Wielki człowiek do małych interesów/Akt V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Wielki człowiek do małych interesów
Rozdział Akt V
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom VII
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


AKT V.

(Salon pierwszego aktu.)

SCENA I.
Matylda, Aniela.
Matylda.

Już się nie śmieję, nie gniewaj się... ale scena była arcykomiczna.

Aniela.

Zacznijże znowu.

Matylda.

Jego pomieszanie...

Aniela.

Bardzo naturalne. Cóż on temu winien, że Wujaszek naprowadził nas niespodzianie?

Matylda.

W saméj rzeczy, jeżeli kto winien, to Stryjaszek i twój bucik, który aby się rozsznurować, czekał przybycia do przedpokoju Pana Dolskiego. Miałożby to być sympatyą?

Aniela.
Matyldo.
Matylda.

Ja opowiadam fakta historyczne. Prowadzone przez kochanego Stryjaszka nie wiedząc nawet do jakiéj części świata, przybywamy; Marcin, jako Horacyusz Cocles nie mostu ale drzwi broni upornie, i mamy już odwrót rozpocząć kiedy nas twój bucik wstrzymuje... I gdyby Pau Dolski nie był upuścił książki czyli brzytwy, bo się golił podobno, byłybyśmy pozbawione honoru asystowania przy jego toalecie.

Aniela.

Stajesz się nieznośną.

Matylda.

Więcéj ani słowa. Cóż miałaś mi powiedzieć?

Aniela.

Chciałam z tobą pomówić o bardzo ważnéj rzeczy, ale nie zdajesz mi się teraz być usposobioną do takiéj rozmowy.

Matylda.

I owszem i owszem słucham cię z wszelką uwagą.

Aniela.

Mam prośbę do ciebie.

Matylda.

Accordé nim jeszcze dowiém się o co idzie.

Aniela.

Pewnie?

Matylda.

Czy wątpisz, że ja tobie nic odmówić nie mogę?

Aniela.
Boję się, abyś mego zamiaru nie wyłożyła fałszywie.
Matylda.

Tylko bez przemowy. Zwięzłość, otwartość najkrótsze drogi do mojego serca.

Aniela.

A więc otwarcie przemówię do twojego serca. Ty nie chciałabyś stać się powodem czyjejbądź boleści? Prawda?

Matylda.

Pytasz się? — I tak solennym głosem?

Aniela.

Zatém do rzeczy. Karol kocha cię, jak tylko można kochać siostrę. Uważaj, ja cię o to proszę, aby cię nigdy inaczéj nie pokochał.

Matylda.

Cóż to znaczy?

Aniela.

Nie rozumiész?

Matylda.

Boisz się, aby Karol nie zakochał się we mnie?

Aniela.

Boję się.

Matylda.

Wiesz, że ta myśl nigdy mi przez głowę nie przeszła i tylko takiéj siostrze jak ty przyjść mogła.

Aniela.

A to dlaczego?

Matylda.
Karol zakochany... czy ty chcesz żartować?
Aniela.

Nie mówię, aby tak było, ale czyliż być nie może?

Matylda.

O la la!

Aniela.

Wesoły do szaleństwa prawie, przyszłością nie troszczy się wiele... przyjmuje obojętnie co mu los wydziela, ale przez to nie mniéj jest zdolny do głębokiego uczucia.

Matylda.

O la la!

Aniela.

Ja znam dobrze jego serce, może lepiéj jak on sam. Miłość jego szczęściem albo nieszczęściem będzie... i nie bez przyczyny lękam się...

Matylda.

Nie, nie moja Anielko. Karol zakochany jest dla mnie istotą nie do pojęcia... i jeżeli się nie śmieję, to tylko dlatego, aby nie rozgniewać cię powtórnie.

Aniela.

Dotychczas ostrém było jego życie i tylko umysł swobodny wspierał go zawsze. Los wytyczył w przyszłości tobie drogę kwiecistą, jemu ciernistą ścieżkę. Nie pozbawiaj go spokojnéj odwagi, której potrzebuje. To od ciebie zależy. O to cię błagam.

Matylda.
Dajże mi pokój. Twoje przesądne przewidywania sensu nie mają. Lubię jeździć konno, on także lubi, jeździmy razem i na tém koniec.
Aniela.

Tak koniec na teraz, ale jesteście zawsze z sobą nierozłączeni prawie.

Matylda (z przymuszoną wesołością).

Jakto nierozłączni? — Czyliż byłam z nim w téj studni, w której pluskał się do południa... A potém — powiadasz zawsze — bo tobie, która jesteś samym rozsądkiem wyjąwszy kiedy idzie o Dolskiego, wolno wszystko mówić — powiadasz, że jestem czasem szalona, wszak prawda?

Aniela.

Przynajmniéj starasz się czasem okazać taką.

Matylda (zawsze z przymuszoną wesołością).

Więc dobrze. Powiadasz także i na Karola, że on czasem szaleje... ale dla Boga, to byłaby z nas para strasząca... (śmieje się) I w samej rzeczy moglibyśmy we dwoje zaburzyć porządek socyalny... Ręczę, że nie danoby nam dyspensy... Karol i ja, wyśmienicie! Otóż sentyment w swéj własnéj osobie.

(Matylda z razu śmieje się więcéj z przymusu, ale jak Karol wbiegł z księgami pod ręką, stanął przed nią i starał się odgadnąć powód jéj wesołości, zaczyna śmiać się szczerze — Karol zaczyna także śmiać się i śmiejąc się odprowadza ją do drzwi, potém wraca i rzuca się na kanapę.)




SCENA II.
Aniela, Karol.
Karol.
Och! Och! jakże to dobrze wyśmiać się tak serdecznie... kochana Matylda... Och! Och!.. Ale powiedz mi z czego my się śmieli?
Aniela.

Czy nie z ciotuni Miczałkowskiej?

Karol.

Ach, żebym ją miał! ale mi się wyślizguje jak piskorz.

Aniela.

Z czegóż się ty śmiałeś?

Karol.

Bo ona się śmiała... a potém, bardzo jestem smutny.

Aniela.

Jakiż to ten smutek, co tak śmiech wzbudza?

Karol.

Śmiech nerwowy, smutek w sercu.

Aniela.

Powiész mi?

Karol.

Nie powiém. Ale jak ci się spytam o jednę rzecz, odpowiész mi szczerze?

Aniela.

Dlaczegoż nie.

Karol.

Powiédz mi. (Oglądając się czy kto nie słyszy.) Ten djabeł nie Dolski do kogo się ma?

Aniela.

Jakto, do kogo się ma?

Karol.
Do ciebie czy do Matyldy?
Aniela.

Nie rozumiém.

Karol.

Ach rozumiész bardzo dobrze. Ja ci się pytam, w kim się ten wodopój kocha, w tobie czy w Matyldzie?

Aniela.

Alboż ja wiém.

Karol.

I któż wiedzieć będzie?

Aniela.

On zapewne.

Karol.

Moja droga Anielko, słuchaj, ja cię tak kocham, nie dręcz mnie, powiedz otwarcie: Dolski kocha się w tobie czy w Matyldzie?

Aniela.

A gdyby i w Matyldzie.

Karol.

Jesteś tego pewna?

Aniela (na stronie).

Żal mi go. (głośno) Tak dalece pewna...

Karol (do siebie).

Matylda więc.

Aniela.

Zdaje mi się nawet...

Karol.

Zdaje ci się?..

Aniela.
Że nie.
Karol.

Nie? Taką więc rzeczą...

Aniela.

Cicho bądź.

Karol.

O moja droga, luba, kochana Anielko, Anieleczko, jakże jestem kontent! (tańcuje) jakżem szczęśliwy!.. Chcesz, żebym cię uściskał?

Aniela.

No, no, no... dobrze... dobrze...

Karol.

Pójdziesz za niego, wszak prawda?.. Ten dobry, poczciwy Dolski... takich ludzi mało na tym świecie. Wiesz Anielko, że ja go kocham jak brata.





SCENA III.
Aniela, Karol, Dolski.
Dolski.

Dobrze, że Panią zastaję... i ciebie Karolu... że samych zastaję.

Karol.

Cóż tak pobladłeś?

Dolski.

Przykry wypadek.

Aniela.

W saméj rzeczy... Panie Dolski, co Panu jest?

Dolski.
Przykre zdarzenie Panno Anielo.
Aniela.

Czy wybory?

Dolski.

Ach, nie chcę o nich słyszeć... wyjechałem nim się zaczęły... nie dbam o urząd... jadę do domu, ale nie mogłem przenieść na sobie, abym was nie pożegnał.

Aniela.

Cóż się stało? mówże Pan.

Dolski.

Powiém, bo po to przyjechałem... ale to boleśnie... wierz mi Pani, wiele cierpię.

Aniela.

Siadajże Pan. (Dolski siada w środku sceny, Aniela i Karol po obu stronach.)

Dolski.

Panno Anielo, Panie Karolu słuchajcie. Lubo od kogo innego moglibyście się wszystkiego dowiedzieć, ja sobie tę karą zadałem... wyznam przed wami, których szacunek droższy mi nad życie.

Aniela.

Ale Pan nie jesteś chory? nie jesteś ranny?

Dolski.

Nie, nie. Dzień wczorajszy był dla mnie pełen przykrości. Pragnąłem wprawdzie jaki urząd piastować, podałem się na Dyrektora w Towarzystwie kredytowém. Zbyt uległy woli Pana Jenialkiewicza, robiłem co kazał, otaczałem się tajemnicą, znosiłem co mogłem, ale wczoraj sił mi brakło. Od samego rana chciałem, musiałem wyjść z domu koniecznie, a tu wizyta po wizycie... Najlepsi moi przyjaciele otaczali mnie jak siecią, w któréj plątałem się bez ratunku.

Karol.

Dlaczegoż nie miałbym powiedzieć najlepszym przyjaciołom: Idźcie do stu djabłów, bo nie mam czasu.

Dolski.

Do stu djabłów? — O la Boga, ja lękam się czy jestem dość grzeczny.

Karol.

Bądź grzeczny, dobrze, ale nie bądź szlafmycą u licha!

Dolski (ku Anieli).

Szlafmycą? O la Boga!

Aniela.

Karolu!

Karol.

Pojmuję, żeś siedział jak na szpilkach... miałeś iść do Panów wyborców.

Dolski.

Nie, ja chciałem Pani służyć.

Karol.

A!.. Służyć Pani.

Dolski.

Nareszcie... okropne wspomnienie!.. weszłyście Panie.

Karol (śmiejąc się).
I zastały golącego się... czy to całe zdarzenie?
Dolski.

Ach gdzież tam! Pan Jenialkiewicz zastraszył mnie i zmusił prawie abym tych wszystkich Panów, którzy byli u mnie rano, zaprosił na wieczerzę do francuskiéj restauracyi, miał sam przyjść z nimi i naprawić, co jak mówił, popsułem niegrzecznością moją... Stało się... Ach!

Karol.

A ty wyjechałeś?

Dolski.

Obym był wyjechał. Zamówiłem wieczerzę na dziewiątą... O dziewiątéj przychodzę... Cały dzień nic w ustach nie miałem... Czekam, pół do dziesiątéj... dziesiąta, nikogo nie ma... odchodzę od siebie... bo co za igraszka losu, rano przyjaciół za wiele, a wieczór mniej niż za mało.

Aniela.

Przykre położenie.

Karol.

Jeść się chce.

Dolski.

Chodzę i chodzę, pół do jedenastéj... jedenasta... nikogo... w gardle mi sucho.

Karol.

Bardzo wierzę.

Dolski.

Jakieś nerwowe rozdrażnienie porywa mi rękę i zbliża do butelki szampańskiego wina... A ja w całem mojem życiu nigdy kieliszka wina nie wypiłem.

Karol.
No! (z gestem) Nie masz czém się chwalić.
Dolski.

Chwytam... nalewam... chłodne... lekkie... spragniony chciałem usta zmaczać... (ciszéj) wypiłem do dna.

Karol.

Bravo!

Aniela.

Karolu!

Karol.

Cóż? mam nad nim płakać?

Dolski.

Co mi się zdało chłodzącém, stało się ogniem... Ach, żebyś wiedział co to za uczucie...

Karol.

Żebym wiedział? A! dobry jest!

Dolski.

Jakiś szał mnie ogarnął... krzyczałem jak furman na popasie... jak furman Panno Anielo. — Nie dość, zapraszam do stołu gospodarza i jego żonę i siostrę i najnieprzyzwoitszego ich podrostka.

Karol.

Dobrześ zrobił — samemu trudno zjeść za sześciu... w towarzystwie je się smaczniéj.

Dolski.

Gwar, hałas, nikt się nie słyszał... nalano jeszcze, wypiłem jeszcze... Od tego czasu słabo tylko pamiętam co się działo.

Karol.
Patrzałeś jak przez krepę.
Dolski.

Ach tak jest, jak przez krepę.

Karol.

Swiatło się dwoiło.

Dolski.

Tysiące, tysiące świec stało przedemną.

Karol.

Sufit się kręcił.

Dolski.

W koło... dotychczas o tém myśleć nie mogę.

Karol.

To tyś się simpliciter spił Dolsiu.

Dolski.

Spił! O la Boga, spił! w saméj rzeczy przebacz Panno Anielo, że uszy twoje obrażam, ale mnie się zdaje, że... tak jak on powiada, spiłem się.

Karol.

A ja jestem pewny... No jeżeli tylko tyle, łatwa rada; Anielko każ dać na obiad barszcz albo kapuśniak.

Dolski.

Jeszczem nie skończył... i nie wiém czy daléj mówić potrafię.

Aniela.

Proszę, proszę, nie jestem zbyt surową.

Karol.
O! ja z młodu przyzwyczajałem ją mieć wzgląd na podobne usterki... Cóż daléj?
Dolski.

W przyległym salonie była podobno lekcya tańców... grano na skrzypcach... w moim szale...

Karol.

Stłukłeś skrzypce?

Dolski.

Gorzéj!.. Zacząłem tańcować.

Karol (śmiejąc się).

Bravo Dolsiu... pozwól niech cię uściskam.

Aniela.

Ale Karolu... dajże pokój.

Karol.

Jakie solo?.. czy pas de deux?

Dolski.

Tańcowałem, a ze mną wszyscy i wszystko... kto był, kto żył, kto?.. nie wiem... ale była ciżba... a wszystko szło z kosa, z kosa... ach okropnie!

Karol.

Okropności, tak dalece, dotychczas nie widzę.

Dolski.

Nareszcie...

Karol.

Oho!

Dolski.

Nie — nie skończę — nad me siły — czytaj.

Karol (czyta).

Rachunek & &. Wieczerza, wino, światło, hm, hm... piękne sumki... Za talerzy sześć tuzinów... Hę? (Dolski zakrywa sobie oczy) Dziesięć półmisków... butelek... Cóż to, tłukłeś? (Dolski potakuje głową.) Traf! trzask! brzęk! szczęk!?

Dolski.

Ach brzęk, szczęk... brzęk szczęk.

Karol.

Szklanki, kieliszki, summa... A okna?

Dolski.

Okna? — Nie.

Karol.

A to co? Od tego się zaczyna.

Dolski (do Anieli).

Od tego się zaczyna?

Aniela.

Nie słuchaj go Pan.

Karol.

Oho! Doktorowi dwa dukaty... Cóż to, czy byli ranni?

Dolski.

Nie, podrostek dostał niestrawności.

Karol.

I ty za to zapłaciłeś?

Dolski.

Jużci ja byłem niewinną przyczyną... ale już zdrowszy, odwiedziłem go przed wyjazdem.

Karol.

Na honor nie wiém czy cię łajać czy uściskać trzeba... prawda Anielko?

Dolski.
Ach Pani szydzić nie będziesz, bo ja przyznaję moję winę... ja czuję moję hańbę.
Aniela.

Bez winy Pan nie jesteś, ale o hańbie niema mowy.

Dolski.

Poznaję w tych słowach dobroć bez granic, dobroć anielską... ale nie jestem jéj godzien... litość bez szacunku nie odpowié uczuciu, które w mém sercu... Ach przebacz... już mi mówić nie wolno... Żegnam was... pójdę...

Karol (kończąc sens).

Spać. A potem o wszystkiém zapomnę.





SCENA IV.
Ciż sami, Leon, Matylda.
Leon.

Tajemnica zatém odkryta, wyjaśnione to wszystko, co nas dziwiło od niejakiego czasu, był to plan szeroko i głęboko zakreślony przez kochanego stryjaszka, aby otrzymać dla Dolskiego urząd Dyrektora.

Matylda.

Wiemy, wiemy, ale jeszcze nie wszystko i nie wszyscy.

Leon.

Tymczasem ja najprostszą drogą zostałem wybrany.

Dolski (na stronie).
Nie będę więc piastował... ale i lepiéj. (głośno) Winszuję ci i wierz mi, że szczerze.
Leon.

Bardzo wierzę. O twoich zamiarach nie wiedziałem, ale gdybym był wiedział, nie byłbym ustąpił, powiém otwarcie. Ale ty wiedziałeś, że masz we mnie współzawodnika, a jednak nie tylko w niczém nie przeszkadzałeś, ale jeszcze pomódz mi chciałeś. (do rodzeństwa) Dawał mi pieniądze, których ja w napadzie sardonicznego humoru potrzebować mniemałem. Szanujcie go, bo na honor takich ludzi mało.

Aniela.

Kochany Leonie, cieszę się twojém szczęściem.

Matylda (cicho do Anieli).

A Dolski?

Aniela (podobnież).

Nie dba o to; ja ci powiadam.

Matylda.

A zatém (kłaniając się Leonowi) Pana Dyrektora.

Karol.

Cieszę się, że to szczęście ciebie a nie mnie spotkało.

Leon.

Dziękuję wam, dziękuję i wyznam otwarcie, że nigdy jeszcze w życiu nie byłem tak kontent.

Dolski.
Pozwólcie teraz Państwo, abym wam podziękował za chwile przyjemnie w tym domu spędzone. Pamięć tychże w sercu na zawsze zachowam. Pozwólcie zarazem polecić się waszéj lasce i najserdeczniéj pożegnać.
Matylda.

Hola! Wybór Dyrektora nie rozwiązuje splątanego węzła. Aby nie tracić czasu, przetnę go prawie jak Alexander Wielki. Wiecie, że przedsięwzięłam wielką reformę socyalną... chcę, aby kobiety same sobie wybierały taneczników i mężów. Panie Dolski. (głuche Ach! ogólne.)

Dolski (na stronie).

Otóż masz!

Matylda.

Jesteś człowiek uczciwy, dobry, delikatny... Ofiaruję ci moję rękę. (Wzruszenie wszystkich.)

Dolski.

Żartujesz Pani.

Matylda.

Przekonaj się Pan.

Karol (zwracając gwałtownie Dolskiego ku Matyldzie.)

Padnij do nóg do stu djabłów — podziękuj przysięgnij, że jéj szczęściu całe życie poświęcisz.

Dolski.

Dobrze mówi, wyjąwszy wyrazy...

Matylda.

Na miejscu których powinien był zaśpiewać.

Dolski.

Dobrze mówi, tylko u nóg twoich mogę odpowiedzieć. (Chce przyklęknąć.)

Matylda.
Nie, nie... to już nie w modzie.
Dolski.

Szczęście pozyskać serce Pani, otrzymać jéj rękę jest szczęściem, które mało kto marzył, a każdy zazdrościć musi... Ach... wybacz mi Panno Matyldo... nie chciałbym...

Matylda.

Wstęp nieobiecujący... ale mów Pan otwarcie, bardzo proszę.

Dolski.

Otwarcie więc powiem, nie jestem godny jéj ręki.

Matylda.

Ja myślę inaczéj... zastanów się Pan... zastanów się dobrze, jestem majętną... majętną. (Poruszenie ogólne.) Okażę czysty extrakt... jakże to zowią.. extrakt fabularny... Wszakże to tym sposobem wy Panowie staracie się podobać, nie prawdaż? — Ja was naśladuję. — Dobrze? Co?

Dolski.

Pani...

Matylda.

Tak albo nie? (Milczenie)

Dolski.

Trzykroć więc przepraszam ale... nie.

Matylda.
A zatém czysty odkosz... Cóż robić... każde stanowisko ma swoję dobrą i złą stronę... ale pomimo wyraźnego nie, którém mnie zaszczyciłeś... nie pozwalam, abyś odjechał... musimy się pokochać... choćby jak rodzeństwo. Nie chceszże zostać moim bratem? — Ja mam siostrę Panie Dolski... naszą lubą Anielkę.
Dolski.

O la Boga! Czy dobrze zrozumiałem?

Matylda.

Doskonale, ale nie bez trudności.

Dolski.

Ależ pozwól...

Matylda.

Tak albo nie?

Dolski.

Tak, tak, tysiąc razy tak... Ale Panna Aniela?

Matylda.

Zezwala.

Aniela.

Matyldo...

Matylda.

Spuść się na mnie... ja. (Udaje gesta Jenialkiewicza, jakby lejcami kierował.)

Dolski (do Anieli).

Mogę zatém wierzyć?

Matylda.

Możesz.

Dolski.

Chciałbym jednak słyszeć choć jedno słówko. (do Anieli) Pani nie zechcesz sprzeciwiać się kuzynce, którą tak kochasz?..

Aniela.

Zapewne, że nie... cóż robić.

Dolski.
O Panno Anielo, jeżeli nie zgadniesz, to ja Ci nie wyrażę mojego szczęścia i wdzięczności mojéj. Przebacz mi zatém...
Aniela.

Cicho, cicho, pomówimy o tém.

Matylda.

Ale nadal jak najmniéj śpiewania Panie Dolski, bardzo proszę.

Karol.

Bravo! do kroćset!..

Matylda.

Pst!.. Widzisz więc Panie Leonie, że nie zawsze chęć majątku sercem powoduje. Ja majętna zostałam odmówiona, a ta mała, ktoby się spodziewał, dostaje bogatego i pewnie dobrego męża.

Leon (na stronie).

To wyraźnie pod moim adresem. (głośno) Kiedy tak, więc wiesz co Matyldo... czas drogi... jedźmy jakby koleją żelazną... oni się biorą, pobierzmy się i my. Co mówisz?

Matylda.

Ty ze mną? (Karol niespokojny.)

Leon.

Dlaczego nie?

Matylda.

Żarty.

Leon.

Bynajmniéj. Nie mogłaś nie widzieć oddawna...

Matylda.

Żeś zwracał dyplomatyczne westchnienia ku Anielce?

Leon.
Ach Matyldo, trudnóż zgadnąć było, że to maska.
Matylda.

Maska? — I na to, aby zastrzedz swoję miłość własną od możliwej klęski... Nie, mój Panie Leonie, kocham cię jako kuzyna, ale za męża nie chcę... Maska? A nużby Aniela była się przywiązała?

Leon.

Byłbym teraz szczęśliwy.

Matylda (zniecierpliwiona).

A gdybym ja ci rękę oddała?

Leon.

Byłbym może żałował. (Ogólne O! O!)

Matylda.

Nie gniewam się, bo wiém, że mówi szczerze, posag mu się podobał więcéj jak moja osoba.

Karol.

Masz rozum za całą familię.

Leon (na stronie).

W saméj rzeczy zdaje mi się, ie mnie Pan Bóg ustrzegł.

Matylda (do Anieli, która rozmawia z Dolskim).

Niegodziwa dziewczyno, w swojém szczęściu o wszystkiém zapominasz, nawet o bracie. (Mówi jéj do ucha.)

Aniela.
Czy być może! (Rzuca się na szyję Karolowi.) I ty będziesz szczęśliwy. (Mówi mu do ucha wiodąc ku Matyldzie.)
Karol.

Gwałtu! serce moje! Matyldo kochana, dobra, najdroższa Matyldo... czy prawda? Chcesz pójść za mnie?

Matylda.

Chcę, chcę.

Karol.

Nic nie mówię... nic... ale zobaczysz... ja ci powiadam zobaczysz!

Leon (kłaniając się).

Skończyła się więc cała reforma na poruczniku ułanów.

Matylda.

Daję dobry przykład, czyliż nie dosyć?





SCENA V. i ostatnia.
Ciż sami, Jenialkiewicz (w podróżnym ubiorze wchodzi spiesznie).
Jenialkiewicz (stanąwszy pośrodku spogląda po wszystkich — potém wyprowadza Dolskiego i mówi p. k. m.).

Spadłeś.

Dolski.

Wiém.

Jenialkiewicz.

Całe ztąd nieszczęście, że zapomniałem o twojéj wieczerzy... Ale na drugi raz... spuść się na mnie.

Dolski (przestraszony).
Ach Mości Dobrodzieju! (na stronie) Nie chcę już piastować. (Spojrzawszy na Anielę.) Chyba jak ten... O Telembesiu!
Jenialkiewicz (odprowadzając Leona na stronę).

Zostałeś Dyrektorem.

Leon.

Zostałem.

Jenialkiewicz.

Czemu mnie się nie poradziłeś? Dolski byłby odstąpił... ja byłbym ci drogę utorował.

Leon.

Dziękuję stryjaszkowi.

Matylda.

Co tam stryjaszek o swoich wyborach rozprawia, my tu mieli ważniejsze.

Jenialkiewicz.

A! A!

Matylda.

My już mamy Dyrektorów.

Jenialkiewicz.

A! A! rozumiem.

Matylda.

Trzeba nam tylko twego zezwolenia, błogosławieństwa i wyższéj dyspensy.

Jenialkiewicz.

A! A! rozumiem. Aniela...

Matylda.

Aniela?

Jenialkiewicz.

Idzie za Leona.

Matylda.
Nie, za Pana Dolskiego.
Jenialkiewicz.

A! A!.. za Dolskiego, zatém Leon żeni się z tobą?

Matylda.

Nie, ze mną Karol, (całując go w rękę) jeżeli opiekun zezwoli.

Jenialkiewicz.

Dlaczego nie? Wszak to mój plan, z małemi wprawdzie odmianami... ale mój plan od dawna ułożony... Niech was Bóg błogosławi moje dzieci... Będziecie szczęśliwi... ja ręczę, spuście się na mnie.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.