem tak śmiało, jak gdyby gmach, do którego dążyłem, był moją własnością. Sądziłem, że Raffles pozostał w tyle, gdyż nie słyszałem kroków jego za sobą, lecz odwróciwszy się, ujrzałem go tuż obok, gdym stanął przy bramie.
— Muszę cię nauczyć chodzić — mówił, potrząsając głową — nie powinieneś piętami dotykać ziemi. Stąpaj po darninie nad uliczką; żwir pod nogami szeleści, a ślady pozostawione na klombach kwiatowych bywają zdradne. Czekaj: tędy przeniosę cię ostrożnie.
Wypadało przejść drogę, którą zajeżdżały przed dom powozy i gdzie padało światło lampy z przedpokoju; żwir wyżłobiony kołami, groził usuwaniem się głośnem za każdym krokiem. Raffles trzymając mnie na rękach, przebył niebezpieczne miejsce, jak skradający się po zdobycz lampart.
— Zdejm obuwie i włóż je do kieszeni, to najważniejsze! — szepnął mój towarzysz. Poczem wyjął ostrożnie pęczek kluczy, probował kolejno kłaść je w zamek a za trzecim otworzył drzwi do sieni. Gdyśmy stali jeszcze na słomiance i on zwolna drzwi przymykał, zegar w przedpokoju wydzwonił półgodziny dźwiękiem tak mi dobrze znanym, że uchwyciłem Raffles’a za rękę. Moje półgodziny szczęścia ubiegały przy takich właśnie dźwiękach! Przerażonym wzrokiem rozglądałem się dokoła. Kołki na kapelusze i wieszadła dębowe przypominały mi również przeszłość. Raffles śmiał się, trzymając drzwi na oścież otwarte, jakby tem samem zachęcał mnie do cofnięcia się w porę.
— Skłamałeś przedemną! — wymawiałem szeptem.
— Nie mam tego na sumieniu — odparł. — Meble są Hektora Carruther, ale mieszkanie jest lorda Lochmaben. Patrz!
Pochylił się i podniósł z ziemi zgniecioną kopertę telegramu, na której przeczytałem skreślony ołówkiem adres: „Lord Lochmaben”. Wyjaśniło mi to zaraz położenie rzeczy: moi znajomi odnajęli mieszkanie umeblowane i każdy byłby mnie o tem uprzedził, za wyjątkiem Raffles’a.
— Dobrze; zamknij drzwi — mówiłem.
On nietylko drzwi te przymknął bez najlżejszego hałasu, ale jeszcze zasunął delikatnie ciężki rygiel.
Po chwili dobieraliśmy się już do drzwi biblioteki: ja trzymałem w jednej ręce latarkę, w drugiej buteleczkę z oliwą, on wytrychy i maleńką piłkę. Sztuczny zatrzask znajdował się wysoko nad klamką, tak, że zegar wybił drugą wśród ciszy nocnej, zanimeśmy zdołali dostać się do wnętrza pokoju.
Pierwszem staraniem Raffles’a było obwinąć serce dzwonka chustką jedwabną, zdjętą z wieszadła w przedpokoju, a następnie zabezpieczyć dla siebie i dla mnie na wszelki wypadek ucieczkę, otwierając okienicę i okno. Szczęściem noc była cicha, wiatr nie przeszkadzał wykonywaniu naszego zadania. Mój towarzysz zaczął więc operować przy skarbcu, ukrytym za szafami, podczas gdy ja trzymałem straż na progu. Stałem tak z dziesięć minut, przysłuchując się poruszaniu ciężkiego wahadła zegarowego i lekkiemu zgrzytowi przepiłowywanego przez Raffles’a zamka, gdy naraz inny jeszcze szmer ściął mi krew w żyłach: było to ostrożne drzwi otwieranie w galeryi na górze.
Chciałem przestrzedz mego przyjaciela, lecz on miał się na baczności. Przykręcił knot w swojej lampce a po chwili czułem już oddech jego na karku. Za późno już było na porozumiewanie się szeptem, niepodobieństwem zatarcie poczynionych piłką w drzwiach skarbca uszkodzeń. Staliśmy: ja na progu, on tuż za mną, a ktoś ze świecą w ręku schodził ostrożnie ze schodów.
Osoby tej nie mogliśmy dojrzeć, lecz z szelestu sukni kobiecej należało wnosić, że to była jedna z pań miejscowych w stroju wieczorowym, nie zdjętym jeszcze po powrocie z balu, czy z teatru. Gdy padło na nas światło świecy, cofnąłem się w tył instynktownie, jednocześnie ciężka ręka przysłoniła mi usta.
Musiałem wybaczyć Raffles’owi użycie względem mnie takiej przemocy, inaczej byłbym krzyknął głośno, gdyż dziewczyną ze świecą w ręku, dziewczyną w balowym stroju i z listem wysyłanym na pocztę w dłoni, była właśnie istota, którą najmniej ze wszystkich na świecie pragnąłbym spotkać w podobnych okolicznościach — ja, złodziej nocny w domu, w którym z jej przyczyny niechętnie byłem przyjmowany!
Zapomniałem o Raffles’ie; zapomniałem o ciężkiej nie do darowania krzywdzie, jaką wyrządzał w tej chwili; zapomniałem nawet o jego dłoni zatykającej mi usta, póki nie był tyle uprzejmy i nie usunął jej dobrowolnie. Dla mnie istniała tylko ta dziewczyna, zwracająca na siebie wyłącznie oczy i uwagę moją. Ona nie widziała i nie słyszała nas; szła nie oglądając się ani na prawo, ani na lewo. W pobliżu znajdowała się skrzynka, w którą rzucano listy na pocztę; pochyliła głowę, by przy świecy odczytać, o której godzinie korespondencya bywa wyjmowaną.
Rozlegało się głuche „tik-tak” zegarowe. Postawiła świecę na stole, list ujęła oburącz, a na jej słodkiem obliczu widocznym był wyraz szczerego niepokoju, wywołujący łzy w moich oczach. Zauważyłem, że otworzyła świeżo zapieczętowaną kopertę i odczytywała ponownie odezwę swoją, jakby coś chciała zmienić w jej treści. Zapóźno już było na taką poprawkę; oderwała więc różę od boku i wsunęła ją do listu, a ja wtedy nie zdołałem powstrzymać głośnego jęku.
Czy można się tem u dziwić? List był do mnie adresowany. Byłem tego tak pewny, jakbym czytał adres przez jej ramię. Miała charakter niezłomny, niby stal hartowna; do nikogo innego nie pisałaby i nie przesyłała róży o tej nocnej porze! Wysyłała list w tajemnicy, a czyniła to, aby złagodzić wyrzuty, na jakie zasłużyłem, złagodzić je różą płomienną, jak jej gorące serce. Ja zaś kimże byłem? — niecnym złodziejem, schwytanym na gorącym uczynku kradzieży! Sam jednak nie wiedziałem o głośnym mimowolnym wykrzykniku moim, póki ona nie spojrzała przerażona, a ręce mego towarzysza w tyle nie przykuły mnie do miejsca.
Myślę, że musiała nas dojrzeć w cieniu, mimo to nie objawiała choćby głośniejszym oddechem przerażenia swego, odważnie spoglądając w naszą stronę. Staliśmy, jak skamieniali; tylko poruszenie wahadła zegarowego świadczyło, że musiała upłynąć minuta cała wśród tej ciężkiej, jakby zmory sennej. Niebawem jednak nastąpiło przebudzenie. Gwałtowne łomotanie i dobijanie się do drzwi frontowych przywróciło nam trojgu poczucie rzeczywistości.
— Syn właściciela domu! — szepnął Raffles, ciągnąc mnie do okna, które miało nam ułatwić ucieczkę. On pierwszy wyskoczył, lecz wstrzymał mnie, gdy chciałem iść jego śladem, wołając: „Cofnij się, cofnij; wpadliśmy w zasadzkę“. W ciągu krótkiej sekundy widziałem, jak jednego człowieka przewróciwszy na ziemię, uciekał, goniony przez drugiego. Trzeci biegł ku mnie do okna. Cóż mogłem innego zrobić, jak tylko szukać ukrycia wewnątrz domu? W sieni spotkałem się oko w oko z moją ukochaną a straconą dziewczyną.
Do tej chwili ona nie poznawała mnie. Spieszyłem jej z pomocą, widząc, że jest blizką zemdlenia. Dotknięcie mojej ręki przywołało ją do przytomności; odtrąciła mnie od siebie i odezwała się głosem zdławionym:
— Ty, na Boga! ty jesteś! — Nie mogłem znieść bolesnego dźwięku jej mowy; biegłem z powrotem do okna biblioteki. — „Nie tędy, nie tędy!“ — wołała z rozpaczą — „wejdź tutaj“ — szepnęła, wskazując komórkę pod schodami, gdzie wisiały kapelusze i paltoty. Potem z głośnem łkaniem zamknęła drzwi za mną.
Słychać było bieganie, hałas, alarm, wszczęty w całym domu. Lekkie kroki dochodziły uszu moich z galeryi na górze.
Nie wiem, co skłaniało mnie do włożenia na nogi zdjętych poprzednio kamaszy; była to jakby instynktowna chęć wyjścia i oddania się w ręce poszukujących złoczyńcy ludzi. Nie potrzebuję mówić, czyje wspomnienie powstrzymało mnie od tego. Słyszałem powtarzane jej imię i niesiony ratunek zemdlonej. Poznałem wstrętny dla mnie głos Aleksego Carruther ochrypły, jak bywają zwykle głosy hulaków, zwracany do drogiej mi dziewczyny i cichą jej odpowiedź na pytanie przez kogoś drugiego zadane; to mnie przekonało, że ona nie straciła przytomności.
— Powiadasz pani, że uciekł na górę? Jesteś tego pewną?
Nie dosłyszałem słów przez nią wyrzeczonych; musiała prawdopodobnie ruchem ręki tylko wskazać na wschody, gdyż zaraz rozległo się takie tupotanie nad moją głowa, że zacząłem być w trwodze o własną skórę. Głosy jednak i krzyki oddalały się stopniowo a niebawem doszły mnie inne lekkie kroki. W rozpaczy wyszedłem z ukrycia na spotkanie mojej wybawicielki, odwracającej odemnie oczy, jakbym również uczynił od spodlonej jak ja istoty.
— Spiesz się! — mówiła surowym lubo cichym tonem, wskazując na wyjście.
Stałem przed nią, uparcie; serce moje buntowało się, dotknięte ostrem brzmieniem jej głosu; zobojętniało na wszelkie inne względy osobistego bezpieczeństwa. Spojrzałem na list, który zmięty trzymała jeszcze w ręku.
— Prędko! — wołała, tupiąc nogą — jeśli mogłeś dbać kiedykolwiek...
Ostatnie słowa wypowiedziała bez goryczy, bez pogardy, a jedynie błagalnym dźwiękiem, rozniecającym przygasającą we mnie namiętność uczuć. Rzuciłem ostatnie na nią wejrzenie i odszedłem, jak sobie tego życzyła — przez wzgląd na nią, nie na siebie. Odchodząc, słyszałem, jak darła list na drobne kawałki i rzuciła na ziemię.
Wtedy stanął mi na myśli Raffles; miałem ochotę go zabić za to, co uczynił. Niewątpliwie siedział w tej chwili spokojny, bezpieczny w mieszkaniu swojem na Albany, nie troszcząc się wcale, jaki los spotkać mnie może. W każdym razie wypadek dzisiejszy zakończy stosunki nasze wzajemne, jak smutnym końcem wszystkiego dla mnie było przedsiębrane złowrogie nocne dzieło! Chciałem iść zaraz i oświadczyć Raffles’owi, że postanowiłem z nim zerwać, pierwej jednak należało wydostać się z matni, w jaką mnie wtrącił. Zaledwie wszelako uczyniłem krok jeden, zaraz cofnąłem się w rozpaczy. Czyniono poszukiwania za złodziejami w krzakach między dziedzińcem a ulicą; latarka policyanta przeświecała przez zieleń liści, poszukiwaniami zaś kierował młody człowiek w wieczorowym stroju. Tego eleganta należało mi niepostrzeżenie wyminąć, lecz gdym tylko nogę postawił na żwirze ulicznym, on odwrócił się i poznałem w nim Raffles’a.
— Hola! — zawołał — przyszedłeś także brać udział w pościgu za złodziejami? Szukałeś ich już w pałacu? Lepiej zrobisz, pomagając nam odnaleźć ptaszków, ukrywających się pewnie gdzieś w ogrodzie. Bądź spokojny, panie stójkowy; to drugi gentleman z Pokojów Cesarskich.
Pomagaliśmy dzielnie w bezowocnych naturalnie poszukiwaniach, póki nie nadeszło więcej policyantów a szorstka odprawa drażliwego rewirowego nie posłużyła nam za pretekst do odejścia, trzymając się pod ręce. Tym razem jednak Raffles oparł dłoń na mojem ramieniu a tę dłoń jego odtrąciłem z gniewem, gdyśmy się tylko oddalili od miejsc, będących świadkiem hańby naszej.
— Wiesz, kochany Bunny, co mnie skłoniło do powrotu? — zagadnął.
Odpowiedziałem szorstko, że tego nie wiem i o to nie dbam.
— Miałem do czynienia z istnym dyabłem — ciągnął dalej mój towarzysz — przeskoczyłem przez trzy parkany ogrodowe, on równie zręcznie skakał przez nie, pędząc za mną w ten sposób, aż na High Street. Gdyby zdyszany głos dozwolił mu krzyczeć, byłbym zgubiony. Jak tylko dobiegłem do rogu ulicy, zrzuciłem z siebie paltot i oddałem go za biletem do kontramarkarni Pokojów Cesarskich.
— Musiałeś również mieć bilet i na odbywającą się w nich zabawę taneczną? — szydziłem. Przypuszczenie to było prawdopodobnem, gdyż Raffles zaopatrywał się w bilety na wszystkie zabawy sezonowe Londynu.
— Nie obchodziły mnie dziś tańce — odparł — skorzystałem tylko z tej sposobności, by poprawić nieład mojej toalety i pozbyć się zauważonego przez ścigających nas ludzi paltota, który wstąpię odebrać teraz. Podobnych zajść nie zwykłem tak bardzo brać do serca; mogłem tedy wejść na salę, gdzie spotkałbym niewątpliwie kogo ze znajomych, a byłbym nawet przetańczył walca, gdyby nie ciężki niepokój o ciebie, Bunny.
— Zaszczyt ci to robi, żeś wrócił, iżby mi przyjść z pomocą — zauważyłem — lecz skłamać przedemną i tem kłamstwem ściągnąć mnie podstępnie do tego domu było niegodziwością z twej strony, Raffles; tego nigdy ci nie przebaczę.
Mój przyjaciel ujął mnie znowu pod rękę. Dochodziliśmy do High-Street u bram Palace Gardens, a ja czułem się tak zgnębiony, że mimo czynionych postanowień nie miałem siły zwalczać uroku, jaki on na mnie wywierał.
— No, no, Bunny — mówił — nie było w tem żadnych zdradzieckich podstępów. Wszak robiłem wszystko, co mogłem, by ci odradzać towarzyszenie mi w tej nocnej wyprawie; nie chciałeś mnie słuchać.
— Gdybyś był powiedział prawdę, nie odważyłbym się na czyn podobny. Na co zdało się jednak mówić o tem teraz? Możesz przechwalać się z twojej przygody, z której wyszedłeś bez szwanku. Obojętny ci los, jaki mnie spotkał.
— Tak dalece ten los twój nie był mi obojętnym, że wróciłem, by zaradzić złemu.
— Mogłeś oszczędzić sobie tej fatygi! Wyrządzoną mi została krzywda niczem nie nagrodzona. Czyż nie poznałeś, Reffles’ie, kto ona była?
Mówiąc to, chwyciłem go za ramię.
— Odgadłem niestety! — rzekł z taką powagą, która mnie nawet zdziwiła.
— Nie ty bynajmniej, ona mnie wyratowała; przyczynia mi to najsroższych cierpień! — zawołałem.
Opowiedziałem mu, co zaszło, szczycąc się w żalu moim tą, którą z jego winy straciłam na zawsze. Gdym kończył mówić, doszliśmy do High-Street; dźwięki tanecznej muzyki dochodziły wśród ciszy nocnej z Pokojów Cesarskich; zawołałem dorożkę, a Raffles odchodząc, rzekł do mnie:
— Nie należy mówić, że smuci mnie, co zaszło. Wyznanie tego smutku w podobnych okolicznościach powiększa jeszcze wyrządzoną zniewagę. Wierz mi jednak, Bunny, przysięgam, że nie domyślałem się, iż ona jest w tym domu.
W głębi serca uwierzyłem jego słowom, lecz nie chciałem okazać tego.
— Wspominałeś sam przecież, że odezwę twoją wysłałeś do niej na wieś? — zauważył Raffles.
— List, pisany tej nocy i ukradkiem przez nią znoszony do skrzynki pocztowej był właśnie odpowiedzią, jakiej wyczekiwałem niecierpliwie — odparłem z goryczą — byłbym to pismo otrzymał jutro. Teraz nie dojdzie mnie już od niej żadne słowo ani w tem, ani w przyszłem życiu; straconą jest dla mnie na zawsze! Nie składam całej winy na ciebie. Nie wiedziałeś tak dobrze jak ja, że ona tu bawi. Skłamałeś jednak o wyprowadzeniu się z domu na Palace-Gardens jej rodziny i tego kłamstwa nie przebaczę ci nigdy!
Uniosłem się gniewem; dorożka czekała tymczasem.
— Nie dodam nic nad to, com już powiedział — rzekł Raffles, wzruszając ramionami. — Czy było to kłamstwem, czy prawdą, w każdym razie nie miało na celu skłonienie cię do brania udziału w wyprawie; pragnąłem tylko otrzymać z ust twoich potrzebne objaśnienia. Co się tyczy starego Hektora Carruther i lorda Lochmaben, każdy inny na twojem miejscu byłby zrozumiał położenie rzeczy.
— Jakie położenie?
— Powiedziałem już, o co chodzi.
— Powtórz raz jeszcze.
— Nie potrzebowałbym tego czynić, gdybyś uważniej czytywał gazety; jeśli chcesz wiedzieć, stary Carruther figurował na liścia zaszczyconych godnością parowską i obrał sobie tytuł lorda Lochmaben.
Więc to był niegodny wybieg a nie kłamstwo. Na ustach moich osiadł pogardliwy uśmiech, odwróciłem się, nie mówiąc słowa i odjechałam do siebie na Mount Street, miotany wściekłym gniewem. Dowodził, że nie skłamał! Był to właśnie rodzaj najnikczemniejszego kłamstwa, mającego pozory prawdy, o które nie byłbym nigdy posądzał Raffles’a. Dotychczas w stosunku wzajemnym przestrzegaliśmy pewnego stopnia zasady uczciwości, o ile to możliwe między złodziejami. Teraz wszystko skończone; Raffles oszukał mnie; przyprawił o zgubę; nie chciałem słyszeć o nim więcej podobnie jak ta, której nazwiska nie godzi mi się wymieniać, nie usłyszy o mnie nigdy w życiu!
A jednak w goryczy serca mego potępiając ciężko Raffles’a, nienawidząc podstępny czyn jego, w głębi duszy uznawać musiałem, że on nie miał złych względem mnie intencyj, że daleką była od niego myśl wyrządzenia mi jakiejkolwiek krzywdy; wynikło to raczej z nieporozumienia. Rzeczywiście towarzysz mój wspominał o nowomianowanym lordzie Lochmaben i i jego spadkobiercy w sposób, który powinien mi był nasunąć wniosek, że mowa o Aleksym Carruther, moją było winą, iż nie umiałem domyślić się prawdy. Raffles odradzał mi zresztą usilnie branie udziału w tej nieszczęsnej wyprawie; wprawdzie gdyby był jaśniej się tłómaczył, byłbym mu przeszkodził w wykonaniu jego zamiarów. W gruncie rzeczy przyznać jednak musiałem, że mój przyjaciel nie uchybił przyjętym wśród nas honorowym zobowiązaniem; trudno mi zawsze w sądach moich odłączyć przyczynę od skutku, czyn od intencyi. Tem więcej nie byłem zdolny w tym razie do sprawiedliwego ocenienia pobudek Raffles’a.
W ciągu kilku następnych dni skwapliwie odczytywałem dzienniki, a znajdowane w nich szczegóły o nieudanej kradzieży w Palace-Gardens uspakajały mnie w części. Donoszono, że bezskutecznemi okazały się zbrodnicze zamiary łotrów, że nic nie zostało skradzione. Przytem... jedyna osoba z pośród domowników, która przypadkowo spotkała jednego ze złoczyńców, nie była w stanie udzielić o nim dokładnych objaśnień, zeznając, że w razie aresztowania złodzieja nie mogłaby go poznać.
Nie będę rozwodził się nad sprzecznością uczuć, jakie to doniesienie budziło w sercu mojem, utrzymując w niem promyk złudnych nadziei do chwili, kiedy pewnego rana otrzymałem zwrot skromnego ofiarowanego jej podarku: były to książki — klejnoty z polecenia wyższej władzy zostały wzbronione — a te książki odesłała bez jednego w dodatku słowa, lubo adres na pakiecie jej ręką był skreślony.
Postanowiłem nie widzieć więcej Raffles’a, niebawem jednak żałowałem tego postanowienia. Utraciłem istotę gorąco miłowaną, poświęciłem mój honor, a teraz dobrowolnie wyrzekałem się stosunku z człowiekiem, którego towarzystwo mogło mi w części nagrodzić poniesione straty. Dotkliwszem czynił jeszcze położenie stan moich finansów; z każdem nadejściem poczty obawiać się mogłem groźnego ultimatum od mego bankiera. Najważniejszem wszelakoż to było, że kochałem Raffles’a. Na moje uczucie nie oddziaływał wpływ występnego, wspólnie prowadzonego życia, a tem mniej wynikająca z tych występków korzyść materyalna; kochałem nie złoczyńcę, lecz człowieka śmiałego, pełnego humoru, niezrównanej odwagi, umiejącego w każdej okoliczności radzić sobie szczęśliwie. Przełamanie uczynionego postanowienia uważałem wprawdzie za objaw słabości, lecz gniew ustąpił wprędce, a gdy Raffles spróbował zarzucić na dzielącą nas przepaść złoty most zgody i pierwszy zgłosił się do mnie, powitałem go radosnym niemal krzykiem.
On przyszedł jakby nic nie zaszło między nami — nie widzieliśmy się rzeczywiście dopiero dni kilka, lubo te dni wydawały mi się długimi miesiącami. Zauważyłem, że wzrok, który zwracał na mnie wśród obłoków tytuniowego dymu, nie był tak pogodny jak zazwyczaj. Doznałem też ulgi, gdy po krótkim wstępie dotknął najważniejszego dla ranie tematu.
— Słyszałeś co o niej, Bunny? — pytał.
— Doszła mnie stamtąd wiadomość — odparłem — lecz o tem nie będziemy z sobą mówili, Reffles’ie.
— Jaka wiadomość? — zawołał jakby przykro zdumiony,
— Wszystko między nami skończone — rzekłem — czy mogłeś spodziewać się czego innego?
— Sam nie wiem — odparł mój przyjaciel — sądziłem, że dziewczyna, która narażała się odważnie, by człowieka wybawić z niebezpieczeństwa, nie zawaha się podać mu rękę z pomocy dla ratowania go ponownie od zguby.
— Nie widzę, dlaczego miałaby się tak poświęcać? — zauważyłem z pobudek uczciwości, do których domieszało się rozdrażnienie, wypływające z samolubnych względów.
— Wspomniałeś wszelakoż, iż słyszałeś o niej? — nalegał uparcie.
— Odesłała mi nędzne podarki moje, bez jednego słowa od siebie — rzekłem.
Nie chciałem wyznać Raffles’owi, że ofiarowywałem jej książki tylko. Pytał jeszcze, czy pewny jestem, że zwrot darów nastąpił z jej własnej woli, a usłyszawszy odpowiedź, położył rękę na mojem ramieniu, mówiąc, nie wiem czy z zadowoleniem, czy z żalem:
— Jesteś więc stanowczo wypędzony z raju; gdybym to wiedział, byłbym wcześniej przyszedł do ciebie. No, Bunny, jeśli tam widzieć cię nie życzę sobie, jest małe piekiełko w Albany, gdzie będziesz witany z radością.

Gdy to mówił, z pełnym uroku filuternym uśmiechem jego łączył się odcień smutku, którego znaczenie dziś rozumiem dopiero.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest William Hornung i tłumacza: anonimowy.