Wielki człowiek do małych interesów/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Wielki człowiek do małych interesów
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VII
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tom VII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VII jako ePub Pobierz Cały tom VII jako PDF Pobierz Cały tom VII jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WIELKI CZŁOWIEK
DO
MAŁYCH INTERESÓW.



AKT I.
(Salon, drzwi boczne i środkowe; po prawéj stronie od Aktorów duże bióro papierami założone — po lewéj stronie kanapa, przed nią stół.)


SCENA I.
Jenialkiewicz, Dolski.
(Jenialkiewicz mówi zwolna, poważnie, zawsze tajemniczo, stosowna, wydatna gra twarzy i gestów, któremi często myśl swoję poprzedza lub zakończa. Okulary na czoło podniesione, które w uniesieniu spuszcza czasem na chwilę — w ręku i kieszeniach papiery; te często przerzuca i przegląda, czasem coś w pulares zapisuje. Jenialkiewicz z Dolskim spotykają się na środku sceny... Jenialkiewicz podaje mu rękę w milczeniu, wyprowadza na przód sceny, wpatruje się w niego, potém mówi.)
Jenialkiewicz.

Cóż Panie Janie?

Dolski.

Nic Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Dobrze?... Hm?...

Dolski.

Dość dobrze.

Jenialkiewicz.

Bardzo dobrze... wszystko idzie, jak po mydle... jesteśmy prawie u celu.

Dolski.

Aż mnie dreszcz przechodzi... Ja miałbym urząd otrzymać?

Jenialkiewicz.

Ale nikomu ani słowa... ani pół słowa... bo widzisz na tym świecie. (gesta) Rozumiesz?

Dolski.

Tak dalece... niekoniecznie..

Jenialkiewicz.

Pst!.. Spuść się na mnie.

Dolski.

Ach, któż więcéj odemnie spuszcza się na ciebie, kochany Panie Jenialkiewicz. Od roku przestałeś być moim opiekunem, a ja przecież zawsze pod opieką.

Jenialkiewicz.

Czy źle na tém wychodzisz?

Dolski.

I owszem... ale...

Jenialkiewicz.
Bo co się tycze opieki mój Dolski, mnie się pytaj, ja ci powiém... miałem ich i mam nie mało... a wszystkie... (Pokazuje gestami jakby lejce trzymał i niemi kierował.)
Dolski.

Zadajesz sobie tyle pracy.

Jenialkiewicz.

Prawda. Drugi padłby pod ciężarem... ale ja Bogu dzięki umiem sobie poradzić... Od tylu lat opieka na opiekę... a jakie! fiu!.. Mój brat Antoni zostawia mi Leona... majątek zadłużony — fraszka, oczyściłem radykalnie... wszystko sprzedałem i długi spłaciłem. Leon z pod mojéj opieki wyszedł czysty jak bursztyn, ale z nim mam biedę — to panicz, z którym nie zawsze można trafić do końca. Dobre serce, dobra głowa... ale języczek!... Jak płatnie niéma co zbierać. (ciszéj) Nawet mnie samemu oberwie się czasem.

Dolski.

Czy być może?

Jenialkiewicz.

Jakem Jenialkiewicz. (odprowadzając niby na stronę i tajemnie) Co gorzéj, mówiąc między nami, nie dba o moję radę... Pst! Zarozumiały, uparty, porywczy... ale chłopiec jakich rzadko, miły, łagodny, do rany przyłożyć, potrafię mu przyszłość (gesta) zapewnić i mimo, że już dawno wieloletni, nie prędko go jeszcze z opieki wypuszczę.

Dolski.

Pan Leon, jak się zdaje, skłania się sercem...

Jenialkiewicz.

Pst!... spuść się na mnie.

Dolski.
Dobrze Mości Dobrodzieju.
Jenialkiewicz.

Z Matyldą inna sprawa. Mój brat Józef, wdowiec od dawna, zostawił z córką i znaczny majątek pod moją opieką... kapitały, wsie zagospodarowane aż miło... to wymagało... (gesta, jakby lejcami kierował) Rozumiesz? Pieniądze rozlokowałem, bardzo, bardzo łatwo rozlokowałem... Teraz exekwuję, detaksuję, licytuję... palę proces po procesie... O! ze mną żartów niéma... ja wiem, co to opieka... prawda?

Dolski.

Prawda Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Wioski puściłem w dzierżawę... przeszłego roku jako dobry opiekun wszystkie zwiedziłem... Ach! mój miły Boże, co się z tego pięknego majątku zrobiło!.. (gesta) zwaliska, jakem Ambroży, zwaliska... ni ściany, ni strzechy... Zabrałem się żwawo do roboty i napisałem o strzechach rozprawę.

Dolski (półgłosem).

Czy może nie lepiéj było kazać naprawić.

Jenialkiewicz (przy biórze).

Pokażę ci wykaz stosunku produkcyi słomy jednego sążnia kwadratowego ziemi do zużycia téjże w jednym sążniu strzechy; rzecz arcy ciekawa... (Szuka.)

Dolski (na stronie).

Ach, któż bez ale.

Jenialkiewicz.
Gdzieś zatraciłem no... dam ci potém... Takim to ja jestem opiekunem... brat po bracie, opieka po opiece.
Dolski.

A opieki po siostrze Pan nie wspominasz? Pana Karola i Pannę Anielę.

Jenialkiewicz.

O! téj opieki nie liczę... Karola i Anielkę uważam za własne dzieci... A jakie dzieci mój kochany!... Karol złoto, klejnot... trochę długów narobił... (skrobiąc się za ucho) No!... A taż Anielka! dobra, luba, rozsądna, Anioł nie dziewczyna.

Dolski (z zapałem).

Ach prawda, Anioł, Anioł!

Jenialkiewicz.

Hę?

Dolski (spuszczając oczy).

Anioł, powtarzam słowa Wać Pana Dobrodzieja.

Jenialkiewicz (na stronie).

Miałżeby?... Chciałżeby?... Nie, inaczéj rzecz ułożyłem. On dla Matyldy prawdziwy mentor, tego jéj potrzeba... Anielka musi zostać duchem opiekuńczym Leona... Ach do stu!... zapomniałem. (dzwoni) Tyle interesów na głowie. (Bierze z bióra listy zapieczętowane i oddaje w głębi lokajowi, kończąc ciche zlecenia słowem: Galopem. Tymczasem Dolski na przodzie sceny mówił.)

Dolski.
Zdaje się niekontent... przeczułem... układ familijny... a ja miałbym wkradać się... nadużywać gościnności... ja? jego przyjaciel?... Nie... to byłoby zdradą... ale Panna Aniela... tak ładna, tak miła, o la Boga!
Jenialkiewicz.

A Matylda, co mówisz? To skarb Panie... prawda?

Dolski (obojętnie).

Skarb, w saméj rzeczy.

Jenialkiewicz.

Z nią sprawa nie tak łatwa jak się zdaje... to mały djabełek, djabełek jakem Ambroży! Ale charakter anielski... serce złote... Nie uwierzysz, ile ona dobrego czyni, ile jałmużny rozdaje... O! rzadkiéj dobroci dziewczyna.. A zuch! fiu!.. przeszłego roku wracała konno, sama od jednéj choréj staruszki... w tém, w lasku jakiś hultaj czy pijak wyskakuje z gąszczy i za cugle chwyta. Myślisz, że się zlękła? że krzyczała albo zemdlała? Wcale nie, widząc, że słowa nie pomagają, jak nie przeciągnie harapem przez łeb hultaja, aż się zatoczył... a ona w nogi... Ha, ha, ha! Rzadkiéj dobroci dziewczyna!

Dolski.

W saméj rzeczy.

Jenialkiewicz.

Ale wróćmy do twoich interesów.

Dolski.

Tak wróćmy.

Jenialkiewicz (bierze go pod rękę, wpatruje się w niego czas jakiś, potém mówi).

Pojutrze będziesz wybrany Dyrektorem w Towarzystwie kredytowém.

Dolski.

Och! Aż mi tchy zapiera, bo wiesz dobrze, kochany Panie Jenialkiewicz, że jedyném mojém życzeniem, jedyną myślą od samego dzieciństwa było i jest, abym mógł kiedyś jaki urząd piastować.

Jenialkiewicz.

Będziesz piastował, jakem Ambroży.. spuść się na mnie.

Dolski.

Dobrze. Ale pozwól mi łaskawie jedną uwagę.

Jenialkiewicz.

Dwie, jeżeli ci się podoba.

Dolski.

Dlaczego nasze zamiary okrywamy tajemnicą?

Jenialkiewicz.

Ty tego nie rozumiesz?

Dolski.

I to dla téj tajemnicy, przynajmniéj tak wnoszę, każesz mi tu bawić od kilku tygodni.

Jenialkiewicz.

Myślałby kto, żem go zamknął na cztery zamki... Ależ mój Jasiu, tobie widzę nie łatwo dogodzić... Dwie śliczne panienki, dwóch młodzieńców do rzeczy, stół niezły, polowanie dobre.

Dolski.

O la Boga! Z tego względu jestem jak w raju... ale WPan Dobrodziéj często odjeżdżasz, ja tu sam zostaję z rodzeństwem, któremu nieraz muszę być natrętnym.

Jenialkiewicz.
Czy ci kto uchybił?
Dolski.

Ach przeciwnie! Ich uprzejmość zawstydza mnie często... bo wiesz kochany Panie Jenialkiewicz... taki mój charakter... niczego tak się nie lękam, jak żebym gdzie nie zawadzał, nie był komu natrętnym.

Jenialkiewicz.

Ba, ba, ba!

Dolski.

Te Panie i ci Panowie mogliby słusznie zapytać się dlaczego... bo wszystko musi mieć swoję przyczynę... dlaczego Pan Dolski, mając dom własny, bawi tu u naszego stryja, który najczęściéj przesiaduje w mieście? A jak są razem, co znaczą te schadzki, te tajemne narady, te że się tak wyrażę podziemne obroty.

Jenialkiewicz.

Koszałki, opałki... koszałki opałki... Bawisz w domu przyjaciela, niegdyś swego opiekuna... masz z nim wiele interesów do załatwienia, nikt się dziwić nie może i nikt się nie dziwi... spuść się na mnie... Ale jeżeli nie chcesz być Dyrektorem...

Dolski.

O la Boga! Rób zatém kochany przyjacielu, jak ci się zdawać będzie najlepiéj, bylem tylko mógł kiedyś urząd piastować.





SCENA II.
Jenialkiewicz, Dolski, Aniela.
Aniela.

Co rozkażesz kochany wujaszku?

Jenialkiewicz.

Co rozkażę?

Aniela.

Kazałeś mnie zawołać.

Jenialkiewicz.

Kazałem cię zawołać... A tak... tak... kazałem zawołać. (Bierze ją pod rękę, wyprowadza na przód sceny, wpatruje się w nią w milczeniu — potem mówi:) Cóż?

Aniela.

Co wujaszku? (Krótkie milczenie.)

Jenialkiewicz.

Dobrze? Hę?

Aniela.

Dobrze.

Jenialkiewicz.

Wszystko dobrze? co?

Aniela.

Nic złego przynajmniéj.

Jenialkiewicz.

Kochane dziecię!

Aniela.
Jest pewnie coś do przepisania?
Jenialkiewicz.

A prawda, prawda... tyle mam na głowie... teraz już wiem... przepiszesz mi list do Pana... Pana... już ja sam zaadresuję... siadaj, pisz. (do Dolskiego) Dobrego mam sekretarza.

Dolski (z zapałem)

Ach do zazdrości. (spuszczając oczy i spokojnie) Do zazdrości.

Jenialkiewicz (do Anieli).

Oto masz... duża ćwiartka... tak, teraz pisz. (do Dolskiego) Kto ma tyle interesów na głowie, nie może. (pokazuje wolne pisanie) Rozumiesz?

Dolski.

Rozumiem.

Jenialkiewicz.

Musi czasem powierzyć pióro komu innemu. (tajemniczo) Jestem jéj pewny.

Dolski.

Och! nie wątpię.

Aniela.

Prawdziwie kochany wujaszku, że daléj twojego pisma nikt nie przeczyta.

Jenialkiewicz.

Cóż tam?

Aniela (wstając).

To słowo.

Jenialkiewicz.

To słowo?

Aniela.
Tak, to.
Jenialkiewicz.

To, to?

Aniela.

Tak jest, to to...

Jenialkiewicz.

Jakem Ambroży nie wiem.

Aniela.

A któż będzie wiedzieć?

Jenialkiewicz.

Dolski, zobacz no.

Dolski (czytając przez ramię Anieli).

„Ztrzeszczony“.

Jenialkiewicz.

Prawda... ztrzeszczony... wyraźnie... ztrzeszczony... nowy wyraz pochodzi od treści... ztrzeszczony, ztrzeszezony... djable mi jednak w uszach trzeszczy.

Aniela (wracając do bióra)

Trzeba więc zgadywać?

Jenialkiewicz.

Słuchaj no, ja nie mogę pisać, tak jak ty piszesz twoje wyciągi z historyi powszechnej. Wielkie pomysły, jak się czasem w głowie zatarasują, strach by jéj nie rozsadziły, jeżeli im drogi nie otworzy się czém prędzéj... wtenczas to pisze się. (gesta) Rozumiesz?

Dolski.

Rozumiem. Prędko.

Jenialkiewicz.
Fiu! kursa, wyścigi pióra z myślą... a jak się pióro rozmacha.. bryzg, bryzg... rozumiesz?
Dolski.

Rozumiem.

Jenialkiewicz.

Ale cóż chciałem powiedzieć... cóż chciałem powiedzieć? (Zdejmuje tekę z bióra i przenosi na stół.) Mnóstwo mam własnoręcznych rękopisów arcy ciekawych... ale na nieszczęście sam już ich odczytać nie mogę... Może ktoś, kiedyś, przysiadłszy poły... czemu nie?.. wszak odczytano i hieroglify... chcesz spróbować? Co?

Dolski.

Nie czuję się na siłach Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Pokażę ci arcy ciekawą moję rozprawę o działalności każdej litery w naszéj mowie... to była praca!.. Postanowić jak się ma A do J, I do M, B, P etc. etc... Ile sobie na przykład przypominam, J w 2000 słowach powtarza się w przecięciu 2046 razy, kiedy B tylko 896. Rzecz arcy ciekawa. (Do kilku officyalistów, którzy weszli z rejestrami i księgami.) Zaraz, zaraz... proszę do kancelaryi gospodarczéj... (do Dolskieqo) Sesya... u mnie zawsze sesya, bo ja wszystko... (gesta, jakby kierował lejcami) Jak Febus ze swojego rydwana... rozumiesz? (Odchodzi z officyalistami.)





SCENA III.
Aniela, Dolski.
Dolski (mówi na stronie, Aniela pisze).

Niéma co wątpić... tysiące szczegółów staje mi przed oczy... Leon kocha Pannę Anielę... Jakże nie kochać Panny Anieli?! O śliczna! o miła! o dobra Panna Aniela!

Aniela.

Nie, nie... tego nie przeczytam. (Odczytując zbliża się powoli ze spuszczoną głową ku Dolskiemu, biorąc go za Jenialkiewicza.) Proszę Wujaszka...

Dolski (czytając przez jéj ramię).

„Miłość“.

Aniela.

Ach!

Dolski.

O la Boga! przestraszyłem Panią... przepraszam.

Aniela.

Niéma czego... moja wina.

Dolski.

Och, nie — Pani winną być nie możesz.

Aniela.

Mogłam patrzeć przed siebie.

Dolski.

Ja powinienem był ostrzedz, usunąć się, wyjść nareszcie, ale przyznać się muszę, że jakaś niepojęta władza trzymała mnie w miejscu... tak mi tchy zaparło, że nie byłbym wymówił słowa, gdyby było szło i o życie, a cóż dopiero żeby ciebie Pani oddalić od siebie.

Aniela.

Nie mniéj byłabym pomocy wezwała.

Dolski.

Ach, ale nie tak, nie z takiém poufném zbliżeniem się, nie takim dźwiękiem głosu... O! to była chwila błoga, niepojętego uroku, ona stanie się mojem najdroższém wspomnieniem... Ach, Pani nie pojmujesz tego.

Aniela.

W istocie trudno pojąć.

Dolski.

Chciałaś Pani odczytać koniecznie słowa, które najczęściej odgadnąć trzeba.. im szczersze tém głębiéj w sercu.

Aniela.

Ale ja nie w sercu tylko na papierze czytałam.. to zdaje się łatwiéj.

Dolski.

Ach i w sercu łatwo, byle tylko trochę dobréj woli... ale nie, nie woli... sercem czyta się w sercu... sercem jedynie.

Aniela.

A jak się tam znajdzie takie pismo jak wujaszka?

Dolski.

Prawda, prawda, trafia się czasem, że jest niewyraźne, bo są niestety obowiązki, względy, okoliczności, które niezrozumiałém czynią to, co tak czyste, tak jasne... jak twe oczy Pani. (na stronie) O zdrajco! co ty mówisz?... uchodź nieszczęśliwy!

(Odchodzi spiesznie.)

Aniela (sama).

Może mnie kocha. A ja? Czemu nie odgadnie, kiedy tak pięknie umie o tém rozprawiać. Okoliczności — które? Obowiązki — jakie?... Względy — na co?... mógł był wyraźniéj powiedzieć.





SCENA IV.
Aniela, Matylda.
(Matylda w amazonce, kapelusz na głowie, harapniczek w ręku.)
Matylda.

A wiesz Anielko, że twój brat jest grzeczności prawdziwie tegoczesnéj... Wczoraj wieczór mówiłam mu wyraźnie, że dziś konno pojedziemy, a on do dnia ze strzelbą poleciał... Co to za nieszczęśliwa pasya tych mężczyzn, to obrzydłe polowanie.

Aniela.

Czy tylko nie przypadek jaki.

Matylda.

Gdzież tam!

Aniela.

Wszak zawsze tak grzeczny dla ciebie.

Matylda.

Twój Dolski grzeczniejszy.

Aniela.

Jakto mój?

Matylda.

Oho!.. Myślisz, że nie widzę... kocha się... ty się kochasz...

Aniela.

Matyldo!

Matylda.

O kochajcie się... kochajcie, ale do Karola przez cały dzień słowa nie przemówię.





SCENA V.
Aniela, Matylda, Jenialkiewicz.
(Jenialkiewicz staje między niemi, bierze za ręce i wpatruje się w nie.)
Jenialkiewicz.

Cóż?

Matylda.

Źle.

Jenialkiewicz.

Jakto? Co źle?

Matylda.

Piękny opiekun ze stryjaszka, och!.. Pupile ładnie wychowane... jeden zawsze się czai, a drugi zawsze lata.

Jenialkiewicz.

Co, co ta plecie? piękny opiekun... A wiesz ty, wiele ja już w życiu opiek miałem? Hm?

Matylda (obojętnie, bawiąc się harapnikiem).

Pięćdziesiąt cztery. (p. k. m.) Co?.. więcéj?

Jenialkiewicz (spuszczając okulary na nos).

Żebym miał i sto cztery, nie miałbym pewnie drugiego takiego kozaka jak Wać Panna. (podnosząc okulary) Czemu Wać Panna bez Pani Moczybłockiej wyjeżdżasz z domu?

Matylda.

Bo nie mam konia pod Panią Moczybłockę... Pani Moczybłocka za gruba.

Jenialkiewicz.
To... to... to... to...
Matylda (z przymileniem).

A fe stryjaszku! gniewać się... piękny przykład nam dajesz... opiekun?.. No no... nie gniewaj się stryjaszku.

Jenialkiewicz (łagodniéj — p. k. m.)

Mam z tobą pomówić... Anielko zostaw nas samych.(Aniela odchodzi.)





SCENA VI.
Matylda, Jenialkiewicz.
(Matylda całą tę scenę gra z spokojną wesołością.)
Jenialkiewicz.

Matyldo, z tobą w długie rezonowanie wdawać się nie można... zatém krótko powiem... Matyldo czas przyszedł... mam dla ciebie męża.

Matylda.

A miłego? słodkiego? rumianego?

Jenialkiewicz.

Ja nie żartuję.

Matylda.

Jego imię, herb, przezwisko?

Jenialkiewicz.

Imię: Jaś.

Matylda.

Wolałabym Kleofaś. A daléj?

Jenialkiewicz.

Jedném słowem, Dolski.

Matylda.
Jedném słowem, nie chcę. (Chce odejść.)
Jenialkiewicz (zatrzymując ją).

Jakto, nie chcę?

Matylda.

Nie chcę.

Jenialkiewicz.

Dlaczego?

Matylda.

Bo mi się nie podoba.

Jenialkiewicz.

Ależ moja Panno, i mnie opiekuna spytać się trzeba, czy się podoba czy nie.

Matylda.

Nie widzę koniecznéj potrzeby.

Jenialkiewicz (spuszczając okulary).

Co... co?.. Dziewczyno, nie wyzywaj mnie.

Matylda (całując go w ramię).

A choćby... lepiéj strzelam jak stryjaszek.

Jenialkiewicz.

O wiem, wiem... koń, harap, pistolet, brak jeszcze fajki.

Matylda.

Nie lubię.

Jenialkiewicz.

Zatém słuchać mnie nie chcesz?

Matylda (bez zapału).

Na co się stryjaszek pytasz, kiedy wiesz dobrze, że nigdy nie słuchałam i słuchać nie będę.

(Jenialkiewicz chodzi poprawiając okulary, Matylda bawi się harapniczkiem.)
Jenialkiewicz (wprowadzając ją na przód sceny).

Matyldo, córko mojego ś. p. brata Józefa, któréj opieką Pan Bóg raczył mnie nawiedzić, pytam ci się bez żartu, pytam ci się solennie: Będziesz mi posłuszną, albo nie?

Matylda.

Jak stryjaszka serdecznie kocham: nie. (Idzie do bióra i harapniczkiem strzepuje kurz z papierów.)

Jenialkiewicz (przyszedłszy z zadziwienia).

Ale dziewczyno, co ty poczniesz bez mojéj rady?

Matylda (zawsze strzepując papiery).

Ja sobie poradzę... i lepiéj niż stryjaszek... Ja stryjaszka bardzo kocham, ale stryjaszek nie tęgi do rady... na honor nie tęgi.

Jenialkiewicz.

A to... to... jakem Ambroży...

Matylda.

Jakem Matylda, prawda. Bo cóż mi stryjaszek radzi? Iść za Dolskiego?

Jenialkiewicz (półgłosem do siebie).

Nie tęgi do rady...

Matylda.

Ale Pan Dolski mnie się nie podoba, ale Panu Dolskiemu ja się nie podobam.

Jenialkiewicz.

Spuść się na mnie...

Matylda (kończąc sens).
A dobrze wyjdziesz.
Jenialkiewicz.

Zapewne, że dobrze.

Matylda.

Wątpię.

Jenialkiewicz.

Kogoż ty chcesz?

Matylda.

Nikogo.

Jenialkiewicz.

Chcesz zostać starą panną?

Matylda.

Cóż złego?

Jenialkiewicz.

Winszuję.

Matylda.

A stryjaszek stary kawaler, a przez to wszyscy go kochają.

Jenialkiewicz.

Ale dlaczego nie tęgi do rady... nikt mi jeszcze tego nie powiedział, jakem Ambroży.

Matylda.

Dlatego, że ile mi razy stryjaszek co poradził, ja zawsze przeciwnie zrobiłam, a mimo tego doszłam do lat dziewiętnastu i jestem zawsze zdrowa, wesoła... i dość ładna. Co? nie prawdaż?

(Jenialkiewicz chce odpowiedzieć, ale spuszcza okulary kiwa ręką i odchodzi.
Matylda (zadzwoniwszy — do Lokaja).
Pan Karol wrócił?
Lokaj.

Nie jeszcze. (Odchodzi)

Matylda.

Ha! Panie Dolski, mistrzu niezgłębionych tajemnic, chcesz się ze mną żenić? Zobaczymy. (do przechodzącego) Panie Dolski!

Dolski.

Pani?





SCENA VII.
Matylda, Dolski.
Matylda.

Proszę mi powiedzieć, którego dziś mamy?

Dolski.

Dziewiątego.

Matylda.

Dziewiątego... liczba kabalistyczna, przyjazna wróżbie. Ja umiem czytać w przyszłości. Chcesz Pan doświadczyć mojéj sztuki?

Dolski.

Bardzo chętnie... piękna wróżka, wróżba dobra.

Matylda.

Proszę mi dać rękę.

Dolski.

Cieszy mnie, że widzę Panią w tak dobrym humorze.

Matylda.
O w bardzo dobrym humorze. (wpatruje się w rękę) Hm! hm! hm! Pan masz różne zamiary.
Dolski.

Któż ich nie ma?

Matylda.

Zwłaszcza jeden, główny — Pan starasz się pokryć swój zamiar jak najciemniejszą tajemnicą.... Ale niestety!..

Dolski.

Cóż złego?

Matylda.

Obowiązkiem moim mówić otwarcie... ten plan zakreślony nadaremnie... ziszczonym nigdy nie będzie.

Dolski (ironicznie).

Wielkie nieba!

Matylda (na stronie).

Jaka zarozumiałość! (głośno) Ale to ja, ja, Panu powiadam, że jego zamiar nigdy spełnionym nie będzie. Nigdy, raz jeszcze powtarzam.

Dolski (na stronie).

Miałażby co wiedzieć o wyborach. (głośno) Nie rozumiem dlaczego nie miałbym otrzymać...

Matylda.

Nie rozumiem, dlaczego Pan masz otrzymać.

Dolski.

Bo chcę piastować... (urywa)

Matylda.

Piastować? (p. k. m) Nie rozumiem.

Dolski.
Bogu dzięki.
Matylda.

Mów Pan tajemniczo, jak się podoba, ale proszę pamiętać, co Panu dziś powiedziałam — Nigdy! (przy drzwiach odwracając się) Nigdy!

(Odchodzi Dolski zdziwiony spogląda za nią.)


Koniec aktu I.
AKT II.

(Salon pierwszego Aktu.)

SCENA I.
Jenialkiewicz, Aniela, Dolski, Pan Ignacy, Lokaj.
(Jenialkiewicz siedzi w krześle na przodzie sceny w środku — przed nim mały stoliczek, na którym kałamarz i pióro. U nóg dużo kopert, które przy podniesieniu zasłony Lokaj klęcząc zbiera; po lewém ręku Jenialkiewicza Pan Ignacy, włos siwy ale nie w czuprynę podgolony, kapota długa, trzyma w ręku dużo zapieczętowanych pakietów, które następnie podaje Jenialkiewiczowi — Jenialkiewicz zdziera koperty, rzuca na ziemię; pisma lub książki przegląda, potém oddaje Lokajowi. To zatrudnienie trwa ciągle nie przerywając rozmowy. — Dolski siedzi przy stole po lewéj stronie niby zajęty dziennikami, ale właściwie nie spuszcza oka z Anieli, która pisze przy biórze i często znajduje powód obrócenia się i rzucenia okiem na Dolskiego.)
Jenialkiewicz.

W dzień korespondencyi trudno sobie dać radę, aż się w głowie kręci.

Pan Ignacy.

Prawda... a wszystko daremnie... bo na co to się przyda? Dwa razy na tydzień płaci się poczcie

za tyle niepotrzebnych szpargałów.
Jenialkiewicz (półgłosem).

Gdyru, gdyru, gdyru, gdyru... (głośno) Tygodnik. (do Lokaja) Połóż na stół.

Pan Ignacy.

Mógłem był wczoraj przywieźć te książki i część tych listów z miasta... nie byłoby nic kosztowało.

Jenialkiewicz.

Jegomość tego nie rozumiesz.

Pan Ignacy.

Czego nie rozumiem?

Jenialkiewicz.

Że to są korespondencye. (do Lokaja) Pannie Matyldzie.

Pan Ignacy.

I na cóż to się przyda?

Jenialkiewicz.

Dolski!.. Pan Ignacy pyta się na co się przyda korespondencya. (Śmieje się — pisarz przynosi mu księgę, w któréj Jenialkiewicz podpisując mówi dalej) Nie każdy wié, nie każdy pojmie ile trzeba kółek, aby zegar szedł. O! nie tak to łatwo... Tu czytaj... tu podpisz... a wszystko kto? — Ja. (do pisarza) Przepisać i expedyować. (Pisarz odchodzi.)

Pan Ignacy.
To pisanie, istna plaga... na co to się przyda? Wszystkich swoich officyalistów trujesz, zabijasz Jegomość swoim atramentem. Już ich na pięć mil dokoła poznają po ich czarnych palcach... Daléj i nosy im poczernieją.
Jenialkiewicz (półgłosem).

Gdyru, gdyru... (do Lokaja) Na stół.

Pan Ignacy.

Jegomość jesteś wielką głową, to rzecz wszystkim znana.

Jenialkiewicz (uśmiechając się z ukontentowaniem).

O!

Pan Ignacy.

Jesteś zdatny na ministra jakiego.

Jenialkiewicz.

O! O!

Pan Ignacy.

Na jakiego kanclerza.

Jenialkiewicz.

O! O! O!

Pan Ignacy.

Ale nie na wiejskiego gospodarza.

Jenialkiewicz.

Hę?

Pan Ignacy.

Niech po miastach sobie piszą, ale nie po wsiach. Na co to się przyda? pisanina intraty nie powiększy.

Jenialkiewicz (półgłosem).

Obskurantyzm... (głośno) Jegomości zawsze zdaje się, że jeszcze żyjemy w owych czasach, kiedyś mnie uczył czytać... a tu odtąd wiele wody upłynęło... i teraz nie potrzebuję już Bogu dzięki niczyjéj nauki. (Aniela podaje list do podpisu — podpisując) Dobrze, dobrze moje dziecię... jestem kontent... ale numer zapomniałaś... Bez numeru nic z mego bióra wyjść nie może.

Pan Ignacy.

Na co to się przyda?

Jenialkiewicz (do Anieli).

Teraz włóż w koperty i zapieczętuj.

Dolski.

Może mogę pomódz?

Jenialkiewicz.

Nie, nie, ona sama najlepiéj zrobi — wzrosła pod moją ręką.

Pan Ignacy.

Jeszcze lepiéj byłaby wzrosła, gdyby ciągle atramentu nie wąchała i oczów sobie czytaniem nic psuła... Teraz, co trzeci to w okularach... ślepy... a z czego? z czytania. Na co to się przyda?

Jenialkiewicz (półgłosem).

Obskurantyzm. (do Lokaja) Pannie Anieli.

Pan Ignacy.

Ma się robić, to robić, a nie z książki. Raz, dwa, trzy i kwita.

Jenialkiewicz.

Z Przemyśla. — Zobaczymy co się tam dzieje. (czyta) „Jaśnie Wielmożny Panie, donoszę Jaśnie Wielmożnemu Panu, ze dziś nic nie mam do doniesienia Jaśnie Wielmożnemu Panu. Zostaję etc. etc.“ A! to mi się podoba!.. Nic nie ma do doniesienia!.. Piękny korespondent!.. A za cóż płacę?

Pan Ignacy.
Djabli wiedzą za co.
Jenialkiewicz.

Odmienię korespondenta... odmienię. Anielko, zapisz w księdze notat: Korespondenta w Przemyślu odmienić.

Pan Ignacy.

Ale z drugiéj strony, prawdę mówiąc, jak donosić, kiedy niéma co?

Jenialkiewicz.

Jegomość tego nie rozumiesz... niéma co? Ja się nie pytam.

Pan Ignacy.

Jużci woli nie pisać, jak pisać głupstwa.

Jenialkiewicz.

Bardzo przepraszam; rzeczy się mają zupełnie przeciwnie... (przeglądając) Gazeta... dzienniki... nie wiedzieć dlaczego tylko trzy.

Pan Ignacy.

Bagatela! Trzy! I na co się to przyda?

Jenialkiewicz (śmiejąc się).

Dolski! Dolski! Pan Ignacy pyta się na co dzienniki! (do Lokaja) Na stół.

Pan Ignacy.

Niechby każdy swego nosa pilnował a lepiéj byłoby na świecie. Piszą, piszą a w każdém słowie dwa łgarstwa.

Jenialkiewicz.

Obskurantyzm!.. Z Krakowa... Ten wié co pisze.

Pan Ignacy.
Tak, wié, że pisze.
Jenialkiewicz (czyta).

„Mamy dnie gorące...“

Pan Ignacy.

Nowina!

Jenialkiewicz (czyta).

„W tych dniach umarł tu Pau Szuster...“

Pan Ignacy.

I cóż z tego? — Szustrów nie braknie.

Jenialkiewicz (czyta).

„Na Wiśle mała woda...“ (mówi) Dolski! Dolski, słyszysz, na Wiśle mała woda.

Dolski (jak przebudzony).

A!.. Wała moda... mała woda... proszę!..

Jenialkiewicz.

Rzecz warta uwagi.

Pan Ignacy.

Mała woda, bo deszczu nie ma.

Jenialkiewicz.

Obskurantyzm. (do Lokaja) Pannie Anieli... Anielko włóż do teki obserwacyj meteorologicznych. (otwierając list) Ha! Cóż to?.. Afisz ze Lwowa. (czyta) Menażerya niewidziana dotąd w kraju. Hm hm... hm... Dwa niedźwiedzie rzadkiéj piękności... jeden biały, drugi czarny... (Podnosi okulary a afisz spuszcza na kolana — p. k. m.) Biały... i... czarny.

Pan Ignacy.

Mam się spytać Jegomości jak decydujesz, czy

bydło na łąki puścić, czy paszy kupić?
Jenialkiewicz.

Na co kupić?

Pan Ignacy.

Bo niéma... skutki utrzymywania bydła na stajni.

Jenialkiewicz.

Stare przesądy!

Pan Ignacy.

Prawda, stare, że bydłu jeść trzeba.

Jenialkiewicz (do siebie).

Biały... i... czarny.

Pan Ignacy.

Cóż?

Jenialkiewicz.

Co? Trzeba... (gesta jakby lejcami kierował) Rozumiesz Jegomość?

Pan Ignacy.

Już dosyć się za łeb turbuje, ale cóż to pomoże?

Jenialkiewicz.

Nie mówię, żeby kogo za łeb targać... ale mówię, żeby interes prowadzić dzielnie, raźnie.... z energią.

Pan Ignacy.

Energia nie pasza.

Jenialkiewicz.

Dałem przepisy własnoręczne.

Pan Ignacy.
I wlasnoręczne nie nakarmią.
Jenialkiewicz.

Obskurantyzm! — Biały... i czarny... Dolski usiądź tu bliżéj... wielka myśl we mnie powstała... wielkie pytanie do rozstrzygnienia... czy biały i czarny niedźwiedź tak jak my z Murzynami są jednego pochodzenia, czyli téż zupełnie innego? — Co? Czy biały dlatego biały, że w śniegach żyje, a czarny, że w jodłowych lasach przebywa? — Co? Jak ci się zdaje?

Dolski.

Wyznam szczerze, że nie czuję się na siłach stanowczego zdania udzielić w téj mierze.

Jenialkiewicz.

Rzecz arcyciekawa... Jeżeli są jednego rodu... któryż był pierwéj? biały czy czarny?.. Któryż maść zmienił?

Pan Ignacy.

Jakże Jegomość decydujesz?

Jenialkiewicz.

O! o! o! Jegomość myślisz, że to tak łatwo... bo jeżeli biały...

Pan Ignacy.

Ależ ja mówię o bydle.

Jenialkiewicz.

Dajże mi pokój Jegomość...

Pan Ignacy.

Ależ bo Jegomość...

Jenialkiewicz.

Jegomość psujesz dyskusyą.. Chodźmy Dolski do biblioteki... Tam spokojniéj tę rzecz zgłębimy. (odchodząc) I względem ludzi nie jest to jeszcze dowiedzione.

Dolski (we drzwiach oglądając się na Anielę).

W saméj rzeczy Mości Dobrodzieju! (Lokaj odnosi krzesło i stolik.)

Pan Ignacy (patrząc za nimi).

Koniec świata... im kto mędrszy tém głupszy... O książki! książki!..





SCENA II.
Aniela, Pan Ignacy.
Pan Ignacy.

Panienko!.. chodźno Panienko... coś powiem. Pan Dolski człowiek stateczny, godny kochania, prawda?

Aniela.

Zapewne... ale dlaczego?..

Pan Ignacy.

Miarkuje to się... hm!.. hm!

Aniela.

Co się miarkuje?

Pan Ignacy.

No... no... wiem, rozumiem... Jego Marcin powiadał, że u nich dom de noviter się restauruje... A wiesz Panienka co to znaczy?

Aniela.
Jakże mogę wiedzieć... zresztą cóż mnie to obchodzi?
Pan Ignacy.

Hm... hm... co obchodzi?.. mnie się zdaje, że będzie coś trochę obchodzić... Pan Dolski ma się żenić.

Aniela.

Ma się żenić? z kim?

Pan Ignacy.

Z kim, nie wiem, ale wiem, że nad jego łóżkiem wisi obrazek przez niego samego malowany... jakiéjś Świętéj...

Aniela.

Cóż mnie to obchodzi.

Pan Ignacy.

A ta Święta... podobna do kogoś... Hę, hę, hę... No, no. Dobrze, dobrze... Pan Dolski człowiek stateczny... lubię go...

Aniela (na stronie).

Poczciwy staruszek.





SCENA III.
Aniela, Pan Ignacy, Matylda.
(Matylda wchodzi bocznemi drzwiami i otwierając środkowe.)
Matylda.

Pan Karol wrócił?

Lokaj (z przedpokoju).

Nie jeszcze.

Matylda.
Nieznośnie!.. sama pojadę.
Pan Ignacy.

Jeżeli Panienka chcesz, to ja z nią pojadę.

Matylda (wstrzymując się od śmiechu).

Dziękuję Jegomości.

Pan Ignacy.

Wsiądę na szłapaka.

Matylda.

Tego kaszlącego?

Pan Ignacy.

No, kaszlący... bo dychawiczny.

Matylda.

Bagatela.

Pan Ignacy.

Ale ma jeszcze fantazyę za katy!

Matylda.

Fantazujcieże sobie razem, ale bezemnie. (miarkując się) Ale bardzo jestem wdzięczną Jegomości... nie chcę go fatygować.

Pan Ignacy.

No, niech i tak będzie... z Panem Karolem lepiéj jeździć... Ja wiem... (Odchodzi śmiejąc się.) Hę, hę, hę! Ja wiem...





SCENA IV.
Matylda, Aniela.
Matylda (patrząc za P. Ignacym p. k. m.).

Czego on się śmieje?..

Aniela.
Dobry staruszek...
Matylda.

Dobry, ale nie do konia — śmieje się! Ja powinnabym śmiać się z jego propozycyi... ale takam zła!.. takam zła!

Aniela.

Słuchajno Matyldo.

Matylda.

Zupełnie o mnie zapomniał... Cóż mam słuchać?

Aniela.

Ponieważ dostrzegłaś i powiadasz, że tak jest niezawodnie, to ja nie będę się zapierać... Wszystko ci powiem... Może dasz mi dobrą radę.

Matylda.

Co ty mała pleciesz?.. Co ja dostrzegłam? Co ja mówię, że jest niezawodnie?

Aniela.

No... o Panu Dolskim...

Matylda.

Ja mówiłam?

Aniela.

Przed chwilą.

Matylda.

O Dolskim?.. nic nie wiem... co?.. jak? gdzie?

Aniela.

Ach, jesteś bez litości... Nie powiedziałażeś: on cię kocha... ty się kochasz.

Matylda.

A! o tém mowa?.. żarty nic więcéj... albo raczéj zniecierpliwiona na Karola powiedziałam coś bez sensu, sama nie wiem dlaczego... Przepraszam cię... ale hola! pójdźno tu... patrz mi się w oczy... do czego, powiédz, wolisz się przyznać?

Aniela (ocierając oczy).

Prawdziwie, to się nie godzi.

Matylda (ściskając ją i pieszcząc).

O, o, łzy!.. Moja Anielko, moja ty luba, droga.. Ja nie chciałam cię zasmucić... ja cię tak kocham. Jakże? powiedz? (ocierając jéj oczy) Tylko nie płacz... powiedz... coś wprawdzie powinna była dawno uczynić. — Cóż? Dolski kocha cię? (Aniela potakując głową.) A ty?.. niby?.. trochę?.. ale słuchajno moje dziecię, pomówmy rozsądnie... (siadając) Opowiedzże mi, jak, co, kiedy?

Aniela.

Ach, kochana Matyldo, nie tak to łatwo, jak ci się zdaje powiedzieć, jak to się zaczęło i kiedy... ja sama nie wiem.

Matylda.

Ale z czego przecie miarkujesz, że cię kocha?

Aniela.

Najpierwéj z oczów.

Matylda.

Mruga, co?

Aniela.

Otóż tego się bałam... żartów... wiecznych z wszystkiego żartów... wolę nic nie mówić.

Matylda.

Przepraszam cię, przepraszam, już nie będę żartować... zatém z jego oczu wyczytałaś miłość..

dobrze... ale cóż dalej?
Aniela.

Przytém stara się zawsze do mnie zbliżyć, zawsze usłużyć. On zawsze pierwszy mnie usłyszy, zrozumié... zgaduje mnie prawie.

Matylda.

Hm! to coś niby trochę więcéj jak wejrzenia.

Aniela.

Tak, ale jakie wejrzenia!.. to trudno opisać... wejrzenia więcéj mówią jak usta... i lepiéj i wyraźniéj.

Matylda.

Proszę! jak ona to w cichości ducha pojęła... na tém przecie nie koniec?

Aniela.

Przed godziną zostaliśmy tu sami, przypadkiem.

Matylda.

Przypadkiem.

Aniela.

Jak cię kocham przypadkiem, bo nie słyszałam jak wujaszek wyszedł... Otóż wtenczas z powodu słowa, którego odczytać nie mogłam, Pan Dolski zaczął mówić tak ładnie, takim głosem, z takiém wejrzeniem... O Matyldo, ja nie umiem tego opisać... ale to wiem, że serce biło mi coraz prędzéj i gdyby się był zapytał: kochasz mnie Panno Anielo? byłabym może odpowiedziała: w saméj rzeczy Panie Dolski.

Matylda.

Pojmuję, pojmuję... cóż daléj?

Aniela.
Daléj... nic... przerwał mowę i wyszedł nagle.
Matylda.

Dobrze, wiem wszystko... Słuchajże ty mnie teraz, bo tu nad wszystkiém zastanowić się trzeba i rozważyć rozsądnie. — Powiadasz, że Dolski kocha się w tobie. Nie ma nic dziwnego... ale z drugiéj strony jak wytłomaczyć, że przed chwilą stryjaszek, jego przyjaciel a więc i powiernik, częstował mnie mężem... a tym mężem...

Aniela.

Dla Boga! On?

Matylda.

On.

Aniela.

Cóż odpowiedziałaś?

Matylda.

Nie przyjęłam, ale o mnie niech nie będzie mowy; gdybym ginęła z miłości jak georginija po pierwszym mrozie, twoją rywalką nie będę.

Aniela.

Ciebie, ciebie kocha, niema wątpienia... jakżeby mógł ciebie nie kochać... ale ze mną postąpił sobie niegodnie... Bawił się i ten Pan Ignacy plótł bez sensu... to prawdziwie niegodziwie...

Matylda.

Powoli, powoli, bądź spokojna, rzecz wyjaśnię i krzywdy nie dam ci zrobić... A teraz na koń!
(Leon wchodzi)

Aniela.

Sama? bez Karola?

Matylda.
Czemu nie? — piękny mentor, co po polach lata.
Leon.

Jeżeli trzeba koniecznie, to ja pojadę.

Matylda.

Jest i drugi.. trudny wybór... już odmówiłam...

Leon.

Komu?

Matylda.

Panu Ignacemu... mógłby się urazić...

Leon (na stronie).

Żądełko!.. (spoglądając na Anielę) Pewnie wolałbym nie jechać, ale, aby Matylda miała sama jechać, na to nie pozwolę.

Matylda.

Nie pozwolę!.. Ha, ha, ha!.. do zobaczenia Panie Niepozwalam — jadę, a ty zostań z Panem Ignacym w piechocie. (Odchodzi)





SCENA V.
Aniela, Leon.
Leon.

Dziwna istota! co za spływ złego i dobrego, pociąga ku sobie i odtrąca razem. Co chwila trzeba się pytać samego siebie, czy się ją kocha czy się nienawidzi.

Aniela.

Nienawidzieć Matyldę? Leonie!

Leon.

Za ostrego może użyłem wyrazu, ale przyznaj

sama, że bolesne często zadaje razy.
Aniela.

Z wesołości.

Leon.

Nie mniéj przez to bolą.

Aniela.

I jakież to te razy?

Leon.

Języczek ostry.

Aniela.

Wszak nie masz wyłącznego przywileju.

Leon.

Różyczka świeżo rozkwitła... ale ostrożnie, w środku osy żądło.

Aniela.

Jeżeli żądło, to pszczółki. Nie tykaj, nie ukole.

Leon.

Ja się nie zbliżam, ja zawsze zdaleka. (Aniela śmieje się skrycie.) Ale z Panną Matyldą...

Aniela (sens kończąc).

Trudno trafić do końca.

Leon.

Cóż chcesz przez to powiedzieć?.. Wiem... wiem... (Śmieje się z przymusem.) Kocham się w niéj skrycie... szalenie... Co?.. nieprawdaż?

Aniela.

O, nie, nie kochasz się.

Leon.

Chciałbym się z nią ożenić, wszak tak? (Aniela milczy.) I tyż to Anielo, mnie o te myśli posądzasz?.. tegom się nie spodziewał... Ty, któréj towarzystwa zawsze szukam... któréj zdanie najczęściéj podzielam... łagodność charakteru podziwiam...

Aniela (grożąc mu).

Panie Leonie! Panie Leonie! (Śmiejąc się wybiega.)

Leon (sam).

Prawdę powiedziała... trudno trafić do końca... Udaję się do téj, aby tamtéj nie spłoszyć... aby mieć czas ułaskawić, ugłaskać srogą amazonkę... wszystko nadaremnie... przed ich naiwnym rozsądkiem topnieje moja dyplomacya. (Po długiém milczeniu.) Dolski... fraszka. Gdzie ona pójdzie za szlachcica o jednéj wiosce... jéj zdaje się, że ma cały świat pod nogami.





SCENA VI.
Leon, Dolski.
Dolski.

Czegoż tak dumasz, kochany Leonie?

Leon.

Wszyscy teraz tylko dumamy.

Dolski.

Może odgadłbym przyczynę.

Leon.
Wątpię. Ale słuchaj... ty chcesz mnie wybadać z wielką oględnością, a ja ci naprzód odpowiem otwarcie; na co czasu tracić: ktokolwiek sięgnie po rękę Matyldy, niech będzie przekonany, że we mnie rywala nie znajdzie.
Dolski.

Ale pozwól, pozwól... moje spostrzeżenia...

Leon.

Twoje spostrzeżenia są mylne... i aby zupełnie cię przekonać, powiém, że mojém przedsięwzięciem jest, nigdy się nie żenić.

Dolski.

Nigdy?

Leon.

Nigdy... choćby i z córką królowej Pomary.

Dolski.

Muszę wyznać, że mnie to bardzo cieszy.

Leon.

Cieszy? dlaczego?

Dolski.

Wkrótce się dowiesz.

Leon (na stronie).

Prawda, wkrótce się dowiem; nieborak!

Dolski.

Ale pozwól się zapytać, dlaczego jesteś zawsze tak smutny, tak zamyślony, może mógłbym ci w czém pomódz?

Leon.

Dziękuję ci... ty mi nie pomożesz... finansowe kłopoty.

Dolski.

Potrzebujesz pieniędzy?

Leon.
Potrzebuję.
Dolski.

Chętnie ci pożyczę.

Leon.

Ty? — Masz do pożyczenia?

Dolski.

Mam.

Leon.

Kilkaset dukatów?

Dolski.

Dobrze.

Leon.

Prędko oddać nie obiecuję.

Dolski.

Nic nie szkodzi, masz u mnie pieniądze, daję ci słowo.

Leon.

Długów nie robię, bo nadto jestem bardy, ale okoliczność jest taka; podałem się na Dyrektora w Towarzystwie kredytowém.

Dolski.

Na Dyrektora? (na stronie) A to piękny interes!

Leon.

Mam wiele głosów przyrzeczonych, ale pomimo tego pamiętam przysłowie: Pomagaj sobie, a Bóg ci pomoże. Pieniądz jest to dźwignia...

Dolski.

O la Boga! nie zechcesz przecie...

Leon.
Przekupywać? Nie. Ale mając pieniądze miałbym środek zjednania sobie przychylności różnemi, małemi, dozwolonemi sposobami.
Dolski.

Jakież są te sposoby?

Leon.

Na przykład, mając pieniądze jadę jutro, wchodzę do Pana N* N*, któremu, dajmy na to, mój ojciec został winien kilkadziesiąt dukatów, wchodzę i płacę dług. Pan N* N*, który się nigdy nie upominał, dziwi się, chwali i pojutrze daje mi głos niezawodnie.

Dolski.

Być może.

Leon.

Pan M* M* ma parę starych koni... żona życzy sobie lepszych... ja kupuję konie... Pan M* M*, który wziął dwa razy tyle ile były warte, da mi pojutrze dla zaspokojenia swojego sumienia, swój głos niezawodnie.

Dolski.

Być może.

Leon.

Pan R* R* źle gra w bilard a lubi wygrać — gram z nim, przegrywam... Pan R* R*, aby gracza nie stracił, da mi pojutrze swój głos niezawodnie.

Dolski.

Pieniądze ci dam chętnie, ale wolałbym, abyś je na co innego obrócił — mojém zdaniem wybory powinny być wolne od wszelkiego wpływu. Między uczciwymi powinien być wybrany najzdatniejszy.

Leon (śmiejąc się).

Najzdatniejszy? — A któż ci da dyplom na najzdatniejszego, jeżeli nie ty sam sobie? Milcz zawsze, a ludzie mijać cię będą; ale rozgłaszaj ciągle twoje zalety... kładź je ciągle w każde ucho, jakie ci się nastręczy, małe czy duże, pod hełmem czy pod kornetem, słuch poda pamięci, pamięć rozumowi, a rozum nareszcie uwierzy, bo powié: Vox populi, vox Dei.

Dolski.

Ale koniec końców brak zdolności odkryje się kiedyś.

Leon.

I cóż z tego? — Rozumni zamilczą o twojéj nicości ze wstydu, że się wcześnie na tobie nie poznali, intryganci, bo zechcą z niéj korzystać, a ogół, dlatego, że sądzi ludzi podług ich stanowiska.

Dolski.

Hm! hm! Ale pozwól zapytać się, czy Pan Jenialkiewicz wie, żeś się podał na ten urząd.

Leon.

Nie odemnie przynajmniéj. Mój stryj najlepszy człowiek, ale namiętnie lubi piętrzyć przeszkody na najgładszéj drodze, o które sam w końcu się rozbija. — Wracając zaś do interesu, widzisz, że pożyczone pieniądze stawiłbym poniekąd jak na kartę... niech więc mowy o tém nie będzie; twoja możność nie odpowiada dobréj chęci.

Dolski.

Dlaczego?

Leon.

Nie jesteś majętny.

Dolski.
Wszak téj zimy znaczny majątek po ciotce odziedziczyłem.
Leon.

Znaczny majątek? Odziedziczyłeś?





SCENA VII.
Leon, Dolski, Karol.
Karol (wchodząc).

Co odziedziczył? gdzie? Kto odziedziczył? Czy nie ja przypadkiem?

Dolski.

To ja Panie Karolu — ciotka zmarła, o któréj nawet nie wiedziałem, dziś mnie robi bogatym.

Karol.

O, ta ciotka kochana! Gdybyśmy i my Leonie poszukali, może znaleźlibyśmy także oddawna zmarłą kochaną jaką ciotunię.

Leon (na stronie).

Odkrywa się więc powoli plan stryja... Zaprosił go... zatrzymuje, ażeby... niegodziwie!

Dolski.

Chcesz, abym ci zaraz przyniósł?

Leon.

Dziękuję... już nie chcę. (na stronie odchodząc) Przeklęcie!





SCENA VIII.
Karol, Dolski.
Karol (rozciągając się na kanapie).

O, tak, tak, niéma ciotuni... ani babuni... ani prababuni... Pies płoszy mi bekasy... kuzynka się gniewa... a na pociechę niéma ciotuni... ś. p. ciotuni... Ach, jakżebym ją kochał!

Dolski (na stronie).

Nie chce się żenić... ale ja chcę... przyzwoiciéj byłoby jako Dyrektor... Dyrektor?.. A jak Leon mnie ubiegnie?.. A ba! Jenialkiewicz czuwa... Nie chce się żenić, nic mi już zatém nie przeszkadza... Ubiorę się i oświadczę się Pannie Anieli... zdaje mi się, że nie będę odmówiony.

Karol.

Wiesz co Dolski — dziś przy obiedzie wypijemy zdrowie téj twojéj ciotuni.

Dolski.

Dziękuję... nigdy nie piję.

Karol.

Wiem, wiem, że nie jesteś biegłym w téj sztuce, ale kieliszek ze mną wypróżnisz.

Dolski.

Jak żyję, nie wypiłem kieliszka.

Karol.

Niepodobna! I dla czegoż?

Dolski.

Od dzieciństwa mam wstręt do wina.

Karol.

Wstręt do wina?.. I ten odziedzicza! Ja przeciwnie...

Dolski (odchodząc).
Pozwól...
Karol.

Idę z tobą... opowiesz mi jak się to stało, że ciotka, któréj nie znałeś, która dawno zmarła, dziś robi cię bogatym. Ach gdybym miał taką ciotunię, wypiłbym za jéj zdrowie i butelkę całą... droga ciotunieczka!



Koniec aktu II.
AKT III.

(Salon z otwartą kolumnadą na ogród, po obu stronach kanapy i przed niemi stoły — na prawém pęki kwiatów i wazon.)

SCENA I.
Matylda, Karol.
Karol (pod jedną i drugą ręką księga in folio).

Matyldo, konie posiodłane, chcesz albo nie chcesz jechać... jeżeli nie, wezmę się do roboty.

Matylda.

Nie chcę... zwłaszcza z Panem nie chcę... i nigdy z Panem nie pojadę, rozumiesz mnie Panie Niegrzecznicki?

Karol (kładzie księgi i zasiada na kanapie po lewéj).

Nie gniewaj się moja Matyldo, przeprosiłem cię i jeszcze przepraszam; lubo żem się spóźnił nie moja wina. Wy nie wiecie, co to jest polowanie na bekasy... Myślałem sobie wczoraj, że ty Matyldo powinnabyś spróbować... dobrze strzelasz z pistoletu, wprawiłabyś się łatwo i do strzelby. (Matylda zbliża się zwolna do stołu, potém oparta na księgach słucha z wielką uwagą.) Wiem, jakbyś spuszczała bekasy, a mam fuzyjkę jak piórko... Nie uwierzysz, co to za zabawa... iść za psem, patrzeć jak się zwija, jak sylabizuje po trawie. Co za lube oczekiwanie kiedy ściągać zacznie... A jak serce bije, jak się dech zapiera kiedy... tuc!... stoi... stoi jak mur... biegniesz... pójdź daléj, pif!.. frrru!.. paf! aport!

Matylda (klaszcząc w ręce).

Pif aport!.. I do nogi! prawda? Ja potrafiłabym komenderować: Sa! do nogi! pójdź daléj! Waruj, spłoszysz! Co? prawda, dobrze?

Karol.

Doskonale — gniewasz się?

Matylda.

Nie. A któraż to twoja strzelba lekka jak piórko?

Karol.

Ta wyzłacana... wiesz?

Matylda.

Jednak ja cały poranek czekałam.

Karol.

Jeszcze przebaczyć mi nie możesz, ale jakże miałem konno z tobą jechać, kiedy w dziurze siedziałem.

Matylda.

W jakiéj dziurze?

Karol.

Słuchaj!.. pies ściąga, ja za nim krok w krok... grzęznę coraz bardziéj... ratuję się, jak mogę... w tém patrzę, jakaś kupka sitowiny... szust na nią!.. i plump! aż po pas. (Matylda się śmieje.) Ani rusz... wołam, krzyczę hop! hop! a tu bul bul bul... hop! hop! a tu bulbulbul coraz głębiéj... (Matylda śmieje się klaszcząc w ręce z ukontentowaniem.) I gdyby jakiś szlachcic, co opodal łapał piskorze, nie był przyszedł na pomoc i za kark mnie nie wyciągnął, byłbym moknął dotychczas jak sztokfisz kapucyński.

Matylda.

Ach to musi być bardzo zabawne.

Karol (biorąc księgę).

Teraz nie przeszkadzaj mi.

Matylda.

Cóż to za księgi?

Karol.

Niesiecki. Ciotki będę szukał... Być nie może, aby gdzie w dawnych czasach nie było jakiéj ciotki.

Matylda.

Co ty pleciesz?

Karol.

Siadaj... masz... szukaj!..

Matylda.

Ciotki?

Karol.

Ciotki.

Matylda.

Na co?

Karol.

Aby po niéj majątek odziedziczyć jak Dolski.

Matylda.
Dolski odziedziczył?
Karol.

I to znaczny majątek.

Aniela (wchodząc).

Tak jest, niestety.





SCENA II.
Matylda, Karol, Aniela.
Karol.

Słuchajcie, on mi jasno wytłómaczył... to jest tak: Miał ciotunię ś. p. dawno, nie rodzoną, bo jego pradziad miał primo voto siostrę przyrodnią ciotecznego swego brata, a z drugiéj żony córka jego poszedłszy za syna tego ciotecznego brata...

Aniela.

Chodź Matyldo, on sobie z nas żartuje.

Karol.

Ależ nie żartuję, słuchajcie tylko... otóż ta ciotunia zostawiła była bardzo dawno dożywocie siostrzenicy tego ciotecznego brata... O! rozumiecie?

Matylda.

I cóż?

Karol.

I cóż babula żyła ze sto lat, aż trzeciego lutego babula clapsit.

Matylda.

Co to clapsit?

Karol.
To po łacinie... a po naszemu klapnęła i Dolski odziedziczył majątek, o którym mu się nigdy nie śniło.
Matylda.

Ale na cóż nam to wszystko rozpowiadasz?

Karol.

Dlatego, aby was przekonać, że takiéj ciotki tylko w dalekiéj przeszłości szukać należy.

Matylda.

Szukaj, szukaj mój Karolu, ale nam daj pokój.

(Przechodzi z Anielą na prawą stronę i rozmawia z nią na stronie... Od początku téj sceny widać w głębi ogrodu Dolskiego we fraku i żółtych rękawiczkach... zapędza się, wraca i zdaje się wyglądać kogoś.)
Aniela.

Tak jest nie inaczéj, mówiłam z Wujaszkiem — dał mi wyraźnie do zrozumienia, że Pan Dolski o tobie myśli i bolesną skończył uwagą: Jużci nie o tobie, rzekł, moja Anielko... on majętny, ty masz bardzo mało... czas romansów minął... korzystaj z tego, co ci powiadam, bo wiem, co mówię, spuść się na mnie. Matyldo, ja płakałam.

Matylda.

Wszystko to jednak nic nie znaczy.

Aniela.

Najwięcéj mnie dręczy, że on odgadł może, co się dzieje w mojém sercu... ale przekonam go, że się omylił... zemszczę się... ale dlaczego udawał? Niegodziwie! szkaradnie!

(Odchodzi — Dolski w głębi ogrodu przybliża się do niéj, ofiaruje jej różę, ona po kilku niby wyrzeczonych słowach odwraca się nie przyjąwszy róży i odchodzi — Dolski pozostaje w miejscu odurzony, potem wciska kapelusz i przechadza się w głębi; na przodzie sceny rozmowa Karola z Matyldą trwała tymczasem nieprzerwanie.)
Matylda.

Biedne dziecię... ale zobaczymy... (do Karola) Pan Dolski odziedziczył zatém znaczny majątek?

Karol.

On, co nigdy kieliszka wina nie wypił — to niesprawiedliwość!

Matylda.

Ale dlaczego tajemnica?

Karol.

Jaka? — Nikt go się nie pytał, on téż nic nie mówił.

Matylda.

Ale stryjaszek?.. ho ho ho!.. Dojdę ja tego.

Karol.

Powiedzże mi dlaczego w naszéj familii nie miałaby się znaleść jaka ciotka, ciotunia, cioteczka mała?.. tylko szukać trzeba. Żebym naprzykład wiedział, matka mojéj matki Miczałkowska z domu, czy się także z Miczałkowskiej rodzi? Proszą cię... tu szukaj...

Matylda (odtrącając księgę).

Nie nudźże mnie! (na stronie) Ha!.. otóż Dolski botanizuje... Panie Dolski pomówimy z sobą. (Matylda zbliża się do Dolskiego, który chce jéj uniknąć — zatrzymuje go i rozmawia z nim w głębi.)

Karol (przerzucając księgi z wielkiém natężeniem).

Tak, Kurowiecki miał za sobą Miczałkowskę... ja wiem... ale żebym mógł z dołu wydrapać się, to w górze zahaczyłbym się przecie.





SCENA III.
Karol, Leon, (wchodząc po lewéj) Matylda, Dolski.
Leon (patrząc przez lornetkę na Matyldę, przychodzi powoli na przód sceny).

Proszę, proszę... Z małéj nowinki jaki skutek ogromny... Wczoraj był nieznośny, a dziś jest przyjemny... O świecie przewrotny!.. Wszystko to są mądre plany kochanego stryja... Wielki człowiek do małych interesów.

Karol.

Nie wiesz, czy Miczałkowska nasza babka nie rodzi się z Miczałkowskiej?

Leon (nie słuchając go chodzi rzucając wejrzenia na Matyldę).

Ale jaka poufna rozmowa... i nie ma końca (śmieje się) O! kobiety, kobiety!.. Pan Dolski majętny, z Panem Dolskim warto pomówić... Czy go tu licho przyniosło!

Karol.

Proszę cię, powiedz mi, czy Miczałkowska?..

Leon.

Dajże mi pokój do wszystkich djabłów z twoją Miczałkowską. (Odchodzi.)

Karol.

Nikt nie chce pomódz, jeszcze przeszkadza. Pójdę do Pana Ignacego... (Bierze księgi pod pachy, odchodzi i wraca.) Bo jeżeli Katarzyna córka Eufemii... tu sęk!.. (Odchodzi.)





SCENA IV.
Matylda, Dolski (przychodząc na przód sceny).
Matylda.

Panie Dolski, lubisz Pan jeździć konno?

Dolski.

Bardzo lubię.

Matylda.

Jeździsz Pan często?

Dolski.

Dosyć często.

Matylda.

Ja codzień.

Dolski.

Codzień, podziwiam jéj zręczność... Panna Aniela nie lubi zapewne?

Matylda.

I owszem, ale jéj teraz nie pozwalam, bo nie mam dla niéj dość spokojnego konia.

Dolski (z zapałem).

Ach dobrze Pani robisz... (spuszczając oczy i spokojnie) Dobrze Pani robisz.

Matylda.

Za słabą ma rękę.

Dolski (do siebie).

Biedaczka!

Matylda.
Daje się unosić.
Dolski.

O la Boga! (spokojnie) O la Boga.

Matylda.

Panie Dolski.

Dolski.

Pani?

Matylda.

Kochałeś się Pan kiedy?

Dolski.

Racz Pani wysunąć ten przedmiot z pod swoich żartów. Jeżeli kochałem — kocham; jeżeli kocham — kochać będę. Miłość jest świętością w mojém sercu... rozmawiać o niéj nie chcę... zdaje mi się, że to byłoby kazić jéj czystość. Ja Panno Matyldo jak nie z tego świata, marzę o wiecznéj miłości.

Matylda.

Ależ mój Panie Dolski, żaden kochanek od lat tysiąca nie wspomniał inaczéj swojéj miłości, jak z tym koniecznym dodatkiem „wieczna“. — To się stało formą tak jak „padam do nóg“ albo „uniżony sługa“, lubo nikt przez to nie służy, a mniéj jeszcze do nóg upada.

Dolski.

Być może... ja jednak powtarzam, miłość moja trwać będzie póki życia.

Matylda.

Daj Boże!

Dolski (na stronie powtarza).
Daj Boże? (Obudza się w nim myśl, że Matylda go kocha i coraz bardziéj go niepokoi).
Matylda (p. k. m.)

Panie Dolski.

Dolski.

Pani?

Matylda.

Strzelasz Pan dobrze z pistoletu?

Dolski (z bolesném uczuciem).

Ach!.. Tak jest... strzelam nie źle.

Matylda.

I ja nie źle — na dwadzieścia strzałów pięć w same czarne.

Dolski.

A Panna Aniela?

Matylda.

O ta boi się wszelkiéj broni.

Dolski.

Tyle ma łagodnego usposobienia, tyle prawdziwie niewieściéj nieoszacowanéj spokojności.

Matylda.

A wiesz Pan, że ta pochwała niekoniecznie na swojém miejscu.

Dolski.

Ach przepraszam, dwakroć przepraszam jeżeli może...

Matylda.

Pan nie pochwalasz téj rozrywki dla dam? (Dolski milczy ze spuszczonemi oczyma.) Prawda?

Dolski.
Moje zdanie nie wielkiéj wagi.
Matylda.

A ja się pytam o to zdanie nie wielkiéj wagi.

Dolski.

Pani...

Matylda.

Zniecierpliwisz mnie Pan w końcu.

Dolski.

Cóż mam powiedzieć, o la Boga! Zdaje mi się, że delikatne rączki nie stworzone do broni.

Matylda.

Każda ręka stworzona do broni... Wszyscy powinniśmy umieć bronić się w potrzebie.

Dolski.

Rzecz to ojców, braci, mężow, protektorów naturalnych płci słabszéj.

Matylda.

Niebezpieczna sprawa, jak między sąsiadami... protektor staje się najczęściéj Panem, a protegowany sługą. (p. k. m) Panie Dolski.

Dolski.

Pani?

Matylda.

Jaki Pan masz gust?

Dolski.

W czém, Pani?

Matylda.
Co do powierzchownej piękności. Naprzykład: Podobają się Panu czarne włosy? (Dolski spojrzawszy na jéj czarne włosy, milczy.) Hm? nie?
Dolski.

Czarny włos jest piękny, bardzo piękny... ale o gusta, jak mówią, sprzeczać się nie można.

Matylda.

A więc może lepiéj się podoba włos jedwabny, jasny jak blady promyk słońca.

Dolski (z zapałem).

Sliczny, cudny, boski... (ciszej spokojnie) cudny... boski.

Matylda.

Ciemne oko, bystre, czarnemi zacienione rzęsami zdaje mi się, że piękne... prawda? (Dolski spojrzawszy jéj w oczy, milczy.) Co? nie?

Dolski.

Piękne, ale...

Matylda.

Ale się Panu nie podoba... Ładniejsze więc może oko niebieskie łzawe, przejrzyste, które błękit nieba odbijać się zdaje.

Dolski (z zapałem).

A tak łagodne, swobodne, pełne dobroci, aż w głąb serca sięgające... (ciszéj spokojnie) Serca sięgające.

Matylda.

Usta małe.

Dolski.

Jak poziomka.

Matylda.
Postać...
Dolski.

Jak trzcinka.

Matylda.

Nie wysoka.

Dolski.

I nie mała, w sam raz.

Matylda.

Nóżka...

Dolski.

Jak u dziecięcia... nóżka, nóżeczka...

Matylda.

Czyja?

Dolski.

Prawda, czyja?.. fantazya...

Matylda.

Nie spodziewałam się po Panu takiego zapału, takiego uniesienia.

Dolski.

Czy się zapaliłem?.. Czy się uniosłem?.. A więc muszę przeprosić.

Matylda.

Czy Pan łatwo się unosisz? Pan może jesteś porywczy?

Dolski.

Och, Pani, Pani.

Matylda.

Cóż?

Dolski.
Bolesne pytanie.
Matylda.

Dlaczego?

Dolski.

Niegdyś... byłem porywczy.

Matylda.

Czy być może?

Dolski.

Niestety!

Matylda.

Jakaś historya... powiedz mi Pan.

Dolski.

Bardzo krótka i bardzo smutna. Skrzywdziłem najlepszego przyjaciela, — strzelałem się z nim — raniłem — dotąd jest kaleką.

Matylda.

Prawda, że smutna — A teraz?

Dolski.

Poprawiłem się.

Matylda.

Tak, jakimże sposobem?

Dolski.

Pani śmiać się będziesz.

Matylda.

Wcale nie. Słucham.

Dolski.

Stary sługa poradził mi, abym, ile razy gniew mnie chwyta i nim pierwsze słowo wyrzeknę, abym....

Matylda.
Cóż?
Dolski.

Abym jaką piosneczkę zaśpiewał. (Matylda parska śmiechem).

Matylda.

Wybornie! I Pan śpiewasz?

Dolski.

Jedyną piosnkę, którą mogłem spamiętać.

Matylda.

Pan nie muzykalny?

Dolski.

Nie.

Matylda.

I ja nie. Jakaż ta piosneczka?

Dolski.

Och Pani!..

Matylda.

Proszę.

Dolski.

Bardzo prosta.

Matylda.

Słucham.

Dolski.

„Czegoś oczka zapłakała,
Moja ty kochanko miła.“ (Matylda śmieje się mocno). Mówiłem, że mnie Pani wyśmiejesz.

Matylda.

Nie Pana, nie... ale ten pomysł. (Śmieje się.)

Dolski.
Wydał owoc.
Matylda.

Zatém jak Pan chcesz swemu strzelcowi lub furmanowi powiedzieć „niech cię wszyscy!“ i tam daléj... to mu Pan śpiewasz „Czemuś oczka zapłakała“. (Śmieje się.)

Dolski.

Nie jemu, ale sobie śpiewam, albo nucę, póki z gniewu nie ochłonę.

Matylda.

Wyborny środek i ja go użyję... śpiewać będę... ale moję piosnkę jednę, którą umiem:
„A kiedy odjeżdżasz, bądźże zdrów,
O naszéj przyjaźni dobrze mów.“
Jeżeli więc zdarzy nam się kiedy pokłócić ze sobą, Pan zaśpiewasz „Czegoś oczka zapłakała“, a ja „Kiedy odjeżdżasz, bądźże zdrów“. Wybornie!.. Ale z tego wszystkiego koniec końców wynika, że Pan masz od dziś dnia we mnie najszczerszą przyjaciółkę. (Podaje mu rękę, którą on całuje. Leon, który się w ciągu téj sceny często w głębi pokazywał, i Aniela, która przy krzaku róży niby kwiat zrywała, oboje na ten widok jak zelektryzowani odwracają się i odchodzą. — Matylda obracając się jeszcze przy wychodzie.) Jakże Panie Dolski, „Czemuś oczka zapłakała“. (Wybiega śmiejąc się.)





SCENA V.
Dolski (sam).

Pan masz we mnie przyjaciółkę... przyjaciółkę! Ale na Boga, jak sobie życzę urząd kiedyś piastować... ona daléj zmierza... nie jestem tu już daléj bezpieczny... Dziwnie... Panna Aniela zdawała się zawsze być mi przychylną... spoglądała nieraz na mnie.. Och spoglądała!.. A teraz kiedy spieszę z deklaracyą, kiedy ofiaruję różę w jak najprzyzwoitszym sposobie... ona róży nie przyjmuje, nie da przyjść do słowa i zostawia mnie jak na lodzie... tak jest... na lodzie... i z otwartą gębą... A Parma Matylda, która mi różnych przycinków nie szczędziła... dziś zmusza do rozmowy, sadza przed sobą jak do examinu, rozprawia o miłości, o swoich czarnych oczach... hm! To zdaje się dość jasném... piękny interes... niéma żartów. Jedna dobrze... ale dwie?! Przytém jeden zazdrości mi mojéj nieboszczki ciotki, drugi chce mi urząd zdmuchnąć... A, tego za wiele!... Nie chcę być powodem zaburzenia pod gościnnym dachem... i najlepiéj zrobię, jeśli czém prędzéj odjadę. (Odchodzi i spotyka Jenialkiewicza.)





SCENA VI.
Jenialkiewicz, Dolski (następnie) Matylda, Aniela, Karol, Leon.
(Jenialkiewicz, papiery w ręku, zwołuje głosem i gestami z prawéj i lewéj strony.)
Jenialkiewicz.

Proszę! proszę moje Panny! Panowie! proszę tu na chwilkę. (Schodzą się z różnych stron. Karol ze swojemi księgami pod ręką — Jenialkiewicz pośrodku przebiega wszystkich śledczém okiem, nareszcie p. d. m. mówi) Cóż? (milczenie) Hm? — Słuchajcie. Odjeżdżam w skutek odebranego kuryera, w bardzo ważnym interesie. Wam zostawiam następujące rozkazy: Matyldo i ty Anielo pojedziecie jutro do miasta z Panią Moczybłocką.

Matylda.

A to po co?

Jenialkiewicz.

Spuść się na mnie... Będziecie mi dziękowały... konie nakazane... wszystko urządzone... zajedziecie do mojego pomieszkania... punkt o dwunastej... Anielo, tobie jako rozsądniejszéj... czyli raczej rozsądnéj...

Matylda.

Całuję rączki.

Jenialkiewicz.

Polecam ścisłe wykonanie mojej niniejszéj woli. (p. k. m.) Leonie, pojedziesz tam także z Panem Dolskim moją krytą bryczką... konie najęte... o dziewiątej wieczór ztąd wyjedziecie... zamówią wam pomieszkanie podle mnie w Hotelu Drezdeńskim.

Leon.

Właśnie o dziewiątej miałem ztąd wyjechać.

Jenialkiewicz.

A koniecznie swoją głową.

Leon.

Wszak się nie sprzeciwiam.

Jenialkiewicz.

Nigdy się już nie poprawisz. (p. k. m.) Karolu!

Karol.
Słucham.
Jenialkiewicz.

Na masz. (Daje mu duży list o kilku pieczęciach. Karol chcąc odebrać wypuszcza księgę z pod prawéj ręki — Jenialkiewicz odskakuje; Karol chcąc chwycić księgę, wypuszcza drugą z pod lewéj ręki pod nogi Dolskiego, który w tył odskakuje.) Cóż to?.. księgi i ty razem?

Karol.

Chciałem poszukać, ale wolę spytać się wujaszka, czy Miczałkowska Katarzyna...

Jenialkiewicz.

Pst!.. Wiesz, że tylko w poniedziałek podobne zapytania przyjmuję... i to na piśmie.

Karol.

Prawda, zapomniałem.

Jenialkiewicz.

Oto masz.

Karol.

To do mnie... ręka Wujaszka... (Chce rozpieczętować.)

Jenialkiewicz.

Hola!.. Jutro o jedenastej każesz założyć do bryczki bułane konie... weźmiesz ze sobą...

Matylda.

Panią Moczybłocką.

Jenialkiewicz (z nieukontentowaniem).
Nie. Antka Fujarę. — Pojedziesz na górny folwark, tam w przytomności ekonoma odpieczętujesz ten list... i podług zawartej w nim dyspozycyi postąpisz. (Pogląda po wszystkich, jakie to wrażenie zrobiło.) Co? hę?
(Przed chwilą Pan Ignacy w dużym popielatym kapeluszu, ręce w tył założone spacerując powoli, zatrzymał się był w środku między kolumnami i przysłuchiwał się rozporządzeniom Jenialkiewicza.)
Pan Ignacy.

I na co to się przyda?

Jenialkiewicz (spuszczając okulary — niekontent).

Ot! Ot! Jegomość... powiedział co wiedział.

Pan Ignacy.

Nie jeden w tych czasach powiedział, co nie wiedział, to gorzéj... (Spaceruje daléj — Jenialkiewicz bierze pod rekę Dolskiego i odchodzi z nim w przeciwną stronę mocno gestykulując.)

Leon (na stronie).

Ambroży! Ignacy! Wielki człowiek do małych interesów, i mały człowiek do wielkich interesów. Dobra para.





SCENA VII.
Matylda, Aniela, Karol, Leon.
Aniela (na stronie do Matyldy).

Czegoż on cię w rękę pocałował?

Matylda.

Czy mi nie dowierzasz?

Aniela.

Ach, bo tak strasznie jesteś ładna.

Matylda (całując ją w czoło).
A jednak ciebie, ciebie kocha szalenie.
Aniela.

Dlaczegoż Wujaszek?..

Matylda.

Nic nie wié.

Aniela.

Dlaczegoż on unika?..

Matylda.

Bądź spokojna... wszystko się wyjaśni.

(Aniela układa po prawéj stronie kwiaty w bukiet, Matylda z nią rozmawia — Karol zamyślony obraca list na wszystkie strony.)
Karol.

Cóż u djabła? Czy kochany Wujaszek każe mi kogo rozstrzelać?

Leon.

Nie, zapewne przemiar szpichlerza zrobić.

Karol.

I mnie się tak zdaje. (Rzuca list na stół — siada na kanapie i zajmuje się przeglądaniem swoich ksiąg.)

Matylda.

Już to trzeba przyznać, że wszyscy kochamy naszego poczciwego Stryjaszka, ale że Pan Dolski o wiele w uległości nas przechodzi.

Leon (ironicznie).

Akcye Pana Dolskiego idą w górę... dziwna rzecz dlaczego dopiero od dziś rana.

Matylda.

Anielko, czy dopiero od dziś rana?

Leon.
Co to za cudowne szkiełko, ten majątek...
Karol.

Który po ciotuni Miczałkowskiej... nie — chcę powiedzieć...

Leon.

Przez to szkiełko wszystko, co było pospolite, poziome, pokazuje się wzniosłém, szlachetném... co było ckliwe i nudne, staje się zajmującém i dowcipném.

Aniela.

Nie wznawiajcie téż swéj wiecznéj u nas rozmowy o majątkach, posagach, pieniądzach... daléj trzeba będzie uwierzyć, że pod klątwą ten, co niebogaty.

Leon.

Kto niebogaty w pieniądze, może być bogatym w przymioty duszy tak jak moja (do Anieli) szanowna kuzynka.

Matylda.

Och! och! och! Leonie!... popraw się... powiedz coś nowszego.

Aniela.

Wiesz co Leonie, nikt ci nie zaprzeczy wiele rozumu, ale mógłbyś go jeszcze podwoić.

Leon.

Do zamknięcia epigramatu potrzebne zapewne zapytanie, a więc pytam: jakim sposobem?

Aniela.

Tym sposobem, abyś tylko trochę więcéj cenił

rozum drugich.
Matylda.

Dobrze powiedziałaś. Leonowi zdaje się zawsze, że każde jego słowo ma cenę niezaprzeczoną... nigdy niczyjego milczenia inaczéj nie tłomaczy, jak za bezwzględne przyjęcie wszystkiego tego, co mu się podobało objawić... jedném słowem myśli sobie zawsze: Gdybym chciał, uwierzyłybyście, że w samo południe gwiazdy świecą na niebie.

Karol (do Leona).

Czy Parantowiczówna w stanie panieńskim zeszła z tego świata?

Leon (nim jeszcze Karol skończył).

Czy to będzie gwiazdą w południe, jak powiem, że Dolski nie myśli się żenić. (Matylda z Aniel śmiejąc się szepczą między sobą.) Cóż w tém śmiesznego? Niktże nie może zbliżyć się do pięknéj a bogatéj Matyldy, aby nie stawał się zaraz konkurentem? (p. k. m.) Matylda nie przypuszcza obojętności... jest przekonaną, że nawet ja byłbym u jéj nóg, byle tylko chciała, wszak prawda? — Powiedz szczerze.

Matylda.

Powiedzieć, że nie — nie uwierzysz... powiedzieć, że tak, ściągnąć sobie mogę nie zbyt pochlebne zaprzeczenie. (żartując) Wolę więc cierpieć i milczeć.

Karol.

Co się mnie tycze, oświadczam ci Matyldo, że jeżelibyś się kiedy we mnie zakochała...

Matylda.
Niema niebezpieczeństwa mój Karolu.
Karol.

Ja też mówię: jeżeli, wtenczas jestem na twoje usługi, że zaś masz majątek a ja nie, to mi nic nie szkodzi... nie będę na to uważał. (Przechodząc trochę w seryo.) Ale jako dobry kuzyn, radzę ci, staraj się a znajdziesz coś lepszego.

Matylda.

Nie znajdę, bo szukać nie będę. Dwa karnawały w mieście spędzone oświeciły mnie dostatecznie. Piękna młodzież, niema co mówić.

Leon.

O dla Boga moja Matyldo nie chciéj téż powtarzać kazań naszej staréj Jenerałowej o niemoralności tego wieku.

Matylda.

Warto powtarzać... nie do was to mówię. Ty Karolu biłeś się dobrze... ty Leonie pracujesz piórem i głową... nastąpisz kiedyś po stryjaszku jako Ambroży drugi.

Aniela.

Matyldo!

Leon (urażony).

Jesteś dzisiaj wesoła do podziwienia.

Matylda.

Patrzcie, pokażę wam exemplarz miejskiego Mirliflora. (Bierze laseczkę i lornetkę od Leona.) Najpierwéj... okienko w oku... bez tego nic... czy tylko utrzymam... otóż jest... pięknie, prawda? tu ślepota, tu zéz... niby fluxya w twarzy, tortikoli w karku... co? (Cofa się w głąb i zdejmuje kapelusz.) Przy tém wąsik w igiełkę.... pazurki jak rydelki.... pręcik w ręku.... daléj na konkietę... (Przysuwa się do Anieli i niby zaleca się do niéj cicho mówiąc, p. k. m. nie odwracając się przez ramię mówi do mężczyzn.) Wy tam w czarną kupą zbici lub po kanapach rozłożeni, myślicie, że iskrzącą dowcipem prowadzę rozmowę... wcale nie, ja mówię o wielkiém błocie. Uważajcie, jak się zbliżam, nachylam, wyginam, nie jeden z was mówi pewnie: Patrz, patrz jak się podbiera... Wszak to jest uświęcony, piękny wyraz?.. A ja bliżéj, bliżéj, staram się chwycić koniec wstążki lub listek bukietu... to już niby oznaczy stosunek poufalszy... (zwracając się całkiem) Raz tylko to mi się trafiło; ale jak spojrzałam na konkieranta aż usiadł obok krzesła.

Karol.

Ech! żeś go nie przeciągnęła.

Matylda (znowu przed Anielą mówi przez ramię).

Rozumie się, że mówię po francuzku i tylko jak braknie słowa, łatam polszczyzną. Ja bliżéj... bliżéj... dama się cofa... Wy tam myślicie, że przed natarczywością sentymentu... nie, ona się odsuwa, bo mnie czuć mocno cygarem... dopiero w przedpokoju z ust wyjąłem.

Aniela.

Między nami mów co chcesz, tylko niech nikt obcy nie słyszy.

Karol.

Czemu niema słyszeć, co warto drukować.

Aniela.
Nie nam to przeistaczać społeczeństwo.
Matylda.

Dlaczego nie?

Karol.

Tak, dlaczego nie?

Aniela (do Karola).

Tylko ty się nie odzywaj.

Matylda.

Zacznę od balów.

Leon.

Na przykład?

Matylda.

Sama sobie taneczników wybierać będę.

Leon.

Ho! ho!

Aniela (do Matyldy).

Żartujesz, wszak prawda?

Matylda.

Wcale nie. Na co mam stać w rzędzie jak fiaker i czekać, aż mnie kto zawoła, aby mi potém po nogach nie w takt deptał — sama wybierać będę; dam przykład.

Leon.

I kiedyż rozpocznie się ta kampanja?

Matylda.

Na pierwszym balu.

Aniela.

Nie zrobisz tego.

Karol.
Bardzo źle, jeżeli nie zrobi.
Aniela.

Mój Karolu, milczże proszę cię.

Matylda.

A jak się kłaniają! ha ha ha! patrzcie. (Kłania się.) Cóż znaczą te zygzaki nogami? Prawa noga naprzód czy znaczy szacunek? a lewa sentyment? Na honor nie macie rozumu.

Aniela.

Taką krytykę pozwalam ci, ale nie inną.

Leon.

Kto ma duży posag temu wszystko wolno.

Matylda.

Mnie chcesz tém przymówić? To was, was Panowie, a nie nas krzywdzi, że tylko posagi cenicie... Ja zupełnie zgadzam się z tobą uczony Leonie, że będąc bogatą, gdybym była poczwarą, złośnicą, waryarką... adoratora zawsze znajdę. (Uderza z pod spodu w księgę rozłożoną na kolanach Karola.) No!... Na koń!

Karol.

Służę, służę.

Matylda (wybiegając z Karolem).

Dziś żwawo... train de chasse... bez przerwy tam i napowrót... prawda? Allons!



Koniec aktu III.
AKT IV.

(Scena wystawia obszerny pokój, przez drzwi środkowe widać przedpokój — po prawéj stronie drzwi sznur od dzwonka — na przodzie sceny po téjże stronie zamknięta toaleta — na środku ku lewéj stronie kanapa z kosa do widzów postawiona tak, aby drzwi środkowych nie zasłaniała; przed nią stół okrągły, na nim książki, papiery i co trzeba do pisania. Po lewéj stronie okno, a w głębi otwarty fortepian. Drzwi drugie na prawo.)

SCENA I.
Jenialkiewicz, Marcin, późniéj Dolski.
Jenialkiewicz (wchodząc spiesznie do Marcina, który sprząta).

Gdzie twój Pan?

Marcin.

Dzień dobry Jegomości.

Jenialkiewicz.

Gdzie twój Pan?

Marcin.

Spi jeszcze.

Jenialkiewicz.
Spi? A to pięknie (puka do drzwi na prawo) Panie Dolski!... Panie Dolski!
Dolski (z drugiego pokoju).

Zaraz, zaraz Mości Dobrodzieju! Marcinie! (Marcin odchodzi.)

Jenialkiewicz.

Spi... A niechże go Bóg kocha! Godzina dziewiąta, ja od piątej na nogach... Nie tak to robią się interesa, nie tak mój paniczu... Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje.

Dolski (w szlafroku i w pantoflach).

Przepraszam, dwakroć przepraszam, ale późno się położyłem.

Jenialkiewicz (wyprowadzając na przód sceny p. k. m.).

Słuchaj Janie, chwila stanowcza nadchodzi, muszę objaśnić ci moje postępowanie... Może kiedyś wzorem ci się stanie... prosiłem cię, abyś bawił w moim domu z dziesięciu przyczyn wielkiéj wagi, z których dziewięć zamilczę, a jednę powiem. Musiałem mieć cię pod ręką, aby... (gesta jakby lejcami kierował).

Dolski (uprzedzając).

Jak Febus.

Jenialkiewicz.

Kubek w kubek. — Nie chciałem wcześnie przed wyborami ogłaszać cię jako pretendenta. A wiesz dla czego?

Dolski.

Już miałem zaszczyt powiedzieć, że nie wiem.

Jenialkiewicz.

Gdyby była za wcześnie wieść gruchnęła, że się Pan Dolski podaje na Dyrektora, wszyscy twoi współzawodnicy byliby ci, jak to mówią pospolicie, buty szyli... A to często... (gesta) Lepiéj zawsze... (gesta) O! rozumiesz? Nie wymieniałem, ale moim honorem ręczyłem za uczciwość i zdatność mego kandydata. Cóż ztąd za rezultat?.. Jakiż skład się utworzył?.. Skład silny, potężny... rozgałęzienie tajemne jednéj myśli... tajemna dążność do jednego celu. O! rozumiesz? — A spytaj się kogobądź z moich przyjaciół, komu da swój głos, nie wié... (śmieje się) nie wié jakem Ambroży... zakręciłem wykręciłem, tu, tam, siak i tak, tędy i owędy. O! rozumiesz?

Dolski.

Ale jakże koniec końców...

Jenialkiewicz.

Niby batalion... ma broń, a nie wié, jak jéj użyje... W tém przybywa komendant... Tentuj!.. Cel!.. Pal!.. Brrrr! komendant ja, a ty... pal! Brrrr!

Dolski (powtarzając).

Brrrr!

Jenialkiewicz.

Weź czarny frak... idź do tych Panów, których oto masz spis alfabetyczny. (Daje mu papier.) Ich pomieszkanie czerwonym, a godzinę, o któréj zastać można, niebieskim atramentem wypisałem... Ubieraj się... a prędko... czas drogi... pamiętaj, abyś mnie nie zawiódł... pamiętaj, że tu więcéj o moją reputacyę jak o twój urząd idzie. Zresztą spuść się na mnie.

Dolski.
Zaraz się ubiorę, jak tylko mi pozwolisz kochany Panie... Marcinie!
Jenialkiewicz.

Bomba rzucona.

Dolski.

Bomba?

Jenialkiewicz.

Już pękła.

Dolski.

A ba!

Jenialkiewicz.

Twoi współzawodnicy już wiedzą o twojém wystąpieniu... zadziwieni... odurzeni, przerażeni, zniechęceni, zawiedzeni, gdzie? co? jak? którędy? A tu już niéma czasu połapać się... wybory tuż! O! rozumiesz?

Dolski.

Zatém muszę się ubrać.

Jenialkiewicz.

Oczywiście! tylko nie trać czasu. Chcę Matyldzie i Anielce sprawić niespodziankę... kazałem im tu przyjechać z Panią Moczybłocką, aby zobaczyły menażeryą... Czekaj na nie z łaski swojéj przed moim domem.

Dolski.

Z największém ukontentowaniem... Marcinie!

Jenialkiewicz.
Zostawiłem w moim pokoju na stole list do nich zapieczętowany, z którego dowiedzą się po co kazałem przyjechać i że ciebie deleguję na ich przewodnika. Karol dostał inną missyą. Leona posłałem gdzieindziéj, a ja muszę być wszędzie i nigdzie.
Dolski.

Pozwól zatém niech się ubiorę.

Jenialkiewicz.

Tylko nie trać czasu. Jutro wykrzykniemy: Victoria! (ściska go) Spuść się na mnie.

(Dolski odprowadziwszy Jenialkiewicza do drugich drzwi, wraca. Marcin drzwi zamyka.)
Dolski (sam).

Wielkiéj poczciwości ten kochany Jenialkiewicz, ale czasem za wiele mówi... Ubieram się czém prędzéj i biegnę czekać na Pannę Anielę... Marcinie! prędko, golić się.

Marcin.

Pan Telembecki. (Zostawia drzwi otwarte.)





SCENA II.
Dolski, Telembecki, później Tapicer.
Dolski.

O la Boga! Jak się masz Telembecki?

Telembecki.

Jako tako, do usług wielmożnego Pana.

Dolski.

Bardzo się cieszę, że cię widzę ale w złą godzinę przychodzisz... jutro, jutro... przepraszam cię mój Telembesiu, ale dziś jednéj chwili nie mam wolnéj.

Telembecki.
Ja tu jestem od tygodnia... chciałem zaraz do Wielmożnego Pana na wieś jechać, ale Pan Jenialkiewicz kazał mi tu czekać.
Dolski.

Dobrze, dobrze mój Telembesiu... tylko nie dzisiaj.

Telembecki.

To być nie może, jutro u nas termin licytacyi. Nie stanę na czas, jeżeli pocztowym wozem o drugiéj ztąd nie wyjadę.

Dolski.

Prawda, prawda... no... siadaj.

Telembecki.

Zaraz. (Idzie i wraca z przedpokoju z dużą pliką papierów, którą kładzie na zamkniętéj toalecie.)

Dolski.

Cóż to jest?

Telembecki.

Do przejrzenia, zrachowania i podpisania.

Dolski.

I dziś, dziś mam to wszystko zrobić? O la Boga!

Marcin.

Proszę Pana, Kapicir przyszedł.

Dolski.

Tapicer... proszę.

Tapicer.

Wszystko gotowe, nie wiem tylko czém pokryć.

Dolski.

Zielonym safianem, jak zwykle w biórach wyższych urzędników.

Tapicer.
Sekretarz także gotowy.
Dolski.

Dobrze, dobrze... teraz nie mam czasu... jutro dam znać gdzie wszystko zanieść. Bądź Pan zdrów... (Do Telembeckiego.) Żebyś był o kilka dni późniéj przyjechał, zastałbyś mnie może w biórze... Mam nadzieję, że będę piastował... (Urywa mowę.)

Telembecki (kłaniając się z uśmiechem).

A tak słyszeliśmy... Wielmożny Pan ma się żenić.

Dolski.

Cóż to ma za styczność?

Telembecki.

Ja już sześcioro piastuję.

Dolski.

O! O! Panie Telembecki... No, cóż mam podpisać?

Telembecki.

Najpierwéj plenipotencyą.

Dolski.

Wiém, wiém... (Podpisuje na okrągłym stole, kiedy u drzwi zadzwoniono.) Cóż znowu?

Lokaj (w liberyi).

Pan Hrabia kłania się... przyséła list i prosi o jak najprędszy odpis, bo ten Pan odjeżdża.

Dolski.
Bardzo dziękuję... wiem o co idzie... bądź tak grzeczny wróć tu za pół godziny, za kwadrans, list będzie gotowy — przepraszam cię ale nie mam czasu. (Zamyka drzwi od przedpokoju.)
Telembecki (który rozłożył papiery na zamkniętéj toalecie)

Tą należytość trzeba zapłacić jak najprędzéj.

Dolski (siadając).

Wykaz kosztów reparacyj kościoła... ale czemuż nie podsumowane?

Telembecki.

Miałżebym zapomnieć?

Dolski.

Zrachujże Pan prędko.

Telembecki (szukając po kieszeniach).

A niechże cię jasny piorun trzaśnie!..

Dolski.

O! O! Panie Telembecki.

Telembecki.

Okulary zgubiłem.

Dolski.

Dobrze — żebym przynajmniéj mógł zmiarkować mniéj więcéj... Marcinie!.. mój pulares... O! O! zmiłuj się Telembesiu, to za grubo.

Telembecki.

Niech wielmożny Pan strąci, co się zdawać będzie...

Dolski.

Ach, żebym tylko miał trochę więcéj czasu. (Patrzy na ścienny zegar, co w ciągu aktu często powtarza. Marcin przynosi pulares i wychodzi do przedpokoju. Dolski czytając) Dwieście, sto czterdzieści... pięćset... (Do Marcina wchodzącego.) Czego?

Marcin.
Pan Hendryk czeka w karecie na dole.
Dolski.

Pan Henryk?

Marcin.

Pan Jenialkiewicz prosił go, aby wstąpił do Pana.

Dolski.

Ach, jakże grzeczny!.. biegaj, biegaj... przeproś, żem nieubrany... podziękuj za pamięć. (wychodząc aż do drugich drzwi) Bardzo podziękuj, rozumiesz. (wraca) Albo lepiéj sam zbiegnę, żeby się nie uraził... (wybiega i wkrótce wraca z rozdartym szlafrokiem) A to nieszczęście! (śpiewa) „Czemuś oczka zapłakała“ (ciągnie gwałtownie sznur od dzwonka, urywa i rzucając kutas trafia Telembeckiego) O przepraszam cię Telembesiu! (śpiewa) „Moja ty kochanko miła“. — Szpilki proszę cię szukaj... daj prędko szpilki.
(Telembecki wychodzi, on biegnie do okna.) Może przez okno. (mówi przez okno) Dzień dobry... Bardzo ci jestem wdzięczny, żeś się fatygował, ale przepraszam cię... jeszczem nieubrany i bardzo zatrudniony. (Słucha, potém mówi) Wiém, wiém... Jenialkiewicz cię przysłał... Co?.. U tych Panów?.. pewnie lepiéj byłoby odwiedzić z tobą... ale cóż robić... nie mogę... Nie bierz mi za złe... żebym był wiedział, byłbym czekał. Adieu! Adieu! Jeszcze raz przepraszam. (zamykając okno) Poczciwy Henryk. (Telembecki z Marcinem spinają szpilkami obdartą połę.) No siadaj, siadaj Panie Telembecki, nie pomoże, trzeba interes robić z flegmą a prędzej pójdzie. (Zasiadają.)

Telembecki.
Karczma zgorzała na Wólce.
Dolski.

O! O! nowa karczma.

Telembecki.

Mury dobre... trzeba było dach postawić... bo żyd płacze, że na głowę cieknie... delikacik!.. Ale takie to teraz czasy.

Dolski.

A woły?

Telembecki.

Pyszne! tylko trochę chudo się trzymają... Niech Wielmożny Pan raczy podpisać sumaryczny rachunek kassy.

Dolski.

Ale zaraz, zaraz. Marcinie! gdyby kto przyszedł, powiedz, że mnie niema.

Telembecki.

Lepiéj na klucz zamknąć i nie odzywać się.

Dolski.

Dobrze mówisz... zamknij i nie odzywaj się.

Marcin.

Ba! kiedy ni można.

Dolski.

Dlaczego?

Marcin.

Bo klucz wyleciał.

Dolski.

Jakto wyleciał?

Telembecki.
Moze od innych drzwi dobierze.
Marcin.

Jenom skoczył bez ulicę do przykupki...

Dolski (z Telembeckim wyjmując klucz z drzwi bocznych).

No... no... nim on się wybierze... sam zamknę.





SCENA III.
Dolski, Telembecki, Alfred.
(Kiedy Dolski zbliża się do drugich drzwi, Alfred w nich staje.)
Alfred.

Oho, jeszcze w szlafroku?

Dolski.

Jak się masz kochany Alfredzie... byłem zatrudniony całe rano... nie mogłem się ubrać.

Alfred.

Interesa, papiery, rachunki.. winszuję.

Dolski.

A tak, tak, interesa.

Alfred.

Może przeszkadzam?

Dolski (patrząc na zegar).

Bynajmniéj — siadaj.

Alfred.

Nie wiedziałem, że przyjechałeś... ale spotkałem Jenialkiewicza... powiedział mi, że cię jeszcze w domu zastanę.

Dolski.
Siadaj — dobrze wyglądasz.
Alfred.

Ale proszę cię... jeżeli masz co robić, nie uważaj na mnie, kończ, kończ ja zaczekam.

Dolski.

Można ci cygarem służyć? tu zapałki.

Alfred (rozciągając się na kanapie.)

Dobrze, dobrze — ty rób swoje.

Dolski.

Kiedy pozwalasz... (Siada z Telembeckim zawsze przy małym stoliku.) A jakże mogłeś Panie Telembecki takie świstki poprzywozić? Od czego tu zacząć? O la Boga!

Alfred (biorąc książkę).

Zamek na pograniczu. Wszak to przez autora Pamiętnika mojéj żony?

Dolski (rachując).

Dwadzieścia trzy... dwadzieścia trzy... tak... żony pamiętnika... trzydzieści...

Telembecki.

Zdaje mi się, że Wielmożny Pan tę pozycyę opuścił.

Dolski.

Być może. (Rachuje półgłosem — milczenie.)

Alfred.

Czytałeś?

Dolski.

Sto dwadzieścia... co?

Alfred.
Zamek na pograniczu?
Dolski.

Sto dwadzieścia — czytałem.

Alfred.

Czy to co dobrego?.. co?

Dolski.

Sto siedmdziesiąt sześć, sześć, sześć... Bardzo dobre... sto sześćdziesiąt sześć.

Telembecki.

Siedmdziesiąt sześć.

Dolski.

Sześćdziesiąt sześć.

Telembecki.

Jak Boga kocham, siedmdziesiąt.

Dolski.

Ale mylisz się.

Telembecki.

Niech się Pan przekona.

Dolski.

Niechże!.. (Śpiewa na nótę swoję półgłosem rachując) „Sześć, dwanaście, trzy, piętnaście“ (głośniej) „A dziewięć dwadzieścia cztery“.

Alfred.

Co ty tam śpiewasz? — Twój fortepian?

Dolski.

Nie mój.

Alfred (przy fortepianie).

Nastrojony?

Dolski.
Nie wiém, prawdziwie nie wiém.
Alfred.

Ty nie grasz?

Dolski.

Nie, zupełnie nie. (na stronie) O la Boga!

(Alfred śpiewa albo gra huczną aryę. Dolski kończy rachunek z Telembeckim — widać że mu śpiewanie przeszkadza... za mocniejszymi akordami jakby drutem elektrycznym był tknięty; widać, że czasem i swoję piosnkę nuci... Nareszcie rozmawiając odprowadza Telembeckiego do drzwi.)
Alfred.

Nie zły instrument. Skończyłeś przecie?

Dolski.

A tak, skończyłem.

(Alfred zasiada na kanapie, Dolski na krześle.)
Alfred.

Czy prawda, że się podajesz na Dyrektora w Towarzystwie kredytowém?

Dolski.

A tak, podaje się... nie mogłem odmówić tego Panu Jenialkiewiczowi.

Alfred.

Wiém, wiém. Dobrze robisz i żałuję, że nie mam prawa głosowania, miałbyś niezawodnie jeden głos więcéj, zapewne zbyteczny... ale nie pojmuję dlaczego nikt o tém do dziś dnia nie słyszał.

Dolski.

Cóż chcesz? — Wszak znasz Jenialkiewicza.

Alfred.
Tym razem zdaje mi się, że przesadził tajemnicą. Wszyscy myślą, że pod swoim anonimem kryje swojego bratanka Leona. I sam Leon nie zaprzecza.
Dolski.

Wszystko to dla mnie nie bardzo pocieszające.

Alfred.

Pójdę do moich znajomych i objaśnię ich w tym względzie, jeżeli chcesz.

Dolski.

Jakto jeżeli chcę? — Bardzo, bardzo cię proszę.

Alfred.

Nie wiém, czy ci to qui pro quo nie zaszkodzi, bo Leon jest znany za uczciwego i zdatnego człowieka.

Dolski.

Więc nie będę urzędu piastował?..

Alfred.

Da się to widzieć. Bywaj zdrów. Do zobaczenia.

Dolski.

Wybacz, że cię tak źle przyjąłem.

Alfred.

Ach tylko ze mną żadnych ceremonii.

Dolski (odprowadzając go).

Adieu, adieu.. do zobaczenia. (sam) Każdego innego czasu w rękę go pocałuję jak do mnie przyjdzie... Ale dziś, dziś!.. I dlaczegoż śpiewał... co za zbieg okoliczności!





SCENA IV.
Dolski, Marcin.
Marcin.
Lokaj Pana Hrabiego czeka na odpis.
Dolski (z gniewem).

Ale zaraz, zaraz! (łagodnie) Zaraz mój kochany... niech się chwile zatrzyma. (Siada przy okrągłym stole i pisze. Marcin wkrótce wraca.)

Marcin.

Proszę Pana, powiada, że mu spiesznie.

Dolski (z gniewem).

Już kończę. (łagodnie) Już kończę mój kochany. (Marcin odchodzi, Dolski złożywszy list i mówiąc: No! trąca i wywraca kałamarz.) A niechże cię!... (śpiewa) „Czegoś oczka zapłakała, Moja ty kochanko miła...“ Marcin to zetrze, dobrze, że list nie dostał. (Idzie do przedpokoju i oddaje list Lokajowi.) Kłaniaj się Panu, podziękuj za pamięć... Bywaj zdrów... Marcinie zetrzéj stół.

Marcin (zobaczywszy).

A do trzysta djabłów!

Dolski.

Marcinie! Cóż to za wyrazy!

Marcin (podnosząc papier zalany).

Masz babo reduty!

Dolski.

Cóż to za wykrzyknik.

Marcin.

O!

Dolski.

O la Boga, moja plenipotencya.... biegaj mój Marcinku a żwawo... biegaj za Telembeckim ku poczcie... ku poczcie... niech zaraz wróci... Tymczasem inną napiszę... Biegajże. Zamknę za tobą. Jeszcześ tu?

Marcin.

Jeno szurdut wezmę.

Dolski.

Ależ idź do!.. (łagodnie) idź mój kochany, bo to pilno. (Zamyka drugie drzwi na klucz, a pierwsze od przedpokoju zostawia otwarte.) Może się spóźniły.... może jeszcze na czas zdążę... prędko napiszę plenipotencyą... Telembecki jeszcze nie odjechał, ale Marcin taki głupi... kochany Marcin.

(Dzwonią do drzwi raz, drugi i trzeci; za każdym razem Dolski nuci swoję piosnkę coraz głośniéj.)
Marcin (przez drzwi).

Panie! Panie! Niech Pan otworzy. To Pan Jantoni z Koleczkowa.

Dolski.

O la Boga!(Marcin odchodzi.).





SCENA V.
Dolski, Pan Antoni.
P. Antoni (ściskając go kilkakrotnie).

A mam cię nareszcie kochany sąsiedzie... godziło się tak zapominać swoich przyjaciół?.. Od kilku tygodni ani słowa! Myślałem, żeś już w drodze do Kalifornii. Bagatela, proszę siedzieć!

Dolski.
Kochany Antoni!.. ho, siadaj... cóż cię tu sprowadza?
P. Antoni.

Różne interesa a głównie mój doktor.

Dolski.

Twój doktor? A tobie na co doktora?

P. Antoni.

Bagatela, proszę siedzieć. To ty nie wiész?

Dolski.

Nic nie wiém.

P. Antoni.

Tylko com nie umarł.

Dolski.

O!

P. Antoni.

Szedłem więc do doktora, mieszka w tym domu na trzecim piątrze.... Aż tu Marcinek biegnie za mną, woła...

Dolski (na stronie).

Hultaj!..

P. Antoni.

Co? gdzie? jak? — dowiaduję się i jestem.

Dolski (z roztargnieniem, patrząc na zegar).

Cóż tobie jest?

P. Antoni.

Co? — Długa historya...

Dolski (na stronie).

O la Boga!

P. Antoni.
Ale krótko powiem...
Dolski.

Dobrze.

P. Antoni.

Zgrzałem się, napiłem się wody i zaraz jak mnie nie ściśnie tu... tu...

Dolski (roztargniony pokazując po sobie).

Tak, tu.

P. Antoni.

Niżéj trochę... wyżéj... niżéj... tak, tu, tu... Ach co ja nie wycierpiałem! jak gdyby mi kiszki sznurem ściągano, rozumiesz?

Dolski.

Sznurem, rozumiem. — Teraz jesteś zdrów?

P. Antoni.

Nie zupełnie. — A wiesz, co mi pomogło? — zgadnij.

Dolski.

Jakże mogę zgadnąć?

P. Antoni.

Próbuj, próbuj.

Dolski.

O la Boga! Rumianek, bez...

P. Antoni.

Bagatela, proszę siedzieć... nie zgadłeś... daléj... daléj...

Dolski.

Nie wiém, nie wiém, nie zgadnę. (przechodząc zwolna w śpiew) Na honor nie zgadnę.

P. Antoni.
Więc ci powiém... uzdrowił mnie ogórek.
Dolski (patrząc na zegar).

Ogórek?

P. Antoni.

Ogórek surowy... bagatela, proszę siedzieć.





SCENA VI.
Dolski, Pan Antoni, Telembecki, Marcin (w przedpokoju).
Dolski.

Ach Panie Telembecki zapomniałeś plenipotencyą i patrz!

Telembecki.

A do kroć set djabłów!

Dolski.

O! O! Panie Telembecki!

P. Antoni.

Jak się masz Telembesiu?

Telembecki.

Do usług.

Dolski (do Antoniego).

Za pozwoleniem. (do Telembeckiego) Nie ma czasu przepisywać. Dam Panu blankiet. (Pisze.)

Telembecki.

Tak będzie najlepiéj.

P. Antoni.

Jesteś zatrudniony, nie chcę ci przeszkadzać.

Dolski.
Prawda, jestem trochę zatrudniony... przepraszam cię.
P. Antoni.
Bagatela, proszę siedzieć. Ze mną ceremonije... No bądź zdrów mój Jasiu... (wracając od drzwi) A propos! Wyśmienity ten Jenialkiewicz ze swojemi wiecznemi tajemnicami. Zbiera głosy dla bezimiennego, jak gdyby trudno było zgadnąć, że tym bezimiennym jest jego bratanek. Spotkawszy raz Leona żartowałem z tego nowego sposobu... zdawał się nie rozumieć, ale ja krótko skończyłem dając mu zapewnienie, że za nim głosować będę. Jesteś z nim dobrze, powiedzże mu, że co ja przyrzeknę, to pewnie dotrzymam. Bagatela, proszę siedzieć. Bywaj zdrów!
(Odchodzi.)




SCENA VII.
Dolski (sam).

Dobrze! wybornie! podkopują mnie z wszystkich stron a ja ruszyć się nie mogę... Marcinie! zamknij drzwi... jak kogo wpuścisz to cię zabiję... (łagodnie) zabiję mój kochany. (Zamyka drzwi od przedpokoju, zdejmuje fular ze szyi — otwiera toaletę i mydło rozrabia.) Tylko spokojnie, Dolski... nic jeszcze nie stracone... pojadę... wyjaśnię... (mydląc brodę) Zdaje mi się, że Jenialkiewicz przesadził tajemnicą... Leon korzysta... ja muszę milczeć... Ale (zrywa się i patrzy na zegar) Panna Aniela... może jeszcze nie przybyła... (chodząc) Odmówiła różę w ogrodzie... ale przy obiedzie znowu była tak uprzejmą.... (Chodzi coraz prędzéj i przez roztargnienie coraz prędzéj naciera brodę.) O droga!.. o miła!.. Matyldzie dam do zrozumienia... że natarczywość... nieprzyzwoita... a Pannie Anieli powiem, że... bez niéj żyć nie mogę... (Słychać kilka głosów w przedpokoju.)

Marcin (w przedpokoju).

Dalipan niema. Wyszedł i drzwi zamknął. Dalipan zamknął.

Dolski.

Udam chorego... umarłego... (Kładzie się na kanapie i ręcznikiem głowę nakrywa.) Strzelaj z armat, ja się nie ruszę. (Po krótkiéj chwili nic nie słysząc podnosi głowę, siada, nadsłuchuje, potém wstaje) Cóż to jest?.. nie mogę się ubrać... coś podobnego tylko we śnie się trafia... Ależ koniec końców tego za wiele... Panna Aniela czeka... A to! (Chwycił krzesło i w złości stawiając, mocno o ziemię uderzył... zaraz miarkuje się w gniewie i jakby głaskał krzesło mówi: O! O! O! w tém drzwi otwierają się — Jenialkiewicz w nich staje, za nim Moczybłocka tyłem się obraca. Aniela schodzi na stronę. Matylda zostaje w progu.)

Jenialkiewicz.

Żebyś nie był stuknął, ten truteń byłby mnie zbałamucił.

Matylda.

Słuchajże tu opiekuna, pięknie nas zaprowadził!

Jenialkiewicz.

Idźcie z Panią Moczybłocką, ja wkrótce do domu wrócę.

Matylda (śmiejąc się śpiewa).

A kiedy odjeżdżasz bywaj zdrów, o naszéj przyjaźni dobrze mów.(Zamyka drzwi.)





SCENA VIII.
Dolski, Jenialkiewicz.
Jenialkiewicz.

Menażerya zamknięta, nie wiesz dlaczego?

Dolski (który od wejścia Jenialkiewicza kryjąc się za niego i obcierając brodę powtarzał: O la Boga! O la Boga!)

Panna Aniela, Panna Matylda! moja broda!... w sslafroku... o la Boga!

Jenialkiewicz.

Dlaczegoż u kaduka nie ubranyś dotychczas?

Dolski.

Dlaczego, dlaczego, bo od samego rana tłukę się jak szczupak w sieci. Moi przyjaciele, najgodniejsi, najszanowniejsi ludzie, których lubię, kocham, poważam, dali sobie dziś słowo prześladować mnie bez końca.

Jenialkiewicz.

Ale uspokój się... powiédz co się stało?

Dolski.

Jeden po drugim przychodzi.

Jenialkiewicz.

Kto? jak? co!..

Dolski.

Najprzód Telembecki.

Jenialkiewicz.

Kazałem mu czekać na ciebie.

Dolski.
Wiém, wiém; potém przyjeżdża Henryk.
Jenialkiewicz.

Ja ci go przysłałem.

Dolski.

Dziękuję... mało ze schodów nie zleciałem... potém Hrabia Adolf naséła jakiegoś hajduka po jakiś list nieszczęsny, który pieczętując wywracam kałamarz...

Jenialkiewicz.

Wielkie nieszczęście!

Dolski.

Alfred przybywa... prawda, w moim interesie...

Jenialkiewicz.

Ja ci go przysłałem.

Dolski.

Dziękuję. Śpiewa mi aryą jak Fra Diavolo in persona...

Jenialkiewicz.

Dobrze śpiewa i wie o tém... trzeba było chwalić metodę, chwalić...

Dolski.

A ba! ja także śpiewałem.

Jenialkiewicz.

A więc duet.

Dolski.

Gdzież tam, śpiewałem „Czemuś oczka zapłakała...“

Jenialkiewicz (kończy śpiewając).

„Moja ty kochanko miła“, znam, znam.

Dolski.
Nie wątpię, ale ja śpiewałem, bom się wściekał.
Jenialkiewicz.

Janie, Janie... ja cię nie poznaję!

Dolski.

A ja, a ja, czyż się poznaję!.. Potém Pan Antoni, ten dobry kochany Antoni, nie przyszedłże dusić mnie swoim sznurem i mordować surowym ogórkiem?! — A na koniec Panna Matylda i Panna Aniela spadają jak z nieba właśnie kiedy moja broda... A słuchajcie moi Państwo... tego za wiele! Człowiek śpiewa, śpiewa jak może, ale przez to nie mleko płynie w jego żyłach... i musi nareszcie stracić cierpliwość do stu djabłów!.. Ha? Powiedziałem? — A więc dobrze... tak do sto tysięcy fur beczek batalionów djabłów!.. i... i... niech cię piorun trzaśnie!.. O tak, teraz mi lżéj... ochłodziło mnie, nie ma co mówić.

Jenialkiewicz.

Bywaj zdrów Panie Dolski.

Dolski.

Co? Jak?

Jenialkiewicz.

Do nóg upadam.

Dolski.

Dobrze, jeszcze tego brakowało — gniewasz się.

Jenialkiewicz.

Nie, nie.

Dolski.

Ale cóż zrobiłem?

Jenialkiewicz.
Jeszcze się pyta? Jakto? Zadaję sobie niezmierzoną pracę, piętrzę budowę, arcydzieło dyplomacyi, a ty wszystko niszczysz do razu.
Dolski.

Ja niszczę? Przez cóż o la Boga?

Jenialkiewicz.

Przyséłam ci Henryka, Alfreda, przypadek sprowadza Antoniego. Wszystko ludzie mający wpływ w kraju, a zamiast prosić ich o pomoc, przyjmujesz zimno...

Dolski.

Ale nie, ale nie.

Jenialkiewicz.

Dajesz im uczuć, że niewczas przychodzą.

Dolski.

Ale nie, ale nie. (śpiewa) Moja ty kochanko. (poprawiając się) Mój Panie Jenialkiewicz.

Jenialkiewicz.

Urażeni twoją niegrzecznością...

Dolski.

Ależ dla Boga, z czegoż to wszystko wnosisz?

Jenialkiewicz.

Ze stanu, w którym cię widzę... Wstydź się... jestże to postępowanie godne człowieka, który chce urząd piastować? Jestże to wdzięczność, do któréj mam niejakie prawa? Tak mnie opuścić, na śmiech wystawić, to się nie godzi.

Dolski.
Panie Jenialkiewicz, zabij mnie jeżeli chcesz, ale się nie gniewaj... powiedz, co robić, aby cię zadowolnić... bo co się mnie tyczé... to... ale potém o tém... Zrobię, co każesz, ale miej litość, bo na honor nie wytrzymam.
Jenialkiewicz.

No uspokój się i spuść się na mnie... Naprawimy rzecz całą... ubierz się... zamów w Restauracyi francuskiéj wieczerzę na sześć osób.

Dolski.

Dobrze Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Ja zaproszę Hrabiego, Alfreda, Henryka i Antoniego. Przyjdę z nimi punkt o dziewiątej.

Dolski.

Dobrze Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Do zobaczenia. (wraca od drzwi) Każ parę butelek szampańskiego odkorkować i w lód wstawić.

Dolski.

Dobrze Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Ale ubieraj się. Adieu! (Odchodzi.)

Dolski (sam — rzucając się na krzesło).

Panna Matylda! Panna Aniela! moja broda... szlafrok... O Boże, Boże! to za wiele na jednego słabego człowieka!

(Zakrywa twarz rękoma — zasłona opada.)


Koniec aktu IV.
AKT V.

(Salon pierwszego aktu.)

SCENA I.
Matylda, Aniela.
Matylda.

Już się nie śmieję, nie gniewaj się... ale scena była arcykomiczna.

Aniela.

Zacznijże znowu.

Matylda.

Jego pomieszanie...

Aniela.

Bardzo naturalne. Cóż on temu winien, że Wujaszek naprowadził nas niespodzianie?

Matylda.

W saméj rzeczy, jeżeli kto winien, to Stryjaszek i twój bucik, który aby się rozsznurować, czekał przybycia do przedpokoju Pana Dolskiego. Miałożby to być sympatyą?

Aniela.
Matyldo.
Matylda.

Ja opowiadam fakta historyczne. Prowadzone przez kochanego Stryjaszka nie wiedząc nawet do jakiéj części świata, przybywamy; Marcin, jako Horacyusz Cocles nie mostu ale drzwi broni upornie, i mamy już odwrót rozpocząć kiedy nas twój bucik wstrzymuje... I gdyby Pau Dolski nie był upuścił książki czyli brzytwy, bo się golił podobno, byłybyśmy pozbawione honoru asystowania przy jego toalecie.

Aniela.

Stajesz się nieznośną.

Matylda.

Więcéj ani słowa. Cóż miałaś mi powiedzieć?

Aniela.

Chciałam z tobą pomówić o bardzo ważnéj rzeczy, ale nie zdajesz mi się teraz być usposobioną do takiéj rozmowy.

Matylda.

I owszem i owszem słucham cię z wszelką uwagą.

Aniela.

Mam prośbę do ciebie.

Matylda.

Accordé nim jeszcze dowiém się o co idzie.

Aniela.

Pewnie?

Matylda.

Czy wątpisz, że ja tobie nic odmówić nie mogę?

Aniela.
Boję się, abyś mego zamiaru nie wyłożyła fałszywie.
Matylda.

Tylko bez przemowy. Zwięzłość, otwartość najkrótsze drogi do mojego serca.

Aniela.

A więc otwarcie przemówię do twojego serca. Ty nie chciałabyś stać się powodem czyjejbądź boleści? Prawda?

Matylda.

Pytasz się? — I tak solennym głosem?

Aniela.

Zatém do rzeczy. Karol kocha cię, jak tylko można kochać siostrę. Uważaj, ja cię o to proszę, aby cię nigdy inaczéj nie pokochał.

Matylda.

Cóż to znaczy?

Aniela.

Nie rozumiész?

Matylda.

Boisz się, aby Karol nie zakochał się we mnie?

Aniela.

Boję się.

Matylda.

Wiesz, że ta myśl nigdy mi przez głowę nie przeszła i tylko takiéj siostrze jak ty przyjść mogła.

Aniela.

A to dlaczego?

Matylda.
Karol zakochany... czy ty chcesz żartować?
Aniela.

Nie mówię, aby tak było, ale czyliż być nie może?

Matylda.

O la la!

Aniela.

Wesoły do szaleństwa prawie, przyszłością nie troszczy się wiele... przyjmuje obojętnie co mu los wydziela, ale przez to nie mniéj jest zdolny do głębokiego uczucia.

Matylda.

O la la!

Aniela.

Ja znam dobrze jego serce, może lepiéj jak on sam. Miłość jego szczęściem albo nieszczęściem będzie... i nie bez przyczyny lękam się...

Matylda.

Nie, nie moja Anielko. Karol zakochany jest dla mnie istotą nie do pojęcia... i jeżeli się nie śmieję, to tylko dlatego, aby nie rozgniewać cię powtórnie.

Aniela.

Dotychczas ostrém było jego życie i tylko umysł swobodny wspierał go zawsze. Los wytyczył w przyszłości tobie drogę kwiecistą, jemu ciernistą ścieżkę. Nie pozbawiaj go spokojnéj odwagi, której potrzebuje. To od ciebie zależy. O to cię błagam.

Matylda.
Dajże mi pokój. Twoje przesądne przewidywania sensu nie mają. Lubię jeździć konno, on także lubi, jeździmy razem i na tém koniec.
Aniela.

Tak koniec na teraz, ale jesteście zawsze z sobą nierozłączeni prawie.

Matylda (z przymuszoną wesołością).

Jakto nierozłączni? — Czyliż byłam z nim w téj studni, w której pluskał się do południa... A potém — powiadasz zawsze — bo tobie, która jesteś samym rozsądkiem wyjąwszy kiedy idzie o Dolskiego, wolno wszystko mówić — powiadasz, że jestem czasem szalona, wszak prawda?

Aniela.

Przynajmniéj starasz się czasem okazać taką.

Matylda (zawsze z przymuszoną wesołością).

Więc dobrze. Powiadasz także i na Karola, że on czasem szaleje... ale dla Boga, to byłaby z nas para strasząca... (śmieje się) I w samej rzeczy moglibyśmy we dwoje zaburzyć porządek socyalny... Ręczę, że nie danoby nam dyspensy... Karol i ja, wyśmienicie! Otóż sentyment w swéj własnéj osobie.

(Matylda z razu śmieje się więcéj z przymusu, ale jak Karol wbiegł z księgami pod ręką, stanął przed nią i starał się odgadnąć powód jéj wesołości, zaczyna śmiać się szczerze — Karol zaczyna także śmiać się i śmiejąc się odprowadza ją do drzwi, potém wraca i rzuca się na kanapę.)




SCENA II.
Aniela, Karol.
Karol.
Och! Och! jakże to dobrze wyśmiać się tak serdecznie... kochana Matylda... Och! Och!.. Ale powiedz mi z czego my się śmieli?
Aniela.

Czy nie z ciotuni Miczałkowskiej?

Karol.

Ach, żebym ją miał! ale mi się wyślizguje jak piskorz.

Aniela.

Z czegóż się ty śmiałeś?

Karol.

Bo ona się śmiała... a potém, bardzo jestem smutny.

Aniela.

Jakiż to ten smutek, co tak śmiech wzbudza?

Karol.

Śmiech nerwowy, smutek w sercu.

Aniela.

Powiész mi?

Karol.

Nie powiém. Ale jak ci się spytam o jednę rzecz, odpowiész mi szczerze?

Aniela.

Dlaczegoż nie.

Karol.

Powiédz mi. (Oglądając się czy kto nie słyszy.) Ten djabeł nie Dolski do kogo się ma?

Aniela.

Jakto, do kogo się ma?

Karol.
Do ciebie czy do Matyldy?
Aniela.

Nie rozumiém.

Karol.

Ach rozumiész bardzo dobrze. Ja ci się pytam, w kim się ten wodopój kocha, w tobie czy w Matyldzie?

Aniela.

Alboż ja wiém.

Karol.

I któż wiedzieć będzie?

Aniela.

On zapewne.

Karol.

Moja droga Anielko, słuchaj, ja cię tak kocham, nie dręcz mnie, powiedz otwarcie: Dolski kocha się w tobie czy w Matyldzie?

Aniela.

A gdyby i w Matyldzie.

Karol.

Jesteś tego pewna?

Aniela (na stronie).

Żal mi go. (głośno) Tak dalece pewna...

Karol (do siebie).

Matylda więc.

Aniela.

Zdaje mi się nawet...

Karol.

Zdaje ci się?..

Aniela.
Że nie.
Karol.

Nie? Taką więc rzeczą...

Aniela.

Cicho bądź.

Karol.

O moja droga, luba, kochana Anielko, Anieleczko, jakże jestem kontent! (tańcuje) jakżem szczęśliwy!.. Chcesz, żebym cię uściskał?

Aniela.

No, no, no... dobrze... dobrze...

Karol.

Pójdziesz za niego, wszak prawda?.. Ten dobry, poczciwy Dolski... takich ludzi mało na tym świecie. Wiesz Anielko, że ja go kocham jak brata.





SCENA III.
Aniela, Karol, Dolski.
Dolski.

Dobrze, że Panią zastaję... i ciebie Karolu... że samych zastaję.

Karol.

Cóż tak pobladłeś?

Dolski.

Przykry wypadek.

Aniela.

W saméj rzeczy... Panie Dolski, co Panu jest?

Dolski.
Przykre zdarzenie Panno Anielo.
Aniela.

Czy wybory?

Dolski.

Ach, nie chcę o nich słyszeć... wyjechałem nim się zaczęły... nie dbam o urząd... jadę do domu, ale nie mogłem przenieść na sobie, abym was nie pożegnał.

Aniela.

Cóż się stało? mówże Pan.

Dolski.

Powiém, bo po to przyjechałem... ale to boleśnie... wierz mi Pani, wiele cierpię.

Aniela.

Siadajże Pan. (Dolski siada w środku sceny, Aniela i Karol po obu stronach.)

Dolski.

Panno Anielo, Panie Karolu słuchajcie. Lubo od kogo innego moglibyście się wszystkiego dowiedzieć, ja sobie tę karą zadałem... wyznam przed wami, których szacunek droższy mi nad życie.

Aniela.

Ale Pan nie jesteś chory? nie jesteś ranny?

Dolski.

Nie, nie. Dzień wczorajszy był dla mnie pełen przykrości. Pragnąłem wprawdzie jaki urząd piastować, podałem się na Dyrektora w Towarzystwie kredytowém. Zbyt uległy woli Pana Jenialkiewicza, robiłem co kazał, otaczałem się tajemnicą, znosiłem co mogłem, ale wczoraj sił mi brakło. Od samego rana chciałem, musiałem wyjść z domu koniecznie, a tu wizyta po wizycie... Najlepsi moi przyjaciele otaczali mnie jak siecią, w któréj plątałem się bez ratunku.

Karol.

Dlaczegoż nie miałbym powiedzieć najlepszym przyjaciołom: Idźcie do stu djabłów, bo nie mam czasu.

Dolski.

Do stu djabłów? — O la Boga, ja lękam się czy jestem dość grzeczny.

Karol.

Bądź grzeczny, dobrze, ale nie bądź szlafmycą u licha!

Dolski (ku Anieli).

Szlafmycą? O la Boga!

Aniela.

Karolu!

Karol.

Pojmuję, żeś siedział jak na szpilkach... miałeś iść do Panów wyborców.

Dolski.

Nie, ja chciałem Pani służyć.

Karol.

A!.. Służyć Pani.

Dolski.

Nareszcie... okropne wspomnienie!.. weszłyście Panie.

Karol (śmiejąc się).
I zastały golącego się... czy to całe zdarzenie?
Dolski.

Ach gdzież tam! Pan Jenialkiewicz zastraszył mnie i zmusił prawie abym tych wszystkich Panów, którzy byli u mnie rano, zaprosił na wieczerzę do francuskiéj restauracyi, miał sam przyjść z nimi i naprawić, co jak mówił, popsułem niegrzecznością moją... Stało się... Ach!

Karol.

A ty wyjechałeś?

Dolski.

Obym był wyjechał. Zamówiłem wieczerzę na dziewiątą... O dziewiątéj przychodzę... Cały dzień nic w ustach nie miałem... Czekam, pół do dziesiątéj... dziesiąta, nikogo nie ma... odchodzę od siebie... bo co za igraszka losu, rano przyjaciół za wiele, a wieczór mniej niż za mało.

Aniela.

Przykre położenie.

Karol.

Jeść się chce.

Dolski.

Chodzę i chodzę, pół do jedenastéj... jedenasta... nikogo... w gardle mi sucho.

Karol.

Bardzo wierzę.

Dolski.

Jakieś nerwowe rozdrażnienie porywa mi rękę i zbliża do butelki szampańskiego wina... A ja w całem mojem życiu nigdy kieliszka wina nie wypiłem.

Karol.
No! (z gestem) Nie masz czém się chwalić.
Dolski.

Chwytam... nalewam... chłodne... lekkie... spragniony chciałem usta zmaczać... (ciszéj) wypiłem do dna.

Karol.

Bravo!

Aniela.

Karolu!

Karol.

Cóż? mam nad nim płakać?

Dolski.

Co mi się zdało chłodzącém, stało się ogniem... Ach, żebyś wiedział co to za uczucie...

Karol.

Żebym wiedział? A! dobry jest!

Dolski.

Jakiś szał mnie ogarnął... krzyczałem jak furman na popasie... jak furman Panno Anielo. — Nie dość, zapraszam do stołu gospodarza i jego żonę i siostrę i najnieprzyzwoitszego ich podrostka.

Karol.

Dobrześ zrobił — samemu trudno zjeść za sześciu... w towarzystwie je się smaczniéj.

Dolski.

Gwar, hałas, nikt się nie słyszał... nalano jeszcze, wypiłem jeszcze... Od tego czasu słabo tylko pamiętam co się działo.

Karol.
Patrzałeś jak przez krepę.
Dolski.

Ach tak jest, jak przez krepę.

Karol.

Swiatło się dwoiło.

Dolski.

Tysiące, tysiące świec stało przedemną.

Karol.

Sufit się kręcił.

Dolski.

W koło... dotychczas o tém myśleć nie mogę.

Karol.

To tyś się simpliciter spił Dolsiu.

Dolski.

Spił! O la Boga, spił! w saméj rzeczy przebacz Panno Anielo, że uszy twoje obrażam, ale mnie się zdaje, że... tak jak on powiada, spiłem się.

Karol.

A ja jestem pewny... No jeżeli tylko tyle, łatwa rada; Anielko każ dać na obiad barszcz albo kapuśniak.

Dolski.

Jeszczem nie skończył... i nie wiém czy daléj mówić potrafię.

Aniela.

Proszę, proszę, nie jestem zbyt surową.

Karol.
O! ja z młodu przyzwyczajałem ją mieć wzgląd na podobne usterki... Cóż daléj?
Dolski.

W przyległym salonie była podobno lekcya tańców... grano na skrzypcach... w moim szale...

Karol.

Stłukłeś skrzypce?

Dolski.

Gorzéj!.. Zacząłem tańcować.

Karol (śmiejąc się).

Bravo Dolsiu... pozwól niech cię uściskam.

Aniela.

Ale Karolu... dajże pokój.

Karol.

Jakie solo?.. czy pas de deux?

Dolski.

Tańcowałem, a ze mną wszyscy i wszystko... kto był, kto żył, kto?.. nie wiem... ale była ciżba... a wszystko szło z kosa, z kosa... ach okropnie!

Karol.

Okropności, tak dalece, dotychczas nie widzę.

Dolski.

Nareszcie...

Karol.

Oho!

Dolski.

Nie — nie skończę — nad me siły — czytaj.

Karol (czyta).

Rachunek & &. Wieczerza, wino, światło, hm, hm... piękne sumki... Za talerzy sześć tuzinów... Hę? (Dolski zakrywa sobie oczy) Dziesięć półmisków... butelek... Cóż to, tłukłeś? (Dolski potakuje głową.) Traf! trzask! brzęk! szczęk!?

Dolski.

Ach brzęk, szczęk... brzęk szczęk.

Karol.

Szklanki, kieliszki, summa... A okna?

Dolski.

Okna? — Nie.

Karol.

A to co? Od tego się zaczyna.

Dolski (do Anieli).

Od tego się zaczyna?

Aniela.

Nie słuchaj go Pan.

Karol.

Oho! Doktorowi dwa dukaty... Cóż to, czy byli ranni?

Dolski.

Nie, podrostek dostał niestrawności.

Karol.

I ty za to zapłaciłeś?

Dolski.

Jużci ja byłem niewinną przyczyną... ale już zdrowszy, odwiedziłem go przed wyjazdem.

Karol.

Na honor nie wiém czy cię łajać czy uściskać trzeba... prawda Anielko?

Dolski.
Ach Pani szydzić nie będziesz, bo ja przyznaję moję winę... ja czuję moję hańbę.
Aniela.

Bez winy Pan nie jesteś, ale o hańbie niema mowy.

Dolski.

Poznaję w tych słowach dobroć bez granic, dobroć anielską... ale nie jestem jéj godzien... litość bez szacunku nie odpowié uczuciu, które w mém sercu... Ach przebacz... już mi mówić nie wolno... Żegnam was... pójdę...

Karol (kończąc sens).

Spać. A potem o wszystkiém zapomnę.





SCENA IV.
Ciż sami, Leon, Matylda.
Leon.

Tajemnica zatém odkryta, wyjaśnione to wszystko, co nas dziwiło od niejakiego czasu, był to plan szeroko i głęboko zakreślony przez kochanego stryjaszka, aby otrzymać dla Dolskiego urząd Dyrektora.

Matylda.

Wiemy, wiemy, ale jeszcze nie wszystko i nie wszyscy.

Leon.

Tymczasem ja najprostszą drogą zostałem wybrany.

Dolski (na stronie).
Nie będę więc piastował... ale i lepiéj. (głośno) Winszuję ci i wierz mi, że szczerze.
Leon.

Bardzo wierzę. O twoich zamiarach nie wiedziałem, ale gdybym był wiedział, nie byłbym ustąpił, powiém otwarcie. Ale ty wiedziałeś, że masz we mnie współzawodnika, a jednak nie tylko w niczém nie przeszkadzałeś, ale jeszcze pomódz mi chciałeś. (do rodzeństwa) Dawał mi pieniądze, których ja w napadzie sardonicznego humoru potrzebować mniemałem. Szanujcie go, bo na honor takich ludzi mało.

Aniela.

Kochany Leonie, cieszę się twojém szczęściem.

Matylda (cicho do Anieli).

A Dolski?

Aniela (podobnież).

Nie dba o to; ja ci powiadam.

Matylda.

A zatém (kłaniając się Leonowi) Pana Dyrektora.

Karol.

Cieszę się, że to szczęście ciebie a nie mnie spotkało.

Leon.

Dziękuję wam, dziękuję i wyznam otwarcie, że nigdy jeszcze w życiu nie byłem tak kontent.

Dolski.
Pozwólcie teraz Państwo, abym wam podziękował za chwile przyjemnie w tym domu spędzone. Pamięć tychże w sercu na zawsze zachowam. Pozwólcie zarazem polecić się waszéj lasce i najserdeczniéj pożegnać.
Matylda.

Hola! Wybór Dyrektora nie rozwiązuje splątanego węzła. Aby nie tracić czasu, przetnę go prawie jak Alexander Wielki. Wiecie, że przedsięwzięłam wielką reformę socyalną... chcę, aby kobiety same sobie wybierały taneczników i mężów. Panie Dolski. (głuche Ach! ogólne.)

Dolski (na stronie).

Otóż masz!

Matylda.

Jesteś człowiek uczciwy, dobry, delikatny... Ofiaruję ci moję rękę. (Wzruszenie wszystkich.)

Dolski.

Żartujesz Pani.

Matylda.

Przekonaj się Pan.

Karol (zwracając gwałtownie Dolskiego ku Matyldzie.)

Padnij do nóg do stu djabłów — podziękuj przysięgnij, że jéj szczęściu całe życie poświęcisz.

Dolski.

Dobrze mówi, wyjąwszy wyrazy...

Matylda.

Na miejscu których powinien był zaśpiewać.

Dolski.

Dobrze mówi, tylko u nóg twoich mogę odpowiedzieć. (Chce przyklęknąć.)

Matylda.
Nie, nie... to już nie w modzie.
Dolski.

Szczęście pozyskać serce Pani, otrzymać jéj rękę jest szczęściem, które mało kto marzył, a każdy zazdrościć musi... Ach... wybacz mi Panno Matyldo... nie chciałbym...

Matylda.

Wstęp nieobiecujący... ale mów Pan otwarcie, bardzo proszę.

Dolski.

Otwarcie więc powiem, nie jestem godny jéj ręki.

Matylda.

Ja myślę inaczéj... zastanów się Pan... zastanów się dobrze, jestem majętną... majętną. (Poruszenie ogólne.) Okażę czysty extrakt... jakże to zowią.. extrakt fabularny... Wszakże to tym sposobem wy Panowie staracie się podobać, nie prawdaż? — Ja was naśladuję. — Dobrze? Co?

Dolski.

Pani...

Matylda.

Tak albo nie? (Milczenie)

Dolski.

Trzykroć więc przepraszam ale... nie.

Matylda.
A zatém czysty odkosz... Cóż robić... każde stanowisko ma swoję dobrą i złą stronę... ale pomimo wyraźnego nie, którém mnie zaszczyciłeś... nie pozwalam, abyś odjechał... musimy się pokochać... choćby jak rodzeństwo. Nie chceszże zostać moim bratem? — Ja mam siostrę Panie Dolski... naszą lubą Anielkę.
Dolski.

O la Boga! Czy dobrze zrozumiałem?

Matylda.

Doskonale, ale nie bez trudności.

Dolski.

Ależ pozwól...

Matylda.

Tak albo nie?

Dolski.

Tak, tak, tysiąc razy tak... Ale Panna Aniela?

Matylda.

Zezwala.

Aniela.

Matyldo...

Matylda.

Spuść się na mnie... ja. (Udaje gesta Jenialkiewicza, jakby lejcami kierował.)

Dolski (do Anieli).

Mogę zatém wierzyć?

Matylda.

Możesz.

Dolski.

Chciałbym jednak słyszeć choć jedno słówko. (do Anieli) Pani nie zechcesz sprzeciwiać się kuzynce, którą tak kochasz?..

Aniela.

Zapewne, że nie... cóż robić.

Dolski.
O Panno Anielo, jeżeli nie zgadniesz, to ja Ci nie wyrażę mojego szczęścia i wdzięczności mojéj. Przebacz mi zatém...
Aniela.

Cicho, cicho, pomówimy o tém.

Matylda.

Ale nadal jak najmniéj śpiewania Panie Dolski, bardzo proszę.

Karol.

Bravo! do kroćset!..

Matylda.

Pst!.. Widzisz więc Panie Leonie, że nie zawsze chęć majątku sercem powoduje. Ja majętna zostałam odmówiona, a ta mała, ktoby się spodziewał, dostaje bogatego i pewnie dobrego męża.

Leon (na stronie).

To wyraźnie pod moim adresem. (głośno) Kiedy tak, więc wiesz co Matyldo... czas drogi... jedźmy jakby koleją żelazną... oni się biorą, pobierzmy się i my. Co mówisz?

Matylda.

Ty ze mną? (Karol niespokojny.)

Leon.

Dlaczego nie?

Matylda.

Żarty.

Leon.

Bynajmniéj. Nie mogłaś nie widzieć oddawna...

Matylda.

Żeś zwracał dyplomatyczne westchnienia ku Anielce?

Leon.
Ach Matyldo, trudnóż zgadnąć było, że to maska.
Matylda.

Maska? — I na to, aby zastrzedz swoję miłość własną od możliwej klęski... Nie, mój Panie Leonie, kocham cię jako kuzyna, ale za męża nie chcę... Maska? A nużby Aniela była się przywiązała?

Leon.

Byłbym teraz szczęśliwy.

Matylda (zniecierpliwiona).

A gdybym ja ci rękę oddała?

Leon.

Byłbym może żałował. (Ogólne O! O!)

Matylda.

Nie gniewam się, bo wiém, że mówi szczerze, posag mu się podobał więcéj jak moja osoba.

Karol.

Masz rozum za całą familię.

Leon (na stronie).

W saméj rzeczy zdaje mi się, ie mnie Pan Bóg ustrzegł.

Matylda (do Anieli, która rozmawia z Dolskim).

Niegodziwa dziewczyno, w swojém szczęściu o wszystkiém zapominasz, nawet o bracie. (Mówi jéj do ucha.)

Aniela.
Czy być może! (Rzuca się na szyję Karolowi.) I ty będziesz szczęśliwy. (Mówi mu do ucha wiodąc ku Matyldzie.)
Karol.

Gwałtu! serce moje! Matyldo kochana, dobra, najdroższa Matyldo... czy prawda? Chcesz pójść za mnie?

Matylda.

Chcę, chcę.

Karol.

Nic nie mówię... nic... ale zobaczysz... ja ci powiadam zobaczysz!

Leon (kłaniając się).

Skończyła się więc cała reforma na poruczniku ułanów.

Matylda.

Daję dobry przykład, czyliż nie dosyć?





SCENA V. i ostatnia.
Ciż sami, Jenialkiewicz (w podróżnym ubiorze wchodzi spiesznie).
Jenialkiewicz (stanąwszy pośrodku spogląda po wszystkich — potém wyprowadza Dolskiego i mówi p. k. m.).

Spadłeś.

Dolski.

Wiém.

Jenialkiewicz.

Całe ztąd nieszczęście, że zapomniałem o twojéj wieczerzy... Ale na drugi raz... spuść się na mnie.

Dolski (przestraszony).
Ach Mości Dobrodzieju! (na stronie) Nie chcę już piastować. (Spojrzawszy na Anielę.) Chyba jak ten... O Telembesiu!
Jenialkiewicz (odprowadzając Leona na stronę).

Zostałeś Dyrektorem.

Leon.

Zostałem.

Jenialkiewicz.

Czemu mnie się nie poradziłeś? Dolski byłby odstąpił... ja byłbym ci drogę utorował.

Leon.

Dziękuję stryjaszkowi.

Matylda.

Co tam stryjaszek o swoich wyborach rozprawia, my tu mieli ważniejsze.

Jenialkiewicz.

A! A!

Matylda.

My już mamy Dyrektorów.

Jenialkiewicz.

A! A! rozumiem.

Matylda.

Trzeba nam tylko twego zezwolenia, błogosławieństwa i wyższéj dyspensy.

Jenialkiewicz.

A! A! rozumiem. Aniela...

Matylda.

Aniela?

Jenialkiewicz.

Idzie za Leona.

Matylda.
Nie, za Pana Dolskiego.
Jenialkiewicz.

A! A!.. za Dolskiego, zatém Leon żeni się z tobą?

Matylda.

Nie, ze mną Karol, (całując go w rękę) jeżeli opiekun zezwoli.

Jenialkiewicz.

Dlaczego nie? Wszak to mój plan, z małemi wprawdzie odmianami... ale mój plan od dawna ułożony... Niech was Bóg błogosławi moje dzieci... Będziecie szczęśliwi... ja ręczę, spuście się na mnie.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.