Pamiętnik złodzieja/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest William Hornung
Tytuł Pamiętnik złodzieja
Wydawca Dodatek do "Słowa"
Data wydania 1906
Druk Drukiem Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin.
A Thief in the Night:
A Bad Night
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.
Noc złowroga.

Miało się odbyć wesele, które we mnie i Raffles’ie budziło żywe zainteresowanie. Oblubienica mieszkała samotnie ze świeżo owdowiałą matką i astmatycznym bratem w małej pustelni na wybrzeżach Mole. Pan młody był synem bogatego właściciela w stronie kraju, w której obiedwie rodziny żyły od kilku pokoleń. Kosztowne podarki ślubne, napełniały kilka pokojów ładnej pustelni nad Mole, a ich wartość została ubezpieczoną odpowiednią sumą w Asekuracyjnem Towarzystwie od złodziei. Nie mogę objaśnić skąd Raffles dowiedział się wszystkich tych szczegółów, o prawdzie ich wszelakoż nie należało wątpić. Osobiście nie przywiązywałem wielkiej wagi do tej sprawy, póki Raffles nie zapewnił mnie, że to „interes odpowiedni“ dla facho wego człowieka, a tym fachowcem był on naturalnie. W ostatniej dopiero godzinie położenie zmieniło się wskutek niespodziewanego wezwania Raffles’a na sędziego w próbnym wyścigu ekwipaży.
Bezzwłocznie dopatrzyłem się w tem wydarzeniu pożądanej szansy, dającej możność wykazania zalet samodzielności w występnej karjerze mojej. Minęło lat kilku odkąd społeczeństwo żądało usług Raffles’a w podobnych okolicznościach; nie przypuszczał, iżby został wzywany ponownie, a wdzięczność jego za ten dowód uznania współziomków nie przeszkadzała, że czuł się zafrasowanym. Wyścigi powozowe odbyć się miały w Trafford w czwartek, piątek i sobotę pod koniec lipca, drugi interes wypadało załatwić w noc czwartkową, również po odbytej uroczystości ślubnej w Molesey Raffles musiał się decydować na wybór jednej z dwóch rozrywek, ja zaś pragnąłem ułatwić mu powzięcie decyzyi. Dowodziłem, że w Molesey potrafiłbym go zastąpić, gdy przeciwnie uczucie patryotyzmu nakazywało nie uchylać się od obowiązku służenia sprawie publicznej. W imieniu współziomków i w swojem własnem błagałem Raffles’a, by nie pozbawiał mnie sposobności wykazania fachowego uzdolnienia i raz pierwszy pobiłem go argumentami mymi. W wilię dnia oznaczonego na wyścigi mój przyjaciel zawiadomił telegramem komitet wyścigowy o przyjęciu godności sędziowskiej a potem obznajmiał mnie szczegółowo z krętą drogą do Esher, jaką miałem przebyć następnej nocy. O szóstej wieczorem, dawał mi ostatnie wskazówki z okna hotelowego omnibusu.
— Musisz przyrzec, iż nie będziesz miał przy sobie rewolweru — mówił szeptem. — Masz tu moje klucze; w biurku znajdziesz stary pistolet, weź go jeśli chcesz, lubo obawiam się, żeś gotów użyć go niepotrzebnie.
— W takim razie tylko, jeśli będę miał stryczek założony na szyję! — odpowiedziałem pocichu — Jakkolwiek mógłbym nietrafnie postąpić, bądź pewny, że ciebie nie narażę; przekonasz się, mam nadzieję, iż zasługuję na większą ufność, że mógłbyś zlecać mi nawet trudniejsze misje. Co powodem twego niedowierzania? Zadałem mu to pytanie, gdy omnibus odjeżdżał już na stacyę Eston. — Raffles wzruszył ramionami, a ja odwróciwszy się na piętach, szedłem zasępiony. Jego obawy przyczyniały mi bolesnego upokorzenia. Mój przyjaciel w ciągu ostatnich lat kilku fałszywej o mnie nabrał opinii; rad więc byłem ze sposobności wyrobienia sobie zasłużonego uznania. Odczuwałem z przykrością, że on nie dowierza zahartowaniu moich nerwów i zimnej krwi w potrzebie, lubo nic go nie upoważniało do powątpiewania w tym względzie. W dobrych i złych okolicznościach nie zawiodłem go dotychczas nigdy, nieraz w trudnem położeniu, mogłem z nim współzawodniczyć, jeśli nie sprytem, to w każdym razie odwagą. Byłem jego prawą ręką, chociaż obchodził się ze mną, niby z małoletnim chłopcem. W tym wypadku pokażę czem jestem rzeczywiście występując samodzielnie w uplanowanem przedsięwzięciu. Raffles sam widział, jak ochotnie zabierałem się do dzieła.
Następnej nocy pierwszy siedziałem w pociągu natłoczonym publicznością a wyprawianym do Esher po skończonych widowiskach teatralnych i pierwszy wysiadłem z wagonu, dojechawszy na miejsce. Noc była cicha; niebo zasnute chmurami; droga do Hampton Court teraz nawet gdy to przedmieście więcej zaludnione, jest jedną z najmniej uczęszczanych. Początek jej tworzy wązka aleja jakby tunel, złączonych w górze konarów, a w owej chwili przez ten gąszcz krzewów nie przebłyskiwało żadne, choćby z okna lub szpary we drzwiach przedzierające się światełko. Wśród panującej ciemności sądzić było można, że ktoś idzie za mną; odgłos kroków uciszał się, gdy przystawałem i ponawiał, gdy szedłem dalej. Obcierałem czoło zwilżone potem ze strachu, nadstawiałem niespokojnie ucho, aż wreszcie przekonałem się, że słyszałem echo własnych moich kroków. Niebawem też wyszedłem z ciemnej alei na drogę, którą mogłem już widzieć dokładnie; przebyłem ją szczęśliwie, lubo nie bez małej przygody. Przeszedłszy rzekę Mole po moście, zawróciłem na lewo i wpadłem niespodzianie na policjanta, noszącego buty z gumowemi podeszwami. Przeprosiłem szanownego stróża bezpieczeństwa, zowiąc go „panem oficerem“, dopiero w odległości jakich stu yardów odważyłem się skierować w inną stronę.
Wreszcie dosięgłem furtki ogrodowej, i wszedłem na rosą obficie zwilżony trawnik. Męczącą była przechadzka; usiadłem dla wytchnienia na ławeczce pod drzewem cedrowem, którego gałęzie grubszy cień jeszcze rzucały wśród mroków nocy. Odpoczywałem chwil kilka, rozwiązując kamasze na nogach, dla zyskania czasu i gotując się do wykonania zamierzonego planu, z zimną krwią, obowiązującą zastępcę nieobecnego wodza. W duchu jednak tę odwagę moją oceniałem właściwie, wiedząc, że stanowi imitacyę nie wytrzymującą porównania z oryginałem.
Dla zaświadczenia o mojej śmiałości, potarłem zapałkę i zapaliłem papierosa; Raffles może nawet nie byłby w podobnej chwili narażał się w ten sposób, chciałem jednak przekonać go, że jestem nie ustraszony i rzeczywiście nie doznawałem uczucia trwogi. Niecierpliwie wyczekiwałem jakiego zdarzenia, mogącego zaświadczyć o męstwie mojem. Kończyłem tedy dopalać papierosa i zabierałem się zdjąć obuwie, zanim wejdę na wysypaną żwirem ścieżkę, prowadzącą do oranżeryi, gdy dziwny jakiś szmer zwrócił uwagę moją. Był to ciężki, świszczący oddech, dochodzący mnie z niewielkiej odległości. Stanąłem jak wryty; zauważono moją obecność pod cieniem drzewa, gdyż chrapliwy głos odezwał się z okna oranżeryi.
— Kto jesteś, do licha!
— Detektywem — odparłem — przysłanym przez Towarzystwo asekuracyjne od złodziei.
Nie potrzebowałem wahać się ani chwili dla skomponowania tej bajeczki, wszystko na wszelki wypadek obmyślane było przez Raffles’a. Powtarzałem wyuczoną lekcyę. W oknie oranżeryi jednak nastało dłuższe milczenie, przerywane rzęzieniem człowieka, którego widzieć nie mogłem.
— Nie rozumiem, po co przysyłali pana tutaj — rzekł wreszcie — jesteśmy dostatecznie strzeżeni przez miejscową policję; ajenci jej odwiedzają nas co godzina.
— Wiem o tem panie Medlicott — odparłem z własnego już natchnienia — spotkałem jednego z policyantów na rogu ulicy i przegawędziliśmy z sobą część nocy.
Gdym to mówił, serce gwałtownie biło mi w piersiach; był to pierwszy debiut mej samodzielności.
— Od niego dowiedziałeś się pan mego nazwiska? — pytał dychawicznik podejrzliwie.
— Powiadomiony o nim zostałem w naszem biurze przed wyjazdem. Przykro mi bardzo, że pan mnie dojrzałeś. Obowiązujące nas przepisy zalecają dyskrecyę i nie zwracanie na siebie uwagi publiczności. Zamierzałem tej nocy straż trzymać nad poleconą mej opiece miejscowością, lubo przyznaję, że nie należało wchodzić samowolnie za parkan ogrodu. Jeśli pan sobie życzysz, wyjdę stąd bezzwłocznie.
Mówiłem to z własnego natchnienia; a oświadczenie moje, wydało nadspodziewanie dobry rezultat.
— Ależ nie żądam tego wcale — odezwał się młody Medlicott uprzejmie — zbudził mnie szalony atak astmy, będę musiał niewątpliwie siedzieć w krześle do rana. Mógłbyś gawędką rozerwać mnie trochę. Czekaj chwilę, przyjdę po pana i wpuszczę cię do domu.
Był to dilemat nie przewidziany przez Raffles’a,
Na dworze, w ciemności podjęta śmiało przeżeranie rola zdawała się dość łatwą do odegrania, lecz dalsza improwizacya wśród czterech ścian zamieszkanego domu podwajała ryzyko i przyczyniała trudności. Włożyłem wprawdzie z intencyą strój rzeczywistego detektywa, ale fizyognomya moja nie odpowiadała typowi tajnego ajenta. Z drugiej strony jako mniemany dozorca kosztownych darów, odmawiając propozycyj wejścia do domu, gdzie się one znajdowały, mogłem zbudzić podejrzenie; dostać się tam zresztą wcześniej czy później było zadaniem mojem, wzgląd ten rozstrzygnął wątpliwość. Postanowiłam chwycić dyabła za rogi.
Słysząc pocieranie zapałek w pokoju nad oranżerją, przypomniałem sobie, iż wypada zawiązać spiesznie sznurowadła przy kamaszach. Światło zbliżało się zwolna do szklanych drzwi w sieni, a gdy się te drzwi otworzyły, ujrzałem w nich jakby zagrobową postać trzymającą świecę w rękach.
Widywałem ludzi starych, wyglądających młodo, i ludzi młodych którym dać można było dwa razy więcej lat, niżeli mieli rzeczywiście, nigdy jednak pierwej ani później nie widziałem chłopca mającego jeszcze mleko pod nosem, zgarbionego niby siedemdziesięcioletni starzec, dyszącego ciężko, drżącego jak w febrze, łapiącego ustami powietrze, jakby miał wyzionąć ducha za chwilę. Mimo jednak stanu wyczerpania fizycznego młody Medlicott wpatrywał się we mnie przenikliwym wzrokiem, i nie chciał zrazu oddać świecy.
— Nie powinienem był schodzić — to mi zaszkodziło — mówił przerywanym głosem — gorzej jeszcze będzie z wchodzeniem na schody. Musisz mi pan podać rękę. Wszak zechcesz wejść na górę? Nie jestem znowu tak chory, na jakiego wyglądam; pokrzepię się kieliszkiem starki. Dary ślubne są w bezpiecznem zachowaniu, gdyby jednak miało im grozić niebezpieczeństwo, prędzej dowiesz się o tem, będąc w domu, niż w ogrodzie. Już odpoczęłem. Dziękuję! Postarajmy się nie robić hałasu, iżby nie zbudzić matki mojej.
Przebycie kilkunastu schodów zabrało nam dosyć czasu. Młody chłopiec opierał się jedną ręką na mojem ramieniu, drugą chwytał poręcz; tak postępowaliśmy z jednego stopnia na drugi, zatrzymując się na każdym dla nabrania oddechu, aż wreszcie weszliśmy do małego pokoju, skąd otwarte drzwi prowadziły do sąsiedniej sypialni. Zrobiony jednak wysiłek pozbawił biednego mego towarzysza możności użycia głosu; płuca jego dyszały ciężko, niby miech kowalski; palcem wskazywał drzwi, przez któreśmy weszli i które przymknąłem, odgadując jego życzenie; następnie wzrok obrócił na karafkę stojącą na stole. Nalałem mu pół szklanki płynu i paroksyzm astmy złagodniał trochę.
— Schodząc na dół... popełniłem szaleństwo — bełkotał, czyniąc długie przestanki — leżeć jest dla mnie męczarnią... Trafiłeś pan na noc złą bardzo... Mógłbyś mi dać jeden z tych ciemnych papierosów?... leżą na stole... Dziękuję; teraz proszę o zapałkę.
Chłopiec przygryzł z dwóch stron szalejowy papieros, zapalił go i wśród gwałtownych napadów kaszlu wciągał ostry dym w płuca. Jest to radykalne lekarstwo, uważane po części za środek powolnego samobójstwa; stopniowo jednak przynosiło ulgę choremu, tak, iż dychawicznik, siedząc prosto, zdolny był wypić ożywczy napój. Odetchnąłem również swobodniej, gdyż bolesny był widok śmiertelnych zapasów, staczanych przez młodzieńca w kwiecie wieku, którego uśmiech opromieniał twarz niby promyk słońca, przedzierający się przez chmury. Pierwsze jego słowa były podziękowaniem za małą usługę, oddaną mu przezemnie z poczucia litości. To przypomniało mi, czem byłem rzeczywiście, a jednocześnie przywiodło na pamięć potrzebę pilnego czuwania nad sobą. Miałem też przygotowaną odpowiedź na uwagę, którą zrobił Medlicott, wlepiwszy we mnie przenikliwe wejrzenie.
— Wie pan — rzekł młody chłopiec — nie jesteś ani trochę podobny do detektywa, jak go sobie wyobrażałem.
— Bardzo mi to przyjemnie słyszeć, nie mógłbym wszelako nosić urzędowego munduru, gdyby on zdradzać miał mój zawód.
Towarzysz przygodny roześmiał się chrapliwym śmiechem. — Trafne bardzo zdanie — rzekł — można powinszować Towarzystwu Asekuracyjnemu z pozyskania człowieka pańskiej sfery na spełnienie wstrętnego zajęcia. I sobie też winszuję — dodał — że pan zawitałeś do mnie, w ciągu jednej z najprzykrzejszych nocy, jakiej nie zaznałem oddawna. Obecność pana ma dla mnie powab kwiatów podczas mroźnej nocy. Napijesz się wódki? Może przypadkiem zabrałeś z sobą wieczorną gazetę?
Odpowiedziałem, że na nieszczęście zostawiłem dziennik w wagonie.
— Było tam co o zakładach wyścigowych? — pytał chory, pochylając się na krześle.
— Mogę w tym względzie zaspokoić ciekawość pana — odparłem.
— Do jakiej cyfry dochodzą zakłady?
— Do dwóchset funtów.
— Kto ma największe szansę?
— Raffles notowany sześćdziesiąt dwa na sto.
Głos mój brzmiał mimowolnie dźwiękiem szczerego zachwytu, lecz entuzjazm Medlicott’a daleko był większym, jak gdyby łączyły go stosunki ścisłej zażyłości z moim przyjacielem; śmiał się tak serdecznie, wywołało to nowy napad kaszlu.
— Poczciwy stary Raffles — mówił w przerwach — wybrany sędzią; na Jowisza, musimy jeszcze wypić po kieliszku za jego zdrowie! Zabawna rzecz, ta astma: napoje wyskokowe osłabiają głowę, przynosząc ulgę płucom. Doktorzy tego nie uznają, ale oni nie umieją leczyć choroby. Znałem jednego tylko, który potrafił przynosić skuteczną ulgę w atakach. No, za zdrowie Raffles’a! Oby dożył sto lat wieku!
Lubo z wysiłkiem, stanął na nogach dla spełnienia toastu; ja wypiłem go siedzący. Nie rad byłem z obrania Raffles’a za temat rozmowy; a więcej jeszcze z tego powodu, że piłem za zdrowie przyjaciela z członkiem rodziny, którą przyszedłem ograbić. Rzeczywiście znalazłem się w trudnem położeniu: jak mogłem po tym przyjaznym akcie okradać biednego chłopca lub jego blizkich?
Było coś gorszego jeszcze. Nie ręczyłbym, czy młody Medlicott ufał mi szczerze. Przypuszczałem to od początku, a po wypiciu drugiego kieliszka chłopiec wyznał mi swoje niedowierzanie. Cierpienie fizyczne nie przeszkadzało mu podejrzewać, że przyszedłem ściągnąć podarki ślubne, zamiast czuwać nad ich bezpieczeństwem. Dałem mu do zrozumienia, że nie smakuję w tego rodzaju żartach i został też za nie ukarany gwałtowniejszym niż dotychczas paroksyzmem astmy. Zaduszenia były tak silne, że używane poprzednio środki okazały się bezskutecznemi. Przygotowałem papieros z szalejem, lecz biedak nie był w stanie robić inhalacyi. Podałem mu kieliszek wódki, który usunął niecierpliwym ruchem ręki.
— Amygdalin... daj amygdalin... tam w kapsułkach na stole... przy łóżku.
Pobiegłem do sypialni i przyniosłem żądane kapsułki; nieszczęśliwy chłopiec zawartość jednej z nich wysączył na chustkę od nosa, którą do ust sobie przyłożył. Obserwowałem go pilnie, gdy silna woń dochodzić mnie zaczęła; ustąpiło natychmiast straszne zaduszenie i oddech chorego stawał się równiejszym. Jednocześnie na twarz jego wystąpiły rumieńce.
— Środek ten odciąga krew od serca, przynosząc chwilową ulgę — mówił — gdybyż ona trwać mogła! Nie wolno mi jednak używać więcej nad jedną kapsułkę bez pozwolenia lekarza... Widzę, że pan nasłuchujesz czegoś pilnie... Prawdopodobnie to odgłos kroków nadchodzącego policyanta.... musimy pomówić z nim chwilę.
Uszu moich dochodził szmer inny, stąpanie w pokoju nad nami. Poszedłem wyjrzeć przez okno. Na dole w oranżeryi zamigotało słabe światełko świecy, zapalonej w pokoju od tyłu.
— Tam złożone podarki ślubne — szepnął mi do ucha Medlicott.
Spojrzałem na niego wzrokiem, jakiego nie widział u mnie jeszcze w ciągu tej nocy.
Patrzyłem w twarz chłopca oczami uczciwego człowieka, gdyż stałem się nim w owej chwili jakby cudem. Rozstrzygniętą była wątpliwość — powziętą nieodwołalna decyzya. Chciałem niedopuścić czynu, dla spełnienia którego przybyłem tutaj; przejmował mnie on wstrętem od początku, lecz zrazu okoliczności nie dozwalały uchylać się od podjętego dobrowolnie przedsięwzięcia; obecnie te okoliczności zmieniły się i mogłem bez skrupułu iść za głosem sumienia, nie uchybiając zobowiązaniom względem Raffles’a, jak również nie krzywdząc chorego młodzieńca. Zapragnąłem stanąć w obronie złodziejskiego honoru, okupić w części winy, ciążące na mnie jako na członku społeczeństwa!
Te myśli snuły mi się po głowie, gdyśmy z młodym Medlicott, patrzyli sobie nawzajem w oczy i nadstawiali uszy na szmer dochodzący z dołu. Chłopiec objawiał chęć brania czynnego udziału w ukaraniu napastnika, lecz opuściły go zaraz siły, twarz pokryła się bladością, a ciężki jego świszczący oddech mógł przeszkodzić wykonaniu naszego zamiaru. Dałem mu znak, by nie schodził z góry i mnie pozostawił załatwienie się z nieproszonym gościem. Rzucając w odpowiedzi zagadkowe wejrzenie, drażniące mnie w ciągu tego wieczoru niejednokrotnie, rzekł, sięgając ręką do kieszeni:
— Niesłusznie jak widzę, posądzałem pana... myślałem zrazu... no, nie wypada mówić, co myśleć mogłem.... zanim jednak spostrzegłem omyłkę moją... cały czas trzymałem to w kieszeni. — A jakby nagradzając niesłuszne podejrzenie dał mi swój rewolwer. Wziąłem broń, ale nie chciałem dotknąć jego ręki i wyszedłem z postanowieniem zasłużenia na uścisk poczciwej dłoni chłopca, lub przypłacenia życiem nieudanej próby. Na schodach wyjąłem pistolet Raffles’a, przewiesiłem go przez ramię i stąpałem na palcach, jak mnie tego nauczył mój przyjaciel. Sprawowałem się widocznie cicho bardzo, gdyż drzwi do pokoju za oranżeryą zastałem otwarte a płomień palącej się na stole świecy nie zadrżał nawet za mojem zbliżeniem. Wszedłszy do środka, zastałem tam nikczemnego obdartusa z latarką w ręku.
— Łotrze jakiś! — zawołałem i jednem uderzeniem, rękojeścią pistoletu powaliłem hultaja na ziemię.
Zadany cios nie świadczył o mojej sile fizycznej ani o mojej zręczności, los sprzyjał mi tylko, że pierwszy mogłem ugodzić złodzieja, zanim on zdążył na mnie się rzucić. Zaraz jednak poczucie solidarności zawodowej zbudziło we mnie wyrzuty sumienia, zwłaszcza, gdy stojąc nad zemdlonym z twarzą ku ziemi przeciwnikiem, spostrzegłem, że uderzyłem bezbronnego człowieka. Latarka wypadła mu z ręki i kopciła straszliwie; ciężko zaniepokojony podniosłem ją, uregulowałem wysokość knota a następnie bezwładne ciało rabusia odwróciłem ku sobie.
Czy mógłbym kiedykolwiek zapomnieć przerażenia doznanego w owej chwili? Ujrzałem przed sobą oblicze Raffles’a!
Zdawało się to niepodobnem, lecz jedyny na świecie człowiek zdolny usuwać zwycięsko przeszkody stawiane czasem i przestrzenią, leżał u moich nóg bez zmysłów — to był Raffles, fakt nie ulegał wątpliwości. Miał na sobie ubranie żebracze, które widywałem u niego. Twarz poczernioną ucharakteryzował zręcznie przyprawnym rudym zarostem, włożył strój, jakiego używał, biegnąc za dorożkami, wiozącemi podróżnych z dworców kolejowych w Londynie; na głowie krwawiła się rana, zadana mu przezemnie jego własnym pistoletem! Jęczałem głośno z żalu, klęcząc nad nim i badając przyłożoną dłonią uderzenia serca zemdlonego przyjaciela. W odpowiedzi na mój jęk, usłyszałem chrapliwy głos na progu.
— Dzielnie się pan spisałeś! — chwalił dychawicznik — byłem świadkiem tej sceny... aby tylko hałas nie zbudził mojej matki!... nie wypada snu jej przerywać.
Złorzeczyłem w głębi serca chłopcu i jego matce; trzymając jednak palec na słabo bijącym pulsie Rafflesa, mówiłem sobie w duchu, że mego przyjaciela spotkała zasłużona kara, wszak on był winien całemu zajściu, co zatruwało mi goryczą duszę; niby ufał, a niedowierzał — w dzień brał udział w wyścigach, w nocy szpiegował mnie, chcąc widzieć, jak spełniam zadanie moje i w końcu to zadanie podejmował sam, bez niczyjej pomocy!
— Czy już nie żyje? — dowiadywał się, dysząc ciężko Medlicott.
— Nie — odcięłem krótko, nie mogąc skryć rozdrażnienia mego.
— Musiałeś mu potężnego nabić guza — ale narażałeś się na takie samo niebezpieczeństwo, gdybyś nie uprzedził ciosu łotra — dowodził młody chłopiec, podnosząc z ziemi morderczą broń, w którą Raffles zaopatrzył mnie na własną zgubę.
Słuchaj, panie Medlicott — rzekłem przysiadając na piętach — on żyje i niewiadomo jak długo pozostawać będzie w stanie odurzenia. Barczysty, muskularny z niego hultaj a pan w razie ponowienia walki nie mógłbyś skutecznej udzielić mi pomocy. Stójkowy musi być gdzieś niedaleko, czy nie zdołałbyś iść go tu sprowadzić?
— Czuję się trochę silniejszym — odparł chłopiec — ożywiły mnie doznane wrażenia. Zwróć mi rewolwer; zostanę tu na straży i dołożę starań, aby łotr nie ruszył się z miejsca.
Potrząsnąłem niecierpliwie głową.
— Nigdy bym się na to nie zgodził — oświadczyłem — Skoro pan odmawiasz, nie mogę nic innego zrobić jak tylko trzymać za ręce nicponia do rana, jeśli nie zechce ich wyrwać, a byłby waryatem, gdyby tego czynić nie próbował, walka wznowiona bowiem stanowi dla niego jedyną szansę ocalenia.
Medlicott odwrócił się i wzrokiem mierzył przestrzeń dzielącą go od drzwi w sieni; wiedziałem na co zdecydował się ostatecznie.
— Pójdę, nie rachując się z siłami — rzekł — pragnę oszczędzić przestrachu matce mojej. Należy się panu zadość uczynienie nietylko za jego odważne narażanie własnego bezpieczeństwa dla naszego dobra, ale jeszcze za ubliżające podejrzenia, jakie względem niego żywiłem w pierwszej chwili. To skłania mnie głównie do spełnienia jego żądania.
Poczciwy chłopiec odszedł, a ja podążyłem za nim, by się przekonać, że istotnie dotrzymuje słowa. Gdy widziałem już Medlicotta na ulicy, wróciłem do pokoju, gdzie zastałem Raffles’a siedzącego ze skrzyżowanemi nogami na podłodze i obcierającego chustką krew sączącą się z rany.
— Jesteś Bunny, mój wierny przyjacielu! — szepnął.
— Zatem Bogu dzięki, nic nie przytrafiło ci się tak bardzo złego — zawołałem.
— Byłem, rozumie się, odurzony chwilowo — odparł — a nie twoja zasługa, że nie padłem trupem na miejscu. Jak mogłeś Bunny, nie poznać ubrania, w którem widziałeś mnie tyle razy! Nie raczyłeś jednak spojrzeć na mnie, nie zostawiłeś mi czasu odezwać się jednem słowem. Umiałeś się tylko pozbyć zręcznie młodego niedołęgi. Musimy myśleć teraz o szczęśliwem ujściu pogoni.
Mrucząc tak pod nosem, Raffles zawrócił ku drzwiom; dążyłem za nim do furtki ogrodowej, którą otworzył wytrychem. Lubo jednak szedłem za moim przyjacielem, zbyt byłem na niego rozżalony, iżbym chciał prowadzić z nim gawędkę. Doszliśmy w milczeniu do mostu nad brzegiem rzeki.
Znając Raffles’a, nie zdziwiłem się, gdy on wszedł pod jedną z arkad i wyszedł stamtąd przystrojony w eleganckie palto, kapelusz, jakby wracał prosto z teatru, a na tę metamorfozę zużył zaledwie parę minut czasu. Nie poprzestając na tem, mój towarzysz i mnie zaraz przekostiumował, zarzucając mi swój pled szkocki na plecy.
— Rad może będziesz usłyszeć — rzekł — iż o 3 m. 12 wychodzi pociąg z Surbiton, gdzie dojdziemy niebawem, przyśpieszywszy nieco kroku. Jeżeli życzysz sobie, możemy wsiąść każdy do oddzielnego wagonu, lubo nie przypuszczam, aby grozić nam mogło jakie niebezpieczeństwo; chciałbym tylko wiedzieć, czy daleko zawędrowała ta przedęta piszczałka w osobie Medlicott’a.
O przygodach biednego chłopca i naszych własnych wyczytaliśmy w dziennikach: przymusowy spacer chory przypłacił gwałtownym atakiem astmy, poczem całe dwadzieścia minut wlókł się do furtki ogrodowej a zastawszy ją zamkniętą, dzwonił kwandrans, zanim zbudził służbę miejscową. Podał tak szczegółowy opis mojej osoby władzom policyjnym, że wzgląd ten zmniejsza mój żal za przyczynienie mu dotkliwych cierpień.
Wtedy jednak nie pamiętałem o przygodnym towarzyszu, bo i dla mnie była to chwila pełna goryczy. Nietylko nie spełniłem zadania, którego podjąłem się dobrowolnie, ale jeszcze omało nie pozbawiłem życia Raffles’a. Przejęty najlepszemi intencyami względem przyjaciela i nieprzyjaciela, zawiniłem ciężko wobec obu. Wprawdzie nie wszystkie złowrogie komplikacye pochodziły z mojej winy, słabość mego charakteru jednak dużo się do nich przyczyniła. Szedłem właśnie obok człowieka, który przestrzeń kilkudziesięciu mil angielskich na to przebył, iżby zostać świadkiem tej mojej słabości, a wskutek tego stosunek szczerej przyjaźni między nami uczynić nie możliwym. Iść z nim do Surbiton byłem zmuszony, lecz nie chciałem odzywać się do niego; nawet życzliwem ujęciem mnie pod ramię nie zdołał przełamać na ustach moich pieczęci milczenia, wyciśniętej uczuciem obrażonej dumy.
— No, Bunny — mówił z serdecznością — ja przecież najwięcej ucierpiałem na tem, co zaszło, a pierwszy wyznaję, że spotkała mnie zasłużona kara. Rozbiłeś mi głowę, zlepione mam włosy od krwi zakrzepłej, nie wiem, jak będę mógł pokazać się w tym stanie jutro na polu wyścigowym, a nie potępiam cię i obwiniam tylko siebie. Z jakiego tytułu możesz mieć do mnie pretensyę? Jeśli nierozważnie postąpiłem, uczyniłem to przez miłość dla ciebie.
— Przez miłość dla mnie? — pytałem z goryczą.
— Byłem niespokojny, bardzo niespokojny — odparł Raffles — nie mogłem pozbyć się myśli, że moim obowiązkiem czuwać nad tobą. Nie przypuszczaj, iżbym nie dowierzał szczerości postanowienia twego, kochany chłopcze, ale właśnie to postanowienie przejmowało mnie trwogą. Doznawana obawa sprawiła, że gdy w Manchester wracałem z wyścigów, zamiast do hotelu, kazałem się zawieźć na stacyę. W liczbie szaleństw, jakie popełniłem w życiu, był to nie przeczę, czyn najniedorzeczniejszy!
— Ale pochodzący z najlepszego serca — szepnąłem, rozumiejąc teraz pobudki skłaniające mego przyjaciela do tego.
— Bóg wie, co oni myślą i robią w Manchester — mówił Raffles — Cóż jednak mogą mi zarzucić? Co ich to obchodzi? Byłem dzisiaj na zakończeniu wyścigów i będę jutro przy ich zaczęciu.
— Podążę tam za tobą — oświadczyłem.
— Dążyć za tobą stanowiło także jedyne pragnienie moje, kochany Bunny. Chciałem znaleźć się obok ciebie, iżby w razie potrzeby udzielić ci pomocy. Znam dokładnie miejscowość, i gdyby wszystko załatwione zostało odpowiednio do planu przez nas ułożonego, byłbym wrócił cichaczem do miasta, nie pozwalając ci nawet domyślać się mojej obecności w pobliżu. Czekałem tedy ukazania się twego na dworcu Waterloo i starałem się nie zwracać twojej uwagi, gdym szedł za tobą ze stacyi Esher. Ty jednak podejrzewałeś kogoś, nadstawiałeś ucha, tak, że w końcu musiałem obrać krótszą drogę przez most Imber Court, gdzie pod arkadami zostawiłem mój paltot i kapelusz. W ogrodzie znalazłem się wcześniej od ciebie; widziałem jak zapalałeś papierosa i byłem dumny z dowodu nieustraszonej odwagi twojej, lubo nie radzę ci ponawiać prób takich. Słyszałem potem rozmowę waszą z biednym Medlicott’em i przyznaję, że do pewnego punktu spełniłeś doskonale zadanie twoje Bunny.
— A w czemże zbłądziłem? — pytałem.
— Przyjmując zaproszenie młodego chłopca i wchodząc do ich domu — odparł Raffles — Gdybym to zrobił postępowałbym w dalszym ciągu zupełnie tak, jak to uczyniłeś. Nie mogłeś dokonać zamierzonego przedsięwzięcia, widząc biednego niedołęgę w tak smutnym stanie zdrowia. Podziwiałem szczerze zachowanie twoje Bunny, jeśli to moje oświadczenie może ci być przyjemnem.
Przyjemnem! Ależ słowa jego były ożywczymi nektarem, krzepiącym mnie fizycznie i moralnie; wiedziałem, że Raffles mówi to tylko, co czuje a jego pochlebne o mnie zdanie, uważałem za najzaszczytniejsze dla siebie świadectwo. Przestałem rumienić się za mój brak stanowczości, skoro uwzględniał go wspaniałomyślnie Raffles. Przebaczyłem sobie wszystko za wyjątkiem jednej rzeczy, której wiedziałem, iż nie wybaczę nigdy ani sobie, ani memu przyjacielowi, mianowicie zadanej mu rany, przejmującej mnie dreszczem, gdy już siedziałem w wagonie.
— Pomyśleć; że ja własną ręką cios ci zadałem zbójecki! — ubolewałem z jękiem — Biedny Medlicott dowodził, iż to jedna z najprzykrzejszych nocy, jakie przebył kiedykolwiek, ta noc jednak dla ciebie i dla mnie, stanowić będzie najboleśniejsze wspomnienie w życiu!

— Nie powiem tego Bunny — odparł Raffles ze słodkim uśmiechem — rana z ręki przyjaciela mniej dotkliwie boli, a ta, jaką dziś otrzymałem od ciebie, ściślej jeszcze zespoliła nas we wzajemnem przywiązaniu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest William Hornung i tłumacza: anonimowy.