Światło, które zagasło/Rozdział XV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Światło, które zagasło
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie
R. Wegner
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. The Light That Failed
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XV.

Z sercem, co pełne obłędnych rojeń,
Któremi, jak władca, rządzę,
Z żarem-kopiją, z widmem-rumakiem,
W pustkowiach dzikich hen błądzę.
Wyzwał mnie witeź duchów i cieni
I oto turniej mnie czeka:
Mil dziesięć w wielki bezmiar zaświatów
Podróż niebardzo daleka.
(Pieśń Tomasza Bedlama.)

Do widzenia, Bess. Obiecałem ci pięćdziesiąt funtów; daję ci sto... wszystko, com otrzymał od Beetona za meble. Będziesz przez czas jakiś miała za co kupować sobie ładne suknie. Biorąc wszystko pod rozwagę, była z ciebie niezła dziewczynka, ale zadałaś tęgiego bobu i mnie i panu Torpenhow’owi.
— Niechże pan serdecznie pozdrowi pana Torpenhowa, gdy się pan z nim spotka; proszę nie zapomnieć.
— Ależ naturalnie, moja droga. A teraz zaprowadź mnie na pomost i do kajuty. Skorom stanął na okręcie, już, dziewczyno, mam cię w... Chciałem powiedzieć, jestem już wolny.
— Któż będzie na okręcie czuwał nad panem?
— Naczelny steward, jeżeli pieniądze znaczą coś na tym świecie. Gdy przyjedziemy do Port Said, zaopiekuje się mną lekarz, jeżeli choć trochę znam doktorów na linji P. & O. Ostatecznie Bóg, jak dotychczas, będzie miał mnie w swej opiece.
Bess, przebijając się przez zgiełkliwy statek, zatłoczony żegnającymi się i plączącymi krewniakami odjeżdżających, doprowadziła Dicka do jego kajuty. Potem Dick ją pocałował i ułożył się na łóżku, czekając, aż pokłady się opróżnią. On, który poprzednio przez czas tak długi uczył się chodzić pociemku w obrębie własnego pokoju, rozumiał doskonale rozłożenie części okrętu a konieczność czuwania nad własną wygodą była dlań jakby napojem rzeźwiącym. Zanim jeszcze śruba zaczęła z łoskotem wlec statek wzdłuż stoczni, Dick przedstawił się naczelnemu stewardowi, wręczył mu królewski napiwek, zapewnił sobie dobre miejsce przy stole, otworzył kuferek i z radością rozkwaterował się w kajucie. Prawie nie potrzebował szukać poomacku drogi, gdy się poruszał, wszystko było mu tak doskonale znane! Bóg był wielce nań łaskaw, albowiem właśnie gdy już w głowie Dicka zaczęła jawić się myśl o Maisie, ogarnął go sen, wywołany znużeniem. Spał tak niebożę aż do czasu, gdy parowiec minął już ujście Tamizy i jął kołysać się na rozchwiejach Kanału.
Chrzęst maszyn, woń smarów i farby, oraz wielce mu swojski pogwar w przyległej kajucie — zbudziły Dicka na nowem dziedzictwie.
— O jakże to dobrze ożyć na nowo!
Ziewnął, przeciągnął się całą krzepotą swego ciała i wyszedł na pokład; tam dowiedział, że znajdowali się niemal tuż obok latarń Brighton. Nie jest to jeszcze pełne morze, tak samo jak Trafalgar Square nie jest gromadzkim wygonem; gładkie przestwory zaczynają się dopiero od Ushant; mimo to jednak Dick czuł, że uzdrawiająca siła słonego żywiołu poczęła już nań oddziaływać. Huczny, acz niewielki przewał, idący wpoprzek toru okrętowego, bezceremonjalnie bruździł parowcowi przed samym nosem, zaś jedna z fal, łamiąc się kędyś za rufą, obryzgała pokład średni i stos nowych krzeseł, ustawionych na pokładzie. Dick słyszał, jak ze szczękiem tłukącego się szkła spadała piana — jej garstka nawet chlusnęła go po twarzy. Z rozkoszą wciągając w siebie powietrze, dowlókł się do palarni za sterem. Tam zdybał silny podmuch wiatru, strącił mu czapkę i zostawił go z gołą głową w przedsionku; steward, pełniący służbę w palarni, domyślając się, że ma do czynienia z doświadczonym podróżnikiem, oświadczył, że przy wylocie Kanału będzie silna dma, a w zatoce Biskajskiej czeka ich prawie że burza. Wszystkie te przepowiednie się spełniły, co Dicka uradowało niezmiernie. Na morzu bywa rzeczą dopuszczalną, a nawet konieczną, trzymać się silnie stołów, słupów i lin, gdy człek się porusza z miejsca na miejsce; na lądzie zaś człowiek, który poszukuje przed sobą drogi rękoma, jest z całą oczywistością ślepy. Na morzu nawet człek ociemniały, o ile nie podlega morskiej chorobie, może wraz z doktorem żartować sobie z przypadłości swych towarzyszów. Dick opowiedział doktorowi wiele kawałów — te zaś w razie umiejętnego obrotu stają się monetą cenniejszą od srebra — ćmił wraz z nim papierosy aż do późna w noc i tak sobie zaskarbił doczesne względy nowego znajomego, że ten obiecał poświęcić Dickowi parę godzin po przyjeździe do Port Said.
Morze huczało lub cichło wmiarę podmuchów wiatru; maszyny dniem i nocą nuciły swą śpiewkę; słońce z każdym dniem silniej dogrzewało; któregoś poranku cyrulik Tomasz Lascar golił Dicka pod odsłoniętą przyworą[1], gdzie zalatywały chłodne powiewy wiatru; rozpościerano płócienne zasłony; podróżni stawali się coraz weselsi. Nakoniec zawinięto do Port Said.
— Proszę mnie zaprowadzić — mówił doktorowi Dick — do Madame Binat... o ile pan wie, gdzie ona mieszka.
— Phi-u! — odrzekł doktór, — wiem, gdzie to! Wprawdzie między tutejszymi ludźmi niebardzo można wybierać; jednakowoż chyba pan wie o tem, że jest to jeden z domów najbardziej osławionych w tej miejscowości. Na początek tam ograbią pana do suchej nitki, a potem dadzą nożem pod żebro!
— Nie boję się tego z ich strony. Zaprowadź mnie pan do nich, a potem sam już sobie dam radę.
Został więc zaprowadzony do domu Madame Binat, gdzie nasycił nozdrza dobrze sobie znaną wonią Wschodu, która płynie niezmiennem korytem od przyczółka Kanału Suezkiego aż do Hong-kongu, i dowoli nagadał się rubaszną Lingua Franca, powszechnie używaną na Lewancie. Skwar słoneczny, niby poufała dłoń starego przyjaciela, poklepał Dicka po łopatkach; stopy Dicka jęły ślizgać się po piasku, a mankiet surduta, gdy go było podnieść do nosa, aż buchał ciepłem, jak świeżo wypieczony bochenek.
Madame Binat uśmiechnęła się, nie okazując po sobie najmniejszego zdumienia, gdy Dick wkroczył do szynku, który był niegdyś jedynem źródłem jej dochodów. Gdyby nie drobna przypadłość całkowitego oślepnięcia, przybyszowi doprawdy trudno byłoby pogodzić się z myślą, że kiedykolwiek rozstał się z dawnem życiem, które teraz znów szumiało mu w uszach. Ktoś otworzył butelkę nadzwyczaj mocnego Schiedamu.[2] Zapach ten Dickowi przypomniał pana Binat, który, między innemi, zwykł był mówić o sztuce i swem znikczemnieniu. Ale Binat już był w grobie; wyjawiła to madame wnet po odejściu doktora, zgorszonego — jak tylko potrafi gorszyć się lekarz okrętowy — serdecznością, z jaką tu powitano Dicka. Dick był tą serdecznością zachwycony.
— Tutaj pamiętają mnie po upływie roku. Przez ten czas tam za morzem zapomniano o mnie. Madame, chciałbym z panią dłużej pogwarzyć, gdy pani znajdzie wolna chwilkę! Dobrze to wrócić znów w dawne strony.
Wieczorem madame wystawiła na dwór stolik kawiarniany z żelaznym blatem i usiadła przy nim obok Dicka; tymczasem dom cały poza ich plecami napełniał się wrzawą, wesołością, pogróżkami i przekleństwami. Gwiazdy wschodziły na niebie, a koło przyczółka Kanału migotały światełka okrętów stojących w przystani.
— Juści. Wojna popiera handel, mój przyjacielu; ale skądeś ty się wziął tutaj? Myśmy o tobie nie zapomnieli.
— Bawiłem w Anglji i tam utraciłem wzrok.
— Ale najpierw zdobyłeś sobie wielką sławę. Słyszeliśmy o niej tutaj... nawet tutaj... i ja i Binat. Tak często malowałeś głowę Żółtej ’Tiny i tak pięknie, że ’Tina (ona jeszcze żyje) śmiała się do rozpuku, gdy poczta przywoziła nam czasopisma. Zawsze w tych rysunkach było coś takiego, co umieliśmy poznać od pierwszego spojrzenia. Pozatem płynęła do ciebie sława... i pieniądze.
— Nie jestem biedny... zapłacę pani sowicie.
— Nie przyjmę pieniędzy. Zapłaciłeś mi za wszystko!
A pod nosem wymamrotała:
Mon Dieu, taki młody, a już ślepy! Okropność! Dick nie mógł widzieć jej twarzy z malującem się na niej współczuciem, jak niemniej i własnego czoła z posiwiałemi już włosami na skroniach. Nie potrzeba mu było współczucia; całem jego pragnieniem było dostać się raz jeszcze na front. Zwierzył się z tem przyjaciółce.
— I dokądże to? Na Kanale jest pełno okrętów angielskich. Czasem tłuką z armat, jak to bywało dziesięć lat temu... kiedy tutaj toczyła się wojna. Za Kairem jest rżniętka niemała, ale jakże się tam dostaniesz bez paszportu korespondenta? Na pustyni stale wre walka, ale przedostać się tam również niepodobna — odrzekła madame.
— Muszę jechać do Suakin.
Dzięki odczytom Alfa Dick wiedział, że Torpenhow zatrudniony był przy kolumnie, która osłaniała budowę linji kolejowej Suakin — Berber. Parowce P. O. nie dochodzą do tego portu, zresztą Madame znała wszystkich, których pomoc lub rada mogłaby się w danym wypadku na coś przydać. Byli to ludzie niezbyt szanowni, ale umieli doprowadzić wszelkie sprawy do ostatecznych rezultatów, co jest rzeczą o wiele ważniejszą, gdy dzieło znajdzie się już w toku.
— Ale koło Suakin wciąż się biją. Z tej pustyni skądciś rodzą się nowi ludzie... i coraz to nowi. A jakie to zuchwalce! Pocóż to do Suakin?
— Przebywa tam mój przyjaciel.
— Twój przyjaciel! C-tt! c-tt! A więc chyba masz śmierć za przyjaciela!
Madame Binat położyła opasłe ramię na stole, napełniła ponownie szklankę Dicka i przyglądała mu się uważnie w świetle gwiazd. Zupełnie nie było potrzeby, by pochylał głowę na znak potwierdzenia i mówił, że...
— Nie. Jest to człowiek, ale... gdyby to miało nadejść... to... czy masz mi to za złe?
— Ja mam ci to mieć za złe? — roześmiała się piskliwie. — Kimże ja jestem, bym miała mieć komu coś za złe... z wyjątkiem tych, którzy starają się mnie oszukać w rachunkach za to, co zjedli lub wypili... Ale to rzecz okropna!
— Muszę jechać do Suakin. Pomyśl o mnie. Przez ten rok wiele, wiele się zmieniło i niema tu już ludzi, których znałem wprzódy. Egipski parowiec płynie wzdłuż Kanału do Suakin — a łodzie pocztowe... Ale nawet i w takim razie...
— Nie łamże już sobie nad tem głowy. Ja wiem, co zrobić, i moją rzeczą jest myśleć. Pojedziesz... pojedziesz i odwiedzisz swego przyjaciela. Bądź rozsądny i siedź tutaj, dopóki w domu nie nastanie jaki taki spokój... Ja muszę obsługiwać gości... a potem położyć się do łóżka. Pojedziesz, dalibóg pojedziesz.
— Jutro?
— Skoro tylko będzie można. — mówiła do niego takim tonem, jakim piastunka uspokaja małe dziecię.
Siedział za stołem, przysłuchując się gwarowi przystani i ulic i łamiąc sobie głowę, nad tem, kiedy się to wszystko skończy; wreszcie Madame Binat zaciągnęła go do łóżka i kazała mu ułożyć się na spoczynek. Cały dom rozbrzmiewał wrzaskiem, śpiewem, pląsami i hulanką; Madame Binat uwijała się w tym rozgardjaszu, jednem okiem doglądając zapłaty za napoje oraz sprawowania się dziewek służebnych, drugiem zaś strzegąc interesów Dicka. Ten drugi cel mając na względzie, uśmiechała się do patrzących ukradkiem i z podełba oficerów tureckich z pułków fellah’skich, wdzięczyła się do niższych cyprjockich funkcjonarjuszów komisarjatu i okazywała niezwykłą uprzejmość ajentom karawanowym, nienależącym wogóle do żadnej narodowości.
Wczesnym rankiem, ubrana w nadobną suknię balową z płomiennie czerwonego jedwabiu, z wyblakłym haftem złotym na przodzie oraz z wiązką szlifowanych szkiełek na szyi, przyrządziła czekoladę i zaniosła ją Dickowi.
— To tylko ja... a jestem już w dyskretnym wieku, hę? Wypij to, a zjedz-że i tę bułeczkę. Tak to we Francji, gdy dzieci sprawują się grzecznie, matki przynoszą im czekoladę.
Siadła na brzeżku łóżka i jęła szeptać:
— Wszystko przygotowane. Pojedziesz statkiem latarniczym. Trzeba dać w łapę dziesięć funtów angielskich. Kapitanowi rząd nic nie płaci. Statek przyjeżdża do Suakin w przeciągu czterech dni. Pojedzie tam z tobą Grek Jerzy, mulnik; znów potrzeba dać mu dziesięć funtów łapówki. Ja zapłacę; oni nie powinni zwęszyć, że masz pieniądze. Jerzy pójdzie z tobą, dokąd tylko uda mu się zajść z mułami. Potem powróci do mnie, ponieważ tutaj bawi jego bogdanka, a jeżeli nie dostanę telegramu z Suakinu, z doniesieniem że jesteś zdrów, dziewka odpowiada za Jerzego.
— Dziękuję — odrzekł Dick, sięgając sennie ręką ku filiżance. — Madame jest dla mnie nazbyt łaskawa.
— Gdybym mogła tu coś wskórać, powiedziałabym ci, żebyś pozostał na miejscu i zachował się grzecznie; ale coś mi się nie zdaje, iż byłaby to dla ciebie rzecz najlepsza! — i ze smutnym uśmiechem spojrzała na suknię, poplamioną trunkiem. — Nie, powinieneś jechać, naprawdę, powinieneś jechać. Tak będzie najlepiej. Tak będzie najlepiej, mój chłopcze.
Schyliła się i ucałowała Dicka pomiędzy oczy.
— To na dzień dobry! — rzekła na odchodnem. Gdy się ubierzesz, pogadamy z Jerzym i ułożymy wszystko. Najpierw jednak musimy otworzyć walizkę. Daj mi klucze.
— Ilość pocałunków stała się ostatniemi czasy wprost skandaliczną. Doczekam się tego, iż nakoniec i Torp mnIie pocałuje. Jednakże coś mi się widzi, że on mnie raczej zeklnie za to, żem wlazł mu w drogę. No, no! to nie potrwa długo... Hola, madame, pomóż-no mi się wystroić choć ostatni raz w życiu! Tam... za przewozem... nie będzie już sposobności ubrać się przyzwoicie.
Jął gmerać we wnętrznościach nowiuśkiego plecaka, kalecząc sobie ręce ostrogami. Istnieją dwa sposoby noszenia nieprzemakalnych cholewek, nieskazitelnie błękitnych owijaków, bryczesów i kurty khaki, oraz doskonale wyszorowanego hełmu. Właściwy sposób znamionuje mężczyznę niestrudzonego, panującego nad sobą, z zadowoleniem wyruszającego na wyprawę.
— Wszystko musi być poprawne w najmniejszym szczególiku! — wyjaśnił Dick. — Za czas jakiś wszystko się zbrudzi, ale teraz piękna odzież daje nam miłe uczucie. Czy wszystko jest tak, jak być powinno?
Poklepał rewolwer, zgrabnie schowany pod połą kurty na prawej goleni, i ruchem palca poprawił kołnierz.
— Nic tu już dodać nie potrafię, — odparła madame, śmiejąc się i płacząc napoły. — Przypatrzno się sam sobie... ale zapomniałam...!
— Jestem wielce zadowolony! — i pogładził niepomarszczone skręty swych owijaków. — Teraz chodźmy zobaczyć kapitana, Jerzego i tę łódź latarniczą. Dalej żywo, madame!
— Ależ chyba nie chcesz, by cię za dnia widziano spacerującego ze mną po przystani. Wystaw sobie, coby to było, gdyby jakieś Angielki...
— Tam niema Angielek, a nawet jeżeli były, to już o nich zapomniałem. Zaprowadź mnie tam.
Naprzekór trawiącej go niecierpliwości, musiał czekać do samego niemal wieczora, zanim statek latarniczy ruszył w drogę. Madame nakładła w głowę Jerzemu i kapitanowi, co należało poczynić celem zapewnienia Dickowi wszelkich wygód. Mało kto z pośród ludzi, którzy mieli zaszczyt znać Madame Binat, poważał się gardzić jej radą; tego rodzaju wzgarda mogłaby się zakończyć tem, że dany osobnik zostałby zasztyletowany przez jakiegoś nieznajomego człowieka w pierwszej-lepszej jamie szulerskiej, po zadziwiająco krótkiem, doraźnem wyzwaniu.
W ciągu sześciu dni — z których dwa zmitrężono w zatłoczonym Kanale — parowczyk dobił się do Suakin, gdzie na swój pokład miał zabrać nadzorcę latarń morskich; Dick wziął sobie za zadanie przejednać Jerzego, który, szarpany trwogą o bezpieczeństwo swej ukochanej, był napół skłonny przypisywać Dickowi odpowiedzialność za swe utrapienia. Gdy przybyli na miejsce przeznaczenia, Jerzy wziął go pod swe skrzydła. Razem weszli do skwarnej, żaru pełnej, przystani, zawalonej materjałem budowlanym, rumowiskiem i wszelakiemi tadrachami z linji Suakin-Berber, począwszy od pogruchotanych parowozów, a skończywszy na stosach krzeseł oraz podkładów kolejowych.
— Jeżeli pan będzie się mnie trzymał — mówił Jerzy — nikt pana nie zaczepi o paszport ani też nie spyta, co pan tu robi. Wszyscy są bardzo zajęci.
— Tak, ale chciałbym też posłyszeć rozmowę którego z Anglików. Oni tu mnie może pamiętają. Znano tu mnie przed laty... gdy jeszcze ze mnie był człek jaki taki.
— Przed laty... to tutaj tyle, co przed bardzo wieloma laty. Cmentarzyska tu pełne. A teraz niech pan posłucha. Ta nowa kolej dochodzi do Tanai-el-Hassan... jest to siedem mil stąd. Dalej jest obozowisko. Powiadają, że za Tanai-el-Hassan wojska angielskie posuwają się naprzód, a tą linją dowozi im się wszystko, czego potrzebują.
— Aha! Główna baza. A jakże, jakże! Lepiej-ci siedzieć w takim obozie, niż bić Sudańczyków w otwartem polu.
— Z tego powodu nawet muły jadą w żelaznym pociągu.
— Jak to: żelaznym?
— Cały jest obity żelazem, ponieważ wciąż tam jeszcze strzelają.
— Aha! pancerka! coraz to lepiej! Mów dalej, mój wierny Jurasie.
— I ja jutro załaduję się w nocy wraz z mojemi mułami. Tylko ci, którzy mają jakiś szczególny powód jazdy do obozu, bywają przyjmowani do pociągu. Strzelanina zaczyna się tuż pod samem miastem.
— O, najdrożsi... oni zawsze mieli to w zwyczaju!
I Dick z rozkoszą chłonął w siebie zapach sypkiej, suchej kurzawy, rozpalonego żelaza i kapiącej farby. Doprawdy, dawne życie powitało go znów z całą bujną okazałością.
— Gdy zbiorę muły, wybiorę się w drogę dziś w nocy, ale wpierw musisz pan posłać telegram do Port Said, donosząc, że nie wyrządziłem panu nic złego.
— Madame tęgo trzyma cię w garści. Czy wpakowałbyś mi nóż pod żebro, gdybyś miał po temu sposobność?
— Niema tu nawet mowy o sposobności — odparł Grek. — Ona jest razem z tą kobietą.
— Wiem o tem. Złe to mieć serce podzielone między miłość ku kobiecie, a okazję zdobyczy. Współczuję z tobą, Jerzy.
Udali się do urzędu telegraficznego; nikt ich nie zahaczył, gdyż wszyscy byli wściekle zajęci i ledwie kto miał czas odwrócić głowę, a zresztą Suakin był chyba ostatnią miejscowością pod słońcem, w której możnaby nieco poświętować. Gdy powracali, głos jakiegoś porucznika angielskiego zagadnął Dicka, kto on zacz i co tu porabia. Dick, idąc pod ramię z Jerzym i mając na czole niebieskie okulary, odpowiedział:
— Muły... z ramienia rządu egipskiego. Kazano mi je dostarczyć do A. C. G.[3] w Tanai-el-Hassan. Czy mam pokazać dokumenty?
— Ależ nie, to zbyteczne. Przepraszam pana. Nie mam prawa żądać ich od pana, ale ponieważ nigdy nie widziałem pańskiej twarzy...
— Dziś w nocy prawdopodobnie wyjadę pociągiem — rzekł Dick śmiało. — Chyba nie napotkam trudności w załadowaniu mułów?
— Stąd widać wagony przewozowe dla koni. Pan powinien je zawczasu załadować.
Młody poruczniczek oddalił się, zachodząc w głowę, kim mógł być ten pokraczny odludek, który mówił zpańska, a bratał się z greckim mulnikiem. Dick czuł się nieszczęśliwy. Utrzymanie się w kropce wobec oficera angielskiego jest czynem chwackim, ale wszelka intryga traci posmak, jeżeli trzeba odgrywać ją z głębin czarnej ciemności i tłuc się naoślep po wyboistych drogach, myśląc, coby to było, gdyby okoliczności złożyły się inaczej i gdyby wszystko możnaby uważać za niebyłe.
Jerzy, zjadłszy obiad w towarzystwie Dicka, odszedł do linji, gdzie stały muły. Człowiek powierzony jego pieczy, usiadł na rozpostartej płachcie i zakrył twarz rękoma. Przed jego zamkniętemi szczelnie oczyma pląsała twarz Maisie, z wargami rozchylonemi w uśmiechu. Dokoła niego panował wielki rwetes i wrzawa. Trwożył się coraz to więcej i omało co nie począł przywoływać Jerzego.
— I cóż, uporał się już pan ze swemi mułami? — ozwał się za jego plecami głos porucznika.
— Mój sługa zajął się niemi. Widzi... widzi pan, nabawiłem się zapalenia oczu i widzę bardzo kiepsko.
— Na Jowisza! to bieda! Powinieneś pan przeleżeć się czas jakiś w szpitalu. Ja sam raz na to cierpiałem. Zupełnie to samo, co oślepnąć!
— I ja tak uważam. Kiedyż odjeżdża ta pancerka?
— O szóstej. Na przebycie siedmiu mu potrzebuje całej godziny.
— Czy Sudańczycy drą koty z naszymi?
— Mniej więcej trzy razy na tydzień... po nocach. Ja właśnie obejmuję dowództwo nocnego pociągu. Zazwyczaj wieczorem, gdy odjeżdża do Tanai, bywa zupełnie pusty.
— W Tanai, jak się domyślam, musi być wielki obóz?
— Bardzo wielki. On to ma za zadanie zaopatrywać w żywność naszą kolumnę piechoty, działającą w pustyni.
— Czy daleko znajduje się obecnie kolumna?
— Jakie trzydzieści lub czterdzieści mil stąd... w piekielnie suchej okolicy.
— Czy przestrzeń między Tanai a naszemi oddziałami jest spokojna?
— Mniej więcej. Nie chciałbym przebywać jej samopas, albo też, na ten przykład, w charakterze dowódcy plutonu, ale wywiadowcy przedostają się przez nią jakimś nadzwyczajnym sposobem.
— Zawsze to było ich zwyczajem.
— Więc pan był tu już kiedyś?
— Przebyłem tu większą część tarapatów poprzedniej wojny.
— Był w czynnej służbie i dostał dymę! — przyszło odrazu na myśl porucznikowi, wobec czego powstrzymał się od dalszych pytań.
— Pański pachołek nadchodzi z mułami. Wydaje mi się nieco dziwnem...
— Że zajmuję się dostawą mułów? — zapytał Dick.
— Nie tak chciałem powiedzieć, ale uderzył pan w sedno. Proszę mi wybaczyć... wiem, że to gruba impertynencja z mej strony... ale pan mówi tak, jak człowiek, który był w szkołach. Ton pański nie pozostawia najmniejszej wątpliwości.
— Skończyłem szkołę średnią.
— Tak właśnie przypuszczałem. Nie chciałbym zadrażniać pańskich uczuć, ale coś mi się widzi, że panu trochę nie dopisało szczęście... czy zgadłem? Widziałem, że pan siedział, objąwszy rękoma głowę i to właśnie mnie skłoniło do tego, ażeby pana zaczepić.
— Dziękuję panu. Jestem zupełnie i doszczętnie zrujnowany, jak tylko można najgorzej.
— Przypuszczam... chciałem powiedzieć, że sam też ukończyłem szkołę średnią. Czy nie mógłbym... niech pan to przyjmie jako pożyczkę... no, widzi pan...
— Pan jest dla mnie nazbyt łaskawy, ale daję panu słowo honoru, że mam pieniędzy poddostatkiem... Jednakże powiem, czemby mi się pan wielce przysłużył i zobowiązał do wiekuistej wdzięczności. Pozwól mi pan wejść na lorę pociągu. Wszak lora znajduje się na przedzie?
— Tak. Skąd to pan wie?
— Byłem już kiedyś na pancerce. Niech mi tylko pan pozwoli zobaczyć... to jest, usłyszeć tę zabawę, a będę panu wdzięczny. Jadę na własne ryzyko, jako niebiorący udziału w walce.
Młody porucznik zamyślił się na chwilę.
— Dobrze — ozwał się. — Przypuszczalnie pociąg będzie pusty i nikt mnie nie zwymyśla, gdy przyjedziemy na miejsce.
Jerzy oraz zgraja wrzaskliwych przygodnych pomocników zdążyli załadować muły, tak iż wąskotorowy pociąg pancerny, cały zakuty w blachę stalową grubości 3/8 cala, wyglądający niby długa trumna, stał już gotów do odjazdu.
Lory, jadące przed parowozem, były całkowicie osłonięte żelazem, jedynie pierwsza z nich miała z przodu wystrzelnię celem umieszczenia wylotu karabinu maszynowego, a takież otwory znajdowały się po bokach drugiej. Razem obie lory tworzyły długą, sklepioną komorę, w której hałaśliwie zabawiało się kilkunastu artylerzystów.
— Whitechapel... ostatni pociąg! Aha, widzę, że się tam całujecie w pierwszej klasie! — wrzasnął ktoś nieznajomy, właśnie, gdy Dick gramolił się na przednią lorę.
— Dalibóg! mamy prawdziwego pasażera do Kew, Tanai, Acton i Ealing! Może pan pozwoli Echo? Specjalne wydanie! A może Gwiazdę?
— Może pan chciałby tu sobie nogi ogrzać? — rzekł ktoś drugi.
— Dziękuję. Złożę należny okup — odrzekł Dick i wnet zapanowały pomiędzy niemi najserdeczniejsze stosunki, aż z nadejściem porucznika nastało milczenie i pociąg jął przewalać się z turkotem po niegładkim torze.
— Ogromnie ulepszono sposoby strzelania do niewrażliwych Sudańczyków w otwartem polu! — przemówił Dick z kąta.
— Tak, ale oni jeszcze są niewrażliwi. Oho, już tłuką! — ozwał się porucznik, gdy kula uderzyła w zewnętrzna ścianę lory. — Zawsze mamy przynajmniej jedną taka demonstrację przeciwko nocnemu pociągowi. Zazwyczaj atakują lorę tylną, gdzie dowodzi mój zastępca. On ma największą uciechę z tej zabawy.
— Ale nie dzisiaj! Proszę słuchać! — ozwał się Dick.
Sypnął się grad kul, po nim ozwały się wrzaski i wycia. Synowie pustyni cenili sobie swą nocną rozrywkę, a pociąg stanowił cel wyborny.
— Czy warto posłać im garstkę ołowiu? — rzucił porucznik pytanie w stronę maszyny, którą prowadził oficer saperów.
— Właśnie o tem myślałem. To mój odcinek linji. Zepsują nam tor, jeżeli ich nie zatrzymamy w przyzwoitej odległości.
— Pal!
— Hrrmph! — chrząknął karabin maszynowy wszystkiemi pięcioma swojemi nozdrzami, gdy porucznik opuścił cyngiel zpowrotem. Puste gilzy brzęczały na podłodze, a dym rozsnuł się po lorze. Na tyłach pociągu słychać było — niedającą się uchem rozeznać — strzelaninę, a z ciemności huczała jej w odpowiedzi ustawiczna palba, połączona z nieopisanem wyciem. Dick rozciągnął się na podłodze, do szału upojony zapachami i dźwiękami.
— Bóg na mnie łaskaw... nigdy nie myślałem, że jeszcze kiedyś to usłyszę! Urządźcie-ż im piekło, wiara! urządźcie im piekło! — darł się, co sił mu starczyło.
Pociąg zatrzymał się wskutek jakiejś zawady na torze; garść ludzi wyszła na zwiady, ale za chwilę powróciła po łopaty, klnąc głośno. To synowie pustyni spiętrzyli usypiska piasku i żwiru na torze, wobec czego stracono dwadzieścia minut zanim zdołano utorować sobie drogę, potem znów zaczęto się zwolna posuwać, a dalszą tę podróż urozmaicały coraz to częstsze wystrzały i wrzaski, ustawiczne klekotanie i kopanie karabinów maszynowych, a wreszcie postój wywołany częściowem rozebraniem szyn... aż po tem wszystkiem pociąg przybył pod osłonę gwarnego obozowiska Tanai-el-Hassan.
— No, teraz pan widzi, czemu potrzeba aż półtora godziny na przejazd pociągiem — ozwał się porucznik, rozładowując swą ulubioną maszynkę.
— Bądź co bądź, była to zabawka. Jabym tylko sobie życzył, żeby to wszystko trwało dwa razy tak długo. Jak wspaniale musiało to wyglądać od zewnątrz! — ozwał się Dick z westchnieniem żalu.
— Po paru nocach staje się to już nudne. A teraz, przechodząc na inny temat, skoro pan już wyładuje muły, proszę przyjść do mojego namiotu i może tam znajdzie jakaś przekąska. Jestem Bennil, z pułku artylerji... a niech pan uważa, żeby się w ciemności nie przewrócić na linach mego namiotu.
Ale dla Dicka wszystko było ciemnością. Jedynie węchem rozpoznawał wielbłądy, cegiełki prasowanego siana, gotowaną warzę, dymiące ogniska i słońcem prażone płótna namiotów; wysunąwszy się z pociągu, stał w miejscu czas jakiś i jął wrzaskiem przywoływać Jerzego. W tylnych wagonach słychać był beztroskie uderzanie kopyt w żelazną ścianę, przy wtórze kwików i pochrząkiwań. To Jerzy wyładowywał muły.
Lokomotywa wypuszczała z siebie parę prawie w same ucho Dicka; chłodny wiatr pustyni plątał mu się pomiędzy nogami. Dick czuł, że jest głodny i brudny — tak brudny, iż począł na chybił-trafił otrzepywać kurtę rękoma. Była to praca beznadziejna, wobec czego wetknął ręce do kieszeni i jął liczyć w myśli, ile to razy zdarzyło mu się w obcem lub odludnem miejscu oczekiwać pociągów, wielbłądów, mułów albo koni, które miały go zawieźć na miejsce przeznaczenia. W owych czasach jeszcze widział doskonale, jak mało kto, — ale widok zbrojnego obozowiska i wieczerzy przy świetle gwiazd był zawsze nowem orzeźwieniem dla oka. W tem wszystkiem była barwność, światło i ruch, bez których życie ludzkie nie posiada uroku. Tej nocy jedynie oczekiwała Dicka jeszcze jedna przeprawa przez ciemności, które nigdy się nie rozproszą i nie wyjawią podróżnikowi, jak długą przebył drogę. Potem miał znów uścisnąć dłoń Torpenhowa... tego Torpenhowa, który był żyw i krzepki i uczestniczył w wojnie, co niegdyś wsławiła niejakiego Dicka Heldara (niechże go nikt nie miesza z niewidomym, zahukanym powsinogą, który zdawał się mieć prawo do tegoż nazwiska!). Tak, teraz jego zadaniem było odnaleźć Torpenhowa i wedle możności zbliżyć się jak najwięcej do dawnego trybu życia. Wówczas zapomni o wszystkiem: o Bessie, która zniszczyła Melancholję i omal nie zniszczyła jego żywota; o Beetonie, który żył w jakiemś dziwnem, nierzeczywistem mieście, pełnem ćwieków, kurków gazowych i innych rupieci, nikomu na nic niezdatnych; o tej bzdurnej istocie, która ofiarowała mu miłość i wierność, ale nie podpisała swego nazwiska; a nadewszystko o Maisie, która — biorąc rzeczy z punktu jej zapatrywań — była bezsprzecznie nieomylna we wszystkich swych postępkach, ale... ach... w tem oddaleniu jakże wiele w sobie miała dręczącego uroku!
Jerzy, położywszy mu dłoń na ramieniu, przywołał go znów do obecnej rzeczywistości.
— A co teraz? — zagadnął mulnik.
— Aha prawda! Co teraz? Zaprowadź mnie do wielbłądników. Zaprowadź mnie tam, gdzie przesiadują wywiadowcy, gdy powrócą z pustyni. Siedzą przy wielbłądach, a wielbłądy pożywiają się zbożem wysypanem czarną derkę zawiniętą wgórę na rogach... zaś ludzie posilają się tuż koło nich, zupełnie jak wielbłądy. Tam mnie zaprowadź!
Obóz był pełen nierówności, wybojów i kolein, a Dick parokrotnie potykał się na kłykciach karłowatych krzewów. Wywiadowcy siedzieli koło swych zwierząt, o czem Dick już zgóry dobrze wiedział; na twarzach ich migotały odbłyski ognisk, rozpalonych na nawozie bydlęcym; poza nimi spoczywały wielbłądy, z chrzęstem i mlaskaniem przeżuwając obrok. Nie leżało bynajmniej w zamierzeniach Dicka zapuszczać się w pustynię pod eskortą posiłków. To mogłoby doprowadzić do natrętnych pytań i nagabywań, a ponieważ człowiek ślepy jest na froncie piątem kołem u wozu, pewnoby go zniewolono wracać do Suakinu. Musiał więc jechać samopas i to niezwłocznie.
— Teraz jeszcze jedno zuchwalstwo... największe ze wszystkich! — powiedział. — Pokój z wami, bracia!
Czujny na wszystko Jerzy wprowadził go do kręgu ludzi, siedzących przy najbliższej watrze. Głowy szeików-wielbłądziarzy schyliły się poważnie, a wielbłądy, węsząc Europejczyka, rzuciły boczkiem zaciekawione spojrzenie, niby kwoczka siedząca na jajkach, i były już napoły gotowe zerwać się na nogi.
— Jeden wielbłąd i jeden jeździec ma dziś w nocy jechać na linję bojową — rzekł Dick.
— Czy Mulaid? — zapytał czyjś głos, drwiąco wymieniając nazwę najlepszego gatunku juczników, jaki był mu znany.
— Bisharin — odparł Dick z całą powagą. — Bisharin bez odparzeń od siodła! Dlatego ciebie mi tu nie potrzeba, kołtunie!
Upłynęło parę minut. Potem ozwał się głos:
— W nocy jesteśmy obowiązani do postoju. Z obozu wychodzić nie wolno.
— Ani za pieniądze?
— Hm! Aha! czy angielską monetą?
Znów nastała chwila przygniatającego milczenia.
— A ile?
— Dwadzieścia pięć funtów angielskich, wypłaconych na rękę poganiaczowi po ukończeniu mej podróży, tudzież drugie tyle na rękę szeika, który ma je wypłacić poganiaczowi za jego powrotem.
Była to królewska zapłata, więc szeik, który wiedział, że dostanie porękawiczne za depozyt, jął przeważać sprawę na stronę Dicka.
— Pięćdziesiąt funtów... i to tylko za jednorazową przejażdżkę po nocy. Można za to kupić ziemie, źródła, piękne drzewa i kobiety... i być szczęśliwym przez resztę żywota. Któż się odezwie? — mówił Dick.
— Ja — przemówił jakiś głos. — Ja pojadę... ale z obozu nie można wyjechać.
— Głupiś! Wiem, że wielbłąd może zerwać się z postoju, a warty nie strzelają, jeżeli ktoś puści się w pościg. Dwadzieścia pięć funtów... i drugie dwadzieścia pięć. Ale muszę mieć dobrego Bisharina; nie wezmę wielbłąda jucznego.
Zaczęły się więc układy, a w pół godziny później pierwszy depozyt został złożony w ręce szeika, który jął półgłosem rozmawiać z poganiaczem. Dick słyszał, jak drugi z nich mówił:
— Droga niedaleka. Byle jaki wielbłąd juczny tu wystarczy. Nie głupi-m marnować swego bydlęcia dla człowieka ślepego.
— A chociaż niedowidzę — przemówił Dick głosem zlekka podniesionym, — jednakże mam przy sobie coś, co ma sześcioro oczu... a poganiacz będzie siedział przede mną. Jeżeli o świcie nie dobijemy do wojsk angielskich, położę go trupem!
— Ale, na imię Boga, gdzież są te wojska?
— Jeżeli nie wiesz, to pojedzie kto inny. Czy już ci wiadomo? Pamiętaj, że od tego zawisła twoja śmierć lub życie!
— Wiem, — rzekł poganiacz markotnie. — Niechpan odstąpi od mego bydlęcia; chcę je puścić wolno.
— Nie tak nagle! Jerzy, potrzymaj-no przez chwilę łeb wielbłąda. Chcę mu pysk obmacać.
I jął wodzić rękoma po sierści zwierzęcia, aż namacał wypalone półkole, stanowiące cechę prawdziwego Bisharina, śmigłego wielbłąda wierzchowego.
— No dobrze! Odetnij mu postronki. Pamiętaj że nie dostąpi błogosławieństwa Bożego, kto stara się w błąd wprowadzić ślepca!
Ludzie, siedzący przy ogniskach, śmiali się w kułak ze zmieszania poganiacza, albowiem ten zamierzał podstawić Dickowi małego niedorozwiniętego wielbłąda jucznego.
— Z drogi! — krzyknął ktoś, uderzając Bisharina pod brzuch korbaczem. Dick posłuchał wezwania; jednocześnie uczuł w swej ręce zaciśnięty postronek, idący od nozdrzy wielbłąda — i rozległ się krzyk:
— Illaha! Aho! Urwał się!
Bisharin z rykiem i parskaniem zerwał się na nogi dał nura w pustynię, a za nim jął biec poganiacz, krzycząc i labiedząc. Jerzy uchwyciwszy Dicka za ramię, co żywo go przeciągnął, potykającego się i kulejącego, tuż obok skwaszonego wartownika, który był już nawykły do nagłego płoszenia się wielbłądów.
— Cóż to za hałasy? — zawołał tenże.
— Wszystkie moje łachy i graty znajdują na tym przeklętym dromedarze! — odpowiedział Dick gwarą prostego żołnierza.
— Idź-że sobie, a uważaj, ażeby ci tam nie poderżnięto gardła... i tobie i twojemu dromedarowi|!
Krzyki ustały, gdy wielbłąd zniknął za wzgórzem; wówczas poganiacz przywołał swe zwierzę i kazał mu przyklęknąć.
— Siadaj pierwszy — rzekł Dick, poczem gramoląc się na drugie siedzenie i z cicha wymierzając lufę rewolweru w krzyże swego towarzysza. — No, w imię Boże, ruszaj co żywo! Do widzenia, Jerzy! Pozdrów madame ode mnie i bądź szczęśliwy ze swą dziewczyną. Dalej w drogę, synu jaskini!
W parę minut później został objęty wielką ciszą, zaledwie przerywaną skrzypieniem siodła i lekkiem dreptaniem niestrudzonych nóg wierzchowca. Dick usadowił się wygodnie, odpowiednio do kołysania i chybotania się wielbłąda, zacisnął mocniej pas na sobie i wyczuwał rozpraszanie się ciemności. Przez godzinę zdawał sobie sprawę jedynie z uczucia gwałtownego pędu.
— Dobry wielbłąd! — ozwał się nakoniec.
— Nigdy go nie głodziłem. To moja bestyja i mojego chowu — odparł poganiacz.
— Jedź dalej! — naglił Dick.
Głowa opadła mu na piersi i próbował myśleć, ale wątek myśli przerywała mu senna ociężałość. W takie pół-drzemce utroił sobie, że uczy się na pamięć hymnu, zadanego mu za karę przez panią Jennett. Albowiem to przed chwilą dopuścił się był jakiegoś przewinienia, tak wstępnego jak naruszenie sabatu, a ona za to zamknęła go na klucz w pokoju. Atoli biedak ani rusz nie mógł sobie przypomnieć; więcej ponad dwa pierwsze wiersze hymnu:

Kiedy Izrael (iż Pan go miłował)
Wychodził z domu niewoli...

Powtarzał je sobie po tysiączne razy. Poganiacz obrócił się w siodle, chcąc zobaczyć, czy nie nadarzyłaby się posobność wyrwania rewolweru pasażerowi, a tem samem zakończenia tej jazdy. Dick zerwał się, trzasnął go kolbą w głowę i docna otrząsnął się z morzącego śpiku. Gdy wielbłąd gramolił się z trudem na wznoszącą się wyżnie, zawrzasnął na nich ktoś schowany w gęstwie ciernistych zarośli. Huknął strzał i znów zapadła cisza, niosąc pragnienie snu. Dick nie potrafił już skupić myśli. Zanadto był zmęczony, zdrętwiały i skulony, by potrafił uczynić coś więcej, jak tylko kiwać się markotnie od czasu do czasu na grzbiecie wielbłąda, budzić się z przerażeniem i grzmocić poganiacza kolbą pistoletu.
— Czy księżyc świeci? — zapytał ospale.
— Właśnie niedługo zajdzie.
— O gdybym mógł go zobaczyć! Zatrzymaj wielbłąda. Niechże przynajmniej posłyszę gwar pustyni.
Poganiacz usłuchał rozkazu. Z przestrzeni, objętej niezgłębioną ciszą, nadbiegł dech wiatru — zaszuścił podał w zeschłych liściach jakiegoś krzewu i znów stał. Garstka suchej ziemi oderwała się z nad krawędzi żlebu, wymytego przez deszcze i cichuśko potoczyła się na dno.
— Jedź dalej! Noc zimna, przejmuje aż do szpiku kości!
Komu zdarzyło się kiedy czuwać do samego ranka temu wiadomo, jak ostatnia godzina przed świtem wydłuża się w okres nieskończonej wieczności. Zdawało się Dickowi, że od początku pierwotnej ciemności nigdy nie czynił nic innego, tylko podrygiwał w powietrzu. Raz na tysiąc lat przesuwał palce po główkach ćwieczków na przedzie siodła i liczył je dokładnie. W setki lat później przekładał rewolwer z prawej ręki do lewej i wolno wbok opuszczał utrudzone ramię. Z bezpiecznej oddali Londynu przyglądał się sobie samemu w takiem położeniu... przyglądał się badawczo, rozważnie. Jednakże ilekroć podnosił rękę do płótna, ażeby namalować bronzowo-żółtą pustynię w poświacie zachodzącego księżyca, czarną sylwetkę wielbłąda i dwie zgarbione postaci na jego grzbiecie, tylekroć ta ręka trzymała rewolwer, a ramię było omdlałe, znieczulone od obojczyka aż po przegub. Co gorsza, on sam znajdował się w pomroczy i nie mógł dostrzec płótna.
Poganiacz chrząknął, a Dick wyczuł w powietrzu jakąś zmianę.
— Węszę już brzask! — szepnął.
— Już świt za chwilę, a tam oto są wojska. Czy dobrze wywiązałem się z polecenia?
Wielbłąd wyciągnął szyję i zaryczał, jako że z wiatrem zaleciał przenikliwy cuch wielbłądów, znajdujących się w czworoboku bojowym.
— Dalej, dalej! Musimy się tam dostać corychlej. Dalej!
— W obozowisku wielka krzątanina. Taki kurz, że nie mogę dostrzec, co oni tam robią.
— Czylim ja w lepszem położeniu? Nuże dalej!
Usłyszeli przed sobą rozgwar głosów, a w nim pobekiwanie i wycie zwierząt tudzież ochrypłe krzyki żołnierzy, przyłączających zaprzęgi i rynsztunki na dzisiejszą wyprawę. Rozległo się parę wystrzałów.
— Czy to u naszych strzelają? Przecież chyba widzą, ie jestem Anglikiem! — zagadnął Dick gniewnie.
— Nie, to z pustyni — odrzekł poganiacz, pochylając że się w siodle. — Dalej naprzód, synaczku! Dobrze, świt nie zdradził nas przed godziną.
Wielbłąd pędził wprost na kolumnę, a tymczasem strzelanina się wzmogła. Synowie pustyni byli przygotowali bynajmniej nie miłą niespodziankę, a mianowicie atak o świcie na wojsko angielskie i macali odległość, pukając na chybił-trafił do jedynego ruchomego celu poza obrębem czworoboku.
— Co za szczęście! Jakież zdumiewające, królewskie szczęście! — mówił Dick. — A więc to „przed samą bitwą, matulu!“ Ach, Bóg okazał się wielce litościw dla mnie! Tylko... — udręka tej myśli kazała mu na chwilę zamknąć oczy — Maisie...
— Allah! Jużeśmy na miejscu! ozwał się poganiacz, gdy wjechali już pomiędzy straż tylną i wielbłąd uklęknął.
— Któżeście u kaduka? Gońcy czy też inni biesi? Jaka jest siła nieprzyjaciół za tym grzbietem? Jakeście się przedostali? — zapytało ich naraz kilkanaście głosów.
Dick za całą odpowiedź odetchnął pełną piersią, odpiął pas i całym wysiłkiem utrudzonego, zdławionego głosu jął krzyczeć:
— Torpenhow! Hej, Torpenhow! Hola Torpenhow!
Jakiś brodaty mężczyzna, dotąd grzebiący w popiele celem znalezienia żarzącego się węgla do fajki, nadbiegł co sił na to wołanie; tymczasem straż tylna, uczyniwszy zwrot wtył, zaczęła strzelać w stronę kłębków dymu za dokolnemi wzgórkami. Niebawem rozproszone białe obłoczki wyciągnęły się w długie smugi zwartej białości, co nawisły brzemieniem w porannej głuszy, aż wkońcu przewaliły się jak białe czubki fal i rozpłynęły się po wądołach. Żołnierze w czworoboku pokaszliwali, przeklinali dym własnych karabinów, zasłaniający im widok, i postępowali naprzód, byle wyjść na miejsce przestronne. Jakiś zraniony wielbłąd zerwał się na nogi i głośno zabeczał, aż wrzask jego opadł w bulgocącem rzężeniu; ktoś poderżnął gardło zwierzęciu, by nie wywoływało zamieszania. Potem rozległ się charkotliwy szloch jakiegoś człowieka, który poniósł śmiertelną ranę od kuli; potem przeraźliwy okrzyk konania — i znów strzelanina ze zdwojoną siłą.
Nie było czasu na zadawanie pytań.
— Złaź, człowiecze! ukryj się tu za wielbłądem!
— Nie! Proszę cię, zaprowadź mnie na pierwszą linję bojową.
Dick zwrócił twarz w stronę Torpenhowa i podniósł rękę, aby poprawić kask na głowie, ale zamiast tego — źle obliczywszy odległość — strącił go tylko na ziemię. Torpenhow ujrzał, że przyjaciel ma siwe włosy na skroniach i że twarz jego nosi już cechy starczej zgrzybiałości.
— Złaź, durniu zatracony! Dicku, mój Dicku, oddal się stąd!
I Dick zszedł posłusznie — lecz waląc się wbok, jak podcięte drzewo, z siodła Bisharina do stóp Torpenhowa. Szczęście wytrwało przy nim do ostatka... uwieńczyła je owa litościwa kula, która w tej oto chwali przeszyła mu czaszkę...
Torpenhow ukląkł pod osłoną wielbłąda, piastując na rękach zwłoki Dicka.

KONIEC.




  1. Drzwi, zamykane od góry, prowadzące ze strychu na dół lub z pokładu do kajuty, in. falrep (P. tł.).
  2. Holenderska wódka, palonka.
  3. Adjutantura korpusu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Józef Birkenmajer.