Pamiętnik złodzieja/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest William Hornung
Tytuł Pamiętnik złodzieja
Wydawca Dodatek do "Słowa"
Data wydania 1906
Druk Drukiem Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin.
A Thief in the Night:
The Rest Cure
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
Spoczynek kuracyą.

Nie widziałem Raffles’a miesiąc prawie, a potrzebowałem jego rady koniecznie. Zatruwał mi życie pewien niegodziwiec, który uzyskał w sądzie na mnie wyrok, dający mu prawo zajęcia ruchomości moich na Mount Street; broniłem się tedy od najścia komornika, nie sypiając w domu i przebywając coraz gdzieindziej. Narażało mnie to jednak na znaczne koszta a bilans mój w banku wymagał gwałtownie — ponownego od Raffles’a zasiłku. Zniknął on wszelakoż bez śladu zarówno z miasta, jak i z przed oczu wszystkich znajomych.
Było już pod koniec sierpnia; przyjaciel mój nie brał nigdy udziału w pierwszorzędnych rozgrywkach krokieta dłużej jak do lipca; napróżno tedy szukałem go na liście występujących w różnego rodzaju sportach; te sporty odbywały się, lecz wśród sportmenów nie mogłem odnaleźć nazwiska A. J. Raffles’a. Nic o nim również nie wiedziano w Albany; ani tam ani w klubie nie zostawił wskazówki, gdzie należało przesyłać mu listy. Ogarniała mnie już trwoga, czy nie przytrafiło mu się co złego. Przeglądałem starannie wizerunki pochwyconych świeżo przestępców, odbijane w ilustrowanych gazetach niedzielnych, za każdym razem oddychałem swobodniej, nie znajdując w nich podobizny mego kolegi. Wyznaję, że w niepokoju moim samolubne względy większą odgrywały rolę aniżeli troska o Raffles’a; w każdym razie spadł mi ciężar z serca, gdy on dał nakoniec znak życia.
Zachodziłem do Albany po raz piętnasty i wracałem zrozpaczony jak zawsze, kiedy naraz podszedł do mnie znienacka jakiś włóczęga uliczny i zapytał, czy nazywam się Bunny, poczem wsunął mi w rękę zwitek papieru, mówiąc:
— Kazano mi to oddać panu.
Bilecik, skreślony ołówkiem, był od Raffles’a.
„Z nadejściem nocy czekaj na mnie w alei Holland; przechadzaj się tam i napowrót, póki nie nadejdę. A. J. R.“
Nic więcej nad kilka słów po tylu tygodniach nieobecności; pismo było niekształtne jakby początkującego ucznia! Nie dziwiły mnie tego rodzaju sztuczki mego przyjaciela, lubo nie przypadały mi one do gustu, na domiar niezadowolenia, gdy podniosłem oczy od tajemniczej kartki, niemniej tajemniczy posłaniec już zniknął; wieczorem dopiero spotkałem włóczęgę pod drzewami alei Holland.
— Pan go już widziałeś? — zagadnął poufale, puszczając z fajki kłęby gryzącego oczy dymu.
— Nie, ale chcę wiedzieć, gdzieś ty się z nim spotkał — pytałem szorstkim tonem. — Czemu uciekłeś zaraz, oddawszy bilecik?
— Taki miałem rozkaz — odparł — umiem trzymać język za zębami, gdy tego potrzeba.
— Któż jesteś? — dowiadywałem się, z uczuciem zazdrości — jaki stosunek łączyć cię może z panem Raffles’em?
— Niedomyślny Bunny, nie trąb przypadkiem po całem Kensington, że jestem w Londynie — zawołał mniemany żebrak, przeistaczając się nagle w nędznie przyodzianego Raffles’a. — Zechciej się wesprzeć na mojem ramieniu; nie jestem tak podłem bydlęciem, jakiem się wydaję. Pamiętaj tylko, że mnie niema ani w Londynie, ani w Anglii, ani na powierzchni kuli ziemskiej, że za wyjątkiem ciebie, nikt o istnieniu mojem wiedzieć nie powinien.
— Powiedz jednak szczerze, gdzież przebywasz? — pytałem.
— Nająłem dom w pobliżu; tam prowadzę własnego przepisu kuracyę spoczynku. Chcesz wiedzieć w jakim celu? Z wielu przyczyn, kochany Bunny; między innemi pragnąłem oddawna mieć własną nie przyprawną brodę; przy świetle pierwszej latarni ulicznej będziesz mógł się przekonać, że zarost mój krzewi się pomyślnie. Powtóre, w Scotland-Yard przebywa policyant, który śledzi mnie wzrokiem pilniej, niżeli sobie tego życzę. Postanowiłem więc i ja z mej strony baczne na niego zwrócić oko i zajrzałem mu w twarz dziś rano w pobliżu Albany. Było to w chwili właśnie, kiedy wchodziłeś do mego mieszkania; uznałem bezpieczniej napisać do ciebie słów parę, bo gdyby tamten człowiek widział nas rozmawiających, byłby gotów iść trop w trop za mną.
— Więc ukrywasz się gdzieś w sąsiedztwie.
— Wolę nazywać to nie ukrywaniem, lecz kuracyą spoczynku poprostu. Wynająłem dom umeblowany w porze, w której nikt nie myśli o przenoszeniu się do miasta, a sąsiedzi ani się domyślają mojej obecności; wprawdzie wyznać muszę, iż wszyscy bawią na letnich mieszkaniach. Nie trzymam też sługi żadnej, sam zaspakajam potrzeby moje, jakbym był osiedleńcom na bezludnej wyspie. Nie mam zresztą dużo zajęcia; używam wypoczynku i od nie wiem ilu lat nie przewertowałem tylu książek poważnej treści. Czyż to niewygląda na ironię losu, Bunny? człowiek, od którego dom wynajęłem, jest inspektorem więzień Jego Królewskiej Mości, a gabinet pana inspektora magazynem wiadomości tyczących się spraw kryminalnych. Zabawnie leżeć wygodnie na sofie i mieć przed oczyma jakby obraz siebie samego.
— Niewątpliwie jednak musisz używać dużo ruchu? — zagadnąłem, prowadził mnie bowiem przez kręte ścieżki Campden Hill a kroki jego były szybsze, elastyczniejsze niż kiedykolwiek.
— Nie miałem nigdy tyle ruchu w życiu — odparł — nie zgadłbyś nigdy jakiego rodzaju. Biegnę za dorożkami! Nie inaczej Bunny; wychodzę o zmroku i czekam na przychodzące pociągi w Euston, lub King’s Cross, poczem upatruję sobie pasażerów i pędzę za ich powozem nieraz trzy lub cztery mile angielskie, dostając niekiedy tylko w zysku za uszy; to jednak człowieka utrzymuje w sztosie. Jeśli podróżni dobrotliwego usposobienia, pozwalają wnosić za sobą pakunki na górę, tym sposobem zebrałem spostrzeżenia o urządzeniu domu w niejednej pańskiej rezydencyi, co przyda mi się w jesieni. Słowem, Bunny, biorąc w rachubę nabyte wiadomości, odrastającą brodę i inne korzyści ze spędzonych chwil wakacyjnych, mam nadzieję mieć dobry sezon jesienny, zanim włóczący się po świecie Raffles wróci oficyalnie do Londynu.
Uznałem, że pora wspomnieć o moich osobistych kłopotach, lecz nie potrzebowałem rozwodzić się długo nad tym przedmiotem. Raffles podobnie jak wielu innych, mógł siebie mieć przedewszystkiem na względzie i tej słabostki ludzkiej nie należało mu bynajmniej brać za złe, przeciwnie, stawiało go to na jednym ze mną poziomie moralnym. Samolubstwo jego wszelakoż nie było grubo-skórne, stanowiło tylko jakoby zewnętrzne okrycie, które Raffles zrzucał z siebie prędzej niż ktokolwiek inny, czego nowy miałem dowód.
— Jakto Bunny, znalazłeś się w przykrem położeniu! — zawołał — musisz więc dzielić schronienie moje. Pamiętaj tylko, że prowadzę kuracyę wypoczynkową; nie powinieneś niczem zakłócać tego spokoju. Cobyś powiedział, gdybyśmy zawiązali bractwo wyznające regułę milczenia? Godzisz się na moją propozycyę? Dobrze; pójdziemy tą ulicą do domu, który widzisz dalej.
Była to mała, cicha uliczka prowadząca na szczyt pagórka. Po jednej stronie ciągnął się mur opasujący ogród obszernej jakiejś posiadłości z domem mieszkalnym pośrodku; po drugiej stronie wznosiły się wązkie, wysokie domy, w żadnym oknie nie widać było światła i nie spotkaliśmy żywej duszy na chodniku. Raffles powiódł mnie do jednego z małych domów; paliła się w pobliżu latarnia i mogłem zauważyć że krata obrośnięta była dzikim winem a okna przysłonięte okienicami. Raffles otworzył drzwi kluczem i wszedłem za nim do sionki. Nie słyszałem, gdy drzwi przymykał, lecz nie dochodziło nas już światło latarni z ulicy; przyjaciel mój kierował mną zwolna.
— Zapalę świecę — szepnął; lecz w chwili gdym się cofał, by go przepuścić, dotknąłem sprężyn elektrycznych i bezmyślnie nacisnęłem jedną z nich. W tejże chwili sień i schody zapłonęły światłem, które zagasił bezzwłocznie Raffles, przyskoczywszy do mnie z furyą. Wprawdzie nie wyrzekł ani słowa, tylko sapał groźnie.
Nie potrzebowałem też od niego objaśnień: chwilowy blask elektrycznego światła wykazując nieład panujący w sieni, schody ogołocone z dywanu i przerażenie na twarzy Raffles’a były dostatecznemi dla mnie wskazówkami.
— Więc w taki sposób dom nająłeś? — szepnęłem głosem stłumionym.
— Sądziłeś, że do tego użyłem pośrednictwa ajenta? — przypisywałem ci, daję słowo, bystrzejszy dowcip.
— Dlaczegoż nie mogłem przypuszczać, że mieszkanie nająłeś płacąc za nie uczciwie?
— Miałem to uczynić, szukając lokalu w pobliżu Albany? — odparł. — Nie znalazłbym tam spokoju, a mówiłem szczerą prawdę o prowadzonej kuracyi spokoju.
— Przebywasz obecnie w domu, do którego zakradłeś się dla dokonania grabieży?
— Bynajmniej nie w tym celu Bunny! Nie ukradłem tu nic zgoła. Przebywam w tym domu dla korzystania z najzupełniejszego spokoju, jakiego człowiek spracowany pożądać może.
— Ja tego spokoju nie znajdę tu dla siebie.
Raffles roześmiał się i zapalił świecę. Poszedłem za nim do sali od tyłu, mogącej w zwykłem urządzeniu mieszkania służyć za jadalnię, inspektor zamienił ją w bibliotekę z szafami pełnemi książek, o których wspominał mój przyjaciel. Nie zdołałem jednak rozpatrzyć się w tytułach dzieł, gdyż towarzysz mój umieścił świecę w latarni tak urządzonej, że światło padało tylko w kręgu niewielkim, resztę pokoju zostawiając w cieniu.
— Przykro mi Bunny — rzekł Raffles, siadając na podstawce pulpitu, z którego wierzch był odjęty, i stawiając obok swą sztuczną latarkę. Przy świetle dziennem o ile ono dochodzi przez szpary okienicy, będziesz mógł ciekawość twoją zaspokoić. Jeśli sobie życzysz pisać, wierzch pulpitu stoi tam oparty o kominek. Bądź pewny, że nic ci zajęć twoich nie przerwie; zastrzega się tylko nie palenie światła olejnego czy elektrycznego w nocy. Jak można zauważyć, ostatniem staraniem właścicieli było szczelne zamknięcie okienic, co nie przeszkadza, że przez ich szpary możemy czynić obserwacye nad tylną stroną sąsiednich domów. Bądź ostrożny z telefonem! Gdybyś dotknął nieuważnie dzwonka, dowiedzianoby się tem samem, że dom nie jest pusty, a nie ręczę, czy pułkownik nie powiadomił w biurze telefonów, jak długo potrwa jego nieobecność. Musi on być niezmiernie staranny i akuratny, czego dowodem odcinki papieru zabezpieczające od kurzu grzbiety jego drogocennych książek.
— Jest pułkownikiem? — pytałem, domyślając się, że Raffles mówi o nieobecnym właścicielu domu.
— Pułkownikiem saperów a w dodatku inspektorem więzień; wiesz, co stanowi najmilszą dla niego rozrywkę? Strzelanie z rewolweru! Istny dyabeł nie człowiek; nie łatwo przyszłoby go usidlić, gdyby zjawił się tu niespodzianie.
— Gdzie on teraz bawi? — pytałem zaniepokojony — skąd wiedzieć możesz, iż nie dąży już z powrotem do Londynu.
— Przebywa w Szwajcaryi — odparł Raffles — napisał cały rozkład jazdy swojej i był łaskaw go zostawić dla naszej wiadomości. Jak wiesz, mało kto myśli o wyjeździe ze Szwajcaryi z początkiem września a nikt nie wraca do domu, nie wysławszy naprzód dla uporządkowania mieszkania swoich służących. Gdy oni tu zjadą, zastaną klamkę podpartą sztabą żelazną, tak, że nie będą mogli drzwi otworzyć, a podczas gdy pójdą sprowadzić ślusarza, my sobie wyjdziemy stąd najspokojniej jak prawdziwi gentlemeni, jeśli tego nie zrobimy pierwej.
— Wyjdziemy w ten sam sposób, jakeś ty wchodził? — zagadnąłem.
— Nie Bunny — odparł Raffles potrząsając głową — przykro mi wyznać, lecz ja dostałem się do środka przez dymnik w dachu. Nie lubię posługiwać się drabiną, ale bezpieczniej to było, niżeli szturmować do drzwi w świetle latarni ulicznej.
— Zastałeś wewnątrz klucz od zatrzasku, podobnie jak inne przedmioty?
— Musiałem go sobie sam dopasować. Odgrywam rolę Robinsona Cruzoe nie zaś Robinsona Szwajcarskiego. A teraz kochany Piętaszku jeśli raczysz zdjąć buty, możemy zwiedzić bezludną wyspę, zanim ułożymy się na spoczynek.
Schody były strome i wązkie; trzeszczały przerażająco pod nogami Raffles’a, który szedł naprzód z latarką w ręku. Zagasił świecę, gdyśmy dochodzili do okienka od strony podwórza i zapalił ją ponownie kiedyśmy stanęli przede drzwiami obszernego salonu z białem obiciem i złoconą lamperyą. Przez wygodnie urządzoną łazienkę wędrowaliśmy na drugie piętro.
— Wykąpię się dziś w nocy — zawołałem, rozradowany nadzieją używania przyjemności, niedostępnej dla ludzi, zajmujących skromne jak moje poprzednie mieszkanko.
— Musisz zaniechać tej myśli — odciął Raffles. — Zechciej pamiętać, że nasza bezludna wyspa otoczona innemi, zamieszkałemi przez wrogie nam plemiona. Wodę mógłbyś napuścić do wanny pocichu, lecz wypuszczona z łazienki, odpływa pod oknem biblioteki z piekielnym szumem. Oto twój pokój; trzymaj świecę za drzwiami, póki nie zapuszczę firanek. To ubieralnia starego eleganta; czy nie ładna garderoba? Patrz, surduty porozwieszane na drążkach; buty symetrycznie ustawione na półkach. Mówiłem ci, że jest on niezwykłe staranny. Czy radby nas widział gospodarujących tutaj?
— Niewątpliwie, gotówby dostać ataku apopleksyi — rzekłem, dreszczem wstrząsany.
— Nie ręczyłbym za to — odparł Raffles. Próżna obawa; ani ty, ani ja nie moglibyśmy przywdziać ubrania starego inspektora. Chodź teraz do sypialni Bunny. Nie weźmiesz za złe, iż ci jej nie odstąpią? Jedyny to kącik, z którego korzystam dla siebie.
Wszedłem za nim do dużego pokoju z oknami szczelnie zasłoniętemi; towarzysz mój umieścił świecę w wiszącej nad łóżkiem lampie. Światło jej padło na stojący obok stolik założony książkami. Spostrzegłem na nim kilka tomów Wojny Krymskiej.
— Tu ciało moje odpoczywa a zbogaca się umysł — rzekł Raffles. — Pragnąłem oddawna przewertować dzieło tego autora od A do Z. Przez ciąg nocy zdążę odczytać tom jeden. Styl przypadłby ci do gustu Bunny i rozumiem z jakiem zamiłowaniem oddawać się musi tej literaturze nasz pedantyczny pułkownik. Nazywa się Crutchley... pułkownik Crutchley R. E. P. C.
— Upodobanie w dziełach poważnej treści świadczy o jego wykształceniu — zauważyłem, ośmielony rozejrzeniem się w urządzeniu mieszkania.
— Nie tak głośno — szepnął Raffles — jedne drzwi dzielą nas tylko od...
Urwał nagle i nie bez powodu! Stłumione dwukrotne pukanie rozległo się w pustym domu a dla dodania jeszcze grozy położeniu, Raffles w tejże chwili zagasił świecę. Serce biło mi w piersiach jak młotem; nie śmiałem stąpnąć głośniej. Schodziliśmy na pierwsze piętro; skradając się jak myszy, gdy Raffles naraz odetchnął głęboko i usłyszałem jednocześnie zatrzaskiwaną furtkę.
— To listonosz! Odnosi ciągle korespondencyę mimo zostawionej prawdopodobnie instrukcyi na poczcie. Myślę, że pułkownik odbierze swoje listy za powrotem. Z tem wszystkiem doznałem niemiłego wrażenia.
— Ja struchlałem po prostu! dowodziłem — muszę otrzeźwić się jakim trunkiem, choćbym to miał przypłacić życiem!
— Otrzeźwiające napoje nie zgadzają się z dyetą przestrzeganą podczas kuracyi wypoczynkowej, kochany Bunny.
— W takim razie musiałbym cię pożegnać. Dotknij czoła mego zroszonego potem, przysłuchaj się gwałtownym uderzeniom serca! Robinson Kruzoe odnalazł wprawdzie ślady stóp ludzkich na piasku, ale nie słyszał dwukrotnego stukania do drzwi wychodzących na ulicę.
— Przyznać muszę — oświadczył Raffles — że prócz herbaty niema innego napoju w domu.
— A gdzież robisz tę herbatę? Nie obawiasz się dymu?
— Jest piecyk gazowy w sali jadalnej.
— Musi być do licha i piwnica na dole?
— Mówiłem ci, kochany Bunny, że nie w celu korzyści materyalnych przyszedłem do tego domu, lecz dla odbycia wyłącznie zamierzonej kuracyi. Nie ukrzywdzę na włos mieszkańców tutejszych za wyjątkiem zużywanej do mycia ich wody i światła elektrycznego, których to artykułów zostawię im poddostatkiem.
— Skoro jesteś Brutusie, tak uczciwym człowiekiem, pożyczymy jedną, butelkę z piwnicy i zwrócimy ją przed odejściem.
Raffles poklepał mnie po ramieniu, co świadczyło, że wygrałem sprawę. Zdarzało się to nieraz, gdy miałem odwagę stawić mu czoło, lubo małe odnoszone nad nim zwycięstwa nie były nigdy dla mnie tak pożądane jak w owej chwili. Piwniczka pod schodami kuchennymi wyglądała raczej na szafę w murze niezbyt obficie zaopatrzoną, znalazłem w niej jednak gąsior wódki, na jednej półce węgrzyn, na drugiej francuskie wino a w górze całą bateryę butelek z szyjkami w złoconych obsłonkach; Raffles przypatrywał się etykiecie, podczas gdy świeciłem wyjętą z latarni świecą.
— „Mumm 84” — szepnął — „G. H. Mumm i A. D. 1884!” Nie jestem wiadomo, nałogowym pijakiem, lecz umiem zarówno jak ty cenić zalety wyborowych trunków; tej butelce człowiek nie powstydzi się dać buzi; hańbę raczej przynosi skąpcowi trzymanie zamkniętych w piwnicy darów Opatrzności, przeznaczonych na pociechę rodzaju ludzkiego. Idź naprzód ze świecą Bunny. To niemowlątko warte, by je piastować troskliwie; serce pękłoby mi z żalu, gdyby mu się przytrafiło co złego!
W taki sposób obchodziliśmy moją instalacyę w domu umeblowanym; spałem też potem snem głębokim, jakiego nie miałem już nigdy zaznać w życiu. Mimo to słyszałem wczesnym rankiem przechodzącego mleczarza a w godzinę później listonosza, gdy te duchy złowrogie mijały drzwi nasze; następnie, przez szpary w okienicach salonu patrzałem na zamiatanie ulicy i progów domów za wyjątkiem naszego. Raffles jednak wstał wcześniej odemnie; powietrze w pokojach znalazłem czyściejsze niżeli dnia poprzedniego, co świadczyło, że te pokoje przewietrzać musiał kolejno; z sali jadalnej z piecykiem gazowym dochodził zapach radujący serce.
Żałuję, że nie władam dość biegle piórem, by opisać barwnym stylem tydzień spędzony w domu na Campden Hill! Szczegóły te mogłyby zabawić czytelnika, lubo rzeczywistość nie wydała mi się rozkoszną bynajmniej. Wprawdzie mogłem śmiać się tłumionym śmiechem, gdy byłem z Raffles'em, większą część dnia jednak nie widywaliśmy się wcale. Nie potrzebuję mówić, kto temu był winien. Przyjaciel mój żądał spokoju; okazywał niedorzeczną drażliwość na punkcie swojej nieznośnej kuracyi. Czytywał długie godziny przy świetle wiszącej lampy, leżąc na wygodnem łóżku. Dla mnie dość było światła w salonie na dole, gdzie zagłębiałem się bez zbytniego zainteresowania w dziełach traktujących o procesach kryminalnych, póki mnie febra nie porywała ze strachu. Często przychodziła mi z nudów ochota wyprawić jaką gwałtowną scenę, któraby przerwała sztuczny spokój Raffles'a i wzbudziła alarm na całej ulicy; raz udało mi się sprowadzić z góry mego przyjaciela uderzeniem klawisza na fortepianie, po naciśnięciu pedału przyciszającego. Jak sądziłem, uparte Raffles’a unikanie mego towarzystwa kryło jakby złośliwą intencyę. Przekonałem się potem, że słuszne miał pobudki do zachowywania milczenia, że nieuzasadnione były moje pretensye do niego. Zachowywał rozumną przezorność przy wychodzeniu i wracaniu do domu, a gdybym nawet zdołał mu dorównać sprytem i przebiegłością, podwajałbym ryzyko, towarzysząc memu przyjacielowi w wycieczkach. Przyznaję teraz, że obchodził się on ze mną ze względnością, na jaką pozwalały okoliczności, lecz wówczas tak byłem rozżalony, że mi przyszedł do głowy plan niedorzecznej zemsty.
Z odrastającą brodą i coraz więcej zniszczonym jedynym garniturem, jaki Raffles posiadał w tym domu, przyjaciel mój korzystał niezaprzeczenie z ukrywającego zręcznie jego osobistość przebrania. To była jedna z wymówek pod których pozorem zostawiał mnie samego w domu i tę przeszkodę właśnie postanowiłem usunąć. Raz tedy z rana gdy wstawszy, przekonałem się, że towarzysza mego niema w domu, przystąpiłem do wykonania zamiaru oddawna układanego w myśli. Pułkownik Crutchley był żonaty lubo widocznie bezdzietny a różne drobiazgi świadczyły, że jego żona miała upodobanie w strojach. Szafy w gotowalni pani stały pełne sukien, na półkach piętrzyły się stosy kartonowych pudeł. Musiała ona być wysoką; wzrost mój zaś ledwie do średnich należał. Podobnie jak Raffles nie goliłem się w Campden-Hill; tego rana jednak z pomocą brzytwy zostawionej przez pułkownika, zabrałem się do mojej brody; następnie zrobiłem przegląd garderoby i pudeł kartonowych pani pułkownikowej, wybierając to, co znajdywałem dla siebie odpowiedniem. Mam blond włosy i wówczas nosiłem je długie, używając do tego żelazka pani Crutchley zafryzowałem je zręcznie, poczem włożyłem na głowę duży filcowy kapelusz z piórem, tak nienadający się do pory roku, jak suknia wełniana w kraty oraz boa z piór na szyi; poczciwa lady zabrała naturalnie z sobą wszystkie ubrania letnie do Szwajcaryi. Stanowiło to dla mnie tem większą niedogodność, że dzień był gorący; rad też usłyszałem wracającego do domu Raffles'a w chwili, gdy rozrumienione policzki chłodziłem pudrem ryżowym. Zauważywszy, że on wchodzi do biblioteki, kończyłem strój starannie. Zamierzałem napędzić mu strachu, jak na to zasługiwał, a następnie przekonać go, że mogłem tak dobrze jak on wychodzić w przebraniu na ulicę. Kładąc tedy rękawiczki pana pułkownika na ręce, zeszedłem spokojnie do sali jadalnej, służącej również za bibliotekę. Paliło się w niej światło elektryczne, którem świeciliśmy w ciągu dnia zwykle, a w tem świetle ujrzałem postać tak groźną, jakiej nie spotkałem dotychczas od chwili prowadzenia występnego życia mego.
Wyobraźcie sobie muskularnego w średnim wieku mężczyznę, o ciemnym zaroście, z twarzą bladą, wyrazem chłodnej i okrutnej stanowczości, przypominającym oblicze Raffles'a w chwilach najgwałtowniejszego uniesienia. Był to, nie mogłem wątpić, pułkownik a zarazem inspektor więzień we własnej osobie! Czekał na mnie z rewolwerem w ręku, wyjętym z szuflady biurka, do którego mój przyjaciel nie chciał zaglądać; szuflada była otwartą a przy zamku wisiał cały pęk kluczy. Złowrogi uśmiech wykrzywił pergaminową twarz gospodarza tak, że jedno zmrużone oko niewidzialnem się stało, drugie zaś błyszczało przez szkiełko założonego w nie monoklu.
— Złodziejka! rodzaju żeńskiego! — zawołał mój przeciwnik — a gdzie twój towarzysz, łajdaczko!
Nie byłem w stanie przemówić słowa; w przerażeniu odegrałem niewątpliwie lepiej przybraną rolę, niżeli mógłbym to uczynić w innych okolicznościach.
— Chodź tu bliżej, moja panno — rozkazał stary wojak — nie lękaj się, nie poczęstuję cię kulką, nie strzela się do kobiet, wiesz o tem dobrze! Wyznaj szczerze prawdę, a nie zrobię ci nic złego. Czekaj, odłożę na bok straszące cię cacko i... słowo daję, czelna hultajka przywdziała strój mojej żony!
To odkrycie jednak nie zwiększyło oburzenia pana pułkownika. Przeciwnie, dostrzegłem niby odbłysk dobrego humoru za szkiełkiem monoklu, poczem, jak przystoi na prawdziwego gentlemana zaczął chować do kieszeni rewolwer.
— No, szczęście wielkie, żem tu zajrzał — mówił — wstąpiłem dla zabrania korespondencyi, gdyby nie to, jeszczebyście tydzień cały używali swobodnej gospodarki w moim domu. Na progu zaraz jednak dostrzegłem ślady pobytu waszego nikczemni łotrzy! No, bądź rozsądną kobieto, wyznaj, gdzie kryje się twój towarzysz?
— Nie mam żadnego towarzysza; zakradłam się tutaj sama jedna i żywej duszy prócz mnie obwiniać o to nie należy — wykrztusiłem głosem ochrypłym, mogącym zdradzić płeć moją.
— Pięknie bardzo, że nie chcesz wydać twego wspólnika — odparł pułkownik potrząsając głową — lecz ja nie jestem dudkiem, dającym się załapać na plewy. Skoro nie raczysz mówić, mniejsza o to; przywołamy takich, którzy skłonić cię potrafią do większej gadatliwości.
W jednej chwili przeniknąłem podstępny zamiar pana inspektora. Na stole leżał drukowany przewodnik telefonów; musiał do niego zaglądać, gdy mnie usłyszał schodzącym ze schodów; teraz zwrócił nań oczy znowu i to ułatwiło mi wykonanie powziętego w jednej sekundzie planu. Z rzadką u mnie przytomnością umysłu rzuciłem się na przyrząd telefoniczny, znajdujący się w rogu pokoju a zerwawszy go, rzuciłem z całej siły na ziemię. W tejże chwili wprawdzie uderzeniem pięści odtrącony zostałem na drugi koniec sali, lecz mogłem łudzić się nadzieją, że upłynie co najmniej dzień cały, zanim zdołają naprawić pozrywane druty.
Mój przeciwnik spoglądał na mnie dziwnym jakimś wzrokiem, sięgając ręką do kieszeni, w której schował rewolwer. Ja zaś bezwiednie chwyciłem pierwszy napotkany przedmiot ku obronie i wywijałem butelką, wypróżnioną przez nas obu z Ruffles’em na uczczenie mojej instalacyi w nieszczęsnym domu.
— Niech mnie licho porwie, jeśli nie jesteś poszukiwanym przeze mnie złodziejem! — krzyczał pułkownik wygrażając pięścią uzbrojoną w rewolwer. — Wilk w owczej skórze! Zaglądałeś naturalnie do mego wina. Postaw zaraz tę butelkę, inaczej w łeb ci wypalę bez pardonu! Łotrze, zapłacisz mi za twoją grabież! Ostatnia butelka wina z roku 84! Nikczemny hultaju!... opiłe bydlę!
Powalił mnie na fotel i stał nademną z rewolwerem w jednej ręce, z pustą butelką w drugiej a z oczami pałającemi chęcią zemsty i mordu. Nie będę powtarzał rzucanych mi w twarz obelg; śmiał się ujrzawszy mnie w sukni żony swojej, ale gotów był wytoczyć krew moją do ostatniej kropli za pozbawienie go butelki drogocennego szampana.
Nie przymykał teraz oczu wlepionych we mnie z furyą. Po za tym jego strasznym wzrokiem nic innego nie widziałem, póki nie dostrzegłem Raffles’a za plecami pułkownika.
Mój przyjaciel wszedł niepostrzeżenie podczas prowadzonej przez nas kłótni, skorzystał z dobrej chwili, przyskoczył do mego przeciwnika i rękę trzymającą rewolwer wykręcił tak silnie, że Crutchley’owi z bólu oczy mało na wierzch nie wyszły. Nie stracił on mimo to przytomności; szybkim ruchem zawrócił w tył i w uniesieniu wściekłem rzucił butelką w Raffles’a. Mogłem już jednak brać udział w walce; po chwili nasz oficer skrępowany, z ustami zakneblowanemi siedział przywiązany do własnego fotelu. Odniesione wszelako przez nas zwycięstwo nie było bezkrwawem, gdyż szkło butelki przecięło nogę Raffles’a do kości i krew płynęła obficie. Mściwy wzrok skrępowanego człowieka śledził z zadowoleniem te krwawe ślady na podłodze.
Nie widziałem nikogo tak dokładnie obezwładnionego, jak nim był pułkownik; zdawało się, że wraz z cieknącą krwią z rany opuszczało Raffles’a uczucie litości: darł serwety ze stołów, rolety z okien, znosił pokrowce z salonu, by tem silniej spętać więźnia. Nogi biednego człowieka przywiązane były do nóg fotelu, ręce do poręczy, w pasie ujęty i przytwierdzony do krzesła, knebel w ustach założony głęboko. Tworzyło to przykry widok, na który nie mogłem długo spoglądać, tem więcej, że przerażał mnie dziki wzrok wlepionych w nas a pałających wściekłością oczu Crutchley’a. Raffles jednak śmiał się z mojej kobiecej draźliwości i zarzuciwszy pokrowiec na głowę pułkownika, wyprowadził mnie z pokoju.
Był to Raffles w szale niewidzianej nigdy u niego furyi, Raffles zapamiętały z bólu i złości, Raffles w uniesieniu rozpaczy, doświadczanej nieraz przez zbrodniarzy. Mimo to nie zadał on swej ofierze brutalnego ciosu, nie wyrzekł ani jednego słowa obelgi, nie przyczynił w części tyle bólu, ile sam znosił. Przyłapany został wprawdzie na gorącym uczynku, a słuszność była po stronie jego przeciwnika. Uznając wszelako nielegalność postępowania z jednej strony, a z drugiej biorąc pod uwagę nieszczęśliwy zbieg okoliczności, nie rozumiem, jakby Raffles mógł pogodzić większą okazywaną litość ze względami na nasze osobiste bezpieczeństwo. Gdyby poprzestał na stosowaniu surowych, lecz koniecznych środków, nie miałbym prawa obwiniać go o zbytnie okrucieństwo; lecz w łazience, mającej w oknie szyby matowe, przy świetle dziennem mogłem przekonać się o ujemnym wpływie odniesionej rany na usposobienie mego przyjaciela.
— Będę kulał z jaki miesiąc — rzekł — gdyby pułkownik wyszedł stąd żywy, jego zeznania o zadanej ranie gotoweby ściągnąć na mnie poszlaki, udowodnić tożsamość mojej osoby.
— Naturalnie, że wyjdzie on żywy z tej przygody — wtrąciłem — musimy być na to przygotowani.
— Czy wspominał, że spodziewa się przybycia służących lub żony? W takim razie należałoby załatwić się z nim prędko.
— Nie oczekuje na nieszczęście nikogo. Mówił, że gdyby nie listy, które potrzebował odebrać, mogliśmy jeszcze cały tydzień gospodarować w jego domu swobodnie. W tem właśnie bieda!
— Nie godzę się w zdaniu z tobą Bunny — zaprzeczył — wypada z nim skończyć.
— Jakto, chciałbyś go pozbawić życia?
— Czemu nie?
Mówiąc to, Raffles wpatrywał się we mnie okrutnym, bezlitosnym wzrokiem, który ścinał krew w żyłach moich.
— Musimy wybierać między jego życiem a naszem bezpieczeństwem — rzekł — masz prawo mieć inne w tym względzie przekonanie, mnie jednak było wolno schować się tylko z własnymi na tę sprawę poglądami, gdy pułkownika doprowadziłem do stanu zupełnej bezwładności. Żałuję wszelakoż, iż tyle sobie w tym względzie zadawałem trudu, jeśli zamierzasz ułatwić mu pozbycie krępujących go więzów, zanim wyzionie ducha. Pójdziesz może zastanowić się nad tem głębiej, podczas gdy przepiorę skrwawione spodnie i wysuszę je nad piecykiem gazowym. Zabierze mi to co najmniej godzinę czasu i pozwoli dokończyć czytania ostatniego tomu „Wojny Krymskiej“.
Czekałem na mego towarzysza czas długi w sieni, gotowy do wyjścia, lecz w ponurym nastroju myśli, którego opisywać nie będę. Do sali jadalnej nie miałem odwagi zaglądać; poszedł tam Raffles dla włożenia do szafy wyjętych książek i doprowadzenia wszystkiego do porządku, niby człowiek obeznany dokładnie ze zwyczajami miejscowymi. Słyszałem, jak strzepywał kurz z pokrowców a po chwili wyprowadził mnie z tego przeklętego domu tak spokojnie, jakby wychodził z własnego mieszkania.
— Zobaczą, nas! — szepnąłem mu do ucha — na rogu ulicy stoi policyant.
— To mój znajomy — odparł Raffles skręcając wszelako w przeciwną stronę — zaczepił mnie w poniedziałek, wyjaśniłem wtedy, że jestem weteranem z pułku Cratchley’a, że z jego polecenia przychodzę co dni parę przewietrzać pokoje i zabierać zostawione listy. Jak widzisz, mam kilka takich korespondencyi przy sobie, przeadresowanych do Szwajcaryi. Pokazałem je stróżowi bezpieczeństwa, który uznał wszystko w porządku.
Nic mu na to nie odpowiedziałem; drażniły mnie wybiegi, o których nie wspominał poprzednio, słuchałem też obojętnie pochwał jego o zręcznem mojem przebraniu za damę.
— Niema potrzeby, byś szedł za mną — rzekł, gdyśmy dochodzili do Notting-Hill.
— Zatoniemy
lub wypłyniemy razem — odpowiedziałem szorstko.
— Mam zamiar powędrować na prowincyę, kazać się w drodze ogolić, kupić nowy przyodziewek, łącznie z torbą na krokieta, której brak odczuwam rzeczywiście, i wrócić kulejąc, do mieszkania na Albany. Zbytecznie dodawać, że cały ostatni miesiąc spędziłem na wsi zajęty grą w krokieta; jest to najlepsze tłomaczenie gdy kto nieobecność swoją tłomaczyć potrzebuje. Taki mam plan, Bunny, lecz nie widzę, po co miałbyś mi towarzyszyć?
— Możemy razem szukać drogi do portu — odciąłem.
— Jak chcesz mój chłopcze — rzekł Raffles — zaczynam się obawiać jednak, że ta podróż wspólnie odbywana nie będzie dla nas obu przyjemną.
Nie zamyślam opisy wad naszych wycieczek na prowincyi. Nie brałem wprawdzie udziału w przedsiębiorstwach Raffles’a, któremi rozrywał jednostajność podróży; ostatnie dzieło nasze w Londynie zbyt boleśnie ciężyło mi na sercu. Miałem ciągle przed oczami starego oficera skrępowanego w fotelu, spoglądającego na mnie wzrokiem dzikiej zaciętości, a potem jego niewyraźną postać za osłoną pokrowca. Te widzenia zasępiały dni moje i spędzały sen z powiek. Myślą obecny byłem strasznemu konaniu naszej ofiary a dręczony wyrzutami sumienia, w ciągu drugiej bezsennej nocy powziąłem zamiar dążyć nieszczęśliwemu na ratunek, jeżeli ten ratunek był jeszcze możliwy. Wstawszy zatem rano, udałem się do Raffles’a, by go zawiadomić o mojem postanowieniu.
W hotelu, w którym zatrzymaliśmy się, pokój mego towarzysza był zarzucony literalnie garniturami odzieży, pakunkami różnego rodzaju, niby u kończącego wyprawę oblubieńca; ująwszy worek z kulami krokietowemi, osądziłem, że jest zbyt ciężki na taki ładunek; ogolony jednak Raffles spał snem niewinnym, jak dziecko. Gdym go trącił, on zbudził się z uśmiechem na ustach.
— Chcesz czynić wyznanie przestępstw popełnionych, Bunny? Czekaj trochę; policya miejscowa nie będzie ci wdzięczną za niepokojenie jej o tak wczesnej porze. Kupiłem dziennik wieczorny, który gdzieś leży w kącie; rzuć okiem na ostatnią kolumnę z doniesieniami o zaszłych wypadkach.
Odnalazłem wskazany artykuł i oto co przeczytałem:

„Napaść w West End“.
„Pułkownik Cratchley R. E. P. C. padł ofiarą nikczemnej zbrodniczej napaści w domu własnym na Campden Hill. Wróciwszy niespodzianie do tego domu niezamieszkanego podczas pobytu właściciela za granicą, znalazł go zajętym przez dwóch łotrów, którzy przemocą obezwładnili dostojnego oficera, skrępowali mu nogi i ręce, zakneblowali usta tak, że policya odnalazła pułkownika w stanie budzącym obawy o jego życie“.
— A to dzięki opieszałości tejże policyi — zauważył Reffles, gdym z przerażeniem czytał głośno ostatnie słowa — nie raczyła pośpieszyć na miejsce po odebraniu mego listu.
— Twego listu?
— Wysłałem do biura policyi parę słów zawiadomienia o zaszłym wypadku, gdyśmy w Euston czekali na pociąg. Musiano bilecik mój otrzymać zaraz wieczorem, ale nie zwracano prawdopodobnie na niego uwagi i przeczytano odezwę dopiero nazajutrz rano, lub też niedowierzano memu doniesieniu, podobnie jak ty nie ufałeś mi, Bunny.
Spojrzałem na zwoje czarnych włosów mego przyjaciela rozrzucone po poduszce, na szlachetną pod tymi włosami twarz jego i zapytałem:
— Więc nie miałeś na myśli?...
— Nikczemnego morderstwa? Powinieneś mnie był znad lepiej. Nie chciałem Cratchley’owi wyrządzić nic gorszego, nad narzucenie mu kilku godzin przymusowego spokoju.
— Czemu nie powiedziałeś tego wcześniej Raffles’ie?

— Należało ci pokładać większą we mnie wiarę, Bunny.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest William Hornung i tłumacza: anonimowy.