Dzieła Aleksandra Fredry tom VII/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Dzieła Aleksandra Fredry
Podtytuł Tom siódmy
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Aleksander Hr. Fredro.
Page005a-PL Józef Ignacy Kraszewski-Dwie królowe Tom I.png

DZIEŁA.
Z PORTRETEM AUTORA.

TOM SIÓDMY.
Zawiera:

WARSZAWA.
Nakład Gebethnera i Wolffa.
KRAKÓW. G. GEBETHNER I SP.
1880.




~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kraków. Z drukarni Wł. Anczyca i Spółki.







WIELKI CZŁOWIEK
DO
MAŁYCH INTERESÓW.
KOMEDYA
W PIĘCIU AKTACH.

Niektórych sprawy podobne do złotników, co dęto nie odlewano robią; tak owych zawody w pozorze są coś, lubo w rzeczy nic.

And. Max. Fredro.

OSOBY:
AMBROŻY JENIALKIEWICZ.
MATYLDA, bratanka  Jenialkiewicza.
ANIELA, siostrzenica,
KAROL, brat Anieli, siostrzeniec
LEON, bratanek
DOLSKI.
ANTONI, sąsiad  Dolskiego.
ALFRED, przyjaciel
TELEMBECKI, rządca
MARCIN, służący
PAN IGNACY, daleki krewny i domownik Jenialkiewicza.
PANI MOCZYBŁOCKA.
TAPICER.
OFFICYALIŚCI.
LOKAJE Jenialkiewicza.
 
 
Rzecz dzieje się w 1, 2, 3 i 5tym akcie na wsi w domu Jenialkiewicza, w 4tym w mieście w pomieszkaniu Dolskiego.

WIELKI CZŁOWIEK
DO
MAŁYCH INTERESÓW.



AKT I.
(Salon, drzwi boczne i środkowe; po prawéj stronie od Aktorów duże bióro papierami założone — po lewéj stronie kanapa, przed nią stół.)


SCENA I.
Jenialkiewicz, Dolski.
(Jenialkiewicz mówi zwolna, poważnie, zawsze tajemniczo, stosowna, wydatna gra twarzy i gestów, któremi często myśl swoję poprzedza lub zakończa. Okulary na czoło podniesione, które w uniesieniu spuszcza czasem na chwilę — w ręku i kieszeniach papiery; te często przerzuca i przegląda, czasem coś w pulares zapisuje. Jenialkiewicz z Dolskim spotykają się na środku sceny... Jenialkiewicz podaje mu rękę w milczeniu, wyprowadza na przód sceny, wpatruje się w niego, potém mówi.)
Jenialkiewicz.

Cóż Panie Janie?

Dolski.

Nic Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Dobrze?... Hm?...

Dolski.

Dość dobrze.

Jenialkiewicz.

Bardzo dobrze... wszystko idzie, jak po mydle... jesteśmy prawie u celu.

Dolski.

Aż mnie dreszcz przechodzi... Ja miałbym urząd otrzymać?

Jenialkiewicz.

Ale nikomu ani słowa... ani pół słowa... bo widzisz na tym świecie. (gesta) Rozumiesz?

Dolski.

Tak dalece... niekoniecznie..

Jenialkiewicz.

Pst!.. Spuść się na mnie.

Dolski.

Ach, któż więcéj odemnie spuszcza się na ciebie, kochany Panie Jenialkiewicz. Od roku przestałeś być moim opiekunem, a ja przecież zawsze pod opieką.

Jenialkiewicz.

Czy źle na tém wychodzisz?

Dolski.

I owszem... ale...

Jenialkiewicz.
Bo co się tycze opieki mój Dolski, mnie się pytaj, ja ci powiém... miałem ich i mam nie mało... a wszystkie... (Pokazuje gestami jakby lejce trzymał i niemi kierował.)
Dolski.

Zadajesz sobie tyle pracy.

Jenialkiewicz.

Prawda. Drugi padłby pod ciężarem... ale ja Bogu dzięki umiem sobie poradzić... Od tylu lat opieka na opiekę... a jakie! fiu!.. Mój brat Antoni zostawia mi Leona... majątek zadłużony — fraszka, oczyściłem radykalnie... wszystko sprzedałem i długi spłaciłem. Leon z pod mojéj opieki wyszedł czysty jak bursztyn, ale z nim mam biedę — to panicz, z którym nie zawsze można trafić do końca. Dobre serce, dobra głowa... ale języczek!... Jak płatnie niéma co zbierać. (ciszéj) Nawet mnie samemu oberwie się czasem.

Dolski.

Czy być może?

Jenialkiewicz.

Jakem Jenialkiewicz. (odprowadzając niby na stronę i tajemnie) Co gorzéj, mówiąc między nami, nie dba o moję radę... Pst! Zarozumiały, uparty, porywczy... ale chłopiec jakich rzadko, miły, łagodny, do rany przyłożyć, potrafię mu przyszłość (gesta) zapewnić i mimo, że już dawno wieloletni, nie prędko go jeszcze z opieki wypuszczę.

Dolski.

Pan Leon, jak się zdaje, skłania się sercem...

Jenialkiewicz.

Pst!... spuść się na mnie.

Dolski.
Dobrze Mości Dobrodzieju.
Jenialkiewicz.

Z Matyldą inna sprawa. Mój brat Józef, wdowiec od dawna, zostawił z córką i znaczny majątek pod moją opieką... kapitały, wsie zagospodarowane aż miło... to wymagało... (gesta, jakby lejcami kierował) Rozumiesz? Pieniądze rozlokowałem, bardzo, bardzo łatwo rozlokowałem... Teraz exekwuję, detaksuję, licytuję... palę proces po procesie... O! ze mną żartów niéma... ja wiem, co to opieka... prawda?

Dolski.

Prawda Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Wioski puściłem w dzierżawę... przeszłego roku jako dobry opiekun wszystkie zwiedziłem... Ach! mój miły Boże, co się z tego pięknego majątku zrobiło!.. (gesta) zwaliska, jakem Ambroży, zwaliska... ni ściany, ni strzechy... Zabrałem się żwawo do roboty i napisałem o strzechach rozprawę.

Dolski (półgłosem).

Czy może nie lepiéj było kazać naprawić.

Jenialkiewicz (przy biórze).

Pokażę ci wykaz stosunku produkcyi słomy jednego sążnia kwadratowego ziemi do zużycia téjże w jednym sążniu strzechy; rzecz arcy ciekawa... (Szuka.)

Dolski (na stronie).

Ach, któż bez ale.

Jenialkiewicz.
Gdzieś zatraciłem no... dam ci potém... Takim to ja jestem opiekunem... brat po bracie, opieka po opiece.
Dolski.

A opieki po siostrze Pan nie wspominasz? Pana Karola i Pannę Anielę.

Jenialkiewicz.

O! téj opieki nie liczę... Karola i Anielkę uważam za własne dzieci... A jakie dzieci mój kochany!... Karol złoto, klejnot... trochę długów narobił... (skrobiąc się za ucho) No!... A taż Anielka! dobra, luba, rozsądna, Anioł nie dziewczyna.

Dolski (z zapałem).

Ach prawda, Anioł, Anioł!

Jenialkiewicz.

Hę?

Dolski (spuszczając oczy).

Anioł, powtarzam słowa Wać Pana Dobrodzieja.

Jenialkiewicz (na stronie).

Miałżeby?... Chciałżeby?... Nie, inaczéj rzecz ułożyłem. On dla Matyldy prawdziwy mentor, tego jéj potrzeba... Anielka musi zostać duchem opiekuńczym Leona... Ach do stu!... zapomniałem. (dzwoni) Tyle interesów na głowie. (Bierze z bióra listy zapieczętowane i oddaje w głębi lokajowi, kończąc ciche zlecenia słowem: Galopem. Tymczasem Dolski na przodzie sceny mówił.)

Dolski.
Zdaje się niekontent... przeczułem... układ familijny... a ja miałbym wkradać się... nadużywać gościnności... ja? jego przyjaciel?... Nie... to byłoby zdradą... ale Panna Aniela... tak ładna, tak miła, o la Boga!
Jenialkiewicz.

A Matylda, co mówisz? To skarb Panie... prawda?

Dolski (obojętnie).

Skarb, w saméj rzeczy.

Jenialkiewicz.

Z nią sprawa nie tak łatwa jak się zdaje... to mały djabełek, djabełek jakem Ambroży! Ale charakter anielski... serce złote... Nie uwierzysz, ile ona dobrego czyni, ile jałmużny rozdaje... O! rzadkiéj dobroci dziewczyna.. A zuch! fiu!.. przeszłego roku wracała konno, sama od jednéj choréj staruszki... w tém, w lasku jakiś hultaj czy pijak wyskakuje z gąszczy i za cugle chwyta. Myślisz, że się zlękła? że krzyczała albo zemdlała? Wcale nie, widząc, że słowa nie pomagają, jak nie przeciągnie harapem przez łeb hultaja, aż się zatoczył... a ona w nogi... Ha, ha, ha! Rzadkiéj dobroci dziewczyna!

Dolski.

W saméj rzeczy.

Jenialkiewicz.

Ale wróćmy do twoich interesów.

Dolski.

Tak wróćmy.

Jenialkiewicz (bierze go pod rękę, wpatruje się w niego czas jakiś, potém mówi).

Pojutrze będziesz wybrany Dyrektorem w Towarzystwie kredytowém.

Dolski.

Och! Aż mi tchy zapiera, bo wiesz dobrze, kochany Panie Jenialkiewicz, że jedyném mojém życzeniem, jedyną myślą od samego dzieciństwa było i jest, abym mógł kiedyś jaki urząd piastować.

Jenialkiewicz.

Będziesz piastował, jakem Ambroży.. spuść się na mnie.

Dolski.

Dobrze. Ale pozwól mi łaskawie jedną uwagę.

Jenialkiewicz.

Dwie, jeżeli ci się podoba.

Dolski.

Dlaczego nasze zamiary okrywamy tajemnicą?

Jenialkiewicz.

Ty tego nie rozumiesz?

Dolski.

I to dla téj tajemnicy, przynajmniéj tak wnoszę, każesz mi tu bawić od kilku tygodni.

Jenialkiewicz.

Myślałby kto, żem go zamknął na cztery zamki... Ależ mój Jasiu, tobie widzę nie łatwo dogodzić... Dwie śliczne panienki, dwóch młodzieńców do rzeczy, stół niezły, polowanie dobre.

Dolski.

O la Boga! Z tego względu jestem jak w raju... ale WPan Dobrodziéj często odjeżdżasz, ja tu sam zostaję z rodzeństwem, któremu nieraz muszę być natrętnym.

Jenialkiewicz.
Czy ci kto uchybił?
Dolski.

Ach przeciwnie! Ich uprzejmość zawstydza mnie często... bo wiesz kochany Panie Jenialkiewicz... taki mój charakter... niczego tak się nie lękam, jak żebym gdzie nie zawadzał, nie był komu natrętnym.

Jenialkiewicz.

Ba, ba, ba!

Dolski.

Te Panie i ci Panowie mogliby słusznie zapytać się dlaczego... bo wszystko musi mieć swoję przyczynę... dlaczego Pan Dolski, mając dom własny, bawi tu u naszego stryja, który najczęściéj przesiaduje w mieście? A jak są razem, co znaczą te schadzki, te tajemne narady, te że się tak wyrażę podziemne obroty.

Jenialkiewicz.

Koszałki, opałki... koszałki opałki... Bawisz w domu przyjaciela, niegdyś swego opiekuna... masz z nim wiele interesów do załatwienia, nikt się dziwić nie może i nikt się nie dziwi... spuść się na mnie... Ale jeżeli nie chcesz być Dyrektorem...

Dolski.

O la Boga! Rób zatém kochany przyjacielu, jak ci się zdawać będzie najlepiéj, bylem tylko mógł kiedyś urząd piastować.





SCENA II.
Jenialkiewicz, Dolski, Aniela.
Aniela.

Co rozkażesz kochany wujaszku?

Jenialkiewicz.

Co rozkażę?

Aniela.

Kazałeś mnie zawołać.

Jenialkiewicz.

Kazałem cię zawołać... A tak... tak... kazałem zawołać. (Bierze ją pod rękę, wyprowadza na przód sceny, wpatruje się w nią w milczeniu — potem mówi:) Cóż?

Aniela.

Co wujaszku? (Krótkie milczenie.)

Jenialkiewicz.

Dobrze? Hę?

Aniela.

Dobrze.

Jenialkiewicz.

Wszystko dobrze? co?

Aniela.

Nic złego przynajmniéj.

Jenialkiewicz.

Kochane dziecię!

Aniela.
Jest pewnie coś do przepisania?
Jenialkiewicz.

A prawda, prawda... tyle mam na głowie... teraz już wiem... przepiszesz mi list do Pana... Pana... już ja sam zaadresuję... siadaj, pisz. (do Dolskiego) Dobrego mam sekretarza.

Dolski (z zapałem)

Ach do zazdrości. (spuszczając oczy i spokojnie) Do zazdrości.

Jenialkiewicz (do Anieli).

Oto masz... duża ćwiartka... tak, teraz pisz. (do Dolskiego) Kto ma tyle interesów na głowie, nie może. (pokazuje wolne pisanie) Rozumiesz?

Dolski.

Rozumiem.

Jenialkiewicz.

Musi czasem powierzyć pióro komu innemu. (tajemniczo) Jestem jéj pewny.

Dolski.

Och! nie wątpię.

Aniela.

Prawdziwie kochany wujaszku, że daléj twojego pisma nikt nie przeczyta.

Jenialkiewicz.

Cóż tam?

Aniela (wstając).

To słowo.

Jenialkiewicz.

To słowo?

Aniela.
Tak, to.
Jenialkiewicz.

To, to?

Aniela.

Tak jest, to to...

Jenialkiewicz.

Jakem Ambroży nie wiem.

Aniela.

A któż będzie wiedzieć?

Jenialkiewicz.

Dolski, zobacz no.

Dolski (czytając przez ramię Anieli).

„Ztrzeszczony“.

Jenialkiewicz.

Prawda... ztrzeszczony... wyraźnie... ztrzeszczony... nowy wyraz pochodzi od treści... ztrzeszczony, ztrzeszezony... djable mi jednak w uszach trzeszczy.

Aniela (wracając do bióra)

Trzeba więc zgadywać?

Jenialkiewicz.

Słuchaj no, ja nie mogę pisać, tak jak ty piszesz twoje wyciągi z historyi powszechnej. Wielkie pomysły, jak się czasem w głowie zatarasują, strach by jéj nie rozsadziły, jeżeli im drogi nie otworzy się czém prędzéj... wtenczas to pisze się. (gesta) Rozumiesz?

Dolski.

Rozumiem. Prędko.

Jenialkiewicz.
Fiu! kursa, wyścigi pióra z myślą... a jak się pióro rozmacha.. bryzg, bryzg... rozumiesz?
Dolski.

Rozumiem.

Jenialkiewicz.

Ale cóż chciałem powiedzieć... cóż chciałem powiedzieć? (Zdejmuje tekę z bióra i przenosi na stół.) Mnóstwo mam własnoręcznych rękopisów arcy ciekawych... ale na nieszczęście sam już ich odczytać nie mogę... Może ktoś, kiedyś, przysiadłszy poły... czemu nie?.. wszak odczytano i hieroglify... chcesz spróbować? Co?

Dolski.

Nie czuję się na siłach Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Pokażę ci arcy ciekawą moję rozprawę o działalności każdej litery w naszéj mowie... to była praca!.. Postanowić jak się ma A do J, I do M, B, P etc. etc... Ile sobie na przykład przypominam, J w 2000 słowach powtarza się w przecięciu 2046 razy, kiedy B tylko 896. Rzecz arcy ciekawa. (Do kilku officyalistów, którzy weszli z rejestrami i księgami.) Zaraz, zaraz... proszę do kancelaryi gospodarczéj... (do Dolskieqo) Sesya... u mnie zawsze sesya, bo ja wszystko... (gesta, jakby kierował lejcami) Jak Febus ze swojego rydwana... rozumiesz? (Odchodzi z officyalistami.)





SCENA III.
Aniela, Dolski.
Dolski (mówi na stronie, Aniela pisze).

Niéma co wątpić... tysiące szczegółów staje mi przed oczy... Leon kocha Pannę Anielę... Jakże nie kochać Panny Anieli?! O śliczna! o miła! o dobra Panna Aniela!

Aniela.

Nie, nie... tego nie przeczytam. (Odczytując zbliża się powoli ze spuszczoną głową ku Dolskiemu, biorąc go za Jenialkiewicza.) Proszę Wujaszka...

Dolski (czytając przez jéj ramię).

„Miłość“.

Aniela.

Ach!

Dolski.

O la Boga! przestraszyłem Panią... przepraszam.

Aniela.

Niéma czego... moja wina.

Dolski.

Och, nie — Pani winną być nie możesz.

Aniela.

Mogłam patrzeć przed siebie.

Dolski.

Ja powinienem był ostrzedz, usunąć się, wyjść nareszcie, ale przyznać się muszę, że jakaś niepojęta władza trzymała mnie w miejscu... tak mi tchy zaparło, że nie byłbym wymówił słowa, gdyby było szło i o życie, a cóż dopiero żeby ciebie Pani oddalić od siebie.

Aniela.

Nie mniéj byłabym pomocy wezwała.

Dolski.

Ach, ale nie tak, nie z takiém poufném zbliżeniem się, nie takim dźwiękiem głosu... O! to była chwila błoga, niepojętego uroku, ona stanie się mojem najdroższém wspomnieniem... Ach, Pani nie pojmujesz tego.

Aniela.

W istocie trudno pojąć.

Dolski.

Chciałaś Pani odczytać koniecznie słowa, które najczęściej odgadnąć trzeba.. im szczersze tém głębiéj w sercu.

Aniela.

Ale ja nie w sercu tylko na papierze czytałam.. to zdaje się łatwiéj.

Dolski.

Ach i w sercu łatwo, byle tylko trochę dobréj woli... ale nie, nie woli... sercem czyta się w sercu... sercem jedynie.

Aniela.

A jak się tam znajdzie takie pismo jak wujaszka?

Dolski.

Prawda, prawda, trafia się czasem, że jest niewyraźne, bo są niestety obowiązki, względy, okoliczności, które niezrozumiałém czynią to, co tak czyste, tak jasne... jak twe oczy Pani. (na stronie) O zdrajco! co ty mówisz?... uchodź nieszczęśliwy!

(Odchodzi spiesznie.)

Aniela (sama).

Może mnie kocha. A ja? Czemu nie odgadnie, kiedy tak pięknie umie o tém rozprawiać. Okoliczności — które? Obowiązki — jakie?... Względy — na co?... mógł był wyraźniéj powiedzieć.





SCENA IV.
Aniela, Matylda.
(Matylda w amazonce, kapelusz na głowie, harapniczek w ręku.)
Matylda.

A wiesz Anielko, że twój brat jest grzeczności prawdziwie tegoczesnéj... Wczoraj wieczór mówiłam mu wyraźnie, że dziś konno pojedziemy, a on do dnia ze strzelbą poleciał... Co to za nieszczęśliwa pasya tych mężczyzn, to obrzydłe polowanie.

Aniela.

Czy tylko nie przypadek jaki.

Matylda.

Gdzież tam!

Aniela.

Wszak zawsze tak grzeczny dla ciebie.

Matylda.

Twój Dolski grzeczniejszy.

Aniela.

Jakto mój?

Matylda.

Oho!.. Myślisz, że nie widzę... kocha się... ty się kochasz...

Aniela.

Matyldo!

Matylda.

O kochajcie się... kochajcie, ale do Karola przez cały dzień słowa nie przemówię.





SCENA V.
Aniela, Matylda, Jenialkiewicz.
(Jenialkiewicz staje między niemi, bierze za ręce i wpatruje się w nie.)
Jenialkiewicz.

Cóż?

Matylda.

Źle.

Jenialkiewicz.

Jakto? Co źle?

Matylda.

Piękny opiekun ze stryjaszka, och!.. Pupile ładnie wychowane... jeden zawsze się czai, a drugi zawsze lata.

Jenialkiewicz.

Co, co ta plecie? piękny opiekun... A wiesz ty, wiele ja już w życiu opiek miałem? Hm?

Matylda (obojętnie, bawiąc się harapnikiem).

Pięćdziesiąt cztery. (p. k. m.) Co?.. więcéj?

Jenialkiewicz (spuszczając okulary na nos).

Żebym miał i sto cztery, nie miałbym pewnie drugiego takiego kozaka jak Wać Panna. (podnosząc okulary) Czemu Wać Panna bez Pani Moczybłockiej wyjeżdżasz z domu?

Matylda.

Bo nie mam konia pod Panią Moczybłockę... Pani Moczybłocka za gruba.

Jenialkiewicz.
To... to... to... to...
Matylda (z przymileniem).

A fe stryjaszku! gniewać się... piękny przykład nam dajesz... opiekun?.. No no... nie gniewaj się stryjaszku.

Jenialkiewicz (łagodniéj — p. k. m.)

Mam z tobą pomówić... Anielko zostaw nas samych.(Aniela odchodzi.)





SCENA VI.
Matylda, Jenialkiewicz.
(Matylda całą tę scenę gra z spokojną wesołością.)
Jenialkiewicz.

Matyldo, z tobą w długie rezonowanie wdawać się nie można... zatém krótko powiem... Matyldo czas przyszedł... mam dla ciebie męża.

Matylda.

A miłego? słodkiego? rumianego?

Jenialkiewicz.

Ja nie żartuję.

Matylda.

Jego imię, herb, przezwisko?

Jenialkiewicz.

Imię: Jaś.

Matylda.

Wolałabym Kleofaś. A daléj?

Jenialkiewicz.

Jedném słowem, Dolski.

Matylda.
Jedném słowem, nie chcę. (Chce odejść.)
Jenialkiewicz (zatrzymując ją).

Jakto, nie chcę?

Matylda.

Nie chcę.

Jenialkiewicz.

Dlaczego?

Matylda.

Bo mi się nie podoba.

Jenialkiewicz.

Ależ moja Panno, i mnie opiekuna spytać się trzeba, czy się podoba czy nie.

Matylda.

Nie widzę koniecznéj potrzeby.

Jenialkiewicz (spuszczając okulary).

Co... co?.. Dziewczyno, nie wyzywaj mnie.

Matylda (całując go w ramię).

A choćby... lepiéj strzelam jak stryjaszek.

Jenialkiewicz.

O wiem, wiem... koń, harap, pistolet, brak jeszcze fajki.

Matylda.

Nie lubię.

Jenialkiewicz.

Zatém słuchać mnie nie chcesz?

Matylda (bez zapału).

Na co się stryjaszek pytasz, kiedy wiesz dobrze, że nigdy nie słuchałam i słuchać nie będę.

(Jenialkiewicz chodzi poprawiając okulary, Matylda bawi się harapniczkiem.)
Jenialkiewicz (wprowadzając ją na przód sceny).

Matyldo, córko mojego ś. p. brata Józefa, któréj opieką Pan Bóg raczył mnie nawiedzić, pytam ci się bez żartu, pytam ci się solennie: Będziesz mi posłuszną, albo nie?

Matylda.

Jak stryjaszka serdecznie kocham: nie. (Idzie do bióra i harapniczkiem strzepuje kurz z papierów.)

Jenialkiewicz (przyszedłszy z zadziwienia).

Ale dziewczyno, co ty poczniesz bez mojéj rady?

Matylda (zawsze strzepując papiery).

Ja sobie poradzę... i lepiéj niż stryjaszek... Ja stryjaszka bardzo kocham, ale stryjaszek nie tęgi do rady... na honor nie tęgi.

Jenialkiewicz.

A to... to... jakem Ambroży...

Matylda.

Jakem Matylda, prawda. Bo cóż mi stryjaszek radzi? Iść za Dolskiego?

Jenialkiewicz (półgłosem do siebie).

Nie tęgi do rady...

Matylda.

Ale Pan Dolski mnie się nie podoba, ale Panu Dolskiemu ja się nie podobam.

Jenialkiewicz.

Spuść się na mnie...

Matylda (kończąc sens).
A dobrze wyjdziesz.
Jenialkiewicz.

Zapewne, że dobrze.

Matylda.

Wątpię.

Jenialkiewicz.

Kogoż ty chcesz?

Matylda.

Nikogo.

Jenialkiewicz.

Chcesz zostać starą panną?

Matylda.

Cóż złego?

Jenialkiewicz.

Winszuję.

Matylda.

A stryjaszek stary kawaler, a przez to wszyscy go kochają.

Jenialkiewicz.

Ale dlaczego nie tęgi do rady... nikt mi jeszcze tego nie powiedział, jakem Ambroży.

Matylda.

Dlatego, że ile mi razy stryjaszek co poradził, ja zawsze przeciwnie zrobiłam, a mimo tego doszłam do lat dziewiętnastu i jestem zawsze zdrowa, wesoła... i dość ładna. Co? nie prawdaż?

(Jenialkiewicz chce odpowiedzieć, ale spuszcza okulary kiwa ręką i odchodzi.
Matylda (zadzwoniwszy — do Lokaja).
Pan Karol wrócił?
Lokaj.

Nie jeszcze. (Odchodzi)

Matylda.

Ha! Panie Dolski, mistrzu niezgłębionych tajemnic, chcesz się ze mną żenić? Zobaczymy. (do przechodzącego) Panie Dolski!

Dolski.

Pani?





SCENA VII.
Matylda, Dolski.
Matylda.

Proszę mi powiedzieć, którego dziś mamy?

Dolski.

Dziewiątego.

Matylda.

Dziewiątego... liczba kabalistyczna, przyjazna wróżbie. Ja umiem czytać w przyszłości. Chcesz Pan doświadczyć mojéj sztuki?

Dolski.

Bardzo chętnie... piękna wróżka, wróżba dobra.

Matylda.

Proszę mi dać rękę.

Dolski.

Cieszy mnie, że widzę Panią w tak dobrym humorze.

Matylda.
O w bardzo dobrym humorze. (wpatruje się w rękę) Hm! hm! hm! Pan masz różne zamiary.
Dolski.

Któż ich nie ma?

Matylda.

Zwłaszcza jeden, główny — Pan starasz się pokryć swój zamiar jak najciemniejszą tajemnicą.... Ale niestety!..

Dolski.

Cóż złego?

Matylda.

Obowiązkiem moim mówić otwarcie... ten plan zakreślony nadaremnie... ziszczonym nigdy nie będzie.

Dolski (ironicznie).

Wielkie nieba!

Matylda (na stronie).

Jaka zarozumiałość! (głośno) Ale to ja, ja, Panu powiadam, że jego zamiar nigdy spełnionym nie będzie. Nigdy, raz jeszcze powtarzam.

Dolski (na stronie).

Miałażby co wiedzieć o wyborach. (głośno) Nie rozumiem dlaczego nie miałbym otrzymać...

Matylda.

Nie rozumiem, dlaczego Pan masz otrzymać.

Dolski.

Bo chcę piastować... (urywa)

Matylda.

Piastować? (p. k. m) Nie rozumiem.

Dolski.
Bogu dzięki.
Matylda.

Mów Pan tajemniczo, jak się podoba, ale proszę pamiętać, co Panu dziś powiedziałam — Nigdy! (przy drzwiach odwracając się) Nigdy!

(Odchodzi Dolski zdziwiony spogląda za nią.)


Koniec aktu I.
AKT II.

(Salon pierwszego Aktu.)

SCENA I.
Jenialkiewicz, Aniela, Dolski, Pan Ignacy, Lokaj.
(Jenialkiewicz siedzi w krześle na przodzie sceny w środku — przed nim mały stoliczek, na którym kałamarz i pióro. U nóg dużo kopert, które przy podniesieniu zasłony Lokaj klęcząc zbiera; po lewém ręku Jenialkiewicza Pan Ignacy, włos siwy ale nie w czuprynę podgolony, kapota długa, trzyma w ręku dużo zapieczętowanych pakietów, które następnie podaje Jenialkiewiczowi — Jenialkiewicz zdziera koperty, rzuca na ziemię; pisma lub książki przegląda, potém oddaje Lokajowi. To zatrudnienie trwa ciągle nie przerywając rozmowy. — Dolski siedzi przy stole po lewéj stronie niby zajęty dziennikami, ale właściwie nie spuszcza oka z Anieli, która pisze przy biórze i często znajduje powód obrócenia się i rzucenia okiem na Dolskiego.)
Jenialkiewicz.

W dzień korespondencyi trudno sobie dać radę, aż się w głowie kręci.

Pan Ignacy.

Prawda... a wszystko daremnie... bo na co to się przyda? Dwa razy na tydzień płaci się poczcie

za tyle niepotrzebnych szpargałów.
Jenialkiewicz (półgłosem).

Gdyru, gdyru, gdyru, gdyru... (głośno) Tygodnik. (do Lokaja) Połóż na stół.

Pan Ignacy.

Mógłem był wczoraj przywieźć te książki i część tych listów z miasta... nie byłoby nic kosztowało.

Jenialkiewicz.

Jegomość tego nie rozumiesz.

Pan Ignacy.

Czego nie rozumiem?

Jenialkiewicz.

Że to są korespondencye. (do Lokaja) Pannie Matyldzie.

Pan Ignacy.

I na cóż to się przyda?

Jenialkiewicz.

Dolski!.. Pan Ignacy pyta się na co się przyda korespondencya. (Śmieje się — pisarz przynosi mu księgę, w któréj Jenialkiewicz podpisując mówi dalej) Nie każdy wié, nie każdy pojmie ile trzeba kółek, aby zegar szedł. O! nie tak to łatwo... Tu czytaj... tu podpisz... a wszystko kto? — Ja. (do pisarza) Przepisać i expedyować. (Pisarz odchodzi.)

Pan Ignacy.
To pisanie, istna plaga... na co to się przyda? Wszystkich swoich officyalistów trujesz, zabijasz Jegomość swoim atramentem. Już ich na pięć mil dokoła poznają po ich czarnych palcach... Daléj i nosy im poczernieją.
Jenialkiewicz (półgłosem).

Gdyru, gdyru... (do Lokaja) Na stół.

Pan Ignacy.

Jegomość jesteś wielką głową, to rzecz wszystkim znana.

Jenialkiewicz (uśmiechając się z ukontentowaniem).

O!

Pan Ignacy.

Jesteś zdatny na ministra jakiego.

Jenialkiewicz.

O! O!

Pan Ignacy.

Na jakiego kanclerza.

Jenialkiewicz.

O! O! O!

Pan Ignacy.

Ale nie na wiejskiego gospodarza.

Jenialkiewicz.

Hę?

Pan Ignacy.

Niech po miastach sobie piszą, ale nie po wsiach. Na co to się przyda? pisanina intraty nie powiększy.

Jenialkiewicz (półgłosem).

Obskurantyzm... (głośno) Jegomości zawsze zdaje się, że jeszcze żyjemy w owych czasach, kiedyś mnie uczył czytać... a tu odtąd wiele wody upłynęło... i teraz nie potrzebuję już Bogu dzięki niczyjéj nauki. (Aniela podaje list do podpisu — podpisując) Dobrze, dobrze moje dziecię... jestem kontent... ale numer zapomniałaś... Bez numeru nic z mego bióra wyjść nie może.

Pan Ignacy.

Na co to się przyda?

Jenialkiewicz (do Anieli).

Teraz włóż w koperty i zapieczętuj.

Dolski.

Może mogę pomódz?

Jenialkiewicz.

Nie, nie, ona sama najlepiéj zrobi — wzrosła pod moją ręką.

Pan Ignacy.

Jeszcze lepiéj byłaby wzrosła, gdyby ciągle atramentu nie wąchała i oczów sobie czytaniem nic psuła... Teraz, co trzeci to w okularach... ślepy... a z czego? z czytania. Na co to się przyda?

Jenialkiewicz (półgłosem).

Obskurantyzm. (do Lokaja) Pannie Anieli.

Pan Ignacy.

Ma się robić, to robić, a nie z książki. Raz, dwa, trzy i kwita.

Jenialkiewicz.

Z Przemyśla. — Zobaczymy co się tam dzieje. (czyta) „Jaśnie Wielmożny Panie, donoszę Jaśnie Wielmożnemu Panu, ze dziś nic nie mam do doniesienia Jaśnie Wielmożnemu Panu. Zostaję etc. etc.“ A! to mi się podoba!.. Nic nie ma do doniesienia!.. Piękny korespondent!.. A za cóż płacę?

Pan Ignacy.
Djabli wiedzą za co.
Jenialkiewicz.

Odmienię korespondenta... odmienię. Anielko, zapisz w księdze notat: Korespondenta w Przemyślu odmienić.

Pan Ignacy.

Ale z drugiéj strony, prawdę mówiąc, jak donosić, kiedy niéma co?

Jenialkiewicz.

Jegomość tego nie rozumiesz... niéma co? Ja się nie pytam.

Pan Ignacy.

Jużci woli nie pisać, jak pisać głupstwa.

Jenialkiewicz.

Bardzo przepraszam; rzeczy się mają zupełnie przeciwnie... (przeglądając) Gazeta... dzienniki... nie wiedzieć dlaczego tylko trzy.

Pan Ignacy.

Bagatela! Trzy! I na co się to przyda?

Jenialkiewicz (śmiejąc się).

Dolski! Dolski! Pan Ignacy pyta się na co dzienniki! (do Lokaja) Na stół.

Pan Ignacy.

Niechby każdy swego nosa pilnował a lepiéj byłoby na świecie. Piszą, piszą a w każdém słowie dwa łgarstwa.

Jenialkiewicz.

Obskurantyzm!.. Z Krakowa... Ten wié co pisze.

Pan Ignacy.
Tak, wié, że pisze.
Jenialkiewicz (czyta).

„Mamy dnie gorące...“

Pan Ignacy.

Nowina!

Jenialkiewicz (czyta).

„W tych dniach umarł tu Pau Szuster...“

Pan Ignacy.

I cóż z tego? — Szustrów nie braknie.

Jenialkiewicz (czyta).

„Na Wiśle mała woda...“ (mówi) Dolski! Dolski, słyszysz, na Wiśle mała woda.

Dolski (jak przebudzony).

A!.. Wała moda... mała woda... proszę!..

Jenialkiewicz.

Rzecz warta uwagi.

Pan Ignacy.

Mała woda, bo deszczu nie ma.

Jenialkiewicz.

Obskurantyzm. (do Lokaja) Pannie Anieli... Anielko włóż do teki obserwacyj meteorologicznych. (otwierając list) Ha! Cóż to?.. Afisz ze Lwowa. (czyta) Menażerya niewidziana dotąd w kraju. Hm hm... hm... Dwa niedźwiedzie rzadkiéj piękności... jeden biały, drugi czarny... (Podnosi okulary a afisz spuszcza na kolana — p. k. m.) Biały... i... czarny.

Pan Ignacy.

Mam się spytać Jegomości jak decydujesz, czy

bydło na łąki puścić, czy paszy kupić?
Jenialkiewicz.

Na co kupić?

Pan Ignacy.

Bo niéma... skutki utrzymywania bydła na stajni.

Jenialkiewicz.

Stare przesądy!

Pan Ignacy.

Prawda, stare, że bydłu jeść trzeba.

Jenialkiewicz (do siebie).

Biały... i... czarny.

Pan Ignacy.

Cóż?

Jenialkiewicz.

Co? Trzeba... (gesta jakby lejcami kierował) Rozumiesz Jegomość?

Pan Ignacy.

Już dosyć się za łeb turbuje, ale cóż to pomoże?

Jenialkiewicz.

Nie mówię, żeby kogo za łeb targać... ale mówię, żeby interes prowadzić dzielnie, raźnie.... z energią.

Pan Ignacy.

Energia nie pasza.

Jenialkiewicz.

Dałem przepisy własnoręczne.

Pan Ignacy.
I wlasnoręczne nie nakarmią.
Jenialkiewicz.

Obskurantyzm! — Biały... i czarny... Dolski usiądź tu bliżéj... wielka myśl we mnie powstała... wielkie pytanie do rozstrzygnienia... czy biały i czarny niedźwiedź tak jak my z Murzynami są jednego pochodzenia, czyli téż zupełnie innego? — Co? Czy biały dlatego biały, że w śniegach żyje, a czarny, że w jodłowych lasach przebywa? — Co? Jak ci się zdaje?

Dolski.

Wyznam szczerze, że nie czuję się na siłach stanowczego zdania udzielić w téj mierze.

Jenialkiewicz.

Rzecz arcyciekawa... Jeżeli są jednego rodu... któryż był pierwéj? biały czy czarny?.. Któryż maść zmienił?

Pan Ignacy.

Jakże Jegomość decydujesz?

Jenialkiewicz.

O! o! o! Jegomość myślisz, że to tak łatwo... bo jeżeli biały...

Pan Ignacy.

Ależ ja mówię o bydle.

Jenialkiewicz.

Dajże mi pokój Jegomość...

Pan Ignacy.

Ależ bo Jegomość...

Jenialkiewicz.

Jegomość psujesz dyskusyą.. Chodźmy Dolski do biblioteki... Tam spokojniéj tę rzecz zgłębimy. (odchodząc) I względem ludzi nie jest to jeszcze dowiedzione.

Dolski (we drzwiach oglądając się na Anielę).

W saméj rzeczy Mości Dobrodzieju! (Lokaj odnosi krzesło i stolik.)

Pan Ignacy (patrząc za nimi).

Koniec świata... im kto mędrszy tém głupszy... O książki! książki!..





SCENA II.
Aniela, Pan Ignacy.
Pan Ignacy.

Panienko!.. chodźno Panienko... coś powiem. Pan Dolski człowiek stateczny, godny kochania, prawda?

Aniela.

Zapewne... ale dlaczego?..

Pan Ignacy.

Miarkuje to się... hm!.. hm!

Aniela.

Co się miarkuje?

Pan Ignacy.

No... no... wiem, rozumiem... Jego Marcin powiadał, że u nich dom de noviter się restauruje... A wiesz Panienka co to znaczy?

Aniela.
Jakże mogę wiedzieć... zresztą cóż mnie to obchodzi?
Pan Ignacy.

Hm... hm... co obchodzi?.. mnie się zdaje, że będzie coś trochę obchodzić... Pan Dolski ma się żenić.

Aniela.

Ma się żenić? z kim?

Pan Ignacy.

Z kim, nie wiem, ale wiem, że nad jego łóżkiem wisi obrazek przez niego samego malowany... jakiéjś Świętéj...

Aniela.

Cóż mnie to obchodzi.

Pan Ignacy.

A ta Święta... podobna do kogoś... Hę, hę, hę... No, no. Dobrze, dobrze... Pan Dolski człowiek stateczny... lubię go...

Aniela (na stronie).

Poczciwy staruszek.





SCENA III.
Aniela, Pan Ignacy, Matylda.
(Matylda wchodzi bocznemi drzwiami i otwierając środkowe.)
Matylda.

Pan Karol wrócił?

Lokaj (z przedpokoju).

Nie jeszcze.

Matylda.
Nieznośnie!.. sama pojadę.
Pan Ignacy.

Jeżeli Panienka chcesz, to ja z nią pojadę.

Matylda (wstrzymując się od śmiechu).

Dziękuję Jegomości.

Pan Ignacy.

Wsiądę na szłapaka.

Matylda.

Tego kaszlącego?

Pan Ignacy.

No, kaszlący... bo dychawiczny.

Matylda.

Bagatela.

Pan Ignacy.

Ale ma jeszcze fantazyę za katy!

Matylda.

Fantazujcieże sobie razem, ale bezemnie. (miarkując się) Ale bardzo jestem wdzięczną Jegomości... nie chcę go fatygować.

Pan Ignacy.

No, niech i tak będzie... z Panem Karolem lepiéj jeździć... Ja wiem... (Odchodzi śmiejąc się.) Hę, hę, hę! Ja wiem...





SCENA IV.
Matylda, Aniela.
Matylda (patrząc za P. Ignacym p. k. m.).

Czego on się śmieje?..

Aniela.
Dobry staruszek...
Matylda.

Dobry, ale nie do konia — śmieje się! Ja powinnabym śmiać się z jego propozycyi... ale takam zła!.. takam zła!

Aniela.

Słuchajno Matyldo.

Matylda.

Zupełnie o mnie zapomniał... Cóż mam słuchać?

Aniela.

Ponieważ dostrzegłaś i powiadasz, że tak jest niezawodnie, to ja nie będę się zapierać... Wszystko ci powiem... Może dasz mi dobrą radę.

Matylda.

Co ty mała pleciesz?.. Co ja dostrzegłam? Co ja mówię, że jest niezawodnie?

Aniela.

No... o Panu Dolskim...

Matylda.

Ja mówiłam?

Aniela.

Przed chwilą.

Matylda.

O Dolskim?.. nic nie wiem... co?.. jak? gdzie?

Aniela.

Ach, jesteś bez litości... Nie powiedziałażeś: on cię kocha... ty się kochasz.

Matylda.

A! o tém mowa?.. żarty nic więcéj... albo raczéj zniecierpliwiona na Karola powiedziałam coś bez sensu, sama nie wiem dlaczego... Przepraszam cię... ale hola! pójdźno tu... patrz mi się w oczy... do czego, powiédz, wolisz się przyznać?

Aniela (ocierając oczy).

Prawdziwie, to się nie godzi.

Matylda (ściskając ją i pieszcząc).

O, o, łzy!.. Moja Anielko, moja ty luba, droga.. Ja nie chciałam cię zasmucić... ja cię tak kocham. Jakże? powiedz? (ocierając jéj oczy) Tylko nie płacz... powiedz... coś wprawdzie powinna była dawno uczynić. — Cóż? Dolski kocha cię? (Aniela potakując głową.) A ty?.. niby?.. trochę?.. ale słuchajno moje dziecię, pomówmy rozsądnie... (siadając) Opowiedzże mi, jak, co, kiedy?

Aniela.

Ach, kochana Matyldo, nie tak to łatwo, jak ci się zdaje powiedzieć, jak to się zaczęło i kiedy... ja sama nie wiem.

Matylda.

Ale z czego przecie miarkujesz, że cię kocha?

Aniela.

Najpierwéj z oczów.

Matylda.

Mruga, co?

Aniela.

Otóż tego się bałam... żartów... wiecznych z wszystkiego żartów... wolę nic nie mówić.

Matylda.

Przepraszam cię, przepraszam, już nie będę żartować... zatém z jego oczu wyczytałaś miłość..

dobrze... ale cóż dalej?
Aniela.

Przytém stara się zawsze do mnie zbliżyć, zawsze usłużyć. On zawsze pierwszy mnie usłyszy, zrozumié... zgaduje mnie prawie.

Matylda.

Hm! to coś niby trochę więcéj jak wejrzenia.

Aniela.

Tak, ale jakie wejrzenia!.. to trudno opisać... wejrzenia więcéj mówią jak usta... i lepiéj i wyraźniéj.

Matylda.

Proszę! jak ona to w cichości ducha pojęła... na tém przecie nie koniec?

Aniela.

Przed godziną zostaliśmy tu sami, przypadkiem.

Matylda.

Przypadkiem.

Aniela.

Jak cię kocham przypadkiem, bo nie słyszałam jak wujaszek wyszedł... Otóż wtenczas z powodu słowa, którego odczytać nie mogłam, Pan Dolski zaczął mówić tak ładnie, takim głosem, z takiém wejrzeniem... O Matyldo, ja nie umiem tego opisać... ale to wiem, że serce biło mi coraz prędzéj i gdyby się był zapytał: kochasz mnie Panno Anielo? byłabym może odpowiedziała: w saméj rzeczy Panie Dolski.

Matylda.

Pojmuję, pojmuję... cóż daléj?

Aniela.
Daléj... nic... przerwał mowę i wyszedł nagle.
Matylda.

Dobrze, wiem wszystko... Słuchajże ty mnie teraz, bo tu nad wszystkiém zastanowić się trzeba i rozważyć rozsądnie. — Powiadasz, że Dolski kocha się w tobie. Nie ma nic dziwnego... ale z drugiéj strony jak wytłomaczyć, że przed chwilą stryjaszek, jego przyjaciel a więc i powiernik, częstował mnie mężem... a tym mężem...

Aniela.

Dla Boga! On?

Matylda.

On.

Aniela.

Cóż odpowiedziałaś?

Matylda.

Nie przyjęłam, ale o mnie niech nie będzie mowy; gdybym ginęła z miłości jak georginija po pierwszym mrozie, twoją rywalką nie będę.

Aniela.

Ciebie, ciebie kocha, niema wątpienia... jakżeby mógł ciebie nie kochać... ale ze mną postąpił sobie niegodnie... Bawił się i ten Pan Ignacy plótł bez sensu... to prawdziwie niegodziwie...

Matylda.

Powoli, powoli, bądź spokojna, rzecz wyjaśnię i krzywdy nie dam ci zrobić... A teraz na koń!
(Leon wchodzi)

Aniela.

Sama? bez Karola?

Matylda.
Czemu nie? — piękny mentor, co po polach lata.
Leon.

Jeżeli trzeba koniecznie, to ja pojadę.

Matylda.

Jest i drugi.. trudny wybór... już odmówiłam...

Leon.

Komu?

Matylda.

Panu Ignacemu... mógłby się urazić...

Leon (na stronie).

Żądełko!.. (spoglądając na Anielę) Pewnie wolałbym nie jechać, ale, aby Matylda miała sama jechać, na to nie pozwolę.

Matylda.

Nie pozwolę!.. Ha, ha, ha!.. do zobaczenia Panie Niepozwalam — jadę, a ty zostań z Panem Ignacym w piechocie. (Odchodzi)





SCENA V.
Aniela, Leon.
Leon.

Dziwna istota! co za spływ złego i dobrego, pociąga ku sobie i odtrąca razem. Co chwila trzeba się pytać samego siebie, czy się ją kocha czy się nienawidzi.

Aniela.

Nienawidzieć Matyldę? Leonie!

Leon.

Za ostrego może użyłem wyrazu, ale przyznaj

sama, że bolesne często zadaje razy.
Aniela.

Z wesołości.

Leon.

Nie mniéj przez to bolą.

Aniela.

I jakież to te razy?

Leon.

Języczek ostry.

Aniela.

Wszak nie masz wyłącznego przywileju.

Leon.

Różyczka świeżo rozkwitła... ale ostrożnie, w środku osy żądło.

Aniela.

Jeżeli żądło, to pszczółki. Nie tykaj, nie ukole.

Leon.

Ja się nie zbliżam, ja zawsze zdaleka. (Aniela śmieje się skrycie.) Ale z Panną Matyldą...

Aniela (sens kończąc).

Trudno trafić do końca.

Leon.

Cóż chcesz przez to powiedzieć?.. Wiem... wiem... (Śmieje się z przymusem.) Kocham się w niéj skrycie... szalenie... Co?.. nieprawdaż?

Aniela.

O, nie, nie kochasz się.

Leon.

Chciałbym się z nią ożenić, wszak tak? (Aniela milczy.) I tyż to Anielo, mnie o te myśli posądzasz?.. tegom się nie spodziewał... Ty, któréj towarzystwa zawsze szukam... któréj zdanie najczęściéj podzielam... łagodność charakteru podziwiam...

Aniela (grożąc mu).

Panie Leonie! Panie Leonie! (Śmiejąc się wybiega.)

Leon (sam).

Prawdę powiedziała... trudno trafić do końca... Udaję się do téj, aby tamtéj nie spłoszyć... aby mieć czas ułaskawić, ugłaskać srogą amazonkę... wszystko nadaremnie... przed ich naiwnym rozsądkiem topnieje moja dyplomacya. (Po długiém milczeniu.) Dolski... fraszka. Gdzie ona pójdzie za szlachcica o jednéj wiosce... jéj zdaje się, że ma cały świat pod nogami.





SCENA VI.
Leon, Dolski.
Dolski.

Czegoż tak dumasz, kochany Leonie?

Leon.

Wszyscy teraz tylko dumamy.

Dolski.

Może odgadłbym przyczynę.

Leon.
Wątpię. Ale słuchaj... ty chcesz mnie wybadać z wielką oględnością, a ja ci naprzód odpowiem otwarcie; na co czasu tracić: ktokolwiek sięgnie po rękę Matyldy, niech będzie przekonany, że we mnie rywala nie znajdzie.
Dolski.

Ale pozwól, pozwól... moje spostrzeżenia...

Leon.

Twoje spostrzeżenia są mylne... i aby zupełnie cię przekonać, powiém, że mojém przedsięwzięciem jest, nigdy się nie żenić.

Dolski.

Nigdy?

Leon.

Nigdy... choćby i z córką królowej Pomary.

Dolski.

Muszę wyznać, że mnie to bardzo cieszy.

Leon.

Cieszy? dlaczego?

Dolski.

Wkrótce się dowiesz.

Leon (na stronie).

Prawda, wkrótce się dowiem; nieborak!

Dolski.

Ale pozwól się zapytać, dlaczego jesteś zawsze tak smutny, tak zamyślony, może mógłbym ci w czém pomódz?

Leon.

Dziękuję ci... ty mi nie pomożesz... finansowe kłopoty.

Dolski.

Potrzebujesz pieniędzy?

Leon.
Potrzebuję.
Dolski.

Chętnie ci pożyczę.

Leon.

Ty? — Masz do pożyczenia?

Dolski.

Mam.

Leon.

Kilkaset dukatów?

Dolski.

Dobrze.

Leon.

Prędko oddać nie obiecuję.

Dolski.

Nic nie szkodzi, masz u mnie pieniądze, daję ci słowo.

Leon.

Długów nie robię, bo nadto jestem bardy, ale okoliczność jest taka; podałem się na Dyrektora w Towarzystwie kredytowém.

Dolski.

Na Dyrektora? (na stronie) A to piękny interes!

Leon.

Mam wiele głosów przyrzeczonych, ale pomimo tego pamiętam przysłowie: Pomagaj sobie, a Bóg ci pomoże. Pieniądz jest to dźwignia...

Dolski.

O la Boga! nie zechcesz przecie...

Leon.
Przekupywać? Nie. Ale mając pieniądze miałbym środek zjednania sobie przychylności różnemi, małemi, dozwolonemi sposobami.
Dolski.

Jakież są te sposoby?

Leon.

Na przykład, mając pieniądze jadę jutro, wchodzę do Pana N* N*, któremu, dajmy na to, mój ojciec został winien kilkadziesiąt dukatów, wchodzę i płacę dług. Pan N* N*, który się nigdy nie upominał, dziwi się, chwali i pojutrze daje mi głos niezawodnie.

Dolski.

Być może.

Leon.

Pan M* M* ma parę starych koni... żona życzy sobie lepszych... ja kupuję konie... Pan M* M*, który wziął dwa razy tyle ile były warte, da mi pojutrze dla zaspokojenia swojego sumienia, swój głos niezawodnie.

Dolski.

Być może.

Leon.

Pan R* R* źle gra w bilard a lubi wygrać — gram z nim, przegrywam... Pan R* R*, aby gracza nie stracił, da mi pojutrze swój głos niezawodnie.

Dolski.

Pieniądze ci dam chętnie, ale wolałbym, abyś je na co innego obrócił — mojém zdaniem wybory powinny być wolne od wszelkiego wpływu. Między uczciwymi powinien być wybrany najzdatniejszy.

Leon (śmiejąc się).

Najzdatniejszy? — A któż ci da dyplom na najzdatniejszego, jeżeli nie ty sam sobie? Milcz zawsze, a ludzie mijać cię będą; ale rozgłaszaj ciągle twoje zalety... kładź je ciągle w każde ucho, jakie ci się nastręczy, małe czy duże, pod hełmem czy pod kornetem, słuch poda pamięci, pamięć rozumowi, a rozum nareszcie uwierzy, bo powié: Vox populi, vox Dei.

Dolski.

Ale koniec końców brak zdolności odkryje się kiedyś.

Leon.

I cóż z tego? — Rozumni zamilczą o twojéj nicości ze wstydu, że się wcześnie na tobie nie poznali, intryganci, bo zechcą z niéj korzystać, a ogół, dlatego, że sądzi ludzi podług ich stanowiska.

Dolski.

Hm! hm! Ale pozwól zapytać się, czy Pan Jenialkiewicz wie, żeś się podał na ten urząd.

Leon.

Nie odemnie przynajmniéj. Mój stryj najlepszy człowiek, ale namiętnie lubi piętrzyć przeszkody na najgładszéj drodze, o które sam w końcu się rozbija. — Wracając zaś do interesu, widzisz, że pożyczone pieniądze stawiłbym poniekąd jak na kartę... niech więc mowy o tém nie będzie; twoja możność nie odpowiada dobréj chęci.

Dolski.

Dlaczego?

Leon.

Nie jesteś majętny.

Dolski.
Wszak téj zimy znaczny majątek po ciotce odziedziczyłem.
Leon.

Znaczny majątek? Odziedziczyłeś?





SCENA VII.
Leon, Dolski, Karol.
Karol (wchodząc).

Co odziedziczył? gdzie? Kto odziedziczył? Czy nie ja przypadkiem?

Dolski.

To ja Panie Karolu — ciotka zmarła, o któréj nawet nie wiedziałem, dziś mnie robi bogatym.

Karol.

O, ta ciotka kochana! Gdybyśmy i my Leonie poszukali, może znaleźlibyśmy także oddawna zmarłą kochaną jaką ciotunię.

Leon (na stronie).

Odkrywa się więc powoli plan stryja... Zaprosił go... zatrzymuje, ażeby... niegodziwie!

Dolski.

Chcesz, abym ci zaraz przyniósł?

Leon.

Dziękuję... już nie chcę. (na stronie odchodząc) Przeklęcie!





SCENA VIII.
Karol, Dolski.
Karol (rozciągając się na kanapie).

O, tak, tak, niéma ciotuni... ani babuni... ani prababuni... Pies płoszy mi bekasy... kuzynka się gniewa... a na pociechę niéma ciotuni... ś. p. ciotuni... Ach, jakżebym ją kochał!

Dolski (na stronie).

Nie chce się żenić... ale ja chcę... przyzwoiciéj byłoby jako Dyrektor... Dyrektor?.. A jak Leon mnie ubiegnie?.. A ba! Jenialkiewicz czuwa... Nie chce się żenić, nic mi już zatém nie przeszkadza... Ubiorę się i oświadczę się Pannie Anieli... zdaje mi się, że nie będę odmówiony.

Karol.

Wiesz co Dolski — dziś przy obiedzie wypijemy zdrowie téj twojéj ciotuni.

Dolski.

Dziękuję... nigdy nie piję.

Karol.

Wiem, wiem, że nie jesteś biegłym w téj sztuce, ale kieliszek ze mną wypróżnisz.

Dolski.

Jak żyję, nie wypiłem kieliszka.

Karol.

Niepodobna! I dla czegoż?

Dolski.

Od dzieciństwa mam wstręt do wina.

Karol.

Wstręt do wina?.. I ten odziedzicza! Ja przeciwnie...

Dolski (odchodząc).
Pozwól...
Karol.

Idę z tobą... opowiesz mi jak się to stało, że ciotka, któréj nie znałeś, która dawno zmarła, dziś robi cię bogatym. Ach gdybym miał taką ciotunię, wypiłbym za jéj zdrowie i butelkę całą... droga ciotunieczka!



Koniec aktu II.
AKT III.

(Salon z otwartą kolumnadą na ogród, po obu stronach kanapy i przed niemi stoły — na prawém pęki kwiatów i wazon.)

SCENA I.
Matylda, Karol.
Karol (pod jedną i drugą ręką księga in folio).

Matyldo, konie posiodłane, chcesz albo nie chcesz jechać... jeżeli nie, wezmę się do roboty.

Matylda.

Nie chcę... zwłaszcza z Panem nie chcę... i nigdy z Panem nie pojadę, rozumiesz mnie Panie Niegrzecznicki?

Karol (kładzie księgi i zasiada na kanapie po lewéj).

Nie gniewaj się moja Matyldo, przeprosiłem cię i jeszcze przepraszam; lubo żem się spóźnił nie moja wina. Wy nie wiecie, co to jest polowanie na bekasy... Myślałem sobie wczoraj, że ty Matyldo powinnabyś spróbować... dobrze strzelasz z pistoletu, wprawiłabyś się łatwo i do strzelby. (Matylda zbliża się zwolna do stołu, potém oparta na księgach słucha z wielką uwagą.) Wiem, jakbyś spuszczała bekasy, a mam fuzyjkę jak piórko... Nie uwierzysz, co to za zabawa... iść za psem, patrzeć jak się zwija, jak sylabizuje po trawie. Co za lube oczekiwanie kiedy ściągać zacznie... A jak serce bije, jak się dech zapiera kiedy... tuc!... stoi... stoi jak mur... biegniesz... pójdź daléj, pif!.. frrru!.. paf! aport!

Matylda (klaszcząc w ręce).

Pif aport!.. I do nogi! prawda? Ja potrafiłabym komenderować: Sa! do nogi! pójdź daléj! Waruj, spłoszysz! Co? prawda, dobrze?

Karol.

Doskonale — gniewasz się?

Matylda.

Nie. A któraż to twoja strzelba lekka jak piórko?

Karol.

Ta wyzłacana... wiesz?

Matylda.

Jednak ja cały poranek czekałam.

Karol.

Jeszcze przebaczyć mi nie możesz, ale jakże miałem konno z tobą jechać, kiedy w dziurze siedziałem.

Matylda.

W jakiéj dziurze?

Karol.

Słuchaj!.. pies ściąga, ja za nim krok w krok... grzęznę coraz bardziéj... ratuję się, jak mogę... w tém patrzę, jakaś kupka sitowiny... szust na nią!.. i plump! aż po pas. (Matylda się śmieje.) Ani rusz... wołam, krzyczę hop! hop! a tu bul bul bul... hop! hop! a tu bulbulbul coraz głębiéj... (Matylda śmieje się klaszcząc w ręce z ukontentowaniem.) I gdyby jakiś szlachcic, co opodal łapał piskorze, nie był przyszedł na pomoc i za kark mnie nie wyciągnął, byłbym moknął dotychczas jak sztokfisz kapucyński.

Matylda.

Ach to musi być bardzo zabawne.

Karol (biorąc księgę).

Teraz nie przeszkadzaj mi.

Matylda.

Cóż to za księgi?

Karol.

Niesiecki. Ciotki będę szukał... Być nie może, aby gdzie w dawnych czasach nie było jakiéj ciotki.

Matylda.

Co ty pleciesz?

Karol.

Siadaj... masz... szukaj!..

Matylda.

Ciotki?

Karol.

Ciotki.

Matylda.

Na co?

Karol.

Aby po niéj majątek odziedziczyć jak Dolski.

Matylda.
Dolski odziedziczył?
Karol.

I to znaczny majątek.

Aniela (wchodząc).

Tak jest, niestety.





SCENA II.
Matylda, Karol, Aniela.
Karol.

Słuchajcie, on mi jasno wytłómaczył... to jest tak: Miał ciotunię ś. p. dawno, nie rodzoną, bo jego pradziad miał primo voto siostrę przyrodnią ciotecznego swego brata, a z drugiéj żony córka jego poszedłszy za syna tego ciotecznego brata...

Aniela.

Chodź Matyldo, on sobie z nas żartuje.

Karol.

Ależ nie żartuję, słuchajcie tylko... otóż ta ciotunia zostawiła była bardzo dawno dożywocie siostrzenicy tego ciotecznego brata... O! rozumiecie?

Matylda.

I cóż?

Karol.

I cóż babula żyła ze sto lat, aż trzeciego lutego babula clapsit.

Matylda.

Co to clapsit?

Karol.
To po łacinie... a po naszemu klapnęła i Dolski odziedziczył majątek, o którym mu się nigdy nie śniło.
Matylda.

Ale na cóż nam to wszystko rozpowiadasz?

Karol.

Dlatego, aby was przekonać, że takiéj ciotki tylko w dalekiéj przeszłości szukać należy.

Matylda.

Szukaj, szukaj mój Karolu, ale nam daj pokój.

(Przechodzi z Anielą na prawą stronę i rozmawia z nią na stronie... Od początku téj sceny widać w głębi ogrodu Dolskiego we fraku i żółtych rękawiczkach... zapędza się, wraca i zdaje się wyglądać kogoś.)
Aniela.

Tak jest nie inaczéj, mówiłam z Wujaszkiem — dał mi wyraźnie do zrozumienia, że Pan Dolski o tobie myśli i bolesną skończył uwagą: Jużci nie o tobie, rzekł, moja Anielko... on majętny, ty masz bardzo mało... czas romansów minął... korzystaj z tego, co ci powiadam, bo wiem, co mówię, spuść się na mnie. Matyldo, ja płakałam.

Matylda.

Wszystko to jednak nic nie znaczy.

Aniela.

Najwięcéj mnie dręczy, że on odgadł może, co się dzieje w mojém sercu... ale przekonam go, że się omylił... zemszczę się... ale dlaczego udawał? Niegodziwie! szkaradnie!

(Odchodzi — Dolski w głębi ogrodu przybliża się do niéj, ofiaruje jej różę, ona po kilku niby wyrzeczonych słowach odwraca się nie przyjąwszy róży i odchodzi — Dolski pozostaje w miejscu odurzony, potem wciska kapelusz i przechadza się w głębi; na przodzie sceny rozmowa Karola z Matyldą trwała tymczasem nieprzerwanie.)
Matylda.

Biedne dziecię... ale zobaczymy... (do Karola) Pan Dolski odziedziczył zatém znaczny majątek?

Karol.

On, co nigdy kieliszka wina nie wypił — to niesprawiedliwość!

Matylda.

Ale dlaczego tajemnica?

Karol.

Jaka? — Nikt go się nie pytał, on téż nic nie mówił.

Matylda.

Ale stryjaszek?.. ho ho ho!.. Dojdę ja tego.

Karol.

Powiedzże mi dlaczego w naszéj familii nie miałaby się znaleść jaka ciotka, ciotunia, cioteczka mała?.. tylko szukać trzeba. Żebym naprzykład wiedział, matka mojéj matki Miczałkowska z domu, czy się także z Miczałkowskiej rodzi? Proszą cię... tu szukaj...

Matylda (odtrącając księgę).

Nie nudźże mnie! (na stronie) Ha!.. otóż Dolski botanizuje... Panie Dolski pomówimy z sobą. (Matylda zbliża się do Dolskiego, który chce jéj uniknąć — zatrzymuje go i rozmawia z nim w głębi.)

Karol (przerzucając księgi z wielkiém natężeniem).

Tak, Kurowiecki miał za sobą Miczałkowskę... ja wiem... ale żebym mógł z dołu wydrapać się, to w górze zahaczyłbym się przecie.





SCENA III.
Karol, Leon, (wchodząc po lewéj) Matylda, Dolski.
Leon (patrząc przez lornetkę na Matyldę, przychodzi powoli na przód sceny).

Proszę, proszę... Z małéj nowinki jaki skutek ogromny... Wczoraj był nieznośny, a dziś jest przyjemny... O świecie przewrotny!.. Wszystko to są mądre plany kochanego stryja... Wielki człowiek do małych interesów.

Karol.

Nie wiesz, czy Miczałkowska nasza babka nie rodzi się z Miczałkowskiej?

Leon (nie słuchając go chodzi rzucając wejrzenia na Matyldę).

Ale jaka poufna rozmowa... i nie ma końca (śmieje się) O! kobiety, kobiety!.. Pan Dolski majętny, z Panem Dolskim warto pomówić... Czy go tu licho przyniosło!

Karol.

Proszę cię, powiedz mi, czy Miczałkowska?..

Leon.

Dajże mi pokój do wszystkich djabłów z twoją Miczałkowską. (Odchodzi.)

Karol.

Nikt nie chce pomódz, jeszcze przeszkadza. Pójdę do Pana Ignacego... (Bierze księgi pod pachy, odchodzi i wraca.) Bo jeżeli Katarzyna córka Eufemii... tu sęk!.. (Odchodzi.)





SCENA IV.
Matylda, Dolski (przychodząc na przód sceny).
Matylda.

Panie Dolski, lubisz Pan jeździć konno?

Dolski.

Bardzo lubię.

Matylda.

Jeździsz Pan często?

Dolski.

Dosyć często.

Matylda.

Ja codzień.

Dolski.

Codzień, podziwiam jéj zręczność... Panna Aniela nie lubi zapewne?

Matylda.

I owszem, ale jéj teraz nie pozwalam, bo nie mam dla niéj dość spokojnego konia.

Dolski (z zapałem).

Ach dobrze Pani robisz... (spuszczając oczy i spokojnie) Dobrze Pani robisz.

Matylda.

Za słabą ma rękę.

Dolski (do siebie).

Biedaczka!

Matylda.
Daje się unosić.
Dolski.

O la Boga! (spokojnie) O la Boga.

Matylda.

Panie Dolski.

Dolski.

Pani?

Matylda.

Kochałeś się Pan kiedy?

Dolski.

Racz Pani wysunąć ten przedmiot z pod swoich żartów. Jeżeli kochałem — kocham; jeżeli kocham — kochać będę. Miłość jest świętością w mojém sercu... rozmawiać o niéj nie chcę... zdaje mi się, że to byłoby kazić jéj czystość. Ja Panno Matyldo jak nie z tego świata, marzę o wiecznéj miłości.

Matylda.

Ależ mój Panie Dolski, żaden kochanek od lat tysiąca nie wspomniał inaczéj swojéj miłości, jak z tym koniecznym dodatkiem „wieczna“. — To się stało formą tak jak „padam do nóg“ albo „uniżony sługa“, lubo nikt przez to nie służy, a mniéj jeszcze do nóg upada.

Dolski.

Być może... ja jednak powtarzam, miłość moja trwać będzie póki życia.

Matylda.

Daj Boże!

Dolski (na stronie powtarza).
Daj Boże? (Obudza się w nim myśl, że Matylda go kocha i coraz bardziéj go niepokoi).
Matylda (p. k. m.)

Panie Dolski.

Dolski.

Pani?

Matylda.

Strzelasz Pan dobrze z pistoletu?

Dolski (z bolesném uczuciem).

Ach!.. Tak jest... strzelam nie źle.

Matylda.

I ja nie źle — na dwadzieścia strzałów pięć w same czarne.

Dolski.

A Panna Aniela?

Matylda.

O ta boi się wszelkiéj broni.

Dolski.

Tyle ma łagodnego usposobienia, tyle prawdziwie niewieściéj nieoszacowanéj spokojności.

Matylda.

A wiesz Pan, że ta pochwała niekoniecznie na swojém miejscu.

Dolski.

Ach przepraszam, dwakroć przepraszam jeżeli może...

Matylda.

Pan nie pochwalasz téj rozrywki dla dam? (Dolski milczy ze spuszczonemi oczyma.) Prawda?

Dolski.
Moje zdanie nie wielkiéj wagi.
Matylda.

A ja się pytam o to zdanie nie wielkiéj wagi.

Dolski.

Pani...

Matylda.

Zniecierpliwisz mnie Pan w końcu.

Dolski.

Cóż mam powiedzieć, o la Boga! Zdaje mi się, że delikatne rączki nie stworzone do broni.

Matylda.

Każda ręka stworzona do broni... Wszyscy powinniśmy umieć bronić się w potrzebie.

Dolski.

Rzecz to ojców, braci, mężow, protektorów naturalnych płci słabszéj.

Matylda.

Niebezpieczna sprawa, jak między sąsiadami... protektor staje się najczęściéj Panem, a protegowany sługą. (p. k. m) Panie Dolski.

Dolski.

Pani?

Matylda.

Jaki Pan masz gust?

Dolski.

W czém, Pani?

Matylda.
Co do powierzchownej piękności. Naprzykład: Podobają się Panu czarne włosy? (Dolski spojrzawszy na jéj czarne włosy, milczy.) Hm? nie?
Dolski.

Czarny włos jest piękny, bardzo piękny... ale o gusta, jak mówią, sprzeczać się nie można.

Matylda.

A więc może lepiéj się podoba włos jedwabny, jasny jak blady promyk słońca.

Dolski (z zapałem).

Sliczny, cudny, boski... (ciszej spokojnie) cudny... boski.

Matylda.

Ciemne oko, bystre, czarnemi zacienione rzęsami zdaje mi się, że piękne... prawda? (Dolski spojrzawszy jéj w oczy, milczy.) Co? nie?

Dolski.

Piękne, ale...

Matylda.

Ale się Panu nie podoba... Ładniejsze więc może oko niebieskie łzawe, przejrzyste, które błękit nieba odbijać się zdaje.

Dolski (z zapałem).

A tak łagodne, swobodne, pełne dobroci, aż w głąb serca sięgające... (ciszéj spokojnie) Serca sięgające.

Matylda.

Usta małe.

Dolski.

Jak poziomka.

Matylda.
Postać...
Dolski.

Jak trzcinka.

Matylda.

Nie wysoka.

Dolski.

I nie mała, w sam raz.

Matylda.

Nóżka...

Dolski.

Jak u dziecięcia... nóżka, nóżeczka...

Matylda.

Czyja?

Dolski.

Prawda, czyja?.. fantazya...

Matylda.

Nie spodziewałam się po Panu takiego zapału, takiego uniesienia.

Dolski.

Czy się zapaliłem?.. Czy się uniosłem?.. A więc muszę przeprosić.

Matylda.

Czy Pan łatwo się unosisz? Pan może jesteś porywczy?

Dolski.

Och, Pani, Pani.

Matylda.

Cóż?

Dolski.
Bolesne pytanie.
Matylda.

Dlaczego?

Dolski.

Niegdyś... byłem porywczy.

Matylda.

Czy być może?

Dolski.

Niestety!

Matylda.

Jakaś historya... powiedz mi Pan.

Dolski.

Bardzo krótka i bardzo smutna. Skrzywdziłem najlepszego przyjaciela, — strzelałem się z nim — raniłem — dotąd jest kaleką.

Matylda.

Prawda, że smutna — A teraz?

Dolski.

Poprawiłem się.

Matylda.

Tak, jakimże sposobem?

Dolski.

Pani śmiać się będziesz.

Matylda.

Wcale nie. Słucham.

Dolski.

Stary sługa poradził mi, abym, ile razy gniew mnie chwyta i nim pierwsze słowo wyrzeknę, abym....

Matylda.
Cóż?
Dolski.

Abym jaką piosneczkę zaśpiewał. (Matylda parska śmiechem).

Matylda.

Wybornie! I Pan śpiewasz?

Dolski.

Jedyną piosnkę, którą mogłem spamiętać.

Matylda.

Pan nie muzykalny?

Dolski.

Nie.

Matylda.

I ja nie. Jakaż ta piosneczka?

Dolski.

Och Pani!..

Matylda.

Proszę.

Dolski.

Bardzo prosta.

Matylda.

Słucham.

Dolski.

„Czegoś oczka zapłakała,
Moja ty kochanko miła.“ (Matylda śmieje się mocno). Mówiłem, że mnie Pani wyśmiejesz.

Matylda.

Nie Pana, nie... ale ten pomysł. (Śmieje się.)

Dolski.
Wydał owoc.
Matylda.

Zatém jak Pan chcesz swemu strzelcowi lub furmanowi powiedzieć „niech cię wszyscy!“ i tam daléj... to mu Pan śpiewasz „Czemuś oczka zapłakała“. (Śmieje się.)

Dolski.

Nie jemu, ale sobie śpiewam, albo nucę, póki z gniewu nie ochłonę.

Matylda.

Wyborny środek i ja go użyję... śpiewać będę... ale moję piosnkę jednę, którą umiem:
„A kiedy odjeżdżasz, bądźże zdrów,
O naszéj przyjaźni dobrze mów.“
Jeżeli więc zdarzy nam się kiedy pokłócić ze sobą, Pan zaśpiewasz „Czegoś oczka zapłakała“, a ja „Kiedy odjeżdżasz, bądźże zdrów“. Wybornie!.. Ale z tego wszystkiego koniec końców wynika, że Pan masz od dziś dnia we mnie najszczerszą przyjaciółkę. (Podaje mu rękę, którą on całuje. Leon, który się w ciągu téj sceny często w głębi pokazywał, i Aniela, która przy krzaku róży niby kwiat zrywała, oboje na ten widok jak zelektryzowani odwracają się i odchodzą. — Matylda obracając się jeszcze przy wychodzie.) Jakże Panie Dolski, „Czemuś oczka zapłakała“. (Wybiega śmiejąc się.)





SCENA V.
Dolski (sam).

Pan masz we mnie przyjaciółkę... przyjaciółkę! Ale na Boga, jak sobie życzę urząd kiedyś piastować... ona daléj zmierza... nie jestem tu już daléj bezpieczny... Dziwnie... Panna Aniela zdawała się zawsze być mi przychylną... spoglądała nieraz na mnie.. Och spoglądała!.. A teraz kiedy spieszę z deklaracyą, kiedy ofiaruję różę w jak najprzyzwoitszym sposobie... ona róży nie przyjmuje, nie da przyjść do słowa i zostawia mnie jak na lodzie... tak jest... na lodzie... i z otwartą gębą... A Parma Matylda, która mi różnych przycinków nie szczędziła... dziś zmusza do rozmowy, sadza przed sobą jak do examinu, rozprawia o miłości, o swoich czarnych oczach... hm! To zdaje się dość jasném... piękny interes... niéma żartów. Jedna dobrze... ale dwie?! Przytém jeden zazdrości mi mojéj nieboszczki ciotki, drugi chce mi urząd zdmuchnąć... A, tego za wiele!... Nie chcę być powodem zaburzenia pod gościnnym dachem... i najlepiéj zrobię, jeśli czém prędzéj odjadę. (Odchodzi i spotyka Jenialkiewicza.)





SCENA VI.
Jenialkiewicz, Dolski (następnie) Matylda, Aniela, Karol, Leon.
(Jenialkiewicz, papiery w ręku, zwołuje głosem i gestami z prawéj i lewéj strony.)
Jenialkiewicz.

Proszę! proszę moje Panny! Panowie! proszę tu na chwilkę. (Schodzą się z różnych stron. Karol ze swojemi księgami pod ręką — Jenialkiewicz pośrodku przebiega wszystkich śledczém okiem, nareszcie p. d. m. mówi) Cóż? (milczenie) Hm? — Słuchajcie. Odjeżdżam w skutek odebranego kuryera, w bardzo ważnym interesie. Wam zostawiam następujące rozkazy: Matyldo i ty Anielo pojedziecie jutro do miasta z Panią Moczybłocką.

Matylda.

A to po co?

Jenialkiewicz.

Spuść się na mnie... Będziecie mi dziękowały... konie nakazane... wszystko urządzone... zajedziecie do mojego pomieszkania... punkt o dwunastej... Anielo, tobie jako rozsądniejszéj... czyli raczej rozsądnéj...

Matylda.

Całuję rączki.

Jenialkiewicz.

Polecam ścisłe wykonanie mojej niniejszéj woli. (p. k. m.) Leonie, pojedziesz tam także z Panem Dolskim moją krytą bryczką... konie najęte... o dziewiątej wieczór ztąd wyjedziecie... zamówią wam pomieszkanie podle mnie w Hotelu Drezdeńskim.

Leon.

Właśnie o dziewiątej miałem ztąd wyjechać.

Jenialkiewicz.

A koniecznie swoją głową.

Leon.

Wszak się nie sprzeciwiam.

Jenialkiewicz.

Nigdy się już nie poprawisz. (p. k. m.) Karolu!

Karol.
Słucham.
Jenialkiewicz.

Na masz. (Daje mu duży list o kilku pieczęciach. Karol chcąc odebrać wypuszcza księgę z pod prawéj ręki — Jenialkiewicz odskakuje; Karol chcąc chwycić księgę, wypuszcza drugą z pod lewéj ręki pod nogi Dolskiego, który w tył odskakuje.) Cóż to?.. księgi i ty razem?

Karol.

Chciałem poszukać, ale wolę spytać się wujaszka, czy Miczałkowska Katarzyna...

Jenialkiewicz.

Pst!.. Wiesz, że tylko w poniedziałek podobne zapytania przyjmuję... i to na piśmie.

Karol.

Prawda, zapomniałem.

Jenialkiewicz.

Oto masz.

Karol.

To do mnie... ręka Wujaszka... (Chce rozpieczętować.)

Jenialkiewicz.

Hola!.. Jutro o jedenastej każesz założyć do bryczki bułane konie... weźmiesz ze sobą...

Matylda.

Panią Moczybłocką.

Jenialkiewicz (z nieukontentowaniem).
Nie. Antka Fujarę. — Pojedziesz na górny folwark, tam w przytomności ekonoma odpieczętujesz ten list... i podług zawartej w nim dyspozycyi postąpisz. (Pogląda po wszystkich, jakie to wrażenie zrobiło.) Co? hę?
(Przed chwilą Pan Ignacy w dużym popielatym kapeluszu, ręce w tył założone spacerując powoli, zatrzymał się był w środku między kolumnami i przysłuchiwał się rozporządzeniom Jenialkiewicza.)
Pan Ignacy.

I na co to się przyda?

Jenialkiewicz (spuszczając okulary — niekontent).

Ot! Ot! Jegomość... powiedział co wiedział.

Pan Ignacy.

Nie jeden w tych czasach powiedział, co nie wiedział, to gorzéj... (Spaceruje daléj — Jenialkiewicz bierze pod rekę Dolskiego i odchodzi z nim w przeciwną stronę mocno gestykulując.)

Leon (na stronie).

Ambroży! Ignacy! Wielki człowiek do małych interesów, i mały człowiek do wielkich interesów. Dobra para.





SCENA VII.
Matylda, Aniela, Karol, Leon.
Aniela (na stronie do Matyldy).

Czegoż on cię w rękę pocałował?

Matylda.

Czy mi nie dowierzasz?

Aniela.

Ach, bo tak strasznie jesteś ładna.

Matylda (całując ją w czoło).
A jednak ciebie, ciebie kocha szalenie.
Aniela.

Dlaczegoż Wujaszek?..

Matylda.

Nic nie wié.

Aniela.

Dlaczegoż on unika?..

Matylda.

Bądź spokojna... wszystko się wyjaśni.

(Aniela układa po prawéj stronie kwiaty w bukiet, Matylda z nią rozmawia — Karol zamyślony obraca list na wszystkie strony.)
Karol.

Cóż u djabła? Czy kochany Wujaszek każe mi kogo rozstrzelać?

Leon.

Nie, zapewne przemiar szpichlerza zrobić.

Karol.

I mnie się tak zdaje. (Rzuca list na stół — siada na kanapie i zajmuje się przeglądaniem swoich ksiąg.)

Matylda.

Już to trzeba przyznać, że wszyscy kochamy naszego poczciwego Stryjaszka, ale że Pan Dolski o wiele w uległości nas przechodzi.

Leon (ironicznie).

Akcye Pana Dolskiego idą w górę... dziwna rzecz dlaczego dopiero od dziś rana.

Matylda.

Anielko, czy dopiero od dziś rana?

Leon.
Co to za cudowne szkiełko, ten majątek...
Karol.

Który po ciotuni Miczałkowskiej... nie — chcę powiedzieć...

Leon.

Przez to szkiełko wszystko, co było pospolite, poziome, pokazuje się wzniosłém, szlachetném... co było ckliwe i nudne, staje się zajmującém i dowcipném.

Aniela.

Nie wznawiajcie téż swéj wiecznéj u nas rozmowy o majątkach, posagach, pieniądzach... daléj trzeba będzie uwierzyć, że pod klątwą ten, co niebogaty.

Leon.

Kto niebogaty w pieniądze, może być bogatym w przymioty duszy tak jak moja (do Anieli) szanowna kuzynka.

Matylda.

Och! och! och! Leonie!... popraw się... powiedz coś nowszego.

Aniela.

Wiesz co Leonie, nikt ci nie zaprzeczy wiele rozumu, ale mógłbyś go jeszcze podwoić.

Leon.

Do zamknięcia epigramatu potrzebne zapewne zapytanie, a więc pytam: jakim sposobem?

Aniela.

Tym sposobem, abyś tylko trochę więcéj cenił

rozum drugich.
Matylda.

Dobrze powiedziałaś. Leonowi zdaje się zawsze, że każde jego słowo ma cenę niezaprzeczoną... nigdy niczyjego milczenia inaczéj nie tłomaczy, jak za bezwzględne przyjęcie wszystkiego tego, co mu się podobało objawić... jedném słowem myśli sobie zawsze: Gdybym chciał, uwierzyłybyście, że w samo południe gwiazdy świecą na niebie.

Karol (do Leona).

Czy Parantowiczówna w stanie panieńskim zeszła z tego świata?

Leon (nim jeszcze Karol skończył).

Czy to będzie gwiazdą w południe, jak powiem, że Dolski nie myśli się żenić. (Matylda z Aniel śmiejąc się szepczą między sobą.) Cóż w tém śmiesznego? Niktże nie może zbliżyć się do pięknéj a bogatéj Matyldy, aby nie stawał się zaraz konkurentem? (p. k. m.) Matylda nie przypuszcza obojętności... jest przekonaną, że nawet ja byłbym u jéj nóg, byle tylko chciała, wszak prawda? — Powiedz szczerze.

Matylda.

Powiedzieć, że nie — nie uwierzysz... powiedzieć, że tak, ściągnąć sobie mogę nie zbyt pochlebne zaprzeczenie. (żartując) Wolę więc cierpieć i milczeć.

Karol.

Co się mnie tycze, oświadczam ci Matyldo, że jeżelibyś się kiedy we mnie zakochała...

Matylda.
Niema niebezpieczeństwa mój Karolu.
Karol.

Ja też mówię: jeżeli, wtenczas jestem na twoje usługi, że zaś masz majątek a ja nie, to mi nic nie szkodzi... nie będę na to uważał. (Przechodząc trochę w seryo.) Ale jako dobry kuzyn, radzę ci, staraj się a znajdziesz coś lepszego.

Matylda.

Nie znajdę, bo szukać nie będę. Dwa karnawały w mieście spędzone oświeciły mnie dostatecznie. Piękna młodzież, niema co mówić.

Leon.

O dla Boga moja Matyldo nie chciéj téż powtarzać kazań naszej staréj Jenerałowej o niemoralności tego wieku.

Matylda.

Warto powtarzać... nie do was to mówię. Ty Karolu biłeś się dobrze... ty Leonie pracujesz piórem i głową... nastąpisz kiedyś po stryjaszku jako Ambroży drugi.

Aniela.

Matyldo!

Leon (urażony).

Jesteś dzisiaj wesoła do podziwienia.

Matylda.

Patrzcie, pokażę wam exemplarz miejskiego Mirliflora. (Bierze laseczkę i lornetkę od Leona.) Najpierwéj... okienko w oku... bez tego nic... czy tylko utrzymam... otóż jest... pięknie, prawda? tu ślepota, tu zéz... niby fluxya w twarzy, tortikoli w karku... co? (Cofa się w głąb i zdejmuje kapelusz.) Przy tém wąsik w igiełkę.... pazurki jak rydelki.... pręcik w ręku.... daléj na konkietę... (Przysuwa się do Anieli i niby zaleca się do niéj cicho mówiąc, p. k. m. nie odwracając się przez ramię mówi do mężczyzn.) Wy tam w czarną kupą zbici lub po kanapach rozłożeni, myślicie, że iskrzącą dowcipem prowadzę rozmowę... wcale nie, ja mówię o wielkiém błocie. Uważajcie, jak się zbliżam, nachylam, wyginam, nie jeden z was mówi pewnie: Patrz, patrz jak się podbiera... Wszak to jest uświęcony, piękny wyraz?.. A ja bliżéj, bliżéj, staram się chwycić koniec wstążki lub listek bukietu... to już niby oznaczy stosunek poufalszy... (zwracając się całkiem) Raz tylko to mi się trafiło; ale jak spojrzałam na konkieranta aż usiadł obok krzesła.

Karol.

Ech! żeś go nie przeciągnęła.

Matylda (znowu przed Anielą mówi przez ramię).

Rozumie się, że mówię po francuzku i tylko jak braknie słowa, łatam polszczyzną. Ja bliżéj... bliżéj... dama się cofa... Wy tam myślicie, że przed natarczywością sentymentu... nie, ona się odsuwa, bo mnie czuć mocno cygarem... dopiero w przedpokoju z ust wyjąłem.

Aniela.

Między nami mów co chcesz, tylko niech nikt obcy nie słyszy.

Karol.

Czemu niema słyszeć, co warto drukować.

Aniela.
Nie nam to przeistaczać społeczeństwo.
Matylda.

Dlaczego nie?

Karol.

Tak, dlaczego nie?

Aniela (do Karola).

Tylko ty się nie odzywaj.

Matylda.

Zacznę od balów.

Leon.

Na przykład?

Matylda.

Sama sobie taneczników wybierać będę.

Leon.

Ho! ho!

Aniela (do Matyldy).

Żartujesz, wszak prawda?

Matylda.

Wcale nie. Na co mam stać w rzędzie jak fiaker i czekać, aż mnie kto zawoła, aby mi potém po nogach nie w takt deptał — sama wybierać będę; dam przykład.

Leon.

I kiedyż rozpocznie się ta kampanja?

Matylda.

Na pierwszym balu.

Aniela.

Nie zrobisz tego.

Karol.
Bardzo źle, jeżeli nie zrobi.
Aniela.

Mój Karolu, milczże proszę cię.

Matylda.

A jak się kłaniają! ha ha ha! patrzcie. (Kłania się.) Cóż znaczą te zygzaki nogami? Prawa noga naprzód czy znaczy szacunek? a lewa sentyment? Na honor nie macie rozumu.

Aniela.

Taką krytykę pozwalam ci, ale nie inną.

Leon.

Kto ma duży posag temu wszystko wolno.

Matylda.

Mnie chcesz tém przymówić? To was, was Panowie, a nie nas krzywdzi, że tylko posagi cenicie... Ja zupełnie zgadzam się z tobą uczony Leonie, że będąc bogatą, gdybym była poczwarą, złośnicą, waryarką... adoratora zawsze znajdę. (Uderza z pod spodu w księgę rozłożoną na kolanach Karola.) No!... Na koń!

Karol.

Służę, służę.

Matylda (wybiegając z Karolem).

Dziś żwawo... train de chasse... bez przerwy tam i napowrót... prawda? Allons!



Koniec aktu III.
AKT IV.

(Scena wystawia obszerny pokój, przez drzwi środkowe widać przedpokój — po prawéj stronie drzwi sznur od dzwonka — na przodzie sceny po téjże stronie zamknięta toaleta — na środku ku lewéj stronie kanapa z kosa do widzów postawiona tak, aby drzwi środkowych nie zasłaniała; przed nią stół okrągły, na nim książki, papiery i co trzeba do pisania. Po lewéj stronie okno, a w głębi otwarty fortepian. Drzwi drugie na prawo.)

SCENA I.
Jenialkiewicz, Marcin, późniéj Dolski.
Jenialkiewicz (wchodząc spiesznie do Marcina, który sprząta).

Gdzie twój Pan?

Marcin.

Dzień dobry Jegomości.

Jenialkiewicz.

Gdzie twój Pan?

Marcin.

Spi jeszcze.

Jenialkiewicz.
Spi? A to pięknie (puka do drzwi na prawo) Panie Dolski!... Panie Dolski!
Dolski (z drugiego pokoju).

Zaraz, zaraz Mości Dobrodzieju! Marcinie! (Marcin odchodzi.)

Jenialkiewicz.

Spi... A niechże go Bóg kocha! Godzina dziewiąta, ja od piątej na nogach... Nie tak to robią się interesa, nie tak mój paniczu... Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje.

Dolski (w szlafroku i w pantoflach).

Przepraszam, dwakroć przepraszam, ale późno się położyłem.

Jenialkiewicz (wyprowadzając na przód sceny p. k. m.).

Słuchaj Janie, chwila stanowcza nadchodzi, muszę objaśnić ci moje postępowanie... Może kiedyś wzorem ci się stanie... prosiłem cię, abyś bawił w moim domu z dziesięciu przyczyn wielkiéj wagi, z których dziewięć zamilczę, a jednę powiem. Musiałem mieć cię pod ręką, aby... (gesta jakby lejcami kierował).

Dolski (uprzedzając).

Jak Febus.

Jenialkiewicz.

Kubek w kubek. — Nie chciałem wcześnie przed wyborami ogłaszać cię jako pretendenta. A wiesz dla czego?

Dolski.

Już miałem zaszczyt powiedzieć, że nie wiem.

Jenialkiewicz.

Gdyby była za wcześnie wieść gruchnęła, że się Pan Dolski podaje na Dyrektora, wszyscy twoi współzawodnicy byliby ci, jak to mówią pospolicie, buty szyli... A to często... (gesta) Lepiéj zawsze... (gesta) O! rozumiesz? Nie wymieniałem, ale moim honorem ręczyłem za uczciwość i zdatność mego kandydata. Cóż ztąd za rezultat?.. Jakiż skład się utworzył?.. Skład silny, potężny... rozgałęzienie tajemne jednéj myśli... tajemna dążność do jednego celu. O! rozumiesz? — A spytaj się kogobądź z moich przyjaciół, komu da swój głos, nie wié... (śmieje się) nie wié jakem Ambroży... zakręciłem wykręciłem, tu, tam, siak i tak, tędy i owędy. O! rozumiesz?

Dolski.

Ale jakże koniec końców...

Jenialkiewicz.

Niby batalion... ma broń, a nie wié, jak jéj użyje... W tém przybywa komendant... Tentuj!.. Cel!.. Pal!.. Brrrr! komendant ja, a ty... pal! Brrrr!

Dolski (powtarzając).

Brrrr!

Jenialkiewicz.

Weź czarny frak... idź do tych Panów, których oto masz spis alfabetyczny. (Daje mu papier.) Ich pomieszkanie czerwonym, a godzinę, o któréj zastać można, niebieskim atramentem wypisałem... Ubieraj się... a prędko... czas drogi... pamiętaj, abyś mnie nie zawiódł... pamiętaj, że tu więcéj o moją reputacyę jak o twój urząd idzie. Zresztą spuść się na mnie.

Dolski.
Zaraz się ubiorę, jak tylko mi pozwolisz kochany Panie... Marcinie!
Jenialkiewicz.

Bomba rzucona.

Dolski.

Bomba?

Jenialkiewicz.

Już pękła.

Dolski.

A ba!

Jenialkiewicz.

Twoi współzawodnicy już wiedzą o twojém wystąpieniu... zadziwieni... odurzeni, przerażeni, zniechęceni, zawiedzeni, gdzie? co? jak? którędy? A tu już niéma czasu połapać się... wybory tuż! O! rozumiesz?

Dolski.

Zatém muszę się ubrać.

Jenialkiewicz.

Oczywiście! tylko nie trać czasu. Chcę Matyldzie i Anielce sprawić niespodziankę... kazałem im tu przyjechać z Panią Moczybłocką, aby zobaczyły menażeryą... Czekaj na nie z łaski swojéj przed moim domem.

Dolski.

Z największém ukontentowaniem... Marcinie!

Jenialkiewicz.
Zostawiłem w moim pokoju na stole list do nich zapieczętowany, z którego dowiedzą się po co kazałem przyjechać i że ciebie deleguję na ich przewodnika. Karol dostał inną missyą. Leona posłałem gdzieindziéj, a ja muszę być wszędzie i nigdzie.
Dolski.

Pozwól zatém niech się ubiorę.

Jenialkiewicz.

Tylko nie trać czasu. Jutro wykrzykniemy: Victoria! (ściska go) Spuść się na mnie.

(Dolski odprowadziwszy Jenialkiewicza do drugich drzwi, wraca. Marcin drzwi zamyka.)
Dolski (sam).

Wielkiéj poczciwości ten kochany Jenialkiewicz, ale czasem za wiele mówi... Ubieram się czém prędzéj i biegnę czekać na Pannę Anielę... Marcinie! prędko, golić się.

Marcin.

Pan Telembecki. (Zostawia drzwi otwarte.)





SCENA II.
Dolski, Telembecki, później Tapicer.
Dolski.

O la Boga! Jak się masz Telembecki?

Telembecki.

Jako tako, do usług wielmożnego Pana.

Dolski.

Bardzo się cieszę, że cię widzę ale w złą godzinę przychodzisz... jutro, jutro... przepraszam cię mój Telembesiu, ale dziś jednéj chwili nie mam wolnéj.

Telembecki.
Ja tu jestem od tygodnia... chciałem zaraz do Wielmożnego Pana na wieś jechać, ale Pan Jenialkiewicz kazał mi tu czekać.
Dolski.

Dobrze, dobrze mój Telembesiu... tylko nie dzisiaj.

Telembecki.

To być nie może, jutro u nas termin licytacyi. Nie stanę na czas, jeżeli pocztowym wozem o drugiéj ztąd nie wyjadę.

Dolski.

Prawda, prawda... no... siadaj.

Telembecki.

Zaraz. (Idzie i wraca z przedpokoju z dużą pliką papierów, którą kładzie na zamkniętéj toalecie.)

Dolski.

Cóż to jest?

Telembecki.

Do przejrzenia, zrachowania i podpisania.

Dolski.

I dziś, dziś mam to wszystko zrobić? O la Boga!

Marcin.

Proszę Pana, Kapicir przyszedł.

Dolski.

Tapicer... proszę.

Tapicer.

Wszystko gotowe, nie wiem tylko czém pokryć.

Dolski.

Zielonym safianem, jak zwykle w biórach wyższych urzędników.

Tapicer.
Sekretarz także gotowy.
Dolski.

Dobrze, dobrze... teraz nie mam czasu... jutro dam znać gdzie wszystko zanieść. Bądź Pan zdrów... (Do Telembeckiego.) Żebyś był o kilka dni późniéj przyjechał, zastałbyś mnie może w biórze... Mam nadzieję, że będę piastował... (Urywa mowę.)

Telembecki (kłaniając się z uśmiechem).

A tak słyszeliśmy... Wielmożny Pan ma się żenić.

Dolski.

Cóż to ma za styczność?

Telembecki.

Ja już sześcioro piastuję.

Dolski.

O! O! Panie Telembecki... No, cóż mam podpisać?

Telembecki.

Najpierwéj plenipotencyą.

Dolski.

Wiém, wiém... (Podpisuje na okrągłym stole, kiedy u drzwi zadzwoniono.) Cóż znowu?

Lokaj (w liberyi).

Pan Hrabia kłania się... przyséła list i prosi o jak najprędszy odpis, bo ten Pan odjeżdża.

Dolski.
Bardzo dziękuję... wiem o co idzie... bądź tak grzeczny wróć tu za pół godziny, za kwadrans, list będzie gotowy — przepraszam cię ale nie mam czasu. (Zamyka drzwi od przedpokoju.)
Telembecki (który rozłożył papiery na zamkniętéj toalecie)

Tą należytość trzeba zapłacić jak najprędzéj.

Dolski (siadając).

Wykaz kosztów reparacyj kościoła... ale czemuż nie podsumowane?

Telembecki.

Miałżebym zapomnieć?

Dolski.

Zrachujże Pan prędko.

Telembecki (szukając po kieszeniach).

A niechże cię jasny piorun trzaśnie!..

Dolski.

O! O! Panie Telembecki.

Telembecki.

Okulary zgubiłem.

Dolski.

Dobrze — żebym przynajmniéj mógł zmiarkować mniéj więcéj... Marcinie!.. mój pulares... O! O! zmiłuj się Telembesiu, to za grubo.

Telembecki.

Niech wielmożny Pan strąci, co się zdawać będzie...

Dolski.

Ach, żebym tylko miał trochę więcéj czasu. (Patrzy na ścienny zegar, co w ciągu aktu często powtarza. Marcin przynosi pulares i wychodzi do przedpokoju. Dolski czytając) Dwieście, sto czterdzieści... pięćset... (Do Marcina wchodzącego.) Czego?

Marcin.
Pan Hendryk czeka w karecie na dole.
Dolski.

Pan Henryk?

Marcin.

Pan Jenialkiewicz prosił go, aby wstąpił do Pana.

Dolski.

Ach, jakże grzeczny!.. biegaj, biegaj... przeproś, żem nieubrany... podziękuj za pamięć. (wychodząc aż do drugich drzwi) Bardzo podziękuj, rozumiesz. (wraca) Albo lepiéj sam zbiegnę, żeby się nie uraził... (wybiega i wkrótce wraca z rozdartym szlafrokiem) A to nieszczęście! (śpiewa) „Czemuś oczka zapłakała“ (ciągnie gwałtownie sznur od dzwonka, urywa i rzucając kutas trafia Telembeckiego) O przepraszam cię Telembesiu! (śpiewa) „Moja ty kochanko miła“. — Szpilki proszę cię szukaj... daj prędko szpilki.
(Telembecki wychodzi, on biegnie do okna.) Może przez okno. (mówi przez okno) Dzień dobry... Bardzo ci jestem wdzięczny, żeś się fatygował, ale przepraszam cię... jeszczem nieubrany i bardzo zatrudniony. (Słucha, potém mówi) Wiém, wiém... Jenialkiewicz cię przysłał... Co?.. U tych Panów?.. pewnie lepiéj byłoby odwiedzić z tobą... ale cóż robić... nie mogę... Nie bierz mi za złe... żebym był wiedział, byłbym czekał. Adieu! Adieu! Jeszcze raz przepraszam. (zamykając okno) Poczciwy Henryk. (Telembecki z Marcinem spinają szpilkami obdartą połę.) No siadaj, siadaj Panie Telembecki, nie pomoże, trzeba interes robić z flegmą a prędzej pójdzie. (Zasiadają.)

Telembecki.
Karczma zgorzała na Wólce.
Dolski.

O! O! nowa karczma.

Telembecki.

Mury dobre... trzeba było dach postawić... bo żyd płacze, że na głowę cieknie... delikacik!.. Ale takie to teraz czasy.

Dolski.

A woły?

Telembecki.

Pyszne! tylko trochę chudo się trzymają... Niech Wielmożny Pan raczy podpisać sumaryczny rachunek kassy.

Dolski.

Ale zaraz, zaraz. Marcinie! gdyby kto przyszedł, powiedz, że mnie niema.

Telembecki.

Lepiéj na klucz zamknąć i nie odzywać się.

Dolski.

Dobrze mówisz... zamknij i nie odzywaj się.

Marcin.

Ba! kiedy ni można.

Dolski.

Dlaczego?

Marcin.

Bo klucz wyleciał.

Dolski.

Jakto wyleciał?

Telembecki.
Moze od innych drzwi dobierze.
Marcin.

Jenom skoczył bez ulicę do przykupki...

Dolski (z Telembeckim wyjmując klucz z drzwi bocznych).

No... no... nim on się wybierze... sam zamknę.





SCENA III.
Dolski, Telembecki, Alfred.
(Kiedy Dolski zbliża się do drugich drzwi, Alfred w nich staje.)
Alfred.

Oho, jeszcze w szlafroku?

Dolski.

Jak się masz kochany Alfredzie... byłem zatrudniony całe rano... nie mogłem się ubrać.

Alfred.

Interesa, papiery, rachunki.. winszuję.

Dolski.

A tak, tak, interesa.

Alfred.

Może przeszkadzam?

Dolski (patrząc na zegar).

Bynajmniéj — siadaj.

Alfred.

Nie wiedziałem, że przyjechałeś... ale spotkałem Jenialkiewicza... powiedział mi, że cię jeszcze w domu zastanę.

Dolski.
Siadaj — dobrze wyglądasz.
Alfred.

Ale proszę cię... jeżeli masz co robić, nie uważaj na mnie, kończ, kończ ja zaczekam.

Dolski.

Można ci cygarem służyć? tu zapałki.

Alfred (rozciągając się na kanapie.)

Dobrze, dobrze — ty rób swoje.

Dolski.

Kiedy pozwalasz... (Siada z Telembeckim zawsze przy małym stoliku.) A jakże mogłeś Panie Telembecki takie świstki poprzywozić? Od czego tu zacząć? O la Boga!

Alfred (biorąc książkę).

Zamek na pograniczu. Wszak to przez autora Pamiętnika mojéj żony?

Dolski (rachując).

Dwadzieścia trzy... dwadzieścia trzy... tak... żony pamiętnika... trzydzieści...

Telembecki.

Zdaje mi się, że Wielmożny Pan tę pozycyę opuścił.

Dolski.

Być może. (Rachuje półgłosem — milczenie.)

Alfred.

Czytałeś?

Dolski.

Sto dwadzieścia... co?

Alfred.
Zamek na pograniczu?
Dolski.

Sto dwadzieścia — czytałem.

Alfred.

Czy to co dobrego?.. co?

Dolski.

Sto siedmdziesiąt sześć, sześć, sześć... Bardzo dobre... sto sześćdziesiąt sześć.

Telembecki.

Siedmdziesiąt sześć.

Dolski.

Sześćdziesiąt sześć.

Telembecki.

Jak Boga kocham, siedmdziesiąt.

Dolski.

Ale mylisz się.

Telembecki.

Niech się Pan przekona.

Dolski.

Niechże!.. (Śpiewa na nótę swoję półgłosem rachując) „Sześć, dwanaście, trzy, piętnaście“ (głośniej) „A dziewięć dwadzieścia cztery“.

Alfred.

Co ty tam śpiewasz? — Twój fortepian?

Dolski.

Nie mój.

Alfred (przy fortepianie).

Nastrojony?

Dolski.
Nie wiém, prawdziwie nie wiém.
Alfred.

Ty nie grasz?

Dolski.

Nie, zupełnie nie. (na stronie) O la Boga!

(Alfred śpiewa albo gra huczną aryę. Dolski kończy rachunek z Telembeckim — widać że mu śpiewanie przeszkadza... za mocniejszymi akordami jakby drutem elektrycznym był tknięty; widać, że czasem i swoję piosnkę nuci... Nareszcie rozmawiając odprowadza Telembeckiego do drzwi.)
Alfred.

Nie zły instrument. Skończyłeś przecie?

Dolski.

A tak, skończyłem.

(Alfred zasiada na kanapie, Dolski na krześle.)
Alfred.

Czy prawda, że się podajesz na Dyrektora w Towarzystwie kredytowém?

Dolski.

A tak, podaje się... nie mogłem odmówić tego Panu Jenialkiewiczowi.

Alfred.

Wiém, wiém. Dobrze robisz i żałuję, że nie mam prawa głosowania, miałbyś niezawodnie jeden głos więcéj, zapewne zbyteczny... ale nie pojmuję dlaczego nikt o tém do dziś dnia nie słyszał.

Dolski.

Cóż chcesz? — Wszak znasz Jenialkiewicza.

Alfred.
Tym razem zdaje mi się, że przesadził tajemnicą. Wszyscy myślą, że pod swoim anonimem kryje swojego bratanka Leona. I sam Leon nie zaprzecza.
Dolski.

Wszystko to dla mnie nie bardzo pocieszające.

Alfred.

Pójdę do moich znajomych i objaśnię ich w tym względzie, jeżeli chcesz.

Dolski.

Jakto jeżeli chcę? — Bardzo, bardzo cię proszę.

Alfred.

Nie wiém, czy ci to qui pro quo nie zaszkodzi, bo Leon jest znany za uczciwego i zdatnego człowieka.

Dolski.

Więc nie będę urzędu piastował?..

Alfred.

Da się to widzieć. Bywaj zdrów. Do zobaczenia.

Dolski.

Wybacz, że cię tak źle przyjąłem.

Alfred.

Ach tylko ze mną żadnych ceremonii.

Dolski (odprowadzając go).

Adieu, adieu.. do zobaczenia. (sam) Każdego innego czasu w rękę go pocałuję jak do mnie przyjdzie... Ale dziś, dziś!.. I dlaczegoż śpiewał... co za zbieg okoliczności!





SCENA IV.
Dolski, Marcin.
Marcin.
Lokaj Pana Hrabiego czeka na odpis.
Dolski (z gniewem).

Ale zaraz, zaraz! (łagodnie) Zaraz mój kochany... niech się chwile zatrzyma. (Siada przy okrągłym stole i pisze. Marcin wkrótce wraca.)

Marcin.

Proszę Pana, powiada, że mu spiesznie.

Dolski (z gniewem).

Już kończę. (łagodnie) Już kończę mój kochany. (Marcin odchodzi, Dolski złożywszy list i mówiąc: No! trąca i wywraca kałamarz.) A niechże cię!... (śpiewa) „Czegoś oczka zapłakała, Moja ty kochanko miła...“ Marcin to zetrze, dobrze, że list nie dostał. (Idzie do przedpokoju i oddaje list Lokajowi.) Kłaniaj się Panu, podziękuj za pamięć... Bywaj zdrów... Marcinie zetrzéj stół.

Marcin (zobaczywszy).

A do trzysta djabłów!

Dolski.

Marcinie! Cóż to za wyrazy!

Marcin (podnosząc papier zalany).

Masz babo reduty!

Dolski.

Cóż to za wykrzyknik.

Marcin.

O!

Dolski.

O la Boga, moja plenipotencya.... biegaj mój Marcinku a żwawo... biegaj za Telembeckim ku poczcie... ku poczcie... niech zaraz wróci... Tymczasem inną napiszę... Biegajże. Zamknę za tobą. Jeszcześ tu?

Marcin.

Jeno szurdut wezmę.

Dolski.

Ależ idź do!.. (łagodnie) idź mój kochany, bo to pilno. (Zamyka drugie drzwi na klucz, a pierwsze od przedpokoju zostawia otwarte.) Może się spóźniły.... może jeszcze na czas zdążę... prędko napiszę plenipotencyą... Telembecki jeszcze nie odjechał, ale Marcin taki głupi... kochany Marcin.

(Dzwonią do drzwi raz, drugi i trzeci; za każdym razem Dolski nuci swoję piosnkę coraz głośniéj.)
Marcin (przez drzwi).

Panie! Panie! Niech Pan otworzy. To Pan Jantoni z Koleczkowa.

Dolski.

O la Boga!(Marcin odchodzi.).





SCENA V.
Dolski, Pan Antoni.
P. Antoni (ściskając go kilkakrotnie).

A mam cię nareszcie kochany sąsiedzie... godziło się tak zapominać swoich przyjaciół?.. Od kilku tygodni ani słowa! Myślałem, żeś już w drodze do Kalifornii. Bagatela, proszę siedzieć!

Dolski.
Kochany Antoni!.. ho, siadaj... cóż cię tu sprowadza?
P. Antoni.

Różne interesa a głównie mój doktor.

Dolski.

Twój doktor? A tobie na co doktora?

P. Antoni.

Bagatela, proszę siedzieć. To ty nie wiész?

Dolski.

Nic nie wiém.

P. Antoni.

Tylko com nie umarł.

Dolski.

O!

P. Antoni.

Szedłem więc do doktora, mieszka w tym domu na trzecim piątrze.... Aż tu Marcinek biegnie za mną, woła...

Dolski (na stronie).

Hultaj!..

P. Antoni.

Co? gdzie? jak? — dowiaduję się i jestem.

Dolski (z roztargnieniem, patrząc na zegar).

Cóż tobie jest?

P. Antoni.

Co? — Długa historya...

Dolski (na stronie).

O la Boga!

P. Antoni.
Ale krótko powiem...
Dolski.

Dobrze.

P. Antoni.

Zgrzałem się, napiłem się wody i zaraz jak mnie nie ściśnie tu... tu...

Dolski (roztargniony pokazując po sobie).

Tak, tu.

P. Antoni.

Niżéj trochę... wyżéj... niżéj... tak, tu, tu... Ach co ja nie wycierpiałem! jak gdyby mi kiszki sznurem ściągano, rozumiesz?

Dolski.

Sznurem, rozumiem. — Teraz jesteś zdrów?

P. Antoni.

Nie zupełnie. — A wiesz, co mi pomogło? — zgadnij.

Dolski.

Jakże mogę zgadnąć?

P. Antoni.

Próbuj, próbuj.

Dolski.

O la Boga! Rumianek, bez...

P. Antoni.

Bagatela, proszę siedzieć... nie zgadłeś... daléj... daléj...

Dolski.

Nie wiém, nie wiém, nie zgadnę. (przechodząc zwolna w śpiew) Na honor nie zgadnę.

P. Antoni.
Więc ci powiém... uzdrowił mnie ogórek.
Dolski (patrząc na zegar).

Ogórek?

P. Antoni.

Ogórek surowy... bagatela, proszę siedzieć.





SCENA VI.
Dolski, Pan Antoni, Telembecki, Marcin (w przedpokoju).
Dolski.

Ach Panie Telembecki zapomniałeś plenipotencyą i patrz!

Telembecki.

A do kroć set djabłów!

Dolski.

O! O! Panie Telembecki!

P. Antoni.

Jak się masz Telembesiu?

Telembecki.

Do usług.

Dolski (do Antoniego).

Za pozwoleniem. (do Telembeckiego) Nie ma czasu przepisywać. Dam Panu blankiet. (Pisze.)

Telembecki.

Tak będzie najlepiéj.

P. Antoni.

Jesteś zatrudniony, nie chcę ci przeszkadzać.

Dolski.
Prawda, jestem trochę zatrudniony... przepraszam cię.
P. Antoni.
Bagatela, proszę siedzieć. Ze mną ceremonije... No bądź zdrów mój Jasiu... (wracając od drzwi) A propos! Wyśmienity ten Jenialkiewicz ze swojemi wiecznemi tajemnicami. Zbiera głosy dla bezimiennego, jak gdyby trudno było zgadnąć, że tym bezimiennym jest jego bratanek. Spotkawszy raz Leona żartowałem z tego nowego sposobu... zdawał się nie rozumieć, ale ja krótko skończyłem dając mu zapewnienie, że za nim głosować będę. Jesteś z nim dobrze, powiedzże mu, że co ja przyrzeknę, to pewnie dotrzymam. Bagatela, proszę siedzieć. Bywaj zdrów!
(Odchodzi.)




SCENA VII.
Dolski (sam).

Dobrze! wybornie! podkopują mnie z wszystkich stron a ja ruszyć się nie mogę... Marcinie! zamknij drzwi... jak kogo wpuścisz to cię zabiję... (łagodnie) zabiję mój kochany. (Zamyka drzwi od przedpokoju, zdejmuje fular ze szyi — otwiera toaletę i mydło rozrabia.) Tylko spokojnie, Dolski... nic jeszcze nie stracone... pojadę... wyjaśnię... (mydląc brodę) Zdaje mi się, że Jenialkiewicz przesadził tajemnicą... Leon korzysta... ja muszę milczeć... Ale (zrywa się i patrzy na zegar) Panna Aniela... może jeszcze nie przybyła... (chodząc) Odmówiła różę w ogrodzie... ale przy obiedzie znowu była tak uprzejmą.... (Chodzi coraz prędzéj i przez roztargnienie coraz prędzéj naciera brodę.) O droga!.. o miła!.. Matyldzie dam do zrozumienia... że natarczywość... nieprzyzwoita... a Pannie Anieli powiem, że... bez niéj żyć nie mogę... (Słychać kilka głosów w przedpokoju.)

Marcin (w przedpokoju).

Dalipan niema. Wyszedł i drzwi zamknął. Dalipan zamknął.

Dolski.

Udam chorego... umarłego... (Kładzie się na kanapie i ręcznikiem głowę nakrywa.) Strzelaj z armat, ja się nie ruszę. (Po krótkiéj chwili nic nie słysząc podnosi głowę, siada, nadsłuchuje, potém wstaje) Cóż to jest?.. nie mogę się ubrać... coś podobnego tylko we śnie się trafia... Ależ koniec końców tego za wiele... Panna Aniela czeka... A to! (Chwycił krzesło i w złości stawiając, mocno o ziemię uderzył... zaraz miarkuje się w gniewie i jakby głaskał krzesło mówi: O! O! O! w tém drzwi otwierają się — Jenialkiewicz w nich staje, za nim Moczybłocka tyłem się obraca. Aniela schodzi na stronę. Matylda zostaje w progu.)

Jenialkiewicz.

Żebyś nie był stuknął, ten truteń byłby mnie zbałamucił.

Matylda.

Słuchajże tu opiekuna, pięknie nas zaprowadził!

Jenialkiewicz.

Idźcie z Panią Moczybłocką, ja wkrótce do domu wrócę.

Matylda (śmiejąc się śpiewa).

A kiedy odjeżdżasz bywaj zdrów, o naszéj przyjaźni dobrze mów.(Zamyka drzwi.)





SCENA VIII.
Dolski, Jenialkiewicz.
Jenialkiewicz.

Menażerya zamknięta, nie wiesz dlaczego?

Dolski (który od wejścia Jenialkiewicza kryjąc się za niego i obcierając brodę powtarzał: O la Boga! O la Boga!)

Panna Aniela, Panna Matylda! moja broda!... w sslafroku... o la Boga!

Jenialkiewicz.

Dlaczegoż u kaduka nie ubranyś dotychczas?

Dolski.

Dlaczego, dlaczego, bo od samego rana tłukę się jak szczupak w sieci. Moi przyjaciele, najgodniejsi, najszanowniejsi ludzie, których lubię, kocham, poważam, dali sobie dziś słowo prześladować mnie bez końca.

Jenialkiewicz.

Ale uspokój się... powiédz co się stało?

Dolski.

Jeden po drugim przychodzi.

Jenialkiewicz.

Kto? jak? co!..

Dolski.

Najprzód Telembecki.

Jenialkiewicz.

Kazałem mu czekać na ciebie.

Dolski.
Wiém, wiém; potém przyjeżdża Henryk.
Jenialkiewicz.

Ja ci go przysłałem.

Dolski.

Dziękuję... mało ze schodów nie zleciałem... potém Hrabia Adolf naséła jakiegoś hajduka po jakiś list nieszczęsny, który pieczętując wywracam kałamarz...

Jenialkiewicz.

Wielkie nieszczęście!

Dolski.

Alfred przybywa... prawda, w moim interesie...

Jenialkiewicz.

Ja ci go przysłałem.

Dolski.

Dziękuję. Śpiewa mi aryą jak Fra Diavolo in persona...

Jenialkiewicz.

Dobrze śpiewa i wie o tém... trzeba było chwalić metodę, chwalić...

Dolski.

A ba! ja także śpiewałem.

Jenialkiewicz.

A więc duet.

Dolski.

Gdzież tam, śpiewałem „Czemuś oczka zapłakała...“

Jenialkiewicz (kończy śpiewając).

„Moja ty kochanko miła“, znam, znam.

Dolski.
Nie wątpię, ale ja śpiewałem, bom się wściekał.
Jenialkiewicz.

Janie, Janie... ja cię nie poznaję!

Dolski.

A ja, a ja, czyż się poznaję!.. Potém Pan Antoni, ten dobry kochany Antoni, nie przyszedłże dusić mnie swoim sznurem i mordować surowym ogórkiem?! — A na koniec Panna Matylda i Panna Aniela spadają jak z nieba właśnie kiedy moja broda... A słuchajcie moi Państwo... tego za wiele! Człowiek śpiewa, śpiewa jak może, ale przez to nie mleko płynie w jego żyłach... i musi nareszcie stracić cierpliwość do stu djabłów!.. Ha? Powiedziałem? — A więc dobrze... tak do sto tysięcy fur beczek batalionów djabłów!.. i... i... niech cię piorun trzaśnie!.. O tak, teraz mi lżéj... ochłodziło mnie, nie ma co mówić.

Jenialkiewicz.

Bywaj zdrów Panie Dolski.

Dolski.

Co? Jak?

Jenialkiewicz.

Do nóg upadam.

Dolski.

Dobrze, jeszcze tego brakowało — gniewasz się.

Jenialkiewicz.

Nie, nie.

Dolski.

Ale cóż zrobiłem?

Jenialkiewicz.
Jeszcze się pyta? Jakto? Zadaję sobie niezmierzoną pracę, piętrzę budowę, arcydzieło dyplomacyi, a ty wszystko niszczysz do razu.
Dolski.

Ja niszczę? Przez cóż o la Boga?

Jenialkiewicz.

Przyséłam ci Henryka, Alfreda, przypadek sprowadza Antoniego. Wszystko ludzie mający wpływ w kraju, a zamiast prosić ich o pomoc, przyjmujesz zimno...

Dolski.

Ale nie, ale nie.

Jenialkiewicz.

Dajesz im uczuć, że niewczas przychodzą.

Dolski.

Ale nie, ale nie. (śpiewa) Moja ty kochanko. (poprawiając się) Mój Panie Jenialkiewicz.

Jenialkiewicz.

Urażeni twoją niegrzecznością...

Dolski.

Ależ dla Boga, z czegoż to wszystko wnosisz?

Jenialkiewicz.

Ze stanu, w którym cię widzę... Wstydź się... jestże to postępowanie godne człowieka, który chce urząd piastować? Jestże to wdzięczność, do któréj mam niejakie prawa? Tak mnie opuścić, na śmiech wystawić, to się nie godzi.

Dolski.
Panie Jenialkiewicz, zabij mnie jeżeli chcesz, ale się nie gniewaj... powiedz, co robić, aby cię zadowolnić... bo co się mnie tyczé... to... ale potém o tém... Zrobię, co każesz, ale miej litość, bo na honor nie wytrzymam.
Jenialkiewicz.

No uspokój się i spuść się na mnie... Naprawimy rzecz całą... ubierz się... zamów w Restauracyi francuskiéj wieczerzę na sześć osób.

Dolski.

Dobrze Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Ja zaproszę Hrabiego, Alfreda, Henryka i Antoniego. Przyjdę z nimi punkt o dziewiątej.

Dolski.

Dobrze Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Do zobaczenia. (wraca od drzwi) Każ parę butelek szampańskiego odkorkować i w lód wstawić.

Dolski.

Dobrze Mości Dobrodzieju.

Jenialkiewicz.

Ale ubieraj się. Adieu! (Odchodzi.)

Dolski (sam — rzucając się na krzesło).

Panna Matylda! Panna Aniela! moja broda... szlafrok... O Boże, Boże! to za wiele na jednego słabego człowieka!

(Zakrywa twarz rękoma — zasłona opada.)


Koniec aktu IV.
AKT V.

(Salon pierwszego aktu.)

SCENA I.
Matylda, Aniela.
Matylda.

Już się nie śmieję, nie gniewaj się... ale scena była arcykomiczna.

Aniela.

Zacznijże znowu.

Matylda.

Jego pomieszanie...

Aniela.

Bardzo naturalne. Cóż on temu winien, że Wujaszek naprowadził nas niespodzianie?

Matylda.

W saméj rzeczy, jeżeli kto winien, to Stryjaszek i twój bucik, który aby się rozsznurować, czekał przybycia do przedpokoju Pana Dolskiego. Miałożby to być sympatyą?

Aniela.
Matyldo.
Matylda.

Ja opowiadam fakta historyczne. Prowadzone przez kochanego Stryjaszka nie wiedząc nawet do jakiéj części świata, przybywamy; Marcin, jako Horacyusz Cocles nie mostu ale drzwi broni upornie, i mamy już odwrót rozpocząć kiedy nas twój bucik wstrzymuje... I gdyby Pau Dolski nie był upuścił książki czyli brzytwy, bo się golił podobno, byłybyśmy pozbawione honoru asystowania przy jego toalecie.

Aniela.

Stajesz się nieznośną.

Matylda.

Więcéj ani słowa. Cóż miałaś mi powiedzieć?

Aniela.

Chciałam z tobą pomówić o bardzo ważnéj rzeczy, ale nie zdajesz mi się teraz być usposobioną do takiéj rozmowy.

Matylda.

I owszem i owszem słucham cię z wszelką uwagą.

Aniela.

Mam prośbę do ciebie.

Matylda.

Accordé nim jeszcze dowiém się o co idzie.

Aniela.

Pewnie?

Matylda.

Czy wątpisz, że ja tobie nic odmówić nie mogę?

Aniela.
Boję się, abyś mego zamiaru nie wyłożyła fałszywie.
Matylda.

Tylko bez przemowy. Zwięzłość, otwartość najkrótsze drogi do mojego serca.

Aniela.

A więc otwarcie przemówię do twojego serca. Ty nie chciałabyś stać się powodem czyjejbądź boleści? Prawda?

Matylda.

Pytasz się? — I tak solennym głosem?

Aniela.

Zatém do rzeczy. Karol kocha cię, jak tylko można kochać siostrę. Uważaj, ja cię o to proszę, aby cię nigdy inaczéj nie pokochał.

Matylda.

Cóż to znaczy?

Aniela.

Nie rozumiész?

Matylda.

Boisz się, aby Karol nie zakochał się we mnie?

Aniela.

Boję się.

Matylda.

Wiesz, że ta myśl nigdy mi przez głowę nie przeszła i tylko takiéj siostrze jak ty przyjść mogła.

Aniela.

A to dlaczego?

Matylda.
Karol zakochany... czy ty chcesz żartować?
Aniela.

Nie mówię, aby tak było, ale czyliż być nie może?

Matylda.

O la la!

Aniela.

Wesoły do szaleństwa prawie, przyszłością nie troszczy się wiele... przyjmuje obojętnie co mu los wydziela, ale przez to nie mniéj jest zdolny do głębokiego uczucia.

Matylda.

O la la!

Aniela.

Ja znam dobrze jego serce, może lepiéj jak on sam. Miłość jego szczęściem albo nieszczęściem będzie... i nie bez przyczyny lękam się...

Matylda.

Nie, nie moja Anielko. Karol zakochany jest dla mnie istotą nie do pojęcia... i jeżeli się nie śmieję, to tylko dlatego, aby nie rozgniewać cię powtórnie.

Aniela.

Dotychczas ostrém było jego życie i tylko umysł swobodny wspierał go zawsze. Los wytyczył w przyszłości tobie drogę kwiecistą, jemu ciernistą ścieżkę. Nie pozbawiaj go spokojnéj odwagi, której potrzebuje. To od ciebie zależy. O to cię błagam.

Matylda.
Dajże mi pokój. Twoje przesądne przewidywania sensu nie mają. Lubię jeździć konno, on także lubi, jeździmy razem i na tém koniec.
Aniela.

Tak koniec na teraz, ale jesteście zawsze z sobą nierozłączeni prawie.

Matylda (z przymuszoną wesołością).

Jakto nierozłączni? — Czyliż byłam z nim w téj studni, w której pluskał się do południa... A potém — powiadasz zawsze — bo tobie, która jesteś samym rozsądkiem wyjąwszy kiedy idzie o Dolskiego, wolno wszystko mówić — powiadasz, że jestem czasem szalona, wszak prawda?

Aniela.

Przynajmniéj starasz się czasem okazać taką.

Matylda (zawsze z przymuszoną wesołością).

Więc dobrze. Powiadasz także i na Karola, że on czasem szaleje... ale dla Boga, to byłaby z nas para strasząca... (śmieje się) I w samej rzeczy moglibyśmy we dwoje zaburzyć porządek socyalny... Ręczę, że nie danoby nam dyspensy... Karol i ja, wyśmienicie! Otóż sentyment w swéj własnéj osobie.

(Matylda z razu śmieje się więcéj z przymusu, ale jak Karol wbiegł z księgami pod ręką, stanął przed nią i starał się odgadnąć powód jéj wesołości, zaczyna śmiać się szczerze — Karol zaczyna także śmiać się i śmiejąc się odprowadza ją do drzwi, potém wraca i rzuca się na kanapę.)




SCENA II.
Aniela, Karol.
Karol.
Och! Och! jakże to dobrze wyśmiać się tak serdecznie... kochana Matylda... Och! Och!.. Ale powiedz mi z czego my się śmieli?
Aniela.

Czy nie z ciotuni Miczałkowskiej?

Karol.

Ach, żebym ją miał! ale mi się wyślizguje jak piskorz.

Aniela.

Z czegóż się ty śmiałeś?

Karol.

Bo ona się śmiała... a potém, bardzo jestem smutny.

Aniela.

Jakiż to ten smutek, co tak śmiech wzbudza?

Karol.

Śmiech nerwowy, smutek w sercu.

Aniela.

Powiész mi?

Karol.

Nie powiém. Ale jak ci się spytam o jednę rzecz, odpowiész mi szczerze?

Aniela.

Dlaczegoż nie.

Karol.

Powiédz mi. (Oglądając się czy kto nie słyszy.) Ten djabeł nie Dolski do kogo się ma?

Aniela.

Jakto, do kogo się ma?

Karol.
Do ciebie czy do Matyldy?
Aniela.

Nie rozumiém.

Karol.

Ach rozumiész bardzo dobrze. Ja ci się pytam, w kim się ten wodopój kocha, w tobie czy w Matyldzie?

Aniela.

Alboż ja wiém.

Karol.

I któż wiedzieć będzie?

Aniela.

On zapewne.

Karol.

Moja droga Anielko, słuchaj, ja cię tak kocham, nie dręcz mnie, powiedz otwarcie: Dolski kocha się w tobie czy w Matyldzie?

Aniela.

A gdyby i w Matyldzie.

Karol.

Jesteś tego pewna?

Aniela (na stronie).

Żal mi go. (głośno) Tak dalece pewna...

Karol (do siebie).

Matylda więc.

Aniela.

Zdaje mi się nawet...

Karol.

Zdaje ci się?..

Aniela.
Że nie.
Karol.

Nie? Taką więc rzeczą...

Aniela.

Cicho bądź.

Karol.

O moja droga, luba, kochana Anielko, Anieleczko, jakże jestem kontent! (tańcuje) jakżem szczęśliwy!.. Chcesz, żebym cię uściskał?

Aniela.

No, no, no... dobrze... dobrze...

Karol.

Pójdziesz za niego, wszak prawda?.. Ten dobry, poczciwy Dolski... takich ludzi mało na tym świecie. Wiesz Anielko, że ja go kocham jak brata.





SCENA III.
Aniela, Karol, Dolski.
Dolski.

Dobrze, że Panią zastaję... i ciebie Karolu... że samych zastaję.

Karol.

Cóż tak pobladłeś?

Dolski.

Przykry wypadek.

Aniela.

W saméj rzeczy... Panie Dolski, co Panu jest?

Dolski.
Przykre zdarzenie Panno Anielo.
Aniela.

Czy wybory?

Dolski.

Ach, nie chcę o nich słyszeć... wyjechałem nim się zaczęły... nie dbam o urząd... jadę do domu, ale nie mogłem przenieść na sobie, abym was nie pożegnał.

Aniela.

Cóż się stało? mówże Pan.

Dolski.

Powiém, bo po to przyjechałem... ale to boleśnie... wierz mi Pani, wiele cierpię.

Aniela.

Siadajże Pan. (Dolski siada w środku sceny, Aniela i Karol po obu stronach.)

Dolski.

Panno Anielo, Panie Karolu słuchajcie. Lubo od kogo innego moglibyście się wszystkiego dowiedzieć, ja sobie tę karą zadałem... wyznam przed wami, których szacunek droższy mi nad życie.

Aniela.

Ale Pan nie jesteś chory? nie jesteś ranny?

Dolski.

Nie, nie. Dzień wczorajszy był dla mnie pełen przykrości. Pragnąłem wprawdzie jaki urząd piastować, podałem się na Dyrektora w Towarzystwie kredytowém. Zbyt uległy woli Pana Jenialkiewicza, robiłem co kazał, otaczałem się tajemnicą, znosiłem co mogłem, ale wczoraj sił mi brakło. Od samego rana chciałem, musiałem wyjść z domu koniecznie, a tu wizyta po wizycie... Najlepsi moi przyjaciele otaczali mnie jak siecią, w któréj plątałem się bez ratunku.

Karol.

Dlaczegoż nie miałbym powiedzieć najlepszym przyjaciołom: Idźcie do stu djabłów, bo nie mam czasu.

Dolski.

Do stu djabłów? — O la Boga, ja lękam się czy jestem dość grzeczny.

Karol.

Bądź grzeczny, dobrze, ale nie bądź szlafmycą u licha!

Dolski (ku Anieli).

Szlafmycą? O la Boga!

Aniela.

Karolu!

Karol.

Pojmuję, żeś siedział jak na szpilkach... miałeś iść do Panów wyborców.

Dolski.

Nie, ja chciałem Pani służyć.

Karol.

A!.. Służyć Pani.

Dolski.

Nareszcie... okropne wspomnienie!.. weszłyście Panie.

Karol (śmiejąc się).
I zastały golącego się... czy to całe zdarzenie?
Dolski.

Ach gdzież tam! Pan Jenialkiewicz zastraszył mnie i zmusił prawie abym tych wszystkich Panów, którzy byli u mnie rano, zaprosił na wieczerzę do francuskiéj restauracyi, miał sam przyjść z nimi i naprawić, co jak mówił, popsułem niegrzecznością moją... Stało się... Ach!

Karol.

A ty wyjechałeś?

Dolski.

Obym był wyjechał. Zamówiłem wieczerzę na dziewiątą... O dziewiątéj przychodzę... Cały dzień nic w ustach nie miałem... Czekam, pół do dziesiątéj... dziesiąta, nikogo nie ma... odchodzę od siebie... bo co za igraszka losu, rano przyjaciół za wiele, a wieczór mniej niż za mało.

Aniela.

Przykre położenie.

Karol.

Jeść się chce.

Dolski.

Chodzę i chodzę, pół do jedenastéj... jedenasta... nikogo... w gardle mi sucho.

Karol.

Bardzo wierzę.

Dolski.

Jakieś nerwowe rozdrażnienie porywa mi rękę i zbliża do butelki szampańskiego wina... A ja w całem mojem życiu nigdy kieliszka wina nie wypiłem.

Karol.
No! (z gestem) Nie masz czém się chwalić.
Dolski.

Chwytam... nalewam... chłodne... lekkie... spragniony chciałem usta zmaczać... (ciszéj) wypiłem do dna.

Karol.

Bravo!

Aniela.

Karolu!

Karol.

Cóż? mam nad nim płakać?

Dolski.

Co mi się zdało chłodzącém, stało się ogniem... Ach, żebyś wiedział co to za uczucie...

Karol.

Żebym wiedział? A! dobry jest!

Dolski.

Jakiś szał mnie ogarnął... krzyczałem jak furman na popasie... jak furman Panno Anielo. — Nie dość, zapraszam do stołu gospodarza i jego żonę i siostrę i najnieprzyzwoitszego ich podrostka.

Karol.

Dobrześ zrobił — samemu trudno zjeść za sześciu... w towarzystwie je się smaczniéj.

Dolski.

Gwar, hałas, nikt się nie słyszał... nalano jeszcze, wypiłem jeszcze... Od tego czasu słabo tylko pamiętam co się działo.

Karol.
Patrzałeś jak przez krepę.
Dolski.

Ach tak jest, jak przez krepę.

Karol.

Swiatło się dwoiło.

Dolski.

Tysiące, tysiące świec stało przedemną.

Karol.

Sufit się kręcił.

Dolski.

W koło... dotychczas o tém myśleć nie mogę.

Karol.

To tyś się simpliciter spił Dolsiu.

Dolski.

Spił! O la Boga, spił! w saméj rzeczy przebacz Panno Anielo, że uszy twoje obrażam, ale mnie się zdaje, że... tak jak on powiada, spiłem się.

Karol.

A ja jestem pewny... No jeżeli tylko tyle, łatwa rada; Anielko każ dać na obiad barszcz albo kapuśniak.

Dolski.

Jeszczem nie skończył... i nie wiém czy daléj mówić potrafię.

Aniela.

Proszę, proszę, nie jestem zbyt surową.

Karol.
O! ja z młodu przyzwyczajałem ją mieć wzgląd na podobne usterki... Cóż daléj?
Dolski.

W przyległym salonie była podobno lekcya tańców... grano na skrzypcach... w moim szale...

Karol.

Stłukłeś skrzypce?

Dolski.

Gorzéj!.. Zacząłem tańcować.

Karol (śmiejąc się).

Bravo Dolsiu... pozwól niech cię uściskam.

Aniela.

Ale Karolu... dajże pokój.

Karol.

Jakie solo?.. czy pas de deux?

Dolski.

Tańcowałem, a ze mną wszyscy i wszystko... kto był, kto żył, kto?.. nie wiem... ale była ciżba... a wszystko szło z kosa, z kosa... ach okropnie!

Karol.

Okropności, tak dalece, dotychczas nie widzę.

Dolski.

Nareszcie...

Karol.

Oho!

Dolski.

Nie — nie skończę — nad me siły — czytaj.

Karol (czyta).

Rachunek & &. Wieczerza, wino, światło, hm, hm... piękne sumki... Za talerzy sześć tuzinów... Hę? (Dolski zakrywa sobie oczy) Dziesięć półmisków... butelek... Cóż to, tłukłeś? (Dolski potakuje głową.) Traf! trzask! brzęk! szczęk!?

Dolski.

Ach brzęk, szczęk... brzęk szczęk.

Karol.

Szklanki, kieliszki, summa... A okna?

Dolski.

Okna? — Nie.

Karol.

A to co? Od tego się zaczyna.

Dolski (do Anieli).

Od tego się zaczyna?

Aniela.

Nie słuchaj go Pan.

Karol.

Oho! Doktorowi dwa dukaty... Cóż to, czy byli ranni?

Dolski.

Nie, podrostek dostał niestrawności.

Karol.

I ty za to zapłaciłeś?

Dolski.

Jużci ja byłem niewinną przyczyną... ale już zdrowszy, odwiedziłem go przed wyjazdem.

Karol.

Na honor nie wiém czy cię łajać czy uściskać trzeba... prawda Anielko?

Dolski.
Ach Pani szydzić nie będziesz, bo ja przyznaję moję winę... ja czuję moję hańbę.
Aniela.

Bez winy Pan nie jesteś, ale o hańbie niema mowy.

Dolski.

Poznaję w tych słowach dobroć bez granic, dobroć anielską... ale nie jestem jéj godzien... litość bez szacunku nie odpowié uczuciu, które w mém sercu... Ach przebacz... już mi mówić nie wolno... Żegnam was... pójdę...

Karol (kończąc sens).

Spać. A potem o wszystkiém zapomnę.





SCENA IV.
Ciż sami, Leon, Matylda.
Leon.

Tajemnica zatém odkryta, wyjaśnione to wszystko, co nas dziwiło od niejakiego czasu, był to plan szeroko i głęboko zakreślony przez kochanego stryjaszka, aby otrzymać dla Dolskiego urząd Dyrektora.

Matylda.

Wiemy, wiemy, ale jeszcze nie wszystko i nie wszyscy.

Leon.

Tymczasem ja najprostszą drogą zostałem wybrany.

Dolski (na stronie).
Nie będę więc piastował... ale i lepiéj. (głośno) Winszuję ci i wierz mi, że szczerze.
Leon.

Bardzo wierzę. O twoich zamiarach nie wiedziałem, ale gdybym był wiedział, nie byłbym ustąpił, powiém otwarcie. Ale ty wiedziałeś, że masz we mnie współzawodnika, a jednak nie tylko w niczém nie przeszkadzałeś, ale jeszcze pomódz mi chciałeś. (do rodzeństwa) Dawał mi pieniądze, których ja w napadzie sardonicznego humoru potrzebować mniemałem. Szanujcie go, bo na honor takich ludzi mało.

Aniela.

Kochany Leonie, cieszę się twojém szczęściem.

Matylda (cicho do Anieli).

A Dolski?

Aniela (podobnież).

Nie dba o to; ja ci powiadam.

Matylda.

A zatém (kłaniając się Leonowi) Pana Dyrektora.

Karol.

Cieszę się, że to szczęście ciebie a nie mnie spotkało.

Leon.

Dziękuję wam, dziękuję i wyznam otwarcie, że nigdy jeszcze w życiu nie byłem tak kontent.

Dolski.
Pozwólcie teraz Państwo, abym wam podziękował za chwile przyjemnie w tym domu spędzone. Pamięć tychże w sercu na zawsze zachowam. Pozwólcie zarazem polecić się waszéj lasce i najserdeczniéj pożegnać.
Matylda.

Hola! Wybór Dyrektora nie rozwiązuje splątanego węzła. Aby nie tracić czasu, przetnę go prawie jak Alexander Wielki. Wiecie, że przedsięwzięłam wielką reformę socyalną... chcę, aby kobiety same sobie wybierały taneczników i mężów. Panie Dolski. (głuche Ach! ogólne.)

Dolski (na stronie).

Otóż masz!

Matylda.

Jesteś człowiek uczciwy, dobry, delikatny... Ofiaruję ci moję rękę. (Wzruszenie wszystkich.)

Dolski.

Żartujesz Pani.

Matylda.

Przekonaj się Pan.

Karol (zwracając gwałtownie Dolskiego ku Matyldzie.)

Padnij do nóg do stu djabłów — podziękuj przysięgnij, że jéj szczęściu całe życie poświęcisz.

Dolski.

Dobrze mówi, wyjąwszy wyrazy...

Matylda.

Na miejscu których powinien był zaśpiewać.

Dolski.

Dobrze mówi, tylko u nóg twoich mogę odpowiedzieć. (Chce przyklęknąć.)

Matylda.
Nie, nie... to już nie w modzie.
Dolski.

Szczęście pozyskać serce Pani, otrzymać jéj rękę jest szczęściem, które mało kto marzył, a każdy zazdrościć musi... Ach... wybacz mi Panno Matyldo... nie chciałbym...

Matylda.

Wstęp nieobiecujący... ale mów Pan otwarcie, bardzo proszę.

Dolski.

Otwarcie więc powiem, nie jestem godny jéj ręki.

Matylda.

Ja myślę inaczéj... zastanów się Pan... zastanów się dobrze, jestem majętną... majętną. (Poruszenie ogólne.) Okażę czysty extrakt... jakże to zowią.. extrakt fabularny... Wszakże to tym sposobem wy Panowie staracie się podobać, nie prawdaż? — Ja was naśladuję. — Dobrze? Co?

Dolski.

Pani...

Matylda.

Tak albo nie? (Milczenie)

Dolski.

Trzykroć więc przepraszam ale... nie.

Matylda.
A zatém czysty odkosz... Cóż robić... każde stanowisko ma swoję dobrą i złą stronę... ale pomimo wyraźnego nie, którém mnie zaszczyciłeś... nie pozwalam, abyś odjechał... musimy się pokochać... choćby jak rodzeństwo. Nie chceszże zostać moim bratem? — Ja mam siostrę Panie Dolski... naszą lubą Anielkę.
Dolski.

O la Boga! Czy dobrze zrozumiałem?

Matylda.

Doskonale, ale nie bez trudności.

Dolski.

Ależ pozwól...

Matylda.

Tak albo nie?

Dolski.

Tak, tak, tysiąc razy tak... Ale Panna Aniela?

Matylda.

Zezwala.

Aniela.

Matyldo...

Matylda.

Spuść się na mnie... ja. (Udaje gesta Jenialkiewicza, jakby lejcami kierował.)

Dolski (do Anieli).

Mogę zatém wierzyć?

Matylda.

Możesz.

Dolski.

Chciałbym jednak słyszeć choć jedno słówko. (do Anieli) Pani nie zechcesz sprzeciwiać się kuzynce, którą tak kochasz?..

Aniela.

Zapewne, że nie... cóż robić.

Dolski.
O Panno Anielo, jeżeli nie zgadniesz, to ja Ci nie wyrażę mojego szczęścia i wdzięczności mojéj. Przebacz mi zatém...
Aniela.

Cicho, cicho, pomówimy o tém.

Matylda.

Ale nadal jak najmniéj śpiewania Panie Dolski, bardzo proszę.

Karol.

Bravo! do kroćset!..

Matylda.

Pst!.. Widzisz więc Panie Leonie, że nie zawsze chęć majątku sercem powoduje. Ja majętna zostałam odmówiona, a ta mała, ktoby się spodziewał, dostaje bogatego i pewnie dobrego męża.

Leon (na stronie).

To wyraźnie pod moim adresem. (głośno) Kiedy tak, więc wiesz co Matyldo... czas drogi... jedźmy jakby koleją żelazną... oni się biorą, pobierzmy się i my. Co mówisz?

Matylda.

Ty ze mną? (Karol niespokojny.)

Leon.

Dlaczego nie?

Matylda.

Żarty.

Leon.

Bynajmniéj. Nie mogłaś nie widzieć oddawna...

Matylda.

Żeś zwracał dyplomatyczne westchnienia ku Anielce?

Leon.
Ach Matyldo, trudnóż zgadnąć było, że to maska.
Matylda.

Maska? — I na to, aby zastrzedz swoję miłość własną od możliwej klęski... Nie, mój Panie Leonie, kocham cię jako kuzyna, ale za męża nie chcę... Maska? A nużby Aniela była się przywiązała?

Leon.

Byłbym teraz szczęśliwy.

Matylda (zniecierpliwiona).

A gdybym ja ci rękę oddała?

Leon.

Byłbym może żałował. (Ogólne O! O!)

Matylda.

Nie gniewam się, bo wiém, że mówi szczerze, posag mu się podobał więcéj jak moja osoba.

Karol.

Masz rozum za całą familię.

Leon (na stronie).

W saméj rzeczy zdaje mi się, ie mnie Pan Bóg ustrzegł.

Matylda (do Anieli, która rozmawia z Dolskim).

Niegodziwa dziewczyno, w swojém szczęściu o wszystkiém zapominasz, nawet o bracie. (Mówi jéj do ucha.)

Aniela.
Czy być może! (Rzuca się na szyję Karolowi.) I ty będziesz szczęśliwy. (Mówi mu do ucha wiodąc ku Matyldzie.)
Karol.

Gwałtu! serce moje! Matyldo kochana, dobra, najdroższa Matyldo... czy prawda? Chcesz pójść za mnie?

Matylda.

Chcę, chcę.

Karol.

Nic nie mówię... nic... ale zobaczysz... ja ci powiadam zobaczysz!

Leon (kłaniając się).

Skończyła się więc cała reforma na poruczniku ułanów.

Matylda.

Daję dobry przykład, czyliż nie dosyć?





SCENA V. i ostatnia.
Ciż sami, Jenialkiewicz (w podróżnym ubiorze wchodzi spiesznie).
Jenialkiewicz (stanąwszy pośrodku spogląda po wszystkich — potém wyprowadza Dolskiego i mówi p. k. m.).

Spadłeś.

Dolski.

Wiém.

Jenialkiewicz.

Całe ztąd nieszczęście, że zapomniałem o twojéj wieczerzy... Ale na drugi raz... spuść się na mnie.

Dolski (przestraszony).
Ach Mości Dobrodzieju! (na stronie) Nie chcę już piastować. (Spojrzawszy na Anielę.) Chyba jak ten... O Telembesiu!
Jenialkiewicz (odprowadzając Leona na stronę).

Zostałeś Dyrektorem.

Leon.

Zostałem.

Jenialkiewicz.

Czemu mnie się nie poradziłeś? Dolski byłby odstąpił... ja byłbym ci drogę utorował.

Leon.

Dziękuję stryjaszkowi.

Matylda.

Co tam stryjaszek o swoich wyborach rozprawia, my tu mieli ważniejsze.

Jenialkiewicz.

A! A!

Matylda.

My już mamy Dyrektorów.

Jenialkiewicz.

A! A! rozumiem.

Matylda.

Trzeba nam tylko twego zezwolenia, błogosławieństwa i wyższéj dyspensy.

Jenialkiewicz.

A! A! rozumiem. Aniela...

Matylda.

Aniela?

Jenialkiewicz.

Idzie za Leona.

Matylda.
Nie, za Pana Dolskiego.
Jenialkiewicz.

A! A!.. za Dolskiego, zatém Leon żeni się z tobą?

Matylda.

Nie, ze mną Karol, (całując go w rękę) jeżeli opiekun zezwoli.

Jenialkiewicz.

Dlaczego nie? Wszak to mój plan, z małemi wprawdzie odmianami... ale mój plan od dawna ułożony... Niech was Bóg błogosławi moje dzieci... Będziecie szczęśliwi... ja ręczę, spuście się na mnie.

KONIEC.
OŻENIĆ SIĘ NIE MOGĘ.
KOMEDYA
W TRZECH AKTACH.

Drogo kupuje, kto niepokojem
dokłada.
And. Max. Fredro.
OSOBY:
PAN GDAŃSKI.
HERMENEGILDA, jego żona.
JULJA.
PAN FLORJAN FLOREK.
PAN MILDER.
MACIEJ, służący p. Gdańskiego.
URZĘDNIK.


Rzecz dzieje się w Warszawie w domu Pana Gdańskiego i w Hotelu Drezdeńskim.

OŻENIĆ SIĘ NIE MOGĘ.


AKT I.
(Salon w domu Pana Gdańskiego.)


SCENA I.
Gdański, Maciej.
(Maciej w pół ubrany sprząta i kurz ściera, za nim rozmawiając krok w krok chodzi Pan Gdański. — Pan Gdański gruby, czerwony, brwi duże, włos kędzierzawy, często pot sobie obciera czerwonym fularem — surdut jego leży na krześle.)
Gdański.

I gdzież byłeś na mszy?

Maciej.

U szwiętego Krzyża.

Gdański.

I Pani tam była zapewne?

Maciej.

A była.

Gdański.

Widziałeś?

Maciej.

A widziałem.

Gdański.
Wyszliście razem.
Maciej.

Razem. Pani jednemi, a ja drugiemi drzwiami.

Gdański.

Rozumiem, ty sam i ona sama?Maciej.

Maciej.

Ja szam, ale Pani nie szama. (Mruga na stronie.)

Gdański.

Z Panią Kotecką?

Maciej.

Nie z Panią Koteczką.

Gdański.

Ze starym Turkiewiczem?

Maciej
(mruga na stronie jakby mówił: Wiém o co idzie).

Nie.

Gdański.

Z kimże?

Maciej.

Z jakimszik młodym egelantem.

Gdański.

Znasz go?

Maciej.

Ż widżenia.

Gdański.

Gdzie?

Maciej.

Był tu pare raży jak Jegomoszci doma nie było.

Gdański.
A wiém, wiém... jakże wygląda?
Maciej.

Z czarnemi wąszami.

Gdański.

To Pan Karol... z wąsami i bródką?

Maciej.

Nie. Ż fajworytami.

Gdański.

To jéj kuzyn Leon... tak... niskiego wzrostu.

Maciej.

Nie, wyszoki... Ot ten Panie co to zawsze jeździ kariorką, chudemi końmi.

Gdański.

Chudemi?.. Nie wiém. Szedł zatém z Panią, a ty za niemi.

Maciej.

Ż daleka ża niemi.

Gdański.

A oni?

Maciej.

Szli przedemną — prowadzili się pod pachę.

Gdański.

A ty ciągle za niemi?

Maciej.

Cziągle przeż Szaszki dżiedżiniec — potém oni poszli szobie na ogród, a ja na wierzbowę.

Gdański.

Czemużeś nie szedł za niemi?

Maciej.
A po czo?
Gdański (p. k. m.).

Prawda — po co? — Macieju, szkoda że ty taki głupi.

Maciej.

O proszę Jemgoszci, są głupszejsi odemnie.

Gdański.

Doprawdy?

Maciej.

Ot nasz Ignaczy — ożenił się, teraz szobie palcze gryżie.

Gdański.

Dlaczego gryzie?

Maciej (na stronie mrugając).

Bo żonka młoda, firtacz się lubi, a on żażdroszny. Choczbym ja żawsze miał szposzób na żonę, niechby tam była jaka bądź.

Gdański.

Jakiżto szposzób, mądry Maciusiu?

Maciej (pokazując bicie).

Szmarować, szmarować, żawsze szmarować, proszę ja Jegomoszci... a dobrze się pojedzie.

Gdański (do siebie p. k. m.).

Smarować... hm!.. nieuchodzi... prostak.

Hermenegilda (wchodząc, do Macieja).

Cóż to? — W pół rozebrany chodzisz po pokojach? — Wieleż to razy trzeba ci powtarzać, abyś zawsze o pierwszej był już w liberyi i w przedpokoju. Lada chwila może kto z wizytą przyjechać. Słyszałeś?(Maciej odchodzi.)





SCENA II.
Hermenegilda, Gdański.
Hermenegilda.

Prawdziwie, że to jest pod wodą płynąć, chcieć naszemu domowi dać jaki taki pozór przyzwoitości. Lokaje chodzą rozmamani po salonach, jak gdzieś jaka czeladź po warsztacie.
I niema się co dziwić... Pan pierwszy daje przykład.

Gdański (wdziewając surdut).

Tak gorąco kochanko...

Hermenegilda.

To siedź w swoim pokoju, ale mój salon szanuj z łaski swojéj. Zachowuj się przyzwoicie... a zwłaszcza nie strzepuj mi popiołu z cygarów po meblach i na posadzkę, bo prawdziwie trudno już daléj wytrzymać.

Gdański.

Jest! kwotidjanka. Zdaje się moja Hermenegildo, że nie miałabyś apetytu do obiadu, gdybyś się rano nie wykłóciła ze mną.

Hermenegilda.

Wykłóciła!.. Przekupki się kłócą.

Gdański.

A ty predygujesz?

Hermenegilda.
Na puszczy zawsze, niestety! Daremnie proszę cię i błagam, abyś chciał pozbyć się swoich kramarskich nałogów.
Gdański.

Kramarskich, kramarskich... Lepiéj pozbyłabyś się Wać Pani swoich wielkopańskich tonów... kramarskie nałogi dają pieniądze... a tony co?

Hermenegilda.

O pieniądze, pieniądze masz, ale tyle téż twego. Co zaś do tonów: Wiedziałeś w jakim świecie urodziłam się i wzrosłam. Wiedziałeś że nie mam majątku. Znałeś mój sposób myślenia, kiedy dla przypodobania mi się zamknąłeś swój handel. Czemuż mi teraz wymawiasz, a raczéj dlaczego ożeniłeś się ze mną szanowny Kasprze?

Gdański.

Głupstwo zrobiłem.

Hermenegilda.

Grzecznie.

Gdański.

Ale szczérze.

Hermenegilda.

I cóżbym ja powinna powiedzieć?

Gdański.

Pewnie nie toż samo.

Hermenegilda.

Tak myślisz?

Gdański.

Słuchaj Hermenegildo. Kiedy cię zaślubiłem przed dwoma laty, miałem szczérą chęć a co więcéj i przekonanie, że cię uszczęśliwić potrafię. W uniesieniu tego przekonania dałem ci zapis... (nosisz go przy sobie, jak relikwią, wiém). Zapis, którym obowiązuję zapłacić ci pięćdziesiąt tysięcy w razie gdyby kiedy przyszło między nami do sądowéj separacyi... (z mojéj winy, rozumié się.) Głupstwo zatem zrobiłem, ufając za wiele swojéj dobréj chęci. — Możesz że ty z twojéj strony toż samo powiedzieć? — Nie chcę a muszę posądzać cię, że twoim jedynym celem był ten zapis i że wstępując do domu męża, już oglądałaś się za temi drzwiami, któremiby z niego wyjść można jak najprędzéj.

Hermenegilda.

Pomysł czysto handlarski.

Gdański.

Jakże inaczéj tłómaczyć...

Hermenegilda.

Dobrze!.. teraz plujesz na dywan.

Gdański.

Jakże inaczéj tłómaczyć...

Hermenegilda.

I czemu tak krzyczysz?

Gdański.

Jakże inaczéj tłómaczyć postępowanie twoje? Zdajesz się wyszukiwać pilnie wszystko co mi jest najboleśniejszém.

Hermenegilda.

Świat mnie szanuje, uwielbia prawie, w domu tylko jestem kłótnicą i podłą intrygantką.

Gdański.

Świat, świat! świat suknia, a dom koszula.

Hermenegilda.
Lube porównanie.
Gdański.

Ile razy kto z moich dawnych przyjaciół przyjdzie do nas, odchodzi okryty pociskami twego dowcipu, albo milczeniem pańskiéj wzgardy. Ile razy tu zgromadzisz ten twój tak nazwany wielki świat, jestem zawsze celem przycinków, żartów, w których przyznać trzeba moja najukochańsza małżonka rej wodzi. — Jeżeli zatém upokarzasz mnie w twoim świecie, ja ci w moim domu oddaję wet za wet.

Hermenegilda.

Jedném słowem nie zgadzamy się nigdzie i w niczém.

Gdański.

A więc separować się trzeba. O nie moja Pani, możesz mieć w moim domu życie spokojne albo nieznośne — jedno z dwojga; innego nie osiągniesz, bądź pewna. Wierz mi, ja jestem...

Hermenegilda (kończąc).

Despota.

Gdański.

Z despotami... Ale jestem...

Hermenegilda.

Zazdrosny.

Gdański.

Prawda. Ale...

Hermenegilda.

Gwałtowny.

Gdański.
Prawda. Ale pomimo tego jestem, śmiało mogę powiedzieć, dobrym człowiekiem.
Hermenegilda.

W sekrecie.

Gdański.

Chcieć, korzystając z wad moich, chcieć doprowadzić mnie do jakowego czynu, któryby uprawniał separacyą, jest, wierz mi, grą bardzo niebezpieczną, (zapalając się coraz więcéj) bardzo niebezpieczną.. ostrzegam cię!

Hermenegilda.

Cóż szanowny Otello, zadusisz mnie?

Gdański.

Chybaby przypadkiem.

Hermenegilda.

A wiec nie jestem pewną życia.

Gdański.

O! O! nie udawaj przestraszonéj. Wiesz dobrze, że jesteś w zupełném bezpieczeństwie... Ale o twoich drabantach w żółtych rękawiczkach... tego nie powiém... (coraz gwałtowniéj) Niech się strzegą! Niech mi z drogi schodzą! bo jak którego chwycę, to go ścisnę jak to krzesło... (Podnosi krzesło i kruszy go w ręku.)

Hermenegilda (z razu przestraszona — potém z powagą).

Kasprze!

Gdański.

Przepraszam cię, przepraszam... uniosłem się zbytnie.

(Hermenegilda spojrzawszy na niego z góry, odchodzi poważnie. Na zadzwonienie i wskazanie Gdańskiego, Maciej sprząta krzesło złamane, mrugając na stronie — potém odchodzi.)
Gdański (sam).

I powiedzieć, że ja tę kobietę kocham szalenie! Gryzę się... wściekam się... (podnosząc kamizelkę) schudłem o pięćdziesiąt procent, a jednak kocham szalenie... O miłości! miłości!





SCENA III.
Gdański, Florjan.
(Florjan ma jasne długie włosy, jasną bródkę, jasny półfraczek i takież spodnie, niebieską chustkę na szyi, skórzany kaszkiecik, trykotowe rękawiczki)
Florjan (we drzwiach odtrącając Macieja).

Cóż u djabła!.. ten to tego... jak się zowie...

Gdański.

Co widzę! Florjan! Florjan! Jakże mi się miewasz? (ściskając go) Bardzo, bardzo się cieszę, że cię uściskać mogę.

Florjan.

Nie ściskaj tak mocno... I ja się cieszę... Ale cóż to ten tego... jak się zowie...

Gdański.

Zawsześ widzę wymowny.

Florjan.

Nie, nie... to ten tego emocja... nie dekoncertuj mnie... Jak się raz rozgadam, to już potém idzie gładko ten to tego.

Gdański (powtarzając).
Ten to tego. — Zkądże przybywasz?
Florjan.

Zkąd? — Zewsząd... Ale powiédz pierwéj co to znaczy... handel zamknąłeś... lokaj w przedpokoju, w liberyi... chce gwałtem anonsować?

Gdański.

Tak, tak mój poczciwy Florjanie, różne zmiany zaszły... bo znasz dawne przysłowie: kto się ożeni, ten się odmieni.

Florjan.

Ożeniłeś się? — szczęśliwy człowieku! Ja od dziesięciu lat przebiegam wszystkie części świata szukając żony i ożenić się nie mogę.

Gdański.

Szczęśliwy człowieku!

Florjan.

Wyraźne fatum: ożenić się nie mogę.

Gdański.

Ale wszakże pisałeś do mnie z Węgier podczas wojny: „W ten moment wracam od ślubu... jutro więcéj napiszę etc. etc...?“

Florjan.

Prawda, prawda wróciłem od ślubu... I podczas wojny... O! wojna to rzecz straszna... słuchaj zaślubiłem ten to tego...

Gdański.

Pozwól, że ci przerwę. (dzwoni) Zjesz ze mną dziś obiad, prawda?

Florjan.
I dwa, jeśli każesz.
Gdański (do Macieja).

Powiédz Pani, że będziemy mieli gościa na obiad...

Florjan (poprawiając).

Gości. Bo Pan Milder, który ze mną ze Lwowa jechał, ma do ciebie listy rekomendacyjne. Wkrótce pewnie nadejdzie, więc wypadnie go może na obiad zatrzymać.

Gdański.

Powiédz więc, że będzie dwie osób. Tak. Teraz słucham cię kochany Florjanie. (Maciej odchodzi.)

Florjan.

Kochany Kasprze... nie ściskaj tak.

Gdański.

Siadaj, słucham.

Florjan.

Otóż ten to tego jak się zowie w Eperies.... (Eperies albo Przeszów wszystko jedno) w Eperies zaślubiłem baronównę Genowefę Tömecz-Körecz.

Gdański (powtarzając).

Tomasz Deresz.

Florjan.

Tömecz-Körecz... wielka familia... O pół głowy wyższa odemnie...

Gdański.

Familja?

Florjan.

Nie. Genowefa — piękna kobieta! Wróciłem od ślubu szczęśliwy jak cesarz Marokański... Ale przy wieczerzy poddano mi zaprawnego pewnie wina... gałgany!.. Ja piję bona fide... Nareszcie tak się ten to tego, jak się zowie...

Gdański.

Spiłem.

Florjan.

Tak jest, spiłem się podług wszelkiego prawdopodobieństwa, bo końca wieczerzy nie pamiętam... gałgany!.. Nazajutrz, budzę się — wiész gdzie?

Gdański.

W łożu pod adamaszkową kotarą — co?

Florjan.

Tak, w łożu, piękne łoże! Budzę się... słuchaj... na wozie i w kajdanach.

Gdański.

Czy być może?

Florjan.

Na wozie, przy mnie kozak brodaty na straży. Odezwałem się do niego uprzejmie: „Proszę Wać Pana Dobrodzieja...“ A on na to: „Małczy Sukinsyn!“ — Ja jeszcze wtenczas po rosyjsku nie umiałem, dopiero późniéj nauczyłem się, że Małczy znaczy: milcz, a sukinsyn...

Gdański.

Rozumiem.

Florjan.

Niegrzecznie? Co? Ale nie mogłem się gniewać, bo jednego pogodnego poranku ofuknąwszy się nieco dostałem przez plecy pletnią... (Pletnia jest to ten

to tego...)
Gdański.

Nahaj, wiem.

Florjan.

Djable boli. Nie mogłem się więc gniewać?

Gdański.

Oczywiście.

Florjan.

Przez kilkanaście dni byłem ciągle oddawan, odsełan, przekazywan od ręki do ręki tak dalece, że wkrótce jak ja tak i nikt nie wiedział za co, kiedy, przez kogo zostałem wolności pozbawion.

Gdański.

Przykre położenie.

Florjan.

Arcyprzykre, honorem ręczę. Zwłaszcza, że lubo ja jeszcze wtenczas nie umiałem po rosyjsku, zrozumiałem jednakże, że byli tacy, którzy doradzali aby mnie jako niepewne indywiduum ten to tego jak się zowie...

Gdański.

Powiesić.

Florjan.

Jak gdybyś tam był. — Chcieli mnie powiesić... rzecz przykra, ale Bóg ustrzegł mnie od téj nieprzyzwoitości, dlatego zapewne abym się jeszcze kiedyś ożenił. Koniec końców odséłan od miasta do miasta, przybyłem nareszcie do Kijowa. Tam doznałem wiele

względów i tam przeżyłem kilka miesięcy. Tam poznałem Pannę Teodorę Babinosów...
Gdański.

Babinosów?

Florjan.

Babinosów — piękna kobieta o głowę wyższa odemnie. Byłbym mógł ożenić się...

Gdański.

Jakto? Będąc żonatym?

Florjan.

Ale nie. Mówię byłbym mógł, gdybym był z Genowefą ślubem nie związan. Bo Panna Teodora zdawała się być mi przychylną... Ale inaczéj los zrządził. Nadszedł dzień mego uwolnienia... Odjeżdżam, pędzę na perekładnej... Wiesz co to jest perekładne?

Gdański.

Wiem.

Florjan.

Djable trzęsie. — Przybywam do Eperies (Eperies albo Przeszów, wszystko jedno), biegnę do domu Barona Tömecz-Köresz... wchodzę przez ogród... postrzegam moją żonę... piękna kobieta, o pół głowy wyższa odemnie, postrzegam stojącą we drzwiach salonu — skradam się z tyłu... spinam na palce i cmok ją w szyję. Byłem uprawnion, co?

Gdański.

Niezawodnie.

Florjan.

Otóż bardzo zawodnie, bo żona moja krzyknęła i zemdlała, a z ciemnego kąta powstał ten to tego jakiś olbrzym z rudą brodą i bez żadnéj przemowy jak mnie nie schwyci! jak mną nie wstrząśnie! aż mi ten tego sto świeczek w oczach zaświeciło i padłem bez zmysłów. Otrzeźwiono mnie, otrzeźwiono moję żonę... piękną kobietę... przyszło do objaśnień... bo objaśnienia trzeba było? Co?

Gdański.

Oczywiście.

Florjan.

Kiedy w dzień ślubu wyszedłem z domu, jakim sposobem dostałem się do obozu rosyjskiego, stojącego za ogrodem, nikt nie wiedział i nie wié. Szukano mnie trzy miesiące, trzy miesiące wzywano ten to tego jak się zowie... edyktalnie, a nie osiągnąwszy żadnych wiadomości, małżeństwo moje zostało anihilowane, — tém łatwiéj, że małżeństwo nie było tam to tego jak się zowie...

Gdański.

Rozumiem.

Florjan.

I moja żona poszła za tego honweda z rudą brodą. Człowiek wielkiéj siły... Spiesznie jéj było? ale miała prawo? co?

Gdański.

Niezawodnie.

Florjan.

Niezawodnie. Ja téż nacisnąwszy czapkę na uszy, wróciłem do domu. Tam w samotności przypominam sobie Pannę Teodorę. Pędzę do Kijowa na perekładnej... wiesz co to?..

Gdański.
Wiem, wiem.
Florjan.

Djable trzęsie. Przybywam, pytam się o Pannę Teodorę... O fatum! Teodora przed dwoma tygodniami...

Gdański.

Poszła za mąż.

Florjan.

Nie. Umarła.

Gdański.

Umarła?

Florjan.

Umarła w połogu.

Gdański.

A!

Florjan.

Fatum, prawda. — Biorę furmana, jadę do Lwowa, ztamtąd do Krakowa Eilwagenem — wiesz co to Eilwagen?

Gdański.

Wiem.

Florjan.

Brudna kareta. Dla mnie jednak była niebem, bo się w niéj znalazłem z młodą, piękną, bogatą wdową z Bukowiny... Jechał z nami i Pan Milder, który ma listy do ciebie... krótko mówiąc pokochaliśmy się.

Gdański.

Z Panem Milderem?

Florjan.
Ach gdzież tam! Z wdową. A jeżeli teraz się nie ożenię, to już nigdy.
Gdański.

Tak ci pilno? — Ach kochany Florjanie, nie wszystko złoto co się świeci.

Florjan.

Miałżebyś ten to tego jak się zowie...

Gdański.

Nie być szczęśliwym? — Tak jest... mówiąc ściśle między nami... nie jestem szczęśliwy. Pokochałem młodą, piękną osobę znamienitéj familii. (z westchnieniem) Ożeniłem się. Towarzystwo mojéj żony inne, a moje inne. Jéj gusta inne, moje inne.

Florjan.

Jeden do sasa drugi do lasa. Rozumiem.

Gdański.

Przytém, przytém... (biorąc go za rękę) ale o tém ani słowa, rozumiesz ani słowa.

Florjan.

Ten to tego... Nie ściskaj tak...

Gdański.

Przytém zazdrość mię dręczy... zabija... schudłem jak szczypce.

Florjan.

No, tak dalece...

Gdański.

Jestem zazdrosny o wszystkich... bo trzeba ci wiedzieć, że moja Hermenegilda...

Florjan (zadziwiony nazwiskiem).
Hermenegilda?
Gdański.

Miała przed kilku laty iść za niejakiego Marskiego, pędziwichra, urwisza na wielki kamień... ale pomimo wzajemnéj miłości, wzajemnéj rozumiesz, rzecz do skutku nie przyszła.

Florjan.

To dobrze.

Gdański.

Dobrze. Ale ja tego Marskiego nigdy nie widziałem. W każdym więc młodzieńcu zbliżającym się do mojéj żony, lękam się jéj dawnego kochanka... Pojmujesz ty tę mękę?

Florjan.

Niekoniecznie.

Gdański.

Niedawno dowiaduję się, że jest w Poznaniu. Biorę pocztę, pędzę jedynie aby go zobaczyć. — Już był wyjechał. Staram się, chcę przepłacić jego portret, nadaremnie. Mówiono że w Neapolu był pchnięty sztyletem.

Florjan.

O! ten to tego...

Gdański.

I ja mam prawdę wyznać cieszyłem się...

Florjan.

Ale to mnie, mnie nie Marskiego jakiś Makaroni pchnął sztyletem... przez omyłkę prawda, wziął mnie za kogo innego... ale ja przerwałem rozpoczętą konkurencyą... bo straciłem fiducyą.. i wyjechałem czém prędzéj... Piękna kobieta!.. Ale nie chcę ci przerywać... Dźgnął mnie... brygant! słucham! Bodaj go djabli wzięli!.. słucham...

Gdański.

Koniec końców ten Marski jest wrogiem mojéj spokojności, nieustającą zmorą, nieuchwyconą marą. A przytém żona moja nie stara się przekonywać mnie o swojéj miłości.

Florjan.

Może ty ją nie dość ten to tego jak się zowie...

Gdański.

Nie dość kocham? Szanuję? — Ach Florjanie, kocham ją szalenie!

Florjan.

Nie ściskaj tak.

Gdański.

Jest jeszcze inna okoliczność, która jak skała wisi nademną. Ale tego powierzyć ci nie mogę, bo lubo jesteś moim najdawniejszym przyjacielem, jesteś jak to mówią malekowaty.

Florjan.

Malekowaty?

Gdański.

Czego się tkniesz, popsujesz.

Florjan.

Prawda, prawda, ale nie znałem tego wyrazu, malekowaty, malekowaty.

Maciej (cicho do Gdańskiego).
Proszę Jegomości... jakasz tam Pani chcze do Pana.
Gdański.

Pani? do mnie? — jak się zowie?

Maciej.

Nie chcze powiedzieć. (mrugając) I chcze się widżieć z Jegomoszcią szam na szam.

Gdański.

Jakaś kwesta.

Maciej.

Otóż masz! kweszta! To jakasz egelantka aż sztrach, ale jéj barżo pilno.

Gdański.

Któż to być może? Florjanie wejdź proszę cię do mojego pokoju — zapal cygaro, zaraz ci służyć będę... Jakaś dama chce ze mną mówić. (do Macieja) Proś, niech wnijdzie.

(Maciej odchodzi w środkowe a Florjan we drzwi na lewo.)




SCENA IV.
Gdański, Julja.
Julja (rzucając się w jego objęcie).

Kochany Ojcze!

Gdański.

Julka! — Przez Boga żywego co ty tu robisz?

Julja.

Przyjechałam do ciebie.

Gdański.
Idź, idź czémprędzéj... jednéj chwili pozostać tu nie możesz.
Julja.

Także mnie Ojcze przyjmujesz?! Także mię kochasz?!

Gdański (oglądając się niespokojnie).

Kocham, kocham, jak Boga kocham, kocham, ale znasz moje położenie.

Julja.

Właśnie dlatego że znam, chcę abyśmy z niego wyszli jak najprędzéj.

Gdański.

Ależ moja żona jeszcze nic nie wié.

Julja.

To się dowié.

Gdański.

Co ty mówisz!

Julja.

I dlaczegóż mam się bać macochy?

Gdański.

Ach ty nie wiesz...

Julja.

Od trzech miesięcy nie odbierając od ciebie kochany Ojcze odpowiedzi na pilne i ważne moje listy, musiałam przyjechać, aby się przekonać co to znaczy.

Gdański.

Musiałaś, musiałaś! Czyliż ci na czém brakowało?

Julja.
Na niczém z wdzięcznością wyznaję, ale teraz nie o tém mowa.
Gdański.

Słuchaj Julko. Niepomyślne a zatém i niedługie było moje pożycie z twoją matką. Ona została we Lwowie, ja osiadłem w Warszawie. Kiedy przed trzema laty umarła, pojechałem do ciebie i umieściłem cię u Pani Szarmantowiczowej. Źleż ci tam było?

Julja.

Bardzo dobrze, ale Pani Szarmantowiczowa poszła za mąż. Dłużéj przy niéj bawić nie mogłam. Tém więcéj (całując go w rękę) że i ja chciałabym pójść...

Gdański (oglądając się niespokojnie).

Pójdziesz, pójdziesz moje dziecię, tylko teraz ztąd pójdź precz, o to cię proszę.

Julja.

Ale ja za mąż pójść nie mogę, póki moje położenie w świecie wyjaśnioném nie będzie.

Gdański.

Wyjaśnioném! Alboż ja tego nie pragnę?

Julja.
Żeniąc się kochany Ojcze, napisałeś do mnie, że musisz taić przed swoją narzeczoną, że jesteś wdowcem i ze masz córkę już dorosłą, bo młoda Hermenegilda nie chciałaby za nic w świecie zostać macochą, — ale zapewniałeś razem, że po ślubie wszystko da się łatwo ułożyć; prosiłeś mnie przeto, abym czekała cierpliwie. Otóż dwa lata już mija a macocha, jak mówisz, o niczém jeszcze nie jest uwiadomioną.
Gdański.

Bo uwiadomić było niepodobieństwem.

Julja.

Dlaczego?

Gdański.

Bo w zatajeniu, że byłem wdowcem, znalazłaby teraz powód do separacyi.

Julja.

Alboż jéj pragnie?

Gdański.

Niestety?

Julja.

Nie wielka więc miłość, zatém troska zbyteczna.

Gdański.

Najprzód miłość wielka... z mojéj strony, powtóre w razie separacyi musiałbym jéj zapłacić pięćdziesiąt tysięcy.

Julja.

A! A!

Gdański.

Widzisz więc, że i twój w tém interes, aby węzeł rozwiązywać z wszelką oględnością.

Julja.

Rozwiążemy kochany Ojcze, spuść się na mnie.

Gdański.

Nie znasz twojéj macochy.

Julja.
Poznam ją. Nie boję się.
Gdański.

Ale ja.

Julja.

Co?

Gdański.

Bać się — nie boję... ale to charakter twardy... pomówimy o tém... A teraz idź... idź... Ach już zapóźno.

(Słychać głos Hermenegildy i Macieja w pokoju; kiedy Gdański pomieszany zbliża się do środkowych drzwi, Florjan wychodzi na scenę.)




SCENA V.
Gdański, Julja, Florjan, później Hermenegilda.
Florjan (na stronie).

Ten głos... Ha! moja wdowa.

Julja (do Florjana prędko).

Ani słowa, że mnie Pan znasz.

Florjan.

Ani ten to tego?

Julja.

Szczęście moje od tego zawisło. Przyrzekasz?

Florjan.

Ależ ten to tego?

Julja.

Milczenie — albo mnie już nigdy nie ujrzysz.

Florjan.
Zrobię jak Pani każesz.
Gdański (wracając się).

Idzie... idzie... (biorąc za ręce Florjana i Julię — sam we środku) Słuchajcie... a milczcie... w waszém milczeniu mój los.

Florjan.

Co? Co? I ten to tego...

Gdański (do Florjana).

Cicho; (idąc z niemi na spotkanie Hermenegildy) Kochana żono, prezentuję ci Pana Florjana Florka... Barona Florka.

Florjan.

Barrrrr...

Gdański.

Mego najdawniejszego przyjaciela... i jego małżonkę...

Florjan.

Ten to tego... (przysiadając z bólu) Nie ściskaj tak... jak się zowie.

Gdański.

Z domu Hrabiankę Temecz-Prziskoczil.

Florjan.

Jak? Co?

Gdański (do Florjana na stronie).

Cicho!

Hermenegilda.

Dawni znajomi mego męża są zawsze miłymi dla mnie gośćmi... Niechże Państwo usiądą, z łaski swojéj.

(Damy siadają na kanapie.)
Pani Baronowa dawno w Warszawie?
Julja.

Od kilku godzin.

Hermenegilda.

Jeżeli mogę jéj być do czego pomocną, proszę rozkazać.

Julja.

Jako zupełnie obca w Warszawie, z wdzięcznością przyjmuję jéj opiekę. Muszę jednak pierwéj przeprosić, że tak nagle bez poprzedniego zezwolenia wstąpiłam do jéj salonu. Ale mojemu mężowi tak pilno było uściskać Pana Gdańskiego, że musiałam uledz jego niecierpliwości. Mężu powiedzże słowo... Weź aby część winy na siebie.

Florjan.

O! tak, tak, ten to tego jak się zowie.

Hermenegilda.

Nie trzeba, nie trzeba najmniejszego uniewinnienia. Owszem, wyznam szczérze, iż odebrawszy uwiadomienie, że mamy gości na obiad...

Gdański (na stronie).

Otóż masz!.. zginę...

Hermenegilda.

Nie spodziewałam się tak zaszczytnego towarzystwa. Najmilsza zatém niespodzianka.

Maciej (wchodząc).

Już dano do stołu.

Hermenegilda (podając rękę Florjanowi).
Służę. Mężu, podajże rękę Pani Baronowej. Co za roztargnienie — złe dasz wyobrażenie o gościnności naszéj.
Julja.

O! proszę Pani uważać nas jako dawnych przyjaciół i domowych.

(Odchodzą.)
Koniec aktu I.
AKT II.

(Salon pierwszego Aktu.)

SCENA I.
Julja, Hermenegilda, Florjan, Gdański.
(Od prawéj strony 1sza Julja, 2ga Hermenegilda, 3ci Florjan, 4ty Gdański. — Damy na kanapie, Mężczyzni trochę oddaleni siedzą tuż koło siebie — piją czarną kawę.)
Hermenegilda.

Taką więc rzeczą Państwo Baronowstwo jesteście jeszcze bardzo świeżém małżeństwem.

Julja.

Kilkomiesięczném łaskawa Pani. Mężu, którego to był ślub?

Florjan.

Ślub?.. A to ten to...

Gdański (na stronie do Florjana).

Gadajże.

Julja.

Czternastego czy piętnastego lutego? Co? zawsze się mylę.

Gdański (jak wyżéj).
No!
Florjan.

Piętnastego... piętnastego.

Julja.

A jesteśmy otoczeni liczną familijką.

Hermenegilda.

Jakto?

Julja.

Poszłam za wdowca. (Gdański krząka niespokojny.)

Florjan.

O! O!..

Gdański (na stronie do Florjana).

Cicho!

Hermenegilda.

Jakto? Pani poszłaś za wdowca?

Julja.

Dlaczegóż nie miałabym pójść za wdowca.

Hermenegilda.

I wdowca z dziećmi?

Julja.

Z czworgiem dzieci.

Florjan.

Och! Och!

Gdański (na stronie do Florjana).

Cicho!

Hermenegilda (na stronie).

Szkaradzieństwo!

Julja.
Co Pani mówisz?
Hermenegilda.

Ja nic nie mówię.

Julja.

Zdawało mi się...

Hermenegilda.

Dziwię się, nic więcéj.

Julja.

Dziwisz się Pani? Dlaczegóż to proszę?

Hermenegilda.

O kochana Pani, nie pytaj się, jestem nadto szczérą.

Julja.

Tém lepiéj. Zdanie oświeconéj osoby jest zawsze pożądaném.

Hermenegilda.

Nie, nie... jest to przedmiot, o którym z zimną krwią rozmawiać nie umiem.

Julja.

Ależ daję Pani słowo, że ani ja, ani mój mąż jéj zdania za złe nie weźmiemy.

Hermenegilda.

A wiec wyznam, że pojąć nie mogę, aby będąc młodą, piękną, dobrego urodzenia, iść za wdowca. (coraz z większym zapałem) Za ojca dzieci... Tegobym ja nigdy, przenigdy nie uczyniła.

Gdański (zgniata filiżankę).
O! O! stłukła się... nic to... bardzo przepraszam. (Obciera chustką siebie i Florjana i znowu siadają.)
Hermenegilda.

Pas de fête sans verres cassés, mówi francuzkie przysłowie. U nas dzisiaj jeżeli nie kieliszek, to za to dwa talerze i filiżanka.

Julja.

Tak więc tedy Pani jesteś nieprzebłaganą nieprzyjaciółką wdowców.

Hermenegilda.

Nieprzyjaciółką — nie... ale wolałabym umrzeć starą Panną, jak pójść za wdowca i jeszcze wdowca z czworgiem dzieci... Ach, dajmy temu pokój.

Julja.

Ja zaś zupełnie przeciwnego jestem zdania. Zdaje mi się, ze powiększam miłość mego męża wdzięcznością, którą mi winien, jako przybranéj matce swoich dzieci.

Hermenegilda.

Piękne życie! krzyki, mazgajstwa, nudy, kłopoty bez żadnéj nagrody.

Julja.

Dlaczego bez nagrody?

Hermenegilda.

Czyliż gdzie, kiedy jaka macocha była kochaną? (coraz z większym zapałem) Czyliż już sama nazwa macocha nie mieści coś złego, strasznego, szkaradnego?...

Julja.

Ja w mojéj pasierbicy znalazłam prawdziwą przyjaciółkę.

Hermenegilda.
Jakto? Jest zatém już w wieku?
Julja.

Ma lat szesnaście.

Florjan.

O! O!

Julja.

Prawda mężu — szesnaście?

Gdański (na stronie do Florjana).

Mówże.

Florjan.

Ten to tego... szesnaście.

Hermenegilda.

Okropnie! Zatém Pani możesz wkrótce zostać babunią?

Julja.

Czyliż mnie to starszą uczyni?

Hermenegilda.

Ależ o mój Boże! — dlaczegóż młoda osoba idąc za mąż, nie ma jeszcze używać swobodnéj, świeżéj młodości życia? Wszak poziome kłopoty żony i matki nie miną jéj pewnie w przyszłości, dlaczegóż, dlaczegóż pytam się biegnąć na tychże spotkanie?

Julja.

Zapewne lepiéj na nie w miejscu czekać, ale każda prawda ma dwie strony. Bo jeżeli wdowiec jest pozbawiony uroku... że się tak wyrażę... uroku świeżości w stosunkach małżeńskich, daje on z drugiéj strony, jako ojciec familii, większą rękojmię stateczności.

Hermenegilda.
Mumja taką rzeczą daje jeszcze większą.
Florjan (do Gdańskiego).

Mumja, wiész co to jest mumja? to jest egipska...

Gdański.

Cicho.

Hermenegilda.

Nie, nie kochana Pani Baronowo. Winszuję Pani, życzę niezmiennéj pogody w jéj pożyciu, ale w sposobie widzenia rzeczy nigdy z nią się nie zgodzę. Od najmłodszych lat miałam wstręt do wdowców.

(Gdański stęknął.)
Florjan.

Co?

Gdański.

Nic.

Julja.

Nie tracę nadziei, że lepiéj się zrozumiemy, jak się lepiéj poznamy. Pozazdrościsz mi jeszcze Pani mojéj przysposobionéj familii.

Hermenegilda (ironicznie).

Pasierbicy szesnastoletniéj?

Julja.

Pewnie.

Hermenegilda.

Która wkrótce za mąż pójdzie?

Julja.

Spodziewam się.

Hermenegilda.

I Panią to wszystko cieszy?

Julja.
Bardzo.
Hermenegilda.

Nie do pojęcia! (ironicznie) A reszta dziatek?

Julja.

Trzech chłopaczków.

Florjan.

Ten... ten... ten...

Julja.

Najmłodszy bęben tyci! — prawda mężu?

Florjan.

O! ten tego... tyci... tyci!..

Hermenegilda.

Trzech chłopców! — O na miłość Boską skończmy tę rozmowę... trudno wytrzymać... I wszystko to biega za Panią z zamurdzanemi paflami i woła Mamo, Mamuniu, Mamuńciu?

Julja.

Aniołki, istne Aniołki — prawda mężu?

Florjan.

O! O! Aniołki.

Hermenegilda.

Uczucie Pani wypływa z niedoświadczenia jak i z pięknego usposobienia jéj duszy. Dziwię się — nie potępiam. Ale ty Panie Baronie... muszę wypowiedzieć... jesteś dla mnie nie do pojęcia.

Florjan.

Ja? Ten to tego... jak się zowie...

Hermenegilda.

Jakto? — Ojciec trzech synów i córki na wydaniu, nie czułeś, że twojém powołaniem jest i było poświęcić się wyłącznie ich wychowaniu? Nie miałżeś Pan więcéj doświadczenia jak młoda osoba, którą zaślubiałeś? Albo téż może kładłeś na nią bezwzględnie jarzmo nieznośnych macoszych obowiązków?

Gdański (na stronie do Florjana).

Odpowiedzże przecie.

Hermenegilda.

Trzech synów Pan masz?

Florjan.

To jest, ten to tego.. tego...

Gdański (na str. do Flor.).

Czegóż się jąkasz?

Florjan (na str.).

Czego? — jeszcze się pyta!

Hermenegilda (ironicznie).

Trzech więc chłopaczków?

Florjan (pokazując).

Małych... malutkich... maciupsich...

Hermenegilda.

Szkaradzieństwo! — przebaczcie Państwo moje uniesienie, wyznaję niezbyt grzeczne... ale byłam poniekąd zmuszoną do rozmowy, która zawsze rozdrażnia moje nerwy do najwyższego stopnia. Prawdziwie, gdybym krajem rządziła, to wszystkich wdowców, zwłaszcza mających dzieci i dorosłe do tego, a chcących się żenić z młodemi osobami, kazałabym do domu warjatów zamykać.

(Gdański, który prawą ręką trzymał się poręczy krzesła Florjana, a lewą ręką obcierał czasem pot z czoła, łamie poręcz — Florjan zrywa się — Damy wstają.)
Hermenegilda.

Cóż to znowu?

Gdański.

Florjan złamał krzesło...

Florjan.

Ja?.. ten tego... Jak Boga kocham...

Maciej (wchodząc).

Proszę Jegomoszci, przyszedł z wiżytą Pan... Pan... Pan... a bodajże przepadł, żapomniałem... (Odchodzi.)

(Julja zbliża się ku drzwiom — Hermenegilda na przodzie sceny zdaje się robić wymówki Gdańskiemu — Florjan stara się naprawić krzesło)

Maciej (wchodząc).

Pan Milderr... Milderrr...

Gdański.

Prosić!(Maciej wychodzi.)





SCENA II.
Ciż sami, Milder.
Julja (do Mildera na stronie szybko).

Jestem Baronowa, żona Florjana... o interesie z ojcem jeszcze nie mów.

Florjan (na stronie).

Sekreta... ten to tego.

Hermenegilda (siadając na kanapie zadąsana).

Gburowstwo nie do przebaczenia... Co sobie Baronowa pomyśli?!..

Milder (do Florjana).
Panie Baronie!
Florjan (na stronie).

Barr... I ten tego...

Milder.

Chciejże przedstawić mnie Panu Gdańskiemu.

Florjan.

Panie Kasprze. Pan Milder, o którym ci wspominałem.

Gdański.

A tak, tak, bardzo się cieszę.

Milder (oddając list).

List od Pana prezesa Tareckiego.

Gdański.

A tak, tak, od Pana prezesa Tareckiego.

Milder.

Uniewinni natrętność moją.

Gdański.

O! bardzo proszę. Nie natrętny ale łaskawy, kto raczy wstąpić w niskie progi moje — za pozwoleniem.

(Otwiera list i czyta przy lewéj stronie sceny, tymczasem Florjan prowadzi Mildera do Hermenegildy.)
Florjan.

Pozwól Pani zaprezentować sobie ten to tego jak się zowie...

Milder (poddając).

Milder.

Florjan.

Pana Mildera.

Hermenegilda (spostrzegłszy Mildera).
Ha! (Cofa się pomieszana — wszyscy ją otaczają.)
Wszyscy.

Co to jest? — Co się stało?

Hermenegilda (trzeźwiąc się).

Nic, nic... noga... źle stąpiłam.

Julja.

Siadajże Pani... wody kolońskiéj...

Hermenegilda.

Nie trzeba... niczego nie trzeba...

Gdański.

Zbladłaś... posłać może po doktora Fatis?

Hermenegilda (z niecierpliwością).

Powiadam, że niczego nie trzeba.

Florjan (dobywszy dużą flaszkę z kieszeni).

Lavande double.

Hermenegilda (odtrącając flaszkę).

Dajże mi Pan pokój.

Florjan (do Mildera).

Lavande double.

Hermenegilda.

Źle stąpiłam... nic więcéj...

Florjan (do Julji).

Lavande double.

(Julja odprowadza rozmawiając Florjana w głąb sceny. On rozprawia bardzo gorliwie, ona się śmieje, nie spuszczając z oka innych aktorów. Gdański po lewéj stronie czyta list z trudnością — rozmowa Hermenegildy i Mildera szybka i półgłosem.)
Hermenegilda.
Tu, u mnie? co za bezczelność!
Milder (z ukłonem).

Konieczność, przywiozłem wiadomy depozyt.

Hermenegilda.

Można było odesłać.

Milder.

Czy oddam, jeszcze pytanie.

Hermenegilda.

Panie!

Milder (zawsze jak gdyby grzeczności mówił).

Bez gniewu — ręka rękę myje — potrzebuję pomocy piękna Hermenegildo!

Hermenegilda.

Chcesz ją kupić?

Milder.

Tak jest.

Hermenegilda.

Haniebnie.

Milder.

Musimy pomówić ze sobą.

Hermenegilda.

Nie chcę.

Milder.

To pomówię z mężem.

Hermenegilda.

Gadzina!

(Gdański przeczytał list, Julja zbliża się do Hermenegildy.)
Gdański (do Mildera).

Panie Dobrodzieju, zbyt wiele winien jestem Panu prezesowi Tareckiemu, aby każde jego polecenie nie było dla mnie rozkazem. Starać się będę być Panu pomocnym, ile tylko odemnie zależyć będzie. Pierwszy zatém interes jest, aby Panu dozwolono kilkodniowego tu pobytu. Wszak tak?

Milder.

Nie inaczéj. Skompromitowanym nie jestem w żadnym względzie, bo jeżeli pojedynek o który mnie oskarżają...

Gdański.

Nic, nic, nie chcę wiedzieć. Udam się z rekomendacyą Pana Tareckiego do przyjaciół naszych i spodziewam się, że za ich wstawieniem się otrzymasz Pan żądane pozwolenie.

Milder.

Bardzo będę wdzięczny.

Gdański.

Co zaś do drugiego interesu, Pan prezes pisze mi, że go Pan chcesz ustnie przełożyć. Jeżeli łaska, proszę do mojego pokoju, tam będziemy mogli spokojniéj pomówić.

Milder.

Służę. (na stronie) Nie kazała mówić o interesie — cóż mu teraz powiem?

(Odchodzą w lewe drzwi.)




SCENA III.
Hermenegilda, Julja, Florjan.
Julja.
Pozwolisz łaskawa Pani, aby mój mąż odszedł?
Florjan.

Ale dlaczegóż ten to tego?..

Julja.

Po jedzeniu musi być zawsze czas jakiś na świeżém powietrzu, inaczej dostaje migreny. (do Florjana) Już cierpisz? co?

Florjan.

Ja? Ten to tego...

Julja.

W saméj rzeczy pobladłeś. — Idź, idź kochanku, nie rób ceremonii. Wszak Pani pozwolisz?

Hermenegilda.

Co? jak?

Julja.

Pozwolisz, aby mój mąż odszedł i wrócił za chwilę?

Hermenegilda.

Ach i owszem.

Julja.

I owszem, słyszysz? — Idź więc. (z przyciskiem) Idź.

Florjan.

Ale dlaczegóż ten to tego?

Julja (zniecierpliwiona na stronie).

Idźże Pan, kiedy mówię. (głośno) Za pół godziny wrócisz, nie baw się. (na stronie) Nie spiesz się Pan.

(Florjan odchodzi niechętnie.)




SCENA IV.
Hermenegilda, Julja.
Hermenegilda.

Pani Baronowo.

Julja.

Pani?

Hermenegilda.

Znasz więc tego Pana?

Julja.

Którego?

Hermenegilda.

Jakże go Baron nazwał?

Julja.

Milder.

Hermenegilda.

Milder?.. tak Milder... znasz go Pani?

Julja.

Znam.

Hermenegilda.

Od dawna?

Julja.

Nie — poznałam go niedawno, ale mój mąż...

Hermenegilda.

On nie zowie się Milder.

Julja.

Nie?

Hermenegilda (oglądając się i cicho).
To jest Wacław Marski.
Julja.

Wacław Marski?

Hermenegilda.

Człowiek niedobry, bardzo niedobry. — Jego wejście do mego domu jest bezczelnością i przejmuje mnie trwogą.

Julja.

Pani więc zdajesz się go znać lepiéj.

Hermenegilda.

Niestety! — Słuchaj... potrzebuję pomocy... jesteś młodą... szlachetnie myślącą... Nareszcie kobiety łatwo pojąć i zrozumieć się mogą... Ten Marski, człowiek najgorszych obyczajów.

Julja.

O! O!

Hermenegilda.

Gracz.

Julja.

O! O!

Hermenegilda.

Utracjusz... burda... bezbożnik.

Julja.

Czy nie za wiele...

Hermenegilda.
Jeszcze mało. Bez czci wiary jedném słowem. Przed kilku laty miał on się żenić ze mną. Umiał, ze wstydem wyznaję, układnością nieodgadniętą obudzić pierwsze uczucie serca mego. Bóg i rodzice moi czuwali nademną. Małżeństwo, jak widzisz, nie przyszło do skutku.
Julja.

Winszuję Pani. — Ale czegóż się lękasz?..

Hermenegilda.

Ach kochana, droga Pani... Byłam młoda... nierozważna... pisywałam do niego...

Julja.

Aha!.. I on ma listy?

Hermenegilda.

Niestety!

Julja.

Przecież zwrotu nie odmówi.

Hermenegilda.

Odmawia. — W jakim celu, nie wiem.. Że w nieszlachetnym, wątpić nie mogę. Wszystko każe mi się lękać, aby moje stanowisko w wielkim świecie jakiego uszczerbku nie doznało. Jestem przełożoną czystego zjednoczenia moralnych Reformistek. Z urzędu więc nie mogłam być pobłażającą... musiałam ostro karcić najmniejszą nierozważność młodzieży... najlichsze usterki umiałam różnemi środkami wytaczać przed sąd opinii publicznéj... A teraz... teraz... O! mój Boże! któż mnie zasłoni od pocisków odwetu? Ach okropnie!.. Ja tego nie przeżyję.

Julja.

Uspokój się Pani. Najpierwéj trzeba wiedzieć czego żąda.

Hermenegilda.

W tém właśnie żądam twojéj pomocy. Pan Baron

jest z nim w przyjaźni.
Julja.

W przyjaźni, nie powiem, ale znają się dobrze.

Hermenegilda.

Nie mógłżeby go wybadać?

Julja.

Dlaczego nie, ale jeżeli mam szczérze powiedzieć, mój mąż jest trochę... ten... bardzo dobry... ale cokolwiek... nareszcie po co mężczyzn mieszać tam, gdzie się bez nich obejść może?

Hermenegilda.

Chceszże sama?..

Julja.

To jeszcze gorzéj.

Hermenegilda.

Dlaczegóż? O mój Boże!

Julja.

Na Ambasadora jestem za młodą... mój mąż zazdrośny trochę...

Hermenegilda.

A mój, ogromnie, wściekle... i to zwiększa moją trwogę... Co tu robić?

Julja.

Mów Pani z Marskim.

Hermenegilda.

Okropnie!

Julja.

Nie ma innego sposobu.

Hermenegilda.
Ale jak?.. gdzie?.. kiedy?..
Julja.

Sposobność znajdzie się... a czasu nie tracić.

Hermenegilda.

Czego, czego on żąda odemnie? Już raz prosiłam go listownie o zwrócenie moich listów — nie odpisał. Dziś jak kamień z Nieba spada... Będzie warunki narzucał... Ach Pani... ja głowę tracę.





SCENA V.
Hermenegilda, Julja, Gdański, Milder.
(Julja cofa się w głąb sceny, do niéj zbliża się Gdański — na przodzie szybka rozmowa śród ciągłych ukłonów Mildera.)
Milder.

Hotel Drezdeński.

Hermenegilda.

Nie.

Milder.

Numer czternasty.

Hermenegilda.

Nie.

Milder.

Do ósmej czekam.

Hermenegilda.

Daremnie.

Gdański (do Julji).

Gdzie mieszkasz?

Julja.
W Hotelu Wileńskim.
Gdański.

Czekaj tam na mnie — teraz idź, idź!

(Julja wychodzi.)
Milder.

Albo jutro, ja tu... rozważ. (głośno) Nie będę dłużéj drogich chwil zajmował... (do Hermenegildy) Składam moje najgłębsze uszanowanie. (do Gdańskiego) A Panu tysiączne dzięki.

Gdański.

Nie ma jeszcze za co... Zaraz jadę i wkrótce Panu służyć będę; spodziewam się, że z pozwoleniem zabawienia tu dni kilka, z czego zapewnie i my korzystać będziemy... prawda kochanko?.. (Hermenegilda skłania głowę) Gdzie Pan mieszkasz?

Milder.

Proszę nie trudzić się do mnie, ja tu wstąpię wieczorem.

Gdański.

Co się zaś tyczy interesu względem sukcesyi... jest nieco mocno zawiły... nie będąc prawnikiem trudno radzić, jestem jednak zawsze na jego rozkazy.

Milder.

Do nóg upadam.(Odchodzi)

Gdański.

Uniżony sługa. (wracając ode drzwi) Słowa nie zrozumiałem.





SCENA VI.
Hermenegilda, Gdański.
Hermenegilda.

Gdzież Pani Baronowa?

Gdański.

Kazała cię pożegnać... Mąż na nią czekał.

Hermenegilda (p. k. m.)

Kasprze, ty się na mnie gniewasz?

Gdański.

Ja?.. bynajmniéj... To ty raczéj.

Hermenegilda.

Przebacz, jeżeli się czasem zniecierpliwię, bo bądź przekonany, że ja zawsze chcę jak najlepiéj dla siebie i ciebie.

Gdański.

Kochana Hermenegildo!.. każde twoje dobre słowo jest dla mnie największą pociechą.

Hermenegilda.

Miejmy dla siebie wzajemne pobłażanie.

Gdański.

Tak... tak... wzajemne pobłażanie... co było, to było.

Hermenegilda.

Hm?

Gdański.

Co?

Hermenegilda.
Mówisz?..
Gdański.

Tak dalece.. nic... powtarzałem twoje słowa.

Hermenegilda.

Wspomniałeś o przeszłości.

Gdański.

A... tak... co się stało, trudno zmienić.

Hermenegilda.

Prawda. Miejmy wiarę w naszą miłość.

Gdański.

Niczém niezachwianą.

Hermenegilda.

A im daléj z sobą drogą życia postępować będziemy, tém nam gładszą zdawać się będzie.

Gdański.

Tak, tak, co było to było, a nadal pójdzie gładko... (całując ją w rękę) Najdroższa... najprzykładniejsza małżonko.

Hermenegilda.

Poczciwy Kasprze... Czuję się trochę zmęczoną... Położę się wcześnie... a więc aż do jutra kochanku.

(Odchodzi.)
Gdański (sam).

Kochanku, kochanku powiedziała... czy nie chora... Godna małżonka! Kobieta najpierwszéj sorty... Co za rozum, co za powaga, co za ton!.. Jakie szlachetne znalezienie się w świecie. To mi żona... Takiéj mi trzeba było... kochanku powiedziała. Ale... jednak... wszelako... pomimo tego... nie ma co jeszcze dowierzać. Ostrożnego Pan Bóg strzeże... Dobrze, że trochę słaba, mam wolne ręce. Korzystajmy z czasu.(Chce odejść)





SCENA VII.
Gdański, Florjan.
Florjan (zadychany).

Uf! Gdzie moja wdowa?

Gdański.

Jaka wdowa?

Florjan.

A prawda... ten to tego... nie wdowa... ale żona?..

Gdański.

Czyja żona?

Florjan.

Moja... A raczéj którą moją nazwałeś?

Gdański.

Odeszła.

Florjan.

Gdzie? gdzie?

Gdański.

Alboż ja wiem? I ja odejść muszę. Bądź zdrów.

Florjan.

Czekaj, czekaj... jedno słówko.

Gdański.

Potém... potém.

Florjan.
Tylko słówko. Dlaczego zrobiłeś mnie baronem?
Gdański.

Nie zgadujesz?

Florjan.

Nie. Daremnie sobie głowę łamię, aż mi ten to tego trzeszczy.

Gdański.

Czy myślisz, że moja żona byłaby was tak uprzejmie przyjęła... gdyby nie twój tytuł... lubo moja żona jest najgodniejszą, najszanowniejszą białogłową a ja najszczęśliwszym mężem! jak się o tém przed chwilką dowiedziałem.

Florjan.

A! A! A! Teraz rozumiem.

Gdański.

Bogu dzięki!.. Adieu!

Florjan.

Zaraz, zaraz... Ale dlaczego powiedziałeś, że jestem mężem mojéj... to jest téj Pani.

Gdański.

Tego jeszcze powiedzieć nie mogę.

Florjan.

Czemu ta Pani mówiła, że jestem ojcem dorosłéj córki... i trzech, trzech... Och! Och! trzech bębnów?

Gdański.

Dowiész się późniéj.

Florjan.
I ja musiałem wszystkiemu potakiwać — miałem pewnie głupią minę, co?
Gdański.

W saméj rzeczy — ale teraz nic nie powiem, bo mógłbyś wszystko popsuć.

Florjan.

A może i naprawić... bo widzisz... Jabym chciał z moją udaną żoną naprawdę skojarzyć się węzłem małżeńskim.

Gdański.

Chcesz się skojarzyć?

Florjan.

Chcę się skojarzyć.

Gdański.

Podobała ci się?

Florjan.

Aż mi w nosie wierci.

Gdański.

I gotów jesteś...

Florjan.

Gotów jestem na wszystko.

Gdański (p. k. m.).

Ha!.. Wiész co... może się to da zrobić.

Florjan.

Kasprze! nie żartujesz?

Gdański.

Nie żartuję.

Florjan.

I ty, ty możesz to zrobić?

Gdański.
Ja.
Florjan.

I ona zechce?

Gdański.

Zechce.

Florjan.

Pewnie?

Gdański.

Ręczę. Ale pod jednym warunkiem, to jest, że zaraz z nią wyjedziesz z Warszawy.

Florjan.

Choćby i dzisiaj... i téj godziny. Po ślubie zatém...

Gdański.

Nie — ślub weźmiesz w Krakowie lub we Lwowie.

Florjan.

Więc ten to tego a ślub potém... ale jak ją nakłonić?

Gdański.

Spuść się na mnie.

Florjan.

Drogi przyjacielu! (Rzuca się w objęcia, ale prędko się wysuwa, podaje mu rękę, ale ją cofa.) Mam zatém twoje słowo?

Gdański.

A ja twoje.

Florjan.

Słowo jak skała.

Gdański.

Gdzież stoi?

Florjan.
Skała?
Gdański.

Nie... Ona... A prawda, w Hotelu Wileńskim... A Milder?

Florjan.

W Drezdeńskim.

Gdański.

A ty?

Florjan.

Ja, jeszcze nigdzie.

Gdański.

Do zobaczenia.

Florjan (wychodząc z Gdańskim).

Zatém powiadasz, ślub w Krakowie... O Kasprze! Ten to tego jak się zowie... Ożenię się przecie.

Koniec aktu II.
AKT III.

(Pokój w Hotelu. Drzwi jedne w głębi, drugie na prawo; kanapa, na środku stolik dywanikiem przykryty — krzesełka.)

SCENA I.
Milder, Julja.
(Milder leży na kanapie, cygaro pali — Julja w zielonym szalu i kapeluszu wchodzi środkowemi drzwiami, które na klucz zamyka za sobą, — potém kładzie kapelusz na stoliku i siada na krześle przy Milderze.)
Julja.

Nowe zjawiają się przeszkody.

Milder (obojętnie).

A! — przeszkody.

Julja.

Nieprzewidziane.

Milder (puszczając dym w górę).

Doprawdy?

Julja.

Mój ojciec był u mnie przed godziną i oświadczył mi jak najsolenniéj... wiész co?

Milder.
Że mu się podobałem... mam szczęście do ludzi.
Julja (ironicznie).

Nie wątpię, że kto cię ujrzy, zachwycony tobą być musi... Ale nieszczęściem nie o tobie była mowa.

Milder.

Nie o mnie? to mnie dziwi.

Julja.

Mój ojciec chce bez zwłoki wydać mnie za mąż?

Milder (puszczając dym).

Bez zwłoki? — patrzcie!

Julja.

I za kogo? Za naszego Florjana.

Milder.

Rzadki exemplarz męża. Cóż ty na to?

Julja.

Cóż. Nie przystawałam, nie odmawiałam, wykręcałam się jak mogłam.

Milder.

Trzeba było korzystać ze sposobności i oświadczyć także jak najsolenniéj szanownemu Panu Gdańskiemu, że pomimo najszczerszéj chęci pozostania córką zawsze posłuszną, za mąż iść nie możesz, mając już męża w mojéj czcigodnéj osobie.

Julja.

Czcigodnéj! Ach czcigodnéj!.. Żadna jeszcze żona nie słyszała podobno tego o swoim mężu, co ja musiałam słyszeć z ust twojéj dawnéj oblubienicy i narzeczonéj.

Milder (zawsze obojętnie).
Fulminowała z górnych stref swoich... poczciwa Hermenegilda!
Julja.

Czci, wiary na tobie nie zostawiła, aż mnie strach przejmował.

Milder.

Pah! — kochała mnie jednak szalenie.

Julja.

Dajmy temu pokój.

Milder.

Alboż to ona jedna?!..

Julja.

Jeszcze!

Milder.

Ale to wszystko należy już do historyi.

Julja.

Piękna historya!

Milder.

Dziedzina potomności.

Julja.

Biédna potomność!

Milder.
Byłem zawsze we wszystkiém wzorowym. Nic sobie nie mam do zarzucenia. Lubiłem płeć piękną, bo mnie płeć piękna do tego zmuszała. Straciłem majątek, prawda, ale ja chciałem tracić a nie stracić; że się nitka urwała, czyż moja wina? Grałem, prawda. Jeden gra na skrzypcach, drugi na basetli, ja w karty — różne są gusta. Robiłem długi — bo w świecie coś robić trzeba. Nareszcie brać a nie oddawać, jest to tworzyć bogactwa — czysta ekonomja polityczna.
Julja.

Ach, ach, dosyć, dosyć.

Milder.

Nie przydrwiwaj więc mojéj historyi, bo każdy człowiek ma przecie swoję miłość własną... Cóż u licha!..

Julja.

Dobrze, dobrze, a teraz wróćmy do naszego interesu.

Milder (p. k. m.)

Nic zatém ojcu nie wspomniałaś?

Julja.

Na cóż by się było zdało? wygrajmy pierwéj batalją z macochą.

Milder.

Wygramy.

Julja.

Myślisz, że przyjdzie?

Milder (patrząc na zegarek).

Niezawodnie. Tylko co jéj nie widać.

Julja.

Ja na jéj miejscu pewniebym nie przyszła.

Milder.

Bardzo mnie to cieszy, ale ona przyjdzie. Należy bowiem do rzędu tych osób, co więcéj czczą pozór niż istotę rzeczy. Opinia świata u niéj wszystkiém. Byle téj nie naruszyć, wszystko wolno; mam nadzieję, że ją poprawię.

Julja (śmiejąc się).
Może własnym przykładem.
Milder.

Własnego przykładu nie potrzeba... Wszyscy jesteśmy ludźmi... ale ja jéj wskażę drogę cnoty... (Słychać lekkie pukanie do drzwi w głębi sceny.) Otóż i ona.

(Julja bierze kapelusz i wybiega we drzwi na prawo. Milder rzuca cygaro i otwiera drzwi w głębi.)




SCENA II.
Milder, Hermenegilda.
(Hermenegilda w zielonym szalu, podobnym jak Julji, Milder ukłoniwszy się z uszanowaniem, zamyka drzwi na klucz.)
Hermenegilda.

Pan zamykasz?

Milder.

Nie zamknąć? (p. k. m.) Może kto nadejść.

Hermenegilda.

Zamknij Pan. (Rzucając się na kanapę.) Jestem więc. Czy dosyć upokorzenia, co?

Milder.

Hermenegildo!..

Hermenegilda.

Do rzeczy, do rzeczy mój Panie. Czego żądasz? pieniędzy? co? wiele?

Milder.

Jeżeli z tego tonu zaczniemy, trudno będzie dojść do harmonii, której nam potrzeba. Już raz przekonałem cię, że wzgardy znieść nie umiem. Ztąd wynikłe moje późniejsze postępowanie (co bezwzględnie wyznaję) stało się przewinieniem, którego mi przebaczyć nie możesz. Dziś nietylko tego nie żądam, ale przeciwnie chcę ci dać sposobność zemszczenia się godnie.

Hermenegilda.

Każdym stosunkiem z Panem, nawet zemstą gardzę.

Milder.

Daję sposobność zemsty, która cię wzniesie, a mnie poniekąd upokorzy. Zemścij się oddając dobre za złe.

Hermenegilda.

Dużoby trzeba dobrego, bo dużo było złego.

Milder.

Chwilkę cierpliwości, chwilkę uwagi, a potém rozstrzygniesz jak zechcesz.

Hermenegilda.

Słucham.

Milder.

Poznałem we Lwowie młodą, osieroconą osobę, osieroconą lubo los nie pozbawił jéj zupełnie rodziców — pokochaliśmy się.

Hermenegilda.

Cóż mnie to obchodzi?

Milder.

Pisaliśmy do ojca, prosząc o zezwolenie. Trzy miesiące powtarzaliśmy prośby nasze, trzy miesiące nie odebraliśmy żadnéj odpowiedzi. A kiedy położenie w świecie téj młodéj osoby stawało się coraz przykrzejsze... zaślubiłem ją.

Hermenegilda.
A! Winszuję.
Milder.

Po ślubie dopiero, więc już za późno dowiedzieliśmy się dlaczego ojciec nie odpisywał. Służący mój darł nasze listy a pieniądze chował. Nie było zatém innego środka, jak przyjechać do ojca i otrzymać...

Hermenegilda (kończąc sens).

Posag.

Milder.

Niech i tak będzie, posag ale razem i przebaczenie nietyle winy ile pośpiechu.

Hermenegilda.

I cóż ten romantyczny ustęp obchodzić mnie może?

Milder.

Bardzo, bardzo wiele, gdyż w dalszém rozwinięciu tego, jak nazwałaś romansu, główną rolę raczysz przyjąć.

Hermenegilda.

Pan zawsze lubisz żartować dowcipnie.

Milder.

Bynajmniéj. Przekonasz się, że nie ma żartu, jak ci powiem, że moją żoną jest Julja, ta, którą dziś u siebie poznałaś pod imieniem Baronowej...

Hermenegilda.

Co słyszę!

Milder.

A jéj ojcem jest mąż Wać Pani Dobrodziejki.

Hermenegilda.
Mój mąż ma córkę!
Milder.

Z pierwszego małżeństwa.

Hermenegilda.

Fałsz! kłamstwo, mój mąż nie miał innéj żony...

Milder.

Mylisz się łaskawa Pani, miał żonę najdokładniejszą i żeniąc się z tobą był wdowcem.

Hermenegilda.

Wdowcem! wdowcem!

Milder.

Najczystszym. Potrafił to jednak zataić... tym tylko bowiem sposobem mógł otrzymać rękę uwielbionéj Hermenegildy.

Hermenegilda.

Ależ to zdrada! Podłe oszukaństwo! To powód do separacyi!

Milder.

Prawda, jest powód, ale z niego korzystać nie będziesz.

Hermenegilda.

Będę, za to ręczę.

Milder.

A ja ręczę, że nie.

Hermenegilda.

Któż mi zabroni?

Milder.

Ja. Tak jest ja, troskliwy o twoją dobrą sławę.

Hermenegilda.

Dziękuję, moja dobra sława nie potrzebuje opieki. I pewnie nie ucierpi na tém, że porzucę tego, który mnie zwiódł, skłamał, zdradził haniebnie. Sumienie nawet każe mi nie pobłażać oszukaństwu.

Milder.

Czyliż świat wierzyć będzie tym powodom... Nie będzieże szukał innéj przyczyny?

Hermenegilda.

Reputacya moja niezachwiana.

Milder.

Może być zachwianą, wiész to dobrze i dlatego boisz się.

Hermenegilda.

Ja się boję?

Milder.

Byłażebyś ty u mnie, gdybyś się nie bała? Gotowaś zawsze i rzeczywiście źle zrobić, byle pozór ocalić.

Hermenegilda.

Pozór! Cnota moja niepozorna. Spoczywa Bogu dzięki na silnych zasadach.

Milder.
Być może, ale pozwól sobie powiedzieć, że u jednéj Pani cnota jest jak rumieniec, przybywa i trzyma się bez jéj wiedzy i chluby. U drugiéj zaś jest ona tylko zwycięztwem nad sobą, z ciężkim trudem wywalczoném; dlatego ta zwycięzka szanowna dama każe sobie ciągle opłacać indemnizację kosztów wojennych — staje się biczem bożym, chłoszcze bez względu i litości małe i nie małe usterki, bo ich w głębi serca zazdrości.
Hermenegilda.

O!.. O!..

Milder.

Dlatego taka szanowna dama nie pobłażając nigdy i nikomu, pobłażania spodziewać się nie może — dlatego szanowna dama wykrada się z domu do niegdyś swojego ulubionego.

Hermenegilda.

Och!

Milder.

Och czy Ach, ale kochałaś mnie szanowna Pani i skrycie przychodzisz do mnie — a prawdę mówiąc jest to krok nierozważny i naganny, robisz go jedynie, aby przytłumić wcześnie rozgłos mniemanéj dawnéj przewiny. Bo że kochałaś, nic złego. Że pisywałaś, nie występek. Że dałaś swój portret, nie zbrodnia. Działasz więc teraz źle istotnie, aby tylko uniknąć jak najmniejszego sporu z opinją publiczną.

Hermenegilda.

Co to ma do rzeczy? Mąż mnie zwiódł, zdradził, a ja żądać będę separacyi — w tém lękać się opinji świata nie mam przyczyny.

Milder.

Ale świat śledzić będzie za trochę ważniejszą, trochę rozsądniejszą przyczyną, i dowié się koniec końców, że Pan Gdański przejął korespondencyę swojéj żony... bez daty, proszę pamiętać.

Hermenegilda.

Ależ Pan Gdański nie przejął.

Milder.
Przejąć może.
Hermenegilda.

Jakim sposobem?

Milder.

Jak mu oddam, mieć będzie.

Hermenegilda.

Jakto? Mógłbyś to uczynić? w jakimże celu podłości tyle?

Milder.

Powoli, powoli, nie zapalajmy się, jeszcze nie skończyłem. Masz zapis pewnéj sumy w razie separacyi. Ten zapis jest twojém istotném nieszczęściem, każdą przykrość domową nie starasz się znieść, załagodzić, ale przeciwnie powiększasz, chcąc jéj użyć do osiągnienia wolności, z którą potém nie wiedziałabyś co począć. Zedrzej zapis, nie miej ciągle pokusy, a znajdziesz spokojność w pożyciu domowém.

Hermenegilda.

Mam się wyrzec jedynéj rękojmi bezpieczeństwa osobistego.

Milder.

O! O! O!.. nie róbże z grubego dobrodusznego Gdańskiego, krwi łaknącego Sinobrodę.

Hermenegilda.

Teraz zaczynam rozumieć sens długiéj przemowy. Mam za moje listy oddać zapis.

Milder.

Tak jest. Przez zwrot zapisu zapewnisz męża, że nadal o separacyi myśleć nie będziesz. Mąż twój odbierając z rąk twoich zabezpieczenie swojéj przyszłości, chętnie przemieni wiecznie go straszącego rywala w zięcia, a ja zwróciwszy listy, co więcéj drogi mi portret, wyjadę z Warszawy. Tak wszystko skończy się z powszechném zadowolnieniem i pozostaniesz nadal nieskazitelną przełożoną czystego zjednoczenia moralnych Reformistek.

Hermenegilda.

Panie Marski, zapomniałeś, że mojém godłem (wzniośle) Złamać się mogę — ugiąć nigdy.

Gdański (za drzwiami).

Czy tu mieszka Pan Milder?

Hermenegilda.

Mój mąż!

Milder.

Czegóż się lękasz?

Hermenegilda.

Tak gwałtowny i moja tu bytność.

Milder.

Stanie się pierwszym stanowczym krokiem do separacyi. (Pukanie do drzwi silne) Mam otworzyć?

Hermenegilda.

Nie, nie — nie ma ztąd drugiego wychodu?

Milder (z flegmą).

Niema.

Hermenegilda.

Przez ten pokój?

Milder.

Mój sypialny? nie, niema.

Hermenegilda.
Skryję się tam... w tym pokoju.
Milder.

W moim sypialnym? — Jak Pani chcesz.

Hermenegilda (wracając od drzwi).

Pan mnie zdradzisz.

Milder (wyniośle).

Hermenegildo! ugiąć się mogę — złamać nigdy.

(Hermenegilda odchodzi w drzwi na prawo, zostawiwszy na kanapie swój szal zielony — pukanie do drzwi.)




SCENA III.
Milder, Gdański.
Milder (otwierając).

Przepraszam łaskawego Pana, nie słyszałem, byłem w drugim pokoju.

Gdański (do siebie).

Uf! Ledwie żyję... schudnę jak szczypa... pozwól odpocząć. (Rzuca się na kanapę.)

Milder.

Nie wiem prawdziwie, jak mam podziękować.

Gdański.

Nie ma za co, mój Panie, nie ma za co. Moje i przyjaciół moich starania nic osiągnąć nie mogły jak tylko podpis paszportu i przestrogę, przestrogę tajemną, abyś z niego jak najspieszniéj korzystał, inaczéj możesz być jeszcze téj nocy aresztowany.

Milder.

Ale za co? — Dlaczego?

Gdański.

Nic nie wiem... nic wiedzieć nie chcę. Człowiek rozsądny unika tajemnic jak powietrza... Mój pojazd stoi przed bramą... Zbierz się prędko... zastaniesz jeszcze ostatni pociąg kolei żelaznéj i szczęśliwéj podróży.

Milder.

Tak jest, czasu tracić nie mogę, więc w jak najkrótszych słowach muszę nasz wzajemny interes przełożyć — we Lwowie poznałem...

(Florjan wbiega zadychany z czarnym plastrem na twarzy.)

Czy go djabli tu przynoszą!..





SCENA IV.
Milder, Gdański, Florjan.
Florjan.

Panie!.. ten to tego, jak się zowie... Pan... Pan jesteś zdrajca.

Milder.

A Pan nadto natrętny. Proszę mi nie przeszkadzać.

Florjan.

A tak... nie przeszkadzać. Właśnie chcę i będę przeszkadzać.

Milder.

Pan widzę upadłeś na głowę.

Florjan.

Upadłem ale nie na głowę.

Milder.
Czegóż chcesz?
Florjan.

W całéj naszéj podróży ze Lwowa do Warszawy zdradzałeś mnie ciągle, utrzymywałeś w błędzie, rozdmuchiwałeś moje miłosne zapały... Robiłeś mi niby interesa u niéj... a tymczasem sam z nią zostajesz w tajemnych stosunkach.

Milder.

Z kim? Co? jak?

Florjan.

Pan bardzo dobrze rozumiesz o kim mówię, z tą która tu jest teraz u Pana... z moją wdową.

Milder.

Pan jesteś szalony.

Florjan.

Panie! ja się ożenić muszę. Panie, ja wdowy nie odstąpię — Panie, ja Pana ten to tego...

Milder (tym samym tonem).

Panie, idź Pan do djabła!

Florjan.

Do djabła?

Milder.

Do djabła.

Florjan.

Nie do djabła pójdę, ale do tego pokoju.

Milder (chwyta go za rękę i odtrąca na środek pokoju).

Czy w istocie oszalałeś, czy guza szukasz? Jakiém prawem nachodzisz pomieszkanie moje? Jakiém prawem śledzisz czynności moje? Mogłem dotychczas żartować, ale mogę w potrzebie i schody

tobą przeliczyć.
Florjan (który w ciągu powyższéj mowy nie mógł znaleźć słowa i coraz głośniéj krzyczał: ten to tego tupając nogami).

Schody przeliczyć? Moją osobą. (do Gdańskiego) Jestem zagrożon.

Milder.

Łaskawy Panie Gdański chciej z łaski swojéj uspokoić swego przyjaciela i wyprawić go ztąd jak najprędzéj. Mam z tobą pomówić o ważnych rzeczach z polecenia Pana prezesa Tareckiego... I przykroby mi było, gdybym został przymuszony, dla niestracenia drogiego mi czasu, tego Pana przez okno wyrzucić. Jak odejdzie, wrócę.

(Odchodzi w drzwi na prawo.)




SCENA V.
Florjan, Gdański.
Florjan.

Przez okno? (do Gdańskiego) Przez okno. Jestem obrażon.

Gdański.

Ale cóż i ty wyrabiasz do stu kaduków? Przed dwoma godzinami oświadczasz mi, że chciałbyś ożenić się z Julją. Dajesz mi słowo, a teraz ścigasz znowu jakąś wdowę.

Florjan.

Ach! Kasprze! Wszakże ona jest... (na stronie) małczy suk... jak mówią... ten to tego... przykazała.

Gdański.
Fe, Florjanie, jesteś lekkomyślny, wstydź się.
Florjan.

Nie, nie... Kasprze... jestem ciężkomyślny, ale mówić mi nie wolno, a tymczasem jestem zwiedzion, jestem zdradzon.

Gdański.

Nareszcie zkąd pewność, że ta wdowa jest u niego?

Florjan.

Zkąd? zkąd? — Byłbym z nią wszedł razem, gdybym się był na zakręcie nie pośliznął, nie upadł i szyby głową nie wybił. Patrz, jestem uszkodzon.

Gdański.

Tylko spokojnie, spokojnie... Wszakże w tym Hotelu nietylko Pan Milder mieszka.

Florjan.

O!.. o... o... oto jest dowód niezaprzeczony. Oto jéj szal zielony, za którym szedłem krok w krok nie spuszczając z oka... bo zaczynałem się czegoś domyślać... Wątpisz teraz?

(Podsuwając przed oczy szal Hermenegildy. — Gdański przypatruje się coraz uważniéj wziąwszy do ręki, potém chwyta Florjana za piersi.)
Florjan.

Oj! oj! gwałtu! Kasprze! (wyrwawszy się) Cóż u licha! tak ściskać!.. Honwed, czy co?

Gdański.

To jest szal... mojéj żony... mojéj żony!

Florjan.

Twojéj żony?.. co za siła?..

Gdański.
Florjanie!
Florjan (odsuwając się).

Jestżeś pewny?

Gdański.

Własną ręką zapłaciłem za niego dwa tysiące.

Florjan.

Miałżebym się omylić?

Gdański.

Florjanie! Moja żona jest tu u niego... Florjanie, ja go zabiję.

Florjan.

Kasprze, uspokój się ten tego dla Boga.

Gdański.

Florjanie! trzymaj mnie, bo go zabiję.

Florjan.

Tak, trzymaj. Alboż to ja słoń, abym cię mógł zatrzymać? Ale zastanów się Kasprze... Kasprze, słuchasz mnie?

Gdański (który w osłupieniu wpatruje się w szal).

Słucham!

Florjan.

Chcesz go zabić?

Gdański.

Chcę.

Florjan.

A potém?

Gdański.

Będzie zabity.

Florjan.
A potém?
Gdański.

Co?

Florjan.

Będzie zabity — a ty?

Gdański.

Hę?

(Florjan pokazuje powieszenie — Gdański p. k. m. mówi łagodniéj.)

Florjanie, ja się zemścić muszę.

Florjan.

Zemścimy się obadwa. Każemy go zamknąć.

Gdański.

Nie. Wyzwę go.

Florjan.

Na co?

Gdański.

Na palną broń.

Florjan.

Umieszże ty strzelać?

Gdański.

Co to znaczy?

Florjan.

Ależ on twego brzucha jak stodoły nie chybi i ze zamkniętemi oczyma... Cóż więc zyskasz? Żona twoja owdowieje a on ten to tego jak się zowie...

Gdański.

Cicho! cicho! nie kończ Florjanie! — Nie zabiję, nie zastrzelę, ale go poturbuję troszeczkę.

Florjan.
Winszuję mu. Ale Kasprze, ty jesteś nadto silny zamiast zabić umyślnie, udusisz niechcący.
Gdański.

A więc i uściskać go nie mogę. O szkaradnie! haniebnie!.. Ja mu paszport wyrabiam a on tymczasem... Ach Florjanie! pęknę z żalu.

(Zakrywa twarz szalem, którego nie porzuca aż do końca.)




SCENA VI.
Gdański, Florjan, Urzędnik policji.
Urzędnik (stając między dwoma niepostrzeżony).

Pan Milder jest w domu?

Gdański (podnosząc głowę, słabym głosem).

Ha! To ty Panie Janie. Jak się masz? Co cię tu sprowadza?

Urzędnik.

Slużba. Mam rozkaz zabrać papiery Pana tak nazwanego Milder, potém odwieźć go i koleją żelazną w towarzystwie żandarma za granicę wyprawić. Ale gdzież jest?

Florjan.

Tu, tu... tam jest.

Gdański.
Stójcie! Czekajcie! (na stronie) Zastanie go z moją żoną... explikacya... szkandał... (głośno) Panie Janie, kochany Panie Janie, zrób mi wielką łaskę, będę ci wdzięczny całe moje życie... zostaw nas samych, na dziesięć minut. Innego prócz tych drzwi wychodu niema... znam to pomieszkanie... ujść nie może... rozstaw straże... ale na Boga cię zaklinam, zostaw nas samych.
Urzędnik.

Kochany Panie Gdański, to być nie może, — papiery muszą być schwycone znienacka.

Gdański.

Schwycę znienacka — znienacka Jasiu, oddam ci wszystkie, na mój honor wszystkie.

Urzędnik.

Ależ to sprzeciwia się moim obowiązkom.

Gdański.

Patrz, wyrobiłem mu paszport.

Urzędnik.

Wiém, wiém, a ja tu mam inny. (Kładzie papiery na stolik, do którego zbliża się i Gdański obrócony ku drzwiom pokoju Mildera.) Wierz mi kochany Panie, nie potrzebnie się kłopoczesz. Ten Pan Milder nie wart twojéj przyjaźni. Jest to człowiek jak się zdaje podejrzany — każe nazywać się Milder a jest rzeczywiście Wacław Marski.

Gdański (uderzając pięścią w stół, aż się załamuje).

Marski! — Mój wróg... mój wąż... tu i z nim?!.. Marski! Marski!

Milder.

Jestem, kto mnie woła?





SCENA VII. i ostatnia.
Gdański, Florjan, Urzędnik, Marski, Julja,
potém Hermenegilda.
Florjan (do urzędnika).

Użyj Pan siły zbrojnéj, bo będzie kapa... kaka... katastrofa.

(Gdański i Marski wpatrują się w siebie w milczeniu.)
Gdański.

A więc... A więc... Pan... Pan... jesteś Marski?

Marski.

Tak jest, Wacław Marski i twój zięć szanowny Panie Gdański.

Florjan.

Ten to tego...

Julja.

Twój zięć, kochany Ojcze.

Gdański.

Moja córka?

Florjan.

Ten.. ten... ten... ten...

Marski.

Twoja córka, moja żona.

Florjan (do Urzędnika).

Ten to tego... jak się zowie...

Urzędnik.

Nie wiem.

Hermenegilda.

I mnie w spisek wciągnięto — wstawiam się za niemi.

Gdański.

Wiesz zatém?

Hermenegilda.

Zapewne, że wiem.

Gdański.
O Hermenegildo! (Przerzuca szal na drugą rękę.)
Hermenegilda.

Dobrze, dobrze.

Gdański.

Przebaczasz mi?

Hermenegilda.

Przebaczam, przebaczam.

Marski.

Na dowód czego zwraca zapis. Nie chce nadal innéj rękojmi jak miłość męża.

Gdański (przerzucając szal).

O Hermenegildo! Hermenegildo!

Marski.

A ja oddaję przezemnie otrzymany ten zapis w zamian przebaczenia i błogosławieństwa.

Julja.

Kochany Ojcze...

Gdański.

Dobrze... dobrze. (na stronie przerzucając szal) Przecie z macochą nie zechce... (głośno) Moja żona anioł... wierzę jéj... (do Marskiego) Daj zapis.

Hermenegilda.

Państwo Marscy dziś odjadą.

Marski (wskazując Urzędnika).

Za to ręczy Jegomość Dobrodziej.

Florjan.

Cóż ja pocznę?

Gdański.
Żeń się z twoją wdową z Bukowiny.
Florjan.

Ach Kasprze! Wszak to ona moja wdowa, jego córka, twoja żona.

Gdański.

Co? Co?

Florjan.

Koniec końców ten to tego.. jak się zowie... Ożenić się nie mogę.

KONIEC.
PAN BENET.
KOMEDYA
W JEDNYM AKCIE, WIERSZEM.

Młodzi nie mając doświadczenia, skwapliwością grzeszą. Starzy sparzywszy się na jedném, więcéj się czasem lękają niż trzeba: środkiem iść należy.

And. Max. Fredro.

OSOBY:
PAN BENET.
PUŁKOWNIK, jego brat.
ZDZISŁAW, jego synowiec.
PAULINA.
STEFAN, służący Pana Beneta.
MACIUŚ, chłopak pułkownika.


Rzecz dzieje się na wsi w domu Pana Beneta.

PAN BENET.


(Scena przedstawia obszerny pokój. — Na prawéj stronie od aktorów, przy drzwiach kominek odsunięty od tegoż ku środkowi, stół duży dywanem przykryty. — Dwie świece, — po lewéj stronie kanapa — za kanapą między dwoma drzwiami stolik z kwiatkami w wazonach, — w głębi drzwi środkowe, przy nich papuga w klatce.)


SCENA I.
Pan Benet (sam).
(Chodzi zwolna po pokoju i rozmawiając klapką muchy bije.)

Beatus qui tenet,
Powiedział Pan Benet,
Pan Benet, mój antenat, arcymądra głowa,
Przewodnią téż są moją święte jego słowa.
Każdy goni za szczęściem, a jak go dopadnie,
Puszcza z rąk, bo co szczęście, sam nie wie dokładnie;
Goni całe swe życie, bez ustanku, wściekle,
Tłucze się za tém szczęściem jak Marek po piekle
I dziwi się na końcu przeznaczeniu swemu,
Że prócz guzów, nic nie miał. — A któż winien temu?
Nie biegaj, nie potkniesz się, nie pnij się, nie spadniesz,
Nie pływaj, nie utoniesz; a gdy co owładniesz,

Trzymaj się tego silnie, jak pijany płota...
Lepsza pewność żelazna, niż nadzieja złota.
Kiedy ze wschodem słońca w tabakierkę puknę,
Tabaczki całym nosem na dzieńdobry smuknę,
Kiedy późniéj, zdrów, wesół, wezmę się do pracy:
Najprzód kawkę z bułeczką gładko zmiotę z tacy,
Potém kwiaty powącham... papugę poskrobię,
Potém z klapką na muchy popoluję sobie,
Kiedy nareszcie Panie, po chwili spoczynku
Zjem obiadek i potem drzymnę przy kominku
A cisza, cisza luba, w koło mnie osiędzie,
Pytam się — czy nam kiedy w raju lepiéj będzie.





SCENA II.
Pan Benet, Zdzisław.
Zdzisław (za sceną).

Fawor! Sa tu! do nogi!

Pan Benet.

Cóż to za wrzawa?

Zdzisław (za sceną).

Weź go do psiarni!.. Prędzéj!..

Pan Benet.

Cóż to? Głos Zdzisława.

(Zdzisław wchodzi — jego mowa prędka, ucinkowa. — Ruchy gorączkowe — śmiech przymuszony.)
Zdzisław (całując w ramię P. Beneta.)

Jak się masz stryju?

Pan Benet.

Witam.

Zdzisław.

Psa zamknąć kazałem.
Psów nie lubisz?..

Pan Benet.

Nienawidzę.

Zdzisław.

Stryj zdrów?

Pan Benet.

Ot tak!

Zdzisław (chodząc).

Przyjechałem.
(p. k. m.) Przyjechałem.

Pan Benet (nie spuszczając go z oka).

Widzę, widzę.

Zdzisław (nie patrząc na stryja).

Stryj wygląda wyśmienicie.

Pan Benet.

A ty, jak się masz?

Zdzisław.

Tak jak całe życie...

(Śmiejąc się, zdejmuje paletot i rzuca na klatkę.)

Doskonale.

Pan Benet.

Nie zruć klatki.

(Zdzisław bierze paltot i rzuca na ziemię.)
Zdzisław.

Nie... nie... Zimno. — Nic nie szkodzi...
Mnie gorąco... mróz mnie chłodzi.

(Zdzisław zdejmuje szal z szyi i rzuca na kwiatki.)
Pan Benet.

Uważaj!.. Połamiesz kwiatki.

Zdzisław.

A! prawda... połamię kwiatki.

(Ściąga szal i rzuca na ziemię, — potém chodzi rozpinając suknie, obcierając twarz etc. — Pan Benet nie spuszcza go z oka.)
Zdzisław (p k. m)

Przyjechałem.

Pan Benet.

Słyszę, słyszę.

Zdzisław.

Jak bomba wpadłem z hałasem...
Przerwałem swobodną ciszę
(śmiejąc się)
Jak bomba... z trzaskiem, hałasem.

Pan Benet.

Nie mógłbyś usiąść tymczasem?

Zdzisław (siadając).

Owszem.

Pan Benet (p. k. m.).

Zkąd jedziesz Zdzisławie?

Zdzisław.

Nie wiem. W turystę się bawię.
Botanizuję.

Pan Benet.

Po śniegu?

Zdzisław.

Poluję.
Jak się zmęczę, spię, — a jak spię, nie czuję.

(Spuszcza głowę i wpada w zamyślenie.)
Pan Benet (p. k. m.).

Miałeś się żenić?

Zdzisław (zrywa się — Pan Benet wstaje niespokojny).

Ja się żenić miałem,
(Chodzi coraz prędzéj.)
Żenić się miałem! ja się żenić chciałem!

Pan Benet.

Wszakże z Pauliną byłeś zaręczony,
Z wychowanką mego brata.

Zdzisław (z głośnym wybuchem śmiechu — Pan Benet cofa się).

Z Pauliną?!.. Lepszéj nie znalazłbym żony...
Z Pauliną?.. Ja, ja?.. Ha! to dobre żarty.

(Chodzi, potém nagle staje przed stołem za który cofnął się Pan Benet)

Cóż stryj tak patrzy na stole oparty
Nie ściągając z dzwonka ręki?
Cóż to? masz mnie za warjata?

Pan Benet.

Żeś nie warjat, Bogu dzięki...
Ale wyznać się ośmielę:
Podobieństwa djable wiele!

Zdzisław.

Ha! tak. Zwykły wyrok świata.
Kto nie w nasze wszedł koleje,
Oczywiście ten szaleje.

Pan Benet.

Słuchaj Zdzisławie. — Zróbmy traktat mały.
Albo powściągnij szalone zapały
Jak na prawego Beneta przystoi
A słuchać będę, co twój mózg wyroi;
Albo jeżeli chcesz jak opętany
Krzyczeć i biegać od ściany do ściany,

Ja ci pomocy udzielę, —
Salon rzęsisto oświecę,
Wszystkie kąty, wszystkie rogi
Poduszkami ci zaścielę,
By w gorliwej twéj mimice
Wyprawiając monologi
Nie poniosłeś gdzie zkąd szwanku.
Ale pozwól mi kochanku
Że ustąpię z placu boju,
Że się zamknę w mym pokoju.
Bo spokojność skarb mój drogi
I nie dam go w własnym domu
Napastować bądź to komu.

Zdzisław (mówiąc cicho i bardzo pomału).

Dobrze — siadajmy spokojnie, pomału
Powiem rzecz całą... cicho... bez zapału.
Zatém stryju, wystaw sobie
Że się kochasz już dwa lata.

Pan Benet.

Jak ty.

Zdzisław.

Jak ja — nie masz świata,
Nie masz szczęścia, nie masz życia,
Najmniejszego serca bicia,
Tylko w drogiéj jéj osobie.

Pan Benet.

Jak w Paulinie.

Zdzisław.

Jak w Pau.... Nie, Nie!..

(Chce wstać, Pan Benet go zatrzymuje.)
Pan Benet.

Pst! spokojnie.

Zdzisław (p. k. m.).

Téj miłości
Matka nie pochwala wcale.

Pan Benet.

Jak twoja.

Zdzisław.

Jak moja. Ale
Mimo wszelkich przeciwności
Kochasz się, kochasz szalenie...

Pan Benet (z oburzeniem i wzniośle)

Żaden z Benetow nie kocha szalenie.

Zdzisław.

Dajmy na to.

Pan Benet (p. k. m.)

Dajmy na to.

Zdzisław.

Ale o głupcze!.. Ty ufasz osobie...

Pan Benet.

Wiesz co Zdzisławie — mów lepiéj o sobie...
Jakoś łatwiéj ci uwierzę.

Zdzisław.

Zatém krótko, węzłowato
Całéj zbrodni opis zrobię.

Pan Benet.

Zbrodni?

Zdzisław.

Okropnéj!

Pan Benet.

Jabym odszedł może.

Zdzisław (zatrzymując wstającego).

Spokojnie.

Pan Benet.

Zbrodni?

Zdzisław.

Jasno rzecz przełożę.

Pan Benet.

Nie chcę, nie chcę...

Zdzisław.

Miłość nasza...

Pan Benet (zatykając sobie uszy).

Nie! o zbrodni, ani słowa...
Już sam wyraz mnie przestrasza.

Zdzisław.

Ależ mój stryju, tu mowa
O zbrodni zdrady w miłości.

Pan Benet (powoli przychodząc do siebie).

A!.. tak... tak... zdrady... miłości...
(znowu z gniewem)
Czemuż straszysz u kaduka
Na pięć minut... na dwanaście...
Na piętnaście... ośmnaście
Pozbawiłeś spokojności,
Jeszcze dotąd serce puka.

Zdzisław (bardzo pomału).

Ależ bo i stryj gorąco kąpany,
Nawet spokojnie nie dasz przyjść do słowa.

Pan Benet.

Ha! jakem Benet, z téj cudownéj zmiany
Rozśmiać się muszę. — Jego zimna głowa,
Moja gorąca!.. (śmieje się) No, no... mówże daléj...
Słucham cierpliwie... Koniec dzieło chwali.

Zdzisław.

Mój stryj pułkownik, swoją wychowankę
Kochał jak córkę, mnie kochał jak syna,
Nic wiec dziwnego że ja i Paulina...

Pan Benet.

Bawiliście się w kochanka, kochankę...

Zdzisław.

Jakto bawili?..

Pan Benet.

Źle, źle powiedziałem:
Kochaliście się, straszliwie, ogromnie.

Zdzisław.

Ach tak, kochany, kochałem
Serca, duszy całą silą.
Pułkownika to cieszyło,
Często żartem mawiał do mnie:
Nie dam z domu co mi w dom dało przeznaczenie.
Żeń się chłopcze z Paulinką, bo ja się ożenię.
Ale dopiero po trudnościach wielu,
Matkęm uprosił — stanąłem u celu.
To historyi połowa.

Pan Benet (ironicznie).

Dobrze. A teraz do zbrodni.

Zdzisław.

Wyjechałem do Krakowa.
Zaledwie kilka tygodni
Na tém wygnaniu minęło,
Bezimienny list odbieram.

Pan Benet.

Bezimienny? piękne dzieło!

Zdzisław.

Słuchaj. — Oczy me przecieram,
Czytam, czytam jak przez krepę,
Że jéj kuzyn, Pan Antoni,
To łyse, grube, pół ślepe
Z nosem kończatym.

Pan Benet.

Kończatym?

Zdzisław.

Kończatym. — Śmie wzdychać do niéj.
Śmie wzdychać i nie dość na tém,
Ale dobrze jest przyjęty. (śmieje się)
(zrywając się) Ha!.. Ty Antoni przeklęty!

Pan Benet (sadzając go).

Tylko spokojnie... Dla Boga
Jak bezimienna przestroga?..

Zdzisław.

Ale przy niéj dowód jasny
Pauliny bilecik własny
Do przyjaciółki pisany...
(Przyjaciółki!.. Kara Boga!..)
Mam, mam w ręku dowód jasny
Wyrok na się już wydany.
(zrywając się) Ha! drżyj, truchlej wiarołomna!

Pan Benet.

Wiarołomna — to być może,
I ja trzy razy powtórzę...
Lecz „wiarołomna“ nie możnaż powiedzieć
A spokojnie przytém siedzieć?

Zdzisław.

Ależ przez Boga żywego,
Czy stryj nie pojmujesz tego,
Że w mych żyłach krew gorąca,
Tętna gwałtownie potrąca?..
Bije w sercu jakby młotem?..

Pan Benet.

I cóż z tego? Co to po tém?
Co wykujesz takim młotem?
Wierz mi, spokojność...

Zdzisław.

Niech ją piorun trzaśnie!..
Mnie dziś o niéj myśleć właśnie. (chodzi prędko)

Pan Benet (do siebie).

Jak Bóg Bogiem — on szaleje...
Pierwszy z Benetów szaleje.
(głośno) No i cóż się potém dzieje?

Zdzisław.

Co? rzecz najnaturalniejsza.

Pan Benet.

Naprzykład?

Zdzisław.

Najrozumniejsza.
Piszę do stryja: „Twoja wychowanka
„Niech sobie idzie za swego kochanka.“

Pan Benet.

Tak?

Zdzisław.

A do niéj: „Bywaj zdrowa.“

Pan Benet.

I nic więcéj?

Zdzisław.

Ani słowa.

Pan Benet.

Hm! zwięzłość stylu wzorowa.

Zdzisław.

Rzecz skończywszy, pięknie, cicho
Pojechałem do Kijowa.

Pan Benet.

Na kontrakty?

Zdzisław.

A mnie licho
Do kontraktów.

Pan Benet.

Po cóż zatém?

Zdzisław.

Chciałem zerwać z całym światem,
W stepach gdzie zająć siedlisko...
Ale stepy nadto blisko...
Znaczniejszy przedział położę.
Wyprowadzę się za morze,
Pójdę w afrykańskie puszcze,
Będę mieszkał z tygrysami,
Hyenami, szakalami.

Pan Benet.

Tam gorącéj krwi nie braknie,
Całe towarzystwo łaknie.
Dobrze zrobisz, idź na puszczę.

Zdzisław.

Ale pierwéj bączka puszczę.

Pan Benet.

Bączka?

Zdzisław.

Kuzynka zabiję.

Pan Benet.

Z kończatym nosem?

Zdzisław.

Z kończatym.

Pan Benet.

Jakto zabijesz?...

Zdzisław.

Jak żmiję.

Pan Benet.

Na gładkiéj drodze?

Zdzisław.

Na drodze honoru.

Pan Benet.

A ba! — I cóż zyskasz na tém?

Zdzisław.

Co wypadnie z tego sporu,
Jedno lepsze od drugiego,
Jego życie, albo moje.

Pan Benet.

W saméj rzeczy; z dwojga złego
Lepsza tu kulka człowieka

Niż tam tygrysia paszczeka.
Tu przynajmniéj zwłoki twoje
Spokojnie, w Benetów grobie
Będą mogły legnąć sobie.





SCENA III.
Ciż sami, Stefan.
Stefan (oddając list).

Maciuś przyjechał z rzeczami
Pulkownika.

Pan Benet, Zdzisław.

Pułkownika?

Stefan.

Gdzieś go z mostu jakaś bryka
Wywaliła ze saniami,
Przez to tak późno przybywa.

(Stefan sprząta paltot i szal Zdzisława, potém odchodzi.)




SCENA IV.
Pan Benet, Zdzisław.
Pan Benet.

To niespodzianka prawdziwa.
(Czyta list.) „Kochany Bracie, na trzy moje listy
nie odebrałem od Ciebie odpisu.“
Żadnego nie odebrałem.
„Lubo spodziewałem się szczerego i solennego
powinszowania. Teraz jadąc do Krakowa, chcę wstąpić do ciebie, a szanując drogą Ci spokojność...

Tak spokojność! A gdzie ona?
„I nie chcąc jéj przerwać gwałtownym sposobem,
wyprawiam dniem przódy mego Maciusia z rzeczami. Ja zaś będę w Sobotę wieczór...

Zdzisław.

To wczoraj... jutro...

Pan Benet.

To dzisiaj.
„Ze mną, rozumie się, jedzie moja żona...“

Zdzisław.

Co?

Pan Benet.

Żona.

(Zdzisław porywa lichtarz chcąc przyświecić, świeca wypada — porywa drugi i przybliża do listu.)
Pan Benet.

Dzień feralny.

Zdzisław.

Czytaj stryju.

Pan Benet.

(czyta) „Ze mną, rozumie się, jedzie moja żona...

Zdzisław.

Rozumie się?

Pan Benet.

Rozumié.

Zdzisław.

Moja żona?

Pan Benet.

Moja żona.

Zdzisław.

Czytaj stryju.

Pan Benet.

(czyta) „Jest trochę cierpiąca, każ dla niéj z łaski
swojéj dobrze wygrzać żółty pokój. Dla mnie
proszę w zielonym o dobry ogień na kominku. —
Do zobaczenia.“
Józef Benet...

Zdzisław.

Józef Benet?

Pan Benet.

Józef Benet. (Długie milczenie)
A ba! Drwij sobie. Ja temu nie wierzę.

Zdzisław.

Nie wierzysz?

Pan Benet.

Tylko że...

Zdzisław.

Co?

Pan Benet.

Ci żołnierze
To z kamienia, to ze stali.
Jest nareszcie i przysłowie:
„W starych piecach djabeł pali.“
(Zadzwoniwszy, do Stefana.)
Wołaj Maciusia. Ten najlepiéj powie.





SCENA V.
Pan Benet, Zdzisław, Maciuś.
Pan Benet.

Pójdź tu.

Zdzisław (chwytając gwałtownie za rękę Maciusia i ciągnąc na przód sceny).

Mów prawdę, nic ci się nie stanie.

Maciuś (podrostek z rudą rozczochraną czupryną)

Pra... prawdę mówię... złamałem sa... sanie
I nie mo... moglem do... dostać sa... sani.

(Pan Benet stoi pośrodku, Maciuś po prawéj stronie od stołu, po lewéj Zdzisław. — Maciuś coraz bardziéj zatrwożony nie spuszcza z oka Zdzisława.)
Pan Benet.

Kto jedzie z Panem?

Maciuś.

Pani.

Pan Benet.

Jaka Pani?

Maciuś.

Tać żonka.

Zdzisław.

Kłamiesz! (Maciuś się cofa.)

Pan Benet.

Pozwól Zdzisławie.
(do Maciusia) Pan się ożenił?

Maciuś.

I jak!

Pan Benet.

Gdzie?

Maciuś.

W Warrrszawie.

Zdzisław.

Kłamiesz!

Maciuś.

Dalipan!

Pan Benet.

Z kim?

Maciuś.

Z Pan... ną... Pauliną.

Zdzisław (rzucając się na Maciusia).

Ha! hultaju!.. Ha! gadzino!

(Maciuś ucieka za stół — Zdzisław raz z jednéj, raz z drugiéj strony zastępując chce go uchwycić — Maciuś krzyczy z coraz większym strachem i płaczem.)
Maciuś.

Za... co... mnie Pan chcesz czu... czubić?

Zdzisław.

Z Pauliną? mówisz z Pauliną?

Maciuś.

Za... za co mnie Pan... za... co chcesz czu... czubić?

Pan Benet (do Zdzisława).

Żaden z Benetów...

Zdzisław (goniąc).

Z Pauliną, z Pauliną?

Pan Benet (do Maciusia wstrzymując Zdzisława).

Uciekaj!

Maciuś (ucieka — ostatnie słowa mówi za drzwiami).

Za... co... mnie... Pan chcesz czu... czubić?





SCENA VI.
Pan Benet, Zdzisław.
Pan Benet.

Opamiętaj się dla Boga.

Zdzisław.

On! on! miałby ją zaślubić!

Pan Benet.

Słuchaj. — Każda chwila droga...
Co się stało, to się stało...
Każdemu wolno się żenić...
A do tego nic nikomu...
Ale zwróćmy dążność całą
By spokojność mego domu
W swar haniebny nie przemienić...
Wy się widzieć nie możecie...
Uchodź ztąd nim stryj przyjedzie...
Idź, idź szlachetny Benecie,
Honor przodków niech cię wiedzie.

Zdzisław.

Co? Ja miałbym uciekać?
Ja niewinny, przed jéj winą?
Nie, nie — tu ją będę czekać.
Niech się nasze oczy spłyną,
Niech otwarcie wypowiedzą
To, co tylko serca wiedzą.
Zbudzonemu jéj wstydowi
Moja wzgarda niech odpowie.

Pan Benet.

Idź, zaklinam cię na Boga.

Zdzisław.

Pójdę, pójdę, ale wprzódy
Złożę stryjowi dowody
Jak niebezpieczna mu żmija
W koło serca się obwija.

Pan Benet.

Czy myślisz że ta przestroga
Co nie w czasie udzielona,
Nie napełni jadem łona
Tego, co w każdéj potrzebie
Był zawsze ojcem dla ciebie.

Zdzisław.

Zostanę.

Pan Benet (z wzrastającém rozżaleniem).

Istoto sroga
Pomnij, że od Filareta
Kalasantego Beneta
Wszyscy zawsze Benetowie
Jak jednéj matki synowie
Wszyscy w świętéj zgodzie żyli.

Zdzisław.

No, to wszyscy głupcy byli.

Pan Benet.
(Pan Benet zatacza się jakby uderzony, opiera się o stół i daléj mówi nie słuchając Zdzisława — boleśnie.)

Benetowie?!..

Zdzisław.

Tylko głupi
Sciska rękę co go łupi...

Pan Benet.

Głupcy!.. wszyscy!..

Zdzisław.

Głupia zgoda...

Pan Benet (zawsze przed siebie).

Benetowie!..

Zdzisław.

Która splata
Jednych korzyść, drugich strata...

Pan Benet.

Głupcy! głupcy!.. Koniec świata
(p. k. m.) Z nim rozmawiać czasu szkoda. (dzwoni)
(Do Stefana biorąc go na stronę.)
Na koń!.. pędź czwałem Stefanie
Wstrzymaj, ostrzeż mego brata
Że tu Zdzisława zastanie.
(Słychać dzwonki i trzask z bicza.)

Stefan.

O!..

Pan Benet.

Co?

Stefan.

To oni. (wychodzi)

Pan Benet.

Oni! (siada osłabiony) Koniec świata.
(Zrywa się i staje przed Zdzisławem.)
Zdzisławie, masz do wyboru:
Albo jak człowiek honoru
Szanuj spokojność rodziny,
Albo trucizną gadziny
Zatruj stryja serce prawe

I Benetów dobrą sławę
(odchodząc do siebie) Ratuj święty Filarecie!..

Zdzisław (sam).

Dobrze, niechże i tak będzie,
Niech się nurza w swoim błędzie,
Niech ufa chytréj kobiecie...
Kiedyś obudzi się przecie...
Ale Paulinę, Paulinę
Chcę zapewnić nim odjadę
Że ja z miłości nie ginę,
Żem jéj wdzięczny za jéj zdradę,
Bom nie kochał jak Antoni...
O Boże! Otóż i oni!..





SCENA VII.
Pułkownik, Pan Benet, Zdzisław, Paulina.
(Pułkownik pochylony w butach sukiennych, mocno kuleje, spierając się na laskę z kulą.)
Pułkownik (wchodząc).

Jak się macie... jak się macie?
(do Beneta) Jasiu uściskaj bratowę,
Ale zwolna Panie bracie.

Pan Benet (zmieszany śmieje się z przymusem).

A!.. bratowa!.. tak się zowie...
A więc tedy... jakie zdrowie?..
(na stronie) Jakem Benet, tracę głowę.
(Zdzisław całuje w ramię pułkownika.)

Pułkownik.

Ho! ho!.. Pan Zdzisław. Sługa uniżony.

Pan Benet (śmiejąc się).

Tak! sługa, sługa. — No, jesteś strudzony
Tu, wygodnie usiądź sobie.

(Pułkownik siada na kanapie bokiem do sceny, tyłem do Zdzisława, który ku ścianie zwrócony obskubuje kwiatki w wazonach — Paulina po prawéj stronie stoi przy stole odwrócona i obłamuje wosk na świecach — Benet w środku w ciągłéj niespokojności, śmieje się z przymusem i często czoło obciera.)
Pułkownik (wyciągając nogę na kanapie).

Już Mocanie z moją nogą
Djabli rady dać nie mogą.
Próżno jéj uwagi robię
Żem nowożeniec Mocanie,
Że mnie kuleć nie do twarzy,
Ona chce mieć własne zdanie,
Ćwika sobie, wierci, parzy,
Jakbym dla niéj był stworzony.
A tu jakoś nie wypada:
Kikut, kikut, obok żony.
Piękna para, piękne stadło,
Żona strzałka, mąż wahadło.
Ale Paulina powiada,
Że Mocanie temu rada,
Bo mąż taki już nie dernie
Jak to derdać umią młodzi.

(Zdzisław obraca się jakby dotknięty — Pan Benet ku niemu składa ręce niby błagając, a mówi śmiejąc się.)
Pan Benet.

Tak, tak... prawda... krzywo chodzi...

Pułkownik.

Ale kocha prosto, wiernie.
Prawda żono?

(Zdzisław obraca się. Gra Beneta jak wyżéj.)
Paulina (p. k. m. z przymusem).

W saméj rzeczy.

Pan Benet (do Pauliny).

Bardzo pięknie. (do Pułkownika) Nikt nie przeczy.

Pułkownik.

Mówią, że kto się ożeni
Ten się odmieni.
Otóż ja się ożeniłem
A na jotę nie zmieniłem.
Jak kulałem, tak kuleję,
Jak za młodu, tak w téj dobie,
Dmuchać w kaszę nie dam sobie.

Pan Benet.

Mogę zatém mieć nadzieję,
Że krew zimna, w każdéj sprawie,
Nie uległa żadnéj zmianie.

Pułkownik.

Ależ tu ciepło Mocanie.

Pan Benet.

Ach, ciepło.

Pułkownik.

Paulinko może
Chcesz co zmienić w twym ubiorze?
Idź moja lubko. — Zdzisławie,
Stryjance podaj rękę i wskaż drogę
Do jéj pokoju... bo ja już nie mogę.

(Zdzisław po krótkiém ociąganiu się, podaje rękę Paulinie. Odchodzą znacznie od siebie odwróceni, w drugie drzwi na lewo. — Pan Benet kręci się, zwracając jedno słowo do odchodzących a drugie do Pułkownika.)
Pan Benet.

Jakże... ale... jakże... ale...
Bo to przecie... jakoś wcale...





SCENA VIII.
Pan Benet, Pułkownik, późniéj Zdzisław.
Pułkownik.

Cóż się tak kręcisz, wiercisz, jak na śrubie?
Wiesz że ja spokojność lubię.
Nie mógłbyś usiąść na chwilę?

(Pan Benet siada na brzeżku krzesełka, spoglądając na drzwi, któremi wyszli młodzi.)
Pan Benet (siadając).

I owszem. — Ja siedzieć lubię...
Ale mam na głowie tyle...
Bo to widzisz... że z młodemi...
Ot wiesz: ja pójdę za niemi.

Pułkownik.

Nie przeszkadzaj im.

Pan Benet (zrywając się).

Nie prze... (na stronie) Co się dzieje?
Już drugi Benet szaleje.

Pułkownik.

Niech się Mocanie wyszumią.

Pan Benet.

Ależ djabli z tego szumu.

Pułkownik.

Powoli się porozumią,
Przyjdą zwolna do rozumu.

Pan Benet.

Porozumią?.. do rozumu?..
Józiu, Józiu, mnie się zdaje,
Ustrzeliłeś pono bąka...
Tobie coś wiele nie staje
Na nieszczęsnego małżonka.

Pułkownik.

A to dlaczego? Żem nie dobrał pary
Że ona młoda, a ja niby stary.
I cóż to szkodzi?.. I cóż mi się stanie?

Pan Benet.

A! wiesz. To dziwne pytanie.

Pułkownik.

Młody, młody niech się lęka
Kiedy na kobiercu klęka,
Bo przed nim jak step bez granic
Przyszłość zalega w pomroku,
Tam przewodnie światło za nic,
Nie przyświeca naprzód oku,
Co go czeka w ciągu drogi,
Złe czy dobre, kwiat czy głogi.
Ale dla nas cośmy starzy
Gdy w małżeństwo grać się zdarzy,
Jakaż licha nasza stawka,
Tych lat trochę co zostało!
Ciskam zatém kostki śmiało:
Wygram, dobrze, — przegram, fraszka.
Ot — nic więcéj jak zabawka.

(Zdzisław wchodzi i opiera się o klatkę.)
Pan Benet.

Smutnać to, smutna igraszka
Bo czas sunie się powoli
Wtedy, kiedy coś nas boli.
Bo równie stare jak i młode skronie
Czują, że im źle w ciernistéj koronie.

Pułkownik.

Ależ Jasiu, bój się Boga:
Od nadobnéj młodéj żony
Do ciernistéj twéj korony,
Djable długa jeszcze droga.

Pan Benet (kiwnąwszy ręką).

No!.. Ale słuchaj, mówmy bez ogródki;
Powiedz mi szczerze, jakieś miał pobudki
Zmieniać pokój na małżeństwo?
Kto mógł radzić to szaleństwo?
Kto ci zrobił tę przysługę?

Pułkownik.

Ha. Któż!.. Zdzisław.

Zdzisław (rzucając klatkę).

Ja?

Pan Benet.

Zabił mi papugę!

Zdzisław (podnosząc klatkę).

Nie, nie. — I owszem.

Pan Benet (odbierając).

I owszem!.. Poczciwy!..

Zdzisław (stając przed Pułkownikiem).

Ja! — Ja byłem tak szczęśliwy?

Pułkownik.

A ty Mocanie. Kiedy wobec świata
Zalecałeś się, kochałeś dwa lata,
Każdy szanował układy w rodzinie,
Nikt nawet myśleć nie śmiał o Paulinie.
Nareszcie nagle w szaleństwa zawrocie,
Jednym bezwzglednym szyderskim wyrazem,
Rzuciłeś wzgardę ubogiéj sierocie,
I jak pod pręgierz postawiłeś razem,
Przed owym światem, co na twoje słowo,
Nie znając winy, karał ją surowo.

(Zdzisław oparty na poręczy krzesła, łamie ją. — Pan Benet odbierając, półgosem powtarza słowa Zdzisława.)
Pan Benet.

I owszem...

Zdzisław (do Beneta na stronie).

I ja, ja to słuchać muszę.

Pan Benet (podobnież).

Jeśli masz serce.

Pułkownik.

Ha! na moją duszę
Gdyby nie byłeś synem brata,
Byłaby prędko doszła cię odpłata.

Zdzisław.

Stryju — ja milczę.

Pułkownik.

I bardzo rozumnie,
Bo twoje słowa już są niczém u mnie.
Ale niech skończę. — Nie miałem wyboru,
Nie mogąc pomścić obrazy honoru

Mnie powierzonéj, skrzywdzonéj przez ciebie,
Musiałem w zastaw dać samego siebie,
A gdym z nią stanął na ślubnym kobiercu,
Swiat już nie wątpił o jej czystém sercu,
Bo więcéj wierzył w moją miłość, cnoty,
Niż w pisk papuzi furfanckiéj hołoty.
No!.. ale teraz jesteśmy kontenci,
Ja kocham żonę, aż mi w sercu kręci,
Ona przyrzekła kochać mnie serdecznie
I to Mocanie, wiecznie... O tak! wiecznie.

(Przed ostatniemi wierszami wchodzi Paulina — Stefan otwiera drzwi ze serwetą w rękach.)
Pan Benet.

No, służę... proszę... już dano wieczerzę.

Pułkownik.

Dobrze Mocanie, spotkam się z nią szczerze.
(idąc powoli) Co kto przysiągł, niech dotrzyma
Czy go boli czy nie boli,
Aby potém z długim nosem
Nad smutnym nie płakał losem,
Bo pardonu u mnie niema.
Idziesz Paulino?

Paulina.

Dziękuję.

Pułkownik.

Do woli.
Ja idę chętnie, bom głodny za katy. (Odchodzi.)





SCENA IX.
Pan Benet, Paulina, Zdzisław.
Pan Benet (do Pauliny).

Potraweczki? Co?.. z kuropatwim sosem?

Paulina.

Dziękuję.

Pan Benet.

Może herbaty?

Paulina.

Dziękuję.

Pan Benet (do Zdzisława).

A ty?.. z kuropatwim sosem
Potraweczki? Co?..

Zdzisław.

Dziękuję.

Pan Benet.

Herbaty?

Zdzisław.

Dziękuję.

Pan Benet (na stronie do Zdzisława).

Pójdźże — proszę — mój Zdzisławie.

Zdzisław (siadając na kanapie).

Nie pójdę.

Pan Benet (jak wyżéj).

Ja was samych nie zostawię.

Zdzisław.

Niech stryj zostanie.

Pan Benet.

Mnie odejść wypada.

Zdzisław.

Niech stryj odejdzie.

Pan Benet.

A tak! krótka rada.
(p. k. m. podając rękę Paulinie.)
Paulino służę — może dobréj kawy?

Paulina.

Dziękuję.

Pan Benet (na stronie).

O źle! chmurzy się i chmurzy...
Sternik ślepy i kulawy
Nie uniknie widać burzy. (Odchodzi oglądając się.)





SCENA X.
Paulina, Zdzisław.
Zdzisław (p. k. m.).

Wolnoż zapytać szanownéj stryjanki,
Jak się tam miewa po stracie kochanki
Pan Antoni? — Antoś luby,
Antoś miły, Antoś gruby,
Antoś głupi, dusza rzadka.
Czy płacze na czucia płoche?
Nie utracił brzuszka trochę?
Czy przypadkiem niebożątko
Nie wyłysiał do ostatka?
A to kończaste nosiątko,
Czyliż zawsze tak uparcie
Przed buzią wisi na warcie?
(Paulina parska śmiechem — Zdzisław zrywa się.)
Śmieje się!.. Ona się śmieje!
A ja, ja jeszcze się chwieję!..

(Dobywa list i stawiając przed oczy Pauliny.)
Cóż?..

Paulina.

Co?

Zdzisław.

List?

Paulina.

List.

Zdzisław.

Czyj?

Paulina.

Mój.

Zdzisław.

Ten dowód jawny
Żeś jednego dla drugiego,
A drugiego dla trzeciego
Zwiodła, zdradziła, czy także zabawny?
Jak go nareszcie pokażę stryjowi,
Jestem ciekawy co on na to powie?

Paulina.

Powie: „Nie wierzę“.

Zdzisław (ironicznie).

A!.. powie: „Nie wierzę“.

Paulina.

Bo mnie Pułkownik...

Zdzisław.

Mąż...

Paulina.

Mąż kocha szczerze,
A gdzie prawdziwa miłość, tam i wiara.

Zdzisław.

Ale wszystkiemu jest gdzieś jakaś miara.

Paulina.

W zaprzysiężonéj wzajemnéj miłości
Nie chce znać miary i granic ufności.

Zdzisław.

Jakto? — świat cały kiedy ci powiada,
Jasno dowodzi że tu fałsz tam zdrada?..

Paulina.

Nie wierzyć.

Zdzisław (z gorzkim uśmiechem).

Czy tak? ten twój kodeks nowy
Bardzo wygodny dla świata połowy.

Paulina.

O téj połowie niech nie będzie mowy
Ale dla drugiéj jest trudny lecz święty,
W nim pokój życia, w nim honor zamknięty.
Każdy niech dobrze wprzód się zastanowi
Nim: „kocham ciebie“ drugiéj duszy powie,
A jak raz rzeknie i echo usłyszy,
Niechże używa téj swobodnéj ciszy
Która jedynie z ufności wypływa,
Z nią miłość rajem, bez niéj piekło bywa.

Zdzisław.

Ja wierzę. Powiedz, toś nie ty pisała?

Paulina.

Ja.

Zdzisław.

Ale bajką jest osnowa cała.

Paulina.

Wszystko za późno.

Zdzisław.

Paulino, Paulino!
Jakim występkiem, jaką ciężką winą
Ściągnąłem na się ten ogrom boleści?
Czyliż twe serce litości nie mieści?
Spojrzyjże na mnie... czytaj na mém czole
Te w samo życie ryjące się bole.

(Paulina, która dotąd odwracała oczy, spogląda na niego.)
Paulina.

Zdzisławie... (wstrzymując się) Cierpiałeś wiele...
Twe cierpienia z tobą dzielę...
(jakby do siebie na stronie)
Cóż je wynagrodzić może?...
Ach zbłądziłam... O mój Boże!..

Stefan (wchodząc).

Pana Zdzisława proszą tam Panowie.

Zdzisław.

Ach zaraz, zaraz. (Stefan odchodzi)
Ogień w mojéj głowie,
Ogień w moich piersiach, ogień w sercu, w duszy,
Chciałem się pomścić téj srogiéj katuszy;
Wszystkiém czém mogłem draźniłem żal w sobie,
Ale daremnie. Poznałem przy tobie
Żeś ty mą duszą, méj duszy nie zmienię.
Nic nie chcę wiedzieć, uniosę cierpienie,
Jak skarb najdroższy w mém życiu zagrzebię,
Bo to cierpienie dane mi przez ciebie.
Żegnam cię... jadę.

Paulina.

Nie, nie jedź.

Zdzisław.

Nie mogę.

Paulina.

Zostaniesz.

Zdzisław.

Honor wskazuje mi drogę.

Paulina.

Słuchaj... do jutra.

Zdzisław.

Paulino, nie mogę.

Pan Benet (we drzwiach).

Zdzisławie!

Zdzisław.

Zaraz.

Paulina (prędko).

Bądź tu za godzinę.

(Chce ją w rękę pocałować, ale mocne chrząkanie Beneta zmusza go odejść.)




SCENA XI.
Pan Benet, Paulina.
Paulina (siada zakrywając oczy).

Nad me siły... zginę... zginę...

Pan Benet.

Jakto?.. Jakto, za godzinę?..
Na honor Pani bratowo
To za bystre było słowo.

I powiedzieć mi się godzi,
Że to wcale nie uchodzi.
Mnie rodu Benetów głowie
Obojętném być nie może,
Że w téj chwili Benetowie
Stanąć mogą z sobą w sporze.
A co gorzéj, co broń Boże,
Aby nawet cień pozoru
Zaćmił świetność ich honoru.
Czytaj kroniki, herbarze,
Gdzie stoją nasi przodkowie,
Nigdzie tam się nie okaże
Aby kiedy Benet jaki
Był ten... to... ten... jak się zowie...
Rozumiesz?.. Cóż dopiero
Pan pułkownik, rycerz taki
Miałby... aż mnie mory biorą!
Ufam, wierzę Zdzisławowi,
Wierzę Paulino i tobie,
Że nic przeciw honorowi
Nie zamierzacie w téj dobie;
Ale czas, straszna to władza,
Jego życiem, ciągła zmiana,
Często wieczór to doradza,
Co odradzał jeszcze z rana.
Kochaliście się wzajemnie,
Dziś się kochać nie możecie,
Pocóż myśleć nadaremnie?
Pocóż o tém mówić chcecie?
Na co schadzka i rozmowa...
I sam na sam! o mój Boże!
Wszak ci pokusa gotowa...

I do czegóż was zawiedzie?..
Nie, nie, nie, to być nie może.
Zdzisław chce jechać, niech jedzie.

Paulina (która nie słuchała).

Prawda, prawda, słuszne zdanie,
Zatém Zdzisław niech zostanie.

Pan Benet.

Jakto: zatém?.. Co to: zatém?
Tutaj „zatém“ miejsca nie ma.

Paulina.

Jesteś stryjem, jesteś bratem.
Drogi, dobry Panie Janie...
Usłuchają twojéj rady...
Czy widziałeś jaki blady?
On w rozpaczy... ja truchleję...
Nuż co złego mu się stanie?
Drogi, dobry Panie Janie
W tobie tylko mam nadzieję...
Nie odstępuj go i kroku,
Przez noc całą miej na oku,
Bo jakiebądź złe zdarzenie,
Na twoje padnie sumienie. (Odchodzi na lewo.)





SCENA XII.
Pan Benet (sam).

Na moje?.. moje sumienie?
(Rzucając się w krzesło.)
Fatum! — Nim kogut zapieje,
Trzeci Benet oszaleje.
(Po długiém milczeniu.)
Obudź się śpiochu, (szarpając siebie)

Obudź się Benecie!..
To zmora, zmora twoje piersi gniecie.
Ja śpię... ja marzę... mój brat ożeniony,
Zdzisław rozpacza, pragnie cudzéj żony...
A żona, żona! swojego kochanka
Każe wartować do białego ranka!
To być nie może... (zrywa się) Ach! tak jest w istocie,
Ja nie śpię niestety...
W szalonym zawrocie
Giną Benety!





SCENA XIII.
Pan Benet, Pułkownik.
Pułkownik.

Wojnę Mocanie pedogrze wydałem,
Z twoim węgrzynem tęgo pogadałem.
Ona mnie na złość, a ja jéj wzajemnie,
Kiedy mam cierpieć, niechże nie daremnie.
Ale cóż tobie?.. Nibyś z krzyża zdjęty...
Czy i Waszeci coś tam puka w pięty?..

Pan Benet.

Och nie — nie w pięty, ale w głowę puka...
Jak nie oszaleć, na tém cała sztuka.

Pułkownik.

Ba!

Pan Benet.

Ten nasz Zdzisław złe zamysły chowa.

Pułkownik.

Ba!

Pan Benet.

To płomieniec, wulkaniczna głowa.

Pułkownik.

Ba!

Pan Benet.

Czoło marszczy i posępnie wzdycha.
Ja się boję.

Pułkownik.

Ba!

Pan Benet.

A cóż u licha
Z twojém Ba! i Ba!

Pułkownik.

Cóż bo mam powiedzieć?
I ty zaczynasz na wulkanie siedzieć.

Pan Benet.

Potrzeba radzić.

Pułkownik.

Radźmy — o co chodzi?

Pan Benet.

O dla Boga!.. Wiesz... ten... to ten... — ci młodzi...

Pułkownik.

Kochali się — wiem.

Pan Benet.

Strzegąc ich od złego
Trzeba rozłączyć.

Pułkownik.

Dlaczego?

Pan Benet.

Dlaczego?

Pułkownik.

Dlaczego?

Pan Benet (p. k. m).

Józiu...

Pułkownik.

Jasiu.

Pan Benet (odchodząc na stronę).

On się pyta
Dlaczego, — zgłupiał przy ślubie i kwita.

Pułkownik.

Dobranoc.

Pan Benet.

Ależ...

Pułkownik.

Hę?..

Pan Benet.

Tu drzwi za wiele.

Pułkownik.

Drzwi? Gdzie?

Pan Benet.

Ot tu, tam... rady ci udzielę...
Gdy przez twój pokój można przejść w potrzebie,
Zamknij te. (Pokazuje drzwi Pauliny pokoju.)
Co?.. jak?.. I weź klucz do siebie.

Pułkownik.

Na co?

Pan Benet.

Hę?

Pułkownik.

Na co?

Pan Benet.

Na co?.. Bo wiatr czasem...
Jak buchnie we drzwi, otwiera z hałasem.

Pułkownik.

Powiem Paulinie niech tam zamknie sobie.

Pan Benet.

Jeźli pozwolisz, ja to prędzéj zrobię.

Pułkownik.

Ale cóż znowu... Przecieć mojéj żony
Na klucz nie zamknę niby dla ochrony.
Oj wy, wy, starzy, cni kawalerowie,
Wam zawsze jakieś romantyzmy w głowie...
Ale jak kiedyś, mój Jasieczku luby,
Sam w małżeńskie wstąpisz śluby,
Poznasz że to istne baśnie.
A teraz w łóżko!.. Kto z nas pierwéj zaśnie.
(Odchodzi.)

Pan Benet (sam).

Ha!.. chcesz być — to bądź!.. I najwięksi ludzie...
Fatum! Z tém wszystkiém czas spocząć po trudzie...
Zdzisława teraz nie wyprawiać w drogę.
(Wracając do drzwi.)
Ale sumienie... sumienie. (Ogląda się na wszystkie strony, — potém swój duży fotel od stolika bierze, z trudem dźwiga i nim zastawia drzwi Pauliny, potém posuwa się na przód sceny i mówi jakby do widzów.)
Co mogę.

(Odchodzi do swego pokoju.)




SCENA XIV.
Zdzisław, późniéj Paulina.
(Zdzisław wchodzi zamyślony — słucha przy drzwiach Pułkownika i Pauliny, potém odsuwa fotel i siada.)
Zdzisław.

Tak jest. — Odjadę... gdzie mną los pogoni...
Lecz wprzód zaglądnę co robi Antoni.
Jej chcę przebaczyć, bo wrosła w mą duszę,
(zrywa się) Ale Antosia na pociechę zduszę,
Zbiję, zabiję, zastrzelę, zakolę,
Pod tym warunkiem żyć sobie pozwolę.

Paulina.

Zdzisławie, słuchaj... miej litość nademną.
Ja wiele cierpię... ucieczką tajemną
Zadałbyś mi śmierć... Ja mówić nie mogę...
Jesteś porywczy... miej wzgląd na mą trwogę.

Zdzisław.

O, bądź spokojna. — Twojém, moje życie,
To ci przysięgam...

Paulina.

Nie odjedziesz skrycie?

Zdzisław.

Nie.

Paulina.

Słowo?

Zdzisław.

Słowo.

Paulina.

A teraz Zdzisławie,
Co tylko wolno, wszystko ci wyjawię.

Z przyjaciółkami raz mówiąc o tobie,
W tak się szalonym uniosłam sposobie,
Żem rzekła: Kto chce z każdym się założę,
Że nic ufności naruszyć nie może,
Którą ma Zdzisław w przywiązanie moje.
Nawet dowodów żadnych się nie boję,
Bo gdybym sama, — dodałam w zapale, —
W oczy mu rzekła: Nie kocham cię wcale:
On tak mi ufa, że nie dałby wiary...
I bardzo słusznie, bo kocham bez miary.

Zdzisław.

I moje serce na los się użala!?

Paulina.

Zakład przyjęto. — Napisano listy.
Ja dołączyłam dowód oczywisty.
Jednak zważałam aby na rywala,
Najpoczciwszego ale najbrzydszego
Wybrać człowieka, Pana Antoniego.

Zdzisław.

O ja szalony!.. O ja dzikie zwierze!

Paulina.

Wszakże nazajutrz, strach mnie jakiś bierze...
Nie dotrzymuję więc danego słowa,
Piszę do ciebie...

Zdzisław.

Ale ja z Krakowa
Jak wiatr wypadłem... ach ja oszaleję!

Paulina.

Odbieram odpis, z początku się śmieję...
Wet za wet, myślę... list po liście piszę,
Lecz jakby w sobie, coraz głośniéj słyszę

Zimne szyderstwo. — Czuję jak chłód stali
Co się w pierś wsuwa daléj, coraz daléj.
Więc mnie i gniewu godną nie osądził?

Zdzisław.

Ach nie kończ, nie kończ. — Jakżem wiele zbłądził!
Ty jesteś czystym miłości aniołem,
A ja cię w ludzkie ramiona ująłem...
Jednak, kochasz mnie... oko w oku czyta...
Powiedz...

Paulina.

Niewdzięczny! On się jeszcze pyta.

Pułkownik (ze swego pokoju).

Paulino!(Paulina wybiega.)

Zdzisław (sam).

Straszne... straszne przebudzenie...
Ale stój!.. Hola!.. Wszystko jeszcze zmienię...
My się kochamy... nie ma już powodu...
Była omyłka... jest punkt do rozwodu.

(Wbiega do pokoju Pana Beneta i wkrótce go w szlafroku za rękę spiesznie wyprowadza.)




SCENA XV.
Zdzisław, Pan Benet.
Zdzisław.

Prędko Stryjaszku... Stryjaszku kochany...
Radź... bo tu wielkie, wielkie zaszły zmiany...
O! ja szanuję spokojność Stryjaszka...
Ale sam poznasz że ta rzecz nie fraszka...

(Sadza Beneta na kanapie i siada przy nim po lewéj stronie.)

Siadaj... Ot tak... ja spokojność lubię...
Otóż ci powiem... ja byłem na próbie...
Te wszystkie listy to ona pisała...

(Pułkownik wychodzi ze swego pokoju i staje niewidziany za kanapą.)

Paulina zawsze, zawsze mnie kochała...
I ja ją kocham... Ona była w błędzie...
Ale mnie kocha... wiecznie kochać będzie.

Pułkownik.

Co słyszę?





SCENA XVI. i ostatnia.
Pan Benet, Pułkownik, Zdzisław, późniéj Paulina.
(P. Benet zerwawszy się wraz ze Zdzisławem potrąca go na prawo, tak że zostaje między nim a Pułkouwnikiem.)
Pan Benet.

Stójcie! Bracie, to syn brata...
Zdzisławie synu brata!.. koniec świata.

Pułkownik.

Ciszej no Jasiu! (idąc ku drzwiom) Paulino! Paulino!

Pan Benet.

Zgrozą brzemienna godzino.

(Paulina wchodzi — Zdzisław staje po lewém ręku jakby chciał zasłonić. Pan Benet po ich prawéj a Pułkownik po lewéj stronie.)
Pan Benet (jak najczuléj).

Ach jesteście Benetowie
Jak jednéj matki synowie.

Pułkownik (do Pauliny).

Bliżejno, bliżéj!.. Co to się tu dzieje?

Paulina.

Mówić?

Pułkownik.

A jużci. — Ty go kochasz skrycie?

Paulina.

Kocham, kocham go nad życie.

Pan Benet (zataczając się).

Otóż masz!.. teraz w szale Benetowa...
Czy na Benetów zaraza morowa?!

Pułkownik (do Zdzisława).

A ty Mocanie?

Zdzisław.

Nad obojga życie,
Bo z nią żyć będę... lub z nią legnę w grobie.

Pułkownik (groźno).

Kiedy tak...

Pan Benet (składając ręce).

Józiu!

Pułkownik (do Zdzisława).

No, to weź ją sobie.

Zdzisław, Pan Benet.

Ach!

Zdzisław.

Zatém rozwód.

Pułkownik.

A rozwodu na co?

Pan Benet.

Już do reszty rozum tracą!..

Pułkownik.

Na co rozwodu, gdzie ślubu nie było.
Ja, ja żonaty... czy wam się przyśniło?

Zdzisław.

Niechże was wszystkich uściskam serdecznie.

(Rzuca się w objęcia Pana Beneta.)
Paulina (do Pułkownika).

Ale ja przez to kochać będę wiecznie.

(Pułkownik całuje ją w czoło.)
Pan Benet (wyrywając się z objęcia Zdzisława).

No! no!.. Ten zawsze w smutku czy radości
Jak się dotknie, wara kości.

Pułkownik (do Beneta).

Ty mnie miałeś za głupiego?

Pan Benet (po krótkiém zastanowieniu się podając rękę).

Prawda Józiu... miałem, miałem,
Przepraszam cię...

(Ściskają się.)
Pułkownik.

No nic złego,
Bo téż wielki pozór dałem.

Pan Benet.

Ale ja dotąd nie widzę powodu...

Pułkownik.

Słuchaj — z Benetów i ja także rodu,
Lubię spokojność. — Wystaw zatém sobie
Że coś ty doznał w jednéj tylko dobie,
Ja dwa lata już doznaję;
Już nareszcie sił nie staje
Między temi amantami,
Alias warjatami.

To się wabią, to się zwodzą,
To się kłócą, to się godzą,
Aż nakoniec ten się wścieka
I w pole ucieka.
A Mocanie! rady niema...
Tu i święty nie wytrzyma,
By więc skończyć korowody,
Z upragnionym ślubnym wieńcem
Daléj w pogoń za szaleńcem.
Lecz obojgu chciałem wprzódy
Oddać byka za indyka,
Ztąd wynikło przedsiewzięcie
Zastrzeżone jéj przysięgą.

Paulina.

Którą dochowałam święcie.

Pułkownik.

No!.. Jakoś tam szło nie tęgo,
Byłoby coś djable ślisko
Gdyby nie rezerwa blisko.

Paulina.

A mój mężu, czy się godzi.

Zdzisław (całując ją w rękę)

Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi.

Pułkownik.

Co więc chciałem, dokonałem
Imć Panu nauczkę dałem,
Jakie często gorzkie żale
Za zdziałane coś w zapale.
A Imć Panna niech pamięta,
W jak małéj czasem iskierce
Leży władza niepojęta,
Co rozerwać może serce.

Pan Benet.

Sens moralny wielkiéj wagi
W zapiskach moich umieszczę,
Ale dotąd nie wiem jeszcze
Za co ja, ja brałem plagi.

Pułkownik (ściskając go).

Przepraszam cię Jasiu drogi,
Ale dla twéj spokojności
Byłbyś zdradził na pół drogi.

Pan Benet.

Zbytek, zbytek przezorności.

Pułkownik.

Teraz spać — jutro Mocanie
Jak barana związać każę
I zawiozę przed ołtarze,
Niech się raz już koniec stanie.

Zdzisław.

Czemu nie dziś? — Jeszcze wcześnie.

Pan Benet.

Tylko północ.

Pułkownik.

Spać Mocanie!
A tymczasem żeń się we śnie.

Zdzisław (do Beneta).

Ależ Stryjaszku: Beatus qui tenet.

Pan Benet (kończąc).

Powiedział Pan Benet.
Ale wszyscy Benetowie
Jak jednéj matki synowie
Przy Boskiéj pomocy...

Pułkownik (sens kończąc).

Zawsze spali o północy.
Iść w ich ślady moje zdanie,
Zatém — dobranoc Mocanie.

(Zasłona spada).
KONIEC.
LITA & COMPAGNIE.
KOMEDYA
W JEDNYM AKCIE.

Większém szczęściem niż radą
się stało.
And. Max. Fredro.
OSOBY:
PAN MELCHIOR.
LAURA, jego siostrzenica.
KAROL LITA.
ANASTAZIUS MACZEK.
JULIUSZ,  Podporucznicy ułanów.
GUSTAW,
JAN, służący w hotelu.
SŁUŻBA, MUZYKANCI.
Rzecz dzieje się w Poznaniu w Hotelu pod Orłem.

LITA & COMPAGNIE.


(Obszerny salon, drzwi numerowane — po prawéj stronie od aktorów stolik kilimkiem nakryty, na nim wszystko co trzeba do pisania. — Po lewéj stronie mały stoliczek, na którym taca z filiżankami: w głębi przy ścianie większy stół nakryty obrusem, talerze, szklanki etc. jak zwykle w traktyjerni.)


SCENA I.
Juliusz, Gustaw, późniéj Jan.
(Palą cygara siedząc przy stoliku po lewéj stronie, Juliusz czyta dziennik.)
Gustaw (dzwoni mocno).

Cóż u djabła! dodzwonić się nie można!

Jan.

Zaraz, zaraz, (wchodząc) przepraszam. Byłem zajęty urządzeniem apartamentów.

Gustaw.

Co się należy?

Jan.
Talara. — Byłem zajęty urządzeniem apartamentów, z których jeden został telegramem na dzień dzisiejszy zamówiony od wielkiego domu handlowego Wrocławskiego Lita & Compagnie, a drugi od domu Gdańskiego, także Lita & Compagnie.
Gustaw.

Zjazd familijny?

Jan.

Tak się zdaje. — Staram się, aby nasz hotel confortable odpowiedział godnie zaufaniu osób tak znamienitych, szanowanych, czcigodnych...

Juliusz.

Ho! ho! ho!

Jan.

Jedném słowem bogatych.

Juliusz.

A to wcale co innego. — Lita z Wrocławia, Gustawie, czy to nie będzie Karol Lita, nasz szkolny kolega. (dzwonią)

Jan.

Zaraz, zaraz! — Za pozwoleniem.

(Odchodzi.)
Gustaw.

Karol poczciwy, którego nazywaliśmy bawełnianym, bo nigdy nie wiedział czego chce, a czego nie chce.





SCENA II.
Juliusz, Gustaw, Karol.
(Karol w podróżnym stroju, torba w ręku, którą kładzie przy drzwiach na ziemi, potém na krześle, potém na inném krześle.)
Juliusz.

Otóż i on.

Gustaw.
Karolu!
Karol.

A! a! a!

Juliusz.

Nie poznajesz nas?

Karol.

Juliusz! Gustaw! (ściskają się) Prawda, że was zrazu nie poznałem; nie widziałem was jeszcze w mundurach — jak się macie, jakże wam się powodzi kochani koledzy?

Gustaw.

Nie źle, nie źle. — A ty jak się miewasz?

Karol.

Ja? — sam nie wiem.

Juliusz.

Nie zmieniłeś się jak uważam.

Karol.

O szczęśliwi wy w mundurach.

Juliusz.

Tak mundur byłby do zazdrości, gdyby był...

Karol.

Rozumiem, rozumiem. Lepszy jednak niż rękaw płócienny, lepszy pałasz niż pióro za uchem, lepsze koszary niż comptoir.

Juliusz.

Łatwiéj tobie mieć mundur niż nam comptoir.

Gustaw.
Mila to zabawka liczyć, przeliczać talary, luidory, a jeszcze milsza wydawać na co się podoba.
Karol.

I cóż z tego, że kiedyś mieć będę pieniądze, jeżeli wtenczas już mnie ogarnie finansistów choroba, to jest nieuśmierzone pragnienie. Im więcej się ma, tém więcéj się pragnie. Kto ma sto tysięcy, pragnie dwakroć, ma dwakroć chce miliona, osiągnie milion, dąży bez spoczynku do dwóch, a gdy przypadkiem jeden z tych dwóch milionów straci, obwiesza się, na pierwszéj gałęzi.

Gustaw.

Ja, gdybym z dwóch milionów majątku stracił jeden, wiesz, cobym zrobił?

Karol.

Naprzykład?

Gustaw.

Straciłbym drugi.

Karol.

A potém?

Gustaw.

Robiłbym, co robię teraz, długi.

Karol.

Masz tyle odwagi?

Juliusz.

Posuniętą do najwyższego stopnia, za to ja ręczę.

Karol.

W naszym giełdowym świecie wszystko liczy się na procenta — praca, rozrywka, przyjaźń, miłość, sam człowiek o tyle wart, o ile rentować się może.

Juliusz.
Z téj mowy miarkuję, kochany Karolu, że jesteś pod wpływem jakiejś chwilowéj przeciwności.
Karol.

Ach, tak jest! — ale niestety nie chwilowéj — sprzedano przyszłość moją. — Słuchajcie, może mi dacie jaką dobrą radę.

Juliusz.

Zasiadajmy więc do rady — ja prezyduję.

Karol.

Dom handlowy Wrocławski Lita & Comp. z domem Gdańskim Lita junior & Comp. zawarł układ przed trzema laty, podług którego ja mam pojąć za żonę Laurę, moją kuzynkę. W razie, gdyby która strona nie mogła lub nie chciała dotrzymać słowa, jest wtenczas obowiązaną zapłacić drugiej 30.000 talarów.

Juliusz.

A kuzynka stara?

Karol.

Lat ośmnaście.

Juliusz.

Brzydka?

Karol.

Nie znam jéj, ale mówią, że ładna.

Juliusz.

I bogata?

Karol.

Ha, bogata.

Juliusz.

I czegóż ty chcesz?

Gustaw.
Na oślep zająłbym twoje miejsce.
Karol.

Zaraz, niech skończę. — Przed dziesięciu dniami poznałem inną Laurę.

Gustaw i Juliusz.

A ha!..

Karol.

Ale jaką!..

Juliusz.

Rentującą się.

Karol.

Sto procentu szczęścia przyniosłaby niezawodnie.

Juliusz.

Jedném słowem, kochasz się.

Karol.

Jak szalony. — I właśnie kiedy decydowałem się, albo raczéj, kiedy na nic zdecydować się nie mogłem, mój ojciec oświadcza mi, że termin nieszczęsnego układu nadszedł, że zjazd ma miejsce w Poznaniu i że nie mogąc sam jechać wyprawia ze mną swego buchhaltera, aby na dniu dzisiejszym otrzymał podpis intercyzy albo odebrał wexel na 30.000 talarów, a to w razie, gdyby Panna Laura Lita lub jéj opiekunowie, bo rodziców już niema, wzbraniali się układowi zadość uczynić.

Juliusz.

Jesteś więc pod opieką Pana buchhaltera?

Karol.

Jak paka towarów. — Dopiero po obustronném podpisaniu intercyzy ta opieka ustaje i mam mieć wręczony pulares zawierający paszport i pewną kwotę pieniężną, abym mógł z moją narzeczoną do Gdańska pojechać i tam aż do ślubu pozostać. — Trzeba wam jeszcze wiedzieć, że wsiadając do wagonu w Wrocławiu zastałem już tam moją ubóstwioną Laurę z jéj wujem Panem Melchiorem, człowiekiem ponurym, milczącym, istnym kamedułą. Przyjechaliśmy więc tu razem.

Juliusz.

Zdecydowany więc jesteś zerwać z Gdańską kuzynką i starać się o rękę siostrzenicy Pana Kameduły?

Karol.

Na nic jeszcze nie jestem zdecydowany, bo jeżeli kocham Laurę nad wszelkie pojęcie, to także nad wszelkie pojęcie boję się mego ojca. — Cóż tu robić?

Juliusz.

Czegóż ty sobie życzysz na teraz?

Karol.

Przewłoki przynajmniéj. — Życzę sobie wyrwać się z pod opieki Anastaziusa Maczka.

Juliusz.

Anastaziusa Maczka? Co to za zwierze?

Karol.

Tak się nazywa mój opiekun ad hoc.

Juliusz.

A potém?

Karol.
Dostawszy pulares z pieniędzmi, jechać za Laurą do Berlina. Tyle przynajmniéj osiągnąć pragnę na teraz.
Juliusz.

Jakiż człowiek ten twój Anastazius?

Karol.

W comptoirze geniusz, za comptoirem głupiec.

Juliusz.

Jakież ma gusta?

Karol.

Atrament i piwo.

Juliusz.

I on ma zlecenie?

Karol.

Zlecenie w jedném słowie: żądać podpisu intercyzy. A po otrzymanym podpisie zaraz wracać do Wrocławia.

Juliusz.

A kuzynka pewnie dziś przyjedzie?

Karol.

Dziś termin.

Juliusz.

Dobrze byłoby, gdyby nie przyjechała.

Gustaw.

Nie przyjedzie — a jeżeli przyjedzie wcale nam nie przeszkodzi. Mam projekt doskonały. Mój pojazd niby fiaker stanie przed dworcem kolei żelaznéj. Dozorca starać się będzie, ażeby panna, która z Gdańska przybędzie, wsiadła do mego pojazdu. — Mój furman rozpuszcza konie, niby się zbiegały, koła furczą, bruk się pali... wtenczas ja przypadam, zatrzymuję konie — otwieram powóz — zemdloną pannę na rękach wynoszę — klękam przed nią — całuję w małą, maciupcią rączkę i szepczę do ucha: Gustaw Oksza, podporucznik trzeciego pułku ułanów, wybawca twój, kocha cie szalenie. Ona otwiera niebieskie oczy albo czarne... nie, niebieskie i rzecze: Bądź moim małżonkiem, zapłacę 30.000 talarów — wart jesteś téj summy. — Tym sposobem Karol weźmie 30.000 talarów i pojedzie za swoją Laurą do Berlina, a ja z moją w Poznaniu świętemi śluby małżeństwa połączonym będę. — A co? — Dobry projekt?

Juliusz.

Szaleństwo! zastanówmy się rozsądnie. (p. k. m.) Naprzykład... gdybyś starał się odstręczyć serce kuzynki i okazując swój charakter w jak najgorszém świetle, zmusić ją poniekąd do odmówienia twojéj ręki.

Karol.

Nie znam mojéj kuzynki, ale bankierskie żołądki strawne.

Juliusz.

A potém stara to komedya... i czasu niema.

Gustaw.

A gdybyś w gwałtownej sprzeczce krzesełkiem...

Juliusz i Karol.

O!.. O!.. O!..

Gustaw.

No cóż? O! O! O! — nie wiecie, co chcę mówić, a krzyczycie O! O! O! — Gdybyś powiadam krzesełkiem ją nastraszył, krzycząc: Milcz albo zabiję — wtenczas ja wchodzę, staję między wami,wyrywam krzesełko, druzgoczę o ziemię, dobywamy pałaszy, bijemy się, płatnę cię po łapie... krew się leje, ona mdleje... Och! och!.. zrobiłem wiersz niechcący, wiersz tragiczny „krew się leje, ona mdleje“.

Juliusz.

Zrobiłeś wiersz, to być może...

Gustaw.

Krew się leje, ona mdleje.

Juliusz.

Ale w konceptach powtarzasz się kaducznie, zawsze cała rzecz na tém, że mdleje — a jak nie zemdleje?

Gustaw.

Tém lepiéj! — Nie zemdleje... Rzuca mi się na szyję i mówi: Byłeś mścicielem, bądź teraz moim małżonkiem i... w Gdańsku bankierem.

Juliusz.

Dajże pokój tym wszystkim szaleństwom.

Karol (do przechodzącego Jana).

O której godzinie przychodzi pociąg z Gdańska?

Jan.

O pierwszéj — ale jeżeli Pan się pytasz z powodu oczekiwanych ztamtąd gości, to muszę powiedzieć, że w ten moment odebrałem list, że Panna Lita aż jutro przyjedzie...

(Odchodzi.)
Juliusz.

Tém lepiéj, tém lepiéj — teraz dopiero ręczę za pomyślny skutek mojego projektu. (do Karola) Przyjdź do nas pod numer czwarty naprzeciwko Hotelu. Naradzimy się, mam nadzieję, że ci pomożemy. — Ale sluchajno Karolu, my jesteśmy wojskowi, gdybyś komubądź powiedział, co zrobić zamyślamy, mógłbyś nas mocno skompromitować.

Karol.

Ratujcie mnie, a daję wam słowo honoru, że was nigdy i nikomu nie wymienię.

Juliusz.

Chodźmy więc — do zobaczenia.

Gustaw.

Krew się leje, ona mdleje.

(Odchodzą.)

Karol (sam).

Gustaw szalony, ale Juliusz to rozsądek chodzący, temu mogą zaufać zupełnie... ale gdyby się udało zerwać z kuzynką... albo tylko zwłokę otrzymać... cóż daléj?.. Czyliż przez to ta, którą kocham, moją będzie? Czy mój Ojciec zezwoli kiedy?.. Mnie się zdaje... prawdę mówiąc, mnie się nic nie zdaje.





SCENA III.
Melchior, Laura, Anastazius, Karol, Jan.
(Anastazius w płóciennym płaszczu zwanym zwykle pudermantlem, mały, płaski, słomiany kapelusz, parasol i fajka na długim cybuchu w ręku. Za gośćmi służba wnosi ich rzeczy.)
Anastazius (do Jana).

Dom handlowy Wrocławski Lita & Compagnie tu w Hotelu pod Orłem w mieście Poznaniu, listem

z 5go b. m. franco i erga Retourrecepisse wyexpedyowanym, a potem potwierdzonym telegramem na dzień dzisiejszy zamówił dwa pokoje.
Jan.

Tak jest i oto numer pierwszy i drugi na pańskie usługi. Cały apartament pod numerem czwartym zamówiony jest przez dom także Lita.

Anastazius.

Lita junior & Compagnie.

Jan.

Ale odebrałem list, że aż jutro przybędą goście z Gdańska.

Karol.

Bogu dzięki.

Anastazius.

Jutro? — zatém szesnastego przyjmujemy to do wiadomości i do protokółu zaciągniemy. A teraz ja Anastazius Maczek, pierwszy buchhalter Wrocławskiego domu Lita & Compagnie, biorę za świadka urząd zawiadowczy Hotelu pod Orłem w Poznaniu, że się stawiłem na dzień piętnasty czerwca i wzywam tenże urząd, aby do przeznaczonego mi pomieszkania dostawił rzeczy moje, mianowicie kuferek skórzany, torbę i poduszkę dętą zwykle wieńcem zwaną.

Melchior.

Panie Raczek.

Anastazius (poprawiając).

Maczek.

Melchior.

Niech będzie Flaczek.

Anastazius (jak wyżéj).
Maczek.
Melchior.

Czy Pan zwaryowałeś?

Anastazius.

Ostre słowo.

Karol.

Pan Melchior przemówił przecie.

Melchior.

Jużby i wszystkim świętym nie stało w końcu cierpliwości. Co mnie u licha do Pańskich interesów? Ja, który ani Lity ani Compagnie nie znam, nie mogę dowiedzieć się dotychczas, czy znajdę jeszcze w tym Hotelu parę pokoików.

Anastazius.

Ja urzęduję.

Melchior.

Idź Pan do djabła z urzędowaniem swojém.

Anastazius (do Karola).

Człowiek gwałtowny, zejdźmy mu z drogi.

Karol.

Ja wyjdę na miasto.

(Odchodzą.)
Jan (do Melchiora).

W przyległéj oficynie jest cały apartament confortable, zegar, firanki, schody oświetlone, widok na dziedziniec — wszelki konfort — wszystko confortable, englisch.[1]

Melchior.

Pójdę pierwéj opatrzyć, zaczekaj tam na mnie.





SCENA IV.
Melchior, Laura.
Melchior.

No!

Laura.

Co?

Melchior.

Jakto, co? — wiesz dobrze, co — dlaczegóż pytasz się co?

Laura.

Chmura więc, którą ściągnął Pan Anastazius Maczek, pęka nademną.

Melchior.

Nie, chmura rozrywa się, bo koniec końców wszystko ma swoje granice. Piszesz do mnie z Gdańska, że zbliża się termin zjazdu w Poznaniu, że piętnastego Czerwca będziesz musiała albo oddać rękę nieznajomemu kuzynowi Karolowi Licie, albo zapłacić 30.000 talarów. Prosisz mnie więc, abym z tobą pierwéj na parę tygodni pojechał do Wrocławia, bo nim weźmiesz jakiebądź postanowienie, chcesz wprzódy poznać tego, którego ci narzucają na męża. Bardzo rozsądnie, pomyślałem, zrzucam mundur, ubieram się jak na redutę i pod przybranemi nazwiskami jedziemy do Wrocławia. Niedługo czekaliśmy, mirliflor jak sikorka na lep został ujęty twojemi wdziękami. Przyjeżdżamy tu nareszcie z nim razem i kiedy mówię: No! — Ty pytasz się: Co? — Ja mówię no, kończ, czas przyszedł. — Chcesz go albo nie chcesz, ale kończ, bo ja nie mam ani czasu ani ochoty bawić się w tę sentymentalną maszkaradę.

Laura.

Kochany Wujaszku, wiem dobrze, że nadużywam twojéj cierpliwości, ale kiedy już tyle dla mnie uczyniłeś, nie cofaj mi swojéj ręki u samego kresu.

Melchior.

I kiedyż będzie koniec?

Laura.

Jutro najdaléj. Oddałam list uwiadamiający, że dopiero jutro mają nas się tu spodziewać.

Melchior.

Ale dlaczego jutro a nie dziś? — Czyliż w tych kilkunastu godzinach poznasz go lepiéj niż w dziesięciu dniach poznałaś?

Laura.

Będę próbować, wysłuchaj mnie kochany Wujaszku a przyznasz, że nie jestem bez rozsądku. Pan Karol podobał mi się...

Melchior.

A więc?

Laura.
Podobał mi się z wielu względów, ale nie dostrzegłam w nim jeszcze tego, co najwięcéj w mężczyznie cenię: stałéj woli, silnéj chęci w przeprowadzeniu téjże. Kocha mnie, wierzę, ale ta jego miłość ogranicza się na wejrzeniach i westchnieniach. — Nawet mi nie powiedział, że mu się podobam.
Melchior.

Zbrodniarz!

Laura.

Przecie od tego zacząć trzeba. Założył ręce i daje unosić się prądowi nie myśląc gdzie on go wyrzucić może. Nie chce żenić się z kuzynką nieznajomą, niechże przecie coś zrobi, coś powie, coby odpowiadało téj chęci.

Melchior.

Cóż ma robić? — Ma krzyczeć przez tubę z Wrocławia do Gdańska. (grubym głosem) Kuzynko! ja cię nie chcę, bo się zakochałem tymczasem w jednym nosku i w dwóch niebieskich ślepkach.

Laura.

Ale mnie, mnie może powiedzieć, co zamierza w tym względzie przedsięwziąć. Do tego chcę go dziś zmusić. Kochany Wujaszku, nie masz się czego gniewać, a nawet prawdę mówiąc powinieneś mi dziękować.

Melchior.

A to za co?

Laura.

Że ci daję sposobność okazać się dobrym Pułkownikiem.

Melchior (śmiejąc się).

Tego nie byłbym zgadł.

Laura.
Bo jeździsz incognito pomiędzy oddziały twojego pułku i możesz się skrycie przekonywać, czy wszystko jest tak w istocie jak ci raportują.
Melchior.

Patrzcie, ona mnie jeszcze służby uczyć będzie.

Laura.

Uczyć nie będę, ale pochwalić mogę. Wujaszku jesteś dobrym Pułkownikiem.

Melchior.

Dziękuję ci za pochwałę Naczelny Wodzu.

Laura.

Uważałam jak w kilku miejscach kazałeś niespodzianie garnizonowi wystąpić. Ostro, sprawiedliwie, szybko, energicznie, ja tak lubię.

Melchior.

Prawdziwie ja nie wiem, zkąd te panny teraz biorą ten rozum; ale niezawodnie mają go wiecéj niż ich prababki — jak tak pójdzie crescendo strach by rządów świata nie zagarnęły.

Laura.

Możeby i lepiéj było.

Melchior.

Wszystkoby się wspierało na miłości...

Laura.

Na miłości bliźniego — alboż to źle?

Melchior (do wchodzącego Karola).

Zostań Pan tu, proszę, przy mojéj siostrzenicy; pójdę opatrzyć pomieszkanie confortable, englisch!

(Odchodzi.)




SCENA V.
Laura, Karol.
Laura.

Zawiodła Pana nadzieja.

Karol.

W czém Pani?

Laura.

Kuzynka, jak się dowiaduję, dziś jeszcze nie przybędzie.

Karol.

Bogu dzięki! dobra i chwila zwłoki.

Laura.

Wiesz Pan, że te „Bogu dzięki“ wcale nie pochlebne dla kuzynki.

Karol.

Być może, ale wyrzeczone z głębi serca.

Laura.

Biedna moja Lorko!

Karol.

Pani mówisz, jak gdybyś ją znała.

Laura.

Znam ją bardzo dobrze.

Karol.

Tak?

Laura.

Młoda, bogata.

Karol.
Wiem.
Laura.

Przystojna, niektórzy nawet mówią, że ładna.

Karol.

Tak?

Laura.

Chwalą jéj wykształcenie, jéj sposób myślenia.

Karol.

Być może.

Laura.

Uważam, że na wszystko, co się tycze kuzynki, jesteś Pan obojętnym.

Karol.

Bardzo obojętnym.

Laura.

Pan więc nie kochasz kuzynki?

Karol.

Nie.

Laura.

A ona?

Karol.

Nie znamy się.

Laura.

I chcecie się pobrać?

Karol.

Po kupiecku.

Laura.

Biedna Lorko, powtarzam jeszcze.

Karol.

Bynajmniéj. Moja kuzynka tak jak ja wychowana w atmosferze comptoiru. Moja kuzynka, jeżeli ze mną nie zrobi ślubnego kontraktu, znajdzie łatwo męża, który jej dostateczny zapewni procent. (z gorzką ironiją) Piękność, dobroć, rozum, miłość wzajemna, co to wszystko u nas znaczy?! to się nie rentuje — to żadnego kursu niema. O to się nawet nikt nie pyta na giełdzie. My ludzie handlu, spekulanci, my bankierzy dążymy do czegoś wyższego, szczytniejszego.

Laura.

Do czego?

Karol.

Do ujęcia wszelkiego uczucia duszy w zimne karby rachuby. Expedyując serce, najwięcéj, jeżeli na wierzchu napiszemy fragile.

Laura.

Mnie się zdaje, że Pan przesadzasz. Człowiek powinien w sobie znaleźć dość siły, aby się oprzeć temu, co tak stanowczo potępia.

Karol.

Jak? jak się opierać? — Mój ojciec stary, uprzedzony.

Laura.

Ale mówiłżeś Pan z nim o tém.

Karol.

Nie... nie miałem czasu.

Laura.

Nie miałeś czasu?

Karol.
Bo muszę wyznać, że te prawdy stanęły jasno przed duszą moją dopiero w tych dniach.
Laura.

Może tego cudu i kuzynka doznała.

Karol.

Wątpię.

Laura.

Jestżeś Pan tak pewny, że się jéj podobasz?

Karol.

O podobaniu nie ma mowy, ale jestem pewny, że układu nie zerwie, bo nie zechce zapłacić 30.000 talarów.

Laura.

Cóż Pana upoważnia do tak krzywdzącego mniemania o charakterze kuzynki? Czyliż Pan nie byłbyś zdolny do podobnéj ofiary?

Karol.

Ach Pani, dwakroć większéj.

Laura.

Dziwna rzecz zkąd taki wstręt.

Karol.

Nie, nie wstręt, ale miłość, która ogarnęła duszę moją do innéj osoby.

Laura.

A!.. A!.. tego nie wiedziałam, od tego trzeba było zacząć.

Karol.
Ach, gdybyś Pani była chciała, a raczéj gdyby serce twoje nie milczało, byłabyś dawno odgadła, że mi się świat zmienił od czasu, jak ciebie poznałem. Że co mogłem przyjąć obojętnie jako konieczność losu, dziś już staje się dla mnie nieszczęściem.
Laura (na stronie).

Przecie! (głośno) Jeżeli więc dobrze zrozumiałam, Pan nie życzysz sobie, aby układy z kuzynką przyszły do skutku, bo... bo...

Karol.

Bo ciebie, ciebie kocham, bo tobie chcę życie moje poświęcić.

Laura.

Tak!.. tak!..

Karol.

Powiedz, że się nie gniewasz.

Laura.

Gniewać się niema za co.

Karol.

O Lauro!

Laura.

Ale jakąż drogą myślisz Pan dojść do celu — Co robisz? — Co zrobiłeś? (Karol spuszcza głowę) Nie miałeś czasu rozmówić się z ojcem, nie śmiałeś... ale mogłeś napisać... próbować przynajmniéj, mogłeś także udać się listownie do kuzynki, odwołać się do jéj serca... możeby cię zrozumiała.

Karol.

Prawda, prawda, nic nie zrobiłem... jestem jak odurzony... rady sobie dać nie mogą... ale nie, nie... dam sobie radę... mam zamiar, projekt.

Laura.

Jaki?

Karol.
Jeżeli się uda, nic wprawdzie stanowczego nie osiągnę, ale zyskam na czasie... będę mógł działać... będę mógł z Tobą Pani pojechać do Berlina.
Laura.

Można wiedzieć jaki to projekt?

Karol.

Nie Pani, chciej się nie pytać... Ufaj mi, a jeżeli możesz daj trochę nadziei.

Laura.

Któż komu nadziei wzbronić może.

Karol.

O Lauro, ty nawet nie pojmujesz, jak dobroczynny wpływ wywierasz na duszę moją; kiedy cię poznałem, zobaczyłem świat innym jak go dotąd widziałem — kiedy teraz pozwalasz mieć nadzieję, obudzasz we mnie silną wole. Wszystko przedsięwezmę czego tylko człowiek zdolny, abym pozyskał szczęście z rąk twoich.

Melchior (wchodząc).

Chodź Lorko, confortable, englisch, ciasny i ciemny, ale cóż robić — nie długo tu zabawimy. (do Laury, na stronie) Jakże interes?

Laura (podobnież).

Nie źle.

Melchior.

Żegnam Pana.

(Odchodzi z Laurą.)
Karol (sam).

Projekt moich szkolnych kolegów szalony wprawdzie, ale tonący brzytwy się chwyta. Za taką nagrodę, jaka mnie czeka, gotów jestem wszystkiego próbować nawet niepodobieństwa. Pozwoliła mieć nadzieję. — O jakżem szczęśliwy!





SCENA VI.
Karol, Anastazius.
Anastazius.

Podług danéj mi instrukcyi przez mego pryncypała z dnia dziesiątego bieżącego miesiąca i roku, mam wezwać Pannę Laurę Litę, jedyną sukcesorkę domu Lita junior & Compagnie do podpisania intercyzy. Ale jakże ją wezwać, kiedy jéj niema.

Karol.

W saméj rzeczy niepodobieństwo.

Anastazius.

Podług téjże samej instrukcyi ma być dane śniadanie porządne ale skromne. Jeżeli zaś Panna Lita aż jutro wieczór przyjedzie, jakże dać śniadanie?

Karol.

Damy wieczerzę.

Anastazius.

O wieczerzy niema wzmianki w instrukcyi — niema nawet nic w razie gdyby jakowa zwłoka miała nastąpić. Jestem więc mocno zadziwiony tém nieprzewidzianém zdarzeniem, gwałtownie tudzież strącony z wytkniętéj drogi.

Karol.

Może najlepiéj będzie złożyć wexel na 30.000 talarów i odjechać.

Anastazius.

Co Pan mówisz! Jak Pan możesz to mówić! złożyć wexel? Oni się nie stawili... złożyć wexel!... prędzéj dałbym sobie wszystkie zęby powyrywać.... złożyć wexel! nie miałbym po co wracać do Wrocławia.

Karol.

A więc czekajmy cierpliwie.

Anastazius.

Czekajmy? — Dobrze Pan mówisz, czekajmy.

(Słychać dzwon odźwiernego.)




SCENA VII.
Anastazius, Karol, Juliusz, Gustaw, Jan.
(Juliusz i Gustaw przebrani za damy; służba przenosi rzeczy do pokoju na lewo.)
Jan (do służby).

Pod numer czwarty. Apartament confortable przygotowany dla Panny Lita & Compagnie. Confort zadziwiający, ale nie spodziewaliśmy się już dzisiaj.

Anastazius.

Miałyżby to być?.. tak, to one.

Karol.

Truchleję.

Jan (wstrzymując się od śmiechu)

Panie nic nie rozkażą?

Juliusz.

Na teraz nic... (Jan odchodzi) Proszę Panów powiedzieć nam z łaski swojéj, czy nie przybył kto dziś do tego hotelu z Wrocławia.

Anastazius.
My jesteśmy z Wrocławia. Pani raczysz dowiadywać się zapewne o reprezentanta domu Wrocławskiego Lita & Compagnie.
Juliusz.

Tak jest szanowny Panie.

(Gustaw niby z nieśmiałości kryje się za Juliusza)
Anastazius.

Ja nim jestem, Anastazius Maczek — a to jest Pan Karol Lita.

Juliusz.

Tak? Bardzo mi przyjemnie poznać Panów. Ja jestem ciotką i opiekunką Panny Laury Lita, Kunegunda... de... Montekukuli. (Anastazius kłania się nizko.) Zdaje się, że nie potrzebujemy powtarzać, jaki zamiar czyli raczéj interes dziś nas tu sprowadza.

Anastazius (kłaniając się).

Rzecz wiadoma.

Juliusz.

Przystąpimy więc do dzieła jak najspieszniéj.

Anastazius.

Jestem zupełnie na usługi. Raczcie jednak pierwéj łaskawe i szanowne Panie przyjąć od nas skromne śniadanie.

Juliusz.

Dobrze i owszem. Pozwólcie nam tylko rozgościć się nieco.

Anastazius (kłaniając się).

Rozumiem. Proszę się nie żenować.

Juliusz.

Zaraz wrócimy. Chodź Lorko — czegóż się lękasz? Panie Anastazius, Pan mi się podobasz. Wdzięczna jestem memu kuzynowi, że Panu powierzył interes tak wielkiéj wagi i potrzebujący człowieka wytrawnego i niepospolitych zdolności.

(Anastazius z wielkiemi ukłonami odprowadza aż do drzwi.)




SCENA VIII.
Anastazius, Karol.
Anastazius.

Piękna, wspaniała, rozumna Pani Kunegunda de Montekukuli. — Teraz zajmijmy się śniadaniem. (dzwoni) Trzeba je przyjąć godnie... rozumna Pani... poznała się na mnie. — Zdaje mi się Panie Karolu, że mógłbyś powiedzieć jaki komplemencik a przynajmniéj w rękę pocałować Pannę Laurę.

Karol.

Będzie czas na to.

Anastazius (do Jana).

Trzeba nam zaraz dać śniadanie na cztery osoby, porządne.

Jan.

Słucham rozkazów. Jest wszystko czego tylko można sobie życzyć. Confort wszelki i we wszystkiém.

Anastazius.

Śniadanie powinno być lekkie, delikatne, damskie, rozumiesz? Dasz więc omlet, potém naleśniki posypane cukrem, potém kompot ze śliwek.

Jan.

Dobrze — a wino jakie?

Anastazius.
Wino? — Wino tylko do wody — małą buteleczkę — zaraz nakrywać.
Jan.

Wszystko będzie piorunem.

(Przynoszą stół na przód sceny.)
Anastazius.

Wdzieję frak i przyniosę potrzebne papiery.

(Odchodzi.)
Karol (sam).

Prawdziwie, że zaczynam wątpić, czy dobrze zrobiłem, wdając się w taką szaloną sprawę. Ale sam ledwie ich poznałem. Śmiałbym się, gdybym nie truchlał.





SCENA IX.
Karol, Juliusz, Gustaw.
Juliusz.

Cóż jesteś kontent z twojéj narzeczonéj i z Pani Kunegundy Montekukuli?

Gustaw.

Poświęciliśmy ci nawet wąsy.

Karol.

Bardzo wam jestem wdzięczny, nie mniéj się jednak boję.

Gustaw.

Czego się boisz?

Karol.

Boję się, aby Anastazius nie poznał się na rzeczy.

Gustaw.
I cóżby ztąd złego wynikło?
Karol.

Może być, że nic złego w istocie, ale jak to mówią: mała rzecz a wstyd. Nareszcie pomyślcie, że to dla mnie nie jest karnawałową zabawą, że stawiam na kartą najdroższe moje nadzieje. Zaklinam was więc na wszystko, co wam najświętszego, nie dajcie się unosić śmieszności waszego położenia. Hamujcie ile możności wesołość waszą, bo jakkolwiek Anastazius niema światowego doświadczenia, nie jest jednak ani głuchym ani ślepym.

Juliusz.

Bądź spokojny, odbierzemy mu resztę rozumu.





SCENA X.
Ciż sami, Anastazius, później Jan (wchodzi i wychodzi).
Anastazius.

Pozwólcie łaskawe i szanowne Panie przełożyć sobie najuniżeńszą prośbę, abyście raczyły siąść do stołu.

(Siadają od prawego 1. Anastazius, 2. Juliusz, 3. Gustaw, 4. Karol)
Jan (stawiając półmisek).

Indyk z rożna truflami nadziewany! Confortable!

Anastazius.

Dysponowałem omlet.

Jan.

Odniosą, jeżeli się nie podoba.

Gustaw.
I owszem.
Juliusz.

Lorka powiada: i owszem.

Anastazius.

Omlet smakowałby może lepiéj?

Juliusz.

Być może, ale omlet za ciężka potrawa.

Gustaw (z nieśmiałością).

Wolę indyka.

Juliusz.

Lorka woli indyka.

Anastazius.

Zdaje się jednak, że omlet...

Juliusz.

Ach nie hamuj instynktu lękliwéj natury. — Cóż potém będzie?

Jan.

Naleśniki.

(Ślepy skrzypek i arfistka siadają przy drzwiach i późniéj zaczynają grać.)
Juliusz.

Wyborna ale zbyt ciężka potrawa. — Może lepiéj dać plumpuding z rumem, palący się.

Anastazius.

Zdaje się, że naleśniki...

Juliusz.

Płomień rozwesela. (do Jana) Dasz plumpuding.

Jan.
Jakie wino?
Juliusz.

Och! Och! wino!.. Lorko pytają się, jakie wino — na takie gorąco — wino! Macie limonade gazeuse?

Gustaw (na stronie, do Jana).

Przelej zamrożony szampan do karafki.

Jan.

A tak... tak... mamy limonadę i bardzo dobrą.

Juliusz.

Wino! co za myśl dzika, prawda Lorko?

Gustaw (podając swój talerz).

Prawda, dzika. (na stronie) Daj mi dobry kawał, bom głodny jak pies.

Juliusz.

Dobrze, dobrze moje dziecię — nikt cię nie usiłuje, skrzydełko tylko, tylko skrzydełko, dobrze moje dziecię. Dziwna rzecz, jak te panny teraz mało jedzą.

Anastazius (na stronie).

Wiele téż taki indor kosztować może?

Juliusz.

Panie Maczek, można Panu służyć?

Anastazius (na stronie).

Ha! Kiedy zapłacić trzeba! (głośno) Proszę uniżenie.

Juliusz.

Jaki kawałek Pan lubisz? — udko, albo kuperek?

Anastazius.
W kuperkach nie gustuję.
Juliusz (do Gustawa).

Pan Maczek nie gustuje w kuperkach.

Gustaw (jedząc).

Nie gustuje, nie gustuje. — Daj trochę trufli.

Juliusz.

Otóż i limonada. — Trzeba się ochłodzić nim się jeść zacznie. (do Anastaziusa) Lubisz Pan limonade gazeuse?

Anastazius.

Nigdy nie piłem. Czy to rzecz droga?

Juliusz.

Nic tańszego. — Trzeba duszkiem wypić, bo wybiegnie ze szklanki. — O tak! (pije)

Anastazius (wypiwszy).

To szampan.

Juliusz.

Ha, ha, ha! Lorko, Pan Maczek powiada, że to szampan.

Gustaw.

Powiada, że to szampan. (pije)

Karol.

Wy się popijecie.

Gustaw.

I ty się napij a nabierzesz odwagi.

Karol.

Spróbuję.

Juliusz (do Anastaziusza).

Pierwsza szklanka w saméj rzeczy przypomina wino szampańskie; ale wypiwszy drugą, powiesz inaczéj. — Pij Pan! — Lorko, czy nie uważasz jak Pan Anastazius Maczek przypomina mego ś. p. męża, którego zwano Apollinem Belwederskim? — Zwłaszcza nos... koloryt nosa... ach Maczku!

(Zaczyna go kokietować — Anastazius odwraca się zrazu, ale potém coraz śmielszy.)
Anastazius.

Ta limonada...

Juliusz.

Zła?

Anastazius.

Wyborna, ale mnie nie ochłodziła wcale.

Juliusz.

Ach, ty pałasz, a ja gorę! — Pij Maczku! (piją)

Karol.

Ależ on go spoi.

Gustaw.

Tego nam trzeba.

Karol.

Żeby tylko nie przebrał miary. Szampan prędko działa.

Gustaw.

Doskonały.

Karol.

Prawda. I mnie jakoś lżéj koło serca.

Juliusz.

Śpiewaj Maczku.

Anastazius.
Ja?
Juliusz.

Jak mnie ko... jak mi dobrze życzysz, śpiewaj Maczku — śpiewaj jaką piosnkę ku rozweseleniu serca, bom smutna.

Anastazius.

Umiem wprawdzie jednę bardzo piękną pieśń, ale bardzo długą o jednym królu i jednéj królowéj — ma siedmdziesiąt pięć zwrotek.

Juliusz.

Tam do djabła!

Anastazius.

Jak?

Juliusz.

Co?

Anastazius.

Pani raczyłaś wspomnieć djabła.

Juliusz.

Ja nic nie mówiłam. — Może ty Lorko?

Gustaw.

Ja nic nie mówiłam. — Może Pan Karol?

Karol.

Ja, ja powiedziałem, po djabła śpiewania.

Juliusz.

Może i damy pokój.

Anastazius.

Niech Panie raczą przebaczyć niegrzeczność młodzieńca. Śpiewać będę, bo mi każesz. — Ostatnie słowa zwrotki powtarza chór dziesięć razy.

Juliusz.
Może damy temu pokój.
Anastazius.

Zaczynam. (śpiewa)

Jeden król żonę miał,
Piękna była para —
Barbarus, król się zwał,
Królowa Barbara.

Teraz razem powtarzajcie bar bara, barbara.

Gustaw.

Dziesięć razy?

Anastazius.

Można i więcéj — podług sentymentu.

Juliusz.

Sentyment drażni nerwy zbyt tkliwéj Lorki — ja wam zaśpiewam coś weselszego, także z chórem; piosnkę ułańską, któréj mnie nauczył ś. p. mój mąż.

Anastazius.

Ś. p. Pan Belwederski Apolinary, do którego mam szczęście być podobnym. (Całuje w rękę Juliusza.)

Karol (na stronie do Gustawa).

Dlaczego Juliusz chce śpiewać?

Gustaw.

Bo podcięty.

Karol.

Piękne aspekta — ja ufałem jego rozsądkowi.

Gustaw.

Nic nie szkodzi, bo Anastazius także podkręcony.

Karol.
Może i przekręcony.
Juliusz (śpiewa)

Dziewczęta płakały,
Dziewczęta wołały:
Ułani, kochani
Kochajcie, wracajcie.
Ułani jechali,
Trębacze zagrali
(z chórem) Tra ra ra, tra ra ra

Anastazius (który śpiewał: Barbara, nie kończy razem z drugiemi).

Barbara, Barbara!

Juliusz.

Dziewicze kwiateczki
Prześliczne gwiazdeczki,
Kochajcie, czekajcie,
W pół zimy wrócimy.
Ułani śpiewali,
Trębacze zagrali
Trarara trarara.

Anastazius.

Barbara!

Juliusz.

Ułani pobili
W pół zimy wrócili,
Z kulbaki chłopaki
Dziewczęta chwytali.
Ułani kochali
Trębacze zagrali
Trarara trarara.

Anastazius.

Barbara, barbara.

Juliusz.

Ułani tańcują,
Ułani całują,
Dziewczęta się śmieją,
Dziewczęta szaleją —
Pociecha prawdziwa
A trąbka przygrywa
Trarara trarara.

Anastazius.

Barbara, Barbara...

A teraz do tańca!.. Daléj sztajera! hejże, hajże! trarara barbara!

(To śpiewając i klaszcząc w dłonie, obejmuje Juliusza — ten mu się wywija, potém Gustawa, potem Karola — stół odnoszą — muzyka odchodzi.)
Juliusz.

Czy opętany!

Gustaw.

Przebrał miary.

Karol.

Zaraz go wytrzeźwię. (wstrząsając mocno ręką) Panie Anastazius!

Anastazius.

Trarara barbara...

Karol.

Zapłać Pan trzydzieści tysięcy talarów.

Anastazius (coraz ciszéj).

Trarara barbara...

Karol.
Zapłać Pan trzydzieści tysięcy talarów, albo daj wexel za mego ojca.
Anastazius.

Dlaczego... mam dać... wexel?

Karol.

Bo ja téj Panny nie chcę.

Anastazius.

Panie Karolu... przez Boga żywego... nie mów tego... Dlaczego? dlaczego... nie chcesz téj ładnéj Panny?

Karol.

Nie chcę, bo śpiewa, bo pije, bo się umizga do ciebie.

Anastazius (odprowadzając go na stronę).

Ależ zazdrośniku... Za... zazdrośniku... opa... miętaj się... Ja mam afekt do Monteku... ku... kuli... I białogłowa ku mnie sentymentem.

Karol.

Nie chcę, nie chcę!

Gustaw (rzucając się w objęcia Anastaziusa).

Ach Maczku, on mnie nie chce.

Anastazius.

Ależ to nie jest dostatecznym powodem, aby się komu drugiemu wieszać na szyi...

(Juliusz porywa go za rękę i odciąga w przeciwną stronę.)

Ależ to nie ja... to ona...

Juliusz.

Nie o tém mowa — kończmy interes — młodzi

się kłócą, młodzi się pogodzą, a my zacznijmy podpisywać. Za moją siostrzenicę ręczę.
Anastazius.

Jak rozkażesz, tak się stanie uwielbienia godna Kunegundo!

(Całuje go w rękę i siada przy stoliku rozkładając papiery.)
Juliusz.

Gdzie mam podpisać?

Anastazius.

Pani tu... Panna tam.

Juliusz (podpisawszy).

Lorko podpisz.

Gustaw (opierając się na plecach Anastazego.)

Mam podpisać? — A gdzie?

Anastazius (usuwając się).

Pod podpisem szanownéj ciotki.

Gustaw (podpisując).

Trarara trarara!

Anastazius (biorąc pióro).

Boże zmiłuj się! Tylko com nie podpisał: Barbara. — Panie Karolu, teraz kolej na ciebie.

Karol.

Nie.

Anastazius.

Chcesz mnie zgubić? — Karolu, drogi Panie Karoleczku.

Juliusz.

Pan Anastazius wręczy Panu Karolowi pulares z paszportem i pieniędzmi. Pojedziesz z nami do Gdańska. Będziesz widział piękne kraje, sławne miasto. (do Anastazego) Daj mu pulares.

Karol (bierze pulares).

Niech i tak będzie. (Podpisuje.)

Juliusz.

No! wszystko skończone Bogu dzięki jak najlepiéj. Panie Karolu, do zobaczenia. — Panie Maczek, żegnam cię, bywaj mi zdrów.

(Anastazius całuje w rękę Juliusza, który go mocno ściska i ręką potrząsa — odchodzą z Gustawem ku drzwiom.)
Anastazius.

Aj!.. aj!.. (na stronie) Co za serdeczność!

Karol (odprowadzając).

Dziękuję wam, dziękuję.

Juliusz.

Pamiętaj, że nam dałeś słowo honoru nikomu nie powiedzieć, bo mógłbyś nam wielkim kłopotem odpłacić.

Karol.

Bądźcie spokojni. (Całuje Gustawa)

Anastazius.

O!.. no, narzeczona... uchodzi. (Karol całuje Juliusza) A!.. A!.. no ciotka... dozwolone ale niekoniecznie.

(Gustaw i Juliusz odchodzą w drzwi na lewo.)




SCENA XI.
Anastazius, Karol.
Anastazius (patrząc za odchodzącemi).

Szanowna, piękna Montekukuli! uprzejma, nadobna Kunegundo!.. O Kundziu kochana!

Karol.

A teraz Panie Maczek, zbieraj się Pan czémprędzéj. (dzwoni) Trzeba, abyś dziś jeszcze odjechał.

Anastazius.

Mam dziś jechać? — Koniecznie?

Karol.

Koniecznie. (do służącego) Rzeczy tego Pana z pod numeru pierwszego znieść na dół i fiakra sprowadzić — przynieść tu płaszcz, kapelusz, fajkę, parasol...

Anastazius.

Panie Karolu — słuchaj mnie. Czy nie mógłbym tu zostać parę dni?

Karol.

Ja teraz muszę być Pańskim opiekunem, powiadam więc wyraźnie i stanowczo, że trzeba abyś zaraz odjechał.

Anastazius.

Ja chciałbym zostać parę dni, dzień jeden.

Karol.

Dlaczego? Po co? Na co? Chcesz tu bawić? Mój ojciec będzie się gniewał za każdą godzinę opóźnienia. Wyraźnie przykazywał, dał nawet instrukcyą na piśmie, abyś po ukończonym interesie wracał niezwłocznie. (Zarzuca płaszcz na niego.)

Anastazius (daje się ubierać, ale stoi nieporuszenie).

Panie Karolu... ja ci się zwierzę, ja ci wszystko powiem.

Karol (wkładając).

Masz kapelusz.

Anastazius.

Panie Karolu... ja mam afekt...

Karol.

Papiery kładę do kieszeni.

Anastazius.

Ja mam afekt do Kunegundy Montekukuli.

Karol (śmiejąc się).

Co za szaleństwo! — Weź twój parasol.

Anastazius (zaczynając płakać).

Panie Karolu... nie hamuj mego losu... nie zabijaj moich nadziei... ja mam afekt... Pozwól, niech dziś jeszcze tu zostanę... niech ją raz jeszcze zobaczę... Och!

Karol.

Oto fajka, trzymaj!

Anastazius.

Panie Karolu... zlituj się... nie rozłączaj serc naszych, (płacząc) nie rozłączaj... bo my się skojarzymy.

Karol.
To być nie może — trzeba, abyś Pan zaraz odjechał, a jeżeli spierać się będziesz, telegrafuję w ten moment do Wrocławia.
Anastazius (słuchając).

Och! Och! Och! Ja mam afekt do Mon...te...ku...ku...ku...li. I białogłowa mnie pokochała... a on mnie wyprawia! Och, Och!

(Karol bierze go pod rękę i idzie ku drzwiom środkowym, Melchior w mundurze pułkownika wchodzi z Laurą.)




SCENA XII.
Ciż sami, Melchior, Laura.
Karol (do siebie).

Melchior pułkownikiem.

Anastazius.

Pelchior mułkownikiem.

Melchior.

Panie Raczek.

Anastazius.

Maczek.

Melchior.

Tak, tak Flaczek.

Anastazius.

Maczek.

Melchior.

Dajże mi mówić. Odbieram rozkaz. Jak tylko skończę przegląd szwadronu, zaraz muszę odjechać — kończmy więc interes.

Karol (na stronie do Laury).

Wszystko dobrze, jadę z Panią do Berlina.

Anastazius.
Jaki interes?
Melchior.

No ten, dla którego tu przyjechałeś.

Anastazius.

Już skończony.

Melchior i Laura.

Skończony?

Karol (do Laury, na stronie).

Nie wypytuj się, ufaj mi.

Melchior.

Jakto skończony?

Anastazius.

Intercyzę podpisali Pan Karol Lita i Panna Laura Lita, Pani Kunegunda Montekukuli, szanowna, powabna ciotka i opiekunka — i ja Anastazius Maczek jako...

Melchior.

Panie Raczek!

Anastazius.

Maczek.

Melchior.

Pan pleciesz jak Karski na mękach.

Anastazius.

Nie mam honoru znać Pana Karskiego.

Melchior.

Pan jesteś pijany.

Anastazius.
Piłem tylko limonadę z Panią Montekukuli. — Interes, jak powiadam, skończony.
Melchior.

Panie Karolu, wytłomacz nam, co to wszystko ma znaczyć?

Karol.

Wytłomaczyć nie mogę. I dziwi mnie dlaczego Pan pułkownik żądasz objaśnienia interesu, który mnie się tylko tycze i z którego obrotu jestem zupełnie zadowolony.

Melchior.

Ależ do stu djabłów, ja wiem dlaczego się pytam. Ty Raczek!

Anastazius.

Maczek.

Melchior.

Powiadasz, że Panna Laura Lita podpisała intercyzę.

Anastazius.

Tak jest, Panna Laura i jéj ciotka, szanowna, nadobna Pani Montekukuli podpisały.

Melchior.

Kłamiesz.

Anastazius (na stronie).

Człowiek gwałtowny.

Melchior.

Szanowna? Nie szanowna ani ciotka ani siostrzenica. To jakieś awanturnice.

Karol (do Laury).
Wstaw się Pani do wuja, aby nie wstrzymywał odjazdu Anastaziusa, bo wszystko popsuje.
Laura.

Mów Pan jaśniéj.

Karol.

Nie mogę.

Melchior.

Panie Karolu, gdzie są te kobiety?

Karol.

Nie wiem.

Anastazius.

Tam są w tym pokoju.

Melchior (idąc ku drzwiom).

Jestem bardzo ciekawy.

Karol (zatrzymując odedrzwi).

Przepraszam, to być nie może.

Melchior.

A ja przepraszam, to być musi.

Karol (zamyka na klucz i klucz chowa).

Proszę Pana pułkownika szanować pomieszkanie dam.

Melchior.

A do kroć sto tysięcy djabłów!... Mój paniczu!...

Laura.

Kochany wuju, Pan Karol może ma powody...

Melchior.

Ja drwię z wszystkich powodów, jakie Pan Karol mieć może. Ustąp się Pan... bo...

Karol.
Nie ustąpię.
Melchior.

Nie? — Ależ ja Pana zabiję...

Karol.

Panie pułkowniku, szanuję pański mundur i rangę, ale jeszcze więcéj człowieka honoru, proszę więc o wzajemność, bo mam prawo do tego. Proszę także wierzyć, że nietylko pod mundurem, ale i pod cywilną suknią serce może być na swojém miejscu i może żadnéj nie lękać się pogróżki. Powierzono mi tajemnicę, téj nie zdradzę.

Laura.

Bravo, Panie Karolu!

Karol.

Dałem słowo honoru. Możesz Pan pułkownik kazać, abym złamał haniebnie?

Melchior.

A to dziwna sprawa!

Laura.

Panie Karolu, podziwiam twoją energię i odwagę, ale wszystko może da się dobrym sposobem załatwić; może uczynisz zadość woli mego wuja, kiedy ci powiem, że tą Laurą, twoją kuzynką, z którą aby się nie żenić silisz się na wybiegi, że tą straszną jedném słowem kuzynką, jestem ja.

Karol.
Co słyszę!.. O Lauro!.. droga Lauro, nic więc już nie staje na przeszkodzie szczęściu naszemu?
Melchior.

Co tu słów niepotrzebnych.

Laura.

Teraz zapewne powiesz memu wujowi, kto są te damy. Jeżeli chciały pomódz tobie, chętnie poznam się z niemi i podziękuję szczerze.

Karol.

Nie — to być nie może. Zaklinam cię, szanuj moją tajemnicę.

Laura.

Ależ ta tajemnica jest i moją razem. A jak mojéj ręki nie zechcę oddać tylko pod warunkiem, że nam całą rzecz wyjaśnisz?

Karol.

Kocham cię nad życie, ale mego honoru poświęcić ci nie mogę.

Laura (przed siebie).

Jak Rodryg:

Przeniósł chociaż go miłość pożerała skrycie
Swój honor nad Xymenę, Xymenę nad życie.

(Słychać trąby wojskowe.)
Melchior.

Otóż już trąbią na koń!.. Odejść muszę.

Juliusz (za drzwiami).

Kto tam zamknął?.. Otwórz!.. A do kroćset djabłów! Otwórz zaraz!

Melchior.
Męzkie glosy.
Juliusz.

Jest tam kto?! — Otwórz do miljona djabłów!

Karol.

Nie wiedzą, że tu jest ich pułkownik... co tu robić.

(Drzwi otwierają się wyłamane. Juliusz wybiega w rozpiętym mundurze, czapeczka na głowie, w ręku pałasz pendentem obwiązany — Gustaw mundur na jednym rękawie — ciągnie ostrogą spódnicę za sobą — obadwa zobaczywszy pułkownika stają jak wryci mówiąc: Pułkownik!)
Juliusz i Gustaw.

Pułkownik!

Anastazius.

Montekukuli huzarem!

(Długie milczenie — Pułkownik zbliża się do oficerów i przypatruje się im z uwagą.)
Melchior.

Pan Krycki... Pan Oksza... Co to jest?

(Zbliża się do jednego, potém do drugiego i zdejmuje im z głowy loki damskie.)

Co znaczy ta maskarada wśród jasnego południa?

Juliusz.

Nasz szkolny kolega Karol Lita użalał się przed nami, że układy familijne zmuszają go żenić się z kuzynką, kiedy tymczasem serce jego kim innym zajęte. Szło tylko o podpis rzeczonéj kuzynki, aby ten cymbał wrócił do Wrocławia a Karol został przy swojéj ukochanéj. Przebraliśmy się więc, ja za ciotkę, Gustaw za Pannę, podpisaliśmy intercyzę i wszystko powiodło się dobrze, kiedy na nieszczęście...

Melchior (kończąc).

Pułkownik stanął przed wami. Wstydźcie się Panowie robić takie szaleństwa. Wiecie, że jesteśmy wszyscy solą w oku pewnym ludziom i właśnie tym ludziom dajemy broń przeciw sobie. — Panie Krycki, Pan masz katar. — Panie Oksza, Pan masz zapalenie ócz — trzeba się szanować. Proszę przez dziesięć dni nie wychodzić z pokoju.

Karol (prosząc).

Panie Pułkowniku...

Laura.

Nie, nie wujaszku, solennie przeciw temu protestuję — właśnie dlatego, że jak sam powiadasz, jesteśmy otoczeni nieprzyjaznymi ludźmi, nie należy ze zbyt może szalonego żartu robić karygodne przestępstwo. — Nie. Pan Pułkownik przebaczy, tém bardziéj, że ci Panowie dali Panu Karolowi sposobność rozwinąć przymioty uśpionéj duszy, w których ja mego przyszłego szczęścia widzę niemylną nadzieję.

Melchior.

Niechże i tak będzie, byle już raz skończyć tę komedyą. — Idźcie Panowie — siadajcie na koń. (wołając za nimi) A zmyjcie róż z twarzy. — No, resztę skończycie bezemnie.

Laura.
Ależ uściskaj nas pierwéj, powiedz dobre słowo.
Melchior (między niemi).

Tobie Lorko nie potrzebuję mówić, ile cię kocham. Tobie zaś Panie Karolu powiadam, żeś zyskał mój szacunek.

Laura.

Otóż to jest, na co czekałam. Teraz śmiało oddaję ci moją rękę.

Karol.

A ja tobie życie moje.

Anastazius (na stronie).

Szkoda, że to nie była ciotka!

KONIEC.

Przypisy

  1. Wymawiać: inglisz.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.