Zimowa powieść/Akt piąty

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Zimowa powieść
Rozdział Akt piąty
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom XII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Tytuł orygin. The Winter’s Tale
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
AKT PIĄTY
SCENA I.
Pokój w pałacu Leontesa.
(Leontes, Kleomenes, Dyon, Paulina i Dwór).

Kleom.  Królu, już dosyć; jako święty człowiek
Pokutowałeś, i nie znam występku,
Którego żal twój nie mógłby odkupić.
Tak jest, pokuta miarę grzechów przeszła.

Zrób wkońcu, królu, jak zrobiło niebo:
Win swych zapomnij i przebacz sam sobie.
Leontes.  Ilekroć wspomnę na nią i jej cnoty,
Własnej mej hańby zapomnieć nie mogę
I krzywdy sobie samemu zrobionej.
Wszak ja królestwo me osierociłem,
Zabiłem słodką moją towarzyszkę:
Nigdy na słodszej żaden mąż nadziei
Swych nie budował.
Paulina.  Prawda, prawda, królu.
Gdybyś zaślubił wszystkie po kolei,
Albo od każdej żyjącej kobiety
Wziął piękność jedną i wzór jeden zlepił,
Tej, którąś zabił, nie zrównałbyś jeszcze.
Leontes.  Tak myślę. Zabił! zabił! więc zabita!
A jam ją zabił! Słowo jednak twoje
Ciężko mnie rani; słowo to tak gorzkie
Na twym języku, jak na myślach moich.
Proszę cię, zbyt go często nie powtarzaj.
Kleom.  Nigdy, o pani! Jest rzeczy tysiące,
O których mowa, w tych czasach bolesnych,
Lepsząby ludziom oddała przysługę
I twej dobroci przystałaby lepiej.
Paulina.  Ty do dworaków tych liczby należysz,
Którzy do nowych skłonić go chcą ślubów.
Dyon.  Jeśli ty życzeń naszych nie podzielasz,
Nie masz litości nad narodem całym,
Ani pamięci na imię królewskie;
Nie pomnisz, jaki ogrom niebezpieczeństw,
Jeśli monarcha bezpotomnie zejdzie,
Zwalić się może na królestwo nasze,
I pożreć tłumy obojętnych widzów.
Cóż jest świętszego jak z pierwszej królowej
Szczęścia się cieszyć? i cóż jest świętszego,
Jak dla narodu obecnej pociechy,
Przyszłego dobra, znowu łoże króla
Pobłogosławić słodką towarzyszką?
Paulina.  Od śmierci pierwszej, godnej tego niema,

A oprócz tego czyliż bogów wola
Swych celów tajnych nie chce dopełnienia?
Czyż nie powiedział wam boski Apollo,
Czy nie ta była treść jego wyroczni,
Że się dziedzica król nasz nie doczeka,
Póki stracone nie znajdzie się dziecię?
Co rozumowi tak zda się potworne,
Jak żeby grób swój Antygon otworzył,
I wrócił do mnie, gdy zginął z dziecięciem.
Waszą jest radą, aby król pogwałcił
Niebios wyroki, woli się ich oparł.
(Do Leont.) Niech ci potomstwo troski nie zadaje,
Królu, korona twa znajdzie dziedzica.
Swoją zostawił Alexander Wielki
Najgodniejszemu — jego też następcą
Mógł być najlepszy.
Leontes.  Dobra Paulino,
Wiem, że czcisz pamięć mojej Hermiony.
O, gdybym poszedł był za radą twoją,
Jeszczebym teraz przeglądał się może
W pełnych źrenicach mojej Hermiony,
Jeszczebym skarby na ustach jej zbierał!
Paulina.  Potem zostawiał jeszcze bogatszemi
Za to, co dały.
Leontes.  Co mówisz, jest prawdą.
Zon takich niema — nie pojmę też żony.
Bo gorsza od niej, lepiej traktowana,
Duszę jej świętą wróciłaby w ciało,
I tu, gdzie słowem krzywdzimy jej pamięć,
Zbiegłaby nagle gnana niepokojem,
Wołając: „Czemu dla mnie byłeś innym?“
Paulina.  Gdyby podobną władzę posiadała,
Tak wołać słuszne miałaby powody.
Leontes.  Miałaby; myślby moją podkusiła,
Ażebym drugą żonę zamordował.
Paulina.  Gdybym tą duszą zabłąkaną była,
Jabym ci wiecznie do uszu szeptała:
Patrz na jej oczy, czy ich osłupiałość

Była powodem, że na nią padł wybór?
A potem krzykiem przeciągłym, straszliwym
Rzuciła słowo: „Pamiętaj na moje!“
Leontes.  O gwiazdy, gwiazdy! — wszystkie inne oczy
Węgle zagasłe! O, bądź bez obawy,
Nie pojmę innej ja żony, Paulino.
Paulina.  Chceszże mi przysiądz, że nie pojmiesz żony,
Póki ja na to nie dam zezwolenia?
Leontes.  Nigdy, niech tak mi niebo dopomoże!
Paulina.  Panowie, bądźcie przysięgi tej świadkiem.
Kleom.  Nazbyt go kusisz.
Paulina.  Dopóki kobieta
Do Hermiony jak portret podobna
Ócz twych nie spotka —
Kleom.  O, pani, racz skończyć!
Paulina.  Lecz, królu, jeśli żonę pojąć pragniesz,
Jeśli nic woli twej nie może złamać,
Pozwól, niech twoją wybiorę królowę.
Nie będzie młoda, tak jak pierwsza była,
Lecz będzie taka, że gdyby na ziemię
Duch twojej pierwszej królowej powrócił,
Z radością w twychby widział ją objęciach.
Leontes.  Wierna Paulino, małżonki nie pojmę,
Póki mi nie dasz na to zezwolenia.
Paulina.  Które dam wtedy, gdy pierwsza ożyje —
Nigdy inaczej. (Wchodzi Dworzanin).
Dworz.  Jakiś nieznajomy,
Który się mieni księciem Ploryzelem,
Polixenesa synem, z swą księżniczką,
Piękną, jak pięknej nie widziałem jeszcze,
O twe królewskie prosi posłuchanie.
Leontes.  A czego żąda? Nie przybywa do nas
Z całym przepychem swego ojca godnym.
Przyjazd tak nagły, tak niespodziewany,
Nie jest długiego namysłu owocem,
Ale przypadku i potrzeby dziełem.
Jaką ma świtę?
Dworz.  Kilku towarzyszy

Nizkiego rodu.
Leontes.  Czyś widział księżniczkę?
Dworz.  Widziałem; równie pięknej córki ziemi
To jasne słońce nie widziało jeszcze.
Paulina.  O Hermiono, jak obecna chwila
Śmie się nad lepszą minioną wynosić,
Tak grób twój dzisiaj miejsce oddać musi
Temu, co kwitnie dzisiaj. Ty sam, panie,
Czy nie mówiłeś, czyli nie pisałeś,
(Lecz teraz, widzę, pismo twoje zimne,
Jak jego przedmiot) że nigdy nie było,
I nigdy, nigdy nie będzie jej równej?
Tak niegdyś wiersz twój z pięknością jej płynął;
Dziwne przemiany zaszły, gdy dziś mówisz,
Że znasz piękniejszą.
Dworz.  Przebacz mi, o pani!
O jednej, wyznam, prawie zapomniałem,
A druga, skoro twe uderzy oczy,
Wiem, że i język twój także podbije.
Ach, gdyby ona chciała stworzyć sektę,
Wszystkich sekciarzy zgasłaby gorliwość,.
Każdy, któremu rzekłaby: „idź za mną!“
Byłby jej więźniem.
Paulina.  Ale nie kobiety.
Dworz.  Kobiety za to będą ją kochały,
Że jest kobietą od mężów godniejszą,
Mężowie za to, że kobiet jest wszystkich
Kwiatem najczystszym.
Leontes.  Idź, Kleomenesie,
I sam, z przyjaciół twoich zacnem kołem,
Oboje prowadź do naszych uścisków.

(Wychodzą: Kleomenes, Tanowie i Dworzanin).

Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego
Przyjazd tak nagły.
Paulina.  Ach, gdyby nasz książę,
Ta perła dzieci, godziny tej dożył,
Mógłby o palmę z gościem twoim walczyć:
W ich wieku ledwo miesiąc był różnicy.

Leontes.  Proszę cię, przestań, bo wiesz, że na nowo
On mi na każde umiera wspomnienie.
Gdy ten młodzieniec przed oczy mi stanie,
Lękam się, Jękam, aby słowa twoje
Takich w mej głowie nie zbudziły myśli,
Że się mój rozum zamąci. To oni!

(Wchodzą: Kleomenes, Floryzel, Tcrdyta i Dwór).

Książę, twa matka wierną była ślubom,
Odbiła w tobie obraz twego ojca.
Gdybym dziś liczył lat dwadzieścia jeden,
Tak mi twojego ojca przypominasz,
Żebym cię bratem jak jego nazywał,
I zaczął mówić o dzikich wybrykach,
W pierwszej młodości naszej dokonanych.
Witam cię z serca! i ciebie, bogini,
Piękna księżniczko! — Niestety, straciłem,
Straciłem parę, któraby stać mogła
Pomiędzy niebem i pomiędzy ziemią,
I jak wy teraz, podziwienie budzić!
Straciłem także przez szaleństwo moje,
Twojego ojca towarzystwo, przyjaźń;
Choć życie moje jest cierpienia ciągiem,
Chcę je przedłużyć, aby choć raz jeszcze,
Raz go zobaczyć.
Floryzel.  Królu, z jego woli
Zwiedzam Sycylię, od niego przynoszę
Szczere jak brata króla pozdrowienie.
Gdyby ułomność, towarzysz starości,
Życzeniom jego siły nie odjęła,
Samby przemierzył i morza i lądy,
Które tron jego od twojego dzielą,
By tego ujrzał — tak mówić mi zlecił —
Którego więcej kocha niźli berła,
Niźli tych wszystkich, którzy berła dzierżą.
Leontes.  O, bracie! krzywdy, którem ci wyrządził,
Budzą się we mnie, a poselstwo twoje
Tak czułe, dobre, jest jakby wyrzutem
Memu lenistwu. Onżeli wystawił

Ten wzór piękności na dziką swawolę
Zimnych bałwanów strasznego Neptuna,
By mnie pozdrowić, mnie, com nie jest godny
Trosk jej najmniejszych, a mniej jeszcze godny
Jej niebezpieczeństw?
Floryzel.  Ona, dobry królu,
Z Libii przybywa.
Leontes.  Gdzie waleczny Smalus
Miłość w poddanych, w obcych trwogę budzi?
Floryzel.  Od niego, królu. On z nią się żegnając,
Strugą łez dowiódł, że córką jest jego.
Pomyślnym wiatrem południowym gnany,
Przybyłem woli ojcowskiej dopełnić.
Część służby mojej od brzegów Sycylii
Do Czech wysłałem, by donieść królowi
Nietylko skutek libijskiej wyprawy,
Lecz żony, moje szczęśliwe przybycie
Na dwór twój, królu.
Leontes.  A niechaj bogowie
Wszelką zarazę z powietrza odwieją,
Dopóki w naszej przebywacie strefie!
Twojego ojca wszystkie cnoty zdobią,
Ja jednak przeciw jego świętej głowie
Grzech popełniłem; zagniewane niebo
Za karę moje wydarło potomstwo,
Gdy ojca twego, wedle jego zasług,
Tak dobrym synem pobłogosławiło.
Ach, jak szczęśliwy byłbym, gdybym teraz
Na syna mego i córkę mógł patrzeć,
Tak jak wy pięknych! (Wchodzi Dworzanin).
Dworz.  Najłaskawszy panie,
To, co mam donieść, nie miałoby wiary,
Gdybym niezbitych dowodów nie przyniósł.
Król Czech przeze mnie pozdrawia cię, panie,
Prosi, byś jego syna chciał zatrzymać,
Który, nie pomny swojej powinności,
Swojej godności, od swojego ojca,
Od swych nadziei uciekł po kryjomu,

Z córką pasterza.
Leontes.  Mów, gdzie jest król czeski?
Dworz.  Tu, w twojem mieście; od niego przychodzę.
W nieładzie mówię, bo nieład przystoi
Zdziwieniu memu i memu poselstwu.
Śpiesząc w pogoni za tą piękną parą,
Wśród drogi spotkał brata i rodzica
Mniemanej pani, którzy dom rodzinny
Razem z tym młodym księciem opuścili.
Floryzel.  Widzę, Kamillo, którego uczciwość
I honor wszystkie wytrzymały próby,
Zdradził mnie teraz.
Dworz.  Skargę możesz zanieść,
Bo i on razem z ojcem twoim przybył.
Leontes.  Jakto? Kamillo?
Dworz.  Kamillo, mój królu,
Który z biedaków ciągnie wywód słowny.
Jeszczem nie widział nigdy większej trwogi:
To przyklękają, to całują ziemię,
Za każdem słowem krzywoprzysięgają;
Król swoje uszy zatyka i grozi
Wśród śmierci samej nową jeszcze śmiercią.
Perdyta.  Biedny mój ojcze! Samo niebo na nas
Szpiegów nasłało, i nie chce zezwolić
Na związki nasze.
Leontes.  Czyście zaślubieni?
Ploryzel.  Nie, królu, nawet nie mamy nadziei.
Gwiazdy wprzód, widzę, ziemię pocałują,
Nim los na nasze pozwoli złączenie.
Leontes.  Powiedz, czy ona królewską jest córką?
Floryzel.  Będzie nią, skoro żoną mą zostanie.
Leontes.  Co, dzięki ojca twego pośpiechowi,
Zbyt jest odległe. Żałuję, mój książę,
Że gniew królewski ściągnąłeś na siebie;
Żałuję równie, że wybór twój nie jest
Tak w urodzenie jak piękność bogaty,
Byś mógł w pokoju kochankę posiadać.
Floryzel.  Droga, spójrz na mnie; drogaŁ choć mój ojciec,

Chociaż fortuna, wróg mój zaprzysięgły,
W świat mnie pogonią, nie mają dość siły,
Ażeby zmienić miłość mą dla ciebie.
A ty, o królu, pomnij na twą młodość,
Na twoją miłość jak moja namiętną,
A przez tę pamięć, bądź obrońcą moim!
Na twoją prośbę, jakby fraszkę jaką,
Największą łaskę ojciec mój wyświadczy.
Leontes.  Gdyby tak było, prosiłbym u niego
O tę księżniczkę, która dlań jest fraszką.
Paulina.  W oczach twych, królu, zbyt wiele młodości.
Twoja królowa na miesiąc przed śmiercią
Stokroć godniejszą spojrzeń takich była,
Niż na nią rzucasz.
Leontes.  W tych nawet spojrzeniach
O niej myślałem. — Lecz do twojej prośby:
Śpieszę do ojca; skoro twa namiętność
Nie czyni krzywdy twemu honorowi,
Licz na mą przyjaźń dla niej i dla siebie.
Z tą myślą idę, dlatego śpiesz za mną,
I zważaj bacznie na moje zachody. (Wychodzą).


SCENA II.
Przed pałacem.
(Autolikus i Dworzanin).

Autol.  Proszę cię, panie, czy byłeś całej tej sprawie przytomny?
1 Dworz.  Byłem przy otwarciu zawiniątka, słyszałem, jak stary pasterz opowiadał sposób, w jaki je znalazł. Po krótkiej chwili zadziwienia rozkazano nam wszystkim oddalić się z izby. Zdaje mi się tylko, że słyszałem, jak pasterz powiedział, że znalazł niemowlę.
Autol.  Jakże pragnę dowiedzieć się końca!
1 Dworz.  Opowiadanie moje bezładne. Zmiany, jakie spostrzegałem na twarzach króla i Kamilla, największe budziły podziwienie. Wytrzeszczali tak na siebie oczy, że się zdawało, że im z jam wyskoczą. W ich milczeniu była wymowa, język w ich ruchach; powiedziałbyś, że usłyszeli o odkupieniu albo o zniszczeniu jakiego świata. Zadziwienie bez granic było widoczne; ale najmędrszy widz, jeśli nie wiedział nic więcej nad to, co widział, nie mógł zgadnąć, czy zadziwienia tego treścią była radość czy rozpacz. To tylko wątpliwości nie podlega, że jedna lub druga najwyższego dosięgła szczebla. (Wchodzi drugi Dworzanin). Ale zbliża się pan, który może wie co więcej o tej sprawie. Jakie przynosisz nowiny, Rogero?
2 Dworz.  Fajerwerki! wesele! Słowa wyroczni spełnione; znalazła się królewska córka; tyle cudów wydarzyło się w tej godzinie, że wszyscy poeci opisać ich nie będą w stanie. (Wchodzi trzeci Dworzanin). Lecz nadchodzi marszałek Pauliny, on może powiedzieć wam więcej. Jak stoją rzeczy, dobry panie? Nowina, która uchodzi za prawdziwą, tak wygląda na starą bajkę, że jej wiarogodność bardzo podejrzana. Czy król znalazł dziedzica?
3 Dworz.  Wszystko prawda najwiarogodniejsza, jeśli kiedykolwiek prawda dowiedzioną była przez okoliczności. Zdaje mi się, że byłem naocznym świadkiem wszystkiego, co słyszałem, taka jest zgodność w dowodach. Płaszcz królowej Hermiony; — jej dyament na szyi dziecięcia; — znalezione przy niem listy Antygona, w których rękę jego poznano; — majestat dziewicy; jej podobieństwo do matki; — szlachetność postawy objawiająca naturę wyższą nad wychowanie; i wiele innych dowodów świadczą z pewnością, że ona jest córką królewską. Czy byłeś przytomny spotkaniu się dwóch króli.
2 Dworz.  Nie.
3 Dworz.  Więc straciłeś widok, którego trzeba było być świadkiem, bo jest nad wszelkie opisanie. Tambyś zobaczył, jak jedna radość wieńczyła drugą: zdawało się, że smutek płakał żegnając się z nimi, bo radość ich we łzach tonęła. To oczy, to ręce podnosili ku niebu, a rysy ich tak się zmieniały, że po ubiorze tylko a nie po twarzy poznać ich można było. Król nasz, prawie odchodzący od zmysłów z radości, że córkę znalazł, jakby nagle radość ta stała się żałobą, woła: „oh, twoja matka! twoja matka!“ potem błaga króla czeskiego o przebaczenie: potem całuje swojego zięcia; potem znowu ściska swą córkę, jakby ją chciał udusić; to znowu dziękuje staremu pasterzowi, który stoi przy nim jak okopcona fortuna, świadek kilku królewskich pokoleń. Nigdy jeszcze nie słyszałem o podobnem spotkaniu. Wieść, któraby chciała iść z niem w parze okuleje, a wszelki opis niemoc swoją uzna.
2 Dworz.  Co się stało z Antygonem, który dziecię stąd uniósł?
3 Dworz.  I to znowu stara powieść, godny przedmiot opowiadania, choćby wszelka wiara usnęła a nie było ucha do słuchania. Antygon poszarpany był w kawałki przez niedźwiedzia, to twierdzi syn pasterza, a za nim świadczy nie tylko jego prostota, ale chustka i pierścionki dobrze znane Paulinie.
1 Dworz.  Co się stało z jego okrętem i towarzyszami?
3 Dworz.  Okręt się rozbił, ludzie potonęli w chwili śmierci ich pana, przed oczami pasterza; tak więc wszystkie narzędzia, które służyły do porzucenia dziecięcia, zginęły w tej samej chwili, w której dziecię było znalezione. Lecz oh, co za szlachetna walka w sercu Pauliny między radością a smutkiem! Raz zwracała oczy ku ziemi po stracie małżonka, to znowu wznosiła je ku niebu, że się spełniła wyrocznia. Uchwyciła księżniczkę i tak ją w swych trzymała objęciach, iż zdawało się, że chce ją przypiąć do serca, aby nie straciła jej na nowo.
1 Dworz.  Wielkość tej sceny godną była mieć królów i książąt za widzów, jak królowie i książęta byli jej aktorami.
3 Dworz.  Jedną z najpiękniejszych okoliczności, która była wędką na moje oczy, (choć tylko złowiła wodę zamiast ryby) było widzieć, jak na powieść o śmierci królowej, o śmierci tej przyczynach, szczerze wyznanych i opłakiwanych przez króla, rosła coraz bardziej baczność jego córki, aż przechodząc od boleści do boleści, z jednem „niestety!“ krwawe łzy uroniła; tak jest, krwawe, bo jestem pewny, że moje serce krwią płakało. Najzakamienialsi ludzie pobledli: niektórzy mdleli, wszyscy od łez się zanosili, i gdyby świat cały mógł sceny tej być świadkiem, boleść byłaby powszechną.
1 Dworz.  Czy już wrócili do zamku?
3 Dworz.  Nie jeszcze. Księżniczka słyszała o posągu matki powierzonym pieczy Pauliny. Jest to praca lat kilku, niedawno ukończona ręką tego rzadkiego włoskiego mistrza Griulio Romano, który, gdyby tylko sam miał nieśmiertelność i mógł wlać duszę w swoje dzieła, wydarłby naturze jej przywileje, tak ją doskonale naśladuje. Powiadają, iż wyrzeźbił Hermionę tak podobną do Hermiony, że patrzący mówi do niej i czeka w nadziei odpowiedzi. Tam pośpieszyli wszyscy z całym zapałem miłości; tam zamierzają wieczerzać.
2 Dworz.   Ja zawsze myślałem, że Paulina miała tam jakieś ważne zatrudnienia, bo od czasu śmierci Hermiony dom ten samotny dwa lub trzy razy na dzień tajemnie odwiedzała. Mamyż i my tam się udać i wspólnie z nimi radość dzielić?
1 Dworz.  Ktoby mając wolny przystęp do dworu, znajdować się tam nie chciał? Każda chwila nowe błogosławieństwa rodzi; nieobecność nasza okrada naszą wiedzę. Idźmy! (Wychodzą).
Autol.  Teraz, gdybym nie miał na sobie śladów przeszłego życia, zlałyby się na mnie honory; wszak to ja przyprowadziłem starca i jego syna na pokład książęcego okrętu, ja powiedziałem mu, żem słyszał, jak rozmawiali o zawiniątku i nie wiem już o czem więcej; ale on był podówczas zbyt zajęty córką pasterską, (bo za pasterską miał ją wtedy córkę) która właśnie poczęła cierpieć na morską chorobę, choć i sam nie miał się lepiej; potem burza trwała ciągle, a tak cała tajemnica tajemnicą została. Lecz dla mnie wszystko to jedno, bo gdybym ja był odkrył sekret, odkrycie złą miałoby minę przy moich innych bezecnościach. (Wchodzą: Pasterz i Pajac). Lecz postrzegam zbliżających się ludzi, którym mimo woli oddałem przysługę. Widzę już na nich pierwsze kwiaty fortuny.
Pasterz.  Dalej, chłopcze, trudno już, żebym miał więcej dzieci, ale przynajmniej twoi synowie i córki urodzą się szlachtą.
Pajac.  Dobrze, że cię spotkałem, mój panie. Kilka dni temu nie chciałeś bić się ze mną, bo nie byłem urodzonym szlachcicem; czy widzisz tę suknię? powiedz, że jej nie widzisz, i przypuść jeszcze, że nie jestem urodzonym szlachcicem, powiedz nawet, że płaszcz ten nie jest urodzonym szlachcicem. Zadaj mi kłamstwo, zadaj, i spróbuj, czy nie jestem teraz urodzonym szlachcicem.
Autol.  Wiem, panie, że jesteś teraz urodzonym szlachcicem.
Pajac.  Tak jest, i być nim nie przestałem od czterech godzin.
Pasterz.  I ja też, chłopcze.
Pajac.  I ty też, ojcze! Lecz ja byłem urodzonym szlachcicem przed moim ojcem, bo syn królewski wziął mnie za rękę i nazwał mnie bratem, a potem dwaj królowie nazwali ojca mego bratem, a potem książę, brat mój, i księżniczka, siostra moja, nazwali ojca mojego ojcem, a tak płakaliśmy wszyscy, a to były pierwsze szlacheckie łzy, któreśmy wyleli.
Pasterz.  Możemy jeszcze doczekać się, mój synu, że wylejemy ich więcej.
Pajac.  Bez wątpienia; inaczej byłoby to niesłychane nieszczęście dla ludzi postawionych w takiem jak my znaczeniu.
Autol.  Błagam cię pokornie, mój panie, przebacz mi wszystkie błędy, które kiedykolwiek przeciw dostojności twojej popełniłem, a racz powiedzieć dobre o mnie słowo księciu, mojemu panu.
Pasterz.  Proszę cię, mój synu, zrób to, boć należy nam postępować szlachetnie teraz, gdy jesteśmy szlachtą.
Pajac.  Czy przyrzekasz poprawę?
Autol.  Przyrzekam, z pozwoleniem waszej dostojności.
Pajac.  Daj rękę. Przysięgnę księciu, że niema w Czechach uczciwszego lub wierniejszego nad ciebie człowieka.
Pasterz.  Powiedz, lecz nie przysięgaj.
Pajac.  Nie przysięgać? teraz gdy jestem szlachcicem? Niech to powiedzą chłopy i mieszczuchy, ja przysięgnę na to.
Pasterz.  Jakto, synu, choćby to było fałszem?
Pajac.  Choćby to było najwierutniejszym fałszem. Prawdziwy szlachcic może na to przysiądz, żeby zobowiązać przyjaciela. Przysięgnę więc księciu, że jesteś tęgi chłopak, i że nie upijesz się nigdy, choć wiem, że nie jesteś tęgi chłopak, i że upijasz się często; przysięgnę jednak na to, bo chciałbym żebyś został tęgim chłopakiem.
Aut.  Zrobię, co potrafię, żeby nim zostać.
Pajac.  Staraj się wszelkimi sposobami zostać tęgim chłopakiem, bo jeśli się nie zdziwię, gdy się upić odważysz, nie będąc tęgim chłopakiem, nie wierz na przyszłość mojemu słowu. Słuchaj, królowie i książęta nasi krewni poszli oglądać obraz królowej. Idź z nami, a będziemy twoimi dobrymi panami. (Wychodzą).

SCENA III.
Kaplica w domu Pauliny.
(Leontes, Polixenes, Floryzel, rerdyta, Kamillo. Paulina, Panowie i Dwór).

Leontes,  Dobra Paulino, jak wiele pociechy
Znalazłem w tobie!
Paulina.  Chęci moje dobre,
Jeśli nie czyny. Wszystkie me usługi
Sowicieś spłacił. Teraz, gdy raczyłeś
Z królewskim bratem i tą młodą parą,
Przyszłymi królestw waszych dziedzicami,
Dom mój nawiedzie, jest to zbytek łaski,
Którego całem życiem nie opłacę.
Leontes.  Ten zaszczyt tylko kłopot ci przynosi.
Przyszliśmy posąg królowej oglądać:
Twoje galerye przebiegliśmy bacznie,

Niejednym pięknym zdziwieni przedmiotem,
Aleśmy dotąd jeszcze nie postrzegli
Tego, co tutaj córkę mą sprowadza —
Matki posągu.
Paulina.  Jak pani za życia
Nie miała równej na ziemi kobiety,
Tak i jej ciała umarłego posąg
Prześciga wszystko, co ręce człowieka
Zdziałały kiedy, a widziały oczy;
Dlatego pilnie na stronie go chowam.
Ale jest tutaj; bądź przygotowany
Tak wierny, szczery obraz życia ujrzeć,
Jak wiernym śmierci obrazem sen cichy.
Królu, wznieś oczy i powiedz: „o, prawda!“

(Paulina podnosi zasłonę i pokazuje posąg).

Dobrze, że milczysz; to świadek najlepszy
Twego podziwu. Przemów jednak, powiedz,
Czy nie podobny?
Leontes.  Jej zwykła postawa!
Drogi kamieniu! skarż mnie, bym powiedział
To Hermiona! Lecz nie, ty nią jesteś,
Bo się nie skarżysz. Ona była czułą,
Jak niebios łaska, jak czułe niemowlę.
Ale, Paulino, Hermiony lica
Marszczków nie miały, ani tej starości,
Którą tu widzę.
Polix.  O! nie, ani śladu.
Paulina.  Tem większa dłuta snycerskiego sztuka,
Która szesnastu latom zbiegnąć daje,
I kształci posąg, jakby dzisiaj żyła.
Leontes.  Jakby dziś mogła żyć dla mej pociechy,
Gdy teraz duszę mą przenika bólem.
Tak stała kiedyś, z tą życia powagą,
Żywotnym ogniem, jak dziś zimna stoi,
Kiedym jej pierwsze miłości rzekł słowo.
O, sam się wstydzę; czyż mi nie wyrzuca
Kamień ten, żem jest zimniejszy od niego?
Królewskie dzieło! w twoim majestacie

Jest czarodziejska siła, co w mej myśli
Wszystkie me przeszłe rozbudza boleści,
Wydziera ducha z piersi mojej córki,
Która jak kamień przy kamieniu stoi.
Perdyta.  Pozwól mi, ojcze, a nie zwij przesądem,
Gdy na kolanach o błogosławieństwo
Błagać ją będę. — O pani! królowo!
Zgasła na ziemi, gdym ja dzień ujrzała,
Pozwól mi twoją pocałować rękę!
Paulina.  Ostrożnie! Posąg świeżo postawiony,
I jeszcze na nim nie zaschły kolory.
Kamillo.  Panie, w twem sercu żal głęboko utkwił,
Gdy go szesnaście zim rozwiać nie mogło,
Ani go wiosen szesnaście osuszyć:
Nigdy wesele długo tak nie żyło,
I boleść także zwykle wcześniej kona.
Polix.  Drogi mój bracie, proszę, dozwól temu,
Który twych nieszczęść był kiedyś przyczyną,
Od piersi twoich tyle odjąć żalu,
Ile pierś jego zamknąć go potrafi.
Paulina.  Zaprawdę, królu, gdybym mogła myslec,
Że widok mego biednego posągu,
(Bo mój jest kamień) tak silnie cię wzruszy,
Tweby go oczy nigdy nie widziały.
Leontes.  O! nie, Paulino, nie spuszczaj zasłony.
Paulina.  Nie, nie poglądaj dłużej na ten posąg,
Albo uwierzysz, że w nim ruch postrzegłes.
Leontes.  O, dozwól, dozwól! ach, jakbym chciał umrzeć
Lecz mi się zdaje, że to — już Lecz teraz
Powiedz mi imię wielkiego snycerza.
Czybyś nie myślał, królu, że oddycha,
I że w tych żyłach żywa krew się toczy.’*
Polix.  Cudowne dzieło!
Zda się, że usta jej gorące życiem.
Leontes.  Wlepione oko zda się ruch posiadać,
Jakby się sztuka urągać nam chciała.
Paulina.  Spuszczam zasłonę; królewskie wzruszenie
Tak jest gwałtowne, iż uwierzy wkrótce,

Że posąg żyje.
Leontes.  Słodka Paulino,
Przez lat dwadzieścia pozwól mi tak wierzyć,
Bo żadna świata tego rzeczywistość
Nie zrówna tego szaleństwa rozkoszom.
Nie spuszczaj!
Paulina.  Królu, żałuję głęboko,
Ze żal zbudziłam, choć mogłabym jeszcze
Żal zbudzić głębszy.
Leontes.  O! zbudź go, Paulino,
Bo żal ten słodką jest dla mnie pociechą.
Lecz czy się mylę, czyli mi się zdaje,
Że mnie dolata jej oddechu powiew?
A kiedyż dłuto oddech wykuć mogło?
Nie Szydźcie ze mnie, gdy ją pocałuję.
Paulina.  Łaskawy królu, zatrzymaj się, proszę,
Lic jej rumieniec jeszcze jest wilgotny,
Twój pocałunek usta jej zamaże,
A twoje farbą olejną poszpeci.
Spuszczam zasłonę.
Leontes.  Nie, przez lat dwadzieścia.
Perdyta.  I ja tak długo mogłabym stać przy niej
I w twarz jej patrzeć.
Paulina.  Lub raczcie natychmiast
Z kaplicy odejść, lub bądźcie gotowi
Na większe dziwy. Jeśli macie serce,
Ja posągowi ruch mogę nakazać,
Zejść na podłogę, chwycić was za rękę;
Lękam się tylko, żebyście nie rzekli,
Iż mam na służbie potęgi piekielne,
Leontes.  Czy w twojej mocy jest ruch jej nakazać —
Na ruch ten będę z rozkoszą poglądał;
Czy w twojej mocy w jej usta wlać słowa,
Każde jej słowo usłyszę z rozkoszą:
Równie nakazać łatwo czyn jak słowo.
Paulina.  A więc rozbudźcie wszyscy wiarę waszą,
I stójcie wszyscy w poważnem milczeniu;
A komu czyn mój grzechem się wydaje,

Niech się oddali.
Leontes.  O, zostaną wszyscy!
Paulina.  Ozwij się, pieśni! rozbudź ją muzyko! (Muzyka).
Już czas! zstąp do nas! przestań być kamieniem!
Zbliż się i rozbudź dziw wszystkich przytomnych!
O! przybądź, przybądź! Zamknę twą mogiłę.
Przybądź! a twoją martwość przekaż śmierci,
Od której drogie wyzwala cię życie!
Czy ruch postrzegasz? (Hermiona zstępuje z piedestału).
Nie cofaj się, królu,
Czyny jej bowiem będą święte, czyste,
Jak me zaklęcia; nie cofaj się, królu,
Chyba, że pragniesz powtórnie ją zabić.
Podaj jej rękę, — kiedy młodą była,
Ty jej miłości skwapliwie szukałeś,
Teraz, w starości, ona twojej szuka.
Leontes  (całując ją). O, na jej ustach czuję ciepło życia.
Jeśli to czary, niech czary te będą
Sztuką niewinną jak branie pokarmu.
Polix.  Ona całuje!
Kamillo.  Wisi mu na szyi!
Jeżeli żyje, niech przemówi do nas.
Polix.  Niechaj nam powie, gdzie aż dotąd żyła,
Lub jaka sztuka wykradła ją grobom.
Paulina.   Gdybym wam tylko mówiła, że żyje,
Z słówbyście moich szydzili jak z bajki;
Lecz patrzcie, — żyje, choc nie mowi jeszcze.
Czekajcie chwilę. Racz się ty przyczynić,
Ty, piękna pani, uklęknij w pokorze,
I błagaj matkę o błogosławieństwo.
Dobra królowo, twa Perdyta żyje.

(Przyprowadza Perdytę, która klęka przed Hermioną).

Hermiona.  Bogowie! rzućcie na nas oczy z nieba,
I raczcie wylać z świętych naczyń waszych
Błogosławieństwo na córki mej skronie!
Powiedz mi, droga, kto cię uratował?
Gdzie żyłaś, ojca twego jak znalazłaś?
Ja, gdym słyszała od mojej Pauliny,

Że w słowach bogów można było znaleźć
O twojem życiu choć słabą nadzieję,
Czekałam końca, tu przed światem skryta.
Paulina.  O, pani moja, dość jest na to czasu,
Chyba, że pragną powieścią wypadków
Przerwać bieg czysty twojego wesela.
Idźcie szczęśliwi! dzielcie radość waszą
Z królestwem całem! ja, synogarlica
Biedna i stara, wybiorę siedlisko
Na uschłem drzewie, i tam płakać będę
Po stracie, której nie znajdę już nigdy,
Póki nie pójdę za nią w świat szczęśliwszy.
Leontes.  O! nie, Paulino; jak ja twej woli
Żonę wybrałem, ty po mej weź męża:
Pomnij, ten układ stanął między nami.
Tyś mi znalazła żonę, choć jak? nie wiem,
Bo mi się zdaje, żem umarłą widział,
I na jej grobie odmawiał modlitwy;
I mnie daleko nie potrzeba szukać
Męża godnego twych cnót i twych zasług,
(Uczucia jego dość mi są świadome).
Zbliż się, Kamillo, i weź ją za rękę;
Twoje bogate poznaliśmy cnoty,
Dwóch królów na nie świadectwo ci daje.
Idźmy! Lecz wprzódy spojrzyj na mnie, bracie;
Przebaczcie teraz, przebaczcie oboje,
Że śmiałem czystość świętych spojrzeń waszych
Brudzić zazdrością. — Ten zięć twój, królowo,
A syn królewski, przez nieba zrządzenie,
Jest zaręczonym mężem córki twojej.
Teraz, Paulino, prowadź nas, błagamy,
Gdziebyśmy mogli, wolni od natręctwa,
Słuchać, a potem wzajem opowiadać,
Cośmy działali przez ciąg dni rozdziału,
Dni długich, smutnych. Prowadź, prowadź śpiesznie,

(Wychodzą).






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.