Ostatnie chwile Księcia Wojewody (Panie Kochanku)/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ostatnie chwile Księcia Wojewody (Panie Kochanku)
Podtytuł Z papierów po Glince
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

∗             ∗


Siedzieliśmy z Wiśniowskim do późna przy kieliszkach, bom jeszcze butelczynę u piwniczego wyprosił. Nazajutrz Książę, co pokrzepionym się miał czuć po długim śnie, bo na dzień zasnął, niemal do południa, obudził się słabszym. Finke puls znalazł tak małym, iż się go ledwie domacał. Na obiad rosołu trochę zjadł, mięsa kawałek do ust wziął i wyplunął. Przynieśli mu sarniny pieczonej, tej trochę spożył i galaretą się posilił, która mu smakowała.
Po obiedzie się znowu zdrzemnął, a nad wieczór gorączka przyszła jak zwykle i z nią ochota do mówienia jak wprzódy.
Mnie tak i litość i ciekawość brała, że choć to męka była siedzieć na straży, wprosiłem się sam na dyżur nocny, w miejsce Abramowicza.
Tego dnia zawczasuśmy go rozebrali do koszuli, tylko futro perewistki zarzuciliśmy mu na ramiona, a ze delia była szeroka bardzo, całego nią mogliśmy tulić. Na nogach miał buty futrzane, bo innych już wciągnąć nie było podobna. Szyję obwiązaliśmy chustką jedwabną, a od poręczy obstawiliśmy poduszkami, uchowaj Boże by znowu noc miał całą przepędzić siedzący.
Ledwiem pod piecem siadł, zapytał.
— Glinka? a to ty znowu?
— Jam jest, Mości Książę.
— Jakiemże prawem? Co marszałek na to, panie kochanku? mało ich tam jest, żeby jeden ciągle miał chodzić!
— Alem ja się sam prosił.
Głową tedy ciężką począł ruszać długo.
— Cóż to ty? zalecasz mi się? hę? Alem ja już goły! Rozdałem co gdzie było. Wczoraj u kuchcika tynfa pożyczyłem w sekrecie przed kasjerem, i to ledwie mi go pokredytował, musiałem zastaw dać i oblig pod pieczęcią! Takie czasy! panie kochanku.
— Ja, Mości Książę, chcę mu służyć przez miłość dla niego, a nie z żadnej chciwości.
— Milczałbyś i nie bredził, kto może kochać taką starą gniliznę?
Wnet pomiarkowawszy, że mnie to dotknąć mogło, poprawił się śmiejąc:
— Bóg ci zapłać za dobre serce... ale czem ja ci wywdzięczę? boć zawsze, piękne za nadobne, w długu nie chcę zostać, panie kochanku. Wiesz co, chyba, jak stara baba, bajki ci prawić będę, choć mi w gardle zasycha. Jak się odemnie ich nauczysz, na starość będziesz chodził z niemi po dworach, panie kochanku. Ale ty może bajki moje znasz? hę?
— Nie wielem ich słyszał, Mości Książę.
— Bajki, bajki, panie kochanku — począł pomrukując. — Wszystko to za bajki się liczy. Jakbym ci powiedział co nas z Prozorem, Rejtenem i Syruciem spotkało, i tobyś wziął za bajkę.
— Książę się męczy.
— Co tobie do tego? tyś nie doktor, panie kochanku. — I począł bardzo prędko: — Wybraliśmy się na odkrycie nowych krajów do Panflagonii, panie kochanku. Wiesz gdzie Panflagonia?
— Nie, Mości Książę.
— Panflagonia leży za Mezopotamią, a teraz wiesz? panie kochanku.
— Wiem.
— Tameśmy tedy natrafili na taki kraj, gdzie ludzie nagle skarłowacieli. Zabawna była rzecz, bo wnuki w dziadowskich butach bardzo wygodnie mieszkać mogli z całem gospodarstwem. Nie śpisz Glinka?
— Nie, Mości Książę.
— Jedną starą szablę gdy przyszło zdjąć z gwoździa, piętnastu ich z windą stawało i rady dać nie mogli. Ale to, nie bajka, panie kochanku, lepszą ci powiem, która ci się przyda.
Tu zamyślił się trochę.
— Był sobie jednego razu, chłopak, sierota; a działo się to przed potopem. Naówczas na świecie działo się zupełnie inaczej, panie kochanku: dziś ludzie ludzi jedzą, a naówczas ze zwierzętami była komitywa jak najlepsza, taka jak dziś u nas w Polsce z Prusakami. Chłopiec jak palec był sam, matka go właśnie odumarła, a chatka stała na pustkowiu, u kraju lasu, panie kochanku, gdzie już ludzi nie było ani na lekarstwo. Zwierzęta bogobojne dowiedziawszy się o nieszczęściu sieroty, zameldowały mu się zaraz ku usłudze i opiece.
Krety dla nieboszczki wykopały grób, bobry zrobiły trumnę, niedźwiedzie ją wzięły na barki, a co było ptastwa przeprowadzało śpiewając żałobnie do mogiły. Gdy się ta ceremonia odbyła, a chłopak siadł, panie kochanku, na usypisku i płakać zaczął, lis mu ogonem łzy ocierał. Ale ty śpisz Glinka?
— Uchowaj Boże, Mości Książę, słucham.
— Słuchaj, bo to się dopiero zaczyna, panie kochanku, to jeszcze nic, zobaczysz dalej. Gdy chłopiec siadł i beczał, dokoła niego posiadali też wszyscy opiekunie i zrobili radę.
Naprzód mu zaproponowali, ażeby nie szukając ludzi, pomiędzy niemi pozostał, że mu do gospodarstwa pomagać będą; ale gdy chłopak do ludzi zażądał koniecznie, zgodzili się i na to, ażeby go wyprawić.
— Jak sobie, panie kochanku, pościelesz, tak się wyśpisz — rzekł mu wilk. Zrobiono nam taką reputację, że już gorsza być nie może, a czy ludzie od nas lepsi, przekonasz się na własnej skórze. Idź z Bogiem, panie kochanku. Sroczka przed tobą lecieć będzie i drogę ci do ludzi pokaże; dawaj sobie radę sam.
Ponieważ chłopak, panie kochanku, był głodny, niedźwiedź mu barć pokazał i sam wydarł plaster miodu, wiewiórka orzechów przyniosła, nietoperz zaś oświadczył się, iż wie o skarbie zakopanym niedaleko, z którego sobie sierota mógł wziąść garść, aby miał o czem wędrować. Tak się tedy stało, ale ty śpisz Glinka?
— Nie, nie śpię, Mości Książę.
— Gdy się pożegnali, sroka lecąc przed chłopcem prowadziła prościuteńko do Warszawy.
— Przed potopem, Mości Książę?
— Przed potopem była Warszawa taka sama jak teraz — odparł Książę — a ty mi Glinka, takiemi pytaniami nie przerywaj... Otóż, panie kochanku, tak do rogatek przyszli. Tu sroczka usiadła na kołku i poczęła wołać: Adieu, kochanku!
Chłopak pono i Bóg zapłać nie powiedziawszy jej, rad, że się dostał między ludzi, do miasta, gdzie się z tysiąca kominów kurzyło, prędkim krokiem między tłum się wcisnął. Szły właśnie tamtędy marszałkowskie Mniszchowskie ciury, a ujrzawszy, panie kochanku, z łokciami wydartemi, blade stworzenie, bez butów, w koszuli łatanej, zaprosili go z sobą do kordygardy.
Myślał, że na obiad, panie kochanku, aż tu znalazł się przed panem pisarzem, który z piórem za uchem inkwizycję rozpoczął. Nim to jednak nastąpiło, obrewidowali chłopca i znaleźli przy nim dwie garście djamentów nietoperzowych. Corpus delicti! panie kochanku. Bosy człek, naturalnie ukraść je musiał. Chłopiec niewinności swej pewien, począł się śmiać, panie kochanku, i opowiedział całą historję swoją ze zwierzętami. Inkwirentowi tego było i potrzeba; djamenty schował do kieszeni, a chłopca odesłał do Bonifratrów.
Zobaczywszy się nieboraczysko pod ryglem nuż narzekać, panie kochanku, że z niedźwiedziami nie został. Braciszkowie słysząc, że bredzi, nuż mu wodę zimną na głowę lać i smagać dla napędzenia rozumu. Pobudzili go do wściekłości. Trzeba więc potem było leczyć i leczyli go tak skutecznie, że z niego tylko skóra, kości i w kątku dusza została. Poczem na ulicę go kolanem wyproszono. Chłopiec nie oglądając się do lasu powrócił, a tam wilki go zjadły, za karę, że w nich nie wierzył, panie kochanku.
A co, Glinka, bajka nie ładna?
— Śliczna, Mości Książę, ale Księciuby czas spać może było?
— Milczałbyś, at! nawet mi nie podziękowałeś za nią, a daćby ją księdzu biskupowi Warmińskiemu, coby on z niej zrobił! Teraz Glinka, na ciebie kolej. Naprawiłem się ja dosyć bajek w życiu, muszę raz posłuchać. Sprobuj, gadaj.
— Żadnej, Mości Książę, nie umiem.
— A cóż umiesz? prawdy? No to mów prawdę?
Przyparł mnie, żem nie wiedział co począć. Szło mu znowu widocznie o to, ażeby do łóżka nie iść i jakkolwiek noc przepędzić.
— Gdzieżbym ja śmiał, Księciu Wojewodzie, albo bajki pleść, albo prawdę mówić? — odezwałem się z półuśmiechem, — nie moja to rzecz. Z bajki śmiech, a z prawdy gniew.
— A jaki ty zrobiłeś się rozumny! Glinka, — oderwał się książę — nie wyhodujesz się, bo to nad wiek.
Rozśmiał się i westchnął razem.
Tej nocy choć nie byliśmy pewni czy to się na co przyda, ułożyliśmy mały spisek na Księcia. Ponieważ już raz koguty i ich pianie najwięcej się przyczyniły do ukołysania go do snu, bo się w nocy zasnąć lękał, a po kurach, spodziewając się dnia, prędzej zasypiał; Mińczak, chłopiec od kuchni, który tak umiał wszelkiego ptastwa głos naśladować, iż wabika nie potrzebował, kogucie zaś pianie arte oddawał i to nie jednego, ale jakby ich było dziesięciu, został do piania wyznaczony.
Kazano mu na dany znak, popisywać się około folwarku.
Zapiał jak stare kogucisko; Książę ucha nadstawił.
— Ho! ho! — zawołał — to czas leci! Już pierwsze kury! chyba ich co pobałamuciło? To nie może być.
Mińczak zapiał cienko raz drugi i trzeci, raz znowu odmiennie, jakby nieuk młody próbował, to znów pierwszym głosem, i na przemiany coraz innemi. Jam się też przysłuchiwał dziwując, bo gdybym nie wiedział, że człowiek, przysiądz było można, iż kury piały. Tylko jakoś nadto śpiewały mądrze; Książę podniosłszy głowę, z ciekawością wielką chwytać się zdawał to rozmaite pianie kogucie.
— Jakieś uczone kury — rzekł nareszcie — koncert wydają. Czy Strzałkowska tu dla nich akademię założyła, czy co? a massa tego jest. Glinka!
— Co Książę rozkaże?
— Idź proszę cię i poślij na folwark, niech się dowiedzą, zkąd tam razem kogutów tyle? Sejmik jakiś złożyły, panie kochanku, kto wie co one radzą? może na zgubę rzeczypospolitej. Kat ich rozumie!
— Na folwarku już wszystko pozamykano, Mości Książę.
— Stracha się boisz, czy co? — zapytał Wojewoda. — Weź Abramowicza z sobą i uzbrojcie się we flinty; wybić tych trutniów, bo to tylko wrzeszczy po nocy, a ręczę, że z nich kurom pociechy nie ma, ani na pieczyste się nie zdadzą, a mnie myśleć przeszkadzają.
— Ale, Mości Książę — odpowiedziałem — Abramowicz szalona pałka, nuż uchowaj Boże, gdzie w strzechę palnie i kłak z ogniem zapuści? możemy pożar zrobić, i ludzi postraszemy.
Książę westchnął.
— Dosyć, że teraz — rzekł — ani posłuszeństwa, ani nabożeństwa; co Radziwił każe, to pan Glinka zmaże.
Zmilczałem, a kury piały, Książę głową kiwał i milczał.
— Uczone kury — szepnął po przestanku. — Hejnał pieją, trzeba spać, nie ma rady.
I ułożył się jak do drzemki. Ale sen nie trwał długo; zaledwie zachrapał, przebudził się zaraz i wstrząsnął.
— Glinka?
— Jestem, Mości Książę.
— Idź mi zaraz, powiedz marszałkowi, koniuszemu, stanowniczym, aby na jutro koniecznie wszystko było do drogi gotowe. W tych Sławatyczach wyżyć niepodobna, trzeba co prędzej do Białej uciekać. Chwila się zbliża, godziny policzone, a w takich mizernych Sławatyczach umierać sensu nie ma, i z pogrzebem nie poradziliby sobie. W Białej wszystko być musi w pogotowiu, świec u Reformatów dostanie, a Bazyljanie też coś dostarczą.
— A! Mości Książę, czyż się godzi myśleć o tem? — zawołałem.
— Nie rezonuj, idź, idź, panie kochanku, ja ci powiadam. Jutro dodnia żebyśmy ruszyli. Już mi te koguty Strzałkowskiej kością w gardle stoją. W drogę, panie kochanku, słyszysz?
— Mości Książę — rzekłem — przededniem rozdysponuję, teraz wszyscy śpią.
— Jakby to dla mnie ich pobudzić nie można, kiedy ja nie śpię! — odparł Książę. — Gdybyś ty był tak Księciu Miecznikowi odpowiedział, dopierobyś był od niego oberwał, ale na pochyłe drzewo i kozy skaczą.
Głos jego zmieniał się zwolna, aż nagle dobywszy go z piersi, co miał siły, krzyknął:
— Do koni! w drogę! służba! panie kochanku; Kto żyw ratujcie Radziwiłła od koguciego spisku! Hola!
Na ten głos, co żyło w izbach sąsiednich pobudziło się i porozrywało z łóżek, biegnąc jak kto stał, boso, w kożuchach, w kołdrach, w derach, w płaszczach i berlaczach.
— Co się stało? co Księciu jest? Co Książę każe? poczęli wołać wszyscy.
— Zwijać obóz! konie gotować, na jutro w drogę dodnia. Do Białej nam czas. Sic volo, sic jubeo, nie słucham nikogo, panie kochanku, a nie, to wam kaszy nagotuję.
— Ale, Mości Książę! — odezwał się Finke.
— Nie ma ale, panie kochanku — przerwał stary prawie gniewnie — do Białej i kwita. Rygor i posłuszeństwo.
Mówił gorączkowo, wszyscy zamilkli, nieśmiejąc mu się już sprzeciwiać. Doktor wreszcie był tego zdania, że lepiej już usłuchać, aby się gorzej nie niecierpliwił, co szkodzić mogło więcej od podróży.
Po tym wybuchu, który Morawski zażegnał obietnicą, że się do rozkazów stosuje, pomrukując coś jeszcze, ale coraz mniej wyraźnie, począł się wysilony zdrzemywać, i wszyscy na palcach powynosili się cichaczem.
Lecz gdy drzwi otworzyli, ciąg się zrobił, weszło zimniejsze do izby powietrze; uczuł to chory i kożuszek perewistkowy począł na siebie poprawiać. Mimo to, siedząc powoli usnął. Ja też pod piecem na stołku drzemać począłem, i tak prześniliśmy aż do dnia.
Ze dniem ruch na folwarku, po stajniach, w dziedzińcu, począł się wielki, bo już do Białej ruszać się trzeba było nieodmiennie.
Podróż ze Sławatycz długą nie była, ale utrapioną, z powodu dróg tutejszych. Kraj to płaski, nizina, piaski, moczary i lasy, jak nie grobla, to piachy, a w lesie po korzeniach sosnowych, po dołach i kępach też nie wyśmienicie, miejscami brody, jeszcze szczęście jeżeli niegrzązkie, w które wjechawszy polecaj się Bogu, bo nie wiadomo jak głęboko zajedziesz, czasem i tłomokom się dostanie. Na piasku koła prawie po kłódki grzęzną, na grobelkach z kamienia na kamień stuk, puk, z kałuży w kałużę, z kolei w kolej. Wozy te koleje porznęły głęboko i wedle swojej miary; wjedzie chłopski wózek w nie, to mu nic, nawykł do tego, ale półtoraczna landara jak się w jednę kolej zarznie, drugiem kołem na wysokościach, a jakby obie chciała pominąć, konie nogi kręcą po dziurach. Słowem rozpacz. Koło nad rowem idąc ośliźnie się, lecimy w rów, a w rowie woda i gąszcze. Hajduki po kostki w kale, na ramionach to z jednej to z drugiej strony powóz unosić musieli, padając pod ciężarem. Pospieszyć ani myśleć. Na piasku choć konie prychną, też nie można kłusować, w lesie dla korzeni trzeba jechać powoli. Słowem zażyliśmy biedy i słoty niemało i naklęliśmy obficie. Książę w powozie, mimo tego rzucania drzemał, kiedyniekiedy stękając tylko, bo nim mimo poduszek i pasów, których się trzymał, chwilami miotało bez litości.
Księcia to najgorzej męczyło, że ze Sławatycz wyjechawszy, musieliśmy niemały kawał przerzynać się przez cudze majętności, środkiem Sapieżyńskich majątków, Księżnej Wojewodzicowej Mścisławskiej, gdzie już trudno było gospodarzyć jak w domu, a po karczmach też nieład panował i nędza. Strzechy poodzierane, szopy gnoju pełne, ani zajechać, ni wypocząć, ni koni czem podesłać.
Z wielkiem umartwieniem naszem i jego, ledwieśmy się przecież jakoś do Białej dobili, i wyjechawszy z lasu, powitaliśmy stary zamek książęcy.
Przez całą tę drogę Książę się nieustannie dopytywał:
— A co? czy my już na swoich śmieciach, panie kochanku? a daleko do domu?
Gdy mu nareszcie powiedział Morawski, że już zamek widać, a było to pod wieczór drugiego dnia, wyjrzał oknem, jak gdyby, mógł co zobaczyć, ręką w powietrzu krzyż zakreślił i westchnął.
— Dalej już pono nigdzie mnie nie zawieziecie, panie kochanku — zamruczał — ze świętym Józafatem w kompanii będziemy odpoczywali.
Nam się też lżej na sercu zrobiło, gdyśmy zdala ponad drzewy wieżę zamkową i Reformatów sygnaturkę i Farę zobaczyli.
Przodem wysłani ludzie oznajmili w miasteczku więc jak skoro się od Wólki pokazały powozy, we wszystkie dzwony uderzono po kościołach, a na końcu grobli ujrzeliśmy stojące duchowieństwo, mieszczan i żydów z rabinem i baldachimem. Gdyśmy o tem Księciu oznajmili, głową pokiwał.
— Do czego mi się to zdało!
Dzwony, posłał zaraz, aby się uciszyły.
— Cóż oni tu mnie jak biskupa witają? To eksportacją pachnie, panie kochanku. Po co? na co?
Polecieli konni aby dzwonić zaprzestano; jakoż ucichło, tylko u Bazylianów najdłużej kołatano bezpotrzebnie, bo do cerkwi było najdalej.
Burmistrz chciał Księcia witać mową, ale jemu i rabinowi, który się też nagotował, zalecił powiedzieć, że chory i recepcję na powolniejszy czas odkłada. Szły tedy powozy przez część miasteczka, około Akademii i figury św. Jana Kantego, podle Fary, gdzie rektor stał i wszystka młodzież — Vivat! cienkiemi głosami krzyczała.
Posłyszawszy głosy dziecinne, Książę się ruszył nieco, ale wnet opadł w głąb landary. Ztąd już do zamku kilkaset kroków tylko. Gdy w brukowanej bramie zastukały konie, podniósł się Wojewoda czując, że jest w miejscu, i wnet wjechaliśmy w dziedziniec, u głównego wnijścia stojąc.
— Bogu dzięki!
Tu caluteńka służba czekała. W pokojach świeciło się wszędzie, ludzi było dosyć co Księcia witać pozjeżdżali się, oficyalistów, sąsiadów, szlachty, ale wszystkich Morawskiemu przepraszać kazał, że niedomaga i zmęczony, a rad nie rad do łóżka iść musi.
Na dole już stało przygotowane krzesło, i hajducy na niem posadziwszy chorego, zaraz go na górę, do pokojów zwykle przez niego zajmowanych zanieśli.
Milczał przez cały czas, ino wzdychał ciężko. Chciano go do wygrzanego szkandelą łóżka położyć, ale się nie dał i w krześle pozostał.
Podstarości, burgrabia, urzędnicy, oficjaliści napróżno oczekiwali, ażeby kogo wezwał do siebie, lub o cokolwiek zapytał. Kazał ich Książę marszałkowi uraczyć po pańsku, a rozmowę i interesa na później odłożył.
Kto nie znał naówczas zamku Bialskiego, nim poszedł w ruinę powoli, ten o nim z późniejszego stanu wyobrażenia mieć nie może. Nie był ci on tak rozległy jak Nieświezki, przecież na najliczniejszy dwór miejsca w nim nie zabrakło, a cale po pańsku, niemal po królewsku był urządzony, choć ze staroświecka. Ogromne sale, gabinety, pokoje zwierciadlane, komnaty na różne gusta przybrane w obrazy, posągi, sprzęt kosztowny, zdobiły go obficie. Dużo izb stało zamkniętych pod kluczem. Z okien wielkiej sali, gdzie się nie tak dawno odbywało wesele księżniczki z kniaziem Massalskim, widok był na staw na Krzmie, który jeszcze podówczas nie zarastał trzciną, sitowiem i tatarakami. Pokoje książęce wygodne były i we wszystko opatrzone. Czego tu mogło braknąć, to dawno przodem z Nieświeża na furgonach przystawiono.
Ledwieśmy stanęli i powoli się uciszać zaczęło na zamku, zadzwoniono po kościołach na Anioł Pański. Książę drgnął, ale czapeczkę jedwabną z głowy ściągnąwszy, pobożnie ręce złożył i modlić się zaczął.
Tu na mnie znowu nocna służba przypadła czemu dosyć rad byłem, bom mojego starego pana kochał, czułem, że dogorywa i ostatnie słowa z ust jego pochwycić miło mi było. Wiedzieliśmy wszyscy, iż policzone miał godziny.
Po tej podróży ze Sławatycz i na twarzy i na siłach opadł bardzo. Szczególniej policzki mu nabrzękły a skóra na nich i na szyi pościągała się, pofałdowała, pogarbiała, aż strach, żółtością jakąś okryła. Przyniesiono mu rosołu i kuropatwę pieczoną; skosztowawszy ich ledwie, odepchnął.
Nie można go było ani rozbawić, ani zająć niczem, milczał posępnie. Siedziałem u progu na rozkazy czekając, gdy nagle zawołał:
— Hej, jest który?
— Glinka, Mości Książę.
— Dosyć, że ja z tej Glinki, ugrzęzłszy w niej, nie wylezę, panie kochanku — rzekł z cicha — a więc mosanie Glinka, każ mi Napiórkiewicza zawołać. Niech tu do mnie przyjdzie.
Napiórko, czyli Napiórkiewicz, znany był nam wszystkim zdawna, cośmy kiedykolwiek w Białej bywali, bo, mimo burgrabich, innych dozorców i różnej służby, był to jedyny, prawdziwy stróż i pan Bialskiego zamku. Od jak dawna tu żył, zamieszkiwał i rządził się, sam dokładnie wyliczyć się nie umiał. Zapomniał. Zdawało mu się pewnie, że się z kluczami urodził. Ludzie mu dziewięćdziesiąt z górą lat dawali, a on chcąc się z wieku swojego wyliczyć, plątał się i bałamucił.
Gdy się czasem zapędził, utrzymywał, że za Sobieskiego się rodził, co nie mogło być, boby musiał lat z górą sto mieć. To pewna, że czasy Augusta mocnego pamiętał doskonale. Jako żyw, nigdy się z Białej nie oddalał, i do zamku, można powiedzieć, przyrosnął. Inni ludzie przechodzili tu i mijali się, on wszystkich przeżywał, on jeden wiedział co się gdzie na zamku znajdowało, każdy kąt i zakomórek znał doskonale, od wszystkiego miał klucze, i wszystko tu niemal za swoje uważał.
Stary i z figury i z obyczaju był osobliwy, i w mowie od innych się różnił. Gdy na dworze słota nastała, mruczał, gderał albo milczał zasępiony. Kiedy się na pogodę wybrało, twarz mu się razem z niebem wyjaśniała, i jeszcze go się czasem krotochwile trzymały. Spojrzawszy nań nie dałby mu nad jakie lat sześćdziesiąt kilka. Wyprostowany zawsze, choć ramiona mu się już w kabłąk zgięły i głowa trzęsła, chodził bez kija, nogami tylko trochę powłóczył. Na świątki i piątki kontusz zawsze jeden, długi granatowy, z rękawami spinanemi nosił, pas siatkowy wypłowiały, a po kieszeniach, za pazuchą, w rękach, gdzie tylko wetknąć je było można, kluczów miał pełno. Kluczów tych powiadano, że ze dwieście różnego kalibru nosił przy sobie i miał ich w izbie tyle, że niemi całe ściany na gwoździach były poobwieszane.
Twarz czy mu wiek przeciągnął, ale bardzo miał długą, nos duży, na słotę siny, brodę naprzód wysuniętą, zęba już pono ani jednego, ale szczękami mięso tak kąsał i darł, jakby najostrzejszemi kłami. Jedno oko niewiadomo kiedy i jakim sposobem już utracił, a powieka wpadła głęboko, zawsze była zamknięta. Po brwiach najlepiej wiek poznać było można, gdyż mu wyrosły i nawisły tak, że się na oczy zwieszały.
Dla dworu, służby, czeladzi i stróżów, których miał pod sobą, ostry był i niemiły, musieli go słuchać, gdyż nie rzadko kańczuka z kieszeni dobywszy, boki im i plecy okładał.
Izbę miał na dole w zamku, w prawej baszcie, dużą, sklepioną i przy niej alkowę. Tu mieszkał, innej posługi nie potrzebując, tylko że mu stróż drew przyniósł i w piecu napalił, a dziewczyna, wyrostek, zwykle ze wsi brana sierota, z kolei nie wiem już która, wodę nosiła, jeść gotowała; umiatała. Dziewczęta te, gdy do lat kilkunastu dorosły, za mąż wydawał i brał nowe, a że się im dobrze działo u niego, choć i dla nich był ostry, napierały się tu, gdy wakans nastał. Choćby się zaś nie wiem jak która na chrzcie świętym nazywała, u niego wstąpiwszy w służbą, musiała się zwać nie inaczej, jak Paraska. Tak się do tego imienia nazwyczaił, że już inaczej nazywać ich nie umiał. W zamku też służbę Napiórkiewicza Paraskami nazywano.
Obyczaju był dziwnego, bo oprócz niedzieli i świąt do Fary, nie wychodził nigdzie. W pogodę czasem się między drzewy po nad stawem, albo na wałach przeszedł, i dosyć. Za to po zamku dzień i noc błądził jak duch zaklęty. We dnie, to było jeszcze nic, ale czasem go coś napadało takiego, iż z latarką po nocy do rana błąkał się od góry do dołu, po strzechach, po lochach, licho wie czego. W jednych izbach siadał, w drugich się przechadzał, tam krzesło posunął, tu stolik wyprostował, okno otworzył, lufcik przymknął, zamek nasmarował, a nigdy temu końca nie było.
Ludzie mieli go za lunatyka, bo szczególniej miesięcznych nocy się włóczył, i jak mówiono, sam do siebie gadał; inni utrzymywali, że z portretami rozmawiał, śmiał się, aż zdala przechodzących ciarki przelatywały ze strachu.
O zamku i o Radziwiłłach, gdy się kto przy nim rozgadał, śmiał się i ramionami ruszał, niekiedy mruczał i figę pokazywał.
— Co wy młokosy wiecie o tem? co wy wiecie? Koszuleście w zębach nosili, gdym ja tu już gospodarował.
Czasem gorzej nałajał, jeśli na dworze była słota.
Sam rozgadywać się nie bardzo lubił. Do niego należało wszystko utrzymać w porządku i pod regestrem, ale regestra miał nie na papierze tylko w głowie. Jak każdy z tych dwóchset kluczów znał doskonale, tak i sprzęt wszelki, najmniejszy okruch miał na pamięci i z pod klucza najmniejszej rzeczy, najlichszego nie pozwolił wziąć odłamka. Spróchniałe deski chował i zamykał. Co się nie mogło w pokojach zmieścić, zgarnięte było na strychu. Raz wkradłem się za nim tam pod dachy, i mogę powiedzieć sumiennie, żem nad tę górę na zamku, nic nigdy w życiu osobliwszego nie widział.
Musiało się to tam chyba przez kilkaset lat zbierać, i jeden Napiórko mógł wiedzieć i rozeznać co tam było i do kogo to należało.
Cały ten strych, szczególniej nad wielką salą, napchany był i nabity najrozmaitszym sprzętem. Kanap, krzeseł bez nóg, ram, obrazów, szaf, półek, skrzynek, sepetów popieczętowanych, kuferków z papierami, szkatułek, pak było bez miary. Pamiętam pod oknem stojącą kołyskę z różanego drzewa, wewnątrz atłasem niebieskim wypikowaną, z której włosienie sterczało. Po zmarłem w kolebce książątku jak ją tu rzucono przed laty, tak stała nietknięta. Nieco dalej pod dach podsuniętą przypominam sobie dębową trumnę, pełną żyta, która czekała na jakiegoś nieboszczyka, co jej widać chybił i inną się posłużył. Czego tam nie było!? Basetli bez strun, kotłów z wybitemi grzbietami, krosienek, na których jeszcze sznurki wisiały! Kto to tam wszystko i kiedy poskładał i dopóki to miało schnąć, butwieć, gnić, rozpadać się, Bogu tylko wiadomo. Napiórko nic tu tknąć nie dawał. Tu na strychu suszył sobie liście tytoniu z małego ogródka uprawianego na wałach, z których potem robił tabakę.
Od myszy i szczurów bronił się niezliczonemi pastkami, a tych było wszędzie pełno. Nastawił je, narychtował, tak na pewno, iż niemal godzinę mógł przepowiedzieć, o której się co złapać miało. W izbie u niego było mnóztwo pastek różnego kalibru, które on sam robił i naprawiał, mając ich zawsze zapas nie mały. Czasem po kilka ich niósł w ręku na górę.
Gdy się co złapało, sam nie zabijał, miał ogromnego burego kota, który za nim krok w krok chodził, a gdy się położył, na nogach sypiał. Ten był tak wyuczony, że przed pastką stawał na warcie, a skoro ją odemknięto, mysz lub szczura chwytał tak, iż mu się nie wymknął nigdy. A nie jadło kocisko więcej nic nad te specyały.
Uchowaj Boże, aby się kto był poważył na zamku co bez wiedzy Napiórkiewicza ruszyć, przestawić, wziąć, nawet okno lub okiennicę otworzyć czy zamknąć bez niego. Wpadał wtedy w taki gniew, iż wszyscy przed nim uciekali. Pod dobry humor i pogodę, gdy mu się język rozwiązał, można od niego było o starych dziejach, wiele posłyszeć i nauczyć się bardzo wiele. Ale to się trafiało rzadko i nie każdemu, bo gdy mu się czyja twarz, strój, mina nie podobała, słowa z niego nie dobył. Wszyscy tu szanowali staruszka, Książę go oszczędzał i pozwalał mu więcej niż drugim. Na Wielkanoc, choć święconego nie gotował, miał przecie lepsze niż szlachcic na dwu wioskach, bo mu się na nie wszyscy z okolicy składali. Spraszał wówczas zamkowych i cały tydzień jeść i pić było co.
Gdy mi go zawołać kazano, kopnąłem się, nie wiedząc dobrze gdzie go o tej porze szukać; myślałem już iść się o to pytać JMćpanny Paraski, bo tę zawsze zastać było można u drzwi, bosonogą, na zedelku drzemiącą u kądzieli. Lecz ledwiem do sieni wyszedł, patrzę, wlecze się coś pod górę, poręczy od wschodów trzymając jedną ręką i pacierze pomrukując — aż to — mój Napiórko.
— Książę Wojewoda pana prosi.
Spojrzał na mnie do góry, aż mu białka zaświeciły.
— A no, widzisz asindziej, że idę, bom o tem wiedział...
Jak i zkąd? o to się już nie pytałem. Szedł nie śpiesząc wcale. Jak zwykle pęk kluczów niósł w ręku. Ustąpiłem mu z drogi. Przede drzwiami zdjąwszy czapkę podgoloną głowę począł muskać i owe krzaczyste brwi zawisłe przyprowadzać do porządku. Wszedł potem do antykamery. Spojrzał jeszcze na swoje buty, zapylone były, więc chustę ogromną dobywszy z kieszeni, otrzepał je.
— Niech będzie pochwalony...
Dopiero gdy Książę mu odpowiedział: — „Na wieki wieków!“ dodał:
— Czołem Księciu Wojewodzie...
— A cóż tam u ciebie słychać, panie kochanku? — spytał Książę głosem cichym, ale wesoło. — Ile tam sowa stara na baszcie jaj wysiedziała i czy zdrowe potomstwo jej mości?
Wtem jakby sobie co przypomniał, odwrócił się żywo Książę i zawołał:
— Glinka? a ty tu? Idźże sobie precz, boś nie potrzebny; użyj świeżej aury na korytarzu.
Strasznie mi się zrobiło markotno; a żem był ciekawy, a byłem pewny, że tam sekretów żadnych nie mają, więc choć wiedziałem, że grzech, alem drzwiami stuknąwszy, pozostał tuż, aby rozmowie się przysłuchać. Jakoż cicho było i nie straciłem z niej ani słowa.
— No, cóż tam u ciebie panie kochanku, na naszem starem gnieździe? — powtórzył książę wzdychając.
Chwilę nie było odpowiedzi, stary tylko sapał i nosa obcierał.
— Po staremu Książę Wojewodo, po staremu — rzekł — trzymamy się, aby dalej.
— Wiesz Napiórko! — westchnął Książę — wiesz? Nie mów tego przed ludźmi, aby z tego nie korzystali; przed drugimi się z tem taję, tobie prawdę powiem: czy mi, panie kochanku, zupełnie zasłoniło, mało co widzę, tak jak nic!...
...Już ja naszego zamku nie zobaczę, a piękny, a miły mi był, i po Nieświeżu najlepiej go lubiłem. Tam ja byłem Księciem Wojewodą, a tu sobie prostym Radziwiłłem. Gdym spocząć potrzebował, uciekłem, panie kochanku, do Białej. Teraz, Bóg wie: przyjechałem chory, może już z wami zostanę. Z biedy to i u Fary jest sklep!
Napiórko przerwał okrzykiem:
— Niechże Bóg miłosierny uchowa! U nas Książę ozdrowieje, nie ma powietrza jak w Białej! Ja przecie nie wiem wiele lat jestem starszy, a jeszcze się nie wybieram. Radziwiłłowie długo żyli.
— E! panie kochanku, inne czasy były — rzekł Książę. — Mnie sobą nie mierz, ty jesteś mumia chodząca, będziesz żył lat dwieście. Ja, panie kochanku, żyłem tak, żem sobie strasznie pootłukał boki. Przypomnijno sobie od Radomskiej, od Baru po dzisiejszy dzień, mało się to zjadło i wypiło, nie mięsa i wina, ale żółci i octu i zdrady i niegodziwości ludzkiej.
Milczał Napiórko nie sprzeciwiając się, nie mówiąc nic, mrucząc coś niedźwiedziowato. Książę zamilkł i głowę spuścił.
— Ze mną, bodaj, panie kochanku, mój Napiórko, ostatni duch Radziwiłłowski zejdzie do grobu; ci co zostają, pożal się Boże, nawet dobre ludziska, ale ślimacza w nich krew płynie. Zobaczysz mój Napiórko, jak mnie nie stanie, zamek twój pójdzie w ruinę, skarbiec wyczyszczą, lochy wysuszą... cała ta nasza wielkość rozsypie się w proch.
Zmilczał i zmienionym głosem zapytał:
— A cóż? nigdzie tam u ciebie szkody nie ma?
— Nie, dzięki Bogu — rzekł stary — na świętych Piotra i Pawła, prawda, burza się ku wieczorowi zerwała i pioruny w staw biły okrutne. Szczęściem okna wszystkie pozamykałem i piorun choć palnął koło wielkiej sali, tyle tylko, że trochę tynku osypał.
— A taki palnął? panie kochanku — rzekł Radziwiłł — to także znak...
— Najlepszy znak, Mości Książę — odpowiedział Napiórko — boć nic nie zrobił oprócz strachu. Ja zawsze obchodzę przed burzą z Loretańskim dzwonkiem.
Książę zmilczał, po chwilce głowę odwrócił ku staremu.
— Co tam, panie kochanku, dzieje się z tą starą trumną Księcia Wojewody? Stoi ona tam?
Namyślał się nieco Napiórko, ale w końcu rzekł:
— A stoi, Mości Książę.
— Gdzie, panie kochanku?
— Na strychu.
— Nasypana? Może tam w nią myszy paskudzą?
— U mnie myszy nie ma ani jednej na zamku — odparł Napiórko — okrom tych głupich, burych, co przychodzą z pola. Ale tu żadna do wieczora nie wymieszka.
— Sucha ta trumna? — spytał Książę — jaka ona? dębowa?
— Stoi pewnie pół wieku, jak nie ma być sucha?
— Czy się nie spękała? — żyto się z niej sypie, panie kochanku, czy nie?
— Szczelna, Mości Książę.
— A jakiej ona miary? panie kochanku — począł Książę.
Napiórko chciał zmilczeć i nie odpowiadał ochoczo, zauważył to Wojewoda.
— Co bo ty stary milczysz? — zawołał — gadaj mi jak należy. Raz przecie czy w Białej, czy gdzie indziej umrzeć potrzeba. Jakiej ona miary, czy ja się w niej wygodnie pomieszczę?
Napiórko usta odstawił, oddął i rzekł wreszcie:
— Przecie była robiona na Księcia Wojewodę, który tuszy był daleko większej od Księcia. Ale co o tem rozprawiać?
— Co ci to szkodzi, panie kochanku? hm — rzekł Wojewoda — ja przecie muszę wiedzieć co się u mnie w gospodarstwie dzieje!...
— A u Księcia Kanclerza? jak tam?
— Wszystko w porządku, nic nie tknięto — rzekł Napiórko.
— A u Księżnej Anny?
— Ja tych pokojów sam pilnuję, Mości Książę, i kluczów nie daję nikomu, nikt też tam nie śmie pyłu zetrzeć bezemnie.
— A u Księżniczki Karoliny?
— Podobnież — rzekł Napiórko.
— Figura cała?
— Jak żywa, Mości Książę.
Tego nie zrozumiałem o czem była mowa, jakiś czas milczeli.
— Sepecik opieczętowany — rzekł Wojewoda po chwili — ten, com ci go sam przywiózł i oddał, pamiętasz?
— Jest u mnie pod kluczem, w szczególnej obserwacji — odparł Napiórko.
— Sepecik ten, jakbym umarł — dokończył Książę — weź, panie kochanku i spal, rozumiesz? Spal go ze szczętem. Tam są różne grzechy moje, o których nie potrzeba, ażeby wiedzieli ludzie. Dosyć im będzie tych, o których wróble na dachach świergocą. Na co mają gorzej Radziwiłła poniewierać.
— Ale jakże go mam spalić? — zapytał Napiórko.
— Panie kochanku, nie dziecko jesteś! Niech grzechy na ogień idą! Sepecik daruj komu chcesz, a z papierów i tych rupieci co tam są, żeby mi nic nie zostało, rozumiesz? panie kochanku. Gdybym komu innemu powierzył, nie usnąłbym spokojnie, połakomiłby się na jaki świstek albo na fraszkę, a to grzechy moje.
Westchnął Książę.
— Słyszysz? Napiórko?
— Słyszę i niech Książę będzie spokojny, ale jam stary.
— Przeżyjesz mnie, panie kochanku.
Pomilczał trochę.
— Mój Napiórko! ja lada dzień mogę koziołka przewrócić; po mnie tu, wiem, chaos nastanie, sądny dzień, rwetes, chwytanina, ładu sobie nie dasz z niemi. Więc pókim ja jeszcze żyw, cobyś chciał ażebym dla Waszeci lub dla familii twej zrobił, mów, panie kochanku. Żebyś mnie potem żalami nie wyciągał z grobu.
Na te słowa stary dziwnym śmiechem odpowiedział, aż mi się zrobiło zimno, gdym go usłyszał. Rozśmiał się Napiórko, nie nawykły znać do produkowania się ze śmiechem, i wcale mu się on nie udał. Coś to było takiego, że i krzyk i jęk w tem słyszałeś.
— Wolne żarty, Waszej Książęcej Mości — rzekł, głos podnosząc — albo ja familię mam? Nikogusieńko na bożym świecie, prócz burego kota. Nie wiem nawet czym kiedy ją miał. Ja nic nie potrzebuję, mam z łaski W. Ks. Mości dosyć, a jeślibym czego mógł żądać to chyba żebyś mnie W. Ks. Mość nie dopuścił ztąd wyganiać, ani mi kluczów odbierać. Tem toby mnie jak czekanem w łeb ubili.
— Uchowaj Boże! panie kochanku! — rzekł Książę — a ktoby to śmiał uczynić?... O to bądź spokojny, nikt ci kluczów nie odbierze.
Znać po tej rozmowie Książę skinął na pożegnanie staremu, który już nogą szusnął, gdy ciszej się odezwał:
— Ale proszęż cię Napiórsiu mój, panie kochanku, com o sepeciku mówił, pamiętaj, i słuchaj, opatrz mi jutro starą Wojewodzińską trumnę, czy cała, czy sucha, czy się tam jej co nie stało? kto to wie, ona być może potrzebna. Bez zapasu niedobrze.
Napiórko miał wychodzić, a ja ode drzwi odskoczyłem. Jakoż wysunął się wkrótce, czapkę nasuwając na uszy, zamyślony, a ja powróciłem do pokoju księcia, pełną mając głowę tych trumien, sepetów i różnych rzeczy, których nawet dobrze nie mogłem zrozumieć.
Powiedziałem sobie zaraz, że się Napiórkiewiczowi przypochlebić muszę, aby moją ciekawość zaspokoił i resztę mi zamku pokazał, w której nie byłem jeszcze. Książę tego wieczora, znużony podróżą, usnął prędzej niż zwyczajnie i dał się do łóżka pod kotarę zaprowadzić. Jam też na ziemi rozpostarłszy burkę, położył się i kamiennym snem usnąłem. Raz tylko wśród nocy, obudził mnie Książę, bo przez sen mówić zaczął i śmiać się. Śmiech był, jak za dawnych lepszych czasów, wesoły i swobodny, a mowa tak prędka i żywa jak niegdyś.
— Księcia apostołów Książę Radziwiłł nóżki całuje — mówił przez sen — mam honor się rekomendować, ostatni Wojewoda Wileński. Mam nadzieję, panie kochanku, Mości Książę, iż mi się te rygle otworzą, bo tam na mnie czeka ks. kardynał, Sierotka i Jałmużnik, którzy za mną u Majestatu prosili.
...A tak, Mości Książę, grzeszyło się, ale żeby znowu z lada chamami w czyścu siedzieć, to Radziwiłłowi nie przystało, chyba w osobnej komórce?
...Zapisałem na kościoły. Niech się W. Ks. Mość przysłucha, co ich tam za mnie się modli.
...Sodalis Marianus! a tak! i konfederat barski, panie kochanku, amen.
Nazajutrz, jak tylko mnie ze służby zwolniono, przypomniawszy sobie wczorajszy sepet i różne inne ciekawości, postanowiłem przypomnieć się Napiórce, który dla mnie dawniej dosyć był łaskaw. Przystęp do starego nie bardzo łatwy był dla wszystkich, ale pod pogodę i dobry humor, można go było skaptować. Dwa razy wparłem się, szukając go, do izby w baszcie, alem tylko Paraskę zastał drzemiącą u kądzieli.
Izba była stara, widać jeszcze z zamku pierwszego pozostała, który Sierotka przerobił, sklepienia w niej ze sznurkami, spiczaste. Ściany nagie, całe były ćwieczkami ponabijane, a na nich wisiały klucze duże, małe, ogromne, pordzewiałe i błyszczące, niektóre z poprzywiązanemi papierkami, inne z drewnianemi klockami na sznurkach. Wiele z nich tak wyglądało dziwnie, iż mi się podobnych w życiu nigdy widzieć nie trafiło. Były i takie pono, które już do niczego nie służyły i dawno nic nie otwierały. Przy ścianie przeciwnej, stały rzędem pod oknem różne pastki na myszy, drewniane i druciane, cegłami przyciskane i na strunach. Z drugiej strony stolik obruskiem nakryty reprezentował ołtarzyk. Stał na nim obraz N. Panny Leśniańskiej w ramach czarnych, a obok dwa lichtarze drewniane, dwa otłuczone słoiki z kwiatkami i krucyfiks roboty jakiegoś wiejskiego artysty. Z boku książka i okulary świadczyły, że Napiórko modlił się przed tym obrazem.
Ta odrobina sprzętu i stolik składał całe jego mienie; mógłby był sobie choć lepsze krzesło znaleźć na strychu, ale wolał siedzieć na zydlu, niż ruszyć to, co za pańskie uważał. W alkowie stało łóżko podobne do kapucyńskiego, twarde i wyleżane.
Trzeciego dnia dopiero zastałem go w domu, przy śniadaniu. Że dzień był postny, śledzia w occie z cebulą przyprawnego, jadł z chlebem. Pomyślał zrazu może, iż mnie Książę Wojewoda przysyła, przyjął więc pomrukując, ale dosyć ludzko. Wydało się jednak zaraz z pierwszych słów moich, iż przyszedłem w odwiedziny i nie bez celu. Gdym mu się wyspowiadał, że zamku nie znam dobrze, żem wielu kątów jeszcze nie oglądał, i żem ciekawy go widzieć, namarszczył się stary, siadł nazad do śledzia i już na mnie spojrzeć nie chciał.
Dopiero nierychło, widząc, że nie ustępuję, a ciągle tę materyę zaczepiam, popatrzał na mnie i rzekł ostro:
— A po co to ta ciekawość, żeby koniecznie wścibić nosa? po co? co jegomości z tego przyjdzie? Ja nikomu zamku pokazywać nie zwykłem. To co otwarte możecie sobie oglądać cały dzień, a co zamknięte, muszą ludzie wiedzieć dla czego zaparli.
— Ale ja panie Napiórkiewicz — rzekłem — nie pretenduję nawet, żebyście mi zamek pokazywali. Gdybyście kiedy chodząc po nim, pozwolili za sobą pójść, cośbym się nauczył. Przecież sługa jestem Radziwiłłowski, i tajemnic żadnych nie zdradzę.
— E! e! — krzyknął zniecierpliwiony — tu niema żadnych tajemnic! a za mną bury kot chodzi, nikogo więcej z sobą brać nie mam zwyczaju. Cóż zobaczysz? ściany, mury, dziury.
Na tem się skończyło; uważałem, że na deszcz się zbierało, więc z Napiórkiewiczem nie było co gadać.
Nazajutrz po nocy słotnej wyjaśniło się i humor Napiórce przyszedł też lepszy. Pod wielkim gankiem, przy wnijściu od dziedzińca, stały dwie ogromne ławy, gdzieśmy siadywali, to w warcaby grywając, to gawędę prowadząc. Jam się właśnie z Abramowiczem o coś spierał do kąta go przyparłszy, gdy Napiórko z kluczami i kotem nadciągnął powoli.
Skłoniłem mu się, stanął i dał mi znak. Zaczęliśmy z nim mówić o pogodzie, a gdy na wschody wchodzić począł, pociągnąłem za nim.
Na górze co było otwartych pokojów, te ja naturalnie widziałem dobrze, nie było w nich nic tak osobliwego oprócz wspaniałości książęcej; dopiero w pozamykanych spodziewałem się coś ciekawszego.
Wciąż o chmurach, wietrze i pogodzie mówiąc, Napiórko doprowadził mnie do drzwi, w które klucz włożył. Nie odprawiał mnie jakoś; odemknęły się, kot wbiegł pierwszy, Napiórko mi wskazał, abym i ja mu towarzyszył, a za mną sam wszedłszy, klucz wyjął i napowrót drzwi zaryglował.
Pokój, do któregośmy naprzód weszli, był nieco ciemny, niegdyś piękny, ale w nim wszystko jakby mgła jakaś starości przyoblekała. Farby miał zblakłe i szarawe; na ścianach, w drewnianych ramach, obicie jedwabne w kwiaty, miejscami było poprzedzierane i wisiało szmatkami, znać zwątlałe od wilgoci. Ogromny komin marmurowy stał, jakby wczoraj ogień w nim był wygaszony, drewka jeszcze leżały niedopalone i szczypce na boku.
Paradne łoże z pawilonem zielonym, zasłane kapą, zdawało się też nietknięte po kimś co na niem sypiał, poduszka wygnieciona, jeszcze zachowała jakby ślad głowy, która na niej spoczywała. Na małym stoliczku obok leżała gromnica zieloną wstążką przewiązana. U jednego okna stały krosna z robotą, przykryte serwetą; w rogu był klęcznik z pięknym obrazem Św. Anny, na nim książka roztwarta i różaniec. Tu i owdzie porozrzucane były kobiece sprzęty. U łóżka na skórze niedźwiedziej, spostrzegłem parę trzewiczków na korkach, jakby wczoraj zrzuconą, tylko wyblakłą i opyloną. Na półstolu pod zwierciadłem leżała para rękawiczek pomiętych, a przy nich w porcelanowym pucharze suche sterczały jakichś dawno opadłych kwiatów łodygi.
Obejrzałem się po tym pokoju z trwogą, pytać nie śmiejąc.
— Tu ona umarła! — rzekł, z cicha pokazując mi portret kobiety poważnej na ścianie, ubranej czarno, w zasłonie na włosach i książęcym płaszczu na ramionach.
To mówiąc głowę pochylił przed wizerunkiem.
— Od tej godziny jak ciało nieboszczki do dolnej sali wyniesiono, oprócz mnie nikt tu nie był i nikt się nic poruszyć nie ważył. Święta to była pani!!
To mówiąc poprowadził mnie do klęcznika, wysunął ostrożnie szufladkę i coś w niej palcem pokazał. Spostrzegłem pasek kolczasty i małą dyscyplinę z drucianemi kolcami.
Stary westchnął i powtórzył:
— Święta to była pani! ostra dla siebie, łagodna dla ludzi.
Schylił się w tej chwili do pułapki stojącej pod oknem, przy której już od wnijścia naszego Burek czatował. Mysz się w niej niespokojna ruszała, podniósł z góry klapkę, Burek skoczył, chrupnęło coś tylko i stary na nowo pułapkę nastawił.
Przeszliśmy powoli pokój, Napiórko przeciwne drzwi otworzył, kot zaraz w nie pośpieszył pierwszy, ja za nim z kolei, a za nami klucznik, który za sobą zamykał.
Pokój, do któregośmy weszli, przechodni był i pusty, u jednej ściany marmurowy lawaterz, od dawna suchy, smoczą gębę otwierał jakby ziewał wiekuiście; naprzeciw niego wisiał portret stary, wyobrażający mężczyznę w cudzoziemskim stroju czarnym, z kresą u szyi, rękawiczkami w ręku, bródką i wąsem po szwedzku.
W tej ścianie po obu jego stronach było drzwi aż dwoje, marmurem okładanych. Poszliśmy na prawo, i tu klucza nie było potrzeba, tkwił we drzwiach, a pokój stał niezamknięty.
Tak samo jak w pierwszym, który widzieliśmy wszystko tu z dawien dawna znać nieporuszone było ale wyglądał inaczej: wydał mi się starszym od tamtego. Od pułapu mosiężny pająk się spuszczał, taki gałęzisty i baniasty, jaki dziś chyba tylko po kościołach się widuje. Łóżko stało jak katafalk czarne, proste, niewysłane wysoko, a po nad niem u ściany makaty spłowiałe. Tuż w głowach klęcznik z krucyfiksem czarnym, na którym Chrystus ze słoniowej kości, a pod nim napis:

Spes unica Deus.

Nad kominem wisiał owalny portret kobiety młodej, uśmiechniętej, w wysokiej fryzurze na głowie. Na gzemsie komina pełno było kryształowych naczyń, i relikwiarz bogaty, w którym przynajmniej dwudziestu różnych patronów szczątki błogosławione.
U jednej ściany spostrzegłem skrzynię rzeźbioną, pokrytą kobiercem opylonym; u drugiej szafę gdańską, na której miasto zwykłych aniołów i owoców, godła były Męki Pańskiej, palmy, wieńce i różne religijne oznaki.
U jednego okna stół do pisania ustawiony był wielki, a na nim księgi w pargamin oprawne, papiery i pieczęcie kanclerskie w worku jedwabnym ze złotem. Dwie świece woskowe żółte nadpalone, jakby dopiero wczoraj zgaszone. Tuż krzesło stało do pisania i podnóżek skórą wybity. Półarkusz papieru, z nakreślonemi kilką wyrazami, przyciskały męzkie rękawiczki, takie same jak na obrazie w antykamerze. Skóra tylko od słońca, wilgoci i wieku pościągała się na nich i skurczyła.
Smutek wiał grobowy ze wszystkich kątów. Napiórko oglądał nie tykając, jakby sprawdzał czy na miejscu rzecz każda leży; przeszliśmy parę razy w milczeniu. Około szafy, na niskiem siedzeniu bez poręczy, jakby zrzucony tylko co, płaszcz leżał czarny, cudzoziemskiego kroju, i kapelusz z szerokiemi skrzydły i jedwabnemi kutasami. Pył je okrywał.
— Wartoby to wytrzepać! — rzekłem.
— Ale!! — oburzył się Napiórko — wytrzepanoby waszmości, gdybyś mi tu co palcem tknął! Chodź ino, chodź, dosyć patrzałeś.
Wskazał mi na drzwi przeciwległe i wyszliśmy niemi na kurytarz pusty, który między dwoma rzędami drzwi prowadził. Po ścianach gdzieniegdzie można i tu było coś ciekawego spotkać.
Tu wisiały portrety karłów faworytów, psów myśliwskich i koni. Niektórych płótno się z ram wyrwało i obwisło; indziej sterczały źle przybite rogi jelenie i łosiów, pod któremi lata stały podopisywane.
Napiórko przebierając wśród kluczów, namyślać się zdawał i na drzwi poglądał. Poszliśmy w prawo do wnijścia, w którem drzwi były biało malowane i złocone po listwach. Stary klucznik otworzył je powoli.
Weszliśmy do przedpokoiku oświeconego spyloną szybą z nad drugich drzwi; stały tu dwa taborety dla służby, a w pośrodku nich otwierały się podwoje do pokojów jasnych i wesołych. Były one niegdyś z wielkim urządzone przepychem, ale i tędy przeszła śmierć, a po niej już może oprócz klucznika, nikt nie chodził.
Ściany osłaniała materja biała, nieco zżółkła, w kwiaty różnobarwne, na które gdzie słońce padło, to farby wyssało, tylko w cieniu i po kątach jeszcze się śmiały jakby żywe.
Ramy dokoła były złote, misternie wyrzynane, gdzieniegdzie w nich zwierciadła. Na półkach chińskie naczynia stały i puhary srebrne i słoje do kwiatów ze szkła weneckiego. W kącie ku oknu był mały klawicymbalik, na którym jeszcze leżały rozłożone nuty. Tuż na marmurowym stoliczku porzucona chusteczka biała kobieca, przylgnęła znać wilgocią i pyłem do niego.
Drzwi szklanne do drugiego pokoju zasłonione były zieloną firanką. Napiórko odwoławszy mnie odsunął ją zwolna: spojrzałem i o mało nie krzyknąłem z podziwienia i strachu. Nie wiedziałem zpełna czym ducha, czy żywą ujrzał figurę, która tyle tylko, że się nie poruszała. Siedziała u stolika pani jakaś, takim kunsztem cudownym zrobiona, jakby z prawdziwego ciała i kości, nawet kolory na twarzy miała naturalne.
Strach brał patrząc, aby się to nie ruszyło i nie krzyknęło.
Gdy Napiórko drzwi otworzył, ażebym się mógł bliżej temu cudowi przypatrzyć, ujrzałem kobietę, lat może dwudziestu kilku, w sukniach jedwabnych, siedzącą z książką w ręku, z oczyma spuszczonemi, jak gdyby w niej czytała. Jedną rączką z paluszkami białemi pod brodę się wspierała, a usta miała jakby do uśmiechu nieco ściągnięte.
Włosy, suknie, pierścienie, książka, sama twarz i ręce tak naturalnie się prezentowały, iż zdumiewać tylko się było potrzeba. Co chwila zdało się, że wstanie, odwróci się, zagada. Nigdym nic podobnego w życiu nie widział, aż dopiero później w Warszawie, gdy Niemcy Fryderyka Wielkiego przywieźli ulepionego z wosku, któremu się cała Warszawa chodziła dziwować.
Napiórko dopuścił mnie bliżej, abym mógł oglądać tę osobliwość sam jednak nie przestąpił progu. Wyznaję, że i ja z niejaką obawą, zdala tylko obszedłem tę piękną panią, dziwując się co ludzki kunszt może. W drugim końcu tego pokoju na łóżku, leżały rozłożone suknie ślubne, atłasy, białe koronki, kwiaty jakieś robione, od których liście pokruszone poodpadały. Wszystko to okrywała żałobna krepa czarna. Gdym się dziwował, stary rzekł:
— Grzeszne to dzieło ręki ludzkiej, bo co się Bogu podobało odebrać, tego takiem zmyślonem życiem reprezentować się nie godzi. Dawno się biedna księżniczka w proch obróciła. Pan Bóg to tylko może przebaczył matce, która dziecię straciwszy, nigdy ukonsolowaną być nie mogła. I przychodziła tu, siadywała, płakała, modliła się, a widząc ów kłamany cień córki, odchodziła pocieszona nieco; aż dnia jednego, matki też na świecie nie stało i nikt już oprócz mnie tego pokoju nie otwierał...
...Tragedje to mosanie, domowe są — mówił Napiórko — księżniczce szyto już suknie ślubne, gdy zachorzała, położyła się i na ręku matki Bogu ducha oddała. Pocieszył się narzeczony, zapomnieli drudzy.. serce macierzyńskie ani żalu ni pamięci pozbyć nie mogło...
Wyszliśmy ztąd nareszcie, a gdy się drzwi zamknęły, lżej mi się zrobiło, bo wyszedłem ztąd jakby z grobu. Cóż więcej powiedzieć o tem co mi jeszcze pokazywał Napiórko? spamiętać mi trudno wszystkiego. Napatrzyłem się dosyć ciemnych komnat, zczerniałych wizerunków, osobliwego sprzętu starego, szaf kością słoniową i bursztynem sadzonych, misternie drzewem różnokolorowem wykładanych, jakby malowanie najpiękniejsze. Było tu i owdzie coś zapomnianych zbroi, tarczy, łuków, chociaż lepsze do Nieświeża powywożono.
Stary puszczał mnie, mało mówiąc i objaśniając, chodził posępny, pułapki oglądał, stawiał, kota karmił, tylko gdy mi co osobliwego chciał pokazać, rękę kładł na tem.
Jużeśmy jedno przejście w rogu u baszty byli minęli, gdy stary się zawrócił i klucze począł z kieszeni dobywać.
— Już kiedyś mi się tu wdarł, co robić z tobą? trzeba żebyś i to zobaczył, czego oprócz mnie chyba mało kto dopuszczony był oglądać — odezwał się cicho. — A nie paplaj! a nie chwal się! Stare to dzieje.
To mówiąc zawrócił w korytarz wązki, w którego końcu schodki były i drzwi wgłębione żelazne.
W zamku zardzewiałym klucz ledwieśmy we dwu zdołali obrócić, a potem nie łatwo popchnąć drzwi same. Za temi dopiero w szyi drugie były jeszcze, z któremi już łatwiej poszło, bo przy nich kłódka tylko duża wisiała.
Gdyśmy otworzywszy i te, weszli do izby na pół pod ziemią o jednem oknie, objęła mnie wilgoć, chłód, i póki się oczy nie oswoiły, nic dojrzeć nie mogłem. Ciemno było, pod nogami posadzka kamienna, nad głowami sklepienie osobliwe, pogięte i pofałdowane. Coś było do więzienia in fundo podobnego. Okienko małe w murze grubym z kratą, okrytą pajęczynami i śmieciem. Szyb w niem tylko szczątki pozostawały.
Powolim się dopiero rozpatrzyć zdołał. Izba była przestronna. Z jednej strony stał nagi tarczan nizki, na którym siennik zgnił, tylko z niego resztki śmiecia zostały; w głowach poduszka z grubego płótna, spłaszczona, czarna, też przebutwiała być musiała. Obok na stoliczku prostym powywracane dzbanek, miski, łyżka drewniana, lichtarz, leżały w nieładzie, z okruszynami spleśniałego chleba i białemi kośćmi rybiemi.
Gdym się przypatrywał, postrzegłem jeszcze na ziemi płaszcz czarny, podarty i oszarpany, i pas cały w strzępach.
Przy drugiej ścianie sterczało żelazne ogniwo, jakby od łańcucha, a tuż pod niem na ziemi, porwany też łańcuch zardzewiały z okowami, które do rąk czy do nóg niegdyś służyły.
Gdym się z trwogą rozglądał po tem więzieniu, bo nie co innego to być mogło, postrzegłem ponad tarczanem na murze zczerniałym, porysowane znaki, poskrobane litery i napisy jakieś; lecz ledwiem ku nim się zbliżył próbując odczytać, gdy mnie klucznik mocą oderwał, nie dopuszczając się rozpatrywać.
Nie śmiałem go pytać co to wszystko znaczyło. Podprowadził mnie ku oknu i palcem wskazał, że tak było wykierowane, iż przez nie drzwi kaplicy widać było, a gdy te stały otworem, pewnie i księdza przy ołtarzu mszę świętą odprawiającego.
— Stare to dzieje — powtórzył — a uchowaj Boże, abyś Waść tych co to budowali o okrucieństwo posądzał.
...Domowy srom musiano zamykać w domu, aby ludzie zań na cały lud nie plwali. Nie jedna tu łza przyschła.
...Nie sądźcie abyście nie byli sądzeni — dodał ponuro. — Stare dzieje, stare dzieje. Światłość wiekuista niech świeci i sędziom i pokutnikom.
Popchnął mnie ku wyjściu, a gdyśmy się na korytarz dostali, rzekł z dziwnym uśmiechem:
— A cóż? nie uczęstowałem waszeci? skarżyć się nie możesz. Znasz już teraz wnętrzności zamku, który tajemnic dla was nie ma, nieprawdaż? Idźże zdrów, a nie paplaj.
Wyszliśmy drugiemi drzwiami na świeże powietrze, lżej mi się zrobiło, bo w tych wszystkich izbach pozamykanych, choć je i przewietrzano osobliwszy był zapach jakiś stęchlizny, świec od katafalku, wilgoci, powiedziałbym niemal śmierci. Musiałem pójść z godzinę na wałach się orzeźwiać, zanim mnie impressja odeszła. A i tak, gdym do pokojów powrócił, nie swój byłem do wieczora. Cóż tu mówić o człowieku, który był lata długie sam jeden wśród tych murów i tego smutku, gdyby w kostnicy na cmentarzu?



∗             ∗


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.