Klasztor della Barbara/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Klasztor della Barbara
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II
FORTEL TRAPPERSKI

Strzelec Grandeprise obszedł tymczasem budynek więzienny, chcąc zbadać mury. Ku wielkiemu niezadowoleniu stwierdził, że są mocne, że tą drogą nie uda mu się oswobodzić jeńców. Nagle zauważył, że w jednem z zakratowanych okien pali się światło.
Ach! — mruknął. — Na pewno umieszczą ich w tej celi. Dobrze, że to wiem przynajmniej. A może ich rozdzielą?
Czekał, czy światło nie zapłonie w któremś z dalszych okien. Nie doczekawszy się, mruknął:
— Doskonale! Zdaje się, że są razem. Trzeba teraz dowiedzieć się, kiedy odejdą stąd ich prześladowcy.
Poszedł w kierunku wyjścia, zatrzymał się, aby nie przeoczyć wychodzących. Po krótkim czasie wyszły przez bramę cztery osoby.
— To oni. Niema ich już. Cóż teraz począć? — szepnął. — Trzeba działać szybko. Jutro może być za późno.
Szedł ulicą, pogrążony w rozmyślaniach. Rozległy się kroki i dźwięk ostróg. Minął go jakiś oficer francuski, wracający późną porą z tertullii, lub z hulanki.
— Wpada mi pewna myśl do głowy. Toby dopiero był ruch! — mruknął Grandeprise. — Ten człowiek ma postać, podobną do mojej. Jazda naprzód, bez namysłu, bo okazja minąć może!
Pobiegł za oficerem.
Monsieur, monsieur! — zawołał półgłosem.
— O co chodzi? — zapytał Francuz, zatrzymując się.
— Wyście może kapitan Mangard de Vautier?
Grandeprise wymienił nazwisko tylko poto, by znaleźć pretekst do zaczepienia oficera.
— Nie, nie znam żadnego oficera tego nazwiska.
— Ja też nie.
Wypowiedziawszy te słowa, Grandeprise zasznurował gardło Francuza lewą ręką, prawą zaś uderzył go kolbą rewolweru w skroń z taką siłą, że oficer zwalił się nieprzytomny na ziemię.
— No, leży jak długi! Trzeba jednak przenieść go w bezpieczne miejsce.
Przerzucił oficera przez plecy i zaniósł pod mur. Tu zdjął z niego mundur, skrępował chustkami i zakneblował mu usta. Potem mundur włożył na siebie, na oficera zaś narzucił swoje ubranie.
Wziąwszy broń, ruszył, pobrzękując ostrogami, do więzienia. Stanąwszy przed bramą więzienną, zadzwonił.
— Kto tam? — zapytał wartownik, stojący po drugiej stronie bramy.
— Adjutant gubernatora. Otworzyć! — odparł Grandeprise.
Klucz zgrzytnął w zamku. Grandeprise wszedł. Zbliżył się wartownik. Słaby blask latarki oświetlił mundur oficerski. Wartownik zasalutował.
— Czy pan inspektor więzienia czuwa jeszcze? — zapytał strzelec.
— Nie, panie kapitanie. Przed chwilą odebrał dwóch więźniów i położył się spać.
— Kto go zastępuje?
— Klucznik.
— W parterze?
— Tak. Prócz tego na każdem piętrze czuwają wartownicy.
Grandeprise minął dziedziniec i zadzwonił do bramy, prowadzącej do właściwego więzienia. Klucznik otworzył. Francuzi byli panami kraju. Słuchano ich z niewolniczą uległością. Trapper przybrał więc dumną, wyniosłą minę i pytał tonem rozkazującym:
— Czy inspektor śpi?
— Tak. Mam go obudzić?
— Nie trzeba. Ilu ludzi w wartowni?
— Ośmiu.
— Jestem adjutantem gubernatora. Czy możecie mi dać na chwilę dwóch ludzi do transportu aresztanta?
— Owszem.
— Spieszcie się! Nie mam czasu.
Klucznik odszedł, aby wykonać krótki i kategoryczny rozkaz. Tymczasem nasz odważny strzelec zaczął rozglądać się po korytarzu.
Zobaczył tablicę, na której wynotowane były nazwiska wszystkich aresztantów. Pod numerem trzydziestym drugim było napisane: Wrzekomo Antonio Veridante wraz z sekretarzem. Znał już nawet celę, w której znajdzie towarzyszy. Na stole leżały różne kartki, wśród nich potwierdzenie odbioru aresztantów, to było strzelcowi na rękę. Szybkim ruchem wyjął pióro, wypełnił jedno potwierdzenie i podpisał pod niem gubernatora, którego nazwisko było mu znane. Nie znał podpisu gubernatora, nie zmienił przeto charakteru pisma. Ledwie wysuszył papier bibułą i włożył do kieszeni, zjawił się klucznik w towarzystwie dwóch żołnierzy z nabitemi karabinami.
— Oto żołnierze, których pan kapitan żądał, — zameldował.
— Dobrze. Gdzie klucz, który otwiera wszystkie cele?
— Mam przy sobie.
— Za mną! Naprzód!
Grandeprise pamiętał po oświetlonem oknie, że cela, o którą mu chodzi, znajduje się na pierwszem piętrze. Udał się więc tam i stanął przed celą Nr. 32.
— Otworzyć! — rozkazał.
Klucznik spełnił rozkaz bez wahania. Stojący przed drzwiami wartownik usunął się. Drzwi się otworzyły. Przy świetle latarki klucznika aresztowani ujrzeli francuskiego oficera.
— Wyście adwokat Antonio Veridante? — zapytał Grandeprise Corteja.
— Tak jest.
— A to wasz sekretarz?
— Tak.
— Pakażcie-no!
Ostatnie słowa skierowane były do klucznika, z którego rąk Grandeprise wziął latarkę. Udał, że chce oświetlić twarze obydwóch aresztowanych, manipulował jednak tak, aby jego twarz mogli zobaczyć. Zorjentowali się w jednej chwili, kto przed nimi stoi.
— Tak, to oni! — rzekł. — Gubernator chce ich natychmiast widzieć. Wiadomo mu, że są podejrzani o stosunki z Juarezem. Zabiorę ich ze sobą.
Zwracając się do klucznika, wyciągnął potwierdzenie odbioru i rzekł tonem, wykluczającym wszelki protest:
— Oto dowód, podpisany przez gubernatora, że obydwaj więźniowie mają mi być wydani. Za jakąś godzinę przyprowadzę ich zpowrotem. Przygotujcie potwierdzenie, abym później nie musiał czekać. Naprzód!
Pchnął więźniów przez drzwi i skinął na żołnierzy, aby ich wzięli pod swą opieką. Klucznik odczytywał papier przy blasku latarni i nie ważył się protestować.
Zeszli po schodach, minęli dziedziniec i doszli do bramy, którą otworzył wartownik. Na ulicy żołnierze ruszyli automatycznie w kierunku pałacu gubernatora.
Z powodu braku latarń ulicznych panowały zupełne ciemności. Żołnierze pilnowali więźniów, trzymając ich ręką pod ramię.
Gdy uszli spory kawał drogi, Grandeprise wyciągnął ostry bagnet. Już przedtem zauważył, że aresztanci mieli więzy rzemienne. Zapytał żołnierzy:
— Czy pilnujecie dobrze swych więźniów?
— Tak, panie kapitanie, — odparł jeden z nich. — Prowadzimy ich pod rękę.
— A rzemienie?
— Zdaje się, że trzymają mocno.
— Nie zawadzi sprawdzić.
Grandeprise udał, że bada siłę więzów. W rzeczywistości poprzecinał rzemienie. Więźniowie nie dali poznać po sobie, że są wolni.
— Wszystko w porządku! — rzekł Grandeprise. — Zdaje mi się, że możemy być teraz spokojni. Naprzód!
Szli dalej. Na najbliższym rogu ulicy, jeden z żołnierzy wydał przeraźliwy krzyk i padł na ziemię.
— Cóż się stało? — zapytał Grandeprise.
— Do pioruna! — zawołał żołnierz. — Mój aresztant wyrwał się i rzucił mnie na ziemię. Biegnie zapewne po przeciwległym chodniku.
— Za nim!
Żołnierz pobiegł, trzymając karabin w ręku. Nie strzelał, gdyż w ciemnościach nie mógł nic dojrzeć.
— Trzymaj mocno swego aresztanta! — rzekł Grandeprise do drugiego żołnierza — Miałbym się zpyszna, gdybyśmy zbiega nie dostali w ręce.
— Niech się pan nie kłopocze, kapitanie, — uspakajał żołnierz. — Złapiemy go. Ach, ach...!
— Cóż tam znowu?
Zapytany leżał na ziemi, podobnie, jak przed chwilą kolega. Krzyczał:
— I mój mnie powalił!
— Do kroćset! Świnie z was, nie ludzie. Pozwalacie, aby was rzucały na ziemię takie łotry. Gdzież aresztant?
— Uciekł — rzekł żołnierz drżącym głosem.
— Biegnij za nim, nie ociąqaj się, bo gotów jestem wyprostować ci nogi! Niech cię djabli porwą, jeżeli go nie schwytasz!
Przestraszony żołnierz pobiegł.
Zaledwie echo kroków przebrzmiało, Grandeprise odwrócił się i ruszył w powrotnym kierunku.
— Sprytnie to urządzili! — mruczał z zadowoleniem. — Francuzi nic nie zauważyli, ale ja dokładnie się zorjentowałem. Dziwiłoby mnie, gdybym ich tu gdzieś nie spotkał.
Przypuszczenia jego były słuszne. Po chwili podeszły dwie postacie.
— Melduję, że przybywam, kapitanie, — rzekła jedna z nich półgłosem, uśmiechając się wesoło.
— Ja również — dodała druga z uśmiechem.
Byli to Landola i Cortejo.
— Gdzie żołnierze? — zapytał Landola.
— Daleko! — odrzekł trapper z zadowoleniem.
— A to głupcy! Są pewni, że gonimy naprzód, tymczasem ja schyliłem się poprostu.
— Ja również — rzekł Cortejo. — Wytłumaczcie nam jednak, sennor Grandeprise, skąd wzięliście ten strój?
— Rzecz bardzo prosta — rzekł strzelec. — Powaliłem pewnego oficera i ściągnąłem z niego mundur.
— Do kroćset! Co za odwaga! A oficer, któregoście powalili?
— Zapewne leży jeszcze tam, gdzie go zostawiłem. Skneblowałem go, aby pary z ust nie puścił. Oczywiście, odszukam go teraz i oddam mundur.
Udali się na miejsce, w którem Grandeprise pozostawił oficera. — — —
Tymczasem Kurt i marynarz Peters, rozstawszy się z alkadem, wrócili do oberży na spoczynek. Sępi Dziób zrezygnował ze snu; był niespokojny o aresztantów. Czy dozór w więzieniu jest dostateczny, czy niema obawy ucieczki? W prerjach, w lesie dziewiczym człowiek sam pilnuje jeńców i wie doskonale, czego się spodziewać. Ale tu trzeba oddawać jeńców pod opiekę władz, a pani władza była w tych czasach w Meksyku osobą dziwnie płochą. Oto przyczyna, dla której Sępi Dziób, wziąwszy rewolwer i nóż, wykradł się z oberży, aby pomyszkować dokoła więzienia i wybadać, czy wszystko w porządku.
Znalazł się wpobliżu więzienia. Szedł po wąskiej uliczce, otoczonej grubemi murami. Mury były ciemne, niewysokie. Po jednej stronie tworzyły wąski kąt, jeszcze ciemniejszy, niż pogrążona w mroku uliczka. Sępi Dziób skradał się bezszelestnym krokiem doświadczonego znawcy sawany. W pewnej chwili wydało mu się, że słyszy za rogiem jakieś szmery.
Zaciekawiony, podszedł bliżej. Bystrem okiem dojrzał na ziemi jakąś masę, która starała się poruszyć. Pochylił się, trzymając nóż w ręku. — Ach! — Schował nóż do kieszeni, leżała bowiem przed nim postać półnaga, związana, skneblowana; obok niej zawiniątko z rzeczami.
Stary trapper wyjął tymczasem lężącemu człowiekowi knebel, jednak na wszelki wypadek pozostawił więzy. Chciał się przedewszystkiem upewnić, kogo ma przed sobą.
Hej, przyjacielu, coście za jeden? — mruknął.
Mon Dieu! — jęknął zapytany. — Co za szczęście, że mogę znów oddychać.
— Cóż mnie obchodzi wasz oddech? Chcę wiedzieć, kim jesteście?
— Ach, jestem oficerem francuskim. Nazywam się kapitan Durand.
— Opowiadajcie to komu innemu! Oficer francuski nie dałby się tak łatwo napaść i związać.
— Dostałem nagły cios w głowę, to też straciłem przytomność.
— Tak. Oto skutki przytomności w głowie, zamiast w pięściach. Rozebrano was nawet. W jakimże to celu?
— Tego nie wiem. Zwolnijcie mnie, proszę, z więzów!
— Tylko powoli. Przedewszystkiem muszę się zorjentować w sytuacji. Tu leży jakieś ubranie.
— To moje.
Ach! Kapitan francuski nie nosi munduru?
— Ależ miałem mundur.
— A tu leżą wysokie ordynarne buty, płócienne spodnie, stara kurtka, wełniana chustka, stary pasek skórzany i kapelusz, który wśród ciemności wygląda jak niedźwiedź lub czarny koczur.
— Do kroćset! To nie moje rzeczy. Należą do, mojego napastnika. Nosił ciemny kapelusz z szeroką kresą.
— Doskonale! A więc tu się rozebrał i włożył wasz mundur? Opowiedzcie, gdzie na was napadł.
— Wracając z tertullii, spotkałem człowieka, który zapytał, czy nie jestem kapitanem takim a takim, — nazwiska nie pamiętam. Odpowiedziałem, że nie znam żadnego kapitana tego nazwiska! Odparł na to: — I ja nie! — Po tych słowach uderzył mnie tak mocno w głowę, że zwaliłem się na ziemię i straciłem przytomność.
— Do licha! Tak walą tylko strzelcy prerji. Leżące tu obok łachmany mają zapaszek prerji — są twarde i grube, pełne brudu i przepocone. Czyżby ten człowiek był strzelcem z sawany?
— Nie wiem. Uwolnijcie mnie z więzów!
Sępi Dziób powziął podejrzenie.
— Gdzie na was napadnięto? Wpobliżu muru więziennego?
— Tak. Niedaleko.
— Otóż mamy! Nie schwytaliśmy przecież wartownika z cmentarza. A kto najbardziej nadaje się na wartownika? Człowiek prerji.
— Nie rozumiem, o co wam chodzi, — jęknął oficer.
— To zupełnie niepotrzebne. Dosyć, że ja rozumiem, co mnie tak wścieka. Leżcie tu sobie spokojnie. Zaraz przyjdę.
Strzelec odszedł. Oficer zawołał wślad za nim:
— Na miłość Boską, nie zostawiajcie bezbronnego człowieka!
Sępi Dziób nie słuchał wcale. Pędził jak koń wyścigowy. Doszedłszy do więzienia, zadzwonił. Wartownik zapytał:
— Kto tam?
— Sępi Dziób.
— Nie znam.
— To niepotrzebne. Otworzyć!
— Nie wolno mi. W nocy mogę otwierać tylko urzędnikom.
— Byłem przecież tutaj wraz z dwoma aresztowanymi.
— Tak, ale alkad był razem z wami.
— Niech jasne pioruny! W dodatku nie mogę sobie nawet ulżyć plunięciem przez mur. Czy obydwaj aresztowani są jeszcze w więzieniu?
— Niema ich.
— Do stu tysięcy djabłów! A to nieszczęście! Gdzież przepadli?
— U gubernatora, Zabrał ich pewien kapitan francuski.
Aha, jego wpuściliście, co? Tak, łotrów się wpuszcza do tej budy, a dla uczciwych ludzi wstęp wzbroniony. Łotrze, ten „kapitan“ nie jest wcale oficerem, tylko zwyczajnym krętaczem i oszustem! Jeżeli wasz cesarz ma samych takich osłów, jak wy, nie dziwię się, że was tu wysyła. Cóżby począł u siebie z takiemi bydlętami.
Hola! — zawołał wartownik, przekręcając klucz w zamku. — Możecie teraz wejść. Proszę, drogi przyjacielu!
— Dziękuję pięknie! Mogę wejść, ponieważ nawymyślałem wam trochę, co? Oczywiście, mam wejść poto, abyście mnie pochwycili? Nie, nie takim głupiec, jak wy! Jeżeli macie wolne miejsca, daj się zamknąć za mnie. Polecam się, drogi synu!
Wartownik wyszedł z bramy, chcąc go ująć, ale Sępi Dziób przepadł za rogiem ulicy. Po chwili stanął obok leżącego na ziemi oficera.
— Nareszcie wróciliście! — jęknął oficer, ujrzawszy trappera zdaleka. — Sądziłem, że mnie tu zostawicie.
— Chciałem się tylko przekonać, czyście mnie nie okłamali. Mówiliście prawdę.
— Więc uwolnijcie mnie z więzów!
— Chwilowo, mimo najlepszych chęci, nie mogę. Nie zdołałbym przecież pochwycić tego łotra, który na was napadł. Niech przypuszcza, że leżycie w tej samej pozycji, w której was pozostawił. Powalił was jedynie dlatego, że potrzebny mu był wasz mundur. Gdy już będzie zbędny, wróci, by mundur oddać. — Baczność, nadchodzą dwaj ludzie!
Wytężył słuch w kierunku uliczki.
— Nie — rzekł po chwili. — To kroki trzech ludzi; jeden z nich ma chód człowieka z sawany. To oni. Trzeba znowu zakneblować usta. Udawajcie, że jesteście jeszcze ciągle nieprzytomni i nie mówcie ani słowa, bo mogłoby się znowu przydarzyć co złego.
Zanim oficer zorjentował się, miał zakneblowane usta, a strzelec przeskoczył przez mur.
Ukrył się tak, aby go nie widziano. Oczywiście, mógł stąd słyszeć każde słowo rozmowy.
Zbliżające się kroki umilkły. Rozległy się szepty, jakaś postać odłączyła się od pozostałych i pochyliła nad oficerem.
— Do kroćset, musiałem tym razem mocno uderzyć! — rzekł półgłosem człowiek, pochylony nad oficerem. — Ta szelma ciągle nieprzytomna.
— Może go zabiliście?
— Nie, żyje jeszcze. Zdejmę mundur i położę obok.
— A więzy? Zostawicie?
— Nie. Uwolnię go. Kiedy się obudzi, będzie mógł swobodnie odejść.
— Chodźmy więc tymczasem. Mamy jeszcze coś do załatwienia. Spotkamy się w gospodzie, dobrze?
— Doskonale.
Cortejo i Landola oddalili się. Gdy uszli kawałek drogi, notarjusz zapytał:
— Dlaczego skłamaliście i oświadczyliście, że mamy jeszcze coś do załatwienia?
— Nie domyślacie się przyczyny? Chciałem się go poprostu pozbyć.
— Jakżeto? Przecież przyjdzie do gospody.
— Nie zastanie nas. Musimy natychmiast opuścić miasto.
— To niemożliwe! Nie spełniliśmy jeszcze naszego zadania.
— Plan się rozbił i nic nie można naprawić. Wrócimy do gospody, zakradniemy się do pokoju i zabierzemy tylko to, co najkonieczniejsze. Gdy zobaczy, że rzeczy zostały, będzie czekał na nas przez kilka dni w przekonaniu, że wrócimy.
— A potem przybędzie do Santa Jaga i tam nas znajdzie — rzekł Cortejo.
— Nie. Będziemy do tego czasu gotowi.
— Jakże się tam dostaniemy? Przecież nie możemy iść pieszo.
— Pojedziemy konno. Widziałem wpobliżu naszej gospody szyld jakiegoś handlarza koni. Tam się zwrócimy.
— Musimy się śpieszyć, abyśmy mogli odjechać, zanim brat wasz przybędzie.
Doszedłszy do gospody, Cortejo i Landola wdrapali się na mur i niepostrzeżenie dostali do pokoju. Stosownie do umowy, pozabierali rzeczy najniezbędniejsze i tą samą drogą wrócili na ulicę.
Energicznem pukaniem obudzili handlarza koni. Oświadczyli, że przybyli na wynajętych koniach z Queretaro. Ponieważ zachodzi konieczność natychmiastowej jazdy do La Puebla, zmuszeni są do kupienia koni zaraz, nie czekając świtu.
Handlarz zaprowadził ich do stajni, gdzie szybko dobili targu. — — —
Tymczasem Grandeprise podszedł do pozornie nieprzytomnego oficera. Zdjął mundur i szablę, a włożył własne ubranie. Uwolniwszy bezwładnie leżącego Francuza z więzów i knebla, odszedł swoją drogą.
Teraz dopiero Sępi Dziób zaczął działać. Przeskoczył przez mur, nie zwracając najmniejszej uwagi na oficera, i pośpieszył za oddalającym się nieznajomym. Zdjął przytem buty, aby kroków nie było słychać.
Dotarł tak przez szereg ulic aż do gospody. Grandeprise zatrzymał się na chwilę. Czekanie znudziło go jednak, przelazł więc przez płot, chcąc wejść do mieszkania przez podwórze.
Sępi Dziób, pogrążony w rozmyślaniach, poszedł jeszcze nieco dalej. Noc miała się ku końcowi; z za pagórków wschodziło szare światło.
Otworzono jakąś bramę; ukazali się dwaj jeźdźcy. W bramie stał człowiek.
A Dios, sennores, — rzekł. — Szczęśliwej podróży!
A Dios! — odparł jeden z jeźdźców. — Muszę przyznać, że ubiliśmy dobry interes.
Ruszyli. Człowiek, który ich żegnał, zniknął w bramie. Sępi Dziób wytężył słuch.
— Na Boga! — mruknął. — Ten jeździec ma taki sam głos, jak człowiek, który rozmawiał z dziwnym strzelcem w obecności skrępowanego Francuza. Musi to być jednak pomyłka, bo ci jeźdźcy ruszali w podróż, a Landola i Cortejo wrócili przecież do gospody.
Uszedł jeszcze kilkadziesiąt kroków. Zatrzymał się znowu, pogrążony w rozmyślaniach.
— Do stu tysięcy djabłów! — mruknął. — Na tym podłym świecie najlepsi ludzie bywają oszukiwani przez sforę łajdaków. Zasięgnę języka w gospodzie, choć wszyscy śpią jeszcze.
Wrócił do gospody. Od chwili pojawienia się Francuzów, we wszystkich hotelach, które dotychczas były wierne dawnym tradycjom, zaprowadzono zwyczaje europejskie. Powstały instytucje kelnerów, kelnerek, odźwiernych. Gdy Sępi Dziób zadzwonił po raz trzeci, zjawił się odźwierny. Miał minę zaspaną i niezadowoloną. Mruknął z niechęcią:
— Któż to dzwoni o tak późnej porze?
— Ja — odparł spokojnie Sępi Dziób.
— Widzę. Kto pan jesteś?
— Jestem nietutejszy.
— I to widzę. Czego pan chce?
— Chcę pomówić z wami.
— I to zauważyłem. Nie mam jednak czasu! Dobranoc!
Odźwierny chciał zamknąć bramę, ale Sępi Dziób przeszkodził. Ujął go za ramię i, mimo że odźwierny wyglądał starzej od niego, rzekł:
— Zaczekaj jeszcze chwilę, mój drogi chłopcze. Czy wiadomo ci, co to jest duro, lub dolar?
— Pięć razy tyle, co frank.
— A więc dam ci dwa dolary, albo dziesięć franków, jeżeli zechcesz otworzyć gębę i udzielić mi kilku informacyj.
Podobna gratka nieczęsto się odźwiernemu trafiała. Spojrzał osłupiałym wzrokiem na rozrzutnego cudzoziemca i zapytał:
— Czy to prawda, sennor? Jeżeli tak, to dawajcie pieniądze!
— Nie, nie, mój synu. Naprzód muszę wiedzieć, czy mi będziesz odpowiadać.
— Będę.
— Bardzo mnie to cieszy. Oto dziesięć franków.
Sępi Dziób sięgnął do kieszeni, wyciągnął skórzany worek i wręczył odźwiernemu złotą dziesięciofrankówkę.
— Dziękuję, sennor! Sen jest każdemu człowiekowi pracy bardzo potrzebny, ale za taki napiwek jestem zawsze do usług. Pytaj, sennor!
— Niewiele mam zapytań. Czy dużo gości mieszka dziś w gospodzie?
— Niewielu. Dziesięciu, może jedenastu.
— Czy jest wśród nich trójka, która mieszka razem?
— Mam wrażenie, że nie. Wszyscy mieszkają w pokojach oddzielnych, z wyjątkiem dwóch, którzy mają jeden pokój. To sennor Antonio Veridante i jego sekretarz.
— Trzeciego tam niema?
— Przybył z nimi jakiś człowiek, ale nie mieszkają razem. Nie wiem, jak się nazywa. Ubiera się bardzo skromnie, jak biedny vaquero, lub strzelec.
— Czy te trzy osoby wyszły wieczorem?
— Wyszły o zmroku.
— I wróciły?
— Nie widziałem.
— Chciałbym zamienić z tym strzelcem czy vaquerem kilka słów na uboczu. Czy to się da zrobić?
— A przyjmiecie na siebie odpowiedzialność, jeżeli go zbudzę, o ile, oczywiście, jest w domu?
— Jest w domu. Odpowiedzialność przyjmę. Czy jest jakiś kąt, w którym mógłbym pomówić bez świadków i szpiegów?
— Ten sennor śpi w hamaku. Może was przyjąć, kiedy mu się podoba. Jak mam pana zameldować?
— Powiedzcie, że chce z nim mówić don Velasquo d’Alcantaro y Perfido de Rianza y Hallendi de Salvado y Caranna de Vesta-Vista-Vusta.
Sępi Dziób wyrecytował nazwisko z miną tak wyniosłą, że sługus nie wątpił o jego autentyczności. Odszedł, aby spełnić polecenie.
Z podwórza prowadziły do tak zwanych pokojów gościnnych drewniane schody. Odźwierny zastukał lekko do drzwi. Grandeprise nie spał, wrócił bowiem do domu dopiero przed kilkoma minutami. Leżał w ubraniu na hamaku.
— Kto tam? — zapytał, zdziwiony pukaniem.
— Odźwierny. Czy mogę wejść?
— Owszem.
Odźwierny wszedł na palcach, aby nie budzić innych gości.
— Cóż takiego? — zapytał zatroskany strzelec.
— Sennor, jakiś pan na was czeka. Chciałby pomówić z panem. To szlachcic wysokiego rodu. Nazywa się don — don — don Alcanto de Velasquo y — y — y... — Strasznie długie nazwisko!
Strzelec potrząsnął głową.
— Jestem bardzo ciekaw. Niech wejdzie!
Gdy się odźwierny oddalił, Grandeprise zapalił światło i skontrolował, czy rewolwer jest naładowany.
Wszedł nieznajomy. Zamknął za sobą drzwi i zaryglował nawet z wielką ostrożnością. Obydwaj spojrzeli na siebie ze zdumieniem. Tego się żaden z nich nie spodziewał.
— Do licha! — zawołał Sępi Dziób. — Grandeprise!
— Do kroćset! Sępi Dziób! Wy tutaj? Jakieście się dostali do Meksyku? Widziałem was przecież u Juareza!
— Byłem świadkiem waszego odjazdu nad Rio del Norte. Nazwisko wasze brzmi pięknie, ale przywodzi mi na pamięć coś obrzydliwego. Znam pewnego nicponia, który tak samo się nazywa.
Zounds! Znacie go?
— Nawet bardzo dobrze! — rzekł Sępi Dziób. — Osobiście i ze słyszenia.
— Naprawdę? Od dawna szukam tego łotra!
Sępi Dziób obrzucił go ostrem spojrzeniem.
— Szukacie? Hm, hm. Nie znaleźliście go jeszcze?
— Niestety.
Hm, hm. Myślałem, że strzelcy mają dobre oczy.
— Zdaje mi się, że mam wzrok nienajgorszy.
— Tak, ale mam wątpliwości, czy go umiecie używać.
Grandeprise zasępił się.
— Chcecie mnie obrazić?
— Skądże znowu! Usiądźcie w hamaku, ja usiądę na krześle. Powiem wam coś.
— Siadajcie. Słucham!
Sępi Dziób usiadł na krześle, splunął potężnie, odgryzł porządny kawałek gumy tytuniowej. Umieściwszy gumę w odpowiedniem miejscu policzka, rozpoczął:
— Muszę wam po przyjacielsku powiedzieć, że uważam was albo za nieprawdopodobnego łotra, albo za politowania godnego matołka.
Grandeprise zerwał się błyskawicznie z hamaka, wyciągnął rewolwer, stanął przed Sępim Dziobem i zawołał groźnie:
— Piekło i szatany! Czy wiecie, jak się odpowiada na tego rodzaju obelgi?
Sępi Dziób skinął spokojnie głową.
— Strzelcy załatwiają tego rodzaju sprawy bagnetem lub kulą, oczywiście, o ile zarzutów nie można udowodnić.
— Mam nadzieję, że się wam nie uda przeprowadzić tego rodzaju dowodu, master!
Pah! Schowajcie swój pistolet i posłuchajcie. Jeżeli nie będę miał racji, chętnie stanę do walki.
Grandeprise nie schował rewolweru; usiadł z ponurą miną w hamaku i odparł:
— Mówcie! Miejcie się jednak na baczności. O jedno słowo za wiele, a wpakuję wam kule w łeb.
— Albo ja wam w łeb strzelę! — uśmiechnął się Sępi Dziób. — Mniemacie, jakobyście mnie znali, ale mylicie się gruntownie. Moja kula miała już dziś kilkakrotnie sposobność i powód do przebicia waszej głowy. Ale to do rzeczy nie należy. Odpowiadajcie szczerze. Byliście w Veracruz?
— Byłem.
— Tam poznaliście dwóch mężczyzn, sennora Veridante i jego sekretarza? Wczoraj przybyliście z nimi do Meksyku i pilnowaliście wieczorem bramy cmentarnej, podczas gdy tamci dwaj dokonali znieważenia zwłok i oszustwa?
Grandeprise wytrzeszczył oczy.
— Skąd te pytania? Tak, pilnowałem bramy, ale o znieważeniu zwłok, lub o oszustwie nie może być mowy.
— Jesteście przekonani?
— Przysięgam na wszystkie świętości!
— Chcę wierzyć. Dowodzi to, że nie jesteście łotrem, ale po prostu matołkiem.
Grandeprise miał znowu się zerwać, gdy Sępi Dziób dodał:
— Tylko spokojnie. Mam powody. Wasi obydwaj towarzysze zostali aresztowani, nieprawdaż?
— Niestety.
— Pragnąc ich uwolnić, powaliliście oficera?
Grandeprise przeraził się nie na żarty.
— Do kroćset! Skądże o tem wiecie? Poprostu fortel traperski, z którego jestem dumny. Mam nadzieję, że, jako kolega, nie zdradzicie mnie.
— Nie jestem zdrajcą. Nie zazdroszczę wam również traperskiego fortelu, z którego jesteście tacy dumni. Czy możecie powiedzieć, skąd znacie tego łotra, Grandeprise’a?
Zapytany spojrzał badawczo na towarzysza i rzekł:
— Cały świat wie, że Sępi Dziób jest uczciwym człowiekiem i dzielnym westmanem. Tylko dlatego pozwalam, abyście ze mną w ten sposób mówili. Oświadczam, że pirat Grandeprise jest mi najzacieklejszym wrogiem. Szukam go od lat, aby się z nim ostatecznie rozprawić.
— Tak, tak, — rzekł Sępi Dziób z uśmiechem. — To zabawne. Szukacie go, a mieliście w ręku. Podczas gdy ja wraz z towarzyszami męczyłem się, aby go odszukać i pozbawić wolności, wy pomogliście mu do ucieczki.
Sępi Dziób przedstawił w krótkich słowach wywiedzionemu w pole strzelcowi historję hrabiego Rodriganda. Wysłuchawszy go z rosnącem zaciekawieniem, Grandeprise zawołał:
— Na Boga! Uratowałem również Pabla Corteja i jego córkę!
— Co? — zapytał Sępi Dziób ze zdumieniem.
— Tak. Teraz rozumiem wszystko! Bez mojej pomocy zginąłby w ślepocie, a ona zgniłaby w więzieniu.
— Musicie mi to opowiedzieć!
— Dobrze. Mam jednak wrażenie, że postępowałem głupio.
Grandeprise opowiedział, co zaszło od spotkania Corteja aż do chwili obecnej. Sępi Dziób słuchał z wielkiem napięciem. Po chwili rzekł:
— Master! Cieszę się bardzo z odnalezienia was, teraz bowiem wiem, jak można będzie odszukać zaginionych bez śladu. Dowiedzcie się, kim właściwie jest ten Antonio Veridante. — To nikt inny, jak Gasparino Cortejo!
— Nie może być!
— Ależ tak. Szuka swego brata. Dziś wieczorem chciał włożyć trupa do pustej trumny żyjącego hrabiego. Schwytaliśmy go. Ale wyście uwolnili.
— Powtarzam, że to być nie może!
Pah! Chcecie wiedzieć, kto był sekretarzem tego Veridante, a właściwie Gasparina Corteja? Poczciwym sekretarzem jest człowiek, którego napróżno szukacie. To Henrico Landola, pirat Grandeprise we własnej osobie!
Strzelec oniemiał. Zeskoczył z hamaku na początku opowiadania. Z szeroko otwartemi ramionami, z rozdziawionemi ustami i z rozszerzonemi źrenicami wyglądał jak wcielenie zgrozy.
— Co? — zawołał wreszcie. — To ma być Henrico Landola?
— Tak. Oszukał was, wywiódł w pole, zakpił sobie z was, nadużył waszego zaufania. A gdyśmy tego człowieka, teqo djabła wcielonego wreszcie ujęli, postawiliście na kartę wolność i życie, by go uwolnić. Żmija będzie więc mogła w dalszym ciągu kąsać i zatruwać świat jadem!
Grandeprise oddychał z wysiłkiem.
— Poznałbym chyba swego przyrodniego brata!
Ach! A więc to w dodatku taki bliski krewny?
— Tak. Pokrewieństwo to jest klątwą mego życia. Twierdzę stanowczo, że to nie był on!
Pah! Nie zauważyliście, że obydwaj pomalowali sobie twarze? Jedynie wprawne oko mogło wykryć, że są uszminkowani.
Strzelcowi spadła wreszcie łuska z oczu.
— Wielki Boże, a więc to on! Ilekroć słyszałem jego głos, miałem wrażenie, że go skądsiś znam. Odrażał mnie tym głosem. Ostatni ze mnie osioł, dureń pierwszej próby! Sępi Dziobie, użyliście zbyt łagodnego wyrażenia, nazywając mnie matołkiem. Pozwalam na ostrzejsze określenie.
No, no, — rzekł Sępi Dziób, uśmiechając się dobrodusznie. — Świadomość własnych błędów jest pierwszym krokiem do mądrości.
— Ale skutki, skutki! — westchnął Grandeprise. — Skąd dowiedzieliście się, że wartowałem na cmentarzu, że napadłem na oficera, że oswobodziłem aresztantów?
Sępi Dziób opowiedział wszystko i dodał wkońcu.
— To zawikłana sprawa. Jesteście jednak strzelcem, tak jak ja, i dzielnym człowiekiem. Jesteśmy kolegami, mamy u siebie w sawanie swoje reguły i zwyczaje. Cóż nas obchodzą ustawy innych? Bądź co bądź dzięki wam wiemy, że należy szukać Corteja i pirata w klasztorze della Barbara w Santa Jaga.
Twarz Grandeprise’a nagle się rozjaśniła:
— Mylicie się — rzekł. — Są znacznie bliżej. Nie uwierzycie nawet, jak blisko.
Sępi Dziób uśmiechnął się pobłażliwie.
— Macie rację, że nie uwierzę. A więc sądzicie, że Landola i Gasparino Cortejo są w gospodzie? Czy możecie wejść do ich pokoju?
— W każdej chwili.
— Dobrze; zaraz się przekonamy.
— Obudzimy ich. Już ja się z nimi rozprawię!
— Nie obudzimy ich, bo ich niema wcale.
— W takim razie przyjdą.
— Przeczucie mówi mi coś złego. Chodźmy, zobaczymy.
Wzięli latarki. i udali się na palcach do pokoju, zajmowanego przez Corteja i Landolę. Weszli bez trudu. Sępi Dziób miał rację — w pokoju nie było nikogo.
— Wrócą przecież — rzekł Grandeprise.
— Tak przypuszczacie? Byliby głupcami, gdyby wrócili. Z nadejściem dnia wieść o fałszywym oficerze i zbiegłych aresztantach rozejdzie się po całem mieście. Rozpoczną poszukiwania, wywiady. Ci dwaj są za mądrzy, by czekać, aż ich pochwycą. Już ich niema w mieście.
— Zostawiliby mnie tutaj?
— Dlaczego nie? Czy i na to mam dać wam dowód? Popatrzcie tylko.
Sępi Dziób oświetlił latarką podłogę, schylił się i wskazał na coś strzelcowi.
Grandeprise zapytał:
— Co takieqo?
— Błoto uliczne. Dotknijcie. — I cóż?
— Jeszcze mokre i miękkie.
— Kiedy te łotry wyszły z pokoju przed udaniem się na cmentarz?
— Z nastaniem wieczora.
— Gdyby błoto pochodziło z wieczora, byłoby teraz twarde i suche. Grudka, którą widzicie, dostała się tutaj najwyżej przed godziną. A więc byli tutaj.
— Do stu tysięcy djabłów! Nie uda im się uciec! Pojechali z pewnością do Santa Jaga. Tam ich schwytamy.
— Nie chcę się z wami spierać. Posłuchajcie mojej rady. Policja dowie się w ciągu krótkiego czasu, gdzie zbiegowie mieszkali. Jeżeli tu zostaniecie, rozprawi się z wami bez wielkich ceregieli.
— Macie rację. Odchodzę, Ale dokąd?
— Pójdziecie, oczywiście, ze mną. Odźwierny czeka na dole. Zapłaćcie, coście winni za jedzenie, i koniec. Osoba moja jest dobrym pretekstem, abyście mogli spokojnie odejść.
Grandeprise spełnił radę towarzysza. Po upływie dziesięciu minut opuścili gospodę. Gdy przechodzili obok domu handlarza, sam właściciel stał przed bramą. Sępi Dziób skorzystał ze sposobności i zapytał:
— Macie dużo koni w stajni, sennor?
— Dziś tylko cztery — brzmiała odpowiedź.
— Możecie sprzedać jednego?
— Tylko jednego. Pozostałe są mi potrzebne. Sprzedałem dziś okazałą parę dwom nieznajomym z Queretaro. Mówili, że jadą do La Puebla.
Sępi Dziób poprosił, by handlarz opisał wygląd tych, którzy konie kupili, i doszedł do wniosku, że byli to istotnie Cortejo i Landola. Po krótkim targu Grandeprise kupił konia.
Sępi Dziób udał się z strzelcem do gospody i kazał obudzić Kurta. Kurt zdumiał się, usłyszawszy, co zaszło podczas jego snu. Postanowiono ruszyć natychmiast konno wślad za zbiegami. Kurt musiał jeszcze pomówić z panem von Magnusem i alkaldem, nie mógł więc sobą dysponować. Rzecz zrozumiała, że postanowił nie komunikować tym panom, iż Grandeprise brał udział w zdarzeniach poprzedniej nocy. W interesie bezpieczeństwa własnego strzelec musiał ruszyć natychmiast. Towarzyszył mu Sępi Dziób. Postanowiono, że obydwaj będą czekać na Kurta i Petersa w miejscowości Tula.
Okoliczność, iż Landola i Cortejo oświadczyli, że przybywają z Queretaro i mają zamiar udać się do leżącej w przeciwnym kierunku la Puebla, nie zmyliła, oczywiście, ani Kurta, ani Sępiego Dzioba.
Wiadomość o tem, co zaszło w nocy, rankiem obiegła całe miasto. Policja rozpoczęła gorączkowe poszukiwania i, stosownie do przypuszczeń Sępiego Dzioba, stwierdziła wkrótce, gdzie zbiegowie mieszkali. Podejrzenie padło na Grandeprise’a a nawet na Sępiego Dzioba. Odźwierny zeznał, że w nocy zjawił się jakiś obcy bogaty pan i zabrał strzelca, czy vaquera. Podał nazwisko, opisał wygląd. W czarnej księdze policji zanotowano — jako człowieka niebezpiecznego — sennora d‘Alasque Velantario, właściciela olbrzymiego nosa. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.