Cudzoziemczyzna/Akt I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Cudzoziemczyzna
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom I
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
AKT I.
Scena wystawia pokój dobrze umeblowany; po prawej stronie stół, na którym leżą damskie robótki; kilka krzeseł.



SCENA I.
Julia, Zdzisław.

Julia.
(kładąc robotę i wstając od stołu).

Nie, nie, Panie Zdzisławie, nie będę milczała,
Dzisiaj wydać się musi tajemnica cała.


Zdzisław.

Ależ, kochana siostro...


Julia.

Nie, ścierpieć nie mogę,
Ażeby kto do szczęścia sam utrudniał drogę,
I to przez jakieś śmieszne, niedorzeczne myśli.


Zdzisław.

Każdy sobie inaczej drogę szczęścia kréśli.


Julia.

Dopókim zostawała w niezachwianej wierze,
Ze prawdziwej swobody chcesz i szukasz szczerze,
Chociaż zawsze otwartość w każdej sprawie wolę,
Przybyłam tu w sąsiedztwo, wzięłam daną rolę.

Lecz dziś widząć, że właśnie, co kryjesz w uporze,
Zyskać rękę Zofii, zjednać ojca może,
Mamże milczeć? sam rozważ.


Zdzisław.

Lecz powtarzam jeszcze,
W dotrwaniu tajemnicy szczęście moje mieszczę.


Julia.

Kiedy tak, to rób co chcesz, przeszkód ci nie kładę,
Ale każę zajechać, wsiądę i pojadę.


Zdzisław.

Może długo, niestety, i ja nie zostanę;
Ależ ostatnie słowo jeszcze mi nie dane.


Julia.

Wszak przyjęcie Astolfa za odpowiedź służy.


Zdzisław.

Wprawdzie nic mi dobrego dotychczas nie wróży;
Lecz Zofii tak prędko wyrzec się nie mogę,
I źle czy dobrze, skończę przedsięwziętą drogę.


Julia.

Bądź zdrów.


Zdzisław.

Dobra Julio, posłuchaj mię trochę:
Poznasz, że myśli moje nie są tak zbyt płoche.
Kiedy już kilkoletnią podróżą strudzony
W miłe swoje nareszcie powróciłem strony,
Kiedy już ostygł zapał tej radości czystej,
Którą nas poi widok zagrody ojczystej,
Doznałem w krótkim czasie, że ta wolność nasza,
Która się tak okropnie małżeństwem zastrasza,
Która nad wszelkie dobro najdroższą się zdaje,
Wcześniej czy później trochę ciężarem zostaje;
Trzeba mieć swoich działań przyczyny nadane,
Trzeba nosić i więzy, lecz więzy różane,

Coraz nowych nadziei nie słuchać już głosu,
I jeśli nie swobodę, znaleść zakres losu.


Julia.

Pisałam ci wyraźnie...


Zdzisław.

List przerwał dumanie.
Opis Radosta domu, o Zofii zdanie,
Którą bardzo chwaliłaś, lecz jednak za mało,
Wszystko z mojém życzeniem zgodném się być zdało.
Lecz wstrzymawszy się w mieście, muszę wyznać szczerze,
Nie bardzo miłe wieści zbierałem w tej mierze:
„Radost, a! stary Radost“ każdy się odzywa,
„Niezbyt to głowa tęga, lecz dusza poczciwa,
„Najlepszy Polak w sercu, i jak taki słynie,
„Lecz dziś cudzoziemczyzną oddycha jedynie:
„Zrzucił kontusz, pas, czapkę, przywdział modne stroje,
„Zmienił siebie, dom, sługi, nawet wioski swoje;
„Uczy się w dzień i w nocy, nie cudzych języków,
„Lecz tylko słów urywczych, próżnych wykrzykników;
„Słowem co cudze, modne, to tylko ma w względzie.
„Ten, kto nie zna jak Polskę, źle przyjętym będzie,
„Lecz kto prawi o Rzymie, Paryżu, Londynie,
„Radosta przyjacielem zostaje w godzinie.“


Julia.

Powziąwszy takie wieści, każdy pewnie zgadnie,
Stosownie do nich działasz, korzystasz z nich snadnie,
Jak prosto z zagranicy do niego przybywasz,
Coraz nowym językiem nie chcąc się odzywasz,
O krajach, modach, dziwach prawisz nieustannie,
Starasz się ojca bawić a podobać pannie.
Wcale nie; kto tak mniemał, całkiem się omylił,
Na inny sposób rozum Pan Zdzisław wysilił:

Przyjeżdżasz... ażem zbladła... srokatych pięć koni,
Krakowiak z bicza trzaska, każdy chomąt dzwoni.
Kolaska! jakiej nawet już i nie dostanie,
A miast kamerdynera, pachołek w żupanie;
I oznajmiasz bezczelnie, zaraz pierwszej chwili,
Żeś za Polski granice nie zrobił i mili,
Ze żadnym cudzoziemskim nie mówisz językiem,
A co lepiej, wszystkiego jesteś przeciwnikiem.
Wszystko, co tu kto robi, złém ci się wydaje:
Tu chwalą tylko nowe, ty dawne zwyczaje,
Tak: tu obiad wieczorem, ty z nami nie siadasz
I z panem Telembeckim o dwunastej jadasz,
Ty o siódmej już chrapiesz, tu nie śpią do trzeciej,
Tu wstają o południu ty — nim dzieli zaświeci.


Zdzisław.

Ale na cóż wyliczać te mniemane winy?
Jestem tu dziwakiem, wiem, lecz nie bez przyczyny:
Byłbym Radosta śmieszność na korzyść obrócił,
Gdybym się był tą wieścią inną nie zasmucił,
Że i córka tym błędom ulega powoli;
I to mnie przymusiło do wzięcia tej roli.
Zofia dobra, ładna, ma rozumek miły,
Ale jej, baśnie ojca, głowę zawróciły.
Sama jeszcze wyraźnie nie wie, czego żąda:
W nieznaną przestrzeń świata z tęsknotą spogląda.
Świetność, znaczenie, moda, są szczęścia obrazem,
Który sprawdzić i pragnie, i lęka się razem;
Ztąd to mniema, że męża najlepiej wybierze,
Gdy w nim światową śmiałość i układ postrzeże.
Przyjechać, blaskiem, wrzaskiem młodą zająć głowę,
Nie jestto nadal szczęścia ustalić budowę.

Chcę i poznać dokładnie i tak być poznany;
Przeto, co mój charakter, ten nie jest udany:
Jestem z nią samym sobą, i to tylko kryję,
Że żyłem w wielkim świecie i tam zawsze żyję.
Jeśli bez tej zalety będę jednak w stanie
Podobać się Zofii, zmienić jej żądanie,
Jeśli poświęci miłość świata, zabaw, mody,
Będę miał jej uczucia niemylne dowody;
Ale jeśli brak zalet, których nie chcę użyć,
Za jedyną przeszkodę do szczęścia ma służyć,
Ha!


Julia.

Ależ mój paniczu, wszystko dobrze, ładnie;
Lecz niech ci na myśl, Zosi lat szesnaście wpadnie.
Pewnie panna w tym wieku piękna i wesoła,

(z uśmiechem wskazuje Zdzisława)

Człowieka co się nażył, zrozumieć nie zdoła;
A potém, nie wiem czemu każdy szuka żony
Wtedy dopiéro, kiedy już światem znudzony,
I jeszcze za złe bierze tej młodéj osobie,
Jeśli uciech i zabaw trochę życzy sobie.


Zdzisław.

Tak, to... Ale niech skończę, co wyznać zostaje,
Nieumiejętność cudzych języków udaję,
Bo romanse, któremi zajmują się damy,
Których my swoich mało, wiele obcych mamy,
Gramatyką się stały potocznej rozmowy!
Żadna nie potrzebuje łamać sobie głowy:
Myśli, zdania, zwrot sensu, i przyjemność cała
Staną się jej własnością byle pamiętała.
Wziąłem tę broń Zofii; jej sposób myślenia,
Wdzięk wyrazu i zdania, niech się sam ocenia.


Julia.

Bardzo dobrze...


Zdzisław.

Z tém wszystkiém, nie będę się chlubił,
Lecz Zofia mi sprzyja i ojciec polubił.


Julia.

Ale kiedy ty idziesz mądrym, wolnym krokiem,
Astolf przy tejże mecie stanął jednym skokiem:
Jego stroje, karykle, konie i żokiety
Pono nad twój rozsądek lepsze są zalety.




SCENA II.
Julia, Zofia, Zdzisław.

Zofia (wbiegając)

Ach kochana Julio...

(nagle się wstrzymuje postrzegłszy Zdzisława. Julia zdaje się czekać co powie nareszcie)

Julia.

Co Zosiu?


Zdzisław.

Jak wnoszę,
Moja przytomność...


Zofia.

Ach nie, proszą zostać, proszę...
Wprawdzie teraz się tylko za wahanie wstydzę,
Bo w tém, com miała mówić, nic złego nie widzę;
Chciałam prosić Julią, by z nami jechała
Ztąd o milkę, na spacer.


Julia (z niedowierzaniem).

To przyczyna cała?...


Zofia.

Ależ bo chciałam także... pokazać ci wprzódy...
Astolfa cudny zaprząg, kocz najwieższej mody,

Jakie konie w karyklu, jakie pyszne stroje,
I... znowum się wstrzymała, bo się zawsze boję,

(zbliża się do Julii i mówi ciszej, ale tak żeby i Zdzisław słyszał)

Kiedy chwalę te fraszki, urazić Zdzisława.


Zdzisław (z ironią pierwszy wiersz).

Ach więc już do litości dostąpiłem prawa!
Ale, piękna Zofio, strać na zawsze trwogę,
Że pochwał w takim względzie zazdrosnym być mogę;
Bo wiem, że jeśli Astolf twoje serce zyska,
To nie dla tego tylko, że koczem połyska.
Takie fraszki dla duszy słabe są ogniwa,
Łatwo ich się dostaje, jeszcze łatwiej zbywa.




SCENA III.
Julia, Zofia, Zdzisław, Radost.

(Radost w surducie, pod spodem spencer i równeż pantalony z pończochami; chustka grubo zawiązana. Nalega trochę na nogę i laską się czasem podpiera.)

Radost.

A charmant, charmant, superbe! już hrabina wstała.

(Zofia w rękę go całuje; Radost głaszcząc ją pod brodę)

Buon giorno moje dziecię... ślicznaś moja mała.
A! Zdzisław, ranny ptaszek... cóż?... podług zwyczaju
Może już z polowania?

(Zofia i Julia siadają, Zofia od sceny; haftują.)

Zdzisław.

Byłem w blizkim gaju,
Ale psy nie goniły, bardzo ostre pole.


Radost.

Nie goniły, a, charmant! dla tego ja wolę
Par force, par force... eh goddam! to mi polowanie!
Hussa! przez płoty, rowy, niech się co chce stanie!

Po angielsku! a, charmant, krocie uciech, krocie.
Mój Tarant, dobry szłapak, lecz staje przy płocie.
A gdzie rów to się kładzie, więc nie mogę ścigać;
Ale mnie na rok przyszły, Anglik będzie dźwigać.
Konie i psy sprowadzam, a wtedy dopiero
Wszystkich myśliwych proszę niech się do mnie zbierą.


Julia.

Ależ, panie Radoście, któż w wieku Waćpana
Tak poluje.


Radost.

Radotage, Komtesso kochana!
Dla wieku nie polować! idea nielada!
Co tu wiek ma do rzeczy? sam Astolf powiada,
Że lord Fic... Fec... jakże... Fen... bodaj się nie święcił,
Ot ten, coto, rok temu na łowach kark skręcił...
Comment donc, diable! no mniejsza jak się nominował.
To gdzie! starszy odemnie, a jednak polował.


Zofia.

Nie, ojcze, i ja na to zezwolić nie mogę,
Dotąd jeszcze kulejesz i cierpisz na nogę.


Radost (prostując nogę).

Nie bardzo.


Zofia.

Zawsze z koni masz jakieś przypadki.


Radost.

Tak, prawda, nogęm wybił, byłto casus rzadki.


Zdzisław.

Jakto z konia?


Radost (z fanfaronadą).

Na kursach raz mi się trafiło.


Zdzisław.

Gdzie?


Radost (jak wprzódy)

Na kursach powiadam.


Zdzisław.

Lecz gdzież miejsce było?


Radost.

Od bramy do arendy.


Zdzisław.

Tu, tu?


Radost.

Tak, tu, u mnie.


Zdzisław.

Po wzgórkach?


Radost.

Tak.


Zdzisław.

I mostkach?


Radost.

Nie bardzo rozumnie.
Wiem, wiem mais „c’était“ charmant!


Zdzisław.

I któż tam był jeszcze?


Radost.

Ja i moi dworzanie. Wszystkich w szereg mieszczę,
W szereg... przy bramie... wszystkich... superbe!... staję razem;
Mamy wszyscy wyruszyć za danym rozkazem.
Moja nieboszczka ciotka miała głos jak tuba,
Jeszczem jej dał za dyszkant starego Jakuba;
Słuchamy... wtém oboje już krzyczą co mogą,
Eh goddam, jak pocisnę Taranta ostrogą!...
Zarazem koniuszego przy mostku wyminął,
Ekonom wraz ze siodłem z kobyły się zwinął,
Potém jeden i drugi, obydwa pisarze,
Zostali ten przy gumnie, tamten przy browarze;
I leśniczy gniademu okładając boki,
Już, już, nie był przedemną, jak na cztéry kroki,

Wtém żyd idąc... bo żyda zawsze pełno wszędzie,
Nuż do lisiej kapuzy; a mój Tarant w pędzie
Jak forknie, stanie, wierzgnie... musiałem zeskoczyć.
No, w Anglii na kursach, żyda ani zoczyć;
Lecz u nas! goddam! jak tu kursa robić?
Jednak i moja wina, trzeba przysposobić
Miejsce, konie i ludzi. Wszystko to urządzę.


Julia.

I wszystko niepotrzebnie.


Zofia.

Ach, i ja tak sądzę.


Zdzisław.

Przypadki zawsze będą.


Radost.
(siadając po lewej stronie sceny).

O, gadajcie sobie!
A ja na przyszłe lato nowe kursa zrobię.
Ale widzę, że jesteś lękliwy Zdzisławie.


Zdzisław (zbliżając się do Zofii).

O, czasami i bardzo, lecz nie w takiej sprawie:
Lękam się, kiedy przyszłość położę na szalę,
A nie wiem co przeważy, nadzieja czy żale.


Radost (w zamyśleniu).

W mijaniu cała sztuka, a to łatwo umieć.


Zdzisław (do Zofii).

Kiedy mnie nie rozumią, lub nie chcą rozumieć.


Julia.

Rzecz jasną każdy pojmie, więc niema bojaźni.


Zofia.

Dowodem zrozumienia, jest dowód przyjaźni.


Zdzisław.

Wolę nienawiść, wolę, jak przyjaźń w nagrodę
Nadziei serca, którą...


Radost (wstając).

Do skutku przywiodę!


Zdzisław
(idąc ku Radostowi i dziękując)

Ach Mości dobrodzieju...


Radost
(odprowadzając na stronę Zdzisława i pokazując).

W końcu... meta stanie,
Przy której damy będą; tak, meta, mój panie.
Charmant! superbe!... tylko że...

(wpada w zamyślenie i siada).

Julia.

Jemu kursa w głowie.


Zdzisław.

Ach, kiedy wyrok szczęścia w jedném leży słowie,
Wtedy lada głos ludzki dochodząc zdaleka,
Zdaje się, że spełnienie nadziei wyrzeka;
Ale jakże bolesno, gdy z niczém przemija!
Nieszczęście nas zasmuca, niepewność zabija.
Ach Zofio! zbliż mało-oddaloną porę;
Błagam cię, dzisiaj, teraz, niech wyrok odbiorę.


Zofia.

Nic nie słyszę.


Zdzisław.

Z tym żartem prośba nie ulata;
Siostro przyczyń się za mną.


Zofia.

Nie, za mną proś brata,
Proś, niech mnie nie zawstydza, niech mnie tak nie dręczy;
Jutro od tego słowa nic mnie nie wyręczy,
Na cóż dzisiaj wspominać chwilę rozstrzygnienia?
Lękam się coraz bardziej w miarę jej zbliżenia,

I jeśli ojciec zechce, to jeszcze odłożę...
Ale nie, jutro koniec..,


Radost (wstając).

Nie, to być nie może.


Julia, Zofia, Zdzisław.

Czemu?


Radost.

Bo dwie mil tylko, moim gruntem będzie;
Dwie mało; więc aż Lublin zatrzyma nas w pędzie.


Julia (śmieje się).

Lublin? mil trzy chcesz pędzić?


Radost.

Z czegóż śmiać się tyle?
Po pięć w Anglii robią.


Zdzisław.

Ależ inne mile.


Radost.

Inne?


Zdzisław.

Mniejsze.


Radost.

Tak, charmant! przypominam sobie.
O, zaraz w moich drogach taki podział zrobię!
Przecie zimą czy latem, czy polem czy lasem,
Miło, angielską milą przejechać się czasem..




SCENA IV.
Ciż sami, Astolf.

(zupełnie ubrany jak Radost).

Radost.
(idąc naprzeciw Astolfa i podając rękę)

Buon giorno!


Astolf.

Bonjour, Mesdames.


Radost.
(obracając się przed idącym Astolfem).

Patrz, mój surdut nowy.


Astolf
(z uśmiechem spojrzawszy z boku).

Niezły.

(przysuwa z hałasem krzesło do Zofii; siadając).

Cóż Comtesse Julie, ustał dziś ból głowy?

(nie słuchając odpowiedzi i wyciągając się na krześle).

Panna Zofia zawsze piękna jak nadzieja.


Radost
(na stronie; poprawiając surdut).

Niezły.


Astolf
(do Zdzisława z przyciskiem).

Do nóg upadam pana dobrodzieja!


Radost
(przypatrując się surdutowi Astolfa i swój poprawiając).

Niezły! taki jak jego.


Astolf
(do Zdzisława, jednym zawsze głosem od początku sceny).

Pod stopki mnie ścielę.


Julia (cicho do Zofii).

Nieznośny.


Zofia (podobnież do Julii).

Prawda, czasem.


Zdzisław (do Astolfa).

Na cóż słów tak wiele?
Nacóż się tak z językiem, i z myślami biedzić,
Czyż po polsku, dzień dobry, nie można powiedzieć?


Radost.

Dobry dzień, czy dzień dobry, twardo i nie ładnie,
A w cudzych mowach, to z ust jak z procy wypadnie:

Bonjour, guten Morgen, good day; skarby, skarby, Panie!
Jak się masz? how do you do? co za przywitanie!
Bądź zdrów: farewell, farewell, krótko węzłowato,
Farewell. Dobranoc: good night, good night; cóż ty na to?
I tak wszystko w angielskim. Naprzykład rzecz mała:
Dziękuję ci, I thank you; a, czułość wspaniała,
Farewell, I thank you, good night; ha, co za dźwięk boski[1].
Ale już nie to, trzeba wyznać, język włoski.
Buon giorno! come sta? ella sta bene?
Per servirla; cosi, cosi, Corpo di Baco!

(krzywi się i kiwa ręką)

Niemiecka od francuzkiej uboższa jest mowa:

(polskim mocnym akcentem)

Guten Morgen! Wo kommen Sie denn her? Ich komme
aus Lithauen. Sie kommen aus Lithauen und sprechen
so gut deutsch. Kann man Ihnen mit einer Schale
Kaffe dienen? (krzywi się i kiwa ręką)
Tak więc francuzka mowa, wszystkich mów królowa.
To mi zaś w angielszczyznie najmilszém się zdało,
Ze niewyrażność wdziękiem, nawet sztuką całą:
Jeden stara się ukryć, drugi zgadnąć słowa,
Tak zawsze jest zabawa; choć nudna rozmowa.


Astolf (ziewnąwszy).

Ach, mon cher Monsieur Radost, i dobry Zdzisławie,
Połóżcie też już koniec tej dzielnej rozprawie;
Co nam do takich rzeczy; bogactwo języka
Wszak z bogactwa kieszeni zupełnie wynika.

Twardy język i suchy, kiedy kieszeń pusta,
A z głodu posiniałe, niewymowne usta.

(śmieje się głośno)

Zofia (do Julii cicho).

Co za koncept.


Julia (podobnież do Zofii).

Niemądry.


Radost.

Ależ mon cher ami,
Nie możemy się zawsze zatrudniać fraszkami.

(do Zdzisława)

Prawda?
(do Astolfa) Potrzebne także czasem roztrząśnienia
I nad erudycyą.

(do Zdzisława)

N’est-ce pas.


Zdzisław.

Bez wątpienia.


Radost.

Wszak o literaturach sądzić jestem w stanie?


Zdzisław.

Teraz i mniej znający daje swoje zdanie.


Zofia (do Julii).

Co też nie wygadują!


Astolf.

Widzę więc, że chcecie
Bym zasnął, jak wczoraj pan...


Radost.

O... o... już, plecie

(do Zdzisława uniewinniając się)

Takem był zasłabł koło drugiej po północy,
Że się wstrzymać od spania nie było w mej mocy.


Astolf.

To nie wiem, czyś pan osłabł, czyś się nami znudził,
Ale to wiem, żeś chrapnął, ażeś się przebudził.


Zdzisław (śmieje się głośno).

O słabości niegodna! noc przepędzić we śnie.


Radost (uniewinniając się.)

Ależ bo byłem chory.


Zdzisław.

Ależ bo tak wcześnie.


Astolf.

Teraz dopiero Zdzisław powie nam kazanie:
Że śmieszne i szkodliwe długie w noc czuwanie;
Że nasze dziady, baby, prababy, pradziady
Nie takie zostawiły dla wnuków przykłady;
Że póki z zagranicy nie przyszły zwyczaje,
Szczęśliwe w swej prostocie były nasze kraje;
Nie znano co to miasta, co bezsenne gody,
Co zbytki w stołach, winach, co wykwintne mody;
Ale siano, młócono, i zjadano... (z przyciskiem)
hreczkę.

(śmieje się głośno)

Zdzisław.

Nie, kazania nie powiem, lecz małą bajeczkę.
„Witaj,“ rzekł orzeł „żórawiu z podróży,
Twój powrót cieszy i wiosnę nam wróży;
Usiądź żórawiu na bliższych zagonach,
Powiedz, coś widział w cudzoziemskich stronach.
Ci co tak daleko lecą,
Zwykle korzystają nieco;
I z twojej pewnie będziem mieli łaski,
Nowe poprawy, nowe wynalazki:
Jak żywność chować,
Gniazda budować,

Wroga unikać,
Jak się czubić... jak i zmykać“...
„Stój“ przerwie żóraw’, „stój, stary gaduło.
Cóż ci się we łbie usnuło,
Że się każdy trudzi lotem,
By was uczyć za powrotem.
Przeleciałem cudze kraje,
Bo tak nasze chcą zwyczaje,
A nie po to, by się męczyć,
Wszystko śledzić, siebie dręczyć;
Lecz mądrze chodzę, rezolutniej krzyczę,
To umiem, tego uczyć ci się życzę,
A poznasz wkrótce, że te wasze baśnie“...
„Nie kończ!“ orzeł wrzaśnie,
„Niech cię sępy porwą w sztuki,
Za te myśli i nauki!
Niech na nieszczęście do swych gniazd nie wraca,
Kto pamięć o nich na chwilą utraca,
Kto niebaczny na przykłady,
Przynosząc z sobą pozbierane wady,
Zbiór tylko cudzych śmieszności nam stawi.“ —
O jakże wiele jest u nas żórawi!


Radost.

Charmant! Astolfie, n’est-ce pas? dobrze rzecz wystawia;
Taki głupiec podobny całkiem do żórawia,
Co się na naszych łanach, wygładzi, wypasie,
I potém leci schudnąć w trzechmiesięcznym czasie.
A, charmant, charmant n’est-ce pas?

(do Astolfa)

Ale nie myśl sobie,
Żeby każdy wojażer miał być w tym sposobie.

(do Zdzisława)

Prawda? n’est-ce pas?


Zdzisław.

Sens jasny.


Julia.

O tych tu osnowa,
Których całym rozumem cudzoziemska mowa.


Radost.

I orzeł dobry, dobry; nie słuchał włóczęgi,
I verba veritatis wyciął mu jak z księgi;
Lubię go, lubię za to, i więcejbym lubił,
Gdyby pana żórawia był trochę poczubił.


Astolf.

O, miał rozum, i słowne przekładał dowody.


Radost.

Czemu?


Astolf.

 
Bo może stary, a żóraw’ był młody.


Radost.
(w miarę zapału odmienia postawę).

Stary, stary, cóż z tego? Patrzcieno u kata!
Jak gdyby zwyciężały same tylko lata!
I ja choćem niemłody, już pod siwym włosem,
Jeszczebym na harc wyszedł z niejednym młokosem.

(z coraz większym zapałem).

Coto wiek! teraz, zaraz, niech kto w drodze stanie!
Niech mnie tylko zaczepi! Coto! Ech Mospanie,
Jak się chwycę do korda...

(mówiąc „Ech Mospanie" chwyta się za głowę i poprawia perukę na ucho, jak się czapkę poprawiało, potém przy ostatnim wierszu chce chwycić za kord, w ten moment zdaje się jak przebudzony postrzedz swój ubiór; zostaje chwilę w téj pozycyi, potém mówi ze spuszczoną głową powoli i z ciężkiem westchnieniem)

Było to tak... było!


Astolf (po krótkiém milczeniu).

Eh bien?


Radost.
(na te francuzkie słowa podnosi głowę i podrygując wraca do dawnej przesadnej postawy).

A, charmant, charmant!


Astolf.

Bajek słuchać miło;
Lecz podobno na spacer miały jechać damy.
Jedźmyż...

(do Zdzisława)

Za pozwoleniem... jeśli jechać mamy.

(Wszyscy się ruszają, Radost i Astolf ku przeciwnym drzwiom. Damy wychodzą.)

Radost (wywołując).

Jakubie!


Astolf (podobnież).

Etienne! Daj tu mego kapelusza...

(obracając się ku Zdzisławowi poprawia się)

Mój kapelusz... przepraszam.


Zdzisław.

Nikt się nie obrusza.


Astolf.

Jednakże cię przepraszam; prawdziwie się boję,
Boś gotów na mnie strzelić za polszczyznę moję.

(Zdzisław wzrusza ramionami)

Radost.

Allons! stary, ruszaj się!

(Jakub, Etienne przynoszą kapelusze)

Jakub.

Ta idę, tfy!


Radost

Żwawo!

(głaszcząc go po łysinie i śmiejąc się)

Czubka niema?

(damy wracają)

Jakub (gniewliwie).

Hm! czubka!


Radost.
(obraca go, śmieje się, sam podrygując na jednéj nodze).

La pirouette!


Astolf (śmieje się)

Brawo!

(Radost Julii podaje rękę, Astolf uprzedza Zdzisława i podaje rękę Zofii.)

Jakub (do Radosta, obruszony).

Otby Panicz statkował.

(Damy, Radost i Astolf wychodzą, Jakub po krótkiém milczeniu)

Wiem ja co się święci.

(spoglądając na Etienna)

Pszczółka tam być nie może, gdzie się truteń kręci.

(wychodzi przedrzeźniając Etiennowi, który wzajemnie)



SCENA V.
Zdzisław, Etienne.

(Zdzisław wrócił ode drzwi; nie widząc za sobą stojącego, mówi pierwsze wiersze.)

Zdzisław (dostając list).

Nie słucha mnie... zatém list... albo, nie.. list wolę;
Siostra... nie, nie, w pokoju położę na stole...

(chce iść ku drzwiom pokoju Zofii, wraca postrzegłszy Etienna i siada tyłem do niego)

Jest natręt!


Etienne.

Sługa pański! pan się, widzę, nudzi...
Ej, za granicąto żyć!... tam to widać ludzi...
W Francyi nie tak jak tu, tam pastuszek lada
O tyci, a już, panie, po francuzku gada.

To, panie, inne rzeczy, to Francya, panie,
Niech się Podlasie schowa!


Zdzisław.
(więcej tyłem się obracając; do siebie).

Przecież raz przestanie.


Etienne.

Tam pieców niema... tytuń, to bez fajek kurzą;
No, wódka diabła warta, ale wina dużo;
A dopieroż w Paryżu, albo i Londynie...
Londyn, panie, na wyspie, woda wkoło płynie,
Na krypach nas przewieźli, wtenczas most zerwało.

(Zdzisław obraca się z zadziwieniem do Etienna)

Nie pierwszy pan się dziwi, widziałem niemało,
Wiem wszystko; kiedy gadam, nikt mi nie zadrzymie,
A niechno Panu zacznę rozprawiać o Rzymie.


Zdzisław.

O Rzymie... (cicho)
Astolf milczał...

(głośno)

chciałem wspomnieć właśnie;
Tamto przez morza, skały...


Etienne.
(przerywając śmiechem).

A to co za baśnie!

(śmieje się)

Najciężej do Anglii, ztamtąd jak po stole.


Zdzisław.

Czy tak?


Etienne.

Ale ja, panie, ja Francyą wolę.


Zdzisław.

Więc z panem byłeś wszędzie?


Etienne.

Ha niechaj sam powie.


Zdzisław (na stronie).

Prawda, sam to powiadał... ależ po tej mowie...

(zrywa się i chodzi prędko)

Czyżby i Astolf kłamał?... Zaraz próbę zrobię...
Poczekajno, paniczu, dopiekę ja tobie!


Etienne.

A o Renie pan słyszał? Ren, panie, to rzeka,
Do Mayence; miasta, panie, płynąc już zdaleka...

(Zdzisław nagle bierze kapelusz i wychodzi.
Etienne zdziwiony odprowadziwszy go oczyma).

Ja gadam, on wychodzi... nikt nic nie chce wiedzieć,
Wartoż tu wojażować, proszę mi powiedzieć?

(stoi z założonemi rękoma).
Zasłona spada.








Przypisy

  1. Wszystkie angielskie słowa podług wymowy policzone: gud-de, hau-du-iu-du, fer-uell, gud-nayt, ay tsenk iu, goddem.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.