Dyliżans/Akt III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Dyliżans
Rozdział Akt III
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom IX
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Indeks stron


AKT III.

(Po prawéj stronie aktorów dom komory celnéj — po lewéj kawiarnia — w głębi rogatka, przy któréj Dyliżans, niby staje z podniesieniem zasłony — trąbkę pocztarską słychać cokolwiek przed, aż do zupełnego podniesienia zasłony — na przodzie po prawéj stolik i krzesło, jako i przed kawiarnią.)


SCENA I.
Fulgencyusz, Ludmir, Filonek, Eugenja, Rozaura, Maciuś, Łapeńko, Trzymałkiewicz, Strażnicy.
Kilka głosów z karety.

Otwórz, proszę otworzyć.

Rozaura.

Nie wyskoczyła kotka, nie — znam jéj tamte przywiązanie.

Ludmir.

Proszę się usunąć.

Fulgencyusz.

Noga! kremortartari!

(Ludmir i Eugenja wysiadają.)
Rozaura.
Wyrzuciliście ją przez okno, okrutni ludzie.
Filonek.

Kotko luba, kotko droga, gdzie jesteś?

Fulgencyusz (wysiadając).

Pewnie nie ja kotkę wyrzuciłem, lubo moje kolana zostały najmocniéj uszkodzone.

(Maciuś wysiada.)
Ludmir.

Bogu dzięki, odetchnąć można.

Fulgencyusz.

Cóż znaczył jego traktat? traktat próżne słowo: vox, vox, praetereaque nihil — tak, tak, nihil; ja jestem zgnieciony, zmięty, stłuczony — debilitatus, omniumque membrorum impos.

Maciuś (do Filonka na stronie).

Kotek zjadł mi placuszek, kotek mnie zadrapnął, kotek poszedł przez okno, ale cicho! sza!

Filonek.

Proszę, co za dowcip!

Maciuś.

Ba, mnie w to graj.

Rozaura (z karety).

Ale gdzież jest mój trzewik, bez trzewika przecie nie wysiędę. Panie Filonek! Maciusiu! Doktorze! poszukajcie koło tamto karety — och mój Boże! jakże teraz mężczyzni niegrzeczni, płeć piękna musi żebrać tamte usługi.

Ludmir.
Pewnie ktoś na pamiątkę uniósł kształtny trzewiczek.
Rozaura.

Dam mu inny, niech ten odda.

Filonek.

Hopatra! jest zguba, ale gdzie! proszę patrzyć, wygląda z za kamizelki adolescenta.

Rozaura.

Aj figlarzu, figlarzu! daj go tu zaraz!

Maciuś.

Dalipan, nic o tém nie wiedziałem.

Filonek.

Jakimże przypadkiem?

Maciuś.

Przypadkiem? nie przypadkiem, bo Pani całą noc nogi trzymała na moim brzuchu.

Fulgencyusz.

A na mnie całym ciężarem korpusu, totius corporis pondere, spoczywała niemiłym sposobem — o nie dobra podróż! dopóki ja żyć będę, ja nie pojadę Dyliżansem nigdy!

Rozaura.

Nie mogłam spokojnie siedzieć, kiedy mnie dławił tamte dym z fajki Jegomości — musiałam się odwracać.

Fulgencyusz.
Tak, odwracać chrapiąc na ramię moje, dotąd go ja nie jestem władny, uszkodzony jestem ja — rzecz niesłychana! i prawa milczą w takim razie, o zgrozo! o indignissima indifferentia!
Rozaura.

Chodź Maciusiu na tamte kawę, chodź chłopczyno.

(Daje mu policzek lekki.)
Maciuś (całując ją w rękę).

Dobrze nam było.

Rozaura.

Chodź, chodź figlarzu.

(Rozaura i Maciuś wchodzą do kawiarni.)
Fulgencyusz (do służącego).

Przyjacielu! daj mi tu na ten stolik kawy, tylko gorącéj. (do siebie) Diavoli mnie wnieśli do owego ciasnego pudła — ja byłbym się i żony odrzekłem. (siadając) Czy mnie tu diavoli wnieśli!

(Pije kawę, rozmawiając z samym sobą i gestykulując czasem.)




SCENA II.
Fulgencyusz (przy stoliku), Ludmir, Filonek, Eugenja (rozmawiają przy kawiarni), Pytalski, Trzymałkiewicz, Łapeńko (w głębi po prawéj stronie).
Pytalski (wskazując na Doktora).

Otóż to jest nasz ptaszek — opis wszelkiéj rzetelności, nagroda przyrzeczona w naszéj kieszeni.

Łapeńko.

Czy mam posłać do Wgo Inspektora?

Pytalski.
Poślij Wać Pan Panie Łapeńko z wszelką pilnością a WPan Panie Trzymałkiewicz z wszelką ostrożnością miej na oku tego Jegomości.
Trzymałkiewicz.

Weźmy się do niego.

Pytalski.

Nie, nie, uprzątnijmy się pierwéj z tymi Panami — będziemy mieć wolniejsze ręce i sposobność zapobieżenia wszelkiéj przebiegłości.

Łapeńko.

Nam się nie wyśliźnie.

Trzymałkiewicz.

Choćby był piskorzem.

(Łapeńko odchodzi i wkrótce wraca.)
Pytalski (zbliżając się do Ludmira).

Upraszam z wszelką uprzejmością o wyjaśnienie paszportów. (Ludmir, Filonek, Eugenja oddają paszporta.) Czy Panowie i Panie nie jesteście w posiadłości jakich rzeczy lub towarów wszelkiéj opłacie pieniężnéj podlegających?

Eugenja.

Ja nic nie mam.

Pytalski.

Przepraszam.

Eugenja.

Jakto?

Pytalski.

Masz Pani piękności wiele, ale ta cła nie płaci, ha, he, he! — a Panowie? może co z jedwabnych towarów, sukna, co? tytuniu, co?

Filonek.
Nic nie mam przy sobie, a wszystko zawsze w drogę biorę.
Pytalski (śmiejąc się).

Pan zawsze wesołości hołdujesz, mam honor znać — Pan Filonek, wszak tak?

Filonek.

Na usługi.

Ludmir.

Ja także nic nie wiozę z sobą zakazanego, ale jeżeli jesteś ludzki mój Panie, (postępując na przód sceny) każ przetrząść moje rzeczy jak najprędzéj, bo mnie czekają o dziesiątej na consilium, a chory czasem czekać nie chce.

Pytalski.

Zaraz, zaraz, zobaczymy z wszelką uprzejmością.

(Przegląda paszporta.)
Eugenja (siadając przy stoliku w głębi).

Truchleję.

Filonek.

Niepotrzebnie.

Eugenja.

Oni go poznają.

Filonek.

Kiedy nie znają.

Eugenja.

Domyślą się.

Filonek.

Nie wszyscy sercem patrzą moja Pani.

Pytalski (kłaniając się Ludmirowi).

Jest to dla mnie wszelaką zaszczytnością honoru a razem i pomyślném szczęściem oglądać w zakresie naszego obwodu tak sławnie wysławionego Doktora lekarza, żadnéj Pan od nas nie doznasz przeszkadzającéj trudności, zwłaszcza, żeśmy znaleźć umieli pewnego Pana, którego od dwóch tygodni szukaliśmy w każdéj podróżującéj osobistości.

Ludmir.

Bene, optime.

Pytalski.

Paszporta przyszlę przez Dyliżans, który wątpię, aby przed godziną czasu ułatwił swoje okoliczności, a Pan Doktor wyświadczy mi uprzejmą grzeczność, ale raczéj łaskawość dobrodziejstwa i przyjmie mój pojazd, którym z miasta w téj chwili godziny przyjechawszy, stanąłem.

Ludmir.

Dziękuję, bardzo dziękuję, ale chciałbym nie rozłączyć się z tą panienką, która mojéj opiece została powierzoną.

Pytalski.

Niema trudności! może razem jechać w podróż — żadną przeszkodą nikt przeszkadzać nie będzie; śmiem tylko, może zbytnią śmiałością ośmielony, upraszać najpokorniéj, abyś Pan Doktor raczył odwiedzić w mieście moją małżonkę w chorowitości zaległą.

Ludmir.

I owszem i owszem, milo mi będzie wywdzięczyć się za uprzejmość jego.

Pytalski.

Odprowadź Panie Łapeńko Pana Doktora do karjolki mojéj. (ciszéj) Panie Trzymałkiewicz, nie odstępuj Pułkownika. (do Doktora) Paszporta konduktor wręcznie odbierze — całuję nózie, sługa pokorny.

(Odchodzi.)




SCENA III.
Fulgencyusz, Ludmir, Filonek, Eugenja, Łapeńko, Trzymałkiewicz, Mytnik.
Ludmir.

Panno Eugenjo, proszę z sobą. Panie Filonek do zobaczenia pod złotą gwiazdą.

Eugenja.

Oddycham przecie.

Filonek.

Szczęśliwéj podróży!

Łapeńko (z Trzymałkiewiczem i Mytnikiem zastępując drogę).

Za wysokiém pozwoleniem.

Eugenja.

Ach!

Ludmir.

Czegóż Panowie chcecie? przejrzeć kieszenie? proszę, proszę, tylko prędko, chory czekać nie lubi.

Łapeńko.

Nie o to idzie, znamy winne uszanowanie — chcielibyśmy tylko korzystać z rady tak sławnego Doktora.

Ludmir (na stronie).

Tam do kata. (występując naprzód z Filonkiem, Eugenja wraca w głąb) Cóż ja im powiem?

Filonek.

Udawaj Doktora, niema sposobu.

Ludmir.
A ja nie mam wyobrażenia.
Filonek.

Będę ci pomagał, ja się trochę rozumiem.

Ludmir (do Łapeńka).

Jakaż słabość?

Łapeńko.

Cierpię ból gwałtowny od ucha aż do brody.

Ludmir.

Aż do brody? proszę!

Filonek (do Ludmira).

Nie trzeba się dziwić, ale raczéj wszystko zgadywać.

Łapeńko.

Ani spać, ani jeść, ani pić.

Ludmir.

Ani jeść? hm, hm.

Łapeńko.

Nic zupełnie.

Ludmir.

Ani pić? hm, hm.

Łapeńko.

Żeby kapkę.

Ludmir.

Hm, hm, uszy zimne?

Filonek.

Ależ to nie koń panie kawalerzysto — puls pomacaj.

Łapeńko (macając sobie uszy).

Jak ogień.

Ludmir (bierze za rękę Łapeńka, Doktor zaczyna uważać).
Boli? co?
Łapeńko.

Okropnie.

Ludmir.

Strzyka? jak?

Łapeńko.

Nieustannie.

Ludmir.

To dobrze.

Fulgencyusz (na stronie).

Ja nic nie wiedziałem, że ja z kolegą podróżowałem — nie należy mu przeszkadzać.

Ludmir (do Filonka na stronie).

Cóż mu kazać?

Filonek.

Ząb wyrwać.

Ludmir.

Trzeba mój Panie ząb wyrwać a będziesz pewnie zdrów.

Łapeńko.

Nie mam już żadnego z téj strony.

Ludmir (spoglądając na Filonka).

Żadnego?

(Doktor uśmiecha się i kiwa głową.)
Filonek.

Nakaż mu jaką homeopatyczną kuracyę.

Ludmir.

Weźmiesz Wać Pan kroplę terpentyny.

Fulgencyusz (na stronie).

Terpentyny!

Łapeńko.
Kroplę, rozumiem.
Ludmir.

Tę kroplę wpuścisz do dziesięciu garncy wody.

Fulgencyusz (na stronie).

Homeopatyka, he, he he! (śmieje się) Nie zaszkodzi, nie pomoże.

Ludmir.

Tę wodę podzielisz na trzy tysiące części i jedną dziesiątą część téj części co godzina będziesz zażywał. Nic nie jeść, nic nie pić przez dwadzieścia cztery godzin, potém dopiero rozpocząć kuracyą.

Fulgencyusz (wzruszając głową na stronie).
Domine Collega! Domine Collega!
(Przypatruje mu się przez szkło.)
Łapeńko (chcąc dać pieniądze Ludmirowi).

Niech Pan będzie łaskaw.

(Ludmir nie przyjmuje.)
Fulgencyusz (na stronie).

Non accepit — stupidus nequam!

(Ludmir chce odchodzić — Trzymałkiewicz zastępuje drogę.)
Trzymałkiewicz (chrapliwie).

I ja prosiłbym łaski pańskiéj.

Ludmir (na stronie).

Jeszcze! (głośno) Cóż takiego? Chrypka? co?

Trzymałkiewicz.

Zgadłeś Wielmożny Doktorze — chrypka, oddech ciężki, (wskazując na piersi) tu boli i kole czasem.

Ludmir.
Hm, hm!
Fulgencyusz (mówi na stronie, a Ludmir z Filonkiem zdają się naradzać).

Płuca będą zaatakowane... jeżeli puls... (wstaje, potém siada) nie uchodzi — ale... (przypatrując się Trzymałkiewiczowi) zdaje się, tak, tak! (jakby receptę dyktował, do siebie) Radicis graminis, unciam unam — Radicis altec unciam semis... tak, tak... floris sambuci drachmas tres... tak, tak... do łóżka, a w przypadku...

Ludmir.

To jest...

Fulgencyusz (na stronie ironicznie).

Naprzykład?

Ludmir (postrzegłszy, że Doktor słucha).

Jest... już ja wiem co... dzisiaj nic nie robić, tylko ścisła dyeta — dzisiaj nic, powtarzam, a jutro można zażyć łyżkę stołową rumbarbarowego proszku.

Fulgencyusz (podskakując na krześle).

Kremortartari, co słyszę!

Trzymałkiewicz.

Mam wielkie pragnienie.

Filonek.

Prawdziwy strainik.

Trzymałkiewicz.

Nie wiem co pić za napój ordynaryjny?

Ludmir (spoglądając na Filonka).

Hm, hm, za napój ordynaryjny pić można...

Filonek (poddając).

Salep...

Ludmir.
Jalapę, tak, tak, jalapę.
Fulgencyusz (wyciągając ręce do nieba).

Santo Antonio di Padova! jalapę za napój ordynaryjny — to być nie może. (wstając) Ja protestuję! (do Ludmira) Co Pan robisz!

(Filonek przechodzi na prawą stronę Doktora.)
Ludmir.

Proszę się nie mieszać.

Fulgencyusz.

Ja nie pozwalam.

Filonek.

Zastanów się...

Fulgencyusz.

To jest zabójstwo, morderstwo!

Ludmir (chcąc go zakrzyczeć).

To jest obelga, ja tego nie zniosę.

Filonek (podobnie razem z Ludmirem).

Na co téj kłótni? każdy dla siebie.

Fulgencyusz.

Horribile homicidium!

Filonek.

Ale nie krzycz tak mocno.

Fulgencyusz.

Ja Doktor Fulgencyusz.

Ludmir (razem z nim jeszcze głośniéj).

Nie krzycz mój Panie!

Fulgencyusz.

Komissyą sprowadzę.

Filonek.
Co za upor!..
Ludmir.

Do stu piorunów!

(Wstrząsa rękę Doktora.)
Fulgencyusz.

Aj!

(Filonek w głębi stara się zwrócić uwagę strażników.)
Ludmir.

Patrz!

(Tyłem obrócony do strażników pokazuje krucicę.)
Fulgencyusz.

Co! Co?

Ludmir (wskazując oczyma).

Tu, tu, patrz!

Fulgencyusz (nachylając się z lorynetką aż do samego pistoletu).

Quid hoc est?

Ludmir.

Jeszcze jedno słowo a śmierć!

Fulgencyusz (wygiąwszy się w tył tak, aby wyszedł z linii pistoleta, cofa się aż do swojego miejsca i siadając:)

Kremortartari.

Ludmir.

Dotrzymam słowa.

Fulgencyusz (na stronie).

Dominus Collega jest nieco trochę gwałtowny. (dostaje perspektywki i przez nią przypatrując się Ludmirowi) Non nihil impetuosus atque cholericus. Na consilium z nim nigdy ja nie będę, to jest rzecz pewna, impetuosus... nie będę ja, nie...

(Tymczasem Mytnik rozmawiał z Ludmirem.)
Mytnik.
Tak jest, łupanie gwałtowne.
Filonek (do Ludmira).

Kończ Pan prędko.

Ludmir.

Teraz milczeć będzie, ale co temu radzić?

Filonek.

Wizykatorye... pijawki, tylko prędko.

Ludmir.

Postaw Wać Pan sobie trzy wizykatorye.

Fulgencyusz.

Mnie się zdaje...

Ludmir (surowo).

Co?

Fulgencyusz.

Nic, nic, ani słowa. (do siebie) Silentium! silentium!

Ludmir.

Ale to aż jutro.

Mytnik.

Gdzie te wizykatorye postawić?

Ludmir.

Gdzie? na łytkach i kolanach.

Fulgencyusz.

Kolanach?

Ludmir (surowo).

Hm!

Fulgencyusz.

Nic, nic, ani słowa. (do siebie) Morderca! exsecrabilis carnifex!

Mytnik.
A potém?
Ludmir (zniecierpliwiony).

Potém każ się trepanizować.

Fulgencyusz (zrywając się).

Trepanizować! to szyderstwo!

Ludmir (postępując krok ku niemu).

Proszę siedzieć.

Fulgencyusz (siadłszy).

Factum est.

Ludmir.

Bądźcie zdrowi moi Panowie, czas nagli, kuracyą aż jutro rozpocząć, powtarzam i nakazuję — służę Pani, pojazd jest?

Łapeńko.

Jest Panie za rogatką, proszę za mną.

(Ludmir podaje rękę Eugenji i oddala się śród niskich ukłonów strażników — Filonek wchodzi do domu komory.)




SCENA IV.
Fulgencyusz (sam — patrzy, czy już Ludmir daleko, potém wracając:)

A to diawel nie człowiek! udaje lekarza, o profanatio artis! tak, tak, znieważa świętość sztuki. A jaki impetuosus! słyszał kto co podobnego, aby Doktor na Doktora wymierzył pistolet! czyliż niema między niemi chorego? kazał pić temu Jalapę za napój ordynaryjny — kremortartari! to jest wyraźnie na życie nastawać, zginie strażnik jak mucha; temu znowu... a to rzecz niesłychana — res omni memoria inaudita! Ja muszę ich przestrzedz, sumienie tak każe. Hej! panowie, panowie! słuchajcie mnie!





SCENA V.
Fulgencyusz, Pytalski, Łapeńko, Trzymałkiewicz.
Fulgencyusz.

Moi Panowie, wielkie wam grozi niebezpieczeństwo! poginiecie, pomrzecie, jeżeli słuchać będziecie ordynacyi tego szarlatana.

Pytalski.

Doktora?

Fulgencyusz.

On Doktor? ha, ha, ha! nawet nie konował, ja ręczę.

Pytalski.

Nie konował, Doktor Fulgencyusz.

Fulgencyusz.

Fulgencyusz?

Pytalski.

Wszakże to był Doktor Fulgencyusz.

Fulgencyusz.

On, on? ten, ten?

Pytalski.

Pewnie że nie ja, ani téż Jegomość Dobrodziej.

Fulgencyusz (dumnie).

Fulgencyus Augustus, doctor medicinae, solus et unicus hujus nominis, jestem ja.

(Śmiech powszechny.)
Pytalski.
Nie dośćże jednéj przybranéj mianowitości, jeszcze i do nabycia drugiéj oświadczasz Pan nowe pożądliwości.
Fulgencyusz.

Nie rozumiem ja.

Pytalski.

Mnie więcéj nie wolno do jawności słów przyprowadzać. Pan Orgon zostaje dla nas Orgonem.

Fulgencyusz.

Orgon? kto Orgon?

Pytalski.

Jego osobistość.

Fulgencyusz.

Ej, kremortartari! Pan jesteś mente captus. (Dobywa paszport.)

Pytalski.

Wszelkich obelgliwości wstrzymać się, pokornie upraszam.

Fulgencyusz (rozkładając paszport).

Oto proszę, co, co, jak?

Pytalski (ironicznie).

Cóż tam za nowość? (śmiech strażników) Doktor? Co?

Fulgencyusz.

Kasper Orgon? quid hoc est? Jakieś oszukaństwo!

Pytalski.

Wszelakie przebiegłe dowcipności byłyby za późne niewczesności, zatém prosimy o oddanie nam w ręce 1) szal czarny tyftykowy gładki; 2) szal turkusowy w palmy; 3) blondyn dwie sztuczek.

Fulgencyusz.
Quarto, idź WPan do diawła!
Pytalski.

Co, jeszcze słowne niegrzeczności?

Łapeńko.

Na co czasu tracić.

Fulgencyusz.

Poszaleli! nacom ja tu jechałem! nacom ja tu jechałem!

Pytalski.

Jesteśmy upoważnieni przejrzeć z wszelką uprzejmością kieszeń objętości i do udowodnienia rzetelności pisma nam podanego.

Łapeńko.

Za pozwoleniem.

Trzymałkiewicz.

Niech to Pana nie uraża.

(Przystępują do jego kieszeń i dostają następnie różne rzeczy.)
Fulgencyusz.

Stupefactus sum.

Pytalski.

Co to jest?

Fulgencyusz.

Wszak widać, spiritus cornum cervi.

Pytalski.

A to?

Fulgencyusz.

Pitalski — co się ze mną dzieje!

Pytalski.

Ten pakiet?

Fulgencyusz.
Flos sambuci, vulgo bez. Jakaś perfidia!
Pytalski.

A ten?

Fulgencyusz.

Flos comomillae, vulgo rumianek. Czy mnie tu diawli wnieśli.

Pytalski.

Same aptykowości.

Fulgencyusz.

Ach!

Łapeńko.

Aha!

Fulgencyusz.

Cóż Aha? łechtawki, nic więcéj.

Łapeńko.

Łechtawki? co to jest? proszę pokazać.

Fulgencyusz.

Co Wać Pan szydzisz, najwięksi ludzie byli łechtliwi.

Pytalski.

To figle, figle przebiegłości. Pan masz towary zakazane, my jesteśmy o nich we wszelkiéj wiadomości, my znaleźć musimy.

Fulgencyusz.

Niecierpliwość mnie porywa.

Pytalski.

I mnie także, proszę z sobą — poszukamy, znajdziemy, a tymczasem jesteś Pan aresztem pozbawion wolności.

Fulgencyusz.
Jakto? co to?
Pytalski.

Z rozkazu zwierzchności jesteś Pan aresztowany.

Fulgencyusz (przestraszony).

Aresztowany! uwięziony ja? incarceratus?

Pytalski.

Proszę z sobą.

Fulgencyusz (na stronie).

I boję się ja i gniewam się ja. (odchodząc) Pocom ja do tego Dyliżansu właziłem!





SCENA VI.
Filonek (sam).

Pierwszy akt skończony szczęśliwie, zakład wygrany — Pułkownik już w Toruniu, ale daléj... daléj? smarzę głowę jak pączek i wszystko daremnie; trzeba koniecznie zniewolić Doktora do prędkiego powrotu, ale jak? musi być niekontent ze swojéj podróży — żeby jeszcze jakie przeciwności, możeby wyrzekł się małżeństwa pod tak złowieszczemi znakami rozpoczętego — nie, nie. Eugenja nie będzie twoją Senior Dottore! pomagać zakochanym jest moim żywiołem.





SCENA VII.
Filonek, Pytalski, Łapeńko, Trzymałkiewicz, kilku strażników.
Pytalski (wybiegając, za nim drudzy).

Prędko, prędko jest może w innéj osobie. Panie Świderkiewicz do rogatki! Panie Kasper do Dyliżansu! Panie Trzymałkiewicz tu! Panie Łapeńko tam! (rozbiegają się, Łapeńko wchodzi do kawiarni) Zdradliwości, niegodziwości! ów Pan nie posiada w skrytości żadnych realności.

Filonek.

Może ten co już pojechał...

Pytalski.

Ach i ja jestem w téj podejrzliwości! przeklęcie! i moim pojazdem! O chytrości!

(Hałas w kawiarni, Rozaura wytrąca Łapeńka, który się zatrzymuje aż na środku sceny w objęciu Trzymałkiewicza.)




SCENA VIII.
Ciż sami, Rozaura.
Rozaura.

Impertynent!

Trzymałkiewicz.

Ostrożnie!

Łapeńko.

Nic nie szkodzi, sam się zdradził. Hola! hej! to jest Pułkownik! Panie Pytalski, Panie Pytalski!

Pytalski.

Co? gdzie?

Łapeńko (wskazując na Rozaurę).

To jest Pułkownik!

Rozaura.
Co? ja mam być tamte Pułkownikiem? ci ludzie pozbawieni zdrowych zmysłów.
Łapeńko.

Po użyciu ręki poznałem, po pchnięciu poznałem — wszakże byłbym się nogami przykrył, gdyby nie Pan Trzymałkiewicz. Pułkownik, Panie Pytalski, niema wątpienia.

Pytalski.

Dla ciekawości.

Filonek.

Ależ bójcie się Boga! co za niedorzeczność! Ten, którego szukacie, pewnie już je śniadanie w Toruniu, dlaczegóż napastować innych podróżnych, uchybiać damom.

Pytalski.

To są niegodziwości!

Łapeńko.

Siniec pewny.

Pytalski.

Ale któż jest ów pozbawion wolności?

Filonek.

Togo nie wiem.

Pytalski (odchodząc).

I moim pojazdem pojechał! o zdradliwości!





SCENA IX.
Filonek, Rozaura.
Rozaura.
Powiedz mi duszko, czy oni poszaleli?
Filonek.

Być może.

Rozaura.

Kogo szukają?

Filonek.

Nie wiem.

Rozaura.

Któż jest aresztowany?

Filonek.

Jakiś Orgon.

Rozaura.

Orgon?

Filonek.

Orgon.

Rozaura.

Orgon! Orgon! ale który?

Filonek.

Nie wiem.

Rozaura.

Ależ duszko, bo i ja jestem tamte Orgonowa — może tamte mój mąż.

Filonek.

Przeciebyś Pani męża poznała.

Rozaura.

Ach duszko, dwadzieścia lat jak mnie odjechał.

Filonek.

Uciekł?

Rozaura.
Nazajutrz po ślubie.
Filonek.

Hopatra! i z jakiéjże przyczyny?

Rozaura.

Alboż ja wiem! nie podobał sobie tamte i uszedł, ale wraz z posagiem.

Filonek.

Hm, hm, może i on!

Rozaura.

Dwadzieścia lat odmienia mężczyznę.

Filonek (na stronie).

Puszczę ją na Doktora. (głośno) Zapewne że odmienia, zwłaszcza kiedy się ukrywa, trudno poznać, niema wątpienia.

Rozaura.

Jeżeli nie mąż, to nie będzie miał tamte za złe.

Filonek (na stronie).

Dobrze! (głośno) Jeżeli nie mąż, może stryj, brat, krewny, może sukcessor, więc posag będzie można odszukać.

Rozaura.

Ach duszko! niechże cię uściskam.

Filonek (cofając się).

Zbytek wdzięczności.





SCENA X.
Ciż sami, Maciuś.
Maciuś.

A to co?

Rozaura.
Nic Maciusiu, nic.
Maciuś.

Jakto nic, kiedy ja widziałem.

Rozaura.

To przez wdzięczność.

Maciuś.

Ja tego nie lubię.

Filonek.

Hoho! miałżeby młodzieniec być ujęty wdziękami?

Rozaura.

Ot figlarz!

Filonek.

I być zazdrosnym?

Maciuś.

Co Panu do tego?

Rozaura.

Nie trzeba się dziwić, ja jestem jego pierwsza tamte niby miłość — ale bądź spokojny.

Maciuś.

Ja nie chcę być spokojny.

Rozaura (zamykając mu usta).

Cicho, cicho! (klapiąc po twarzy) A jakie to ma twarde tamte buziaki.

Maciuś.

Niech mi nikt na złość nie robi, bo jak mamunię kocham... (Pokazuje pięść.)

Filonek (na stronie).

I ten się nam przyda.

Rozaura.
Ale mój Maciusiu, że mnie tamte kochasz, wzbronić nie mogę — ale być natrętnym i niegrzecznym, niemasz tamte prawa.
Maciuś.

Niemam tamte prawa? niemam? dobrze, pójdę sobie, ale pamiętaj Jejmość! (Odchodząc.)

Rozaura.

Muszę się nad nim litować.

Filonek.

Inaczéj nie można.

Rozaura.

Maciusiu! Maciusiu! chodźmy za nim, pogadamy przytém o moich tamte okolicznościch.

Koniec aktu III.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.