Dyliżans/Akt IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Dyliżans
Rozdział Akt IV
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom IX
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Indeks stron


AKT IV.

(Salon w oberży w Toruniu — drzwi numerowane — na przodzie sceny po prawéj stronie stolik, po lewéj w głębi zwierciadło stojące.)


SCENA I.
Józef (sam).

Jak na węglach stoję, dwunasta — Dyliżansu jak niewidać, tak niewidać; jeżeli Panu nie udała się sztuczka, adieu moje pięćdziesiąt dukatów! — adieu kochanki moje, któremi pieściłem się zawczasu. Ach, otóż i on!





SCENA II.
Ludmir, Eugenja, Józef.
(Ludmir bez peruki, ale jako Orgon ubrany.)
Józef.

Bogu dzięki, że Pana widzę; jakże tam Panie?

Ludmir.
Wszystko dobrze, kiedy mnie widziaz tak grubym jak wyjechałem.
Józef.

Zatém...

Ludmir.

Zatém z moich pięciuset wygrałeś pięćdziesiąt dukatów.

Józef.

Jak ja się cieszę, kiedy się Panu wiedzie.

Ludmir.

Dowiedziałeś się, gdzie mieszka Pan Derber?

Józef.

Tu pod Nrem 6tym, ale go niema w domu — Nr. 7my zatrzymamy dla Panny Eugenji, a dla Pana wziąłem Nr. 9ty.

Ludmir.

Gdzie jest Derber, nie wiesz.

Józef.

Zdaje mi się, że na dole gazety czyta — każę go uwiadomić o przybyciu Panny Eugenji.

(Odchodzi.)
Ludmir.

Spiesz się.





SCENA III.
Ludmir, Eugenja.
Ludmir.

Zbliżamy się do rozwiązania.

Eugenja.
Niestety!
Ludmir.

Dlaczegóż niestety? mam najlepszą nadzieję — dzień zaczął się szczęśliwie i w tym poczciwym Filonku znaleźliśmy skarb nieoszacowany.

Eugenja.

Rozmowa z moim ojczymem, jestto kwaśny kąsek.

Ludmir.

Dlatego chciałbym, aby jak najprędzéj się odbyła.

Eugenja.

Boje się niewymownie.

Ludmir.

Zatém starać się będziesz, droga Eugenjo, jak ci mówiłem...

Eugenja.

Ktoś nadchodzi.

Ludmir.

Zostawiam cię samą. (całując w rękę) Tylko śmiało a wszystko dobrze pójdzie.

Eugenja.

Do zobaczenia.

Ludmir.

Szczęśliwego...





SCENA IV.
Eugenja, Derber.
Derber.

Witam Wać Pannę, gdzież jest Doktor?

Eugenja.
Wstrzymał się na komorze.
Derber.

Starałaś się Wać Panna podobać Doktorowi?

Eugenja.

Nie starałam się, ponieważ...

Derber.

To źle, bardzo źle — wyraźnie pisałem. Wać Parma niemasz grosza posagu — co jéj daję, daję z łaski.

Eugenja.

Jestem wdzięczną.

Derber.

O wdzięczność nie dbam, ciężaru nie chcę. Doktor jest mój najdawniejszy, najlepszy przyjaciel, kochamy się jak bracia — ma piękny majątek, będzie miał z czego utrzymać żonę i dzieci; chce przez przyjaźń, która go ze mną łączy, ożenić się z Wać Panną, ale na to trzeba mu się podobać.

Eugenja.

Ależ Mości Dobrodzieju!..

Derber.

Cóż Mości Dobrodzieju? Co?.. Niemłody, nieładny, niemiły, niezakochany, prawda? Wiem naprzód co mi WPanna powiesz, ale nic nie pomoże. Bawić tu będę jeszcze dwadzieścia cztery godzin i w tych dwudziestu czterech godzinach musisz WPanna pójść za mąż.

Eugenja.

Ale dlaczegóż koniecznie za Doktora?

Derber.
Nikt teraz bez posagu żony nie bierze.
Eugenja.

Może się kto znajdzie.

Derber.

Tak, zapewne, jaki młodzik, święty turecki — dziś się ożeni a za parę lat spadnie mi na kark z żoną i dwoma kolebkami, i zamiast jednéj pasierbicy, którą mnie Bóg skarał, dostanę jeszcze w dodatku i męża i Jacusia i Maciusia; nic z tego — pójdziesz WPanna za mego najdroższego przyjaciela, albo jeżeli mu się niepodobasz... to, to... sam nie wiem, co z nią zrobię.

Eugenja.

Chciej mnie WPan Dobrodziej cierpliwie wysłuchać.

Derber.

Słucham cierpliwie.

Eugenja.

Najpierwéj, tylko domyślać się mogłam, że Pan Orgon jest Doktorem Fulgencyuszem.

Derber.

Jakto Orgon?

Eugenja.

Pod takiém nazwiskiem Doktor przybywa.

Derber.

A to na co?

Eugenja.

Został na komorze aresztowany.

Derber.
Aresztowany?
Eugenja.

Tak jest.

Derber.

Aresztowany! a to piękna rzecz — i za co?

Eugenja.

Tego nie wiem.

Derber.

Może się wplątał w co niepotrzebnego.

Eugenja.

Zapewne.

Derber.

Gotów mnie jeszcze skompromitować.

Eugenja.

Bez wątpienia.

Derber.

Czy oszalał stary! pisywałem do niego.

Eugenja (na stronie).

Aha! tu słaba strona! (głośno) Papiery mu zabrano.

Derber.

Może i moje listy — nic złego nie pisałem, ale zawsze niemiło.

Eugenja.

Będzie jednak zapewne wkrótce uwolniony, jak się odwoła do WPana Dobrodzieja.

Derber.

Po co do mnie?

Eugenja.
O zaręczenie za niego.
Derber.

Zaręczenie? łatwo wymówić — ja mam ręczyć za niego?

Eugenja.

Dlaczegóż nie?

Derber.

Moja reputacya...

Eugenja.

Ale wszakto tak dawny przyjaciel.

Derber.

Przyjaciel, przyjaciel, co WPanna rozumiesz, kto w tych czasach w ścisłém znaczeniu bierze to słowo — sto razy na dzień mówię: Przyjacielu otwórz okno! przyjacielu daj mi szklankę wody! przyjacielu zapal w piecu! — a przez to za żadnego ręczyć nie będę.

Eugenja.

Wypadłoby jednak pojechać do niego.

Derber.

Ja mam się kompromitować? sama myśl przestrasza.

Eugenja.

Może napisać.

Derber.

Jeszcze lepiéj, czarno na białém!

Eugenja.

Zatem ja napiszę.

Derber.

Zakazuję WPannie! piękny interes! gotów mnie wplątać w jakie podejrzenie; idą zaraz do urzędu policyi, oświadczę, że dowiedziałem się o przyaresztowaniu Doktora Fulgencyusza i prosić będę, aby go nie puszczano, póki zupełnie się nie uniewinni — bo lubo do mnie jechał, ja żadnych z nim związków nie miałem i mieć nie chcę.

Eugenja.

Ale przyjaciel.

Derber.

Niech go licho porwie! to Wać Panny pokój — także koszt; proszę nie wychodzić, póki nie wrócę — piękny interes!

(Odchodzi.)
(Słychać trąbkę pocztarską.)




SCENA V.
Eugenja, Ludmir (w mundurze).
Eugenja.

Udało mi się doskonale.

Ludmir.

Słyszałem wszystko — Doktor wypadnie jak z procy.

Eugenja.

I ja zaczynam mieć nadzieję.

Ludmir.

Pan Derber boi się, zatém dobrze — w tę bojaźń bić będziemy.

Eugenja.
A nic mu się nie sprzeciwiać.
Ludmir.

Dyliżans już przyszedł, biegnę uwiadomić naszego ducha opiekuńczego o tém nowém odkryciu.

(Eugenja odchodzi do swego pokoju — Ludmir odchodzi środkowemi drzwiami.)




SCENA VI.
Fulgencyusz (sam).

Ja jestem więc tu, uwolniony, ale czy na długo — pocom ja tu jechałem! przeklęta podróż! detestabilis peregrinatio! Byłbym niechciał i żony — ale za co, za co mnie aresztowano! jeżeli to zemsta, jeżeli to Bogacki — myśl straszna! pocom ja tu przyjechałem!





SCENA VII.
Fulgencyusz, Filonek.
Fulgencyusz.

Coż się dowiedziałeś, carissime?

Filonek.

Aj! aj!

Fulgencyusz.

Twoje: Aj! — przeraża mnie trwogą.

Filonek (tajemnie).

Doktorze, nie jesteś tu bezpieczny.

Fulgencyusz.
Co słyszę, ja? czego chcą odemnie? kto mnie aresztował? kto mi zagraża?
Filonek.

Nic tego nie wiem, ale wszyscy żałobnie wzruszają głową na wspomnienie o Doktorze Fulgencyuszu.

Fulgencyusz.

Żałobnie?

Filonek.

Może wdałeś się w niepotrzebne rozmowy, w nierozsądne pisma.

Fulgencyusz.

Deus me avertat!

Filonek.

Mówią, że jedynie dlatego tam cię uwolniono, aby tu schwytano.

Fulgencyusz.

Ach to Bogacki!

Filonek.

Co, Bogacki?

Fulgencyusz.

Ach mój Panie Filonek — tyle odebrałem ja dowodów twojéj łaski, że muszę ci powierzyć moje nieszczęście i domysły moje.

Filonek.

Słucham cię.

Fulgencyusz.

Słuchaj mnie. Przed trzydziestu laty ja przybyłem tu z Ferrary — wielka była fama... Dotor Fulgencyusz tu, Dotor Fulgencyusz tam, Dotor Fulgencyusz wszędzie.

Filonek.
To było dobrze.
Fulgencyusz.

Ach słuchaj daléj. Zachorował był w owym czasie syn najstarszy hrabiego Bogackiego — tak, tak, zachorował na moje nieszczęście...

Filonek.

Domyślam się.

Fulgencyusz.

Dotor Fulgencyusz musiał być na consilium; ja natenczas, mówiąc między nami, byłem jeszcze głupi — ale ja byłem cudzoziemiec, ja byłem sławny, przyszedłem ja na owe consilium; trzech Dotorów mówi: jak mu krew puszczą, żyć przestanie — ja mówię: skona, jak mu krwi nie puszczą.

Filonek.

Arcy niemiłe położenie chorego.

Fulgencyusz.

Sine dubio, niemiłe — przemogło moje zdanie, tak fatum chciało... przemogło carissime, puszczono krew...

Filonek.

I pogorszyło się.

Fulgencyusz.

Nic się nie pogorszyło.

Filonek.

Ale cóż?

Fulgencyusz.

Ziewnął dwa razy i...

Filonek.

Skonał.

Fulgencyusz (kiwnąwszy ręką).
Vixit!
Filonek.

Smutne zdarzenie, ale jakiż może mieć związek z dzisiejszym wypadkiem?

Fulgencyusz.

Wielki, wielki związek mieć może, tylko słuchaj. Matka w rozpaczy chciała mi oczy nożyczkami wydłubać — horribilis recordatio! Ojciec chciał mnie z dubeltówki zastrzelić... bracia chcieli mi psotę cielesną wyrządzić — musiałem...

(Pokazuje gestami uciekać.)
Filonek (udając sposób mówienia Doktora).

Rejterować.

Fulgencyusz.

Prestissime!

Filonek.

A daléj?

Fulgencyusz.

Daléj — noga tu moja nie postała od owego czasu; któż wie, czy teraz nie Bogackich to zemsta odzywa się na nowo!

Filonek.

Hm, hm... być może, bardzo być może.

Fulgencyusz.

Co mówisz, carissime! być może — estne probabile?

Filonek.

Radziłbym wziąć pocztę i uchodzić jak najprędzéj.

Fulgencyusz.

Ależ Pan Derber, mój przyjaciel.

Filonek.
Każda chwila droga.
Fulgencyusz.

Może mi poradzi.

Filonek.

Wątpię.

Fulgencyusz.

Może będę ja mógł moją narzeczoną...

Filonek.

Któż myśli o narzeczonéj w takiém niebezpieczeństwie.

Fulgencyusz.

Ale ja zostanę przez dzisiaj Orgonem.

Filonek.

Jabym nie dosiadywał.

Fulgencyusz.

A kremortartari! Orgon, Orgon! ależ znowu ta białogłowa uparta, uparta i pomieszanych zmysłów, powiada że jest Orgonowa — zatém żoną moją i rości prawo ad mensam et thorum meum.

Filonek.

Chce pozywać, dowodzić...

Fulgencyusz.

Nie dowiedzie, bo Orgonem nie jestem.

Filonek.

Trzeba więc będzie swoje rzetelne wyjawić nazwisko.

Fulgencyusz.

Carissime! w głowie mi się mąci — tylko zmiłuj się, zachowaj głęboko, com ci ja powierzyłem.





SCENA VIII.
Fulgencyusz, Filonek, Derber.
Derber (na stronie w głębi).

Otóż i miły gość! a to zapewne towarzysz dodany.

Fulgencyusz.

Czy nie Derber? (przypatrzywszy mu się z bliska) Jak ty miewasz się ukochany przyjacielu!

Derber (ambarasowany).

Sługa najniższy Pana Doktora.

Fulgencyusz.

Pst! cicho! tak mnie nie nazywaj — jestem w przykrém położeniu.

Derber.

Cóż ja poradzić mogę?

Fulgencyusz.

Zostałem aresztowany...

Derber.

Słyszałem, słyszałem; (nie spuszczając oka z Filonka) to nie dobrze, to nie czyni zaszczytu — ja o tém nic wiedzieć nie chcę.

Fulgencyusz.

Trzeba jednak, abyś mnie ukrył u siebie.

Derber.

Ja mam przechowywać podejrzanych?

Fulgencyusz.
Podejrzanych? ja ci wszystko zwierzę.
Derber.

Bardzo dziękuję.

Filonek (na stronie).

Oka ze mnie nie spuszcza.

Derber.

Nie chcę nic wiedzieć, jak dotąd nic nie wiedziałem.

Fulgencyusz.

Ach wszakże wiesz.

Derber.

Co wiem? nic nie wiem — biorę Pana za świadka, że nic nie wiem.

Filonek (na stronie).

Teraz domyślam się, za kogo mnie bierze.

Fulgencyusz.

Ale listy twoje...

Derber.

Czy pisałem jaki list w interesie? nie przypominam sobie.

Fulgencyusz.

Jakto nie przypominasz sobie, że mi przyrzekłeś rękę pasierbicy.

Derber.

Być może, ale o niczém więcéj nigdy nie pisałem; proszę cię, wyznaj Doktorze, że o niczém więcéj nigdy nie pisałem — nie pociągaj mnie za sobą w biedę, mój Doktorze!

Fulgencyusz.

Carissime! nazywaj mnie Orgonem!

Derber.
Tego uczynić nie mogę.
Filonek.

Trzeba przecie porozumieć się z przyjacielem.

Derber (na stronie).

Śledztwo zaczyna — ostrożnie!

Filonek (do Derbera).

Pan jesteś dawnym przyjacielem tego Pana?

Derber.

Widywałem go często.

Fulgencyusz.

Mieszkaliśmy długo razem.

Derber.

W jednym domu.

Fulgencyusz.

W jednym pokoju.

Derber.

Przypominam sobie, w bardzo dużym pokoju.

Filonek.

Związki przyjaźni trwały ciągle?

Derber.

Żadne, żadne.

Fulgencyusz.

Ale carissime! na co ty kryjesz się — ten Pan wie wszystko.

Derber.

Co wszystko? ja nic nie kryję — wszystko! czy oszalał!

Filonek.
Pan jednak chciałeś ożenić tego Pana ze swoją pasierbicą, pisywałeś do niego — kazałeś do siebie zajechać, tego zapierać się nie można, ja świadczyć będę.
Derber (na stronie).

Zarżnął mnie Doktor.

Fulgencyusz.

Nie puszczajże ty mnie w tém okropném położeniu, kochany, najdroższy przyjacielu — wszak ty jesteś poniekąd mojéj tu bytności pierwszą przyczyną... causa primaria; (do siebie) pocom ja tu przyjechałem!

(Wpada w zamyślenie.)

Derber (na stronie do Filonka).

Panie, ja jestem majętny.

Filonek.

Winszuję.

Derber.

Umiem być wdzięczny.

Filonek.

Piękna zaleta.

Derber.

Pan jesteś...

Filonek.

Pan zgadłeś.

Derber.

Chciej mi być pomocnym.

Filonek.

Jakim sposobem?

Derber.

Nie powiadaj, że się znam trochę z tym Doktorem.

Filonek.

Ależ kiedy się żeni...

Derber.
Broń Boże!
Filonek.

Ma obietnicę.

Derber.

Zaprę się.

Filonek.

Nie uwierzą.

Derber.

Nie uwierzą?

Filonek.

Powiedzą, że tylko zwłoka.

Derber.

Za kogo innego wydam pasierbicę.

Filonek.

Chybaby tak i to wkrótce.

Derber.

Odejdę, a Pan bądź łaskaw wytłómaczyć Doktorowi, że ja go znam tylko trochę, bardzo mało z daleka. (Odchodzi)





SCENA IX.
Filonek, Fulgencyusz.
Filonek.

Nie dobrze Doktorze, nie dobrze — twój przyjaciel musi coś wiedzieć, ale straszyć cię nie chce... wyraźnie odsuwa się od ciebie; ja ci radzę: jedź, jedź jak najprędzéj.

Fulgencyusz.

Ależ moja narzeczona...

Filonek.
Późniéj po nią przyjedziesz.
Fulgencyusz.

Nie głupim!

Filonek.

Nie jesteś i godziny tu bezpieczny, powtarzam jeszcze; pójdę, może dowiem się czego i na wszelki przypadek konie pocztowe zamówię.

(Odchodzi.)
Fulgencyusz.

Co za koszt! kremortartari!





SCENA X.
Fulgencyusz (sam).
(Chodzi zamyślony — obraca się i postrzega się w zwierciadle, które w głębi powinno tak być ustawione, aby i spektatorowie widzieli w niém figurę Doktora. — Doktor kłania się, nie spuszczając oka, a potem po krótkiém milczeniu mówi:)

Co Pan każe? (patrzy przez szkło — na stronie) Barbarzyńska figura... Czy znowu nie... (zbliżając się) Pan do mnie? (jeszcze bliżéj) Illustrissime! zapewne... (postrzegłszy że to zwierciadło) Ale... A!.. (przegląda się, zdejmuje krymkę, egzaminuje ją przez lorynetkę) Quid hoc est? (przegląda się) Kremortartari! (zdejmuje perukę) To nie moja — zdrada! zdrada! jestem ja otoczony spiskowymi! nastają na moją wolność! na życie! (wkłada ze złością perukę i czasem potém poprawia, jak gdyby go gniotła) Panie Filonek!

(Spotyka Rozaurę.)




SCENA XI.
Fulgencyusz, Rozaura.
Rozaura.
Daremnie mój Panie tamte kryjesz się przedemną.
Fulgencyusz.

Otóż jest!

Rozaura.

Moim mężem, jak teraz tamte uważam, nie jesteś, bo mój mąż miał większy nos i niebieskie tamte oczy.

Fulgencyusz.

Przecie żeś Jejmość przyszłaś do zdrowego zdania.

Rozaura.

Ale Orgonem jesteś.

Fulgencyusz.

Nie jestem ja Orgonem, nie.

Rozaura.

Któż jesteś duszko?

Fulgencyusz.

Ja jestem... (zatrzymując się nagle, jakiś czas zostaje przed Rozaurą, potém odwracając się, mówi na stronie) No... nie przykra to colisio — ni jestem tym, ni jestem owym.

Rozaura.

Jesteś duszko Orgonem — zapewne bratem albo krewnym, albo sukcessorem mojego tamte męża, zatém o zwrócenie mego posagu pozwać cię muszę.

Fulgencyusz.

Wolno jest, wolno.

Rozaura.

Nie wyjdziesz ztąd duszko, póki proces rozstrzygnięty nie zostanie.

Fulgencyusz.

Co? jabym tu czekać miałem?

Rozaura.
Tak jest, nie wyjedziesz, już byłam w policyi.
Fulgencyusz (na stronie).

Diavel nie baba!

Rozaura.

Jeżeli mi nie wrócisz posagu dziesięć tysięcy, kosztów dziesięć tysięcy i wynagrodzenia za stracone tamte lata dziesięć tysięcy.

Fulgencyusz (na stronie).

Mam jéj za lata płacić! szalona! mente capta mulier!

(Filonek wprowadza Maciusia i sam zostaje we drzwiach.)




SCENA XII.
Fulgencyusz, Rozaura, Maciuś.
Maciuś.

Mój Panie! Mości Panie! proszę ze mną nie żartować!

Fulgencyusz (cofając się).

Czego chce ten młodzieniec? Inberbis juvenis!

Maciuś.

Wiesz dobrze — mnie przyrzekła kochać.

Fulgencyusz.

Moja narzeczona?

Maciuś.

Nie będzie twoją narzeczoną.

Rozaura.

Maciusiu! mityguj się!

Fulgencyusz.
Jest więc i rywal!
Maciuś.

Albo mi jéj nie bałamuć, albo jak mamunię kocham...

(Chwyta za krzesło, Doktor cofając się za stolik:)
Fulgencyusz.

Gwałtu! rozbójstwo w Toruniu jest!

(Rozaura wstrzymuje Maciusia.)




SCENA XIII.
Ciż sami, Filonek, Derber, Eugenja, późniéj trochę Ludmir.
Filonek.

Hola! co to znaczy!

Derber.

Co za krzyk?

Fulgencyusz.

Ratujcie — rozbójstwo w Toruniu jest!

Ludmir.

Czy zastałem Doktora Fulgencyusza?

Fulgencyusz.

Jest, znowu co nowego.

Ludmir.

Mój przyjaciel, hrabia Bogacki...

Fulgencyusz (do Filonka).

Czy słyszysz?

Filonek.

Niestety!

Ludmir.
Zlecił mi prosić Pana Doktora na podwieczorek do siebie.
Filonek (do Doktora).

Piękny podwieczorek!

Fulgencyusz.

Kremortartari!

Filonek (na stronie do Doktora).

Powiedz, że przyjdziesz, a konie czekają — rozumiesz?

(Daje mu jego kaszkiecik.)
Fulgencyusz.

Bene, optime! (głośno) Służyć będę Panu Hrabiemu. (na stronie, aż na przodzie sceny) Niech was tu kaci wezmą z żoną i z takim podwieczorkiem! Doktor Fulgencyusz fugam capit! (Odchodzi.)

Rozaura (biegnąc za nim).

Ale duszko, ja mego tamte nie daruję.

Maciuś (za nią).

A niewdzięczna! jak mamunię kocham!





SCENA XIV.
Derber, Ludmir, Eugenja, Filonek.
Ludmir.

Czy Doktor Fulgencyusz żeni się z pasierbicą WPana Dobrodzieja?

Derber.

Nie, nie, ten Pan zaświadczy że nie.

Ludmir.

Zatem ja proszę o jéj rękę.

Derber.
Ale proszę...
Ludmir.

Jestem pułkownik Ludmir, jestem majętny i pół majątku żonie zapiszę.

Filonek.

Wątpię, aby to być mogło, gdyż związki przyjaźni z Doktorem...

Derber.

Żadnych niema — cóż WPanna na to?

Eugenja.

Zawsze byłam posłuszną.

Derber (na stronie).

Pozbyłem się, Bogu dzięki. (głośno do Filonka) A Wać Pana mój Panie biorę za świadka, iż wyrzekłem się w obecności wszystkich nietylko przyjaźni, ale i znajomości z Doktorem.

Filonek.

Doktor Fulgencyusz w nieszczęściu, Wać Pan go się wyrzekasz — na cóż tu świadka, wszak to zwykłe w tych czasach zdarzenie.

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.