Pamiętnik złodzieja/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest William Hornung
Tytuł Pamiętnik złodzieja
Wydawca Dodatek do "Słowa"
Data wydania 1906
Druk Drukiem Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin.
A Thief in the Night:
The Chest of Silver
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.
Skrzynka ze srebrem.

Zarówno jak większa część trudniących się tym rzemiosłem ludzi, na których czele stał w przekonaniu mojem, Raffles gardził ciężkim, choćby z czystego złota lub srebra łupem, jeśli nie mógł go ukryć przy sobie. Niepodobny wszelakoż do drugich w tem jak we wszystkiem innem, mój przyjaciel dozwalał namiętności kolekcyonisty brać górę nad obowiązującą w zawodzie naszym przezornością. Stare oszklone szafy dębowe, za które płacił niewątpliwie gotówką jak każdy uczciwy obywatel, były napełnione drogocennymi metalowymi przedmiotami, odrobionymi kunsztownie, których nie śmiał używać i nie miał odwagi przetopić lub sprzedać. Przypatrywał im się tylko z zachwytem przez szyby, na czem zeszedłem go raz przypadkiem. Było to w drugim roku po odbytym przezemnie nowicyacie w zdradzieckim zawodzie, gdy w złodziejskich wyprawach niepoślednią już odgrywałem rolę. Przyszedłem do niego wezwany telegramem, w którym donosił, że zmuszony wydalić się z miasta, pragnie widzieć mnie przed wyjazdem. Mogłem sądzić, że chciał również żegnać się czule z bronzowymi talerzami i zaśniedziałymi srebrnymi przyborami, rozstawionymi dokoła niego, póki nie zwróciłem uwagi na dużą skrzynkę, w którą składał on te przedmioty kolejno.
— Pozwól, Bunny — rzekł — iżbym zamknął drzwi za tobą, a klucz schował do kieszeni. Nie przypuszczaj, żebym chciał cię więzić, mój chłopcze, lecz między nami są tacy, którzy potrafią klucz przekręcić w zamku od zewnętrznej strony, lubo ja nigdy nie bawiłem się w podobne sztuczki.
— Nie będziemy chyba mieli znowu do czynienia z Crawshay’em? — pytałem, nie zdejmując kapelusza z głowy.
Raffles uśmiechnął się tym swoim czarującym uśmiechem tak głębokiego nieraz znaczenia; domyśliłem się bezzwłocznie, że spotkał naszego najzaciętszego wroga i najniebezpieczniejszego współzawodnika, dziekana wydziału starej szkoły.
— Zobaczymy to dopiero — odparł mój towarzysz — nie widziałem go na oczy, odkąd ujrzawszy tego człowieka przez okno, padłem niby trupem na miejscu. Mniemałem, że on siedzi sobie spokojnie w więzieniu.
— Niepodobne to na starego Crawshay’a — dowodziłem. — Zbyt on zręczny, by się miał dać przyłapać dwa razy. Zdaniem mojem, jest on księciem zawodowych złodziei.
— Tak sądzisz? — odparł Raffles chłodno, przenikliwym wzrokiem wpatrując się we mnie — czekaj przynajmniej z mianowaniem książąt, póki nie odjadę.
— Gdzie zamierzasz odjeżdżać? — pytałem, szukając miejsca na kapelusz i paltot, a następnie nalewając sobie kieliszek orzeźwiającego trunku z okazałego kredensu, będącego jednym z najdrogocenniejszych sprzętów mego przyjaciela — gdzie jedziesz, zabierając z sobą ten zbiór białych kruków?
Raffles uśmiechnął się z zadowoleniem, słysząc określenie, jakie dałem cennej jego kolekcyi. Zapalił podobnie jak ja papierosa, lecz nie chciał krzepić się trunkiem.
— Nie należy dwóch pytań zadawać naraz — mówił. — Otóż chcę, iżby odmalowano te pokoje, zaprowadzono w nich światło elektryczne i telefon, o który napierasz się od tak dawna, Bunny.
— Ślicznie! — zawołałem. — Będziemy mogli rozmawiać z sobą w dzień i w nocy.
— A w dodatku być podsłuchanymi i biedy sobie narobić. Będę czekał, aż ty pierwszy wpadniesz w pułapkę — zauważył złośliwie. — Potrzebne jednak odnowienie mieszkania nie dlatego, iżbym lubił zapach świeżej farby, lub wzdychał za światłem elektrycznem, lecz z przyczyn, które ci zwierzę pocichu, Bunny. Nie należy ci tego brać zbyt do serca, mój drogi, faktem jest wszelakoż, że zaczynają zadużo o mnie gadać w nieszczęsnem Albany. Musiał mnie wytropić ów stary wyżeł policyant Mackenzie; dotychczas położenie rzeczy nie jest bardzo groźnem, lecz nie życzę sobie właśnie dopuścić do tego. Miałem do wyboru: albo wynieść się stąd bezzwłocznie i potwierdzić tem samem plotki krążące w powietrzu, lub wydalić się na czas pewien pod pozorem nowych urządzeń w mieszkaniu, dających władzy pretekst do zajrzenia w każdy kącik. Cobyś zrobił na mojem miejscu, Bunny?
— Wyniósłbym się, o ilebym mógł najprędzej — rzekłem.
— Pewny byłem, że tak powiesz — odparł Raffles. — Przyznaj, o ile plan mój lepszy: zostawiam wszystko otworem.
— Za wyjątkiem tej paki — mówiłem, wskazując na okutą dębową skrzynię, zawierającą poobwijane starannie wazony i kandelabry.
— Tego ani zabieram, ani tutaj nie zostawiam — zauważył Raffles.
— Co chcesz z tem robić?
— Masz kredyt w banku i twego bankiera — odparł.
Było to prawdą, lubo Raffles właśnie wyrobił mi ów kredyt w jednym, a zjednał dla mnie względy drugiego, gdym był naciśnięty potrzebą.
— Cóż dalej?
— Wnieś do kasy banku te pieniądze dziś po południu — rzekł, podając mi banknoty — i powiedz, że wygrałeś je w Liverpool’u i w Lincolnie; następnie zapytaj, czy nie chcieliby przyjąć w depozyt twoich sreber na czas kilku tygodni, które zamierzasz spędzić w Paryżu. Ja im szepnę, że to ciężka skrzynia — zbiór starych rodzinnych zabytków, które radbyś u nich złożyć, póki się nie ożenisz i nie urządzisz odpowiednio domu.
Nie przystawałem na ostatnią wersyę, lubo zgodziłem się na wszystko inne. Tłómaczenia jego było dosyć prawdopodobnem. Raffles nie miał bankiera; trudno przychodziłoby mu wyjaśnić przed nim źródło znacznych sum w gotówce, jakie dostawały się niekiedy do rąk jego; być może, iż wyrobił dla mnie ten kredyt w przewidywaniu okoliczności, która nadarzyła się właśnie. W każdym razie nie mogłem odmówić jego żądaniu i przyjemnie mi dziś pomyśleć, że uczyniłem to z dobrą wolą.
— Kiedy skrzynia będzie gotową? — pytałem, chowając podane mi przez niego banknoty. Jak zdołamy ją przewieźć w godzinach czynności bankowych, bez zwracania na to niczyjej uwagi?
Raffles skinął z uznaniem głową.
— Cieszy mnie — rzekł — iż tak prędko nabyłeś zawodowego doświadczenia. Myślałem zrazu, że będziesz mógł tę skrzynkę nocną porą sprowadzić do siebie, lecz mógłby cię kto dostrzedz i uznałem, że lepiej to uczynić za dnia dla nieściągania podejrzeń. Jazda na miejsce z ładunkiem zabierze ci kwadrans czasu, najlepiej więc, iżbyś załatwił się z tem jutro o trzy kwadranse na dziesiątą. Musisz jednak zaraz teraz podążyć do banku, jeśli chcesz należycie przygotować wszystko i wnieść do kasy pieniądze po południu.
Ta stanowczość i dowolne rozrządzanie moją osobą wiernie maluje ówczesnego Raffles’a, który wyciągnął bezzwłocznie rękę do mnie z pożegnaniem. Byłbym chętnie jeszcze wypalił papierosa, gdyż miałem dwie do rozstrzygnięcia wątpliwości. Przedewszystkiem pragnąłem dowiedzieć się, gdzie odjeżdża mój przyjaciel, a to objaśnienie wymogłem na nim w chwili, gdym już zapinał paltot i wkładał rękawiczki.
— Do Szkocyi — oświadczył krótko.
— Tam chcesz spędzić święta Wielkanocne? — pytałem zdziwiony.
— Dla wyuczenia się miejscowego narzecza — tłómaczył. — Nie władam żadnym cudzoziemskim językiem, ale ojczystą mowę pragnę uprawiać we wszystkich jej odcieniach. O pożytku takiej znajomości miałeś sposobność sam się przekonać, Bunny. Przyswoiłem sobie dyalekty używane w Irlandyi w Devonshire, w Norfolk, w Yorkshire, tylko akcent mowy szkockiej muszę mieć czystszy i nad tem popracować zamierzam.
— Nie powiedziałeś dotychczas, gdzie adresować listy?
— Pierwszy napiszę do ciebie, Bunny.
— Pozwól przynajmniej odprowadzić się na dworzec — prosiłem, odchodząc — przyrzekam nie spojrzeć na bilet kolejowy; powiedz tylko, którym jedziesz pociągiem?
— Wychodzącym o jedenastej minut dziesięć z Euston.
Odszedłem, o nic więcej nie pytając, bo czytałem zniecierpliwienie na twarzy Raffles’a. Potrafił wszystko wyłożyć dokładnie, unikając długich dyskusyj, w których ja miałem upodobanie. Rachowałem, że będziemy mogli spożyć razem obiad, a zawód przyczyniał mi niezadowolenia; siedziałem chmurny, póki nie przyszło mi na myśl przeliczyć dane przez niego banknoty, poczem nie mogłem już chować do przyjaciela urazy. Suma była znaczna, co dowodziło, iż Raffles pragnął, abym czas spędzał przyjemnie mimo jego nieobecności. Bez skrupułu tedy powtórzyłem urzędnikom w banku ułożoną przez niego bajeczkę i przygotowałem wszystko dla złożenia w depozycie skrzynki następnego rana. Załatwiwszy się z tem, pojechałem do klubu, mając nadzieję, że zjawi się tam mój przyjaciel i jak tego pragnąłem, zjemy razem obiad; zawiodłem się w tym względzie. O ileż przykrzejszy był mój zawód dnia następnego, gdy podążyłem do Albany.
— Pan Raffles wyjechał — rzekł odźwierny jakby z wymówką, gdyż cieszył się względami swego lokatora, który usługi jego wynagradzał hojnie.
— Wyjechał? — powtórzyłem zdumiony — gdzież mógł jechać tak wcześnie?
— Do Szkocyi.
— Jakto? kiedy?
— Pociągiem, wychodzącym o jedenastej minut dziesięć w nocy.
— W nocy! Sądziłem, że odjedzie o jedenastej minut dziesięć rano?
— Domyślał się on takiej pomyłki z pańskiej strony, skoro nie przyszedłeś go pożegnać. Kazał mi panu powiedzieć, że o tej godzinie rano nie odchodzi żaden pociąg.
Byłbym mógł drzeć szaty z gniewu na siebie i na Raffles’a. Nie wątpiłem, że z właściwą sobie przebiegłością chciał się mnie pozbyć.
— Czy zostawił jakie zlecenie? — pytałem zasępiony.
— Dał dyspozycye tyczące się skrzynki. Pan Raffles mówił, że pan obiecałeś czuwać nad nią w czasie jego nieobecności; mam przyjaciela, któryby mógł wynająć na przewiezienie wózek. Należność zaspokoiłby pan Raffles.
Przyznać muszę, że nietyle ciężar, ile rozmiary przeklętej skrzyni wprawiały mnie w kłopot, gdym wiózł ją obok klubu przez park o godzinie dziesiątej rano. Jakkolwiek w tył się cofałem, nie mogłem ukryć osoby mojej, a tem więcej ogromnej okutej paki: podrażniony, wyobrażałem sobie, że zrobioną była nie z drzewa, lecz ze szkła, przez które świat cały mógł widzieć podejrzaną jej zawartość. Raz spotkany konstabl za naszem zbliżeniem podniósł w górę laseczkę, a ja złowrogie znaczenie przypisywałem tej zwykłej ceremonii. Gdy ulicznicy biegli za nami — może to nawet nie za nami, tylko mnie się zdawało — w ich krzyku rozróżniałem wyraźnie słowa: „Trzymaj złodzieja!“ Była to rzeczywiście jedna z najprzykrzejszych przejażdżek moich w życiu Horresco referens.
W banku jednak, dzięki przezorności i hojności Raffles’a, wszystko poszło gładko jak po maśle. Zapłaciłem dorożkarza, dałem suty napiwek wysokiemu posługaczowi w liberyi, który pomagał zanosić skrzynkę i byłbym chętnie obsypał złotem urzędnika bankowego przyjmującego depozyt, który śmiał się z moich konceptów na temat nieprzyjemności, wynikających z posiadania rodzinnych sreber. Doznałem jednak przykrego wrażenia, gdy mi oświadczył, że bank nie wydaje kwitów na tego rodzaju depozyty. Teraz wiem, że z małym wyjątkiem postępują w ten sposób wszystkie banki londyńskie, wtedy jednak miałem zatrwożoną minę, jak gdybym narażał na niebezpieczne ryzyko wszystko, do czego największą przywiązuję cenę.
Zrzuciwszy ciężar z rąk i z myśli, resztę dnia byłbym przyjemnie dość spędził, gdyby nie zagadkowy, budzący niepokój bilecik, otrzymany wieczorem od Raffles’a.
Należał on do liczby ludzi, którzy telegrafują często, a rzadko tylko pisują listy. Czasami jednak przesyłał skreślonych słów kilka przez umyślnego posłańca. Kartkę do mnie pisał naprędce w pociągu:

„Baczność, książę profesorów! Gdy odjeżdżałem, płynął znowu z wiatrem. Jeśliby istniał najlżejszy powód niepokoju, cofnij zastaw i trzymaj go u siebie jako cenny towar,
A. J. R.
P. S. Dokładniejsze wskazówki dojdą cię później.”

Niemiła do rozwiązania zagadka! Pozbywszy się kłopotu i otrzymawszy od przyjaciela niespodziewany zasiłek pieniężny, obiecywałem sobie wesoło wieczór spędzić, lecz tajemniczy bilecik wbił mi ćwieczka w głowę; doszedł mnie późno w nocy; żałowałem, że go nie zostawiłem zapieczętowanym do rana.
Nie dziwiła mnie wzmianka, tycząca się Crawshay’a; byłem pewny, że Raffles miał słuszne powody zwracania na niego uwagę przed podróżą, jeśli nawet z gburem nie spotkali się oko w oko. Ów nicpoń i ta niespodziewana podróż Raffles’a musiały być niewątpliwie w blizkim z sobą związku; wprawdzie mój przyjaciel nic mi o tem nie wspominał, w każdym razie jednak zdobycz jego umieściłem bezpiecznie w banku, gdzie Crawshay nie mógłby do niej się dobrać. Byłem zupełnie pewny, że nie śledził za dorożką, gdym skrzynię przewoził zrana; przeczułbym obecność łotra przez skórę. Stanął mi w pamięci przyjaciel odźwiernego pomagający w odwożeniu kosztowności; zauważyłem jednak dokładnie rysy jego i pamiętałem oblicza Crawshay’a; stanowili dwa odrębne typy.
Trudno było myśleć o podnoszeniu bezzwłocznem depozytu z banku i przewożeniu powtórnem skrzyni, nie mając do tego usprawiedliwionych powodów. Rozważałem długie godziny, jak wypada postąpić. Pragnąłem służyć gorliwie Raffles’owi, mając na pamięci, co on dla mnie uczynił, jak od pierwszej chwili gotów był zawsze dążyć mi z pomocą. Nie potrzebuję taić, iż strachem przejmowała mnie myśl dostania się do więzienia za przeklętą skrzynię. On jednak na większe niejednokrotnie narażał się ryzyko; rad więc byłem przekonać go, że może również polegać na mojem dla niego poświęceniu.
Dręczony w głębi duszy rozterką sprzecznych uczuć, zrobiłem to, co zwykłem czynić w niepewności i braku stanowczej decyzyi — udałem się na ulicę Northumberland do zakładu kąpielowego. Nic zdaniem mojem, czyszcząc ciało, nie rozjaśnia skuteczniej myśli, nie podnieca zdrowego sądu, o ile go człowiek posiada, nad kąpiel. Nawet Raffles przy właściwem mu zahartowaniu nerwów, oceniał dobroczynny wpływ, wywierany tuszami. Na mnie działa uspakajająco zanim zdążę nawet ściągnąć z nóg buty, samo urządzenie kąpielowego zakładu: miękkie kobierce, cichy szmer wodotrysku, bezwładnie spowinięte postacie leżące na sofach, wilgocią przejęta ciepła atmosfera, wszystko to sprawia, zdaniem mojem, rozkosz. Półgodziny spędzone w łaźni przywraca mi elastyczność w członkach, dodaje bodźca inteligencyi. A jednak... w tym gorącym pokoju właśnie, przy temperaturze 270° Fahrenheit’a spadł na mnie grom z Pall Mall Gazette, kupionej po drodze.
Nabierając nowych sił w owej tropikalnej atmosferze, przewracałem wilgotne karty dziennika, gdy naraz niby w świetle błyskawicy oczy moje padły na artykuł:

Okradzenie Banku w West End.
Śmiała tajemnicza zbrodnia.

„Zuchwała kradzież dokonaną została w banku miejskim na ulicy Sloane W. Wnosząc z pierwszych zebranych wiadomości, rabunek uplanowany był z góry i zręcznie dokonany dzisiaj o wczesnej porze rannej.
„Stróż banku nazwiskiem Fawcett, zeznaje, że między pierwszą a drugą w nocy słyszał szmer jakiś w pobliżu skarbca na dole, gdzie przechowywane bywają drogocenne depozyta klientów bankowych. Chcąc się przekonać, co przyczyną tego szmeru, Fawcett poszedł w tamtą stronę, lecz bezzwłocznie rzucił się na niego jakiś łotr olbrzymi, który powalił stróża na ziemię zanim ten ostatni zdołał wszcząć alarm.
„Fawcett nie może dostarczyć dokładnego rysopisu swego napastnika, czyli napastników, gdyż zdaniem jego więcej niżeli jeden człowiek brał udział w kradzieży. Gdy biedny człowiek odzyskał przytomność, nie było już śladu złodziei, za wyjątkiem palącej się świecy, zostawionej przez nich w korytarzu.
„Skarbiec stał otworem; jest obawa, że został opróżniony ze wszystkich skrzyń ze srebrem i innemi kosztownościami, składanemi o tej porze roku w depozycie z okazyi licznych wyjazdów z miasta na święta Wielkiejnocy, co złodzieje brali widocznie w rachubę. Inne sale banku nie były przez nich nawiedzane, a dostali się prawdopodobnie do skarbca przez piwnicę, służącą na skład węgli. Do chwili obecnej policya nie wpadła na ślad złoczyńców i nie aresztowała nikogo.”

∗                ∗

Byłem jakby tknięty paraliżem straszną wiadomością i mógłbym przysiądz, że mimo podzwrotnikowej temperatury, zimny pot oblewał mnie od stóp do głowy. Crawshay naturalnie! Crawshay wytropił znowu Raffles’a i jego łupy! Winę tego poczęści przypisywałem memu przyjacielowi: ostrzeżenie swoje przesłał zbyt późno, powinien był odrazu skrzynię u mnie złożyć, nie odstawiając jej do banku. Postąpił jak szaleniec, składając kosztowności swoje w miejscu tak dostępnem dla wszelkiego rodzaju indywiduów. Zasłużoną będzie karą dla Raflles’a, jeśli wyłącznie tylko jego skrzynka uległa grabieży.
Dreszcz jednak wstrząsnął mnie mimowoli na myśl o stracie, poniesionej przez towarzysza: był to zbiór występnie nabytych drogocennych przedmiotów. Jeśli rozbito skrzynię i zabrano z niej wszystko, zostawiając choćby jeden tylko drobiazg, ten drobiazg właśnie mógł wtrącić mego przyjaciela w ciemną otchłań więzienną. Crawshay zdolny był uczynić to rozmyślnie, mszcząc się na Raffles’ie bez skrupułów i wyrzutów sumienia.
Wiedziałem, co czynić obowiązkiem moim. Powinienem spełnić dosłownie otrzymane zlecenie: odebrać skrzynkę choćby z narażeniem własnego bezpieczeństwa. Gdyby Raffles zostawił mi chociaż swój adres, dokąd mógłbym telegramem przesłać mu ostrzeżenie! Trudno było o tem myśleć; na wykonanie planów moich miałem czas do czwartej, a dochodziła dopiero trzecia. Postanowiłem tedy wykąpać się, zważywszy, że na powtórną kąpiel taką mogłem czekać długie lata.
Nie byłem wszelakoż w stanie korzystać jak należy z tej przyjemności; czyniłem wszystko machinalnie wobec ciężkiej troski, przygniatającej mi serce; zapomniałem nawet dać sześć pensów posługaczowi, póki żałosną na pożegnanie intonacyą głosu nie przypomniał mimowolnego uchybienia mego przyjętym zwyczajom. Sofa w galeryi wypoczynkowej — ulubiona moja sofa w zacisznym kąciku, którą przychodząc, zamówiłem sobie — przemieniła się dla mnie w madejowe łoże ze wstrętnemi widziadłami tapczanów więziennych!
Nadmienić jeszcze muszę, iż dochodziły mnie komentarze o spełnionej kradzieży, czynione przez gości kąpielowych na sąsiednich kanapach. Nadstawiałem uszy, lecz nie słyszałem pożądanego objaśnienia wypadku; jadąc zaś na ulicę Slaone, widziałem doniesienie o zaszłem wydarzeniu na wszystkich słupach ulicznych, a na jednym z nich wyczytałem wskazówkę, z której korzystać nie miałem ochoty.
W pobliżu banku panował ruch niezwykły. Minęła mnie dorożka ze skrzynią znacznych rozmiarów, w kantorze zastałem jakąś damę wyprawiającą gwałtowną scenę. Co do grzecznego urzędnika, który śmiał się z moich konceptów dnia poprzedniego, nie był tym razem życzliwie usposobionym; ujrzawszy mnie rzekł szorstko: — Czekałem na pana całe rano.
— Czy ocalała?
— Pańska Arka Noego? Tak, o ile słyszałem; zabierali się właśnie do niej, gdy ich spłoszono; nie wrócili, rozumie się, więcej.
— Nie otwierali paki?
— Zaczęli ją odbijać dopiero.
— Bogu dzięki!
— Pan możesz być z tego zadowolonym; my niekoniecznie — odparł urzędnik — zdaniem dyrektora nieszczęsna skrzynia pańska narobiła nam tej biedy.
— Z jakiego powodu? — pytałem zaniepokojony.
— Z tej przyczyny, że widzianą być mogła o milę drogi, gdyś ją przewoził i że wskutek tego śledzili za nią złodzieje.
— Czy dyrektor banku życzy sobie — widzieć się ze mną? — zagadnąłem.
— W takim razie tylko, jeśli pan zobaczyć go pragniesz — odciął szorstko zagadniony — całe popołudnie nachodzili go klienci, którzy nie wyszli z tej przygody równie jak pan szczęśliwie,
— Nie myślę narzucać dłużej panom sreber moich — odezwałem się niby z urazą — byłbym je w depozycie pozostawił, lecz nie chcę tego uczynić po tem, coś pan powiedział. Każ, proszę, skrzynię przynieść posługaczom miejscowym; oni byli może zajęci także całe popołudnie obsługą klientów, lecz potrafię wynagrodzić ich fatygę.
Nie obawiałem się tym razem jechać z moim pakunkiem przez więcej zaludnione ulice. Przebyte wrażenia zagłuszały słuszne o bliską przyszłość obawy. Wiosenne słońce nigdy nie świeciło jaśniej jak w tym dniu ciepłym miesiąca kwietnia. Drzewa w parku pokrywały się złotawo-zielonymi pączkami przyszłych liści, w sercu mojem budziły się jakieś radosne uczucia. Obok przejeżdżały dorożki z uśmiechniętymi wesoło studentami, dążącymi na wakacye Wielkanocne, za nimi ciągnęły wózki naładowane rowerami, różnego rodzaju sportowymi przyrządami; żaden jednak z tych chłopców nie był szczęśliwszym odemnie jadącym z ogromną skrzynią, lecz z większym jeszcze spadłym z serca ciężarem.
Na Mount Street oba z odźwiernym zanieśliśmy pakę do windy; wydała mi się teraz lekką fraszka, piórko; podniecony nerwowo, czułem się silny jak Samson. Będąc już w moim pokoju z drogocenną skrzynią pośrodku, chciałem ugasić pragnienie i naciskałem syfon z wodą sodową, gdy naraz ze zdumienia wypuściłem z rąk butelkę.
— Bunny!
Był to głos Raffles’a. Rozglądałem się dokoła; nie widziałem go ani w oknie, ani we drzwiach otwartych a jednak słyszałem niechybnie głos jego brzmiący radośnem zadowoleniem. Wreszcie spojrzałem na skrzynię i dostrzegłem oblicze mego przyjaciela z pod uchylonego wieka paki niby portret ujęty w ramy.
Raffles śmiał się szczerze, nie tworząc ani tragicznego ani ułudnego zjawiska; wysuwał głowę otworem misternie wyciętym pod obręczami żelaznemi i tę sztuczkę musiał właśnie przygotowywać wówczas, kiedy go zastałem pozornie zajętym pakowaniem skrzyni. Gdym patrzał niezdolny ze zdziwienia wyrzec słowa, on przez otwór wysunął rękę z kluczem, otworzył nim dużą kłódkę zamykającą skrzynię, uniósł wieko i wyszedł niby cudowny sztukmistrz z kryjówki.
— Zatem ty spełniłeś kradzież! — odezwałem się w końcu — rad jestem, że tego niewiedziałem pierwej.
Ściskał już przyjaźnie dłoń moją, po tem odezwaniu omało mi jej nie zmiażdżył.
— Dudku mały — żartował — wyznanie takie chciałem usłyszeć od ciebie! Czy mógłbyś postąpić jak to uczyniłeś, gdybyś był znał prawdę? Alboż potrafiłbyś odegrać komedyę lepiej od najznakomitszej gwiazdy scenicznej? Wszak byłem niewidzialnym świadkiem wszystkiego. Nie wiem istotnie Bunny, gdzie sprawowaniem swojem na większą zasłużyłeś pochwałę u mnie w Albany, czy w banku?
— Nie wiem raczej, gdzie okazałem się większym nędznikiem — odparłem, zaczynając odczuwać nikczemność roli podjętej przeze mnie w tej nieszczęsnej sprawie, — nie dowierzasz mi widocznie; wolałbym jednak być przypuszczony do tajemnicy, choćby ze względu na mój spokój, którego nie bierzesz w rachubę.
Raffles rozbroił mnie jak zawsze swoim czarującym uśmiechem. Miał na sobie stare, podarte ubranie, ręce i twarz zbrudzone, lecz mimo to zachował właściwy mu powab, a jak wspomniałem, jego uśmiech czarował mnie poprostu.
— Byłbyś wtedy nietrafnie postąpił Bunny! Twoja bohaterska odwaga nie ma granic, ale zapominasz o słabości natury ludzkiej. Musiałem to mieć na względzie, gdyż nie wolno mi nic pomijać i lekceważyć. Nie przypuszczaj, iżbym ci nie ufał, wszak powierzałem ci życie moje nie wątpiąc, że dotrzymasz słowa! Cóżby się ze mną stało, gdybyś pozostawił mnie na łasce losu w tym sklepionym skarbcu? Sądzisz, że byłbym wyszedł z ukrycia i oddał się dobrowolnie w ręce policyi? Nie przełamałbym dla własnego ratunku praw obowiązującego nas kodeksu.
Miałem dla niego dobre cygaro; po chwili leżał już na sofie, wyciągając z rozkoszą trzymane czas długi w skurczonej pozycyi członki; twarz moja jednak zdradzała przykre zakłopotanie.
— Nie frasuj się Bunny — mówił — plan cały przyszedł mi do głowy, gdym istotnie zamyślał o wspomnianej ci podróży. Potrzebuję rzeczywiście zaprowadzić u siebie w mieszkaniu telefon i światło elektryczne.
— Gdzieżeś schował srebro przed wyjazdem? — pytałem.
— Nigdzie; zabrałem je z sobą jako pakunek podróżny, który zostawiłem w Euston; jeden z nas jechać po niego musi dziś wieczorem.
— Mogę to zrobić — rzekłem. — Czy naprawdę dojechałeś aż do Crewe?
— Odebrałeś mój bilecik? Byłem w Crewe, aby rzucić tam na pocztę kilka słów do ciebie, Bunny. Nie należy żałować fatygi, gdy się chcę osiągnąć pożądany rezultat: Pragnąłem, abyś miał w ręku taki dowód dla okazania go w banku lub gdzieindziej. Pociągi krzyżują się w Crewe; rzuciwszy do skrzynki mój bilecik, przesiadłem się znowu na kuryer, idący do Londynu.
— O drugiej z rana?
— Dochodziła trzecia; o siódmej byłem już z powrotem i miałem całe dwie godziny czasu do twego przyjścia.
— Pomyśleć tylko, jak mnie zręcznie wywiodłeś w pole!
— Z pomocą twoją — odparł Raffles śmiejąc się. — Gdybyś był zajrzał do rozkładu jazdy kolejowej, byłbyś wiedział, że żaden pociąg nie odchodzi o taj porze z rana; przez wzgląd jednak na powodzenie przedsięwzięcia nie chciałem cię wyprowadzać z błędu. Przyznaję, że gdyś mnie odstawiał do banku z tak godnym uznania pośpiechem, przebyłem nie bardzo miłe pół godziny, lecz wtedy tylko doświadczyłem niewygody. Później miałem świecę, zapałki, gazety do czytania i czas upływał mi w skarbcu przyjemnie, póki nie zaszło przykre wydarzenie.
— Mów, co takiego?
— Pierwej daj drugie cygaro i zapałki — dziękuję, — Nieprzyjemnem zajściem były posłyszane zbliżające się kroki, oraz klucz wsuwany do zamku. Miałem zaledwie czas zdmuchnąć świecę i schować się pod wieko skrzyni. Szczęściem był to tylko nowy depozyt wnoszony do skarbca; szkatułka z klejnotami, które będziesz mógł oglądać; zabrane łupy z okazyi składanych do banku kosztowności wskutek licznych wyjazdów na święta Wielkanocne, okazały się obfitsze niżeli się spodziewałem.
Te słowa przypomniały mi czytaną w łaźni Pall Mall Gazette; wyjąłem ją z kieszeni i podałem Raffles’owi, wskazując palcem odnośny artykuł.
— Wybornie! — zawołał, odczytawszy doniesienie — złoczyńców było kilku i mieli dostać się do skarbca przez skład węgli! Naturalnie, starałem się taki pozór nadać rzeczom, nakapałem umyślnie stearyny ze świecy obok wejścia do piwnicy, lecz wązkim od tej strony otworem sześcioletni chłopak nie zdołałby się przecisnąć. Oby jaknajdłuże] kochana nasza policya bawiła się w podobne przypuszczenia!
— Dlaczego jednak nielitośnie obszedłeś się z biednym stróżem, którego powaliłeś na ziemię? — pytałem — tego rodzaju brutalne zachowanie niepodobne do ciebie Raffles’u.
Spochmurniała twarz mego przyjaciela, leżącego na sofie z czarnemi pierścieniami włosów spadających bezładnie i profilem jakby wyrzeźbionym dłutem snycerza.
— Rzeczywiście, drogi Bunny — przyznał z żalem — taka smutna konieczność nieodłączną bywa od zbieranych trofei złodziejskich. Parę godzin czasu zabrało mi wydostanie się ze skarbca, następnie zajęty byłem naprawą uszkodzeń poczynionych w zamku, gdy usłyszałem kroki skradającego się ku tej stronie stróża. Inny na mojem miejscu byłby nieproszonego świadka zabił bez skrupułu, lub zapakował go i zamknął w niedostępnej jakiej dziurze. Ja świecę zostawiłam, gdzie stała, przycisnąwszy się do mury, pozwoliłem intruzowi przejść obok mnie i z tyłu wymierzyłem mu cios, który lubo silny, nie był tak bardzo szkodliwy, skoro ten człowiek mógł odzyskać wprędce przytomność i składać sprawozdanie o zaszłem wydarzeniu.
Raffles następnie pokazał mi flaszkę zabraną przezornie do kieszeni; była prawie pełną; miał przy sobie również nieco zapasów żywności. Zabezpieczył się w ten sposób na przypadek, gdyby niedopisała mu pomoc moja i musiał czekać dni świątecznych, zwalniających z zajęć personel bankowy, dla opuszczenia kryjówki. Narażał się tym sposobem jednak na wielkie niebezpieczeństwo i dumny byłem, że niezawiodłem pokładanej we mnie ufności kolegi.
Co do łupów zabranych ze skarbca, nie rozwodząc się nad tem zbyt szeroko, wspomnę tylko, że zrealizowana ich wartość dozwoliła mi towarzyszyć memu przyjacielowi w jego zamierzonej podróży do Szkocyi, on zaś następnego lata mógł akuratnie opłacać wydatki pobytu naszego w Midlessex. Mimo więc odczuwanych w głębi duszy wyrzutów sumienia, usprawiedliwiony był w mniemaniu mojem fakt kradzieży, a tylko wymawiałem Raffles’owi straszenie mnie widmem Crawshay’a.
— Nasuwałeś wniosek, że on gdzieś znajduje się w pobliżu — dowodziłem — jestem pewny, że go nie widziałeś od chwili, gdy uciekał przez okno twoje.
— Nie myślałem o nim wcale Bunny, póki sam go nie przypomniałeś w rozmowie. Chodziło głównie, by zbudzić twój niepokój o depozyt sreber i to dokazałem, jak sądzę.
— W każdym razie nie należało ci pisać kłamliwych doniesień, tyczących się tam tego nicponia.
— Nie poczuwam się do winy wcale, Bunny.
— Alboż nie donosiłeś o „księciu profesorów” że „płynie znowu z wiatrem?”

— Bo też tak było, mój drogi. Niegdyś mogłem być uważany tylko za zwykłego amatora w rzemiośle; odkąd jednak nabyłem biegłości w mej sztuce, mam prawo przysądzać sobie tytuł „profesora profesorów” i radbym wiedzieć, kto zręczniej odemnie łodzią swoją kieruje?





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest William Hornung i tłumacza: anonimowy.