Gasnące słońce/Część pierwsza/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Gasnące słońce
Podtytuł Powieść z czasów Marka Aureliusza
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

W najbliższem sąsiedztwie starego dworca Publiusza Kwintyliusza, na tej samej ulicy, ciągnącej się u podnóża Pagórka Ogrodów, znajdował się dom Tullii Kornelii, młodej wdowy po starym prokonsulu.
Wysoki mur nie zasłaniał białej, z marmuru zbudowanej willi przed oczami przechodniów. Wchodziło się do niej wprost z chodnika bazaltowego, biegnącego wzdłuż domów wązkim, podwyższonym pasem.
Nazajutrz, około godziny ósmej zrana, zatrzymała się przed tym pałacykiem złocona lektyka, niesiona przez czterech niewolników kappadockich, których poprzedzał wyrostek, pełniący służbę laufra.
— Zawołaj odźwiernego! — odezwał się z po za jedwabnych firanek, ozdobionych złotemi frędzlami, głos zmęczony.
Chłopiec pobiegł do drzwi, uderzył w nie młotkiem, a kiedy się klapa, otwierająca okrągły otwór wycięty na dole powyżej progu, odsunęła, krzyknął:
— Przesławny Marek Kwintyliusz Warus rozkazuje ci, abyś stanął przed jego obliczem.
Natychmiast zaskrzypiały rygle i przed domem ukazał się otyły, wypasiony niewolnik z długą trzciną, zakończoną złotą gałką.
— Wywoływacz[1] niech oświadczy swojej pani, że pretor Kwintyliusz złoży jej za godzinę hołd poranny — wyrzekł Marek, nie wychylając głowy z po za firanek.
Odźwierny przyłożył rękę do piersi, a lektyka oddaliła się szybko.
W chwili, kiedy Marek Kwintyliusz wydawał polecenie jej niewolnikowi, wychodziła właśnie Tullia Kornelia z pokoju sypialnego. Ubrana w białą jedwabną tunikę, sięgającą aż do kostek, i w czerwone, lekkie sandały, przeszła do gotowalni, gdzie czekała na nią służba z przyborami tualetowemi. Wysoka, zbudowana bez zarzutu, nie liczyła więcej nad lat dwadzieścia pięć. Płaszcz rozpuszczonych czarnych, lśniących włosów okrywał jej okrągłe, obnażone ramiona.
— Pozdrowienie tobie, pani! — odezwały się równocześnie trzy niewolnice egipskie.
— Pozdrowienie wam — odpowiedziała Tullia i spoczęła na krześle, zaopatrzonem poręczą, przed nizkim, okrągłym stolikiem z drzewa cytrusowego, na którym stało srebrne lustro, oparte na głowie Herkulesa z kości słoniowej.
— Uczeszesz mnie dziś po grecku — rozkazała pani.
W milczeniu zabrała się stara, pomarszczona Egipcyanka do zwykłej czynności. Ostrożnie wzięła w żółte ręce bujne włosy Rzymianki i zaczęła je gładzić grzebieniem z bronzu.
— Hiparchos zaspał prawdopodobnie — wyrzekła Tullia.
Zamiast niewolnicy, do której te słowa były zwrócone, odpowiedział jej mężczyzna w sile wieku, ubrany w ciemny płaszcz filozofa.
Wszedł, złożył głęboki ukłon plecom pani, ogarnął pożądliwem spojrzeniem jej postać i wyrzekł głosem słodkim:
— Hiparchos nie przebaczyłby sobie nigdy, gdyby niecierpliwość swojej pani podrażnił najmniejszem niedbalstwem w pełnieniu obowiązków.
Nadworny filozof i lektor Tullii Kornelii usiadł na nizkim stoliku i wydobywając z podłużnej, okrągłej puszki kilka kart pergaminowych, zapytał:
— Czy zacząć tam, gdzie skończyliśmy wczoraj?
— Zacznij, gdzie chcesz — odpowiedziała Tullia. — Nie idzie mi wcale o doskonałą znajomość twojego śmiesznego Epikteta, lecz jedynie o pogląd ogólny na jego teorye. Możesz opuszczać całe rozdziały.
Hiparchos przesunął białą rękę po długiej brodzie i czytał:
„Gdy podczas podróży morskiej wysiądziesz na brzeg, wówczas podejmiesz z piasku muszelkę lub cebulkę. Ale zabawiając się w taki sposób, spoglądaj pilnie na okręt, aby cię nie odjechał. Bo gdy sternik zawoła, wówczas musisz rzucić wszystko, coś pozbierał, i biedz za jego głosem. Tak samo ma się rzecz z życiem. Żonę i dziecko opuścisz, kiedy śmierć na ciebie skinie. W starości nie oddalaj się zbytecznie od okrętu“.
— To znaczy... — chciał filozof tłómaczyć.
— Rozumiem — wtrąciła Tullia, biorąc ze stolika grubą, złotą szpilkę. — Dalej!
Egipcyanka splotła już włosy pani, zawiązawszy je z tyłu w węzełek grecki. Jej pomocniczki, dwie młode niewolnice zbliżyły się z gorącem żelazkiem.
— Ostrożnie! — wyrzekła Tullia i zagłębiła ostrą szpilkę w ramieniu tej, która nachyliła się nad nią pierwsza.
Dziewczyna zagryzła wargi z bólu, ale nie wydała z siebie najlżejszego głosu.
Hiparchos czytał dalej:
„Mężczyźni nazywają niewiastę już w czternastym roku życia panią. Gdy kobiety miarkują, że całą ich zasługą jest wspólne pożycie z mężczyznami, wówczas zaczynają się stroić, pokładając nadzieje swoje na błyskotkach. Należałoby zwrócić ich uwagę na to, że zasługują tylko wtedy na szacunek, gdy zachowują się skromnie i uczciwie.“
— Ten wasz uwielbiony Epiktet myślał widocznie tylko dla siebie, kiedy jego mądrość nie wpłynęła na filozofów — zauważyła Tullia, rzucając złośliwe spojrzenie na utrefione włosy i starannie utrzymaną brodę lektora.
— Byłoby rzeczą nieprzystojną stanąć przed obliczem tak pięknej i łaskawej patronki w stroju zaniedbanym — odpowiedział Hiparchos.
— Że uczyłeś się u retorów giętkiego słowa, o tem wiem, ale ja wymowy twojej nie potrzebuję. Zbliżasz mi żelazko zanadto do czoła, niezręczna! — fuknęła.
Powtórnie przeszyła szpilka ramię niewolnicy, której oczy zaszły łzami.
Cierpienie sługi obchodziło panią tak mało, iż nie zwróciła nawet wzroku w jej stronę, aby się przekonać o skutkach bolesnego napomnienia. Oparta z wdziękiem na poręczy krzesła, spoglądała w zwierciadło, śledząc pilnie ręce niewolnic, krzątające się koło jej głowy. Na jej twarzy świeżej nie było śladu najmniejszego podrażnienia. Zadawała rany ze spokojem i obojętnością operatora.
„Jest znakiem natury gminnej — czytał Hiparchos dalej — gdy się ktoś zajmuje zbyt gorliwie czynnościami zmysłowemi, gdy za dużo je, śpi i zbyt często z kobietami przestaje. Takie czynności trzeba tylko mimochodem wykonywać. Na ducha należy zwracać główną uwagę.“
Tullia uśmiechnęła się szydersko.
— Uważałam — wyrzekła — że miałeś wczoraj doskonały apetyt, że jadłeś daleko więcej od nas, od natur gminnych. I starem winem nie pogardzasz i od grzesznych uciech nie stronisz.
Spojrzała na filozofa z pod czoła, zmrużywszy powieki.
Możebyś się zgodził na post tygodniowy i na mieszkanie w beczce? Miałbyś wówczas dużo czasu i spokoju do rozpamiętywania mądrych wskazówek swojego mistrza.
A kiedy zakłopotany lektor pochylił głowę nad zwojami papieru, dodała:
— Odłóż te brednie. To filozofia dla żebraków i niewolników. Nie rozumiem, jak boski Marek Aureliusz może się wczytywać z upodobaniem w takie śmieszności. Czy nowiny dzisiejsze już nadeszły?
Niewolnice, uporządkowawszy głowę pani, wplotły do jej włosów sznur pereł i zatknęły nad węzłem złoty grzebień, wysadzony drogiemi kamieniami.
Dwie młodsze wybiegły i za chwilę wróciły, niosąc świeżo uprasowaną tunikę i długą białą suknię z miękkiej wełny syryjskiej, obramowaną purpurowym szlakiem.
Zanim włożyły tunikę na panią, stara Egipcyanka ścisnęła jej kibić szerokim pasem purpurowym, który podniósł piersi, uwydatniając pełny, okrągły biust. Wszystkie trzy krzątały się około ułożenia fałd powłóczystej sukni, spadającej na posadzkę.
Uważnie śledziła Tullia pracę służebnic, słuchając jednem uchem nowin bieżących, które Hiparchos odczytywał z tabliczek woskowych:
„Boski imperator Marek Aureliusz raczył wczoraj z boskim imperatorem Lucyuszem Werusem być obecnym w obozie pretoryanów przy poświęceniu nowego sztanduru. Boski Marek Aureliusz przemówił serdecznie do naszej dzielnej gwardyi, dziękując jej za waleczność w wojnie z Partami.“
— Opuść wiadomości dworskie — wtrąciła Tullia. — Zobacz, czy niema dziś jakiego ciekawego widowiska.
Hiparchos czytał dalej:
— Z Afryki przybyły cztery słonie, które trybun Publiusz Kwintyliusz Warus nabył z zamiarem pokazania ich obywatelom Rzymu w dniu igrzysk pretorskich.
— Publiusz Kwintyliusz? W takim razie wrócił już trybun do stolicy...
— Mówił mi klient Lucyusz, że przesławny trybun znajduje się od dwóch dni w Rzymie.
— Czy nie wiesz, gdzie zamieszkał?
— W starym dworcu, obok nas.
Tullia uniosła palcami suknię i pokazując na niej przypalone miejsce, zapytała:
— Kto dziś prasował? Czy ty, Mimut?
Młoda niewolnica, z dużemi, piwnemi oczyma gazeli, przypadła do jej stóp z cichym jękiem.
— Ty wiesz, pani — szepnęła pobladłemi usty.
Tullia klasnęła w ręce. A gdy na znak ten wbiegł do gotowalni wywoływacz, rozkazała:
— Obnażysz Mimut, przywiążesz ją do słupa i każesz ją dozorcy osmagać. Czy nie pytał jeszcze nikt o mnie?
— Przesławny pretor Marek Kwintyliusz zapowiedział pozdrowienie — odpowiedział niewolnik, chwytając dziewczynę za włosy.
— Poprosisz pretora na dziedziniec.
Płacz niewolnicy nie przerwał ani na chwilą tualety Tullii, która, podniósłszy się z krzesła, przeglądała się spokojnie w zwierciadle.
Ubrana w białą, długą suknię, wcięta w pasie, szeroka w ramionach, wysoka, z głową o konturach czystych, jakby wyciosanych z kamienia, robiła wrażenie żywego posągu. Jej czoło i nos tworzyły linię prostą. Nad zmysłowemi, świeżemi ustami czernił się delikatny meszek. Z czarnych oczu tryskał żar młodości, spragnionej życia.
Podobała się snać filozofowi jego wyniosła pani, bo zapomniawszy o nowinach bieżących, wpatrywał się w nią wzrokiem kota, skradającego się do ptaka.
Tullia, choć udawała, że nie zwraca uwagi na zachwyt lektora, widziała doskonale jego nieme uwielbienie. Uśmiechnąwszy się pogardliwie, wyrzekła głosem chłodnym:
— Moje pieski afrykańskie nie widziały już od wczoraj słońca. Gdyby Hiparchos chciał być uprzejmym, toby się z niemi przeszedł po ogrodzie.
Filozof zbladł, ale podniósł się natychmiast i opuścił gotowalnię.
Stara Egipcyanka włożyła na szyję pani potrójny sznur pereł, na ramiona cztery złote, brylantami wysadzane bransolety i podała puzderko z pierścieniami. Wysokie trzewiki z białej, cienkiej skórki dokończyły tualety.
Spojrzawszy jeszcze raz w zwierciadło, Tullia przeszła wprost z gotowalni na mały, czworoboczny, kryty dziedziniec, otoczony ze wszystkich stron dwoma rzędami kolumn z marmuru kararyjskiego.
Posągi, wykonane przez znakomitych rzeźbiarzy i ogromne wazony z kwiatami egzotycznemi stały obok filarów. W środku mozaikowej, wzorzystej posadzki znajdował się głęboki, ocembrowany basen, w którym pluskały się duże ryby morskie. Dwóch kupidynów z bronzu wyrzucało z ust strumienie wody, spadającej napowrót pyłem srebrzystym.
Zaledwie Tullia Kornelia ukazała się na dziedzińcu, otoczył ją rój niewolników. Krzątał się koło pani szybko, stąpając bez szelestu. Jeden niósł stolik, drugi ustawiał w słońcu sofę, trzeci układał poduszki, czwarty nakrywał do śniadania, piąty trzymał w ręku naczynia, szósty chleb, siódmy owoce.
Gdy Tullia spoczęła na miękkiej sofie, oparłszy lewą rękę na rzeźbionej poręczy, znikł tłum sług tak cicho, jak przyszedł. Został tylko młody, przystojny Grek z głową ufryzowaną, pełniący czynność rządcy domu.
— Czy Tymon ma do mnie jakie sprawy? — zapytała pani, niosąc do ust filiżankę z grzanem winem.
Niewolnik podał pani pęk tabliczek woskowanych.
Ale Tullia nie wyciągnęła po nie białej ręki, pokrytej pierścieniami.
— Rachunki? — wyrzekła obojętnie.
— Rachunki, pani.
— Odeślij je do rachmistrza.
— W kasie zabrakło pieniędzy, a jubiler, malarz i handlarz purpury nalegają — mówił rządca.
Tullia Kornelia zmarszczyła brwi.
— Niech rachmistrz zapłaci — rzuciła niedbale.
Rządca chciał jeszcze coś mówić, kiedy się z progu odezwał donośny głos wywoływacza:
— Przesławny Marek Kwintyliusz Warus!
Na dziedziniec wbiegł szybkim krokiem Marek, a zbliżywszy się do Tullii, ucałował jej ramię, mówiąc po grecku:
— Pozdrowienie tobie, piękna Tullio!
— Pozdrowienie tobie, śliczny Marku — odpowiedziała Tullia w tym samym języku, uśmiechnąwszy się do gościa przyjaźnie. — Ale jakże ty wyglądasz?
— Znacznie lepiej, niż przed godziną — odparł Marek. — Pozwolisz? — zapytał.
Kiedy go Tullia poprosiła ruchem ręki do zajęcia miejsca, rozłożył się wygodnie na drugiej sofie.
Był blady, znużony. Jego przygasłe oczy podkrążały ciemne obwódki.
— Pytasz, jak wyglądam? — wyrzekł. — Tak samo, jakbyś ty wyglądała po nocy, spędzonej w gronie najweselszych w całym Rzymie towarzyszów.
— Rzym nie zna przyjemniejszego od ciebie lekkomyślnika — zauważyła Tullia.
— Tym razem przewyższył mnie imperator Lucyusz Werus — odpowiedział Marek, ziewając. — Przepraszam cię, droga Tullio, ale powinnaś przebaczyć krewnemu zmęczenie. Trzymam się ledwo na nogach. Już dawno nie bawiliśmy się tak doskonale. Ten Werus ma czasem pomysły, na jakie się nawet Kaligula nie zdobył. Wystaw sobie pochód tryumfalny z całym legionem śpiewaczek i tancerek, przeciągający obok sali, w której boski Marek Aureliusz dysputuje ze swoimi filozofami o znikomości rzeczy ludzkich. Lucyusz Werus lubi swojemu bratu i teściowi płatać takie figle.
— A imperator Marek Aureliusz? — zapytała Tullia.
— Boski imperator wzrusza ramionami i uśmiecha się z pobłażliwością mędrca.
— Gdybym była Lucyllą, nie zgodziłabym się na takie zgorszenie publiczne.
— Lucyusz Werus nie wspomina nigdy o małżonce, jak gdyby wcale nie istniała.
Powtórnie ziewnął Marek.
— Prawdopodobnie zgrałeś się znów w kości do ostatniego sesterca, skoro odważyłeś się przybyć do mnie w takim stanie — mówiła Tullia, marszcząc brwi. — Wiesz, że nie lubię, gdy mężczyzna nie zachowuje należnych kobiecie względów. Daremnie się zresztą trudziłeś, bo i u mnie rachunki niezapłacone.
— Taka drobnostka, jak przegrane w kości, nie nakłoniłaby mnie do narażenia się na słuszny gniew pięknej Tullii — odpowiedział Marek.
— O, więc sprawa ważniejsza. Słucham!
Tullia poprawiła się na sofie, zwracając na pretora wzrok ciekawy.
— Uprzedzam cię z góry, że dowiesz się z początku rzeczy nieprzyjemnych — zaczął Marek — ale nie obawiaj się, po przykrości bowiem nastąpi dobra nowina. Czy to prawda, że twój rachmistrz zaczyna być niewypłacalnym?
Śniada twarz Tullii pokryła się bladością.
— Marku! — szepnęła.
— Nie obrażaj się, proszę. Mnie trudne położenie ani dziwi, ani gorszy, bo przywykłem do niego; dziwi mnie tylko i gorszy, gdy kupcy mówią z lekceważeniem o podpisie Kornelii.
Pretor spojrzał uważnie na zachmurzoną twarz Tullii i mówił dalej głosem przyciszonym:
— Nie twoja wina, że nie możesz się obejść bez legionu niewolników, którzy cię oszukują i kradną, i nie ty zawiniłaś, iż nie znasz wartości pieniędzy. Tak cię wychowano. Ale świat nie patrzy oczami krewnego. Ty wiesz, że Rzym nienawidzi ubóstwa, gardzi nędzą, ma wstręt do wytartej sukni. Nie mogę sobie ciebie nawet wystawić bez świetnej oprawy.
Wdowa po prokonsulu słuchała uważnie słów pretora. Jej gładkie czoło marszczyło się pod falą myśli, tłoczących się pod czaszką.
Marek nachylił się do niej i mówił prawie szeptem:
— Jeszcze rok, dwa, trzy, a zostaniesz bez dachu nad głową. Chcesz czekać, aż cię wierzyciele wypędzą z pałaców i cisną między motłoch? Albo może wyjdziesz za jakiego zbogaconego lichwiarza, celnika, poborcę, który się na twoje stosunki ułakomi?
Wolno podniosła się Tullia z sofy i wyprostowawszy się dumnie, rzuciła na pretora spojrzenie podrażnionej lwicy.
Ale Marek wytrzymał spokojnie jej wzrok, w którym iskrzyły się błyski gniewu.
— Co się dziś wydaje hańbą, nieszczęściem, to powitasz jutro z radością, gdy komornik zastuka do twojej bramy — wyrzekł. — Człowiek nie jest panem swoich upodobań i wstrętów. Jak z uschłym liściem, igrają z nami okoliczności.
Wstał z sofy, wziął Tullię pod ramię i poprowadził ją wzdłuż kolumnady. Szli obok siebie przez jakiś czas w milczeniu, potem zaczął znów Marek:
— Na położenie twoje jest sposób bardzo prosty. Publiusz wrócił do Rzymu... On ciebie zawsze bardzo lubił...
— Publiusz był zawsze dziwakiem — odezwała się Tullia.
— Nie byłabyś kobietą, gdybyś nie umiała grać przez pewien czas roli matrony w dawnym stylu. Masz postać, ruchy, urodę i dumę starszej Agrypiny, reszty zaś dopełni przebiegłość niewieścia. Każ ustawić w sali kilka kołowrotków i krosien, roznieć ognisko domowe, pochowaj greckie romanse i lubieżne malowidła; posługuj się w rozmowie z Publiuszem zawsze naszą mową, rozprawiaj dużo o świetności Rzymu, o obowiązkach patrycyuszki, o posłannictwie żony, matki, gospodyni; chodź do świątyń i udawaj, że wierzysz w brednie kapłanów. Publiusz, jak każdy żołnierz, nie odznacza się chytrością. Weźmiesz go bardzo łatwo, a rzuciwszy tego nieokrzesanego wilka bitew raz do stóp swoich, zrobisz z nim później, co zechcesz.
— To tylko mnie dziwi — odezwała się Tullia, patrząc prosto w oczy Marka — że ty, który jako brat stryjeczny Publiusza, masz prawo do spadku po nim, zachęcasz mnie do małżeństwa.
— Nie pozbawiałbym się własnowolnie milionów Publiusza, gdybym był przekonany, że one do mnie przejdą — odpowiedział Marek.
— Więc cię wydziedziczył?
— Nie, ale oświadczył mi wczoraj, że się ożeni, a wolałbym widzieć ciebie obok niego, niż kobietę inną. Z tobą porozumiem się łatwo, gdybym się znalazł w potrzebie.
— Tylko to? — zapytała Tullia, nie spuszczając oka z twarzy Marka. — Jakiej jeszcze nagrody żądasz za dobrą radę?
Marek roześmiał się z przymusem.
— Nie omyliłem się, pokładając wielkie nadzieje w twojej przebiegłości — odparł zakłopotany. — Chciałem cię prosić o wielką łaskę.
Po chwili milczenia dodał głosem niepewnym:
— Liwia, córka Fabiusza, chce być u ciebie z pozdrowieniem.
Tullia, opierająca dotąd rękę na ramieniu Marka, wysunęła ją szybko.
— Żądasz odemnie zbyt wielkiej ofiary — wyrzekła chłodno.
— Wiem, że duma twoja ucierpi dużo, gdy stopa tej dorobkiewiczówny przekroczy próg Korneliów; wiem wszystko, co mi możesz powiedzieć, sam nawet podzielam twój wstręt do tych zbogaconych łotrów, ale mimo to, proszę cię, abyś przyjęła u siebie Liwię. Nie widzę innego wyjścia, Tullio. Wiesz, że jestem zrujnowany, a nie mogę liczyć na propretoryaty i prokonsulaty, na znaczne dochody w prowincyach, jak Publiusz, bo nie uważałem nigdy za potrzebne i rozumne ubiegać się o względy Marka Aureliusza za pośrednictwem tak zwanej cnoty obywatelskiej, czy zasługi innej. Tyle się przodkowie moi nawojowali i nawysługiwali na różnych stanowiskach, iż sądzę, że zrobili dosyć dla Rzymu, nietylko za siebie, ale i za mnie. Wyżej już nie pójdę. Pretorat zamknie moją karyerę senatorską. Jeśli się nie ożenię z Liwią, wówczas spadnę do motłochu, jak tylu innych z naszego stanu.
Stali obok basenu. Tullia spoglądała przez zmrużone powieki z zaciśniętemi ustami na ryby, pluskające się w wodzie. Marek schylił się nad jej ręką i ucałował ją gorąco.
— Nie odmawiaj mi, droga Tullio — prosił. — Fabiusz żąda za swoje miliony stosunków z naszą rodziną, a Publiusza nie śmiem nawet prosić o otwarcie domu dla tego dorobkiewicza, bo gotów mi w odpowiedzi podać miecz albo truciznę.
— A twoja żona? — zapytała Tullia, nie podnosząc głowy.
— Lucylla Kwintylia wróciła już do ojca. Widząc, że czeka ją niedostatek, zgodziła się na rozwód bez oporu. Jestem wolny.
Milczeli przez jakiś czas, potem zapytała Tullia:
— Czy niema w Rzymie innej panny lub wdowy posażnej, godniejszej nazwiska Kwintyliów?
— Jest ich dużo — odparł Marek — ale któraż z nich chciałaby powierzyć losy swoje wesołemu pretorowi, jak mnie w mieście nazywają! Tylko córkę poborcy oślepia szeroki szlak purpurowy do tego stopnia, iż nie widzi po za nim jego właściciela. Zresztą, droga Tullio, gdybyśmy się chcieli stosować do przesądów naszych praojców, to nie mielibyśmy już wielkiego wyboru. Patrycyuszów z naszemi tradycyami posiada obecnie Rzym ilość tak szczupłą, że rozpłynęli się bez śladu w morzu dorobkiewiczów. Nawet Antoninowie, chociaż siedzą na tronie, nie sięgają aż do królów albańskich, jak my, a znaczna część współczesnych senatorów wywodzi ród swój z plebejów i wyzwoleńców, chociaż im greccy heraldycy wynajdują za pieniądze przodków między bogami. Rody patrycyuszowskie, jak ci dobrze wiadomo, wygasły prawie do szczętu. Wytłukły je wojny, proskrypcye, strach i zemsta Kaliguli, Nerona i Domicyana, dobiło je w końcu ubóstwo. Jest nas już tak niewielu, że moglibyśmy się pomieścić wszyscy w jednym domu, przeto byłby nierozumnym, ktoby się chciał zasklepiać w tem naszem ciasnem kółeczku. Dzisiejsi purpuraci, konsulowie, cenzorowie, pretorowie, edylowie i trybunowie — to ludzie nowi, których historya nie sięga trzech, czterech pokoleń. Na nic nie zdałby się nasz opór. Nowe czasy przejdą po nas, jak po trupie, jeśli nie będziemy się odświeżali pieniędzmi dorobkiewiczów.
— Publiusz postępuje inaczej — zauważyła Tullia.
— O, Publiusz — zawołał Marek — to upór z epoki królów, to obywatel drewnianego Rzymu, ja zaś jestem dzieckiem złotej, marmurowej, rozkosznej, oświeconej stolicy świata.
Pochylił się znów do ręki Tullii i przyłożył do niej usta.
— Nie odmawiaj mi — prosił. — Czy chcesz koniecznie, abym sobie przeciął żyły w kwiecie wieku?
— Marku!
— Tak stanie się niezawodnie, bo żyć bez znacznej fortuny nie chcę, nie umiem. Nie zapominaj, że trzysta milionów Liwii pokryją jej pochodzenie. Rzym nie pamięta bogaczowi kapelusza wyzwoleńca.
— Trzysta milionów — szepnęła Tullia.
— Tyle ukradł ten łotr w Germanii. Ma za co kupić sobie drzewo genealogiczne, sięgające aż do Jowisza.
— Więc to konieczne?
— Zgadzasz się?...
— Grozisz samobójstwem...
— Dziękuję ci, Tullio. Wiedziałem, że twój rozum uchyli się przed koniecznością. A teraz pozwól się pożegnać, bo dobywałem resztek sił, aby cię przekonać. Noce bezsenne zaczynają mnie już męczyć.
Wtem rozległ się w ogrodzie krzyk przenikliwy. Jakaś kobieta wołała o pomoc.
— Kazałaś osmagać niewolnicę? — zapytał Marek obojętnie.
— Prasowaczka spaliła mi suknię — odpowiedziała Tullia, siadając na sofie.
— Każ bić tak, żeby dozorca nie łamał kości, bo Marek Aureliusz zaczyna się litować nad niewolnikami. To także nowość szczególnego rodzaju... Życzę ci dnia wesołego, a nie zapominaj o radach, które ci dałem. Bądź matroną, o taką...
I ucałowawszy ramię Tullii, oddalił się Marek krokiem wolnym, przesadnie poważnym, naśladując ruch łabędzia, posuwającego się na powierzchni jeziora.
Na progu odwrócił się.
— Do widzenia, matrono drewnianego Rzymu — wyrzekł.
— Do widzenia, miły łobuzie...
Uśmiechnęli się do siebie życzliwie.
Ułożywszy się wygodnie na sofie, wzięła Tullia ze stolika „Sztukę kochania“ Owidyusza, oprawną w kość słoniową.
Krzyk chłostanej niewolnicy słabł, targał się w cichym, urywanym jęku, aż skonał zupełnie.
Pogrążona w księdze trzeciej „Sztuki kochania,“ podającej kobietom sposoby podbijania serca męzkiego, nie spostrzegła Tullia, że przez drzwi, łączące dziedziniec z salą jadalną, weszła wysoka postać niewieścia, ubrana tak samo, jak ona, w białą suknię ze szlakiem purpurowym. Dopiero, kiedy jej ramienia dotknęły białe, długie palce, podniosła głowę.
— To ty, Mucyo? — wyrzekła, odkładając książkę. — Domyślam się, że ten niezręczny Hipiasz stłukł znów jaką wazę lub sprzęt inny. Pozwoliłam ci raz na zawsze karać niewolników podług uznania. Mucya Kornelia nie jest obcą w domu stryjenki. Będę ci nawet bardzo wdzięczna, jeżeli zdejmiesz ze mnie zupełnie ciężar drobnych trosk domowych, które tobie taką przyjemność sprawiają, ty mała gosposiu. Więc Hipiasz wyrządził szkodę? Spocznij i opowiedz, jak to było.
Uśmiechnąwszy się uprzejmie, wsunęła się Tullia w głąb sofy, robiąc miejsce dla synowicy.
— Tu, przy mnie usiądź! — zapraszała.
— Nie ze skargą na służbę, lecz z prośbą przychodzę dziś do ciebie, stryjenko — wyrzekła Mucya.
Jej głos miękki, melodyjny, brzmiał jak ton fletni.
— Mucya z prośbą? Mucya, która lekceważy kosztowne materye, drogie kamienie, wesoły teatr i świetne igrzyska? Może serduszko twoje zabiło nareszcie?
Tullia zasępiła się nagle.
— Przyznaj się — mówiła, wpatrując się niespokojnym wzrokiem w twarz synowicy. — Twój posag...
Mucya zwróciła na stryjenkę duże, piwne, rozmarzone oczy.
— Serce moje nie znalazło dotąd nikogo, ktoby był godnym jego miłości — odpowiedziała — o posag zaś nie mam potrzeby lękać się, dopóki się w twoim znajduje ręku.
Po ustach Tullii przemknął się uśmiech nieszczery.
— Możesz go odebrać w każdej chwili — podchwyciła szybko — gdy zapragniesz własnego ogniska, ale nie wierzę, żeby patrycyuszka z twojemi pojęciami znalazła w Rzymie rychło odpowiedniego małżonka.
— Niecały Rzym...
Mucya nie dokończyła myśli. Jej białą, puszkiem młodości pokrytą twarz oblał ciemny rumieniec.
— Niecały Rzym zapomniał o cnotach przodków, chciałaś powiedzieć? — dokończyła za nią Tullia głosem twardym. — Szukaj, czekaj, czekaj, życzę ci szczęścia... A twoja prośba...
— Potrzeba mi niewolnicy do osobistej usługi — wyrzekła Mucya.
— Cały mój dwór słucha twoich rozkazów.
— Upodobałam sobie szczególnie jednę z twoich pokojówek. Chciałabym, żeby należała tylko do mnie.
— Niema między niemi ani jednej, bez którejbym się nie mogła obyć.
— Sprzedaj mi Mimut, stryjenko.
Tullia, zacisnąwszy usta, milczała.
— Rozumiem — odezwała się po chwili, rzuciwszy synowicy spojrzenie nienawistne. — Litujesz się nad tą nędznicą, której niezręczność pobudziła mnie już tyle razy do gniewu. Powinnam ci odmówić, ale ponieważ to twoja pierwsza prośba, przeto bierz ją. Cenę każę postawić na twoim rachunku.
— Dziękuję ci, stryjenko — wyrzekła Mucya i wyszła szybko do sali jadalnej. Tu wzięła naczynie, napełnione balsamem i udała się do ogrodu.
Lekką stopą posuwała się szpalerem mirtowym, nasłuchując uważnie. Gdy doszła do klombu, utworzonego z cyprysów, przystanęła. Cichy płacz dochodził z pod muru. Rozchyliwszy gałęzie, ujrzała jakieś ciało skulone, zmięte, pokryte jedną wielką raną.
Niewolnica egipska, jeszcze obnażona, z poszarpanemi od bata plecami, cała oblana krwią, klęczała na trawie, wyrzucając z piersi łkania stłumione. W obu rękach trzymała dwa patyczki, złożone na krzyż. Pochylała się, uderzała głową o ziemię i skarżyła się komuś w języku swojej dalekiej ojczyzny.
Mucya nie rozumiała słów skatowanej dziewczyny, ale odczuła w jej kwileniu gorzkie łzy niemocnej rozpaczy. Zdeptany robak wił się u jej stóp i niósł komuś w ofierze swój ból serdeczny.
— Mimut — rzekła Mucya łagodnie, kładąc rękę na głowie niewolnicy.
Egipcyanka ukryła szybko w dłoni patyczki złożone na krzyż i podniosła do patrycyuszki twarz przerażoną.
— Ty chrześcianką jesteś, Mimut? — zapytała Mucya.
Oczy niewolnicy rzucały przez kilka chwil naokoło spojrzenia niepewne, jakby szukały drogi do ucieczki. Potem zalały się łzami i spuściły ku ziemi.
— W Odkupiciela ubogich wierzę, pani — szeptała Mimut, przykładając krzyż do piersi — w Boga nieszczęśliwych... Oddaj mnie w ręce pretora i każ mnie rozszarpać dzikim bestyom, abym opuściła tę ziemię, na której niema litości dla zwyciężonych.
— Jeżeli bogowie chrześcian — mówiła Mucya — mogą ci dać siłę do zniesienia nieszczęścia twojego życia, to módl się do nich i proś ich o cierpliwość, ale czyń to zdala od oczu ciekawych. Mucya Kornelia nie odda ciebie w ręce pretora, bo nie pragnie okrutnej śmierci nawet niewolnika. Bądź dobrej myśli, Mimut. Kupiłam cię dziś od Tullii Kornelii, abyś mi wiernie służyła.
I nachyliwszy się nad Egipcyanką, lała balsam na jej rany.
— Pani, pani — łkała niewolnica, całując stopy patrycyuszki. — On, On ci wynagrodzi, On, Bóg nieszczęśliwych...
Ani pani, ani sługa nie spostrzegły, że przez wyłom w murze, który oddzielał posiadłość Tullii Kornelii od ogrodu sąsiedniego, spoglądała na nie para czarnych oczu. Były one naprzód chłodne, potem zdziwione, w końcu straciły połysk twardy, zachodząc mgłą zadumy.
Publiusz Kwintyliusz Warus był ukrytym świadkiem sceny, która rozegrała się po drugiej stronie muru.





Przypisy

  1. „Wywoływacz“, rodzaj sługi, którego czasy nowsze nie znają. Wywoływacz (nomenclator) oznajmiał w domu gości, a na ulicy, idąc obok lektyki, zwracał uwagę pana na mijające go osoby. Do czynności tej wybierano tylko niewolników, obdarzonych bardzo dobrą pamięcią.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.