Pamiętnik złodzieja/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest William Hornung
Tytuł Pamiętnik złodzieja
Wydawca Dodatek do "Słowa"
Data wydania 1906
Druk Drukiem Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin.
A Thief in the Night:
The Criminologists' Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
Klub kryminalistów[1].

— Co to za jedni? gdzie się zbierają? Niema takiego klubu w spisie zakładów publicznych Londynu — mówiłem do Raffles’a.
— Zbyt szczupłe jest kółko kryminalistów, kochany Bunny, iżby mogli mieć klub oddzielny. Są to specyaliści studyujący prawodawstwo kryminalne, którzy zbierają się peryodycznie na wspólne obiady w swych domach prywatnych lub w restauracyach.
— Skądże, do licha, przyszła im myśl zapraszania mnie na obiad?
Mówiąc to pokazywałem piśmienne zaproszenie, którego wyjaśnienia szukałem u mego przyjaciela na Albany. Karta pochodziła od wielmożnego Earl’a Thornaby K. G. proszącego uprzejmie, bym raczył zrobić mu zaszczyt i wziął udział w obiedzie, mającym się odbyć w jego domu w Park-Lane, dla zapoznania się z członkami klubu kryminalistów. Było to pochlebne lubo kłopotliwe dla mnie wyróżnienie; można jednak wyobrazić sobie zdziwienie moje, gdy dowiedziałem się, że i Raffles został również zaproszony.
— Ułożyli sobie, że wszelkiego rodzaju szermierka tworzy podstawę współczesnych sportów; zaciekawia ich zwłaszcza włóczęgostwo zawodowe i radziby się przekonać, czy moja praktyka oparta na osobistem doświadczeniu, zgadza się z ich teoryą.
— Tego chcą się istotnie dowiedzieć?
— Zbierają statystyczne wiadomości o liczbie popełnionych samobójstw wśród członków naszego stowarzyszenia. Informacye takie objęte zakresem mego publicznego życia.
— Mogą być objęte twojem, lecz nie mojem życiem — odparłem niechętnie. Wierz mi, Raffles’ie, staliśmy się niepotrzebnie przedmiotem ich zaciekawienia; gotowi chcieć badać nas pod mikroskopem, inaczej nie wiedzieliby nawet o istnieniu mojem.
Raffles wyśmiewał tę obawę.
— Radbym, iżby sprawdziły się przypuszczenia złowrogie — mówił; ubawiłbym się w takim razie lepiej, niżeli sądziłem. Mogę cię jednak uspokoić oświadczeniem, że to ja podałem nazwisko twoje, zapewniając, że jesteś z prawem kryminalnem daleko dokładniej poznajomiony odemnie. Cieszę się, że poszli za radą moją i że spotkamy się przy ich stole.
— Jeżeli przyjmę zaproszenie — dorzuciłem tonem oschłym.
— Gdybyś odmówił, pozbawiłbyś się dobrowolnie rozrywki, mogącej być dla nas źródłem wielu korzystnych wiadomości. Rozważ dobrze Bunny. Ci ludzie urządzają zebrania w tym celu, aby zabawiać się opowiadaniem szczegółów popełnionych świeżo przestępstw; roztrząsalibyśmy wraz z nimi ciekawie te szczegóły, jak gdybyśmy z praktyką zbrodni nie byli lepiej od nich poznajomieni. Będą oni wypowiadali niepraktyczne zdania o misternej sztuce wybiegów złodziejskich i tym sposobem dowiemy się, jaką mają opinię o naszych niepospolitych osobistościach. Niby literaci, współpracownicy będziemy słuchali głosu znakomitych krytyków, rzucając niekiedy trafne w poruszonym temacie spostrzeżenia. W dodatku zjemy doskonały obiad, gdyż Thornaby używa sławy europejskiej znakomitego gastronoma.
— Czy znasz go? — pytałem.
— Znajomość nasza dorywcza tylko, zależna od fantazyi lorda — rzekł Raffles z uśmiechem — wiem jednak o nim dużo. Był przez rok cały prezesem Towarzystwa krokietowego i nie mieliśmy dotychczas lepszego pręzydującego. Zna zasady gry, lubo ani jednej w życiu nie rozegrał partyi, posiada wszechstronne wiadomości o rzeczach, których nie dotykał się nigdy. Nie ożenił się i nie przemawiał w izbie parów. Utrzymują jednak, że to tęga głowa i rzeczywiście palnął nam doskonałą mówkę z okazyi Australczyków. Wszystko czyta, a (co stanowi prawdziwą zasługę w dzisiejszych czasach) nie napisał po chwilę obecną ani jednego wiersza. Słowem, jest on wielorybem w teoryi a drobną ploteczką w praktyce!
Po tem sprawozdaniu mego przyjaciela zapragnąłem poznać znakomitego lorda w jego własnej osobie, zwłaszcza, że i w tem nie podobny do drugich, nie chciał się fotografować dla zaspokojenia ciekawości pospolitej rzeszy. Oświadczyłem tedy Raffles’owi, iż będę wraz z nim na obiedzie u lorda Thornaby, a mój towarzysz skinął obojętnie głową, jakby nie wątpił na sekundę o mojej decyzyi w tym względzie.
W owym czasie widywałem prawie codziennie Reffles’a; on częściej zachodził do mnie niżeli ja do niego. Naturalnie swoim zwyczajem obierał niewłaściwe chwile na te odwiedziny, gdy wychodziłem z domu lub podczas mojej nieobecności, dałem mu bowiem drugi klucz od zatrzasku. Ponieważ nastały zimne, słotne dni lutego, spędzaliśmy we dwóch nieraz wieczory, dyskutując nad różnemi kwestyami, nie czyniąc jedynie wzmianek o naszej złodziejskiej praktyce; wprawdzie nie było co o niej mówić w owej chwili. Raffles uczęszczał chętnie do towarzystw dystyngowanych, zasługujących na szacunek, a idąc za jego radą, bywałem niemal stałym gościem w klubie.
— Najodpowiedniejsze to na obecną porę roku zajęcie — mówił — w lecie używam gry w krokieta jako rozrywki mogącej zjednywać dobrą opinię u ludzi. Staraj się nie schodzić z oczu publiczności od rana do wieczora, nie zechcą wówczas dochodzić, co robisz w ciągu cichych godzin nocnych.
Naszemu tedy postępowaniu tak długi czas nic nie można było zarzucić, że obudziłem się bez niepokojących myśli w dzień obiadu, mającego być wydanym przez lorda Thornaby dla członków klubu Kryminalistów i innych zaproszonych osób. Pragnąłem być przedstawiony gospodarzowi przez mego przyjaciela prosiłem, by wstąpił po mnie, lecz na pięć minut przed naznaczoną godziną, nie zjawił się ani Raffles ani jego powóz. Proszeni byliśmy na ósmą; ponieważ brakowało tylko kwandrans do ósmej, musiałem sam spieszyć na miejsce.
Szczęściem dom Thornaby’ego stoi na końcu mojej ulicy, a drugą pomyślną okoliczność stanowiło, że wznosi się w głębi podwórza, gdy bowiem miałem pociągnąć za dzwonek, usłyszałem zajeżdżającą przed ganek dorożkę. Odwróciłem się w mniemaniu że to Raffles przybywa w ostatniej chwili. Spostrzegłszy pomyłkę moją w tym względzie, cofnąłem się parę kroków w tył i stanąłem w cieniu, ustępując miejsca spóźniającym się podobnie jak ja gościom. Dwóch panów wysiadło spiesznie z powozu; rozmawiali przyciszonym głosem, płacąc dorożkarzowi.
— Thornaby założył się z Fredem Vercker, który, jak słyszę, nie może się stawić. W skutek tego zakład nie będzie rozstrzygnięty dziś wieczór. Łatwowierny człowiek przypuszcza, że został zaproszony jako dzielny partner krokieta!
— Nie sądzę, żeby tyczące się go podejrzenia były uzasadnione — odparł towarzysz nieznajomego głosem szorstkim — poczytuję to raczej że niewczesny figiel, wolałbym jednak się mylić.
— Mniemam, iż rzeczywistość przejdzie twoje oczekiwania — dowodził pierwszy, gdy drzwi już przymykały się za nimi.
Załamałem ręce z przerażenia. Raffles zaproszony na obiad nie jako eks partner w grze krokieta, lecz podejrzewany przestępca! Raffles w błędzie, a moje obawy usprawiedliwione! W dodatku ani śladu Raffles’a, którego ostrzedz pragnąłem, a na zegarze biła ósma!
Daremnie siliłbym się na analizę psychologiczną wrażeń doświadczanych w ciągu minut kilku; uderzenie zegara pozbawiło mnie władzy czucia i myśli, lubo wskutek duchowego jakby odrętwienia mogłem trafniej odegrać nędzną rolę moją. Z drugiej strony, nigdy nie odczuwałem silniej objektywnych wpływów, dlatego owa chwila wraziła się tak żywo w pamięć moją. Zastukałem do drzwi frontowych; otworzono je na oścież i ujrzałem cały rząd wygalonowanych lokajów a starszy kamerdyner skłonił się z powagą, wprowadzając mnie na schody. Odetchnąłem swobodniej, wszedłszy do biblioteki, gdzie grupa mężczyzn zebraną była dokoła kominka. W jednym z obecnych poznałem Raffles’a, rozmawiającego z człowiekiem dobrej tuszy, o czole półbożka, a policzkach obwisłych jak u buldoga. Tak przedstawiał się szanowny nasz gospodarz.
Lord Thornaby wlepił we mnie wzrok przenikliwy, gdyśmy zamieniali uścisk dłoni, następnie przedstawił mnie wysokiemu, ciężkiemu w ruchach mężczyźnie, na którego wołał Ernest, a którego nazwiska nie dowiedziałem się nigdy. Ernest z kolei zaprezentował mnie dwom pozostałym gościom. To byli panowie, których rozmowę słyszałem, gdy wysiadali z dorożki, jednego nazwano adwokatem Kingsmill, w drugim poznałem widywanego na fotografiach nowelistę Parrington’a. Tworzyli niedobraną parę: prawnik opiekły, żywy, przybierający napoleońskie pozy; autor sztywny, zarośnięty niby pudel w wieczorowym stroju. Żaden z nich nie raczył baczniejszej zwrócić na mnie uwagi a za to nie spuszczali oczu z Raffles’a. Podano zaraz obiad i w sześciu zasiedliśmy dokoła wytwornie zastawionego stołu w dużym ciemno obitym pokoju.
Nie przypuszczałem, że będziemy obiadować w tak szczupłem gronie; to ośmieliło mnie trochę. Gdyby rzeczy krytyczny obrót wzięły, mówiłem sobie w duchu, będziemy mieli tylko dwóch na jednego. Z drugiej strony było nas zamało, by prowadzić z którym z sąsiadów poufną gawędkę a rozmowa ogólna przybrała wkrótce charakter subtelnie uplanowanego ataku, tak zręcznie prowadzonego, że jak sądziłem, Raffles nie mógł się domyślić, iż pociski do niego były zwracane, ja zaś nie wiedziałem, w jaki sposób ostrzedz go o grożącem niebezpieczeństwie. Przekonany dotychczas jestem, że nie podejrzewali mnie szanowni członkowie klubu. Podjazdową utarczkę rozpoczął lord Thornaby. Miał po prawej ręce Raffles’a a po lewej nowelistę; przy Raffles’ie siedział adwokat, mnie zaś umieszczono między Parrington’em i Ernestem, odgrywającym rolę lennika niższego stopnia w pańskim domu. Lord zwrócił się do nas z temi słowy.
— Pan Raffles mówił mi o biednym skazańcu, straconym w marcu. Piękny miał koniec, bardzo piękny. Wprawdzie zdarzyło mu się na nieszczęście przeciąć komuś gardło, ale wykonanie na nim wyroku śmierci zaliczać się będzie do najświetniejszych epizodów w rocznikach szubienicy. Opowiedz rzecz całą, panie Raffles; szczegóły te żywo zainteresują moich przyjaciół.
— Powtarzam, co słyszałem, grając w krokieta w Trent Bridge. Wiadomości o egzekucyi nie podawano do gazet, jak sądzę — rzekł Raffles z powagą. — Pamiętacie państwo zapewne gorączkowe podniecenie, wywołane wśród publiczności ogremnemi zakładami o wynik partyi krokieta rozgrywanej w Australii, rezultatu tej gry wyczekiwał skazaniec w ciągu ostatniego dnia, jaki miał przeżyć na ziemi i nie miał chwili spokoju, póki nie dowiedział się, kto był zwycięzcą w tych zapasach. Udzielono mu żądanych wieści i oświadczył, że wiedząc już, jak wypadła rozgrywka, poda głowę pod stryczek spokojnie.
— Opowiedz pan jeszcze, co mówił więcej — nalegał Thornaby, zacierając ręce.
— Gdy kapelan więzienny napominał skazańca, iż w chwilach przedśmiertnych myśleć może o tak błahych rzeczach jak gra w krokieta, on miał odpowiedzieć:
„Ależ o to właśnie zapytają mnie przedewszystkiem po tamtej stronie grobu“.
Szczegóły te słyszałem raz pierwszy, nie miałem jednak czasu zastanawiać się nad niemi, gdyż śledzić musiałem wrażenie, jakie wywarły na obecnych: Ernest z lewej strony aż trząsł się ze śmiechu; mój sąsiad z prawej wrażliwszej natury wpadł w entuzjazm, objawiający się dziwacznemi ruchami. Prawnik Kingsmill chłodniejszego temperamentu, wpatrywał się dłuższą chwilę w Raffles’a i rzekł w końcu:
— Rad jestem, że na tem poprzestał; sądziłem iż ten człowiek zażąda udziału w grze przed śmiercią.
— Czy wiesz co o nim także? — pytał lord Thornaby.
— Stawałem w jego sprawie z ramienia rządu — odparł adwokat ze znaczącem mruganiem powiek — wolno wam nawet przypuszczać, że brałem miarę objętości jego szyi.
Wzmianka ta uczyniona jakby nawiasem, tem silniejsze sprawiła wrażenie. Lord Thornaby rzucał z ukosa spojrzenia; Ernest namyślał się chwilę, zanim trząść się zaczął ze śmiechu; Parrington szukał ołówka po kieszeniach, ja jednym haustem wychyliłem cały kieliszek reńskiego wina, a Raffles tak znakomicie udawał przerażenie, iż zrozumiałem, że się ma na baczności.
— Czy istotnie człowiek ten nie zasługiwał na współczucie? — pytał mój przyjaciel.
— Ani trochę.
— To przekonanie musiało być dla pana źródłem słodkiego zadowolenia — zauważył Raffles chłodno.
— Jabym w niem szukał argumentów, usuwających skrupuły, wynikające z uczucia litości — odezwał się nowelista — wyznaję, iż rad jestem, że nie przykładałem ręki do powieszenia Peckham’a i Solomons’a przed kilku dniami.
— Dlaczego zwłaszcza Peckhama i Solomonsa? — pytał lord.
— Bo nie mieli zamiaru pozbawiać życia starej lady.
— Jakto? Wszakże zadusili ją w łóżku jej własnemi poduszkami!
— To nic nie znaczy — dowodził uparty literat — zbrodnia była mimowolną z ich strony, nie myśleli wyrządzać jej krzywdy. Stara, głupia kobieta narobiła hałasu i jeden z nich nacisnął tylko zbyt silnie poduszkę; moim zdaniem śmierć nastąpiła wskutek wypadku poprostu.
— Nie poszczęściło się, spokojnym, dobrze wychowanym złodziejom w spełnieniu ich niewinnego rzemiosła — dodał lord Thornaby z ironią.
Gdy zwrócił się do Raffles’a z wybuchem śmiechu, zrozumiałem, żeśmy doszli do części programu, przygotowanego z góry, ale mój przyjaciel śmiał się tak szczerze z konceptu lorda, że nie należało wątpić, iż odegra znakomicie swoją rolę z powodu nieświadomości grożącego mu niebezpieczeństwa. Był to jak zawsze pełen wdzięku Raffles. Podniecony chwilowo niezwykłością położenia, mogłem rozkoszować się przysmakami stołu bogatego amfitryona; comber barani zajmował niepoślednie miejsce w jadłospisie, co nie przeszkadzało, że znajdowałem wybornem skrzydełko kruchego bażanta i oglądałem się łakomie za leguminą, gdy naraz wzmianka uczyniona przez literata skupiła uwagę moją na prowadzoną rozmowę.
— Przypuszczam — rzekł on do Kingsmill’a — że dużo rabusiów połączyłeś z ich przyjaciółmi i krewnymi na tam tym świecie?
— Powiedz raczej biednych ludzi, będących pod zarzutem rabunku — odparł litościwy prawnik — to rzecz zupełnie inna, przytem „dużo” jest niewłaściwem określeniem. Nigdy nie zajmuję się sprawami zbrodniarzy operujących w Londynie.
— Mnie przeciwnie, zbrodniarze londyńscy interesują wyłącznie — oświadczył nowelista, zajadając galaretę.
— Godzę się z twojem zdaniem — rzekł nasz amfitryon. Wśród wszystkich przestępców, zwracających na siebie uwagę, śmiały rabuś największą może budzić ciekawość.
— Bo też sprawy tego rodzaju stanowią najsubtelniejszy dział w artykułach kodeksu kryminalnego — zauważył Raffles, podczas gdy mnie dech zamierał w piersiach. Mówił to jednak z naturalnością, przynoszącą zaszczyt zręcznemu, niezrównanemu aktorowi. Mój przyjaciel odgadł widocznie grożące niebezpieczeństwo. Nie chciał pić szampana, ja zaś pozwalałem sobie na ten ożywczy trunek. Chwila bieżąca większego niepokoju przyczyniała mnie, niżeli jemu. Raffles nie miał powodu być zdziwionym lub przerażonym zwrotem rozmowy, tyczącej się przestępców kryminalnych; gdy dla mnie wobec zbudzonych podejrzeń i podsłuchanej rozmowy temat ten stanowił złowrogą wróżbę.
— Nie jestem wielbicielem Sikes’a — oświadczył prawnik, zadowolony, że dosiadł ulubionego konika.
— Był on jakby człowiekiem przedhistorycznej epoki — dorzucił lord — potoki krwi popłynęły od czasów słodkiego Wiliama.
— To prawda — przywtórzył Parrington i zapuścił się w szczegółową analizę władz umysłu przestępców kryminalnych; zacząłem łudzić się nadzieją, że odwróci to uwagę biesiadników od głównego przedmiotu rozmowy, ale lord wracał uparcie do swego założenia.
— Wiliam i Karol obaj są zmarłymi monarchami; panującym władcą na ich terytoryum jest obecnie hultaj, który zrabował biednego Danby z Bond-Street.
Wśród trzech spiskowców zapanowało grobowe milczenie — mówię trzech, gdyż nabrałem przekonania, że Ernest nie był wtajemniczony do spisku.
— Znam go dobrze — odezwał się najspokojniej mój przyjaciel — a słysząc to struchlałem!
Lord Thornaby patrzył na Raffles’a z przerażeniem; uśmiech adwokata raz pierwszy w ciągu wieczoru wydał się nienaturalnym; literat jedząc ser nożem, rozciął sobie usta; jeden Ernest tylko śmiał się dobrodusznie po dawnemu.
— Jakto? — zawołał lord — pan znasz złodzieja!
— Żałuję, że nie mogę odpowiedzieć twierdząco — odparł zagadniony — mówię, lordzie Thornaby, o jubilerze Danby, u którego zwykłem kupować podarki z okazyi uroczystości ślubnych wśród bliższych znajomych.
Usłyszałem trzy głębokie westchnienia, zanim sam odetchnąłem swobodniej.
— Chwilowe więc tylko nieporozumienie — zauważył nasz amfitryon oschle — sądzę, że musisz pan znad również gościa z Milchester, który przed kilku miesiącami skradł lady Melrose drogocenny naszyjnik?
— Byłem tam w chwili popełnionej kradzieży — oświadczył Raffles bez namysłu.
— Przypuszczam, że to jedna i ta sama osobistość dopuściła się tych rabunków — mówił lord Thornaby jakby tylko do członków klubu Kryminalistów.
— Chciałbym go poznać bliżej — dowodził z ożywieniem Raffles. — Jest on zbrodniarzem po myśli mojej więcej od mordercy rozprawiającego o grze w krokieta w celi więziennej przed egzekucyą.
— Może on znajduje się obecnie w tym domu? — zagadnął Thornaby patrząc memu przyjacielowi prosto w oczy; obejście lorda wszelakoż było zachowaniem niewyuczonego dokładnie roli swojej aktora; zdawał się rozgoryczonym, jak ma prawo nim być nawet bogaty człowiek w chwili przegrywania zakładu.
— Stanowiłoby ucieszną krotochwilę, żeby rabuś zakradł się tu rzeczywiście? — dowodził nowelista.
— Absit omen — szepnął Raffles.
— Byłoby zupełnie zgodne z charakterem tego śmiałka — wtrącił Kingsmill — gdyby chciał złożyć wizytę prezesowi klubu Kryminalistów i wybrał na to wieczór, w którym prezes podejmuje u siebie innych członków zgromadzenia.
Trafniej osądziłem uwagę prawnika niżeli aluzye szanownego amfitryona, co przypisywałem wyrobieniu retorycznemu adwokata. Lordowi jednak nie podobało się tłomaczenie w ten sposób jego myśli i tonem szorstkim przywołał kamerdynera, pilnującego zdejmowania zastawy ze stołu.
— Legett, idź na górę — rozkazał — przekonaj się, czy wszystkie drzwi są pootwierane i pokoje w należytym porządku. Co za dziwaczne czyniliśmy przypuszczenia ja i ty Kingsmill’u! — dodał usiłując odzyskać obowiązującą gospodarza uprzejmość — nie wiem, który z nas sprowadził rozmowę z tragicznej areny krwawych mordów na bagniste kałuże pospolitych grabieży. Czy znasz panie Raffles mistrzowski utwór De Quincey’a: „Morderstwo jako sztuka?“
— Zdaje się, że go kiedyś czytałem — odparł mój przyjaciel.
— Musisz odczytać to dzieło — nalegał lord — napisane z gruntowną znajomością rzeczy; możemy dodać doń tylko kilka smutnych ilustracyi lub krwią zbryzganych notatek, nadających się do tekstu De Quincay’a... Cóż Legett?
Kamerdyner stał za krzesłem swego pana dysząc ciężko; zauważyłem wówczas dopiero, że ten człowiek miał astmę.
— Za przeproszeniem jego lordowskiej mości, myślę, że jego lordowska mość zapomniała...
Głos był chrapliwy, ale uwaga, wypowiedziana z największą delikatnością.
— Zapomniałem Legett?... Cóżem miał zapomnieć?
— Że drzwi sama wasza lordowska mość pozamykała — wybełkotał nieszczęśliwy Legett, dysząc ciężej jeszcze. — Byłem na górze; sypialnia, gabinet zamknięte od środka!
W tej chwili szanowny amfitryon gorszej doznawał duszności od swego kamerdynera. Na czole lorda wystąpiły żyły grube jak postronki; obwisłe jego policzki nabrzmiały niby balon; zerwał się z krzesła i wybiegł z sali jadalnej a my podążyliśmy w ślad za nim.
Raffles był więcej od nas podniecony; wyprzedził też wszystkich, ja i dostojny prawnik dążyliśmy na końcu. Z radą skuteczną wystąpił pierwszy pomysłowy autor.
— Daremnie Thornaby, naciskasz klamkę — dowodził — potrzeba świderka i klina żelaznego do podważenia zamka; drzwi prędzej rozłupiesz, niżeli zdołałbyś je otworzyć. Czy nie masz w domu drabiny?
— Musi być sznurowa drabina zachowywana na przypadek ognia — rzekł lord, spoglądając na nas nieufnie — gdzie ją trzymasz Legett?
— Wiliam przyniesie żądaną drabkę bezzwłocznie — odparł kamerdyner.
— Na co zdało się ją tu przynosić? — mówił Parrington — niech tę drabinkę zawieszą zewnątrz na oknie twego gabinetu Thornaby; wejdę po niej do środka i podejmuję się w ciągu dwóch minut drzwi otworzyć.
Lord z kwaśnym uśmiechem skinął potakująco noweliście, który wybiegł spiesznie niby pies spuszczony z łańcucha.
— Mamy sposobność poznać gotowość do usług naszego przyjaciela Parringtona — rzekł lord — goręcej nawet odemnie wziął tę sprawę do serca.
— Bo też to ziarno na jego młyn — zauważył Raffles złośliwie.
— Znajdziemy opis dzisiejszego wydarzenia w przyszłem dziele naszego autora — dorzucił prawnik.
— Przyjemnie w literacie odnajdywać człowieka czynu.
Wzmiankę tą zrobił mój przyjaciel, a w jego tonie było osobliwe brzmienie, dzięki któremu zrozumiałem że gotowość usług Parrington’a nie mogąca budzić nieufności, była zręcznie obmyślaną dla odwrócenia uwagi od osoby podejrzewanej dotychczas. Błędny rycerz pióra ratował z trudnego położenia Raffles’a, a w głosie mego przyjaciela odnajdywałem dźwięk szczerej wdzięczności. Uczucie to dzieliłem również, lubo we mnie zatrute było niedowierzaniem. Parrington należał do liczby osób, które posądzały Raffles’a a w każdym razie wiedział o żywionych względem niego podejrzeniach. Czyżby on w tym razie nie występował w charakterze niecnego zdrajcy? Wytworzyłem sobie niepochlebną, o tym człowieku opinię, gdyśmy usłyszeli głos jego w gabinecie gospodarza.
Powitał nas głośnym krzykiem i w kilka chwil później stał już w otwartych drzwiach ze świderkiem w jednej, żelaznym klinem w drugiej ręce.
Wewnątrz pokoju panował straszliwy nieład: szuflady pootwierane, rzeczy z nich wyrzucone na podłogę, szafa wypróżniona; zegar obwinięty w ręcznik leżał na krześle a wieko blaszanego pudła wysuwało się ze stojącego otworem zachowanka. Dość było spojrzeć na twarz lorda, by się domyśleć, że pudło również było puste.
— Co za osobliwi rabusie — mówił z ironicznym na ustach uśmiechem — skradli strój łącznie z korony parowską!
Staliśmy dokoła ograbionego gospodarza w milczeniu. Sądziłem, że przemówi nasz autor, lecz i on jakby oniemiał z przerażenia.
— Możecie dowodzić, że niewłaściwe miejsce obrałem na przechowywanie drogocennych białych kruków, ale gdzieżbyście je trzymali panowie? Będę umiał do licha więzić w klatce skarby na przyszłość! — zapewniał Thornaby.
Filozoficzniej znosił stratę swoją, niżeli mogliśmy przypuszczać; pobudek tej rezygnacyi domyśliłem się później, gdyśmy zeszli na dół, zostawiając policyę na placu spełnionej kradzieży.
Lord Thornaby schodził wsparty na ramieniu Raffles’a; gospodarz szedł krokiem lekkim, dobry humor jego nie miał już odcienia ironii, oczy nabrały pogodniejszego wyrazu. Odgadłem, jaki ciężar spadł mu z serca.
— Radbym — rzekł — iżby to zajście poznajomiło nas bliżej z osobistością gentlemana, o którym mówiliśmy przy obiedzie; naturalnie wiedzeni instynktem, gotowiśmy ręczyć, że to jego dzieło.
— Nie przypuszczam — zaprzeczył Raffles, rzucając z boku na mnie wejrzenie.
— A ja jestem tego pewny, kochany panie — dowodził lord — nikt inny nie odważyłby się na krok tak zuchwały. Należy wziąć pod uwagę fakt, iż zaszczycił mnie swoją bytnością w moim domu w ciągu wieczoru, podczas którego podejmowałem obiadem moich kolegów z klubu Kryminalistów. To nie przypadkowy zbieg okoliczności łaskawy panie, lecz rozmyślne szyderstwo jakie nie przyszłoby na myśl żadnemu innemu przestępcy w Anglii.
— Pan zapewne ma słuszność — przyznał tym razem Raffles a pochlebiam sobie, że go do tego skłonił wyraz mojej fizyognomii.
— Co więcej jeszcze przekonywające — dorzucił nasz amfitryon — żaden inny przestępca nie byłby tak zręcznie wykonał zamysłu swego. Pewny jestem, że pan inspektor będzie mego zdania.
Słowa te zwrócone były do urzędnika policyi wprowadzonego do biblioteki, gdy kończył swoje uwagi Thornaby.
— Nie słyszałem, co pan mówił, mój lordzie.
— To poprostu, że organizator zabawnej dzisiejszej sztuczki nie może być nikt inny, jak tylko zuchwały hultaj, który pozbawił lady Melrose jej naszyjnika a biednego Danby połowy jego biżuteryi przed rokiem.
— Sądzę, że wasza lordowska mość odgaduje trafnie.
— Ten sam człowiek, który zabrał brylanty rodzinie Thimble’ów i następnie, jak pan wiesz, zwrócił je lordowi Thimble.
— Może w ten sam sposób postąpi z jego lordowską mością.
— Nie myśli on o tem pewnie. Nie będę też łez ronił nad poniesioną stratą. Życzę nicponiowi, żeby się cieszył tem, co zdążył pochwycić. Dowiedzieliście się czego nowego na górze.
— Doszliśmy, że kradzież popełnioną została między godziną kwadrans na ósmą a wpół do ósmej.
— Z czego wnosicie to, do licha?
— Zegar związany w ręcznik stanął na siódmej minut dwadzieścia.
— Pytałeś już pan mego lokaja?
— Badałem go właśnie. Zeznał, że był w sypialni i w gabinecie waszej lordowskiej mości o godzinie kwadrans na ósmą i że do owej chwili wszystko było tam w porządku.
— Przypuszczasz pan zatem, iż rabuś ukrywał się gdzieś w domu?
— Trudno za to ręczyć. Rzecz pewna tylko, że niema go obecnie w mieszkaniu; musiałby w takim razie kryć się w gabinecie lub w sypialni waszej lordowskiej mości, a te pokoje przeszukaliśmy skrupulatnie.
Thornaby zwrócił się do nas po odejściu inspektora.
— Chciałem wyświecić tę wątpliwość — rzekł — przypuszczając, że mój służący niesumiennie spełnił ciążący na nim obowiązek. Rad jestem, że myliłem się w przypuszczeniach moich.
Powinienem był czuć się również zadowolonym, iż nieuzasadnione okazały się podejrzenia moje odnośnie do uprzejmego nowelisty, a jednak w głębi serca doświadczałem uczucia przykrego zawodu.
Jeśli wszelakoż Parrington usprawiedliwiony został w mojem mniemaniu, Raffles uniewinniony również był w opinii tych, którzy żywili względem niego groźniejsze daleko podejrzenia. Cud jakby tylko i zbieg szczęśliwych okoliczności usunęły od mego przyjaciela wszelkie posądzenia w chwili, gdy obecni zdawali się blizcy bardzo wykrycia prawdy; ten cud jednak spełnił się stanowczo i skutki jego widoczne były na twarzach i w brzmieniu głosu członków klubu Kryminalistów, za wyjątkiem nie przypuszczonego do tajemnicy Ernesta. Słyszałem, jak Kingsmill zapraszał Rafiles’a na posiedzenia sądowe i obiecywał wyrobić dla niego bilet wejścia na wszystkie procesy, przy których chciałby być obecny. Parrington mówił o dedykowaniu książki swojej mojemu przyjacielowi a lord Thornaby wspomniał o wprowadzeniu Raffles’a do klubu Ateneum.
Policya była ciągle jeszcze czynną w domu, gdyśmy się rozchodzili; namówiłem więc mego przyjaciela by wstąpił do mnie, jak wspomniałem bowiem, mieszkanie moje znajdowało się w niewielkiej od rezydencyi lorda Thornaby odległości. Raffles zgodził się na tę propozycyę, nie chcąc o kradzieży rozmawiać na ulicy. Znalazłszy się w moim pokoju, opowiedziałem przyjacielowi bezzwłocznie, jakie groziło mu niebezpieczeństwo, w jak trudnem znalazłem się położeniu, podsłuchawszy rozmowę dwóch przybywających na zebranie gości. Raffles nie wiedział o zdradzieckim spisku, lecz rozumiał co się ze mną działo, gdy czyniono do zbudzonych podejrzeń aluzye, a ja nie mogłem dać memu towarzyszowi żadnego znaku, ostrzedz go choćby jednem słowem!
Raffles pozwolił mi skończyć, następnie puścił ostatni kłąb dymu z cygara, odetchnął głęboko i rzekł:
— Czy sądzisz, że nie przeniknąłem od pierwszej chwili zamiarów tych głupców?
— Nie sądziłem, iżbyś domyślał się tego wcześniej, czemu w takim razie nie mówiłeś o czynionych przypuszczeniach? — protestowałem z oburzeniem. — Alboż należysz do liczby ludzi, którzy dla zabawki kładą głowę w paszczę lwa? W jakimże celu sprowadzałbyś mnie na świadka niedorzecznej igraszki?
— Mogłem potrzebować cię Bunny?
— Czy widok mego oblicza miał ci dodawać otuchy?
— To oblicze twoje przynosiło mi dotychczas szczęście. Niebezpieczeństwo groziło mi nie żartem, lada chwila okoliczności gotowe były wziąć taki obrót, że musiałbym przywołać cię na pomoc, a niemałą pociechę stanowiło przeświadczenie, że ta pomoc nie zawiodłaby mnie w danym razie.
— Cóż wypadało nam czynić Raffles’ie?
— Utorować sobie drogę i zemknąć szczęśliwie — odparł z figlarnym błyskiem w oczach.
— Nie chcesz przez to powiedzieć, że przyłożyłeś rękę do tej kradzieży? — zawołałem, zrywając się z krzesła.
— Mojej ręki dziełem jest ona wyłącznie, kochany Bunny.
— Niepodobna! Wszak siedziałeś cały czas z nami przy stole? Do spłatania figla użyłeś niewątpliwie innych zręcznych ajentów?
— Jeden wystarcza najzupełniej w tych okolicznościach, mój kochany — rzekł Raffles chłodno, poczem rozparł się wygodnie w krześle i zapalił papierosa.
Sięgnąłem także do ofiarowanej mi cygarniczki, bo daremnie było sprzeczać się z Rafftles’m; nieprawdopodobne fakta przez niego dokonane, zasługiwały na wiarę.
— Nie mam zamiaru krytykować środków, które ułatwiły ci spełnienie śmiałego przedsięwzięcia — mówiłem — Nietylko pobiłeś nieprzyjaciół, występujących przeciwko tobie z tak przeważającemu siłami, ale jeszcze zdołałeś ich omamić najzupełniej i będą jedli potulnie z ręki twojej do końca dni swoich. Nie wmawiaj we mnie wszelako, że sam jeden bez niczyjej pomocy zdołałeś urządzić tę sztuczkę — zawołałem z uniesieniem — Nie dbam do licha, i nie pytam, kto ci skutecznej użyczył pomocy; jest to najzręczniejszy figiel, jaki wypłatałeś w życiu swojem!
Nie widziałem rzeczywiście Rafflesa nigdy tak promieniejącym radością, więcej zadowolonym ze świata i z siebie, dumniejszym z dokonanego dzieła.
— Opowiem ci wszystko, jak się to stało, Bunny, jeśli zrobisz, o co poproszę.
— Mów, stary druhu, zadość uczynię życzeniom twoim.
— Zagaś światło elektryczne.
— We wszystkich lampach?
— Co do jednej.
— Rzecz załatwiona; cóż dalej?
— Idź do okna w pokoju od tyłu i otwórz okienicę.
— A teraz?
— Stanę zaraz przy tobie. Śliczny widok. Nie miałem dotychczas sposobności rozglądać się po ulicy o tak spóźnionej porze. W domu, jaki widzisz tam w głębi, w jednem oknie tylko pali się światło.
Z twarzą opartą na szybie wskazywał w pewnej odległości małą uliczkę. Otworzyłem okno i wychyliłem się, by lepiej widzieć.
— Nie może to być dom lorda Thornaby? — pytałem.
Nie byłem poznajomiony z dzielnicą miasta, ciągnącą się od strony okien moich w tyle.
— Właśnie jest to rezydencya naszego dzisiejszego amfitryona — odparł mój przyjaciel — przypatrz jej się przez twoją lornetę teatralną. Oddała mi ona wielkie przysługi.
Zanim szkła przyłożyłem do oczu, łuski z tych oczu spadły w jednej chwili; zrozumiałem, dlaczego Raffles w ciągu ostatnich tygodni bywał tak częstym u mnie gościem, przychodził między siódmą a ósmą wieczorem i przy tem oknie wystawał długie chwile, patrząc przez lornetkę. Szkła ułatwiły mi również dokładne rozejrzenie się w miejscowości. W jedynem oświeconem oknie przesuwały się cienie ludzkie; domyśliłem się, że było to okno, przez które Parrington wszedł do ubieralni lorda.
— Odgadłeś trafnie — rzekł Raffles w odpowiedzi na moje pytanie — nad tem oknem właśnie czyniłem obserwacye w ciągu kilku ostatnich tygodni. Wychodzi ono z pokoju, w którym jego lordowska mość przywdziewa swe nocne szaty i stroi z rana dostojną swą osobę. Widziałem, jak go raz golono, zanim wstał z łóżka. Wieczorem po odejściu pana swego, lokaj zostaje trochę dłużej w ubieralni dla uporządkowania rzeczy i to ułatwiło wykonanie mego planu. Musiałem zebrać trochę szczegółów tyczących się owego człowieka, poczem zatelegrafowałem do niego w imieniu narzeczonej, naznaczając mu spotkanie z nią o ósmej wieczorem. Naturalnie przeszkodą w spełnieniu obowiązków służby, była potrzeba stawienia się na rendez-vous. Przewidziałem to i pierwej niżeli własne sprawy, załatwiłem czynności lokaja. Poskładałem rzeczy lorda a później dopiero wziąłem się do gospodarowania w pokoju.
— Dziwi mnie, że miałeś czas na wszystko.
— Te zajęcia zabrały mi nie więcej jak kilka minut, posunąłem odpowiednio wskazówki zegara na przypadek, gdyby chciano czas na nim sprawdzać. Stary to figiel zatrzymanie zegara, ale przyznasz, że należało upozorować jakby sam stanął w chwili, gdy go obwiązywałem dla zabrania z innemi łupami. W ten sposób przygotowałem prima facie dowody, że spełniono kradzież, gdy siedzieliśmy przy stole. W rzeczywistości zaś lord Thornaby wyszedł z ubieralni o siódmej, służący wybiegł z niej w pięć minut później, a ja tam wchodziłem w kilkanaście sekund po nim.
— Przez okno?
— Nie inaczej; czekałem na dole w ogrodzie; za używalność ogrodów w mieście lokatorowie płacą nieraz drożej, aniżeli przypuszczają.
— Jakże dostałeś się do tego okna na pierwszem piętrze?
Raffles wziął laskę leżącą na krześle obok paltota. Był to kij bambusowy gruby z gałką metalową polerowaną. Przyjaciel mój odśrubował gałkę i zaczął wyjmować ze środka laski pręciki grubości wędki na ryby. Te pręciki łączył z sobą za pomocą haczyków stalowych; następnie odpiął trzy dolne guziki u kamizelki i ujrzałem okręconą dokoła jego pasa delikatną linkę z misternie w równych odstępach zawiązanemi pętlicami.
— Czyż potrzebuje ci udzielać dokładniejszych objaśnień? — pytał Raffles sznur odpasując — z pomocą tych pętlic, i pokazywanych poprzednio pręcików urządzić można wygodną drabinkę, której jeden koniec opatrzony stalowym hakiem zaczepia się o twardy jaki przedmiot. Baczyć na to głównie trzeba, iżby znalezione oparcie było silne, lecz rury wychodzące zewnątrz muru od porcelanowej wanny znajdującej się w ubieralni lorda, przedstawiały dostateczne bezpieczeństwo w tym względzie. Dla przekonania się o tem obserwowałem miejscowość w ciągu dnia, po za czynionemi spostrzeżeniami nocą.
— Obrachowałeś wszystko z góry?
— Mówiłem ci, kochany Bunny, że nie jestem zwolennikiem sztuk gimnastycznych, dokonywanych na drabinie, wspomniałem jednak, że jeśli kiedykolwiek takiej drabiny używać zechcę, musi ona być najlepszej konstrukcyi i najświeższego wynalazku, zakończył Raffles obwijając się na nowo linką, która, mówił przydać się jeszcze może.
— Jak długo te urządzenia zabrały ci czasu? — pytałem.
— Dziś wieczór nie dłużej nad pięć minut a jedna z nich poświęcona była zajęciom spełnianym w zastępstwie służącego.
— Jakto — dziwiłem się — zdążyłeś przez te kilka minut wejść i zejść po drabinie, dostać się do pokoju, rozbić metalowe pudło, zabrać z niego strój parowski, podeprzeć drzwi od środka i t. d.
— Naturalnie, że nie byłbym zdołał załatwić się w tak krótkim przeciągu czasu.
— Więc kiedyś to zrobił?
— Próbę, poprzedzającą wystawienie sztuki, odbyłem zeszłej nocy i wtedy zabrałem tłomoczek. Dostojny lord chrapał przez cały czas w sąsiednim pokoju; tak cicho się sprawiłem, że nie tylko mogłem wybrać potrzebne przedmioty, ale wszystko następnie doprowadziłem do należytego stanu, zamykając szafy i komody, jak przystoi na grzecznego chłopca. Zabrało mi ta trochę dłużej czasu; dziś wypadło tylko rozrzucić bezładnie trochę gałganów po pokoju i narobić nieporządku, świadczącego, że zbutwiały strój parowski został skradziony tej nocy. Jak domyślasz się, było to kwintesencyą sprytnego wybiegu, dla przekonania kochanych naszych kryminalistów, że nie ja mogłem spłatać figla, lecz że urządził go inny nicpoń, którego za mnie brali w głupocie swojej.
Spoglądałem na Raffles’a w niemym zachwycie; nic mnie już nie mogło dziwić z jego strony. Gdyby mi powiedział, że zrabował bank państwa w Anglii lub opactwo Westminsterskie, nie wątpiłbym ani na chwilę o prawdzie słów jego. Chciałem mu towarzyszyć do Albany dla oglądania insygnii godności parowskiej schowanych pod łóżkiem, ale Raffles sprzeciwił się temu. — Nie kochany Bunny — mówił — jestem znużony i zdenerwowany. Nie dasz może temu wiary, poczytując mnie za wcielonego djabła, lecz te wrażliwe pięć minut wyczerpały mnie z sił stanowczo. Czas mi się okrutnie dłużył, a jak na złość spóźniali się goście i nadeszli dopiero po trzech kwadransach na ósmą. Nie chciałem być ostatnim; na pięć minut przed oznaczoną godziną byłem już w salonie, no i koniec ciekawej epopei.

Wypowiedziawszy ostatnie słowo, skłonił mi się i odszedł. Ja również mógłbym nie dotykać więcej tej historyi, gdyby nie przypuszczenie, że nie tylko członków kółka kryminalistów zaciekawiać może, co Raffles zrobił z mundurem i koroną wysoko urodzonego Earl’a Thornaby? Postąpił z niemi, jak przepowiadali goście lorda i uczynił to w sposób usuwający na zawsze od jego osoby podejrzenia panów klubistów; przyjaciel mój złożył drogocenne przedmioty w poczekalni dworca Charing Cross — a kwit na nie przesłał lordowi Thornaby.




Przypisy

  1.   Chodzi tu o kryminologów, w dzisiejszym znaczeniu tego słowa.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest William Hornung i tłumacza: anonimowy.