Pamiętnik złodzieja/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest William Hornung
Tytuł Pamiętnik złodzieja
Wydawca Dodatek do "Słowa"
Data wydania 1906
Druk Drukiem Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin.
A Thief in the Night:
The Field of Phillipi
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
Na polu bitwy pod Filipami.

Nipper[1] Nasmyth był prymusem naszej szkoły, gdy Raffles spełniał w niej urząd dowodzącego grą krokieta. Sądzę, że złośliwy przydomek dawany Nasmyth’owi pochodził z niesłusznie żywionego do ówczesnego chłopca uprzedzenia; ojciec jego był jednym z opiekunów szkoły, wspólnikiem cenionej firmy bankierskiej, co dowodzi, że niesprawiedliwie przysądzono synowi krzywdzące miano. Wówczas jednak mieliśmy inne przekonanie, gdyż starsi i młodzi nie lubili Nasmyth’a, on zaś zdawał się szczycić tą niepopularnością swoją. Podejrzliwe usposobienie czyniło, że widział i słyszał więcej, niżeli upoważniały go do tego obowiązki prymusa a popędliwa natura sprawiała, że występował zaczepnie nie sprawdziwszy pierwej faktów. Surowy przestrzegacz kodeksu obwarującego moralność, pałał w dodatku entuzjazmem do spraw przegranych, popierał zawsze stronnictwo mniejszości i głosił w jego obronie dziwaczne zdania. Takie czynił na mnie wrażenie Nipper Nasmyth; nie rozmawiałem z nim nigdy, ale słyszałem go przemawiającym z niezrównaną siłą przekonania w prowadzonych dyskusjach szkolnych. Wraziły mi się w pamięć jego rozczochrane włosy, zabrukany mundur, wydatne szczęki; mimo też wielu lat niewidzenia poznałem go znowu, gdy Raffles‘owi przyszła nieszczęsna myśl do głowy brania udziału w uroczystości, obchodzonej na cześć fundatora szkoły i pociągnął mnie tam za sobą.
Uroczystość rzeczywiście zapowiadała się świetnie; projektowano upamiętnić dwuchsetną rocznicę istnienia szkoły wystawieniem posągu czcigodnemu założycielowi. Meeting miał się odbyć w gmachu szkolnym, a Raffles otrzymał na ten obchód zaproszenie od nowego rektora, który kolegował z nim w Cambridge. Mój przyjaciel nie był w Paddington długi szereg lat a noga moja nie postała w niem od czasu wyjścia ze szkoły; nie będę rozpisywał się o wrażeniach wywołanych podróżą. Paddington zastaliśmy pełne dawnych i nowych uczni różnego wieku, jakkolwiek nie tak ożywione, jakiem bywało, gdyśmy tam wracali z wakacyi. Krążyliśmy wśród tłumu obcych nam ludzi, gdy naraz ujrzałem Nippera Nasmyth.
Mężczyzna dojrzały nie wiele się różnił od zapamiętanego przez nas chłopca; dochował się tylko gęstej brody i wąsów, wiszących niedbale po dwóch stronach policzków. Wysokiego wzrostu, pochylony, wyglądał starzej nad wiek swój, ale szedł krokiem tak śmiałym i nieugiętym, żeśmy domyślili się w nim dawnego towarzysza, zanim odwrócił ku nam twarz swoją.
Nipper — zawołał Raffles — mógłbym przysiądz! Widzisz oporność charakteru w każdym jego kroku, piętą jakby chciał naciskać kark swego przeciwnika. Muszę z nim pomówić. Było dużo dobrego w tym dawnym Nipper’sie chociaż zawsze darliśmy z sobą koty.
Po tych słowach mój przyjaciel zaczepił idącego przydomkiem z lat szkolnych, lubo czynił to bez myśli ubliżenia eks koledze, a przeciwnie odzywał się z serdecznością, wyciągając ku niemu rękę.
— Nazywam się Nasmyth — odciął szorstko zaczepiony, prostując się dumnie.
— Przebacz, tłomaczył mój towarzysz — nieraz pamiętamy przydomek, zapominając jego znaczenia. Uściskajmy sobie dłonie po przyjacielsku, kochany kolego! Jestem Raffles. Nie widzieliśmy się lat piętnaście.
— Co najmniej — odparł Nasmyth chłodno, zmuszony dotknąć podaną życzliwie rękę — śpieszycie zapewne na to świetne zgromadzenie? — pytał tonem szyderczym.
Stałem w pewnej odległości milczący, onieśmielony, jakbym był jeszcze uczniem czwartej klasy szkoły średniej.
— Tak jest — przytwierdził Raffles — obawiam się, czy nie zobojętniałem na wspomnienia stąd wyniesione, lecz postanowiłem zacząć jakby nową kartę w dziejach mego żywota. Przypuszczam, że ty Nasmyth, pozostałeś wierny owym wspomnieniom młodości? Mówił to z młodzieńczym entuzjazmem, który ożywiał go w ciągu podróży koleją; ów zapał młodzieńczy zdawał się ogarniać Rafflesa z szybkością pięćdziesięciu mil angielskich na godzinę. W takim nastroju ducha zdolny był spełniać godnie najszlachetniejsze misye, najwznioślejsze, najtrudniejsze zadania. Przekonany jestem, że w owej chwili, ja tylko pamiętałem, jak występny rodzaj życia prowadziliśmy dotychczas, a lubo usiłowałem o tem zapomnieć, dręczyły mnie upokarzające wyrzuty sumienia.
— W mojem położeniu zrywać z przeszłością nie mogę — odparł Nasmyth — sztywny ciągle, niby pręt żelazny — jestem opiekunem szkoły.
— Opiekunem szkoły?
— Tak, zarówno jak nim był przedemną mój ojciec.
— Winszuje ci, kochany kolego — zawołał Raffles serdecznie.
— Nie wiem, co Was tu sprowadza? — pytał Nasmyth oschle.
— Ależ uroczystość szkolna, która zapowiada się nadzwyczaj zajmująco, czego dowodem, że idziesz na to zebranie, podobnie jak my wszyscy.
— Nie idę tam wcale. Mieszkam poprostu w sąsiedniej części miasta.
Mówiąc to, Nipper uderzał niecierpliwie nogą w płytę kamienną trotuaru, przypominając szorstkiem obejściem dany mu przydomek.
— Weźmiesz niewątpliwie udział w meetingu szkolnym.
— Nie wiem jeszcze. Gdybym tam poszedł, wywołałbym wrzaski. Nie przesądzam jakie twoje zdanie, Raffles’ie, lecz ja...
Rozczochrana broda wysunęła się naprzód, z pod sterczących wąsów błysły zaciśnięte groźnie zęby i wybuchając gwałtownie, obznajmił nas z poglądami swymi w tej sprawie.
Pojęcia jego były ciasne, krańcowe, przewrotne, nacechowane jadowitą złośliwością, jak przekonania Nasmyth’a wygłaszane w czasie naszych debątów szkolnych. Umysł dawnego kolegi nie rozwinął się z latami, ale nie stracił piętna siły, zarówno jak jego charakter nie pozbył się wrodzonego uporu. Rozprawiał tak donośnie, że wkrótce ujrzałem dokoła nas tłum liczny a wysokie kołnierze i uśmiechy ironiczne młodych studentów nie zrażały naszego zaciekłego demagoga. Po co wydawać pieniądze na uczczenie człowieka, który umarł przed dwustu laty? Co za pożytek z tego wyniknie dla zmarłego lub dla szkoły? Przytem nieboszczyk był tylko nominalnie fundatorem naszego zakładu; w rzeczywistości ufundował małą elementarną szkółkę. wegetującą nędznie przez półtora wieku. Nasza wielka szkoła publiczna powstała w ciągu ostatnich lat pięćdziesięciu, a zasługę jej nie należy przypisywać pobożnemu filantropowi. Zresztą on był pobożnym obłudnie tylko; Nasmyth stwierdził to, czyniąc poszukiwania u źródeł. Na co tedy marnować fundusze na stawianie posągów, nie zasługującemu na uznanie człowiekowi?
— Czy wiele osób wśród tutejszej publiczności dzieli przekonania twoje? — pytał Raffles, gdy oponent zamilkł na chwilę dla nabrania w piersi oddechu.
Nasmyth spojrzał na nas pałającym wzrokiem.
— Dotychczas, o ile wiem — rzekł — nie znalazł się w Paddington ani jeden rozsądny człowiek; sprawdzimy to jednak pojutrze wieczorom. Jak słyszę, zebranie tego roku ma być wyjątkowo liczne, miejmy nadzieję, że znajdzie się wśród niego kilku chociaż zdrowo myślących ludzi.
Raffles wstrzymał się od śmiechu, rzucając na mnie z boku znaczące wejrzenie.
— Rozumiem twoje poglądy — odezwał się mój przyjaciel — lubo nie mogę ich dzielić w zupełności. Uważam za obowiązek popierać w tym razie dążności ogółu, choćby one nie odpowiadały kierunkiem i formą własnym ideałom naszym. Nie wątpię, że i ty ofiarujesz coś na ten cel Nasmyth?
— Mam ofiarować? Ja? A ni szeląga! — zawołał uparty bankier. Chyba, że utraciłbym zmysły! Z głębi sumienia mego, potępiam tę propagandę i będę używał wszelkich możliwych środków dla przeszkodzenia urzeczywistnieniu się jej planów. Nie, mój panie, nietylko sam nie podpiszę się na liście ofiarodawców, ale innych potrafię odstręczyć od brania udziału w składkach.
Prawdopodobnie ja jeden tylko zauważyłem nagłą zmianę, zaszłą po tych słowach w wyrazie twarzy mego przyjaciela: — ostre zagięcie ust, i surowsze jeszcze wejrzenie Raffles’a. Spokojny głos jego wszelakoż nie zdradzał w niczem doznanych wrażeń, gdy pytał, czy Nasmyth ma zamiar przemawiać na wieczornym meetingu. Nipper oświadczył, że nie omieszka skorzystać z tej sposobności dla odwołania się do rozsądku ludzkiego i rozprawiał jeszcze z uniesieniem, gdyśmy siadali do tramwaju.
— Spotkamy się zatem na polu bitwy pod Filipami — mówił żartobliwie, żegnając się Raffles, — wystąpiłeś w obec nas otwarcie, ja również szczerym będę, oświadczając, że mam zamiar przemawiać w obronie potępianej przez ciebie sprawy.
Raffles’a zaprosił dawny jego kolega, będący teraz dyrektorem szkoły, nie u niego jednak szukaliśmy gościny, lecz w sąsiednim domu, w którym staliśmy na stancyi niegdyś jako uczniowie. Dom ten przeszedł w inne ręce, dobudowano skrzydło jedno, a podwójny rząd małych pokoików uczniowskich, oświecony był wspaniale światłem elektrycznem; dziedziniec tylko nie zmienił wyglądu; pnący się bluszcz dokoła okien tworzył jak dawniej festony, odnalazłem nawet resztki wypchanego ptaka, na którym niegdyś czyniliśmy z Raffles’em doświadczenia. Co więcej, gdyśmy szli z innymi na pacierz, we drzwiach zasłoniętych zieloną wełnianą firanką a dzielącą tę część domu od mieszkania dyrektora, ujrzałem stojącego na straży chłopca, którego obowiązkiem było dawać znaki milczenia reszcie uczniów zgromadzonych w sieni, zupełnie tak samo jak za naszych dobrych czasów; nic się w tym świecie nie zmieniło; my tylko ciałem i duszą odstaliśmy od tego świata.
Wieczorem młodzież szkolna podejmowała nas z wielką gościnnością. Wśród wesołego grona studentów musieliśmy czynić wrażenie ludzi przedhistorycznej epoki; obcy celom ich i uczuciom, nie mogliśmy się dziwić, gdyby zostawiali nas na uboczu, nie dopuszczali do zabaw i gawędek swoich. Raffles odrazu jednak, nabrawszy werwy młodzieńczej, stał się duszą zebrania, nie widziałem go nigdy tak ożywionym; nie naśladował pustoty niedowarzonego chłopca, ale przedstawiał rzadszy okaz człowieka w pełnym rozwoju, umiejącego dzielić zapał i wesołość młodego wieku.
Po obiedzie odbył się meeting, na którym mój przyjaciel i Nasmyth mieli przemawiać. Chłód i obojętność panowały w sali, póki Nipper nie zabrał głosu.
Gminnem było jego wysłowienie, ale namiętnem i szczerem, niemniej jak zarzuty stawiane przeciwnikom, co mogło zjednać mu stronników wśród łatwowiernych słuchaczy. W argumentach swoich bankier rozwijał obszerniej przytoczone nam poprzednio zasady; przedstawił je treściwie, jasno, ozdabiając zwrotami satyrycznego krasomówstwa. Słowem, używał środków odpowiednich założeniu, inaczej nie moglibyśmy przełknąć niedorzecznych dowodzeń. W ten sposób zyskał oklaski grupy mniej oświeconych. W sali jednak zaległo ogólne milczenie, gdy powstał Raffles dla udzielenia odpowiedzi.
Pochyliłem się, by nie stracić ani jednego słowa. Tak dobrze znałem mego przyjaciela, że wiedziałem z góry, co powie; tym czasem spotkał mnie nieprzewidziany zawód! Na wszystkie wygłoszone przez Nipper’a szyderstwa, na wszystkie jego przycinki Raffles odpowiadał ze słodyczą i wyrozumiałością, wprawiającą całe audytorjum w zdumienie. Zaznaczył uprzejmie, że nie wierzy stanowczo temu, co jego dawny przyjaciel Nasmyth mówił o sobie. Znał Nasmyth’a od lat dwudziestu i nie spotkał nigdy psa, któryby głośniej warczał a gryzł mniej złośliwie. Stwierdzonym było faktem, że ten człowiek posiadał zbyt dobre serce, aby mógł najmniejszą krzywdę wyrządzić komukolwiek. Nasmyth daremnie chciałby temu zaprzeczyć, mówca zna go lepiej, niżeli on sam siebie. Nipper miał tylko wady nieodłączne od wielkich zalet duszy: zwykł bronić namiętnie słabszej strony. To właśnie skłaniało preopinanta do nadużywania zbyt dosadnych wyrażeń, jakeśmy to mieli sposobność stwierdzić dziś wieczór. Raffles też był przekonany, że cokolwiek Nasmyth mógł mówić lub myśleć o zamierzonej fundacyi, na liście składek podpisze się z hojniejszym datkiem, niżeli ktokolwiek z obecnych, będąc „dobrym, szlachetnym człowiekiem, którego wszyscy znamy” — kończył mój przyjaciel.
W ten sposób zawiedli się na Raffles’ie jego dawni koledzy. Rachowaliśmy na dowcipną, ironiczną przemowę, nacechowaną zasłużoną pogardą dla skąpca, a tymczasem mój przyjaciel uraczył nas panegirykiem niekoniecznie w najlepszym guście. To nadanie pojednawczego znaczenia nieprzyjaznemu wystąpieniu przeciwnika nie mogło jednak przedłużać zatargu; niepodobna było Nasmyth’owi odpowiadać szorstko na wyrażone pochlebne o nim zdanie. Uśmiechał się tylko złośliwie i oświadczył, że przekona niebawem wszystkich, iż Raffles jest fałszywym prorokiem; lubo jednak inni mówcy nie okazali się tak względnymi jak mój przyjaciel, Raffles przemówieniem swojem uwydatnił zgodny charakter całego zebrania i nie prowadzono na niem jadowitych sporów. Tego jadu było niemniej dużo w żyłach Nasmyth‘a, o czem miałem się przekonać wkrótce.
Należało przypuszczać, że objawiwszy swą niechęć do popierania celu zebrania, Nipper nie weźmie udziału w balu u dyrektora szkoły, mającym zakończyć całą uroczystość, to jednak nie zgadzało się z przewrotnym charakterem człowieka, jak Nasmyth. Dowodził, że niema nic obrażającego w zjadliwych na osobistość drugich napaściach, i zdanie to zastosował w praktyce odnośnie do Raffles’a, gdy przypadkiem znaleźliśmy się obok siebie w sali balowej; mógł nie pamiętać urazy zaciętym krytykom swoim, lecz nie przebaczał uprzejmemu nieprzyjacielowi, który obszedł się z nim względniej daleko, niżeli na to zasługiwał.
— Zdaje się, że pana widziałem w parze z wielkim Raffles’em — rzekł, wpatrując się we mnie przenikliwym wzrokiem — znasz go bliżej?
— Łączy nas ścisła przyjaźń.
— Pamiętam dokładnie. Byłeś w jego towarzystwie, gdy mi zaszedł wczoraj drogę. Należało powiedzieć, kto jest, on nie spełniwszy tej obowiązującej formy grzeczności, przemawiał do mnie, jakby do dawnego przyjaciela.
— Kolegowaliście panowie z sobą w szóstej klasie — odparłem nieco podrażniony.
— Cóż to znaczy? Wyznaję, że wtedy już miałem zbyt dużo szacunku dla siebie samego a zbyt mało poważania dla Raffles’a, iżbym się chciał z nim przyjaźnić. Wiem aż nadto dobrze, czem on się trudni.
Zniewaga wyrządzona memu przyjacielowi, ścięła mi krew w żyłach; bezzwłocznie odparłem szorstko:
— Dla czynienia tych obserwacyi, musiałeś pan korzystać z wyjątkowych okoliczności, nie przynoszących mu zaszczytu.
— Istotnie robi wycieczki po nocy? — pytał nasz przeciwnik. Zapewne nie towarzyszysz wtedy przyjacielowi. Czemże on teraz zajęty?
— Możesz się pan o tem przekonać naocznie — odparłem, wodząc wzrokiem za Raffles’em. Tańczył właśnie walca z żoną dyrektora i podobnie jak wszystko, cokolwiek czynił, tańczył znakomicie; inne pary ustępowały im z drogi instynktownie a kobieta wsparta na jego ramieniu, zdawała się być unoszoną w powietrze.
— Pytam, co Raffles robi w Londynie, lub tam gdzie prowadzi swój zagadkowy proceder? — dowiadywał się Nasmyth.
— Sądziłem, że wiadomo wszystkim, w czem on głównie znajduje upodobanie; większą część czasu spędza przy krokiecie — mówiłem, usiłując zapanować nad sobą: — jeśli w głosie moim był dźwięk ostry, należało to przypisać podrażnionym nerwom.
— Czy w tem zajęciu wyłącznie szuka środków utrzymania dla siebie? — dowiadywał się mój inkwizytor badawczo.
— Możesz pan zaspokoić swą ciekawość, zwracając się w prost do Raffles’a — odparłem — Szkoda, żeś go nie zapytał publicznie na meeting’u, czem się trudni.
Rozdrażnienie moje, było coraz widoczniejszem a w miarę tego wzmagała się natarczywość Nasmyth’a.
— Z tajemniczości, jaką pan usiłujesz rzecz tę pokrywać, możnaby wnosić, że on prowadzi jakieś hańbiące rzemiosło — dowodził — Nazywam grę w krokieta szkodliwym sportem, gdy jest uprawiany przez ludzi mianujących się gentlemenami i zaświadczających o swem pochodzeniu szlacheckiem elegancją noszonej odzieży jedynie. Namiętny szał do gimnastycznych zapasów, poczytuję za klęskę współczesnej doby a ubieganie się o palmę pierwszeństwa w tym sporcie, uważam za jeden z najgorszych objawów niedorzecznej manii. Niema teraz różnicy między gentlemenami z urodzenia i graczami zawodowymi; inaczej było za moich czasów, amatorzy byli tylko amatorami, a sportowcy sportsmenami, Raffles’owie nie marnowali całego życia na grę w krokieta. Wprawdzie pański towarzysz używa sławy pierwszorzędnego zapaśnika, co go tłomaczy w części. Ja wszelakoż raczej niżeli takim graczem, wolałbym widzieć syna mego, wiesz czem?
Nie byłem ciekawy dowiedzieć się tego, wyczekiwałem jednak z niepokojem końcowego zdania starego zrzędy.
— Wolałbym go widzieć złodziejem! — zawołał Nasmyth z uniesieniem, poczem rzuciwszy na mnie piorunujące wejrzenie, odszedł, wykręciwszy się na pięcie.
Odniosłem jakby moralną porażkę, lubo niebawem większej jeszcze miałem doznać przykrości. Czy słowa Nipper’a wypowiedziane zostały przypadkowo, czy też z intencyą? Nabrałem tchórzliwego usposobienia; okoliczności wszelakoż upoważniały do tworzenia groźnych wniosków? Igraliśmy lekkomyślnie nad brzegiem przepaści; fałszywy krok wcześniej, mógłby później zgotować nam zgubę. Pragnąłem co rychlej ujrzeć się znowu w Londynie, a nie mając ochoty brać dłużej udziału w zabawie tanecznej, wróciłem do mego pokoju w starym domu. Tam idąc za radą Rafftes’a, dla rozpędzenia smutnych myśli, zapaliłem papierosa i puszczałem z niego kłęby woniejącego dymu, gdy naraz ukazała się we drzwiach postać mego przyjaciela. Te drzwi otworzył tak cicho, jak tylko Raffles dokazać to umiał i przymknął je z tą samą ostrożnością.
Tęskniłem za Achilles‘em długie godziny — rzekł — podczas gdy on siedzi zadąsany w swoim namiocie.
— Dąsy moje ustąpią zaraz — odparłem śmiejąc się, gdyż miał dar rozchmurzania mnie zawsze — zechciej wypalić ze mną papierosa. Gospodarz nie weźmie nam tego za złe, skoro na kominku, jak widzisz, stoi popielniczka. Radbym przesiedzieć z tobą do rana.
— Możemy gorzej lub lepiej czas spędzić, zależy to od okoliczności — rzekł Raffles, nie przyjmując ofiarowanego papierosa — Prawdę mówiąc bliskim jest ów ranek; za godzinę świtać zacznie; nie użyjemy nigdy przyjemniejszego wschodu słońca, jak przechadzając się po lasku Warfield, lub po wzgórzach Middle? Powinniśmy korzystać z zachwycającego widoku. Przyznaję, że mnie rozentuzjazmowała wspaniała uroczystość, której byliśmy świadkami. Skoro w stanie gorączkowego podniecenia, nie moglibyśmy snu zażyć, idźmy Bunny odetchnąć świeżem powietrzem.
— Rozeszli się już wszyscy na spoczynek? — pytałem.
— Mieszkańcy tutejsi oddawna we śnie pogrążeni. Ostatni wróciłem do domu. Czemu o to pytasz?
— Bo nasza nocna wycieczka, mogłaby wydać się im dziwną.
Raffles uśmiechał się filuternie, lubo była to najniewinniejsza, pełna komizmu filuterya.
— Nie będą nas słyszeli Bunny — zapewniał — wyjdę cicho; czyniłem to nieraz za dawnych dobrych czasów. Nie mam złych intencyi, a jeśli zechcesz iść ze mną, pokażę ci, jak niegdyś urządzałem podobne sztuczki.
— Wiem o używanych przez ciebie sposobach; miałeś przy sobie sznur, po którym się spuszczałeś.
Mój towarzysz spoglądał na mnie przymrużonemi oczami, z wyrazem zbyt żartobliwym, iżby obrażać się za to można.
— Sądzisz kochany Bunny — mówił — że jednego i tego samego środka zawsze używałem do przeprowadzania planów moich? Jestem dość sprytnym, iżby mieć zawsze w rezerwie gotowe pomysły; zobaczysz jakie figle płatałem za dni studenckich. Zdejm buty i włóż pantofle; zgaś świecę, a za dwie minuty będę czekał na ciebie przy schodach.
Spełniłem polecenie jego; dał znak milczenia i szedł na palcach, co czynił rozmyślnie jakby dla zabawki, podczas gdy ja uważałem to za konieczny warunek ostrożności, tak bałem się najlżejszym szmerem zbudzić którego z lokatorów. Zeszliśmy do sieni głównej, skąd łatwo frontowemi drzwiami można było wyjść na ulicę. To jednak nie dogadzało Rafles’owi; prowadził mnie przejściem zasłoniętym firanką zieloną na korytarz. Wypadało wskutek tego dużo z kolei drzwi otwierać i zamykać, ale mój przyjaciel znajdował przyjemności w usuwaniu napotykanych przeszkód, aż nareszcie dosięgliśmy części gmachu przeznaczonej na sypialnie uczni.
— Przez okno? — pytałem szeptem, gdy zegar wybijał drugą po północy.
— Którędyż indziej? — odparł po cichu Raffles, otwierając jedno z okien, skąd za czasów szkolnych podawano nam listy.
— A dalej przez podwórze?
— Wyjdziemy furtką w rogu. Nie mów nic Bunny; sypialnie są wprost nad nami; nasze dawniej były od frontu, pamiętasz?
Trzymał ciągle palec na ustach, wtedy nawet, kiedy nam już gwiazdy przyświecały nad głowami i nie widzieliśmy żywej duszy na ulicy.
Raffles ująwszy mnie pod rękę, zaczął przyciszonym głosem gawędkę.
— Przemówiliście się z Nipper’em? Tańcząc, nie spuszczałem was z oka, i nadstawiałem ciekawie ucho. Słyszałem wymawiane moje nazwisko. Zacięty człowiek z tego Nasmyth’a, nie wiele się zmienił od czasu, gdyśmy kolegowali z sobą w szkole. Zobaczysz jednak, że weźmie udział w składkach na pomnik i będzie mi wdzięczny, iż go do tego skłonić zdołam.
Odpowiedziałem szeptem, iż nie wierzę temu wcale. Raffles nie słyszał, co Nasmyth mówił o nim; nie chciał, bym mu to powtórzył. Obstawał przy swojem pochlebnem dla Nipper‘a zdaniu tak uparcie, że go spytałem, na czem gruntuje błędne mniemanie swoje?
— Mówiłem ci już — odparł Raffles — potrafię go do tego skłonić.
— Jak? gdzie? kiedy? — dowiadywałem się.
— Na polu bitwy pod Filipami, gdzie mu naznaczyłem spotkanie. Zapomniałeś już wyraźnie twego Shakespeare’a, Bunny, ale powinienbyś choć pamiętać ustęp, w którym wielki poeta wspomina o Cezarze i Brutusie.
Odpowiedziałem, że to sobie przypominam, lubo nie rozumiem, jaka łączność zachodzi między okolicznościami bieżącej chwili a przytoczonym z dzieł wielkiego dramaturga ustępem.
— Mowa w nim o miejscu wiekopomnej bitwy; my także stanęliśmy na polu rozgrywanej walki — oświadczył mój towarzysz, zatrzymując się nagle.
Była to ostatnia godzina letniej nocy; przy świetle sąsiedniej latarni ulicznej mogłem dojrzeć wyraz twarzy Raffles’a.
— Pytałeś się przed chwilą, kiedy plan mój urzeczywistnię? — zagadnął — oznajmiam, że nastąpi to bezzwłocznie... jeśli zechcesz dopomódz mi trochę.
W tyle za nim wznosił się dom, z dużem weneckiem oknem, przysłoniętem drucianą okienicą a nad niem złoconemi literami połyskiwało nazwisko Nasmyth’a.
— Nie zamyślasz chyba o kradzieży z włamaniem? — pytałem przerażony.
— Przeciwnie uskutecznię to natychmiast z pomocą twoją, lub za dziesięć minut, bez twojej pomocy.
— Nie zabrałeś przecież z sobą narzędzi?
Zadzwonił niemi delikatnie w kieszeni.
— Nie wziąłem całego kompletu, ale mam zawsze kilka niezbędnych drobiazgów, które niewiadomo kiedy przydać się mogą. Wdzięczny sobie jestem, że o nich nie przepomniałem tym razem.
— Sądziłem właśnie, iż tu jadąc o takich narzędziach zapomniećby należało — wymawiałem przyjacielowi z żalem.
— Powinieneś się cieszyć, że wypadło inaczej — odparł z uśmiechem mój towarzysz — Chcę zmusić starego Nasmyth‘a do wniesienia składki na rzecz zamierzonej fundacyi, a cyfra ofiarowanej sumy, przyrzekam, będzie wysoką! Szczęście tedy prawdziwe, że nie przepomniałem wziąć z sobą moich wytrychów. Raczysz mi pomódz? tak, czy nie? Jeśli się godzisz, przyłóż skutecznie rękę do dzieła, w przeciwnym razie odejdź bezzwłocznie...
— Nie bądź takim raptusem — mówiłem zasępiony — uplanowałeś to niewątpliwie z góry, inaczej nie byłbyś zabierał narzędzi.
— One są jakby częścią nieodłączną mego ubrania, kochany Bunny, kładę je do kieszeni, przywdziewając strój wieczorowy. Co do tego nędznego banku, nie myślałem o nim wcale, a tem mniej przypuszczałem, że obowiązkiem dobrego obywatela będzie zaczerpnąć z niego jakie sto funtów sterlingów, nie kwitując z odbioru pieniędzy. Nie mam intencyi zabierać więcej; nie jestem dziś w sztosie. Plan mój zresztą nie naraża cię na żadne ryzyko. O ile mnie przyłapią, wypiję trochę nawarzonego piwa, nie ponosząc wielkiego szwanku. Śliczny epilog po zajściu na meetingu. A przyłapią mnie niechybnie, jeżeli będziemy czas tracili na niepotrzebną gawędkę; ruszaj zatem do łóżka, jeśli nie masz odwagi dać szczutka „staremu Brutusowi”.
Rozmowa nasza, prowadzona szeptem, trwała już kilka minut, a na całej ulicy panowała ciągle grobowa cisza. Raffles dawszy mi zasłużoną odprawę, chwycił oburącz futrynę weneckiego okna i usiłował podnieść się w górę; nogi jego bujały w powietrzu niby wahadło zegarowe; potrzebował dla tych nóg oparcia i w tym względzie na mnie rachował. Z razu potępiając w duchu przedsięwzięcie jego, patrzyłem na czynione przez towarzysza wysiłki niechętnie, wkrótce jednak uczucie przyjaźni górę wzięło nad skrupułami sumienia; przyskoczyłem a muskularne ramię moje podsunąłem pod stopy Raffles‘a. Usłyszałem też zaraz metaliczny trzask zamku; rozwarła się cicho okienica i okno, w którem zniknął mój przyjaciel. Po chwili wyciągnął do mnie ręce.
— Chodź, Bunny, bezpieczniej dla ciebie znajdować się wewnątrz, niżeli na ulicy; chwyć się futryny; ja cię ujmę pod pachy i wciągnę do środka!
Niema potrzeby opisywać naszego chwilowego pobytu w banku. Ja drugorzędną rolę odgrywałem w komedyi, stojąc na straży przy schodach, prowadzących do prywatnego mieszkania gospodarza. Z tej strony wiedziałem, że nam nie grozi niebezpieczeństwo, gdyż wśród ciszy nocnej dochodziło mnie z pokoju na górze chrapanie donośne i groźne, jak niem była osobistość naszego antagonisty. Raffles przeciwnie, zamknąwszy drzwi, sprawował się cicho, nie słyszałem co robił. Mówił mi potem, iż z dwudziestu minut, jakie spędziliśmy w banku, dziewiętnaście użył na przypiłowanie klucza sposobem przez siebie obmyślonym, nie wywołującym najmniejszego szmeru.
Gdy otworzywszy drzwi, skinął na mnie, z wyrazu jego twarzy widziałem, że swój zamiar uskutecznił pomyślnie. Należało teraz wyjść równie szczęśliwie, gdyż niebo pokryte było chmurami i uśmiechała się słodka nadzieja rozgrzania zziębniętych członków w ciepłych łóżkach. Zrobiłem pocichu tę uwagę Raffles’owi, który wyjrzał przez otwarte okno. Spiesznie jednak cofnął głowę; mogłem z tego wywnioskować, że grozi nam coś złego.
— Odwagi Bunny. Uspokój się synu! Nie widzę żywej duszy, lubo należy mieć się na baczności i przewąchać możliwe niebezpieczeństwo. Dalej, śmiało za mną przez okno!
Zeskoczyliśmy na ulicę, biegnąc następnie przyspieszonym tempem. Skradaliśmy się jak myszy wzdłuż gmachu zamieszkanego przez profesorów.
— Widzisz światło w oknie starego Nab‘a? — pytał Raffles, idący przodem.
Gdzie? — dowiadywałem się przerażony.
— W sypialni profesora.
— Czy podobna?
— Dostrzegłem to poprzednio — objaśniał mój towarzysz — Nab zawsze źle sypiał po nocach, a słuch ma tak delikatny, że słyszy najlżejszy szmer z drugiego końca ulicy. Nie pomnę nawet, ile razy gonił za mną w czasie wzbronionych wycieczek studenckich, Sądzę, że w końcu wiedział, kto był nocnym włóczęgą, ale nie należy do liczby ludzi oskarżających drugich bez dostatecznych dowodów.
Czułem, że mi dech zamiera w piersiach ze strachu. Raffles biegł niby jacht pędzony wiatrem, ja spieszyłem za nim nakształt łodzi kołysanej falą. Naraz mój przyjaciel zatrzymał się, żądając iżbym nie dyszał tak głośno, gdyż on nasłuchiwać musi.
— Ktoś goni za nami — mówił z pałającą twarzą — trzymam zakład, że stary Nab usiłuje nas wytropić. Uciekaj, co masz sił, Bunny, zresztą możesz na mnie polegać.
Puścił się znowu pędem, próbowałem dotrzymać mu kroku. Nigdy jednak nie byłem szybkobiegaczem, pobyt zaś dłuższy w mieście, mniej sposobnym jeszcze czynił mnie do takiego wyścigu. Raffles będąc pierwszorzędnym zapaśnikiem w tego rodzaju sportach, nie miał litości tak nademną, jak nad starym Nab‘em; profesor dawny wygimnastykowany Oksfordczyk lepiej wszelakoż znosił utrudzenie odemnie; gdy nogi uginały się już pod ciężarem mego ciała, on pędził za mną wytrwale.
— Prędzej, prędzej — nalegał mój towarzysz — inaczej pochwyci nas, szczwany lis!
Dzień świtał, ale gęsta mgła zaścielała ulice i tłoczyła mi płuca. Zacząłem kasłać, a czynione wysiłki iżby kaszel ten stłumić, tak mnie zmęczyły, że w końcu padłem jak długi na ziemię.
— Nikczemne bydlę! — wymyślał Nab, stając nademną.
Raffles spostrzegłszy mój niefortunny karambol, zaprzestał ucieczki; byłem świadkiem jego spotkania ze starym Nab‘em. Mój przyjaciel trzymał się za boki od śmiechu, a profesor zasępiony spoglądał na niego groźnie.
— Przyłapałem cię wreszcie na gorącym uczynku — rzekł.
— W takim razie poszczęściło się panu lepiej, niżeli nam — odparł Raffles — przypuszczam bowiem, że nasz hultaj z rąk nam się wyślizgnął.
— Wasz hultaj? — powtórzył Nab, ściągając krzaczaste brwi gniewnie.
— Goniliśmy oba za złodziejem — tłomaczył mój towarzysz — Bunny gorliwość swoją przypłacił nabitym guzem. Być może zresztą, żeśmy niesłusznie posądzali jakiego niewinnego człowieka.
— Lub nawróconego grzesznika — wtrącił nasz prześladowca — czy nie masz na myśli jednego z dawnych wychowańców szkoły? — dodał wpatrując się w Raffles’a wzrokiem przenikliwym.
Zagadniony jednak potrafił dzielnie stawić profesorowi czoło.
— O nawróceniu nie mogę przesądzać, nie znając winnego — oświadczył. — Wspomniałem tylko, że mogłem popełnić omyłkę; zgasiłem świecę i wyglądałem przez okno, gdy spostrzegłem człowieka, budzącego podejrzenie zachowaniem swojem. Niósł buty w ręku, a szedł tylko w skarpetkach — dla tego prawdopodobnie nie słyszałeś pan kroków jego; stąpając w ten sposób, nie robi się najmniejszego hałasu. Bunny tylko co wyszedł odemnie; przywołałem go zaraz i zeszliśmy cichaczem, podejmując się dobrowolnie roli detektywów. Nie było ani śladu podejrzanego nicponia! Szukaliśmy go pod kolumnadą, obok banku Nasmyth’a, gdzie zdawało mi się słyszeć szmer jakiś, poszukiwania nasze jednak okazały się daremne. Dopiero gdyśmy stamtąd wychodzili, łotr niespodzianie przebiegł mi pod nosem jak strzała, i dlatego pędziliśmy za nim w pogoń. Gdzie się hultaj przez ten czas ukrywał, nie mam pojęcia; być może, iż nic nie wyrządził złego, wypadało jednak o tem się przekonać. Na nieszczęście filut ma zwinne nogi a Bunny zbyt krótki oddech.
— Powinieneś był biedz za nim dalej, nie troszcząc się o mnie — rzekłem powstając z ziemi.
— Skoro takie położenie rzeczy — zawołał Nab z rozjaśnioną twarzą — dajmy pokój bezowocnej gonitwie; chodźcie do mnie rozgrzać się po chłodnym poranku.
Można sobie łatwo wyobrazić, jak chętnie zgodziliśmy się na tę propozycję. Wyznać muszę, że będąc w szkole, nie lubiłem Naba; miał złośliwy język, a zawsze na podorędziu zapas nieparlamentarnych epitetów. Teraz jednak przekonałem się, że posiadał również doskonałą piołonówkę, wyborne cygara i dobór anegdot odznaczających się sarkastycznym dowcipem. Ubawionych i rozśmieszonych, zatrzymał nas w swoim gabinecie do chwili, w której dzwon w kaplicy przypomniał mu obowiązki przewodnika młodzieży.
Co do Raffles’a zdawał się większy żal w duszy odczuwać za bajeczkę skomponowaną, dla wyprowadzenia w pole jednego z dawnych profesorów szkoły, niżeli z powodu cięższej daleko zniewagi, wyrządzonej społeczeństwu i dawnemu koledze. To nie przyczyniało mu wyrzutów sumienia wcale, tem więcej, iż nazajutrz wszyscy uwierzyli historyjce o ściganym przez nas złodzieju; miała ona ten niespodziewany rezultat, że doprowadziła bezzwłocznie do przyjaznego porozumienia, entente cordiale między Raffles’em a jego przeciwnikiem.
Nasmyth dziękował nam za czynione wysiłki w celu uchronienia jego banku od napaści złodziejskich; mimo to rad byłem, gdy następnego rana znalazłem się w wagonie kolejowym a łatwowierny Nipper, żegnał nas od ręki, kiedy pociąg ruszał z miejsca.
— Szczęście, żeśmy nie stanęli gościną u Nab’a — mówił Raffles, zapalając cygaro i rozkładając dziennik Daily Mail z opisem nieudanej próby kradzieży — ślad nieomylny byłby Nab wytropił węchem, niby stary wyżeł, jakim jest i pozostanie zawsze.
— Co takiego?
— Drzwi frontowe zastali rano zamknięte, zaryglowane wbrew naszemu dowodzeniu, że przez nie wybiegliśmy w pogoń za podejrzanym nicponiem. Ta okoliczność nie uszłaby uwagi Nab’a i mogliby przyłapać nas łatwo.
Raffles wziął z kassy Nasmyt’a nie wiele więcej nad sto funtów sterlingów gotówką, unikając mogących go zdradzić banknotów. Wróciwszy do Londynu wysłał najpierw swoją składkę, dwadzieścia pięć funtów sterlingów, na zamierzoną fundacyę pomnika; resztę pieniędzy, jak zrozumiałem, chciał przesyłać częściowo. Wskutek dziwnego zbiegu okoliczności, skarbnik gromadzący rzeczone fundusze, otrzymał jednocześnie na ten cel hojny, tajemniczy dar, stu funtów sterlingów od bezimiennego ofiarodawcy, podpisującego się: „Dawny uczeń szkoły”. Skarbnik był właśnie naszym uprzejmym gospodarzem; napisał do Raffles’a dziękując mu za tak świetny rezultat jego ostatniego przemówienia. Nie widziałem listu, jaki Raffles przesłał w odpowiedzi, ale dowiedziałem się nazwiska tajemniczego ofiarodawcy; miał nim być Nipper Nasmyth. Zapytałem mego przyjaciela, czy to prawda? Odpowiedział, że spyta o to samego Nasmyth’a, jeśli jak zwykle bankier zjedzie do Londynu na wyścigi i widzieć się z nim będzie miał sposobność. Szczęśliwym trafem, byłem obecny temu ich spotkaniu.
— Słyszę kochany kolego — odezwał się Raffles — że dałeś bezimiennie sto fantów sterlingów na fundacyę tak surowo przez ciebie potępianą. Nie powinieneś przeczyć, ani wstydzić się czynu przynoszącego ci zaszczyt. Dużo było prawdy w tem, coś dowodził; są jednak ustępstwa, które należy robić bez względu, czy je słuszne, lub niesłuszne uznajemy w głębi duszy.
— Masz racyę Raffles’ie, faktem jest jednak...
— Nie kończ; wiem, co chcesz powiedzieć. Niema jednego człowieka na tysiąc, któryby tak jak ty postąpił, a jednego na miljon, któryby to uczynił bezimiennie.
— Co nasuwa ci przypuszczenie, że ja jestem ofiarodawcą?
— Wszyscy to utrzymują. Stałeś się Nasmyth’ie najpopularniejszą osobistością w rodzinnem mieście.
Nie widziałem nigdy większego zakłopotania, jak w owej chwili u tego nieużytego, gderliwego zazwyczaj człowieka. Ostre rysy fizyognomii Nipper’a złagodniały, wyraz jakby tkliwego rozrzewnienia wystąpił na zarumienioną twarz jego.
— Nie byłem nigdy popularnym — odparł — nie myślę nabywać dzisiaj tej popularności kosztem moich pieniędzy. Powiem ci szczerze Raffles‘ie...
— Daj pokój; nie mam czasu na dłuższą gawędkę. Dzwonek się odzywa. Nie należało jednak gniewać się na mnie, że cię nazwałem dobrym, szlachetnym człowiekiem, skoro jesteś nim istotnie w głębi duszy. Do widzenia kochany przyjacielu.
Nasmyth jednak zatrzymał nas chwilę dłużej. Oblicze jego rozpogodziło się słodko; można było czytać na niem stanowcze postanowienie.
— Utrzymujesz, że w głębi duszy byłem zawsze dobrym i szlachetnym człowiekiem? — mówił — W takim razie dodam jeszcze sto funtów do składek ogólnych, aby cyfra ofiar wypadła parzystą!
Gdyśmy wrócili na miejsca nasze, Raffles zadumał się głęboko. Nie oddawał ukłonów znajomym, nie odpowiadał na pytania, nie zwracał uwagi na rozgrywane zakłady; prosił mnie nawet, by się z nim przejść po placu, gdzie zdala od tłumu znaleźliśmy dwa niezajęte krzesła.
— Nie bywam często zmartwiony, jak wiesz Bunny odezwał się — przed chwilą jednak doznałem rzeczywiście przykrości. Żal mi biednego Nasmyth’a. Słyszałeś o jego chęci zostania popularnym po raz piewszy w życiu.
— Słyszałem. Ale cóż ciebie to może obchodzić?
— Obchodzi mnie to bliżej niż sądzisz — rzekł Raffles, potrząsając głową. Pragnąłem mu oszczędzić, o ile mogłem kłamstwa; a kiedy niemal już się na nie decydował, w ostatecznej chwili po ciężkiej walce zbudziło się w nim szlachetne uczucie. Drugie sto funtów sterlingów będą, faktycznie darem jego.
— Chcesz powiedzieć, że wniesione zostaną pod jego własnem nazwiskiem?
— I z wolnej nie przymuszonej woli. Czy podobna, kochany Bunny, iżbyś nie wiedział, co zrobiłem, ze stu funtami sterlingów, zabranymi w banku?
— Wiem, co zamyślasz z niemi czynić — odparłem — Cześć z nich dwadzieścia pięć funtów wysłałeś jako składkę swoją, a resztę będziesz spłacał częściowo.
Mój przyjaciel zerwał się z krzesła.
— Mogłeś przypuszczać, że składkę moją zaczerpnąłem z jego pieniędzy?
— Naturalnie.
— Że wniosłem fundusz Nasmyth’a pod moim nazwiskiem?
— Tak sądziłem.
Raffles wpatrywał się we mnie dziwnie przenikliwym wzrokiem, i rzekł tylko:

— Lepiej chodźmy przypatrywać się w dalszym ciągu wyścigom!




Przypisy

  1. Nippers, po angielsku szczypczyki.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest William Hornung i tłumacza: anonimowy.