<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Willa pana regenta
Podtytuł Obraz z życia wiejskiego
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Druk S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIII.

W
Więc już sobie tego wyperswadować nie dasz — mówił regent do Mateusza, który mnąc czapkę w ręku, stał przy drzwiach.
— Toć już wielmożny pan regent nowego stangreta ma, a ja sam mogę zaświadczyć, że człowiek uczciwy i na wszystkie cztery boki odpowiedzialny. Też jak ja, przez całe swoje życie przy koniach służył i prędzej sam nie doje, aniżeli o pańskim dobytku zapomni. Wierny jest człowiek i nie pijak, a nigdzie krócej niż dziesięć lat nie służył...
— Nie o to mi idzie. Człowiekowi, choć go już zgodziłem, mogę inne miejsce znaleźć, ale ciebie chciałbym powstrzymać. Czyś się dobrze zastanowił nad tem co robisz?
— A cóż ja robię złego? Żenię się.
— I nie będziesz tego żałował?
— Albo ja wiem?...
— Ale na co ci ten kłopot?
— Ha, wielmożny panie, kobieta mi się trochę udała...
— Stary jesteś dziad.
— I ona nie dziewucha.
— Siedziałbyś u mnie do samej śmierci. Czy ci źle?
— Wielmożny panie regencie, zgrzeszyłbym, gdybym rzekł, że źle. Takiej dobrej służby, jak tu, na świecie niema. Pan regent jak ojciec, pani jak matka, a panienka... to już nawet powiedzieć nie umiem. Niech jej Pan Jezus da wszystko jak najlepiej, czego jeno sama żąda.
— Widzisz, stary, niby to nas kochasz, a pomimo to, rzucasz nas, i dla kogo? dla baby, której prawie nie znasz...
— Wielmożny panie, sprawiedliwie nie tylko dla baby.
— A więc?
— Niech się wielmożny pan nie dziwuje, toć gruntu kawałek ona ma, a jeszcześmy trochę upatrzyli do kupienia od Szymka Muchy — i gospodarstwo będzie. Ot, choć raz jeszcze przed śmiercią człowiek swoje własne zagonki zasieje, zaorze i chleb z nich będzie jadł. Gdyby nie to, jabym ani pana, ani pańskich koni do śmierci nie opuścił. Napowiedziałem ja już Walentemu, przykazałem, żeby dbał jak o swoje, poczyściłem zaprzęgi, powozik, brykę; oddam wszystko jak szkło świecące, jak złoto...
— Ha! trudno, skoro już tak sobie postanowiłeś; idźże do baby, a jak będzie ci źle, to powracaj.
— Nie według baby, panie, jeno według gruntu postanowienie moje...
— Kiedyż chcesz odejść?
— Dziś, panie. Paśport mam, mentrykę mam, tylko do księdza wstąpię po świadectwo, jako zapowiedzi tu są ogłoszone.
— Więc mam ci wydać twoje oszczędności?
— Jeżeli łaska pana.
— Dobrze — rzekł pan Gorgoniusz, otwierając szafę ogniotrwałą; — stosownie do twojej woli odebrałem już z banku. Masz dwieście rubli własnych. Ja ci za wierną służbę tyloletnią dodaję siedmdziesiąt pięć, a panienka dwadzieścia pięć — razem tedy masz trzysta.
— O Jezusie Nazareński! — ryknął Mateusz: — taka kupa pieniędzy! a niechże wielmożnemu państwu Bóg miłosierny we stokroć nagrodzi... Toć ja będę teraz gospodarz wielki, na dużej fortunie obsiedziały...
Z radości chłop zaczerwienił się jak burak, a oczy miał pełne łez.
— A słuchaj-no, Mateuszu — mówił regent, — bądź w drodze ostrożny, pieniędzy nie zgub i nie daj sobie ukraść. Wódki nie pij, choćby cię największa chęć brała; pilnuj się, bo gdybyś bez grosza do Pokornicy przyszedł, toby cię baba znać nie chciała i z pewnością nie wyszłaby za ciebie.
— Oj to pewnie, wielmożny panie, święte słowa... Onaby mnie nie chciała bez pieniędzy, jabym jej nie chciał bez gruntu. Będę też pilnował swych papierków jak oka w głowie, a do karczmy żadnej nie wstąpię i kieliszka do garści nie wezmę, aż już w Pokornicy na weselu...
— No, niechże ci Bóg szczęści, mój stary!
— Niech wielmożny pan wybaczy mi, jeżeli co złego uczyniłem, niech nie wspomina źle Mateusza, bo ja zawdy i zawdy...
Nie dokończył dziad, ocierał tylko oczy rękawem i wzdychał, a regenta po ręku całował.
Przyszła panna Malwina i Wanda, Mateusz kłaniał im się nizko, dziękował, szczęścia wszelakiego życzył, jak umiał najwymowniej.
— Ja jeszcze wielmożnych państwa oczyma swemi obaczę.
— Owszem, Mateusz, przyjedźcie tu kiedy...
— A może i w Lasku państwo będą, może Pan Bóg da, że... bo juści tamten panicz jak malowanie, dla naszej panienki samo prawie kawaler.
Wanda zarumieniła się i wybiegła z pokoju.


...Opuścił dom regenta i powlókł się pieszo...

Tegoż dnia Mateusz opuścił dom regenta i powłókł się pieszo do Pokornicy, marząc o swojem własnem gospodarstwie. Słowa dotrzymał, do karczmy nie wstępował, a w pierwszym liście, jaki pani Zofia z Lasku wysłała do Wandy, była wiadomość, że ślub się odbył i że państwo młodzi kupili spory kawał ziemi.
W domu regenta zaszły pewne zmiany. Ustąpił on wymaganiom córki. Panna Wanda codziennie rano jeździła do miasta i cały dzień przepędzała w zakładzie fotograficznym, jako uczenica, razem z Anielką, która również obrała sobie ten zawód. Zakład nabyła Wanda, ale poprzednia właścicielka pozostała w nim, jako kierowniczka i zarazem nauczycielka na dwa lata.

Panna Aniela zamieszkała przy Wolskich, którzy odnajęli jej jeden pokój.
Niechętnie bardzo regent zgodził się na tę naukę i na kupno zakładu, lecz po kilku miesiącach, widząc, że córka jest zadowolona i szczęśliwa, że dobry humor nie opuszcza jej wcale — przestał zrzędzić.
Wanda, wdzięczna ojcu, że pozwolił spełnić jej zamiary i marzenia, starała się osładzać mu każdy dzień, każdą niemal chwilę razem spędzoną. Brała się do tego bardzo zręcznie, tak, że regent z obawą i trwogą myślał nieraz o tem, co będzie, gdy córka za mąż wyjdzie i gdy zostanie bez niej, osamotniony.
Na pracę swej córki zapatrywał się jak na zabawkę, i nieraz mówił do przyjaciół swych, którzy mu kupno zakładu ganili:
— Cóż mam dziecku żałować? Póki była mała, kupowałem jej lalki; teraz niech się bawi fotografią, skoro tak chce. Nie nudzi się przynajmniej, owszem, tak ją to zajmuje, że wszystkie palce ma uczernione lapisem, czy jakiemś tam lichem chemicznem. Cieszy się, jest wesoła, zdrowa, a gdy po obrachunku miesięcznym pokaże się, że ma kilkadziesiąt rubli zysku, to jej sprawia większe zadowolenie, niż gdyby główny los na loteryi wygrała...
Rzeczywiście tak było.
Zapraszała ojca do zakładu, aby pokazać mu rachunki. Regent je przeglądał i uśmiechał się pobłażliwie.
— Co za zyski! jakie dochody!
— No, widzi ojczulek, niech one będą niewielkie, niech będą bardzo małe, ale zawsze są. Zarobione, zapracowane uczciwie. I co ojczulkowi szkodzi, że jego córka już nie jest zerem, ale robotnicą? że nie traci czasu napróżno?...
— Pięknie to, moje dziecko, ale...
— Jakież „ale,“ ojcze?
— To wszystko do czasu. Pójdziesz za mąż — i co zrobisz z tą altaną i aparatami? Chyba nie zasiądziecie oboje pod szklanym daszkiem...
— O tem potem...
— Masz zamiar starą panną zostać?
— Broń Boże! ale jak obecnie, nie życzę sobie zmiany losu. Jest mi dobrze, mam najzacniejszego ojca, ciotkę poczciwą, mam zatrudnienie, miłe towarzystwo, jestem zdrowa — czego mogę żądać więcej od losu?..
— Więc jesteś szczęśliwa zupełnie?
Zamyśliła się.
— Prawie, — odrzekła.
— Prawie... a więc nie zupełnie. Powiedz że mi, cóżby ci jeszcze kupić — zapytał z uśmiechem: — może drugą altanę i z dziesięć aparatów? Nie?..
— Nic teraz nie powiem.
— Ale tajemnica ta może się kiedy odsłoni w przyszłości?
— Może, może... nie wiem. Tymczasem dobrze jest, jak jest...
Przeszło kilka miesięcy; nastała zima i mrozy. Następca Mateusza, Walenty, codziennie odwoził pannę Wandę do miasta i przyjeżdżał po nią eleganckiemi sankami. W willi regenta kilka razy na miesiąc, oprócz zwykłych wieczorków wintowych, zbierało się większe towarzystwo. Bywali Wolscy, panna Aniela, kilku młodzieńców.
Pan Gorgoniusz cieszył się szczerze, że jego córka tak się ożywiła i nabrała chęci do życia. Zdawało mu się nawet, że wypiękniała.
Kiedy powróciwszy z miasta, wbiegała do domu, wesoła, z zarumienioną, przez mróz wyszczypaną twarzyczką, regent promieniał z radości.
Panna Aniela przyjeżdżała z Wandą co sobota i zostawała już na niedzielę; dopiero w poniedziałek rano obie powracały do pracy.
Dom cały ożywiał się z przybyciem tej wesołej, pełnej życia dzieweczki. Wybuchy srebrzystego śmiechu rozlegały się co chwila, dźwięki fortepianu i piosnek ludowych, które panna Aniela miłym bardzo głosem śpiewała, napełniały pokoje.
Regent bardzo polubił tę panienkę i sądził, że Wanda jej towarzystwu w znacznej części zawdzięcza humor swój i zadowolenie, więc też witał zawsze pannę Anielę najserdeczniej i zapraszał, aby zamieszkała w willi stale, żeby jak najczęściej przyjeżdżała.
Jednego dnia rano, gdy już Wanda odjechała do miasta, a regent zabrał się do czytania gazet, gdyż z powodu lekkiej niedyspozycyi, postanowił cały dzień w domu przepędzić, na dziedziniec zatoczyła się dwukołowa biedka, i wysiadł z niej Abram Wasserman, dobrze znany panu Gorgoniuszowi faktor i pośrednik przy sprzedaży domów i majątków.
Był to Żyd, ubrany staromodnie, w chałacie, ale nieco czyściej, aniżeli inni, miał brodę szpakowatą, nos potężny, oczy bystre, ruchliwe.


— Dzień dobry panu regentowi...

Wszedł wprost do kancelaryi.
— Dzień dobry panu regentowi... pan dobrodziej zapewne nie spodziewał się mnie tutaj zobaczyć?
— Zgadłeś. Cóż cię tu, mój Abramku, sprowadza?...
— Wstąpiłem, przejeżdżając; jest mróz bardzo wielki, chciałem się cokolwiek rozgrzać.
— Dokąd-że jedziesz?
— Proszę pana regenta, albo w naszym fachu wiadomo, dotąd człowiek jedzie? Jedzie sobie, gdzie się trafi, jak się trafi i kiedy się trafi.
— Ale przecież...
— Widzi pan regent, to jest tak. Ja wybrałem się do Nieckowa, ale jeżeli mi się po drodze jaki geszeft trafi, to pojadę gdzieindziej — a jeżeli mi się tu, u pana regenta co trafi, to zawrócę do miasta i nigdzie już dziś nie pojadę. To jest kombinacya całkiem prosta.
— A cóżby u mnie za geszeft miał być?
— Możeby był.
— Do sprzedania nic nie mam, nabywać nie zamierzam, pieniędzy w obroty nie puszczam.
— Ja wiem... Pan regent ma swoje spekulacye, ale one mały zysk przynoszą.
— Za to są pewne...
— Aj, proszę pana!... Pewność jest dobra rzecz, ale podług mojego rozumu, jeszcze z samej pewności nikt obiadu nie ugotował, a z mniej pewnego zysku tysiące ludzi żyją...

— Już ja dziękuję za takie interesa.
— Okropny dziś mróz jest, panie regencie, ja jeszcze się trzęsę, chociaż mam porządny kawałek futra.
— Cóż słychać w mieście?
— Jedno z drugiem nic. Bardzo mały ruch w interesach. Nie sprzedają, nie kupują nic. Zbożowy handel cokolwiek się rusza, no, a pieniężniki i lichwiarze zawsze mają robotę.
— Tak, u nich jest ruch.
— Jak na jarmarku... Ho, ho, żebym ja miał tylko jeden procent od tego obrotu, to pytałbym, ile cała Warszawa kosztuje! Oni zawsze mają. Wczoraj przyjeżdżał jeden pan ze wsi, trochę zaszargany, ale rzetelny i odpowiedzialny. Bardzo pilno potrzebował. Złożyli się we trzech, zrobili zielony kontrakt na pszenicę.
— Po czemu?
— Aj, po czemu! Albo będą mieli pszenicę za pół darmo, albo pięć na miesiąc od swoich pieniędzy. To jest ładny geszeft. Żebym ja miał trochę kapitału, to tylko takiebym robił, ale tak, biedny faktor, z czem będę wojował? Aj, zły czas jest teraz, bardzo zły!
— Powiedz-no mi, Abramie, bez długich wstępów i ceregieli: po co przyjechałeś? Zanadto dobrze cię znam, żebym wierzył, iż twoja tutaj obecność jest przypadkowa. Mów wyraźnie o co idzie. Wiesz przecie, że...
Wasserman brodę pogładził.
— No — rzekł, — to prawda. Z takim znawcą na interesa, jak pan regent jest, rzeczywiście nie potrzeba mówić dużo. Można w dwóch słowach.
— O cóż idzie?
— Temu kilka lat pan wspominał, że gdyby się trafił do sprzedania majątek dobry, dochodowy, toby pan kupił.
— Nie przypominam sobie...
— Ale ja doskonale pamiętam. Właśnie teraz jest taka okazya. Można kupić, potrzymać jakiś czas i bardzo korzystne odprzedać, bo kupiec zawsze się znajdzie. Rarytny interes, na moje sumienie, raz na dziesięć lat, — ale co ja mówię na dziesięć! — na dwadzieścia pięć lat może się zdarzyć taka sposobność.
— Zaciekawiasz mnie, Abramie.
— To jest, panie regencie, niedługo gadając, taki majątek, że drugiego podobnego w całej okolicy niema. Ziemia bardzo fajn, budynki jeszcze lepiej fajn, dwór to wcale nie jest żaden dwór, tylko pałac, las jest, woda jest, propinacya, młyn, tartak. Bardzo, bardzo piękny majątek!
— Nie domyślam się, a przecież chyba znam to złote jabłko, bo wogóle znam wszystkie majętności w tych stronach.
— Oj, oj, i jak jeszcze pan regent zna!
— Więc któryż?
— No, niedużo gadając, powiem tylko jedno słowo, a zaraz pan regent nabierze wielkiego smaku do tego interesu. To jest, panie regencie, Koronówek...
— Koronówek!... — zawołał regent zdziwiony, — chyba ci się przyśniło, mój Abramie. Koronówek miałby być na sprzedaż? to nie sposób!
— Z pewnością.
— Nie sposób, nie sposób! Gdyby właściciel chciał się go pozbyć, dałoby się słyszeć, jabym wiedział o tem...
— Skądżeby pan regent mógł wiedzieć, kiedy do dzisiejszego rana ja jeszcze nie wiedziałem? ja sam!...
— To jest coś niewytłómaczonego dla mnie.
— Niech pan regent poczeka, zaraz będzie wytłómaczone. Bardzo prosta rzecz. Pan Wolmański wyjeżdżał, nie był kilka tygodni, bawił w Warszawie, czy gdzieindziej, ja tego nie wiem...
— Istotnie niema go w mieście, i nie słyszałem żeby powrócił.
— Powrócił wczoraj. Dziś rano o godzinie ósmej przysłał po mnie, że jest bardzo pilny interes. Przyleciałem. Powiada: „Słuchaj, Wasserman! zarobisz, nawet dobrze zarobisz, tylko trzeba się wziąć do rzeczy ostro.“ — Dlaczego nie? ja wszystko robię ostro. Co pan każe zrobić? — Powiada: „Szukaj mi kupca na dom i na Koronówek.“ Ja się bardzo dziwiłem, pytałem: — Dlaczego? na co taki gwałt? — On mi na to powiada: „Głupi jesteś, nie twoja rzecz! Znajdziesz kupców, dam dobre faktorne; nie podejmiesz się, nie znajdziesz, to idź sobie do licha. Ogłoszę w gazetach, i kupcy sami się zgłoszą. Wołałem cię dlatego, że mi zależy na pośpiechu.“ To jest cała prawda. Ja brałem ten interes do głowy, myślałem trochę, przyjechałem tu.
— Wiesz doskonale, że ja nie mam zamiaru kupić. Po cóż więc czas tracić napróżno?
— Prawda, ale ja wiem i to, że do pana przychodzą ludzie po radę, pytają się: co można kupić? gdzie dobrze pieniądze ulokować? Ja wiem, że pan regent niejednego amatora ma. Moglibyśmy doskonale zarobić.
— To jest kto?
— Pan regent trochę, ja trochę.
— Niemam zamiaru być twoim wspólnikiem, panie Wasserman.
— Czy to, z przeproszeniem, może panu ubliżać?
— Nie, ale wogóle wdawać się w to nie chcę.
— Dlaczego?
— Nie widzę potrzeby usprawiedliwiać się.
Wasserman zrobił minę płaczliwą.
— Panie regencie — rzekł, — na co ja mam być skrzywdzony? Ja mam żonę i dzieci, ja poniosłem już na ten interes wielkie koszta, wielkie wydatki! Napracowałem się około tego — już ducha w sobie nie czuję, pół zdrowia straciłem latając.
— I to wszystko przez półtrzeciej godziny! Od ósmej do wpół do jedenastej. Bardzo szybko tracisz zdrowie i pieniądze, panie Wasserman. Oszczędzaj się, bo jeżeli dalej pójdzie w tym stosunku, to o pierwszej już wcale zdrowia mieć nie będziesz.
— Pan dobrodziej żartuje! Ja jestem ukrzywdzony, a pan jeszcze żartuje. Nie spodziewałem się po takiej godnej osobie...
— W czem u licha pokrzywdzony jesteś?
— Pan da kupca — a ja co będę miał?
— Powiedziałem ci raz, że się w to mieszać nie myślę. Szukaj nabywców, skoro tego od ciebie żądają; mnie nic to nie obchodzi.
— Taki korzystny interes!
— Wszystko mi to jedno...
— Przepraszam pana, ale...
— Cóż jeszcze?
— Czy to już ostatnie pańskie słowo?
— Ostatnie.
— No, to po co ja tu przyjechałem? po co pędziłem konia? dlaczego ja się ziębiłem na taki paskudny mróz?
— Ja ci na to pytanie odpowiedzieć nie umiem.
— No, więc ja odjadę... z czem ja odjadę? A, panie regencie, ja się nie spodziewałem takiego skutku...
— Idź-że już sobie raz i nie nudź mnie. Ja mam swoje zatrudnienia i nie chcę o tem słyszeć.
Wasserman w najgorszym humorze opuścił willę, usiadł na biedkę i okładając chudą szkapę biczem, odjechał pośpiesznie do miasta.
W głowie mu się pomieścić nie mogło, że może się znaleźć na świecie człowiek, który mając wszelkie widoki przeprowadzenia korzystnego interesu, nie chce do tego ręki przyłożyć.
Przez chwilę Wasserman zastanawiał się, czyby nie zawrócić i nie spróbować szczęścia jeszcze raz, ale snadź nie miał w to wiary, gdyż uderzył konia batem i pośpieszył do miasta.
Regent gubił się w domysłach, jaka przyczyna mogła skłonić Wolmańskiego do tak nagłego pozbywania się własności. Niezbyt dawno zaciągnął na majątek znaczną pożyczkę, obecnie chce sprzedać i dom i Koronówek. Człowiek taki solidny i doświadczony wie przecież doskonale, że w takich razach pośpiech nie wychodzi na dobre i cenę sprzedażną obniża. Cóż więc za powód wyjątkowy? Człowiek ten z groszem zawsze się liczył, na żadne ekscesa sobie nie pozwalał, można głową ręczyć, że nie zahazardował się w grze karcianej, ani w inny sposób majątku nie uszczuplił. Gdyby potrzebował gotówki na interes, na jakieś kupno wyjątkowo korzystne, to znalazłby kredyt, niema bowiem ani w mieście, ani w okolicy człowieka, któryby mu nie zaufał.
Wiadomość, którą przywiózł Wasserman, zaniepokoiła pana Gorgoniusza w wysokim stopniu — ciągle bowiem żywił nadzieję, że Wolmański mężem jego córki zostanie. Nie teraz, to za rok, nie za rok, to za dwa; zawsze jednak na tem się skończyć musi. Panna nacieszy się swoją pracą i samodzielnością, tak jak dziecko zabawką, a następnie pójdzie za radą ojca i postąpi tak, jak on sobie życzy. Tymczasem ów zięć wymarzony i wybrany swojem postępowaniem daje do myślenia.
Co zamierza? do czego dąży? z jakiej racyi pozbywa się mienia, do którego doszedł tak szczęśliwie?
Gdyby pan Gorgoniusz był zdrów zupełnie i mógł do miasta pojechać, znalazłby tam prawdopodobnie odpowiedź na pytania, które sobie w myśli zadawał, i zarazem wyjaśnienie wątpliwości, lecz bał się zimna i nie chciał się narażać na poważniejszą chorobę.
Z wielką też niecierpliwością oczekiwał powrotu córki, a więc o piątej wieczorem, zaledwie przyjechała i futro z siebie zdjąć zdążyła, wyszedł do niej z zapytaniem:
— Cóż w mieście?
— Nic, proszę ojca — odrzekła.
— Czy nie mówią o czem?
— Alboż ja wiem? Mówią o różnych rzeczach, tak jak codzień.
— Mówią, mówią... Alboż kto bywa w waszym zakładzie?
— O, bardzo proszę! Nasz zakład ma wziętość. Dziś było sześć zdjęć, a po fotografie przychodziło kilkanaście osób. U nas zawsze jest ruch.
— I nie mówili nic?
Wanda roześmiała się.
— Owszem, mówili. Jedni chwalili fotografie, drudzy, a zwłaszcza drugie, dowodziły, że wydają się znacznie starsze i brzydsze, niż w rzeczywistości... Byli tacy, którym cena wydawała się za wysoka, jak zwykle w zakładzie. Nasza publiczność lubi grymasić.
— A nie opowiadali nic?
— Nie rozumiem zapytania.
— To jest... widzisz... właściwie nie o to mi idzie. Chciałem wiedzieć, co słychać w mieście...
— Jak zwykle, ojczulku.
— Czy nie stało się co niezwykłego?
— Ależ nic. Nie było ani pożaru, ani trzęsienia ziemi, wieża ratuszowa stoi, jak dawniej, tylko mróz wszystkim dokucza.
— To szczególne.
— Mróz?
— Ależ nie... Nie rozumiesz mnie, Wandziu. Jestem widzisz bo niezdrów trochę, nudzę się, sądziłem, że przywieziesz mi z miasta jaką zajmującą wiadomość, żebym się trochę rozerwał.
— Ach, zapomniałam!
— Cóż?
— Był dziś u nas w zakładzie pan Salezy. Zapowiedział najazd.
— Najazd?
— Tak się wyraził. Znaczy to, że będziemy mieli dziś gości. Pan Salezy, Kalasanty, oboje państwo Romanowie, a ja na własną rękę odważyłam się zaprosić państwa Feliksów i Anielcię. Zdawało mi się, że właśnie dziś, kiedy ojczulek trochę niedomaga i nudzi się, goście będą pożądani...
— Ślicznie zrobiłaś. Dziękuję ci bardzo i czekam z niecierpliwością. Trzeba uprzedzić ciocię, że będzie kilka osób.
— Ciocia jest taka gospodyni, że potrafi na poczekaniu zaimprowizować wszystko, co potrzeba, ale swoją drogą uprzedzę ją zaraz.
Nigdy jeszcze regent z takiem upragnieniem nie oczekiwał gości. Miejsca sobie znaleźć nie mógł; chodził od okna do okna, patrzał przez zamarzłe szyby, nasłuchywał, czy dzwonki nie brzęczą.
Nareszcie przyjechali. Ledwie, że weszli do salonu, regent rzekł:
— Niech-że się panie rozgoszczą, a panów, nim przygotują stolik do kart, proszę do siebie na cygaro. Ogień pali się na kominku, ogrzejecie się.
Pan Salezy, Kalasanty i Roman poszli za gospodarzem. Wolski został przy paniach.
— Podobno chory jesteś, Gorgoniuszu? — zapytał Kalasanty.
— Nic wielkiego, kaszlę trochę.
— Dobrze robisz, że siedzisz w domu — wtrącił Salezy, — w naszym wieku strzedz się trzeba zaziębień...
— W naszym wieku — rzekł Kalasanty, — trzeba gimnastyki i ruchu, to jest grunt...
— Każdy ma swój system.
— Cóż słychać w mieście? — zapytał regent. — Ktoś mi mówił, że podobno Koronówek jest do sprzedania.
Kalasanty uderzył się w czoło.
— A toż ze mnie! — zawołał, — żebym ci też takiej nowiny z miejsca nie powiedział! Nadzwyczajne rzeczy się dzieją, nadzwyczajne. Całe miasto tylko o tem mówi.
— Ale o czem?
— A no, o Wolmańskim.
Salezy poprawił okulary i zaczął cedzić powoli:
— Lepszy łut szczęścia, aniżeli funt rozumu. Nigdy ja go za zdolnego obrońcę nie miałem, gdyż najprostsze sprawy nieraz fuszerował, ale co szczęśliwy, to szczęśliwy!...
— Tak, tak — potwierdził Roman, — szczęśliwy... Słyszę, podobno wspaniały dom w Odesie, majątek w Krymie, plantacye tytuniu, fabryka tabaki...
— Co tam tabaka i plantacye! podobno winnice są, i jakie jeszcze!
— Ależ moi drodzy, co to wszystko znaczy? — rzekł regent: — rzucacie jakieś półsłówka, a ja siedzę, jak na niemieckiem kazaniu, nic a nic nie rozumiem...
— Ja ci wytłómaczę, — rzekł Kalasanty.
— Nie jesteś tak dobrze poinformowany, jak ja... — oświadczył Salezy.
— Za pozwoleniem — wtrącił Roman, — ja mam wiadomości bezpośrednio od kogoś, co rozmawiał z Wolmańskim...
— Widzisz, panie regencie — rzekł Salezy: — on mi sam mówił! Spotkałem się z nim przed czterema godzinami. Szczęśliwa bestya jest, wiedzie mu się we wszystkiem. Rzecz się ma tak: Był, jak wiecie, w Warszawie za interesami; tam w domu swoich krewnych poznał pewną panią z Odesy. Kobieta młoda, bogata, wdowa po kupcu Francuzie. Rzeczywiście posiada ona dom w Odesie, plantacye tytuniu w Krymie i w jakiejś części jest właścicielką fabryki tytuniu. Co chcecie? szczęśliwy! — podobał się wdówce i tak się żwawo uwinął, że za parę miesięcy ma być ślub. Przenosi się na mieszkanie do Odesy, gdzie ma zamiar praktykować dalej jako adwokat, a połączywszy swój majątek z majątkiem przyszłej małżonki, dorabiać go w dalszym ciągu. Przekonacie się, że człowiek ten z czasem wyjdzie na milionera...
— To tak jest? — rzekł regent i nagle posmutniał.
— A tak, regencie; wiadomość jest autentyczna, od niego samego. Humor ma wyśmienity, obiecuje sobie jedwabne życie. Będzie co lato jeździł do Konstantynopola, do Grecyi, ciągle rozkoszował się widokiem morza, no, a ta jego wdówka ma być podobno prześliczna kobieta. Obiecał mi pokazać kiedy jej fotografię.
— Tak to bywa, moi kochani — rzekł Kalasanty, — jednemu szydła golą, a drugiemu brzytwy nie chcą; ale co tam!... Daj mu Boże, zazdrosny nie jestem, a gdyby mi się taka osobliwa arcypiękność trafiła, to jeszcze wielka kwestya, czybym chciał...
— Patrzcie, jaki wybredny!
— Ma się rozumieć... nad samem morzem mieszkać to nie rozkosz; solą wszystko czuć, a śledzie jadają po pięć razy na dzień: moje uszanowanie! Wolę zrazy z kaszą, albo bigos. Za osobliwościami nie przepadam.
Regent na cały wieczór humor stracił, a kiedy zasiedli do kart, grał tak nieuważnie, że pani Romanowa ze swoim małżonkiem tryumfowała stanowczo. Kalasanty i Salezy, dzięki roztargnieniu regenta, byli również przegrani. Salezy uśmiechał się ironicznie, ale popędliwy Kalasanty wpadał w gniew.
— A wiesz co, Gorgoniuszu — wołał, — że nie spodziewałem się tego po tobie... Jakże można fuszerować w podobny sposób? cóż dziwnego, że damy nas biją?...
— Karta nie idzie, — bronił się regent.
— Karta? Oby tylko gorszych nie miewać! Karta idzie, ale pan regent grać zapomniał. Jeżeli dalej tak fuszerować będziemy, to oczywiście pani Romanowa kupi dom i Koronówek po Wolmańskim, a my zejdziemy na dziady.
— O, jeszcze do tego daleko...
— Tak, tobie, posesyonatowi i kapitaliście, może, ale my, biedni emeryci, możemy bardzo prędko tego się doczekać.
Przez cały wieczór regent nie mógł humoru odzyskać. Przymuszał się, udawał wobec gości wesołego, lecz mu to nie szło. Kiedy po północy odjechali, odetchnął, rad, że sam został nareszcie. Położył się zaraz do łóżka, lecz do samego rana oczu zmrużyć nie mógł; upragniony sen nie przychodził.
— Otóż to, otóż to — szeptał do siebie regent, — otóż takie skutki powolności... Trzeba było kuć żelazo, póki gorące, wpłynąć na dziewczynę stanowczo. Byłbym już spokojny o przyszłość dziecka, nie kłopotał się, że po mojej śmierci pozostanie bez opieki. Sam sobie jestem winien, sam; trzeba było mieć więcej stanowczości, energii.. Ach, panie Gorgoniuszu, panie regencie, możesz sobie powiedzieć, że jesteś do niczego... Tak, tak, możesz sobie oddać tę sprawiedliwość... Wstydź się, wstydź, że nie umiałeś tej sprawy przeprowadzić... a tyle cudzych, bardzo, najbardziej, niemożliwie zawikłanych udało ci się...
Ha, widać nie było przeznaczenia...
Myśli strapionego ojca inny znów przybrały kierunek. Myślał o swym niedoszłym zięciu i czuł do niego żal.
— Jak to ludziom wierzyć nie można! — myślał: — przecież dał mi kilka razy do zrozumienia, że mu się Wandzia podobała, że jest nią zajęty. Mogłem przypuszczać, że kocha ją. Okazało się kogo kocha. Pieniądze kocha, wygodę, dobrobyt. Wandzia i to mu dać mogła. On wie przecież, zna mój stan majątkowy, wie, że mienia z sobą nie zabiorę do grobu. Miałby więc — no, a przytem Wandzia... Czy nie ładna, nie dobra, nie wychowana jak należy? czy nie łożyłem na jej edukacyę? Ale jemu to wszystko jedno widać, taka czy inna, byle miała dużo, dużo pieniędzy... Jeżeli z pożegnaniem przyjdzie, przyjmę go bardzo ozięble — albo nie, wprost przeciwnie: będę wesoły, niech pozna, że sobie z tego nic nie robię, że nie żałuję. A polityk... polityk, dyplomata... lis... Wyraźnie nic nie mówił, zamiarów swych jasno nie określał, tylko wszystko w allegoryach, w alluzyach. Ha... może i lepiej...
Regent dopiero nad ranem zasnął, ale we śnie trapiły go różne przykre widziadła. Zdawało mu się, że Wolmański odpływa na okręcie, a Kalasanty, Roman i Salezy, stojąc na brzegu, życzą mu drogi szczęśliwej, powiewają chustkami i zarazem śmieją się ze swego kolegi i przyjaciela, który nie umiał zatrzymać bogatego okrętu i pozwolił mu odpłynąć na dalekie morza.
Przez cały tydzień pan Gorgoniusz nie opuszczał mieszkania, był smutny, narzekał i zrzędził tak, że zaniepokojone tym stanem siostra i córka posłały po lekarza. Ten przybył, pacyenta zbadał i zapewnił, że niebezpiecznego nic niema i że za kilka dni niedyspozycya minie. I rzeczywiście tak się stało, regent wyzdrowiał, ale humoru nie odzyskał tak prędko. Przez kilka miesięcy nie mógł oswoić się z myślą, że jego marzenia rozwiały się na zawsze, bezpowrotnie...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.