<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Urbanowska
Tytuł Róża bez kolców
Podtytuł Opowiadanie, osnute na tle przyrody tatrzańskiej
Wydawca Księgarnia K. Grendyszyńskiego
Data wyd. 1903
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIX.
RÓŻA BEZ KOLCÓW.

„Za wodospadem, gdzie ściana
Drży popękana,
Gniazdko dla siebie usłała
Ptaszyna mała;
I tam wśród mchów spowinięta,
Tuli pisklęta.“
Felicyan. Odgłosy z gór.

Uroczym zakątkiem jest dolina Strążyska: nie tak przygniatająca ogromem i gotyckiemi kształty kamiennych wieżyc, jak Kościeliska, ale jednak wspaniała i pełna powabów. Jeżeli Kościeliska jest świątynią, której charakter najlepiej się maluje, gdy w niej zamiast organów, pioruny grają hymny, a przyświecają błyskawice — to Strążyska kościołem, w którym ptaszki i pastuszkowie do mszy śpiewają. Tam Bóg i Sędzia Najwyższy przejmuje czcią pełną bojaźni, a tutaj łagodny przebaczający Ojciec budzi w sercu nadzieję i otuchę. Tam czarne smereki bramują ściany skaliste, niby wieńce żałobne, między któremi tu i owdzie błyszczą czerwone korale jarzębiny, jak duże krople krwi widne zdaleka, al tutaj gromady buków, młodych i starych, rozweselają ciemne tło świerkowych lasów, jasną między niemi błyskając zielenią. Kościeliska posiada olbrzymią nawę, wyniosłe wieże i liczne po bokach kaplice, ale nie posiada chrzcielnicy tak wspaniałej jak Strążyska pod Giewontem, który jej daje tło imponujące, a przybrane w roślinność tak bogatą, tak bujną, że przypomina fantastyczne powieści o lasach dziewiczych, a dla botaników jest kopalnią prawdziwą. Jeżeli wreszcie Kościeliską dolinę nazwano „perłą Tatr“ najpiękniejszą, to Strążyska słusznie mieć winna nazwę „perełki.“
Brzegiem potoku, ścieżką wydeptaną między kamieniami, szedł Henryk w nowem ubraniu z szarego płótna góralskiego, uszytem ręką babuni Kasi, i w kapeluszu z góralskiej słomy z dużem rondem. Towarzyszył mu Król, pastuszek Ślimaka. Gazda miał na Reglach pastwisko, a Król pasał tam krowy i wygrzewał się w słońcu, lub zbierał poziomki, maliny i grzyby. Teraz zostawiwszy krowy swoje na stoku Regli, i nasłuchując odgłosu ich dzwonków, zaprowadził Henryka do doliny, i objaśniwszy go jak ma iść dalej, którędy się kierować i co omijać, wrócił do swoich krówek, a po chwili zdaleka słychać było jego piosenkę wesołą:

„Chłopiec ci ja, chłopiec
Zbójeckiego rodu,
Pójdę paść owieczki,
Nie będę marł głodu.

Chociem se chudobny
Alem se ślebodny;
Chodzę po ślebodzie
Jak rybka po wodzie.

Śpiewam sobie śpiewam,
Chocia ja nic nie mam;
Ptaszkowie śpiewają,
Chocia nic nie mają.“

— Kwiatula, gwiazdula, uu, hu, hu, hu!
Henryk słuchał i przytem rozglądał się uważnie po obu stronach, upatrując róży bez kolców. Doktór powiedział mu, że krzak ten rośnie w krainie dolnych Regli, niema nic więc niepodobnego w przypuszczeniu, rośnie w Strążyskach. O, jakże byłby szczęśliwym, gdyby mu się znaleźć ją udało! Mało oczu nie wypatrzył, mało sto razy już myślał, że ją znalazł, i spostrzegł że się myli. Dokoła niego rosły przecudne Paprocie: koronkowa Paproć samicza, Anthyrium filix max; pajęczej delikatności Matki Boskiej włoski Adianthum capillus Veneris; wdzięczna Zanokcica skalna, Trichomanes; Skalipka południowa, Woodria hyperborea — słowem, całe królestwo paprociowe, znane pod ogólną nazwą Felice. Rosły śliczne Skalnice, Nieśmiertelniki, Zawojki i cała rzesza kwiatów znanych mu już z Kościelisk, bo tu był ten sam grunt wapienny sprzyjający ich rozwojowi i te same warunki istnienia — wilgoć, którą piły chciwie, unoszącą się nad strumieniem i skraplającą na ich liściach. Znalazł Goryczkę żółtą, znaną mu już z wycieczki do Morskiego Oka i Czarnego Stawu; i całą gromadę goryczek niebieskich, w różnych gatunkach, a między niemi Goryczkę rzęsowatą, Gentiana ciliata i tę najpiękniejszą, Gentiana acaulis. Niewielki jej kwiatek wyrasta przy samej ziemi i dla tego może zowią ją Goryczką krótkołodygową. Kto jej nie widział, nie ma wyobrażenia o cudownej piękności jej szatiru! Są to prawdziwe klejnoty, rozsypane po ziemi. Niech się schowają przed niemi Bławatki, Powoje, Dzwoneczki i wszystkie odcienie błękitów. Gentiana acaulis jest jak wspomnienie nieba na ziemi i powinnaby mieć przydomek, angelica. Wedle zdania botaników, żywość barw kwiatów górskich pochodzi ztąd, że w rozrzedzonem powietrzu, słońce silniej świeci i przygrzewa. Dalej Henryk znalazł mnóstwo storczyków lilijowych i białych, pachnących tak cudnie, że choćby się nie wiedziało o ich obecności, domyśleć się jej można po zapachu i wyśledzić, nawet gdy się kryją między wysokie kłosy traw i listowie paproci. Szarotki patrzyły nań z wysoka, wabiąc ku sobie śnieżną bielą i promienistym kształtem. Mógł je był dostać bez wielkiego trudu, ale nie sięgał po nie: rwał tylko to co było najbliżej — i miał już sporą wiązkę kwiatów, ale nie cieszyły go one tak jak dawniej; smutny był i zamyślony, więc nie jeden cenny okaz uszedł jego uwagi. Babunia powiedziała mu wczoraj, że niedługo już w górach zabawią, a to odebrało mu humor i przywiodło tutaj, w nadziei, że przed odjazdem jeszcze znajdzie różę bez kolców.
W powietrzu bujały nitki pajęczyny, przyczepione do gałęzi smereków, nanizane kropelkami rosy, i błyszczały w słońcu, a Henryk myślał z westchnieniem, że jego nadzieja jest jak ta nitka pajęcza lśniąca teczowemi blaskami, która pęknie i zgaśnie, zanim on dojdzie do końca doliny.
— Jest wszystko, prócz tego, czego szukam — myślał z żalem, patrząc na bogactwo kwiecia pokrywające stoki. — Gdzie jesteś, o różo bez kolców? Różo alpejska, gdzie jesteś? Pokaż mi się!
Uczuł lekki powiew na twarzy i cóś mu przeleciało koło ucha. Spojrzał: fruwał przed nim wspaniały Motyl, Doritis Apollo, znany mu z Muzeum tatrzańskiego, a barwne jego skrzydełka lśniły w słońcu tysiącem blasków. Henryk zachwycony ścigał go oczyma i spostrzegł, że motyl frunął na drugą stronę potoku, nad urwisko i usiadł na jakimś krzaku. Przysłonił ręką oczy żeby lepiej widzieć i spostrzegł go, doznawszy przytem nadzwyczajnego wzruszenia. Krzak na którym siadł motyl, był to krzak róży około pięciu stóp wysoki, okryty kwiatem przepysznej, różowej, prawie purpurowej barwy.
Chłopiec nie namyślając się, rzucił kilka kamieni w wodę i po tak zaimprowizowanym moście przeskoczył na drugą stronę, a serce biło mu jak młotem z pragnienia i niepewności, czy to naprawdę ta, której szukał. Ale to ona była, Rosa alpina! Gałązki jej ciemno-brunatne, nie miały kolców, tylko mały, delikatny meszek.
— Dzięki Bogu! mam ją, mam! — szeptał ze wzruszeniem. — Jakże się sir Edward ucieszy!
Drżącemi rękami zerwał dużą, okrytą kwiatem gałązkę, i zdjąwszy kapelusz założył za wstążkę, którą był opasany. Myślał chwilę, czyby nie wykopać krzaka z korzeniami, ale nie miał z sobą łopatki żelaznej, którą możnaby go wyjąć z gruntu bez uszkodzenia — a przytem, sir Edward może zechce sam dopilnować wyjęcia z wszelkiemi ostrożnościami, aby krzak zniósł bez przeszkody długą podróż po lądzie stałym i po morzu. Do końca doliny, nie miał już Henryk po co iść dzisiaj. Pragnął czemprędzej wręczyć baronetowi cenną zdobycz, i zawrócił z powrotem do Zakopanego.
Szedł ku wyjściu doliny krokiem lekkim, szybkim, bo radość przypięła mu skrzydła. Zaledwie uszedł ze sto kroków, ujrzał kogoś śpiącego w cieniu drzewa. Zdaleka widniały piękne buty ze sztylpami, błyszczące w słońcu, bronzowa aksamitna kurtka i nowy tyrolski kapelusz z piórem, zieloną wstążką opasany. Obok leżał kij alpejski, lornetka na pasku rzemiennym i para pięknych rękawiczek z mankietami, jakich używa się do konnej jazdy. Z tych wszystkich oznak sportowej elegancyi, Henryk domyślił się Dawida, zanim jeszcze zobaczył twarz jego, okoloną puklami jasnych, widocznie fryzowanych włosów: Spał z ręką podłożoną pod głowę, na miękiem posłaniu z mchu, a sny jego niewesołe być musiały, bo czoło marszczyło się chwilami, a twarz przybierała wyraz frasobliwy. O parę set kroków wyżej, na stoku góry, Walter z puszką przewieszoną przez ramię i łopatką w ręku, zbierał rośliny. Nieopodal pod drzewami pasły się dwa piękne, osiodłane wierzchowce.
Niespodziany widok chłopca, który go niedawno tak ubliżającem dotknął podejrzeniem, zmroził odrazu radość Henryka, a myśl o niesprawiedliwości, jakiej doznał, zalała serce jego gniewem i goryczą. Chociaż lubił bardzo Waltera, z którym się poprzyjaźnił w drodze do Morskiego Oka, nie chciał się z nim teraz spotykać, gdyż to doprowadziłoby do spotkania z Dawidem, którego nie lubił — więc wolał oddalić się niepostrzeżony. A przytem, miał jeszcze inny powód: nie chciał aby wiadomość o znalezieniu róży bez kolców, doszła do sir Edwarda wprzód zanim on mu ją doręczy — i naprzód się cieszył widokiem jego radości i zdziwienia. Dotknął ręką swego skarbu, jakby się bał żeby mu go kto nie odebrał — i chciał się szybko oddalić.
Odchodząc, rzucił przelotne spojrzenie na śpiącego Dawida, przyczem dojrzał w oddaleniu kilkunastu kroków od głowy jego, ruch traw i paproci a że wiatru najlżejszego nie było, więc ruch ten niczem nieusprawiedliwiony, zastanowił go — i przystanął. Z pod kępy Wrzosów i drżączki wysunęła się niewielka płaska głowa, opatrzona dwojgiem bystrych wypukłych oczu, pozbawionych powiek, a potem wązki, szary, łuskami pokryty, czarno centkowany grzbiet, przedłużający się powoli i posuwający ku śpiącemu coraz bardziej, ruchem falistym.
— Żmija — szepnął chłopiec struchlały — żmija jadowita. Ślimak mówił, że jadowite są szaro nakrapiane, a ta jest właśnie szara!
Patrzał przez chwilę jak zahypnotyzowany, na walcowate, beznogie ciało żmii, spodem białawe, a z wierzchu czarniawo-brunatnym oznaczone rysunkiem, wyglądającym jak zygzak piorunu na brunatnej chmurze — a serce mu biło jak młotem. Żmija przysuwała się coraz bliżej: miała może więcej niż metr długości, i już była tuż przy Dawidzie. Podniosła głowę, otworzyła paszczę, wysunęła długi, niewielki, na dwa cienkie końce rozdzielony język — jeszcze chwila, a ukąsi śpiącego... Ukąszenia żmii bywają śmiertelne...
Henryk oprzytomniał: wyciągnął rękę z siekierką i metalowem jej ostrzem uderzył w łeb żmiję, która drgnęła pod ciosem niespodzianym i zwinęła się w kłębek. Jeszcze kilka uderzeń, i gad legł martwy — ale ruchy te obudziły Dawida, bo kilka drobnych kamieni stoczyło się przytem po pochyłości na dół, do strumienia. Zerwał się napół przestraszony i zawołał z gniewem:
— Kto u dyabła ośmiela się mi przeszkadzać? — A nie widząc nikogo, rzekł do siebie z głośnem ziewnięciem. — Pewnie krowa potrąciła kamienie idąc wyżej ku górze. A szkoda, tak smacznie spałem!
— To ja — odezwał się Henryk tuż za nim.
Dawid odwrócił głowę i podparłszy się na łokciu, rzekł ze złością:
— To ty, mały Polaku? Czyż nie dość masz miejsca w Strążysskach, że ci przyszła ochota tutaj, koło mnie, urządzać sobie głupie zabawy ze zrzucaniem kamieni, i przeszkadzać mi spać?
I dodał szyderczo:
— Ale gotów jestem przebaczyć ci, jeżeli mnie przeprosisz i powiesz, że ci się to tylko przypadkiem zdarzyło.
Henryk popatrzył na zarozumiałego panicza z politowaniem i odrzekł.
— Mylisz się wielki Angliku, wcale cię przepraszać nie będę. Dowiedz się, że nie zrobiłem tego przypadkiem.
Dawid osłupiał. Pierwszy to raz usłyszał, że ktoś otwarcie przyznawał się, iż chciał go obrazić. Nic podobnego nie zdarzyło mu się jeszcze nigdy, i nie mogło się pomieścić w jego płytkiej głowie, nawykłej do otoczenia, spełniającego skwapliwie wszystkie jego zachcianki i kaprysy. Począwszy od matki, a skończywszy na służbie, wszyscy prócz dziadka ulegali mu. Pierwszą gorzką lekcyę upokorzenia wziął na drodze do Morskiego Oka — a teraz dosłał niespodzianie drugą. Nie wierzył uszom własnym, ale czekał. Widząc zaś, że Henryk nie dodaje ani słowa dla złagodzenia wrażenia słów wypowiedzianych, wykrzyknął ze złością:
— Na to trzeba być gburem!
Krew zawrzała w żyłach Henryka, ale powściągnął się i rzekł spokojnie:
— Gburem jest ten, kto drugich znieważa bez powodu. Ty, panie hrabio, na Krzyżnem już dowiodłeś, że ci się ten tytuł prawnie należy.
Dawid poczerwieniał. Chciał odpowiedzieć nowem grubjaństwem, ale przypadkiem wzrok jego padł na gałązkę róży zatkniętą za opaskę kapelusza Henryka i zbladł.
— Co to jest? — zawołał — róża z gładką gałązką! Czy to nie jest czasem róża bez...
— Nie omyliłeś się: to jest Róża bez kolców, Rosa alpina.
— A więc ty ją znalazłeś! — zawołał, zaciskając pięście ze złością. — Jakiż zły duch stawia cię zawsze na mojej drodze! To ja byłbym ją znalazł, skoro już jestem w tej dolinie. A nawet... nawet zasługa znalezienia, mnie się raczej należy, bo widziałem niedaleko stąd krzak róży. Może to ta sama! Powiedz mi gdzie ją zerwałeś?
— Jeżeliś krzak widział, to nie potrzebujesz o to pytać — odpowiedział Henryk, wiedząc doskonale, że mały hrabia skłamał.
Davy przygryzł wargi.
— Chciałem wiedzieć, czy to ta sama — tłomaczył się zmięszany, — czy też zerwałeś ją z innego krzaka. Ty jesteś mojem nieszczęściem! Od czasu jak przyplątałeś się do nas, sir Warburton niechętnie na mnie patrzy i stał się jeszcze więcej surowym i niesprawiedliwym, niż był dawniej; a odkąd zacząłeś wyjeżdżać przy każdej sposobności z czynami bohaterskiemi, uważa mnie za skończonego niedołęgę! Zapowiedział nawet żebym się niczego po nim nie spodziewał, że pracą będę musiał zdobywać sobie byt i stanowisko. Słyszysz? niczego po nim, mającym tyle pieniędzy, że nie wie co z niemi robić! A teraz — dodał, patrząc zazdrośnie na gałązkę róży — teraz, gdy mu zaniesiesz kwiat, za którym napróżno upędza się od trzech tygodni, podbijesz serce starego do reszty!...
I śmiejąc się nienaturalnie, dodał:
— Gotów cię jeszcze uczynić swoim spadkobiercą! A choć jesteś dumny jak książę i powiedziałeś na Krzyżnem, że nie dbasz o łaskę baroneta, jednakże...
— Nie kończ! — zawołał oburzony Henryk — ubliżasz sir Edwardowi i mnie! Czyż nie rozumiesz, że...
— Nie przerywaj mi! — zawołał Dawid z uniesieniem muszę ci raz wszystko wypowiedzieć: Słyszałem na własne uszy, jak dziadek mówił do pana Waltera, że jesteś podobny do mego ojczyma, Ryszarda, którego on kochał do szaleństwa. Dobry początek, nieprawdaż? A potem, gdyś pojechał na tę waryacką wyprawę tratwą, po tego dziwaka Stranda, i burza powstała na jeziorze, stary o mało nie oszalał z obawy o ciebie... a gdyś powrócił, porwał cię w objęcia i ściskał jak własnego syna! A wiedz, że gdy się nie ma następców w prostej linii, prawa angielskie nie bronią przelać majątku na obcych, nawet na cudzoziemców! Nie wiem coś ty za jeden i skąd się tu wziąłeś, ale matka moja utrzymuje, że dziadek musi mieć krewnych w waszym kraju!
Henryk słuchał tych zwierzeń zrazu ze wstrętem, a potem z wzrastającem zdziwieniem. A więc to była przyczyna zemdlenia lady Alicyi przy Morskiem Oku? Tego się oni obawiali! Przypuszczenia małego hrabiego były poprostu bezsensowne, ale skoro matka i syn mają podobne obawy, powinien usunąć się zupełnie. Nakazuje mu to sumienie i honor — a przytem, nazbyt szczerze przywiązał się do sir Edwarda, aby chciał wnosić kąkol nieporozumienia w jego kółko rodzinne.
— Posiadasz pan bardzo bujną wyobraźnię — rzekł poważnie — skoro w twej głowie wylęgły się podobne przypuszczenia. Pochodzi to pewnie stąd, że masz za dużo czasu i myślisz ciągle o pieniędzach. Ja ich nie mam, ale je sobie w przyszłości zdobędę, bo lubię pracować. Nie liczę na żadne spadki, ani ich pragnę. Zrozumiałbyś to, gdybyś, zamiast myśleć ciągle tylko o sobie, patrzył uważniej na drugich. Nie mam bynajmniej zamiaru mięszać się w twoje sprawy familijne i jeżeli gałązka róży może usunąć twoje obawy, to weź ją sobie!
To mówiąc odczepił ją od kapelusza i oddał Dawidowi.
— Jakto! — zawołał tenże zdumiony więc ty... naprawdę... chciałbyś...
— Chcę, żeby sir Edward posiadł to czego pragnie, a czy ja mu dam tę gałązkę, czy kto inny, to wszystko jedno: cel zostanie osiągnięty. Żegnam cię, widzimy się po raz ostatni.
I zmieniwszy pierwotny zamiar, zawrócił w głąb doliny, którą teraz postanowił zwiedzić do końca, bo nie miał już powodu spieszyć się z powrotem.
Dawid pozostał sam, zdziwiony niespodziewanem rozwiązaniem sprawy, z gałązką róży w ręku, a wstyd palił go jak rozpalone żelazo. Dwie plamy czerwone wystąpiły mu na policzki, głowa pochyliła się pod ciężarem doznanego upokorzenia... Czuł całą niedelikatność swego postępowania i zgnębiony był wspaniałomyślnością przeciwnika.
Po drugiej stronie strumienia zstępował ze stoku Walter obładowany obfitą zdobyczą. Puszka jego tak była pełna roślin, że nie dawała się zamknąć i jeszcze ręce obie miał niemi zajęte. Skinął na Davego, żeby mu przyszedł z pomocą w dźwiganiu tych zbiorów. Mały hrabia podniósł się, postąpił kilka kroków i nagle krzyknął odskakując ze wstrętem. Nastąpił na coś miękiego i śliskiego. Była to żmija nieżywa, a na głowie jej widne były ślady uderzeń siekierki. Leżała w miejscu, gdzie kamienie toczące się na dół zbudziły go ze snu.
— O Boże! — zawołał Dawid przerażony — to on zabił tę żmiję i ocalił mnie, a ja mu się odpłaciłem tak haniebnie! I nic nie powiedział!... nie raczył się nawet tłomaczyć, gdy napadłem na niego, że mi przeszkadza... Pogardza mną, to widoczne. Jestem okropnie ukarany bo muszę go szanować i... podziwiać! Jakiż on dumny i szlachetny ten mały Polak, a ja, jakżem zły i samolubny... O, Boże, Boże!
Henryk szedł prędko nie oglądając się, i przystanął dopiero na kładce rzuconej przez strumień, gdy był pewny że już nie dosięgnie go oko niczyje. Stanął i spojrzał przed siebie. Z lewej strony miał rąbanisko, między którem stały samotnie pojedyńcze jodły i świerki, w głębi Giewont, a w dole nad strumieniem wspaniałe, rozłożyste buki zasłaniające dalszą drogę. Na prawo, piętrami wznosiły się ściany skaliste, poszarpane i ostremi zakończone wieżycami, które górale zwą „kominami“, upatrując podobieństwa do zwierząt i ludzi: do sowy do mnicha, a nawet do Matki Boskiej. Henryk zatrzymał wzrok na tej ostatniej i zdało mu się, że w smukłej kamiennej postaci rozróżnia istotnie rysy Matki Zbawiciela z Dzieciątkiem Jezus na ręku — a do złudzenia tego dopomagały jeszcze małe przejrzyste obłoczki, przepływające u jej stóp. Patrzył, patrzył, a wszystka gorycz, uczucie doznanej niesprawiedliwości, żal i ból, spłynęły do serca które wezbrało i rozpłakał się. Taki był szczęśliwy niedawno, taki dumny, a teraz!... Sir Edward nie dowie się nigdy, kto znalazł różę bez kolców, ani jak bardzo pokochało go wdzięczne serce polskiego chłopca!...
— Ach, czemuż sir Edward nie jest ubogim! — westchnął — mógłbym wtedy śmiało okazać mu co czuję, i nie wzbudzałbym niczyjej niechęci.
Usłyszał w górze ostry świst przecinający powietrze, i ujrzał ptaszka z długiemi, łukowato wygiętemi skrzydełkami i widełkowato podwiniętym ogonem. Rdzawo czarne miał piórka, a pierś białą. Płynąc z szybkością strzały w powietrzu, przybierał chwilami kształt krzyża, odbijającego ciemnym konturem od jasnego nieba.
— Jerzyk, czyli jaskółka turniowa! — zawołał Henryk, ścigając oczyma wdzięczne ptaszę i zobaczył jak przysiadłszy na występie skalnym, zaczęła leźć do góry, podpierając się sterówkami, jak dzięcioł ogonem. Chwytała przytem w lot owady, upędzając się za niemi wysoko. — Musi tam mieć gdzieś gniazdko — myślał —chciałbym je widzieć! Jerzyk podobno jest pobratymcą Salangany, owej jaskółki z Jawy, słynącej z gniazd jadalnych.
Była chwila, że żałował iż oddał różę Dawidowi, ale potem powiedział sobie, że dobrze zrobił i że nie mógł inaczej postąpić. Wstał i szedł znowu dalej, a gdy doszedł do polany, gdzie były szałasy i pasło się krów kilka, zobaczył na środku wielki głaz podobny z kształtów do Sfinksa. Przystanął i jął mu się ciekawie przypatrywać.
— Czytałem gdzieś podanie, że Sfinks przebywający na skale pod Tebami, zadawał każdemu przechodniowi zagadkę, a nie umiejącego rozwiązać takowej, połykał. Myślę że mi żadnej nie zada, i że nie będę połknięty. Sir Warburton to także rodzaj Sfinksa... Bo też to dziwny człowiek: bogaty jak król, a zdaje się nie przywiązywać żadnej wagi do pieniędzy, i nawet wyraża się o nich z gorzką ironią gdy mnie na Krzyżnem, spytał czy chciałbym być bogaty, i odpowiedziałem mu że tak, uważałem że popatrzył na mnie z politowaniem... Wydało mi się nawet, że straciłem coś w jego pojęciu. Jego postępowanie to prawdziwa zagadka nietylko dla mnie ale dla wszystkich. Pan Jakób i pan Witold myślą tak samo jak ja, bo widzę często, że gdy on powie coś niespodzianie, patrzą na siebie jakby to była zagadka, której nie mogą rozwiązać.
Z jednego, bliżej Sfinksa położonego szałasu, wyszedł doktór, a spostrzegłszy Henryka, zawołał zdziwiony.
— Ty tutaj chłopcze? A to niespodzianka! Jak się masz, mój kochany? Pewnie przyszedłeś szukać róży bez kolców. I ja o niej myślę od rana, ale nie spotkałem jej dotąd. Może ty będziesz szczęśliwszy. „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.“ Jakże tu sam trafiłeś?
— Pastuszek drogę mi pokazał.
— Ale masz jakiś smutek w oczach: co ci jest?
— Mam swoje zmartwienia... — odrzekł.
— O! jest nawet liczba mnoga? Czy można wiedzieć, jakie?
— Dziadunio napisał wczoraj, żebyśmy wracali do Miratycz, bo nie może nam przysłać pieniędzy. Mieliśmy zabawić tutaj całe dwa miesiące, a pewnie za jaki tydzień wyjedziemy!
— A tobie góry do serca przypadły, nieprawdaż? Sir Edward też nową projektuje wyprawę, w której mógłbyś wziąść udział. Przytem przykrą ci jest myśl rozstania się z baronetem, z którym się tak bardzo zaprzyjaźniłeś?
— To prawda — odrzekł szczerze chłopiec. — Mnie samemu jest dziwno, że mogłem tak... tak przywiązać się do obcego człowieka i jeszcze cudzoziemca; ale gdy pomyślę, że go już więcej nie zobaczę, to mi się na płacz zbiera. Bo czy nie prawda, panie, jaki on jest dobry! Interesuje się wszystkiem co mnie obchodzi. Wypytuje się o naszą wioskę, o interesa, o babunię Kasię, o Marysię...
— A babunia, czy nigdy nie wyraziła życzenia poznania sir Edwarda?
— Nie powiedziała tego ani razu, ale widocznie spodziewa się jego odwiedzin, bo ile razy kto drzwi otworzy, zrywa się jakby kogoś oczekiwała, czy obawiała się czego. Gdy wróciliśmy od Morskiego Oka, musiałem jej szczegółowo opowiedzieć nasze przygody, a każde słowo sir Edwarda kazała sobie po kilka razy powtarzać. A potem...
— Cóż było potem?
— Potem modliła się długo i... widziałem że płakała. Babunia jest jakaś niezdrowa: chciałem właśnie dziś iść do pana i prosić, aby ją pan odwiedził. Źle sypia w nocy, zamyśla się często tak, że nie słyszy co się do niej mówi, jest jakaś niespokojna, zdenerwowana i zdaje mi się nawet że zmizerniała.
— Dobrze: dziś będę u was, i zobaczę zarazem jak się ma twoja siostrzyczka. A ciebie co dziś skłoniło do spaceru w Strążyskach?
— Mówili mi pasterze, że widzieli tu różę bez kolców.
— Chciałeś więc ją zdobyć dla sir Edwarda, zanim wyjedziesz z Zakopanego.
— Tak jest — odrzekł z westchnieniem.
— Szukaj więc, pomogę ci.
— Dziękuję panu — odrzekł z pewnem wahaniem — ale to już niepotrzebne. Znalazłem ją.
Doktór spojrzał na chłopca zdumiony.
— Znalazłeś i nie chwalisz się tem przedemną? a wyglądasz taki strapiony i chmurny, jakby cię spotkało nieszczęście! Jabym głośno wołał: Victoria! i potrząsałbym z daleka gałązką zdobytą jak chorągwią, a ty milczysz Henryku! Co to znaczy?
— To znaczy, że moją zdobycz oddałem dobrowolnie komu innemu.
I opowiedział doktorowi całe swoje zajście z Dawidem.
— Postąpiłeś jak prawdziwy gentleman — odezwał się Jakób, wysłuchawszy uważnie. — Jak wyglądała żmija?
— Była szara. Wzdłuż grzbietu miała nakreślony pasek czerniawy, w zygzak połamany i czarne centki po bokach.
— A więc to była żmija jadowita, tak zwany Grzmiel; jest ona jedynym u nas w Europie środkowej, wężem jadowitym i nie mniej od psa wściekłego szkodliwym dla człowieka i zwierząt. Na nizinach Grzmiele przebywają, pośród zarośli; a w górach, na miejscach skalistych i zboczach. Zęby żmii stanowią broń odporną i zaczepną, straszniejszą niż zęby wilka. Nie ma ona żądła, jak mylnie sądzą niektórzy, ale dwa zęby ostre i śpiczaste, wychodzące z górnej szczęki. Zęby te mają wewnątrz otwory łączące się z gruczołkami jadowemi, i przez nie to jad spływa do rany, gdy kąsając ciśnie na gruczołki. Ranka od ukąszenia żmii, wygląda jak ukłucie szpilki, i tem jest niebezpieczniejsza, im czulsze jest miejsce zranione; im żmija silniejsza, jad obfitszy, a pora gorętsza. Gdyby nie twoja przytomność umysłu, Davy przypłaciłby swój sen w Strążyskach ciężką chorobą, a może śmiercią, bo ukąszenie żmii często bywa śmiertelne. Ale jedna rzecz mnie dziwi: żmija unika człowieka i tylko wtedy gdy ją podrażni, przygniecie, lub nadepcze, nadyma się, syczy i kąsa. Gdzież Walter był wtedy?
— O kilkadziesiąt kroków wyżej, między smerekami: zbierał rośliny.
— Hm, to dziwne: więc ani Davy jej nie podrażnił, bo spał, ani Walter, bo znajdował się gdzieindziej.
— Widziałem, jak krowa właśnie przeszła tamtędy.
— A więc sprawdziło się tu przysłowie: „ślusarz zawinił, kowala powieszono.“ Krowa musiała nadepnąć żmiję, a ona chciała się zemścić na Dawidzie.
— Jakie są objawy zakażenia krwi jadem żmii? — zapytał Henryk.
— Skutki jadu objawiają się niekiedy już kilku minutach: mianowicie gwałtowny ból i spuchnięcie ukłutej części ciała, słabość, nagle opadnięcie z sił, zawrót głowy i mdłości. U osób dorosłych, ukąszenie zwykle kończy się chorobą, u dzieci czasem śmiercią.
— A jak trzeba ratować ukąszonego?
— Wymyć ranę jak najspieszniej, a gdyby była głębszą, należy ją wykroić lub wypalić, aby krew dobrze odchodziła, przytem ostrożnie wyssać, podwiązać miejsce zranione po wyżej rany, aby przeszkodzić obiegowi krwi w ukąszonem miejscu; wreszcie zawezwać jak najspieszniej lekarza. Rzadko zdarzają się wypadki ukąszenia, ale się zdarzają; należy przeto żmiję znać i mieć się przed nią na ostrożności, Obok zwyczajnej żmii, jak ta którą widziałeś, zdarzają się okazy miedziste i czarne, bez paska grzbietnego.
— Proszę pana, ciekawy jestem czem żmije się żywią?
— Myszami i w tem są pożyteczne, na równi z innemi myszojadami. Dopadniętej myszy zadaje żmija ranę śmiertelną, potem puszcza ją, czeka aż padnie i dopiero martwą połyka.
— A czy tutaj w górach jest tyle myszy, żeby je mogły wyżywić?
— O, są: jest Koszatka Myoxus dryas, rzadka w kraju naszym i pojawiająca się jeszcze w Tatrach, Orzesznica Muscardinus avellanarius. Jest też tu pewna mała myszka należąca do osobliwości tatrzańskich, bardzo rzadka w Europie: zwie się Smużką, Sminthus subtilis i żyje po lasach.
— Biedne myszki mają tu dużo nieprzyjaciół — rzekł Henryk — bo i krwiożercze Łasice podobno zawzięcie na nie polują. A jakich wrogów mają żmije?
— Jeż, borsuk, tchórz, myszołów; na równinach pawie i bociany. Walka między jeżem a żmiją, ciekawy przedstawia widok. Jeż rozwija przy jej chwytaniu szczególną zręczność, tak, że żmija nim zdoła dosięgnąć zębami przeciwnika, już pada jego ofiarą. Nie może ona do niego dostąpić, bo kolce ją kłują, a nim upatrzy miejsce mniej zabezpieczone jego ciała, zwinny jeż tymczasem schwyci ją za kark i ubezwładni. Jeżeli już odpocząłeś Henryku, to chodźmy dalej.
— Czy możemy w Strążyskach spotkać jakie dzikie zwierzęta?
— Dlaczego nie? możemy, naprzykład dzika, który tu czasem zachodzi z Kościelisk..
— O, to mi się nie uśmiecha! Nie mamy z sobą broni, a jest przecież dawne myśliwskie przysłowie: „Jeżeli idziesz na niedźwiedzia, gotuj łóżko; jeżeli na dzika, gotuj mary,“ bo jedno uderzenie kłem, rozpruwa brzuch psu lub człowiekowi i wydobywa wnętrzności.
— No, tak źle z nami nie będzie — odrzekł Jakób z uśmiechem — dzik wychodzi na żer o zmierzchu; w dzień opuszcza rzadko legowisko, chyba wypłoszony umyślnie. Możemy też spotkać wydrę bo te zwierzątka lubią wszystkie miejsca, gdzie jest dużo wody — a słyszałem, że je widziano w tej dolinie i w Kościeliskach. Jest też tu ulubione miejsce zamieszkania puchaczy, bo tu znajduje się dużo drzew starych i rozłożystych, a one na takich najchętniej się osiedlają. Ale i puchacze dopiero o zmroku wychodzą na łowy, a we dnie chowają się w kryjówkach.
Idąc, przechodzić musieli kilkakrotnie przez strumień po sterczących z wody kamieniach, to na jednę to na drugą stronę, lub po zwalonych kłodach drzew przepyszną okrytych roślinnością.
— Wody tu istotnie dużo i widzę nawet migające pstrągi. Wydra ma na co polować — powiedział Henryk. — Ale co to za hałas słychać?
— To huk wodospadu lecącego ze skały 40 stóp wysokiej. O patrz! czy widzisz?
— Widzę, widzę! Ponad wodospadem wznosi się lesista dolina, a Giewont daje jej wspaniałe tło. Co za oryginalny a uroczy zakątek!
— Dzika to i pusta, zasłana rumowiskami kotlina; leżą w niej grube płaty śniegu zlodowaciałego. Prawdziwa tam kopalnia dla botaników! Wejście na nią bardzo trudne, ale ja wejść muszę, bo spodziewam się znaleść kilka roślin, których mi właśnie brakuje. Ty Henryku posiedź tu sobie przy wodospadzie i zaczekaj na mój powrót.
Henryk zgodził się na propozycyę. Usiadł na zwalonym pniu drzewa i patrzył na rozpryskującą się pianę, która jak pyłek delikatny unosiła się w powietrzu, a promienie słońca padając na nią ukośnie, zmieniły ją w gazę złocistą. Wszystkie mchy i paprocie, perliły się od tego pyłku, niby dyamentowym posypane piaskiem. Chłopiec zdjął kapelusz, i z rozkoszą napawał się miłym chłodem i pięknością widoku.
Wtem coś niezwykłego zwróciło jego uwagę. Posłyszał gdzieś w bliskości śpiew ptaszyny, słaby, cichy, ale bardzo miły. Upatrywał pilnie śpiewaka, nigdzie jednak dojrzeć go nie mógł: wkrótce też śpiew ucichł. Za to w miejscu gdzie woda najbardziej była skłębiona, ujrzał wśród wiru i piany trzepoczącą się drobną ptaszynę. Myślał że tonie, bo chwilami niknęła zupełnie pod wodą; zerwał się więc i pospieszył na jej ratunek — ale o dziwy, ptaszek wyleciał z toni jak piłka, do góry i na nowo rzucił się w nurt spieniony. Widocznie była to tylko kąpiel dla przyjemności, a nie żaden nieszczęśliwy wypadek.
— A to dopiero! Co za siła i zręczność w tej maleńkiej ptaszynie — pomyślał zachwycony i zaintrygowany mocno Henryk. — Słyszałem że siła wody spadającej z takiej wysokości, może zabić człowieka któryby dostał się w jej nurty, a ptaszek igra z nią bezkarnie!
I patrzył co dalej będzie, a ptaszek dokazywał cudów zręczności i odwagi, jakby się przed nim umyślnie popisywał tem co potrafi. Wyprawiał sztuki niesłychane: przecinał lotem kryształ spadającej kaskady, i krył się za jej zasłoną, a gdy Henryk oddech wstrzymywał, z ciekawości i obawy, co się z nim stało, zjawiał się niespodzianie, jakby igrając. Nareszcie przysiadł na wystających z wody głazach. Teraz chłopiec mógł zauważyć, że piórka jego miały rdzawą barwę.
— Zmęczył się — pomyślał Henryk — pewnie będzie odpoczywał i suszył piórka w słońcu.
Ale ptaszek ani myślał o spoczynku, tylko zmienił sposób zabawy: wskoczył jak żaba w strumień i trzymając skrzydła cokolwiek rozstawione, spacerował po jego dnie, zanurzony zupełnie, i szukał czegoś pomiędzy wyściełającemi je drobnemi kamykami. Po upływie kilkunastu sekund ptaszek wychylił główkę nad wodę, a potem znowu się zanurzył.
— Jak to drobne stworzenie może tak długo wytrzymać bez powietrza — myślał Henryk —to dla mnie niepojęte! Panie Jakóbie! — zawołał, widząc spuszczającego się ze skały doktora — jak to dobrze, że pan idzie! Dzieją się tu niesłychane rzeczy!
I podbiegłszy ku niemu, opowiedział całą historyę, wszystko czego był świadkiem i co go zdumiewało. Jakób odrzekł mu na to:
— To jest właśnie Pluszcz Kordusek, Cinclus aquaticus, o którym wspominałem, gdyśmy z panem Witoldem szli do Jaworzynki dla spotkania się tam z sir Edwardem. Charakterystyczną jest jego cechą, że przez gęste, zbite piórka tej ptaszyny, woda nie przesiąka wcale; dla tego to po wyjściu z niej, nie potrzebuje wcale suszyć ubrania.
— A co znaczy to spacerowanie pod wodą z rozstawionemi skrzydłami?
— Właśnie w tem rozstawieniu skrzydeł jest cała sztuka: ptaszek chowa tam sobie pewien zapas powietrza — a spacery jego podwodne mają swoją przyczynę: poluje on tam na taką zwierzynę, jak różne skorupiaki, owady, poczwarki, gąsienice przyczepione do korzeni roślin, lub kłód zalegających strumienie.
— Uważałem, że gdy przeciął lotem kryształ kaskady, nie było go widać dłuższą chwilę.
— Pewnie zajrzał do domu.
— Do domu? A czyż on tam mieszka?
— Pluszczyk buduje sobie zawsze gniazda przy wodzie, i buduje tak blisko, że pryskające krople ciągle je zraszają. Czasem nawet pod osłoną wodospadów, a tutaj najpewniej tak jest. Lubi też dziury przy brzegach po wypadniętych kamieniach, mosty i koła opuszczonych młynów.
— A to szczególne! Cóż za nadzwyczajna rozmaitość jest w świecie zwierzęcym!
— I w roślinnym, mój chłopcze i w świecie minerałów, wszędzie gdzie rzucisz okiem! Patrz, co za bogatą zdobycz przyniosłem z pod Giewontu.
I siadłszy na pniu drzewa, zaczął dobywać kolejno swoje skarby, rozkładając jedno obok drugiego.
— A co to pan ma za słoik w puszce? — zapytał Henryk, gdy szkło z pomiędzy kwiatów błysnęło.
— Ach, to jest Jaszczur plamisty, Salamandra maculosa. Złowiłem go dziś w Jaszczurówce. Przypatrywały się memu polowaniu, lady Chester i miss Fanny, które tam codzień jeżdżą do kąpieli. Milady pytała mnie, czy nie mam jakich wiadomości o profesorze Strandzie.
— Jakto! więc się nie znalazł?
— Nie, wszelkie poszukiwania okazały się daremne.
— To dziwne!
— No — rzekł nareszcie doktór, spojrzawszy na zegarek — już dziewiąta, czas wracać! Ja też potężnie głodny jestem, bo oprócz szklanki mleka na hali przy Sfinksie, nic jeszcze dziś w ustach nie miałem. Witold rysuje grupę chat z wielkim jaworem przy ulicy Kościeliskiej: umówiliśmy się, że gdy stąd wrócę, pójdziemy razem na śniadanie. Czy chcesz iść ze mną?
— I owszem — odrzekł chłopiec.
Lecz przykrą mu była myśl, że wracając, będzie musiał przechodzić obok róży bez kolców, sam jednak nazwał to dzieciństwem i powtórzył sobie, że jest mężczyzną. Jednak gdy się zbliżali do tego miejsca, zwrócił się nagle do doktora, i rzekł z rumieńcem na licu:
— Proszę pana, ja... ja lubię chodzić różnemi drogami, bo one dają nowe wrażenia. Pójdę tędy przez górę, na stok Regli. Król pasie tam krowy naszego Ślimaka: on mnie tu przyprowadził, więc wskaże mi drogę na Kościeliską do jaworu, gdzie rysuje pan Witold. Ja tam wkrótce będę. Czy dobrze?
— Dobrze, mój chłopcze — odrzekł Jakób, patrząc nań z serdeczną życzliwością. — Słuchaj, wiesz że jestem twoim przyjacielem: powiedz mi szczerze przyczynę, dla której rozdzielasz się ze mną tutaj właśnie?
— Bo — odrzekł chłopiec z lekkiem wahaniem — możebym uległ pokusie i zerwał gałązkę róży alpejskiej; a skoro oddałem ją Dawidowi, zrzekłem się wszelkich praw do niej i nikt nie powinien wiedzieć, że to ja ją znalazłem.
— Domyślałem się tego — odrzekł Jakób, i rozłączyli się. Pod Reglami na zboczy Strążysk, rozległo się wołanie:
— Gwiazdula, Kwiatula, kanyś ty? A hej! Cielusia, pójdzi, pójdź!
A gdy na to wezwanie odpowiedziały dzwonki przybliżających się krów, zabrzmiała piosenka:

„Ojcze mój, ojcze mój,
Gołąbeczku siwy,
Po tela mi dobrze,
Po kielaś mi żywy.“

— Uhu, hu, hu, huuuu...

Głos ten w półkrzyku, pół śpiewie, począwszy od najwyższego tonu, spadał kaskadą coraz niżej, przeskakując w biegu po dwa tony. Sprawiało to wrażenie takie, jakby do olbrzymiej metalowej urny wpadała perła i zatoczywszy krąg, spoczęła na dnie, napełniwszy dźwiękiem długo nie cichnącym, naczynie. Pasterze tatrzańscy lubują się w sposobie wydawania odgłosów i wsłuchują się z rozkoszą w powtarzające je echa a im pierś młodsza, silniejsza, a głos czystszy, tem wspanialszy efekt. Chcąc być słyszanymi jak najdalej, krzyczą z całej siły; dla tego też głosy ich wcześnie bywają przekrzyczane i tracą miększe tony. Ile jest dolin w amfiteatrze gór otaczających Zakopane, wszystkie stają się urnami, w które duchy gór rzucają dźwięczne perły, naśladując człowieka, a strumienie huczące po kamieniach, i dzwonki krów, grają akompaniament.

„Jeszcze mie matusia
Na ręku nosiła,
Już mi się, już mi się,
Szabliczka wróżyła.

Kowal konia kuje,
Ja se gwer pucuje,
Kowal konia okuł,
Ja se masieruje.“





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Urbanowska.