Pamiętnik złodzieja/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest William Hornung
Tytuł Pamiętnik złodzieja
Wydawca Dodatek do "Słowa"
Data wydania 1906
Druk Drukiem Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin.
A Thief in the Night:
The Spoils of Sacrilege
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VIII.
Świętokradzkie łupy.

Z owej epoki należy zapisać w naszej kronice pewien fakt, który przyczynia mi osobiście największego wstydu. Wymieniłem cały szereg zdradzieckich czynów obmyślanych i wykonanych przez Raffles’a, a nie wspominałem o zbrodni ciążącej, wyłącznie na mojem sumieniu. W pamiętniku ujawniającym przekroczenia mego przyjaciela wypada, iżbym wyznał z pokorą i własne winy. Ja to zapominając o w rodzonych każdemu człowiekowi uczuciach, o elementarnych zasadach uczciwości, powziąłem zamiar ograbienia rodzinnego mego domu.
Nie myślę usprawiedliwiać tego postępku, nadmienić jednak muszę, że od lat kilku majętność rodziców moich przeszła w ręce dalekiego krewnego, względem którego żywiłem niechęć, tłómaczącą w części moje przewinienie. Powiększył on i przebudował starą naszą posiadłość, zmieniając ją tem samem do niepoznania. Człowiek ten był zapamiętałym sportsmanem i gdzie ojciec mój hodował pod szkłem najwyborniejsze gatunki brzoskwiń, ów Wandal zbudował stajnię, utrzymując w niej konie wyścigowe, których okazy nagradzane były na wystawach inwentarza. Odkąd wyprowadziliśmy się z drogiego domu; nigdy noga moja nie postała w tej miejscowości, ale odwiedzałem niekiedy dawnych przyjaciół w sąsiedztwie i nie mogłem wówczas oprzeć się chęci zobaczenia stron rodzinnych, gdzie upłynęły najszczęśliwsze lata mego życia. O ile tedy mogłem widzieć, stojąc na gościńcu, dom mieszkalny tylko nowonabywca pozostawił w tym stanie w jakim był za naszych czasów.
Druga wymówka, którą usiłowałem tłomaczyć się przed sobą samym, nie zdoła może przekonać czytelników; pragnąłem dorównać Raffles’owi śmiałością w różnego rodzaju złodziejskich przedsięwzięciach. On obstawał przy podziale zysków; chciałem, część moją nie zawdzięczać jego wspaniałomyślności wyłącznie i to skłoniło mnie do zerwania z tradycyami przeszłości. Jeden był tylko dom w Anglii, którego rozkład lepiej znałem od Raffles’a; w tym razie tedy ja byłbym przewodnikiem a mój przyjaciel musiałby z konieczności drugorzędną tylko odgrywać rolę. Domyślał się on moich intencyi; te samolubne pobudki nie tyle go raziły, co profanacya pamiątek rodzinnych, jakiej chciałem się dopuścić; lecz serce opancerzyłem w bezwzględną obojętność; Raffles zaś przez delikatność nie śmiał czynić mi uwag w tym razie.
W mej duszy znieczulenie moralne graniczyło niemal z cynizmem. Z pamięci odrysowałem plan domu rodzinnego i pojechałem do znajomych w sąsiedztwie z niegodnym zamiarem dokładniejszego rozpatrzenia się w miejscowości. Nawet Raffles nie mógł ukryć swego zdumienia, gdy mu pokazałem moje rysunki; krytykę swoją jednak wyraził tylko odnośnie do domu.
— Zbudowany był, jak widzę, w końcu szesnastego lub na początku siedmnastego wieku — rzekł.
— Istotnie sięga tej epoki — odpowiedziałem — lecz z czego mogłeś to wnosić?
— Z wieży pokrytej łupkiem nad sienią, z okienek w dachu zakratowanych i ganeczków żelaznych w górze, co wszystko stanowi cechę ówczesnej architektury. Te ganeczki zwłaszcza tworzyły zupełnie nie przydatny do budynku dodatek.
— Nie mów tego — zaprzeczyłem żywo — one były mojem sanctum sanctorum w chwilach rekreacyi. Tam wypaliłem pierwszą fajkę, i napisałem pierwsze wiersze.
— Bunny! Bunny! — upominał Raffles, kładąc mi rękę na ramieniu — gotów jesteś ograbić twój dom rodzinny a nie pozwalasz krytykować go ani jednem słowem.
— Zupełnie rzecz inna — dowodziłem — wieżyczka na dachu istniała za moich czasów, człowieka zaś, którego zamyślam ograbić, nie był tam wówczas.
— Chcesz to uczynić rzeczywiście Bunny?
— Choćby bez niczyjej pomocy — odciąłem szorstko.
— Nie bądź takim śmiałkiem — żartował Raffles, potrząsając głową — sądzisz, że opłacić się nam może daleka wyprawa?
— Daleka wyprawa? Miejscowość położona niecałe czterdzieści mil angielskich od Londynu i Brighton.
— Na kiedy oznaczyłeś termin?
— Od piątku za tydzień.
— Nie lubię załatwiać interesów w piątki; to dni feralne.
— Ale tego piątku wieczorem obchodzą oni wspaniałą ucztą zakończenie łowów, w czem gruby Guilemard z całą falangą swoją bierze czynny udział.
— Mówisz o właścicielu waszego dawnego domu?
— O nim właśnie — potwierdziłem — sportsmeni jedzą, piją, hulają a między nimi Guilemard rej wodzi.
— Więc to bezcelowe zebranie pospolitych myśliwych i hodowców końskich? — zauważył Raffles, wpatrując się we mnie przenikliwym wzrokiem.
— Nie wypadnie ono dla nas bez pożytku, mój kochany — odparłem — nie narażałbym cię na fatygę przejścia w Albany z jednego pokoju do drugiego, gdyby chodziło tylko o zdobycz kilku nędznych sztućców srebrnych. Nie dowodzę, iżbyśmy niemi pogardzać mieli, gdyby nam przypadkiem wpadły w ręce. W każdym razie będzie to wesoła noc dla Guilemard’a i jego przyjaciół, wskutek czego do sypialni łatwy znajdziemy dostęp.
— Świetna myśl! — zawołał Raffles, uśmiechając się filuternie — Jeśli to ma być obiad proszony jednak, gospodyni nie zostawi klejnotów swoich w sypialni; będzie je miała na sobie.
— Zbyt ma ich dużo, by wszystkie włożyć na siebie mogła. Przytem nie jest to obiad proszony pro forma, pani Guilemard z kobiet jedna tylko bywa na nim obecną a ponieważ uchodzi za ładną, nie potrzebuje blaskiem brylantów podnosić urody swojej. Żadna piękna białogłowa nie będzie się stroiła w świecidła na męzkie zebranie, złożone wyłącznie z myśliwych i sportsmenów.
— To zależne od posiadanych przez nią klejnotów.
— Ona prawdopodobnie weźmie tylko na obiad, swój sznur pereł.
— Tak sądzisz?
— Naturalnie.
— Nie włoży na głowę dyademu brylantowego...
— Posiada strój taki?
— .... ani szmaragdowego z brylantami naszyjnika.
Raffles wyjął z ust papieros; oczy jego świeciły jak rozżarzone węgle.
— Czy mówisz o tem z intencyą? — pytał.
— Nieinaczej — odparłem — Bogaci to bardzo ludzie; on nie taki gbur, iżby cały dochód wydawał na stajnię zarodową. Sąsiadów zaciekawiają niemniej klejnoty pani, jak konie wyścigowe pana; o jednych i drugich opowiadali moi znajomi, gdym zjechał do nich dla dokładniejszego rozpatrzenia się w miejscowości; zdaniem ich naszyjnik szmaragdowy musi być wart kilka tysięcy funtów sterlingów.
Raffles zacierał ręce.
— Spodziewam się — mówił — że nie zadawałeś zbyt dużo pytań twoim przyjaciołom, Bunny? Jeśli ci ludzie mają istotnie dla ciebie życzliwość, nie będą cię podejrzewali, gdy usłyszą o zaszłym wypadku; chyba, że kto zauważy obecność twoją w pobliżu, owego wieczoru, co stanowiłoby fatalne zrządzenie losu. Gdybyś zechciał, mógłbym spełnić to zadanie w zastępstwie twojem. Podążymy na miejsce każdy oddzielnie i spotkamy się o naznaczonej porze, przed domem, będącym niegdyś własnością waszą rodzinną. Od tej chwili przyrzekam stad się powolnem w rękach twoich narzędziem.
Plan naszej kampanii był stopniowo rozwijany i opracowywany ze starannością właściwą Raffles’owi. Nikt nie umiał zręczniej od niego korzystać z każdej nadarzającej się sposobności, stosować się do potrzeb chwili i porażkę nawet obrócić w zwycięstwo. Każdą możliwą okoliczność przewidział, każdy szczegół rozważył, wszystko należycie przygotował. Postanowiliśmy zejść się przy furtce w murze, opasującym zabudowanie folwarczne, gdzie miałem objąć komendę; lubo Raffles bowiem podjął się roli w przedsiębiorstwie, które przeprowadzał zawsze po mistrzowsku, stanęło na tem, że ja kierować będę wyprawą.
W terminie oznaczonym wyjechałem w stroju wieczorowym i wieczorowym pociągiem; minąłem ostrożnie granicę dawnej naszej posiadłości i wysiadłem na małej stacyi, gdzie wiedziałem, że mnie pamiętać nie mogą. Wskutek tego byłem zmuszony odbyć daleką pieszą wędrówkę, ale niebo zasiane gwiazdami, noc cicha, spokojna, czyniły przechadzkę w tych warunkach pożądaną. Raffles czekał już na mnie w miejscu wskazanem, a resztę drogi przebyliśmy, trzymając się pod rękę.
— Podążyłem tu wcześniej — rzekł mój towarzysz — przypatrywałem się wyścigom, urządzonym „przez tych panów dla zabawki. Lubię wiedzieć z góry, z jakim człowiekiem będę miał do czynienia, nie potrzeba zresztą długiego czasu, iżby właściwą skalą zmierzyć osobistość Guilemard’a; dość zajrzeć do jego stajni. Nic dziwnego, że nie chce sam dosiadać swoich koni. Kolosalny z niego mężczyzna i umie znosić przykrości z tak godnym uznania spokojem, że to żalem mnie przejmuje, iż do tych doświadczonych przez niego przykrości, ja się jeszcze mam przyczynić.
— Cóż go złego spotkało — pytałem — czy padł jaki koń ulubiony?
— Nie to, Bunny, lecz Guilemard nie wygrał ani jednego wyścigu. Wierzchowce jego niezaprzeczenie dobre a dżokeje jeździli na nich zręcznie, tylko nie sprzyjało im szczęście. Słyszałem, jak to mówili, gdym stał na drodze. Wspominałeś, że ta droga znajduje się za blizko domu.
— Czy wchodziłeś do niego? — pytałem.
— Wszak postanowione było, że ty mnie tam zaprowadzisz? Wiesz przecież, że się pilnuję ściśle programu.
Powiodłem go bez chwili wahania małą furtką w aleję, prowadzącą do dworu. Wśród panującej dokoła ciemności, widać było w głębi światło w domu. Duże oświecone okna, rosnące po obu stronach drzewa laurowe, żwirem wysypana droga, po której stąpaliśmy ostrożnie, wszystko mi było dobrze znane, zarówno jak balsamiczne, ożywcze powietrze, wciągane do płuc z rozkoszą. Skradaniem się w złowrogich zamiarach uwłaczałem wspomnieniom z epoki dzieciństwa, lubo myśl ta nie budziła we mnie żalu. Gorączkowo podniecony, nie odczuwałem wyrzutów sumienia; miałem zakosztować ich gorycz przed upływem nocy, ale nie doświadczałem tego jeszcze w ogrodzie.
Okna stołowego pokoju rzucały jaskrawy odbłysk na drogę. Niebezpiecznie było zaglądać do tych okien jakeśmy to czynili lekkomyślnie z mojej winy; Raffles nie narażałby mnie bez potrzeby na takie niebezpieczeństwo, ale szedł ulegle za mną, nie oponując ani jednem słowem. Przez duże szyby okien weneckich mogliśmy widzieć dokładnie, co się dzieje w sali jadalnej. Pani Guilemard siedziała na pierwszem miejscu, jako jedyna biorąca udział w zebraniu kobieta, i tak, jak przepowiadałem, była skromnie ubraną; na szyi miała sznur pereł, ale nie połyskiwały na niej szmaragdy i brylanty, nie przyozdobiła włosów djademem. Ścisnąłem dłoń Raffles’a, wyrazem twarzy objawiając tryumf z mojej domyślności, on zaś skinął potakująco głową wskazując na liczny szereg zebranych dokoła stołu myśliwych. Z wyjątkiem jednego niedorostka, widocznie syna gospodarzy, wszyscy byli w wieczorowych strojach i w różowych humorach. Olbrzymi mężczyzna z dużą łysą głową i sumiastymi czarnymi wąsami siedział na miejscu zajmowanem dawniej przez biednego mego ojca; ten człowiek tam, gdzie były niegdyś urodzajne nasze winnice, zbudował swoje stajnie i obory; przyznać jednak muszę, że wyglądał na dobrodusznego hreczkosieja, gdy ze zwieszonym podbródkiem przysłuchiwał się kłamliwym przechwałkom Nemrodów, wygłaszających swoje trofea, lub wykrętnym tłumaczeniem tych, którzy usprawiedliwiali chybione strzały. Słuchaliśmy niedorzecznych bajeczek krótką chwilę, póki nie przypomniałem sobie ciążącej na mnie odpowiedzialności i nie powiodłem Raffles’a na drugą stronę domu od tyłu.
Wejść do tego domu było zadaniem nie trudnem; ów łatwy dostęp, straszył mnie dawniej za czasów dzieciństwa, kiedy jakby przez dziwną ironje losu, obawa najścia złodziei prześladowała mnie nieustannie i co noc zaglądałem pod łóżko, czy który z nich nie zakradł się przypadkiem.
Okna weneckie na dole sięgały do balkonów na pierwszem piętrze, o żelazną ich balustradę łatwo można było zaczepić mniej nawet misternie obmyśloną od naszej drabinę sznurową. Raffles ten sznur miał okręcony dokoła pasa a szczeble ukryte w kiju bambusowym. Przyrządy zostały wydobyte i złożone w kąciku pod murem, gdzie niegdyś przechowywałem wydrążone na zabawki dynie.
Gdyśmy jednak weszli przez mój dawny pokój do środka domu i oświetlonym korytarzem dostali się do sypialni, poczułem, jak nikczemną odgrywam rolę. Metalowe, zdobne w bronzy łóżka, zastąpiły olbrzymie mahoniowe łoże, na którem ujrzałem światło dzienne. Drzwi zachowane były z dawnych czasów; ileż razy klamki w nich naciskałem drobnemi dziecięcemi rączętami! Owe drzwi właśnie Raffles podpierał klinem, zamknąwszy je cicho.
— Tamte prowadzą zapewne do ubieralni? — pytał mój przyjaciel — mógłbyś je podeprzeć od wewnętrznej strony.
Z owemi drzwiami załatwiłem się w jednej chwili, gdyż przy nich była zasuwka. Zbudzone wyrzuty sumienia moją ruchliwość czyniły więcej jeszcze gorączkową. Zabrałem drabinkę sznurową i spuściłem ją z okna sypialnego pokoju, aby przygotować zawczasu drogę do odwrotu; chciałem przekonać towarzysza, że dorównać mu potrafię przezornością; rachowałem na jego instynkt wszelakoż, w odnalezieniu poszukiwanych klejnotów. Zapaliłem gaz, przypuszczając, że to nie może nam grozić niebezpieczeństwem i przy tem świetle Raffles zabrał się do dzieła.
W pokoju dużo było mebli, między innymi staroświecka szyfonierka mahoniowa, z której wyrzucaliśmy zawartość każdej szuflady na łóżko. Znajdowały się w nich przedmioty mogące budzić pożądliwość ludzką, ale drobiazgi te nie przypadały nam do gustu. Z każdą ubiegającą minutą położenie stawało się grożniejszem; towarzystwo na dole zostawiliśmy przy deserze; pani domu mogła lada chwila porzucić męzkie zebranie i chcieć odpocząć w pokoju na górze. Zwróciliśmy się tedy ku ubieralni, gdzie Raffles ujrzawszy drzwi z zasuwką, odezwał się głosem stłumionym:
— Zasuwka jak w łazience, a wanny niema! Czemu nie uprzedziłeś mnie o tem wcześniej Bunny! Taka zasuwka może mieć ogromne znaczenie; przybijana bywa zwykle do drzwi pokoju, w którym przechowują kosztowności. Czyżby tu znajdował się skarbiec?
Raffles padł na kolana przed starym rzeźbionym biurkiem dębowym, z podnoszonym wiekiem w górze i zaczął podważać to wieko. Nie byłem przy nim, gdy pod naciskiem ustąpiły zawiasy, bo rozgorączkowany z niepokoju, cofnąłem się do sypialni, dla zobaczenia, czy sznurowa drabina w porządku. Po chwili...
Stanąłem jak wryty! Jeden koniec drabinki zaczepiłem starannie hakiem o ramę okienną a drugi jej brzeg oparłem na ziemi terra ferma. Łatwo wyobrazić sobie moje przerażenie, gdy w otwartem oknie ujrzałem drabinkę odczepioną i unoszoną niewidzialną jakąś ręką w cienie nocy.
— Raffles’ie, Raffles’ie! Zadrwili sobie z nas i zabrali drabinkę!
Wołałem to przyciszonym głosem, biegnąc na palcach do ubieralni. Mego przyjaciela zastałem przy otwieraniu skórzanego pudełka, jakiego używają do przechowywania klejnotów. Sprężyna odskoczyła pod naciskiem jego muskularnej dłoni, gdy mówił:
— Czy zauważyli, że dostrzegłeś spłatanego nam figla?
— Musiało to ujść ich uwagi.
— Dobrze; zabierz prędko te pudełka; otwierać ich nie mamy czasu. Jakiemi drzwiami wyjść możemy na schody od tyłu?
— Temi na prawo.
— Chodź za mną.
— Ja raczej pójdę przodem, znam lepiej od ciebie miejscowość.
Poprowadziłem Raffles’a do drzwi sypialni, z ręką, na klamce wyobrażałem sobie straszliwą burzę, jaka spaść miała na głowy nasze. Wejść tu mogli jedynie złodzieje, obznajmieni dokładnie z rozkładem domu. Gdybyśmy dostać się zdołali do mego dawnego sanctorum, ukrywalibyśmy się w niem niepostrzeżenie całe dnie i noce.
Niestety, próżne marzenia! Raffles następował mi na pięty; otworzyłem drzwi i staliśmy krótką chwilę przy progu.
Skradając się na palcach, szedł po schodach zastęp biesiadników, uzbrojonych w kije, z twarzami czerwonemi jak burak; wiódł ich łysy olbrzym, który przystanąwszy na najwyższym stopniu, krzyczał: hola! głosem tak przeraźliwym, jaki nie odbił się nigdy o moje uszy.
Krzyk ten kosztował go więcej, niżeli mógł przypuszczać.
Dzieliła nas od wrogów niewielka przestrzeń tylko, z poręczą schodów na prawo i firanką zasłoniętemi drzwiami w głębi. Pociągnąłem Raffles’a do tych drzwi, nie zważając na wrzaski polujących na nas osłów.
— Uciekli! uciekli!
— Ho! he! hola!
— Tam! tam! pędzą!
Pędziłem rzeczywiście przez drzwi z firanką, mając za sobą Raffles’a. Słyszałem kroki czyjeś na dolnej połaci schodów; biegliśmy po stopniach w górę, z goniącą za nami czeredą w tyle. Ciemno było w korytarzu, lecz wiedziałem gdzie dążę. W kącie na prawo wypadało szukać drzwiczek prowadzących do pokoiku pod wieżą. Za moich czasów można było dostać się stamtąd po drabinie na wieżę. Trafiłem po ciemku do kąta i Bogu dzięki, znalazłem drabinę na dawnem miejscu! Szczeble uginały się pod nami, gdyśmy wdrapywali się na nie z chyżością czworonożnych zwierząt. Drzwiczki poziome w górze wypadało odryglować, odsunąłem ten rygiel jedną ręką a drugą chwyciłem i wciągnąłem do wieży Raffles‘a, gdy tylko sam znalazłem stałe dla nóg oparcie. Mój towarzysz wskakując za mną, pchnął nieuważnie drzwiczki, które wyrwane z zawias, padły na dół z łoskotem.
Sądziłem, że usłyszę śmiertelny krzyk którego z goniących za nami myśliwych, lecz żaden jęk nie dochodził uszu naszych. Oba z Raffles’em zachowywaliśmy głębokie milczenie, tylko czereda biesiadników na dole wrzeszczała na całe gardło.
— Rozbite doszczętnie — wołał jeden.
— Ukryli się w norze? — pytał drugi.
Gospodarza jednak huk padających drzwiczek zamiast ogłuszyć, otrzeźwił raczej. Tubalny głos jego przestał się rozlegać, lecz niebawem usłyszeliśmy trzeszczenie szczebli drabiny pod jego potężnemi stopami.
Raffles pierwej jeszcze kazał mi zapalić stoczek, w jaki zaopatrzyliśmy się przezornie i przy tem słabem świetle oglądał wązkie okienka w murze.
— Czy moglibyśmy znaleźć tędy wyjście? — szepnął z taką dobrocią, z jaką nikt na jego miejscu nie przemawiałby do człowieka, który naraził go na tak groźne niebezpieczeństwo — nie mamy, jak wiesz, drabiny sznurowej.
— A to dzięki mnie jedynie — ubolewałem — cała bieda pochodzi z mojej winy.
— Nie czyń sobie wyrzutów, Bunny; nie było innego środka. Gdzie wychodzą te okna?
Wspaniałomyślność mego przyjaciela cięższego jeszcze przyczyniała mi żalu; nic jednak nie mówiąc, poprowadziłem go do okna wychodzącego na mniej spadzisty w tem miejscu dach łupkiem kryty. Często chłopcem będąc, czyniłem stąd wycieczki dla przyjemności karkołomnych sztuk gimnastycznych, lub w chęci spojrzenia przez półokrągłe okienka w dachu na dziedziniec gospodarski. Gdyśmy przypatrywali się z Raffles’em tym małym okienkom, jedno z nich poniżej otworzyło się i wyjrzało przez nie rozczerwienione oblicze któregoś z biesiadników.
— Musimy ich nastraszyć — rzekł pocichu mój przyjaciel.
Wyjął z kieszeni rewolwer i strzelił z niego, rozbijając kulą łupek na parę cali ponad wystającą głową. Przypuszczam, że Raffles w ciągu całej swojej karyery nocnego marudera ten raz jedyny tylko użył broni palnej.
— Nie zraniłeś go przecież? — pytałem przerażony, gdy głowa zniknęła bezzwłocznie z okienka i u słyszeliśmy hałas w korytarzu.
— Nie miałem, naturalnie, takiej intencyi — odparł Raffles — wszyscy jednak mniemać będą, że chybiłem celu przypadkowo, i w skutek tego, ciężej jeszcze byłbym karany, gdyby mnie przyłapano. Nic to jednak nie znaczy, jeśli dzięki temu zyskam y kilka minut czasu, podczas których nasi pogromcy składać będą radę wojenną. Czy widzę w górze drążki od chorągwi?
— Prawdopodobnie. Wywieszano na tych drągach flagi za moich czasów.
— Muszą być już nadgniłe i nie mogłyby nam służyć za podporę. Ale słuchaj Bunny, czy niema na tym domu piorunochronów?
— Były dawniej; poczekaj!
Otworzyłem okno i wychyliłem się, o ile mogłem najdalej.
— Ostrożnie, gotowi cię zobaczyć — przestrzegał Raffles.
— Bądź spokojny; znalazłem przewodnik elektryczności.
— Jak gruby? — pytał mój towarzysz.
— Grubszy od zwykłego ołówka.
— Można się na takich piorunochronach czasami utrzymać — dowodził Raffles, wciągając na ręce białe kozłowe rękawiczki i dłoń prawej ręki obwijając w chustkę do nosa — najtrudniejszem zadaniem jest uchwycenie przewodnika, ale dokonałem tej sztuki nieraz przed dzisiejszą nocą. Jest to jedyna dla nas szansa ratunku. Spuszczę się pierwszy; ty Bunny uważaj i naśladuj ruch mój każdy, jeśli mi się powiedzie szczęśliwie.
— A jeśli nie zdołasz tego dokazać?
— Jeśli nie zdołam tego dokazać — szepnął Raffles jedną nogę przełożywszy już za okno — musisz w takim razie poddać się zawistnemu losowi, gdy ja przepływać będę spokojnie Acheron.
To rzekłszy, zniknął za oknem; drżąc z podziwu, nad jego odwagą, i ze strachu o przyjaciela, śledziłem za nim wzrokiem przy świetle migocących gwiazd na niebie, póki nie dojrzałem go nad oknem pokoju przez nas ograbionego, skąd piorunochron spuszczał się prostopadle ku ziemi, co było rękojmią, że Raffles dosięgnie celu bez wypadku. Nie miałem jednak ani jego silnych muskułów, ani zahartowanych nerwów i czułem zawrót głowy, gdy wszedłszy na okno, zamierzałem ześlizgiwać się po przewodniku elektryczności.
W ostatniej chwili objąłem wzrokiem pamiątkową z epoki dzieciństwa mego wieżyczkę; stoczek dopalał się na podłodze i w tem słabem świetle widziane przedmioty budziły żywo w mej pamięci wspomnienia przeszłości. Wązka drabinka prowadziła jak dawniej do maleńkich poziomych drzwiczek w szczycie wieży; żelazne przy oknach galeryjki zdawały się być powleczone tą samą co niegdyś zieloną farbą, zachowującą woń czasów dawno ubiegłych, chorągiewki na dachu skrzypiały w znany dobrze uszom moim sposób. Przypomniałem sobie dnie tu spędzone, książki odczytywane w ulubionej mojej kryjówce, gdy byłem młodym chłopcem. Ciasny, brudny kącik nabrał dla mnie uroku galeryi zawieszonej drogocennymi obrazami przeszłości. Wychodziłem stąd z życiem jakby na włosku, zawisłem od siły i zręczności rąk moich a z kieszeniami pełnemi skradzionych klejnotów!
Ogarnęła mnie przesądna trwoga... Jeśli piorunochron oberwie się pod moim ciężarem... jeżeli upadnę z tej wysokości... podniosą mnie martwym z dowodami nikczemnego występku, jakiego się dopuściłem pod wieżą, na której szczycie szukałem niegdyś wzniosłych poetyckich natchnień! Nie pamiętam, co wtedy robiłem i czego nie robiłem, wiem tylko, że nie oberwał się przewodnik elektryczności, że spuszczałem się po nim szczęśliwie, że w końcu druty jego paliły mi dłonie tak, iż z zakrwawionemi rękami znalazłem się obok Raffles’a na klombie w ogrodzie. Nie mieliśmy czasu do namysłu; słychać było wzmagający się hałas wewnątrz domu i przyśpieszone bieganie po schodach; pędziłem za moim przyjacielem, nie mając odwagi spojrzeć po za siebie.
Wyszliśmy furtką z przeciwnej strony od tej, którąśmy wchodzili. Raffles zawrócił na prawo a lubo nie byłbym obrał tej drogi, szedłem, nie oponując ani jednem słowem za moim towarzyszem, rad z tego, że on nareszcie objął przewodnictwo. Minęliśmy stajnię oświetloną jak na iluminacyę; słychać było rżenie koni na podwórzu i otwierano bramę, gdyśmy kryli się pod parkanem warzywnego ogrodu. Po chwili rozległ się na drodze tętent galopujących wierzchowców.
— Wysyłają po policyę — zauważył Raffles — heca w stajni zaczyna się dopiero. Widzisz tę bieganinę ze światłem? Za parę minut rozpocznie się naganka i myśliwi raz ostatni zapolują przed jesienią.
— Nie będziemy im przecież służyli za trofea, Raffles’ie?
— Nie byłoby to dla nas pożądanem; ale w takim razie musielibyśmy pozostać tu na miejscu czas dłuższy.
— Tego uczynić nie możemy.
— Gdyby mieli rozum, wysłaliby posłańców na wszystkie sąsiednie stacye kolejowe w obrębie mil dziesięciu, pilnując jednocześnie dróg do nich prowadzących. Przychodzi mi tylko na myśl jedno ukrycie, którego może nie będą się domyślali.
— Gdzie chcesz szukać tego ukrycia?
— Po tamtej stronie parkanu. Jaka jest przestrzeń ogrodu, Bunny?
— Obejmuje sześć do siedmiu akrów.
— Musisz mnie zaprowadzić do drugiej swej pustelni z lat dzieciństwa, w której moglibyśmy leżeć spokojnie do rana.
— A potem co dalej?
— Dosyć ma noc swojej biedy, mój kochany. Najważniejszem jest znalezienie pożądanej kryjówki. Ale widzę drzewa w dali?
— To las ś-go Leonarda.
— Doskonale! Przeszukają każdą stopę ziemi w tym lesie, zanim wrócą do swego własnego ogrodu. Chodź Bunny, pomóż mi wdrapać się na parkan; ja cię tam wciągnę bezzwłocznie.
Nie widziałem dla nas innego ratunku i jakkolwiek przykro mi było wracać do tego ogrodu, przypomniałem sobie drugie sanctorum z dawnych czasów, mogące nam służyć za schronienie w ciągu tej nieszczęsnej nocy. W dalekim zakątku ogrodu, z jakie sto yardów od domu wykopano sadzawkę za mojej pamięci; spadziste jej brzegi zasadzono rododendronami i urządzono tam małą łazienkę, będącą rozkoszą moich lat chłopięcych. Stanowiło to niby miniaturową przystań nadwodną; sądziłem, że nie znajdziemy bezpieczniejszego schronienia, co też potwierdził Raffles, gdy przez zarośla poprowadziłem go do owej łazienki wśród rododendronów.
Co za ciężką noc przebyliśmy jednak! W łazience było dwoje drzwi, jedne wychodzące na staw, drugie na ścieżkę wiodącą do dworu; żeby słyszeć, co się dokoła nas działo, musieliśmy te dwoje drzwi trzymać otworem, zachowując przytem najgłębsze milczenie. Wilgotne powietrze kwietniowej nocy przejmowało nas, ubranych w strój wieczorowy, chłodem do kości, powiększając udręczenia moralne, doświadczane wskutek niebezpiecznego położenia naszego; nadstawialiśmy uszy w stronę ścieżki od dworu z obawy, czy nie dojdzie nas odgłos kroków. Zrazu słyszeliśmy w stajni hałas, który przycichł wcześniej niżeliśmy się spodziewali, tak, że Raffles zaczął powątpiewać, czy wysłano rzeczywiście posłańców konnych po agentów policyi. Około północy doszedł uszu naszych turkot kół, a mój przyjaciel będący na czatach, przyszedł mi oznajmić, że to goście się rozjeżdżają, żegnani wesoło przez gospodarzy, której to wesołości nie umiał sobie Raffles wytłomaczyć. Przypisywałem ich dobry humor wpływowi trunków i zazdrościłem im szczerze sztucznego czy naturalnego ożywienia. Podparłszy brodę o kolana, siedziałem na ławce, gdzie dawniej ubierano się po kąpieli; drżąc z zimna, usiłowałem zapanować nad wewnętrznem rozdrażnieniem. Słyszałem znowu Raffles‘a wychodzącego cichaczem, lecz nie odzywałem się do niego ani słowem. Przypuszczałem, że wróci niebawem, nie widząc go czas dłuższy, wyszedłem z kolei, by odszukać przyjaciela.
Stłumionym głosem przywoływałem towarzysza razy kilka nadaremnie; niespokojny, odważyłem się wychylić z zarośli i dojść do miejsca, z którego widziałem światło we dworze, lubo panowała w nim cisza głęboka. Czyżby to był jaki podstęp z ich strony? Pochwycili może Raffles’a i czyhali na mnie teraz. W największej trwodze wróciłem do łazienki, gdzie dręczony obawą, usłyszałem wreszcie skradające się kroki na żwirem wysypanej ścieżce. Nie wyszedłem do mego przyjaciela, aż drzwi otworzyły się i stanął w nich mężczyzna w pełnym do konnej jazdy stroju. Poklepał mnie żartobliwie po ramieniu i rzekł:
— Przepraszam cię Bunny, że bawiłem tak długo, ale w ubraniu jakie mieliśmy na sobie, wyjść stąd nie moglibyśmy nigdy; ten kostyum sportsmana przeobraził mnie w innego człowieka; masz tu garnitur młodego Guilemard’a, który tobie nada postać odmienną.
— Więc chodziłeś znowu do dworu?
— Byłem do tego zmuszony; czekałem, aż się pospią wszyscy i to mi zabrało dobrą godzinę czasu. Potem dostałem się najspokojniej do ubieralni, gdzie mogłem dobrać dla siebie strój odpowiedni; trudniej było zakraść się do pokoju młodego dziedzica, ale, jak widzisz, przezwyciężyłem tę trudność; byle tylko ubranie leżało dobrze na tobie. Daj mi twój tużurek, wypełnię kieszenie kamieniami i wrzucę wraz z moim surdutem do stawu. Musimy śpieszyć się, jeśli chcemy trafić na pierwszy ranny pociąg.
Ów pociąg wychodzi ze stacyi o g. 6 m. 20, a tego wiosennego poranku był przy jego odejściu agent policyi w urzędowej czapce, który tak pilnie szukał w wagonach dwóch brudnych rzezimieszków, iż nie zwrócił uwagi na eleganckiego sportsmana w butach ze stylpami i towarzyszącego mu w kurtce żokiejskiej człowieka.
Między Battersea a Picadilly, przesiadaliśmy się razy kilka, dochodziła już więc godzina dziewiąta, gdy znaleźliśmy się nareszcie w Albany, występując we właściwem mnie i Raffles’owi charakterze.
— Teraz — rzekł mój przyjaciel — wypada nam przedewszystkiem zajrzeć do zabranych skórzanych pudełek, których na miejscu nie mieliśmy czasu otworzyć. Mówię o tych, jakie tobie, Bunny, dałem, bo moje otworzyłem w ogrodzie i przekonałem się z żalem, i i były puste.
To mówiąc Raffles sięgnął ręką po skórzane pudełka wyjęte przezemnie z kieszeni, lecz zamiast mu je oddać, spojrzałem towarzyszowi śmiało w oczy, tak, że mógł z tego jednego spojrzenia domyślić się tajemnicy mojej.
— Nie potrzebujesz do nich zaglądać — oświadczyłem — one także są puste.
— Kiedy otwierałeś do nich?
— Na wieży.
— Pozwól mi je obejrzeć.
— Proszę.
— W tem pudełku musiałbyć złożony wychwalany przez ciebie, Bunny, naszyjnik.
— Prawdopodobnie.
— A to futerał po brylantowym dyademie.
— Niewątpliwie.
— Pani Guilemard nie miała tych klejnotów na sobie, jak trafnie przepowiadałeś i o czem przekonaliśmy się naocznie.
— Wyznam ci wszystko szczerze, Raffles’ie — odparłem, wpatrując się w niego wzrokiem przenikliwym — wolałbym o fakcie zamilczeć, ale kłamać przed tobą nie mogę.
Klejnoty zostawiłem w wieży. Nie myślę się usprawiedliwiać, ani tłomaczyć; działałem zapewne pod wpływem wspomnień, jakie budził we mnie widok tej miejscowości; skrupuły owładnęły sercem mojem w ostatniej chwili, gdy ciebie już nie było, a ja zabierałem się do odejścia. Przypuszczałem, że spuszczając się po piorunochronie, mogę kark skręcić, co było mi obojętnem, lecz przerażała mnie myśl, że padnę trupem przed domem, będącym niegdyś gniazdem naszem rodzinnem, ze skradzionemi klejnotami w kieszeni! Możesz powiedzieć, Raffles’ie, iż należało mi pomyśleć o tem wcześniej; masz prawo czynić mi wymówki, bo na nie zasłużyłem.
— Nie byłeś nigdy zręcznym kłamcą, Bunny, — odparł, uśmiechając się, mój przyjaciel. — Czy uwierzysz, gdy ci powiem, że domyślałem się, co czuć musisz a nawet jak postąpisz.
— Domyślałeś się tego Raffles’ie?
— Odgadłem wszystko, kiedy byliśmy jeszcze w łazience. Wiedziałem, że coś zajść musiało, że zguba odnalezioną została, skoro hulaszcza czereda myśliwych tak się prędko rozjechała, zadowolona widocznie z siebie i z drugich. Nas nie zdołali przyłapać; musieli tedy zyskać cenniejsze rzeczy, nad nasze marne osoby; twoje apatyczne zachowanie utwierdziło mnie w tem przekonaniu. Zrządzeniem losu pudełka przezemnie zabrane okazały się puste, a tobie dostały się kosztowne łupy. Dla usunięcia podejrzeń zbudzonych we mnie, poszedłem rzucić raz jeszcze wzrokiem przez szyby w oknie weneckiem i wiesz, co zobaczyłem.
W odpowiedzi potrząsnąłem przecząco głową.
— Parę małżeńską, którą zamierzałeś ograbić Bunny, przedwcześnie rozkoszującą się widokiem tych oto świecidełek — rzekł Raffles.
Przy tych słowach, mój przyjaciel wyciągnął z kieszeni kamizelki dwa pudełka, i otworzył je ze śmiechem: w jednem był dyadem brylantowy, w drugiem naszyjnik ze szmaragdów i brylantów.

— Musisz mi przebaczyć Bunny — dodał Raffles widząc zdumienie moje — Nie potępiam ani jednem słowem słusznych niewątpliwie pobudek twoich, ale drogi chłopcze, narażaliśmy obaj życie, całość członków i wolność naszą osobistą, a ja nie odczuwałem sentymentalnych skrupułów. Dlaczegóż miałem odchodzić stamtąd z pustemi rękoma? Jeśli chcesz, bym ci opowiedział moją powtórną wizytę w domu przodków twoich, przyjdź za pół godziny do łazienki na ulicę Northumberland; zjemy śniadanie w galeryi odpoczynkowej, gdyż należy nam się posiłek po przebytych trudach nocnych.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest William Hornung i tłumacza: anonimowy.