Kapitał. Księga pierwsza (1926-33)/Dział drugi. Przemiana pieniądza w kapitał/Rozdział czwarty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karl Marx
Tytuł Kapitał. Księga pierwsza
Podtytuł Krytyka ekonomji politycznej
Redaktor Jerzy Heryng, Mieczysław Kwiatkowski (red. tłum. pol.),
Friedrich Engels, Karl Kautsky (red. oryg.)
Wydawca Spółdzielnia Księgarska Książka,
Księgarnia i Wydawnictwo "Tom"
Data wydania 1926-33
Druk M. Arct, Warszawa
Drukarnia „Monolit“, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jerzy Heryng,
Mieczysław Kwiatkowski,
Henryk Gustaw Lauer,
Ludwik Selen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
DZIAŁ DRUGI.
Przemiana pieniądza w kapitał.

Rozdział czwarty.
PRZEMIANA PIENIĄDZA W KAPITAŁ.
1. Ogólny wzór kapitału.

Obieg towarów jest punktem wyjścia kapitału. Kapitał zjawia się tylko tam, gdzie produkcja towarowa i rozwinięty obieg towarów, czyli handel, osiągnęły już pewien szczebel rozwoju. Nowożytna historja kapitału datuje od powstania w XVI wieku handlu światowego i światowego rynku.
Jeśli pominiemy treść materjalną obiegu towarów, czyli wymianę rozmaitych wartości użytkowych, i skierujemy uwagę jedynie na formy ekonomiczne, które obieg stwarza, to jako ostatni wynik znajdziemy pieniądz. Ten ostatni produkt obiegu jest pierwszym przejawem kapitału.
W dziejach kapitał przeciwstawia się własności ziemskiej wszędzie z początku w postaci pieniężnej, jako bogactwo pieniężne, kapitał kupiecki i kapitał lichwiarski[1]. Jednak nie potrzeba nawet sięgać w głąb dziejów powstania kapitału, aby dostrzec, że pieniądz jest jego pierwszym przejawem; ta sama historja powtarza się wciąż w naszych oczach. Każdy nowy kapitał wstępuje z początku na scenę, czyli na rynek — rynek towarowy, pieniężny, czy rynek pracy — wciąż jeszcze w postaci pieniądza, który dopiero po przebyciu określonych procesów przeistoczyć się ma w kapitał.
Pieniądz, jako pieniądz, i pieniądz, jako kapitał, różnią się przedewszystkiem formami swego obiegu.
Bezpośrednią formą obiegu towarów jest T — P — T, przemiana towaru w pieniądz i powrotna przemiana pieniądza w towar, sprzedaż w celu kupna. Obok tej formy spotykamy jednak inną, zasadniczo odmienną, formę P — T — P, przemianę pieniądza w towar i powrotną przemianę towaru w pieniądz, kupno w celu sprzedaży. Pieniądz, który w swym ruchu dokonywa takiego obiegu, zamienia się w kapitał, staje się kapitałem, i jest już zgóry, ze swego przeznaczenia kapitałem.
Przyjrzyjmy się bliżej obiegowi P — T — P. Składa się on, podobnie jak przy zwykłym obiegu towarów, z dwóch przeciwnych faz. W pierwszej fazie (kupna), P — T, pieniądz zamienia się w towar. W drugiej fazie (sprzedaży), T — P, towar z powrotem przemienia się w pieniądz. Całokształt obu faz stanowi przebieg przemiany pieniądza w towar i tego samego towaru w pieniądz, kupno towaru w celu jego sprzedaży, czyli, jeśli pominiemy formalnie różnice między kupnem i sprzedażą, przebieg kupna towaru za pieniądze i pieniędzy za towar[2]. Ostatecznym wynikiem całego procesu jest zamiana pieniędzy na pieniądze, P — P. Jeśli kupię 2000 funtów bawełny za 100 f. st. i sprzedam je następnie za 110 f. st., to w rezultacie wymieniłem 100 f. st. na 110 f. st., pieniądze na pieniądze.
Rzecz oczywista, że proces obiegowy P — T — P nie miałby sensu ani treści, gdyby tą drogą ktoś chciał zamienić sumę pieniędzy na równą jej sumę pieniędzy, a więc naprzykład 100 f. st. na 100 f. st. Nierównie pewniejsza i prostsza jest wówczas metoda tezauryzatora, który swych 100 f. st. nie wypuszcza z rąk, zamiast wystawiać je na niebezpieczeństwo obiegu. Z drugiej strony, bez względu na to, czy kupiec swą bawełnę, nabytą za 100 f. st., sprzedaje za 110 f. st. czy za 100 f. st., czy też nawet zmuszony jest ją zbyć za 50 f. st. — w każdym wypadku pieniądz dokonał szczególnego, oryginalnego ruchu, natury zupełnie odmiennej, niż przy prostym obiegu towarów, kiedy np. chłop za pieniądze, otrzymane za pszenicę, kupuje ubranie. Stwierdzamy więc po pierwsze charakterystyczną różnicę form między ruchami okrężnemi P — T — P i T — P — T. Wraz z nią ujawni się niebawem różnica w treści, kryjąca się za tą różnicą formalną.
Zobaczmy naprzód, co te dwie formy mają wspólnego.
Oba ruchy okrężne rozpadają się na te same dwie przeciwstawne fazy, T — P, sprzedaż i P — T, kupno. W każdej z tych faz przeciwstawiają się sobie te same dwa pierwiastki rzeczowe, towar i pieniądz, i dwie osoby w tych samych ekonomicznych maskach, nabywca i sprzedawca. Każdy z tych ruchów okrężnych jest jednością tych samych przeciwnych faz, i w obydwu wypadkach powiązanie tych faz odbywa się dzięki trzem kontrahentom, z których jeden tylko sprzedaje, drugi tylko kupuje, trzeci zaś naprzemian kupuje i sprzedaje.
Procesy T — P — T i P — T — P różnią się przedewszystkiem odwrotną kolejnością przeciwstawnych faz obiegu. Prosty obieg towarowy rozpoczyna się od sprzedaży i kończy się na kupnie, obieg zaś pieniądza, jako kapitału, rozpoczyna się od kupna, a kończy na sprzedaży. Tam towar, tu pieniądz stanowi punkt wyjścia i punkt końcowy ruchu. W pierwszej formie rolę pośrednika w całym przebiegu gra pieniądz, w drugiej zaś — naodwrót — towar.
Przy obiegu T — P — T, pieniądz ostatecznie przemienia się w towar, stanowiący wartość użytkową. W odwrotnej formie P — T — P, natomiast nabywca wydaje pieniądz, aby jako sprzedawca otrzymać pieniądze. Puszcza on w obieg pieniądz przy kupnie towaru, aby go znów z obiegu wycofać przez sprzedaż tegoż towaru. Wypuszcza z rąk pieniądz jedynie w chytrym zamiarze otrzymania go z powrotem. Pieniądz jest tu tylko wyłożony[3].
W formie T — P — T ta sama moneta zmienia dwa razy miejsce. Sprzedawca otrzymuje ją od nabywcy i płaci nią innemu sprzedawcy. Cały ten proces rozpoczyna się od przyjęcia pieniądza za towar, a kończy się oddaniem pieniądza za towar. W formie P — T — P dzieje się naodwrót. Nie ta sama moneta, ale ten sam towar zmienia dwa razy miejsce. Nabywca otrzymuje go od sprzedawcy i oddaje go innemu nabywcy. Podczas gdy przy prostym obiegu towarowym dwukrotna zmiana miejsca tej samej monety dokonywa ostatecznego przejścia jej z rąk do rąk, to tutaj dwukrotna zmiana miejsca tego samego towaru powoduje powrót pieniądza do jego pierwotnego punktu wyjścia.
Powrót pieniądza do punktu wyjścia nie zależy wcale od tego, czy towar został drożej sprzedany, niż kupiony. Ta okoliczność wpływa tylko na wielkość sumy powracającej. Samo zaś zjawisko powrotu pieniądza zachodzi, ilekroć kupiony towar zostaje ponownie sprzedany, czyli gdy krąg P — T — P zostaje całkowicie opisany. Jest to konkretna różnica pomiędzy obiegiem pieniądza, jako kapitału, a jego obiegiem, jako prostego pieniądza.
Ruch okrężny T — P — T jest całkowicie dokonany z chwilą, gdy sprzedaż jednego towaru przynosi pieniądze, a kupno innego towaru znów je odbiera. Jeśli mimo to pieniądze z powrotem przypłyną, to tylko dzięki ponowieniu całego procesu. Jeśli sprzedam korzec zboża za 3 f. st. i za te 3 f. st. kupię ubranie, to te 3 f. st. są dla mnie ostatecznie stracone. Nie mam z niemi więcej nic do czynienia; należą one już do handlarza ubrań. Jeśli teraz sprzedam drugi korzec zboża, pieniądz znów do mnie przypłynie, ale nie na mocy pierwszej tranzakcji, lecz tylko dzięki jej powtórzeniu. Pieniądz ten znów ode mnie ucieknie, gdy tylko dokończę drugiej tranzakcji i znów coś kupię. Przy obiegu T — P — T wydanie pieniędzy i ich powrót nic nie mają ze sobą wspólnego. Natomiast przy P — T — P powrót pieniędzy jest skutkiem sposobu, w jaki zostały wydatkowane. Jeśli ten powrót nie nastąpi, to operacja jest nieudana lub proces przerwany i nie ukończony jeszcze, gdyż brak jego drugiej fazy: sprzedaży, uzupełniającej kupno i kończącej obieg.
Ruch okrężny T — P — T ma jeden towar za punkt wyjścia, a kończy się, jako na drugim krańcu, na innym towarze, który wychodzi z obiegu i wkracza w dziedzinę spożycia. Spożycie, zaspokojenie potrzeb, słowem wartość użytkowa jest jego celem ostatecznym. Natomiast obieg P — T — P ma pieniądz za punkt wyjścia, a wkońcu wraca do tego samego punktu. Jego sprężyną poruszającą i celem ostatecznym jest więc sama wartość wymienna.
W prostym obiegu towarowym obydwa krańcowe wyrazy mają tę samą formę ekonomiczną: oba są towarami, przytem towarami o jednakowej wartości. Są, to jednak wartości użytkowe jakościowo różne, naprzykład zboże i ubranie. Treścią i celem ruchu jest tu wymiana wytworów, wymiana rozmaitych materyj, w których przejawia się praca społeczna. Inaczej się rzecz ma z obiegiem P — T — P. Napozór jest on tautologiczny, pozbawiony treści i sensu, gdyż jego punkt końcowy jest tylko powtórzeniem punktu wyjścia. Obydwa krańcowe wyrazy mają tę samą formę ekonomiczną: na obydwu krańcach stoi pieniądz, a więc już nie dwie różne jakościowo wartości użytkowe; pieniądz jest wszak przeistoczoną postacią towarów, w której ich szczególne wartości użytkowe zostały zatarte. Wymienić 100 f. st. naprzód na bawełnę, a potem tę samą znów bawełnę wymienić na 100 f. st., a więc okólną drogą wymienić pieniądz na pieniądz, jest to operacja napozór bezcelowa i niedorzeczna[4]. Jedna suma pieniędzy może się wogóle różnić od drugiej sumy pieniężnej tylko swą wielkością. Proces P — T — P zawdzięcza więc swą treść nie jakiejś różnicy jakościowej swych krańców, gdyż na każdym stoi pieniądz, lecz jedynie ich różnicy ilościowej. Na końcu wycofujemy z obiegu więcej pieniędzy, niż na początku weń wkładamy. Bawełna, kupiona za 100 f. st., zostaje sprzedana np. za 100 + 10 f. st. czyli za 110 f. st. Całkowity wzór tego procesu jest więc P — T — P’, przyczem P’ = P + ΔP, to znaczy równa się pierwotnie wyłożonej sumie więcej pewien przyrost. Ten przyrost, czyli tę nadwyżkę ponad pierwotną, wartość, nazywam wartością dodatkową (po angielsku: surplus value). Wartość pierwotnie wyłożona nietyllco zachowuje się w obiegu, ale prócz tego zmienia swą wielkość, zwiększa się o pewien przyrost czyli pomnaża się, i dzięki tej zmianie staje się kapitałem.
Może się zdarzyć wprawdzie, że i przy T — P — T, obydwa krańce, T i T, np. zboże i ubranie, są wartościami ilościowo różnemi. Chłop mógł sobie zboże sprzedać powyżej wartości lub kupić ubranie poniżej wartości. Mógł go też oszukać handlarz ubrań. Jednak taka różnica wartości przy tej formie obiegu, jest czysto przypadkowa. Nie traci ona wcale treści ani sensu, jakby to nastąpiło z procesem P — T — P, gdyby jej oba krańce, np. zboże i ubranie, były równoważne co do wartości. Przeciwnie, równa ich wartość jest tu warunkiem normalnego przebiegu.
Powtórzenie, ponowienie sprzedaży w celu kupna jest ograniczone przez ostateczny cel samego procesu, cel, leżący poza jego obrębem, a polegający na spożyciu, na zaspokojeniu określonych potrzeb. Natomiast przy kupnie w celu sprzedaży, początek i koniec jest ten sam, jest nim pieniądz, wartość wymienna, i już przez to samo, ruch ten nie ma końca. Coprawda, P zamieniło się w P + ΔP, czyli 100 f. st. w 100 + 10. Jednak, z punktu widzenia wyłącznie jakościowego 110 f. st. jest tem samem, co 100 f. st., a mianowicie pieniądzem. Biorąc rzecz z ilościowej strony, 110 f. st. jest sumą wartości ograniczoną, podobnie jak 100 f. st. Gdyby te 100 f. st. zostały wydane, jako pieniądze, wyszłyby ze swej roli, przestałyby być kapitałem. Gdybyśmy je z obiegu wycofali, zastygłyby w postaci skarbu i nie wzrosłyby ani o grosz, choćby leżały do sądnego dnia. Jeśli więc chodzi o przyrost wartości, to potrzeba tego przyrostu zachodzi tak samo w stosunku do 110 f. st., jak i do 100 f. st., gdyż obie sumy są tylko ograniczonym wyrazem wartości wymiennej, obie więc mają to samo zadanie: dążyć do ideału bogactwa przez zwiększanie swej wielkości. Wprawdzie przez chwilę wartość 100 f. st., wyłożona pierwotnie, różni się od wartości dodatkowej 10 f. st., która przyrosła w obiegu, ale różnica ta natychmiast znów znika. Wszak na końcu procesu nie ukazuje się oddzielnie wartość dodatkowa 10 f. st. Występuje tylko na jaw cała suma 110 f. st. znajdująca się w postaci zupełnie odpowiedniej, aby rozpocząć tę samą pogoń za przyrostem, jak pierwotne 100 f. st. Pieniądz w końcu przebiegu zjawia się znów jako jego początek[5]. Koniec każdego oddzielnego obrotu, w którym dokonywa się kupno w celu sprzedaży, jest więc sam w sobie początkiem nowego obrotu. Prosty obieg towarowy — sprzedaż w celu kupna — jest środkiem dla celu, leżącego poza obrębem obiegu, a mianowicie dla przyswojenia sobie wartości użytkowych, zaspokojenia potrzeb. Obieg zaś pieniądza, jako kapitału, jest celem sam w sobie, gdyż pomnażanie wartości dokonywa się tylko przez ciągłe powtarzanie tego ruchu. Ruch kapitału nie zna więc granic[6].
Posiadacz pieniędzy, jako świadomy przedstawiciel tego ruchu, staje się kapitalistą. Jego osoba, a właściwie jego kieszeń, staje się punktem wyjścia i punktem powrotu pieniędzy. Objektywna treść tego obiegu — pomnożenie wartości — jest jego osobistym, subjektywnym celem; działa on o tyle tylko jako kapitalista, czyli jako kapitał uosobiony, obdarzony wolą i świadomością, o ile wyłączną pobudką jego działania jest przyswajanie sobie w coraz to większych rozmiarach bogactwa abstrakcyjnego. Nie należy więc nigdy uważać wartości użytkowej za bezpośredni cel kapitalisty[7], nie jest też nim jednorazowy zysk, lecz jedynie nieustanny ruch tego zysku[8]. To bezwzględne dążenie do zbogacenia się[9], ta namiętna pogoń za wartością wymienną jest wspólna kapitaliście i tezauryzatorowi; ale podczas gdy tezauryzator jest tylko kapitalistą bezrozumnym, kapitalista jest rozsądnym tezauryzatorem. Gdy chciwy tezauryzator dąży do nieustannego mnożenia wartości, ratując pieniądz z obiegu[10], rozumniejszy odeń kapitalista osiąga ten sam cel, puszczając go wciąż na nowo w obieg[11].
Formy samodzielne, mianowicie formy pieniężne, które war- tość towarów przybiera w zwykłym obiegu, pośredniczą, tylko w wymianie towarów i znikają w końcowym wyniku ruchu. Natomiast w obiegu P — T — P zarówno pieniądz jak towar występują tylko jako odmienne formy bytu samej wartości, pieniądz jako forma ogólna, towar jako forma szczególna, że tak powiem ucharakteryzowana[12]. Wartość przechodzi wciąż z jednej formy w drugą, nie zatracając się w tym ruchu, i zamienia się w ten sposób w automat (istotę o własnym ruchu). Jeśli skupimy uwagę na poszczególnych formach, w których pomnażająca się wartość przejawia się i które kolejno przybiera w okrężnym ruchu swego żywota, to dojdziemy do różnych definicyj: kapitał to pieniądz, kapitał to towar[13]. W istocie jednak wartość jest tutaj podmiotem przebiegu, w którym przybiera naprzemian to formę pieniężną, to towarową, w którym zmienia swą własną wielkość, rozmnaża się i w postaci wartości dodatkowej odrywa się od siebie samej, jak od wartości początkowej. Gdyż ruch, w którym przyswaja sobie wartość dodatkową, jest jej właściwym ruchem, jej rozmnażaniem się. Otrzymała ona tajemną siłę stwarzania wartości stąd, że sama jest wartością. Wydaje na świat żywe potomstwo, lub przynajmniej składa złote jaja.
Wartość jako przeważający podmiot procesu, w którym to przybiera, to odrzuca formę pieniężną i formę towarową, trwając jednak i powiększając się śród tych zmian, wymaga przedewszystkiem formy samodzielnej, któraby stwierdzała jej tożsamość. Taką formę posiada jedynie w pieniądzu; pieniądz też dlatego jest punktem wyjścia każdego procesu rozmnażania się wartości. Wynosiła ona 100 f. st., teraz wynosi 110 i t. d. Ale pieniądz jest tu tylko jedną z dwu form wartości. Nie stanie się on kapitałem „ jeżeli nie przyjmie formy towarowej. Pieniądz nie jest więc tutaj wrogiem towaru, jak przy tranzakcji. Kapitalista wie dobrze, że wszelkie towary, choćby nie wiem jak miernie wyglądały i jak najgorzej pachniały, są Bogiem a prawdą pieniądzem, są w swej istocie obrzezanymi żydami, a przytem są cudownemi środkami na to, by znów robić pieniądze.
Podczas gdy w prostym obiegu wartość towarów usamodzielnia się w stosunku do wartości użytkowej co najwyżej przez przybieranie formy pieniężnej, to tutaj występuje ona jako substancja, obdarzona samodzielnym ruchem postępowym, dla której pieniądz i towar są tylko formami. Co więcej: zamiast być wyrazicielką stosunków między towarami, wchodzi ona teraz, że tak powiem, w stosunek sama z sobą. Jako wartość pierwiastkowa odróżnia się ona od siebie, jako od wartości dodatkowej, niby Bóg Ojciec od siebie samego jako Boga Syna, chociaż nie różni się odeń wiekiem i stanowi w istocie jedną z nim osobę. Jakoż, tylko dzięki wartości dodatkowej 10 f. st. wyłożone 100 f. st. są kapitałem, i z chwilą gdy się nim stały, to jest z chwilą gdy powstał Syn, a dzięki zrodzeniu Syna Ojciec, znika znów różnica między nimi i stają się jednością, 110 f. st.
Wartość staje się więc wartością wzrastającą, pieniądzem wzrastającym, i w tym charakterze kapitałem. Wychodzi ona z obiegu, wchodzi doń znów, trwa w nim i pomnaża się, wraca powiększona i rozpoczyna znowu ten sam bieg okrężny[14]. P — P’, pieniądz rodzący pieniądz — money which begets money — oto opis kapitału w ustach jego pierwszych tłumaczy, merkantylistów.

Kupować, aby sprzedawać, lub raczej kupować, aby drożej sprzedawać, P — T — P’, zdaje się wprawdzie być formą, właściwą tylko jednemu rodzajowi kapitału, kapitałowi kupieckiemu. Ale i kapitał przemysłowy jest pieniądzem, który się zamienia w towar i dzięki sprzedaży towaru zamienia się znów w większą ilość pieniędzy. Działania, odbywające się między kupnem a sprzedażą, poza obrębem obiegu, nie mają żadnego wpływu na samą formę tego ruchu. Wreszcie dla kapitału lichwiarskiego obieg P — T — P’ przedstawia się w formie skróconej, w stylu lapidarnym, jako sam rezultat bez wyrazu pośredniego, jako P — P’, pieniądz, zamieniający się w większą sumę pieniędzy, wartość przerastająca siebie samą. A więc rzeczywiście P — T — P’ jest ogólnym wzorem kapitału takiego, jaki występuje w dziedzinie obiegu.

2. Sprzeczności ogólnego wzoru.

Ta forma obiegu, w której pieniądz przeistacza się w kapitał, staje w sprzeczności z wszystkiemi poznanemi przez nas dotychczas prawami, rządzącemi naturą towaru, wartości, pieniądza i samego obiegu. Różni się ona od zwykłego obiegu towarów odwrotną kolejnością tych samych przeciwstawnych sobie procesów sprzedaży i kupna. Jakże ta czysto formalna różnica mogłaby w tak cudowny sposób zmienić istotę tych procesów?
Ale nie dość na tem. To odwrócenie kolejności zachodzi tylko dla jednego z trzech kontrahentów. Jako kapitalista kupuję towar od A i odsprzedaję go B, podczas gdy jako zwykły posiadacz towarów sprzedaję towar B i wówczas dopiero kupuję towar od A. Dla mych klijentów A i B nic się nie zmieniło. Występują oni tylko jako nabywca albo sprzedawca towarów. Ja sam występuję wobec nich jako zwykły posiadacz pieniędzy lub posiadacz towarów, jako nabywca lub sprzedawca; przytem przy obydwu porządkach kolejności występuję w stosunku do jednej osoby tylko jako nabywca, a do drugiej tylko jako sprzedawca, w stosunku do jednej tylko jako pieniądz, do drugiej tylko jako towar; w stosunku do żadnej nie występuje jako kapitał, czy kapitalista, czyli jako przedstawiciel czegoś, co jest czemś więcej niż pieniądzem lub towarem, czegoś co może działać inaczej niż pieniądz lub towar. Dla mnie kupno od A i sprzedaż B stanowią jeden kolejny ciąg, ale związek między temi dwoma aktami zachodzi tylko dla mnie. Pana A nic nie obchodzi moja tranzakcja z B, a B nie dba o moją tranzakcję z A. Gdybym chciał nawet im wytłumaczyć, jaką mam korzyść z tego odwrócenia kolejności, to dowiedliby mi, że ja sam się mylę co do kolejności i że całkowita tranzakcja nie zaczęła się od kupna, ani skończyła na sprzedaży, lecz odwrotnie zaczęła się od sprzedaży, a skończyła na kupnie. Istotnie, mój pierwszy czyn, kupno, z punktu widzenia A był sprzedażą, a mój drugi czyn, sprzedaż, z punktu widzenia B był kupnem. Ale co więcej A i B oświadczą, że te kolejne operacje były zbyteczne, a wszystko razem oszustwem. A będzie odtąd sprzedawał towar bezpośrednio B, a B kupował wprost od A. W ten sposób cała tranzakcja kurczy się i zamienia w jednostronny akt zwykłego obiegu towarów, w zwykłą sprzedaż z punktu widzenia A, zwykłe kupno z punktu widzenia B. Widzimy więc, że przez zmianę kolejności nie wyszliśmy wcale poza obręb zwykłego obiegu towarów i musimy teraz zbadać, czy z natury samego obiegu wynika możność pomnażania wartości weń wstępujących, a więc powstawania wartości dodatkowej.
Weźmy pod uwagę taką formę procesu obiegu, w której sprowadza się on do zwykłej zamiany towarów. Zachodzi to za każdym razem, gdy dwaj posiadacze towarów wzajemnie od siebie kupują, a ich należności w dniu wypłaty wzajemnie się znoszą. Pieniądz służy tu tylko jako pieniądz obliczeniowy, to jest do tego, aby wartości towarów wyrazić cenami, nie przeciwstawia się jednak towarom w formie rzeczowej. O ile chodzi o wartość użytkową, to rzecz oczywista, że obaj wymieniający mogą skorzystać. Obydwaj wyzbywają się towarów, które są dla nich bezużyteczne, jako wartości użytkowe, a otrzymują towary, które są im potrzebne. Ale nie zawsze korzyść ogranicza się do tego. A, który sprzedaje wino i kupuje zboże, produkuje być może więcej wina, niżby mógł go wyprodukować rolnik B w tym samym czasie, a rolnik B produkuje więcej zboża, niżby go mógł w tym samym czasie wytworzyć A, uprawiający wino. A otrzymuje za tę samą wartość wymienną więcej zboża, a B więcej wina, niżby otrzymał bez wymiany, gdyby każdy z nich był zmuszony produkować sam dla siebie i wino i zboże. Ze względu na wartość użytkową można więc powiedzieć, że „zamiana jest tranzakcją, na której obie strony zyskują“[15]. Inaczej ma się rzecz z wartością wymienną. „Człowiek, nie posiadający zboża, lecz za to wiele wina, handluje z innym osobnikiem, który nie ma wina, ale za to dużo zboża; wartość 50 w pszenicy zostaje wymieniona na wartość 50 w winie. Zamiana ta nie powiększa wartości wymiennej ani dla jednego ani dla drugiego kontrahenta, gdyż już przed zamianą każdy z nich posiadał wartość równą tej, którą dzięki operacji otrzymał“[16]. Nie zmienia to wcale sprawy, że pieniądz wciśnie się, jako środek obiegowy, między oba towary, a same akty kupna i sprzedaży zostaną w czasie i przestrzeni rozdzielone[17]. Wartość towarów, zanim jeszcze wejdą w obieg, wyraża się w ich cenach, jest więc przesłanką, a nie rezultatem obiegu[18].
Rozpatrując rzecz w oderwaniu, to jest pomijając okoliczności przypadkowe, nie wynikające z wewnętrznych praw prostego obiegu towarów, stwierdzamy, że oprócz zastąpienia jednej wartości użytkowej przez drugą, nie zachodzi w obiegu nic, prócz metamorfozy (zmiany postaci) towaru. Ta sama wartość, to jest ta sama ilość ucieleśnionej pracy społecznej, pozostaje w ręku posiadacza towarów naprzód w postaci jego własnego towaru, potem pieniądza, w który towar się przemienił, wreszcie znów w postaci towaru, w który się pieniądz przemienił. Ta zmiana formy nie zawiera w sobie żadnej zmiany wielkości wartości. Zmiana zaś, której ulega w tym procesie sama wartość towaru, sprowadza się do zmiany jej formy pieniężnej. Forma ta istnieje zrazu jako cena towaru, wystawionego na sprzedaż, potem jako suma pieniędzy, która jednak już była wyrażona w cenie, wreszcie jako cena towaru równoważnego. I ta zmiana formy sama przez się nie pociąga za sobą ilościowej zmiany wartości równie dobrze, jak np. wymiana banknotu pięciofuntowego na cztery suwereny, pół suwerena i dziesięć szylingów. O ile więc obieg towaru powoduje jedynie zmianę formy jego wartości, to — gdy zjawisko to występuje w czystej postaci — mamy wymianę wartości równych. Nawet ekonomja wulgarna, chociaż niewielkie ma o tem pojęcie, czem jest wartość, jednak ilekroć chce badać zjawisko wymiany w oderwaniu, to przypuszcza, że popyt i podaż równoważą się wzajemnie, czyli że działanie ich wogóle ustaje. Jeśli więc obaj wymieniający mogą zyskać na wartości użytkowej, to jednak nie mogą zyskać obaj na wartości wymiennej. Przeciwnie, tutaj stosuje się zasada: „Gdzie jest równość, tam niema zysku“[19]. Zdarza się wprawdzie, że ceny, po których towary są sprzedawane, różnią się od ich wartości, lecz te odchylenia są, właśnie naruszeniem prawa rządzącego wymianą towarów[20]. W swej czystej postaci jest ona wymianą równoważników, a więc nie jest źródłem zysku na wartości[21].
Dlatego też wszystkie próby przedstawienia wymiany jako źródła wartości dodatkowej, kryją w sobie podstawowe nieporozumienie, pomieszanie wartości użytkowej z wartością wymienną. Weźmy, naprzykład, Condillac’a: „Nie jest prawdą, że przy wymianie towarów wymieniamy wartości równe. Wręcz odwrotnie: każdy z dwóch kontrahentów ofiarowuje zawsze mniejszą wartość za większą... Gdybyśmy bowiem zawsze wymieniali wartości równe, to żaden z kontrahentów nie mógłby nic zyskać. A przecież obydwaj zyskują, lub przynajmniej winni zyskać. Dlaczego? Wszak wartość rzeczy polega tylko na ich stosunku do naszych potrzeb, więc to, co jest więcej warte dla jednego, jest mniej warte dla drugiego, i odwrotnie... Sprzedajemy nie to, co nam samym jest niezbędne... oddajemy rzecz dla nas bezużyteczną, aby otrzymać inną niezbędną; chcemy dać mniej za więcej... Mniemanie, jakoby przy wymianie oddawało się równą wartość za równą wartość, powstało w sposób naturalny stąd, że oba wymieniane przedmioty są równe pod względem wartości tej samej sumie pieniędzy... Ale trzeba przecież uwzględnić i inną stronę rzeczy. Chodzi o to, czy obydwaj wymieniamy rzecz zbyteczną na rzecz niezbędną“[22]. Widzimy tu, że Condillac nie tylko pomieszał wartość użytkową z wartością wymienną, ale że w dziecinny wprost sposób przedstawia rzeczy tak, jak gdyby w społeczeństwie o rozwiniętej produkcji towarowej producent sam wytwarzał swoje środki utrzymania i puszczał w obieg tylko przewyżkę ponad własne potrzeby[23]. Pomimo to, nowocześni ekonomiści posługują się często argumentem Condillaca, zwłaszcza gdy chodzi o to, aby dowieść, że handel, owa rozwinięta forma wymiany towarów, wytwarza wartość dodatkową. Oto przykład: „Handel dodaje wytworom wartości, gdyż ten sam wytwór więcej posiada wartości w ręku spożywcy, niż w ręku wytwórcy; musi więc być traktowany jako akt produkcji w ścisłem słowa znaczeniu (strictly)“[24]. Ale za towary nie płacimy wszak podwójnie, raz za ich wartość użytkową, powtóre za wartość wymienną. I jeśli wartość użytkowa towaru użyteczniejsza jest dla nabywcy niż dla sprzedawcy, to jego forma pienężna jest użyteczniejsza dla sprzedawcy niż dla nabywcy. Czyżby się bowiem inaczej wyzbywał towaru? Dlatego też możnaby z równą ścisłością twierdzić, że nabywca dosłownie (strictly) dokonywa „aktu produkcji“, gdy np. pończochy zamienia kupcowi na pieniądze.
Jeśli wymieniamy dwa towary, lub trzeci towar i pieniądz, o jednakowej wartości, a zatem dwa równoważniki, to żaden z biorących udział w wymianie nie wyciąga z obiegu więcej wartości, niż weń włożył. Nie powstaje więc przytem wartość dodatkowa. A wszak wymiana towarów w swej czystej postaci polega właśnie na wymianie równoważników. Ale w rzeczywistości zjawiska nie występują w tak czystej postaci. Przypuśćmy więc zkolei, że wymieniane są towary nierównoważne.
W każdym razie na rynku posiadacz towarów staje tylko wobec posiadacza towarów; jeden nad drugim nie miewa innej przewagi, niż przewaga jego towaru. Materjalna odmienność ich towarów jest rzeczową pobudką wymiany i podstawą wzajemnej zależności posiadaczy towarów, gdyż żaden z nich nie posiada przedmiotu, zaspakającego jego własną potrzebę, lecz każdy trzyma w ręku przedmiot, odpowiadający potrzebie dru- giego. Prócz tej materjalnej odmienności użytkowych wartości towarów wchodzi w grę jeszcze jedna różnica między towarami, różnica między ich formą, przyrodzoną a formą przekształconą, między towarem a pieniądzem. W ten sposób posiadacze różnią się między sobą tylko jako sprzedawcy, posiadacze towarów, i nabywcy, posiadacze pieniędzy.
Przypuśćmy teraz, że sprzedawcy, wskutek jakiegoś zagadkowego przywileju, mogą sprzedać towary powyżej ich wartości, np. za 110, gdy ich wartość jest 100, a więc po nominalnej cenie o 10% wyższej. Sprzedawca zgarnia więc wartość dodatkową 10. Ale po sprzedaniu swego towaru sam staje się nabywcą. Trzeci posiadacz towarów spotyka się z nim jako sprzedawca i korzysta ze swego przywileju sprzedania towaru o 10% drożej. Nasz znajomy zyskał 10 jako sprzedawca po to, aby stracić 10 jako nabywca[25]. Wszystko sprowadza się ostatecznie do tego, że wszyscy posiadacze towarów sprzedają sobie wzajemnie swe towary o 10% powyżej ich wartości, co wychodzi na to samo, jak gdyby sprzedawali po właściwej cenie. To minimalne podniesienie cen ma taki sam skutek, jak gdyby naprzykład wszystkie wartości towarów zostały ocenione w srebrze zamiast w złocie. Nazwy pieniężne, to jest ceny towarów, wzrosłyby, ale ich stosunki wartościowe nie uległyby zmianie.
Przypuśćmy odwrotnie, że nabywca posiadł przywilej skupowania wszystkich towarów poniżej ich wartości. Tu nie trzeba nawet przypominać, że nabywca stanie się znów sprzedawcą; musiał on być sprzedawcą, zanim stał się nabywcą. Stracił już 10% jako sprzedawca, zanim zyskał 10% jako nabywca[26]. W rezultacie wszystko zostaje po staremu.
Powstawanie wartości dodatkowej, a więc i zamiana pieniędzy w kapitał, nie może być wytłumaczone ani w ten sposób, że sprzedawcy sprzedają towary powyżej wartości, ani — że nabywcy kupują je poniżej wartości[27].
Zagadnienie wcale się nie uprości przez wciągnięcie w obręb rozważań stosunków, nie mających nic wspólnego z samą wymianą, jak to czyni pułkownik Torrens: „Prawdziwy popyt polega na zdolności i skłonności (!) konsumentów do oddania wzainian za towary, bądź w bezpośredniej bądź w pośredniej wymianie, większej ilości wszystkich składników kapitału, niż kosztowała ich produkcja“[28]. W dziedzinie obiegu wytwórcy i spożywcy stają wobec siebie jedynie, jako sprzedawcy i nabywcy. W twierdzeniu jakoby wytwórca stąd czerpał wartość dodatkową, że spożywca opłaca towary powyżej ich wartości, tkwi niedomówione zdanie, że właściciel towarów posiada jako sprzedawca, przywilej sprzedawania powyżej wartości. Sprzedawca bądź sam towar wytworzył, bądź zastępuje wytwórcę, ale nabywca również albo sam wytworzył towar, który jego pieniądze wyobrażają, albo też zastępuje wytwórcę. A więc wytwórca stoi wobec wytwórcy. Różni ich to tylko, że jeden sprzedaje, drugi kupuje. Nie posuwa nas to ani o krok naprzód, że posiadacz towarów pod nazwą wytwórcy sprzedaje towar powyżej wartości, a pod nazwą spożywcy płaci zań za drogo[29].
Konsekwentni obrońcy złudzenia, jakoby wartość dodatkowa pochodziła z nominalnej podwyżki cen, czyli z przywileju sprzedawcy sprzedawania towaru za drogo, przypuszczają więc, że istnieje klasa ludzi, która tylko spożywa, nic nie wytwarzając.
Z punktu widzenia prostego obiegu, to jest z tego punktu, do któregośmy dotąd doszli, istnienie takiej klasy jest jeszcze zupełnie niezrozumiałe. Ale przypuśćmy zgóry istnienie takiej klasy. Pieniądze, za które klasa ta stale kupuje, muszą płynąć do niej od posiadaczy towarów, lecz bez wymiany, za darmo, na mocy jakichś przywilejów prawa lub władzy. Sprzedawać takiej klasie towary powyżej wartości, znaczy tylko wyłudzić od niej z powrotem część pieniędzy, oddanych jej za darmo[30], Tak naprzykład w starożytności miasta Azji Mniejszej płaciły roczny haracz Rzymowi. Za te pieniądze Rzym kupował od nich towary i płacił za nie za drogo. Mieszkańcy Azji Mniejszej oszukiwali Rzymian, wykupując od nich z powrotem drogą handlu część swego haraczu. Ale w gruncie rzeczy Azjaci byli obdzierani. Za swe towary otrzymywali tylko swe własne pieniądze. Nie jest to zaiste dobry sposób na zbogacanie się lub wytwarzanie wartości dodatkowej.
Pozostańmy więc w granicach wymiany towarów, gdzie sprzedawcy są nabywcami, a nabywcy sprzedawcami. Kłopot nasz pochodzi być może stąd, że traktujemy osoby nie pojedyńczo, lecz tylko jako uosobienie kategoryj społecznych?
Przypuśćmy więc, że posiadacz towarów A jest tak sprytny, iż okpiwa swych kolegów B i C, podczas gdy ci mimo najszczerszych chęci nie są w stanie odpłacić mu pięknem za nadobne, A sprzedaje B wino wartości 40 f. st. i otrzymuje przy zamianie zboże wartości 50 f. st. A zamienił swoje 40 f. st. na 50 f. st., z pieniędzy zrobił więcej pieniędzy, a więc przemienił swój towar w kapitał. Zbadajmy tę sprawę dokładniej. Przed zamianą wino wartości 40 f. st. znajdowało się w ręku A, a zboże wartości 50 f. st. w ręku B, w sumie wartość 90 f. st. Po zamianie ogólna wartość jest ta sama, 90 f. st. Wartość w obiegu nie zwiększyła się ani o atom, jedynie podział jej między A i B uległ zmianie. Po jednej stronie mamy przyrost, po drugiej stronie ubytek wartości, po jednej plus, po drugiej minus. Ta sama zmiana nastąpiłaby, gdyby A, nie maskując tego zamianą, wprost ukradł B 10 f. st. Suma obiegającej wartości nie może oczywiście być zwiększona przez jakąkolwiek zmianę podziału jej, podobnie jak Żyd nie zwiększy masy kruszców szlachetnych, znajdujących się w kraju, przez to, że sprzeda farthing (grosz) z czasów królowej Anny za 1 gwineję (sztuka złota). Ogół klasy kapitalistów całego kraju nie może się zbogacić, nawzajem się okpiwając[31].
Czy tak czy owak rezultat zawsze będzie ten sam. Przy zamianie równoważników nie powstaje wartość dodatkowa, a przy zamianie wartości nierównoważnych też nie powstaje wartość dodatkowa[32]. Obieg, czyli wymiana towarów, nie stwarza wartości[33]. Czytelnik rozumie teraz, dlaczego w naszej analizie podstawowej formy kapitału, tej formy, w której określa on organizację gospodarczą nowożytnego społeczeństwa, zostawiamy narazie zupełnie na uboczu najbardziej znane i, że tak powiem, przedpotopowe jego postacie, kapitał handlowy i kapitał lichwiarski.
Forma P — T — P’, kupować, aby sprzedawać drożej, występuje w najczystszej postaci w ruchu właściwego kapitału handlowego. Z drugiej strony cały ruch jego odbywa się w dziedzinie obiegu. Ponieważ jednak niepodobna wyjaśnić zamiany pieniędzy na kapitał i powstawania wartości dodatkowej na podstawie samego tylko obiegu, więc istnienie kapitału handlowego zdaje się niemożliwe, dopóki przypuszczamy, że wymieniane są równoważniki[34]; dlatego wydaje się, że źródłem jego jest podwójny zysk, wydarty sprzedającym i kupującym wytwórcom towarów przez kupca, który wciska się między nich jako pasorzyt. W tem to znaczeniu mówi Franklin: „Wojna jest rabunkiem, handel oszustwem“[35]. Aby wyjaśnić pomnażanie się wartości kapitału handlowego inaczej, niż przez zwykłe oszukanie wytwórców towarów, trzeba poznać cały szereg ogniw przejściowych, o których teraz jeszcze nic nie wiemy, póki wychodzimy z założenia zwykłego obiegu towarów i prostych jego czynników.
To, cośmy powiedzieli o kapitale handlowym, stosuje się w wyższym jeszcze stopniu do kapitału lichwiarskiego.
W kapitale handlowym obydwa krańce, pieniądz rzucony na rynek i pieniądz w zwiększonej ilości wycofany z rynku, są ze sobą powiązane przez kupno i sprzedaż, przez ruch obiegowy. W kapitale lichwiarskim forma P — T — P’ jest zredukowana do bezpośredniego przeciwstawienia swoich krańców P — P’, pieniądza, wymienianego na więcej pieniędzy, czyli do formy, sprzecznej z naturą pieniądza i niezrozumiałej z punktu widzenia wymiany towarów. Dlatego też Arystoteles mówi: „Dwa są rodzaje chrematystyki, jedna, dotycząca handlu, druga ekonomiki, ta druga konieczna i godna zachęty, pierwsza zaś oparta na obiegu i słusznie ganiona (ponieważ opiera się nie na naturze rzeczy, lecz na wzajemnem oszukaństwie); dlatego też lichwa słusznie jest znienawidzona, gdyż pieniądz jest tu źródłem zysku, zamiast służyć do tego, do czego został wynaleziony. Gdyż powstał on dla obiegu towarów, procent zaś robi z pieniądza więcej pieniędzy. Stąd pochodzi jego nazwa (tokos, zysk i spłodzony); albowiem spłodzeni są podobni do rodziców, procent zaś jest pieniądzem z pieniądza; ze wszystkich sposobów zarobkowania ten jest najbardziej sprzeczny z naturą“[36].
W dalszym ciągu naszych badań przekonamy się, że kapitał lichwiarski i kapitał handlowy są formami pochodnemi, a za- razem zrozumiemy, dlaczego pojawiają się one w dziejach wcześniej od nowoczesnej formy podstawowej kapitału.
Przekonaliśmy się, że wartość dodatkowa nie może mieć swego źródła w obiegu, że więc przy jej powstawaniu dziać się musi coś poza obiegiem, coś, co w samym obiegu nie jest widoczne[37]. Ale czy wartość dodatkowa może pochodzić skądinąd, jak z obiegu? Obieg jest sumą wszystkich wzajemnych stosunków posiadaczy towarów. Pozostaje jeszcze stosunek posiadacza towarów do swego własnego towaru; stosunek ten pod względem wartości ogranicza się do tego, że towar zawiera pewną ilość jego własnej pracy, mierzoną według określonego prawa społecznego. Ilość pracy wyraża się w wartości jego towaru, a ta znów w pieniądzu obliczeniowym, w rezultacie więc praca wyraża się w cenie, np. 10 f. st. Ale jego praca nie może wyrażać się w wartości towaru, a zarazem w przewyżce ponad tę wartość, w cenie 10, która zarazem jest ceną 11, w wartości, większej od siebie samej. Posiadacz towarów może swą pracą wytwarzać wartości, ale nie wartości, które się pomnażają. Może on zwiększyć wartość pewnego towaru, dodając do jego wartości swą pracą nową wartość, np. gdy ze skóry robi buty.
Ten sam materjał ma obecnie więcej wartości, ponieważ zawarta w nim jest większa ilość pracy. But ma więc więcej wartości, niż skóra, ale wartość skóry pozostała tem, czem była, nie powiększyła się w trakcie wytwarzania butów, nie zrodziła wartości dodatkowej. Nie jest przeto możliwe, aby wytwórca towarów poza dziedziną obiegu, t. j. nie stykając się z innymi posiadaczami towarów, nadawał wartości zdolność płodzenia nowej wartości, aby więc przeistaczał pieniądz lub towar w kapitał.
Kapitał zatem nie może wyrastać z obiegu, a zarazem nie może nie wyrastać zeń. Musi więc rodzić się w obiegu i nie może w nim się rodzić. Doszliśmy do podwójnego wyniku.
Musimy objaśnić przeistoczenie się pieniądza w kapitał na podstawie praw nieodłącznych od wymiany towarów, t. j. biorąc za punkt wyjścia wymianę równoważników[38]. Nasz posiadacz pieniędzy, który jest dopiero kapitalistą, w zarodku, poczwarką kapitalisty, musi kupować towary według ich wartości, a pomimo to ma otrzymać w wyniku obiegu więcej wartości, niż w obieg puścił. Jego rozwinięcie się z poczwarki w motyla musi nastąpić w sferze obiegu, a jednocześnie poza sferą obiegu. Oto warunki zagadnienia. Hic Rhodus, hic salta! („Tu Rodos, tu skacz“[39]).

3. Kupno i sprzedaż siły roboczej.

Wzrost wartości, dzięki któremu pieniądz ma się przekształcić w kapitał, nie dokonywa się za sprawą samego pieniądza. Gdy służy on jako środek kupna lub zapłaty, to realizuje tylko ceny towarów, kupowanych lub opłacanych. Kiedy pozostaje tem, czem był, kiedy zachowuje swą własną formę, zastyga w wartość skamieniałą o niezmiennej wielkości[40].
Zmiana wartości, wyrażona we wzorze P — T — P’ (przekształcenie pieniądza w towar i znów towaru w większą ilość pieniędzy), musi brać początek z towaru. Ale nie może się ona dokonywać w drugim akcie obiegu przy ponownej sprzedaży towaru, T — P’, gdyż akt ten zamienia jedynie towar z jego formy przyrodzonej z powrotem w formę pieniężną. Jeśli zaś zbadamy pierwszy akt, P — T, kupno towaru, to zobaczymy, że jest on wymianą równoważników; za towar płacimy według jego wartości, nie ma więc on więcej wartości, niż pieniądz, który się weń zamienił. Pozostaje jeszcze jedna możliwość, że zmiana wartości ma swe źródło w wartości użytkowej towaru, t. j. wynika z jego spożytkowania. Aby wyciągnąć wartość ze spożywania jakiegoś towaru, nasz posiadacz pieniędzy musiałby mieć szczęście znalezienia w sferze obiegu, na rynku, towaru, któryby miał szczególną zdolność wytwarzania wartości, a więc którego spożywanie byłoby samo przez się ucieleśnieniem pracy, czyli stwarzaniem wartości. I oto posiadacz towarów znajduje na rynku taki jedyny w swym rodzaju towar, mianowicie: zdolność do pracy, czyli siłę roboczą.
Przez siłę roboczą lub zdolność do pracy rozumiemy całokształt sił fizycznych i duchowych, tkwiących w organizmie, w żywej osobowości człowieka i przezeń uruchamianych przy wytwarzaniu jakichkolwiek wartości użytkowych.
Różne warunki jednak muszą być spełnione, aby posiadacz pieniędzy znalazł na rynku siłę roboczą, jako towar. Wymiana towarów sama przez się nie wymaga innych stosunków zależności, prócz tych, które wynikają z jej istoty. Przy tych założeniach siła robocza może się zjawić na rynku tylko wówczas i dlatego, że jej właściciel, czyli ten człowiek, którego siłę roboczą ona stanowi, wystawia ją na sprzedaż, jako towar. Aby właściciel jej mógł sprzedawać ją jako towar, musi mieć prawo rozporządzania nią, czyli być panem swej zdolności do pracy, panem swej osoby[41]. On i posiadacz pieniędzy spotykają się na rynku i zawiązują stosunek jako równouprawnieni posiadacze towarów, różni jedynie tem, że jeden jest nabywcą, drugi sprzedawcą, a więc równi sobie jako osoby prawne. Aby ten stosunek mógł stale zachodzić, niezbędne jest, aby właściciel siły roboczej sprzedawał ją, zawsze tylko na określony czas, bo gdyby ją sprzedał ryczałtem, raz na zawsze, sprzedałby siebie samego, obróciłby sam siebie z człowieka wolnego w niewolnika, z posiadacza towaru — w towar. On sam, jako osoba, musi stale traktować swoją siłę roboczą jako swoją własność, a więc jako swój własny towar; a to jest możliwe tylko wówczas, gdy ją ofiarowuje, oddaje do użytku nabywcy zawsze tylko na pewien określony czas, czyli nie zrzeka się jej własności przez zupełne wyzbycie się jej[42].
Drugim zasadniczym warunkiem, który spełnić się musi, aby posiadacz pieniędzy znalazł na rynku siłę roboczą jako towar, jest to, aby posiadacz siły roboczej zamiast sprzedawać towary, w których ucieleśniła się jego praca, był zmuszony sprzedawać jako towar właśnie samą siłę roboczą, istniejącą tylko w jego własnem ciele.
Aby ktoś mógł sprzedawać towary, różne od swej siły roboczej, musi oczywiście posiadać środki produkcji, naprzykład surowce, narzędzia pracy i t. d. Bez skóry nie może zrobić butów. Prócz tego potrzebne mu są środki utrzymania. Nikt, nie wyłączając „muzyków przyszłości”, nie może spożywać wytworów przyszłych, a więc korzystać z wartości użytkowych, których produkcja nie jest jeszcze ukończona; a tymczasem człowiek tak samo dzisiaj, jak pierwszego dnia stworzenia, musi spożywać podczas wytwarzania i zanim coś wytworzy. Jeżeli wytwory są produkowane jako towary, to muszą być sprzedane po wytworzeniu i dopiero po sprzedaniu mogą zaspokoić potrzeby wytwórcy. Do czasu produkcji dochodzi czas, potrzebny do sprzedaży.
Zatem przemiana pieniędzy w kapitał wymaga, aby posiadacz pieniędzy znalazł na rynku towarowym wolnego robotnika, wolnego w znaczeniu podwójnem; w tem, że jako wolna jednostka rozporządza swą siłą roboczą, jako towarem, oraz w tem, że nie ma żadnych innych towarów do sprzedania, że nie jest z niczem związany, a więc zwolniony od wszelkich rzeczy, niezbędnych do wykorzystania swej siły roboczej.
Pytanie, skąd się zjawił w sferze obiegu ten wolny robotnik, nie obchodzi wcale posiadacza pieniędzy, dla którego rynek pracy jest tylko jedną częścią ogólnego rynku towarowego. Tymczasem sprawa ta i nas jeszcze wcale nie obchodzi. Sam fakt przyjmujemy jako przesłankę teoretyczną, podobnie jak posiadacz pieniędzy przyjmuje go jako założenie praktyczne. W każdym razie nie ulega wątpliwości, że sama przyroda nie stwarza z jednej strony posiadaczy towarów i pieniędzy, z drugiej zaś — ludzi posiadających jedynie własną siłę roboczą. Taki stan rzeczy ani nie wynika z przyrody, ani z istoty społeczeństwa i nie jest wspólny wszystkim epokom historycznym. Sam jest on oczywiście wynikiem rozwoju dziejowego, wytworem wielu ekonomicznych przewrotów i upadku dawniejszych form produkcji społecznej.
Ale i inne rozważane poprzednio przez nas kategorje (podstawowe pojęcia) ekonomiczne noszą na sobie piętno historyczne. Wytwór pracy staje się towarem w określonych warunkach historycznych. Dopóki, naprzykład, jest wytwarzany w celu bezpośredniego zaspokojenia potrzeb wytwórcy — dopóty nie staje się towarem. Gdybyśmy chcieli zbadać, w jakich warunkach wszystkie wytwory lub przynajmniej ich większość przybiera postać towarów, zobaczylibyśmy, że dzieje się to tylko na podstawie pewnego całkiem określonego, mianowicie kapitalistycznego sposobu produkcji. Jednakże nie mieliśmy na oku podobnych badań przy analizie towaru. Produkcja towarowa i obieg towarów mogą zachodzić nawet wtedy, gdy ogromna większość masy wytworów, będąc obliczona na zaspokojenie własnych potrzeb wytwórców, nie zamienia się w towary, czyli gdy społeczny proces produkcji jeszcze wcale nie jest opanowany w całej swej rozciągłości przez wartość wymienną. Przemiana wytworu w towar wymaga o tyle rozwiniętego podziału pracy wewnątrz społeczeństwa, aby przedział między wartością użytkową a wartością wymienną, ledwie powstający przy bezpośrednim handlu zamiennym, był już zupełnie dokonany. Taki szczebel rozwoju jest jednak historycznie wspólny najrozmaitszym ekonomicznym formacjom społecznym.
Weźmy jeszcze pod uwagę pieniądz. Wymaga on pewnego stopnia rozwoju wymiany towarowej. Rozmaite formy pieniądza: równoważnik towarów, środek obiegowy, środek płatniczy, skarb lub pieniądz światowy znamionują, zależnie od względnej przewagi jednej z tych funkcyj, bardzo rozmaite stopnie rozwoju społecznego procesu produkcji. A jednak doświadczenie uczy, że wystarcza stosunkowo słabo rozwinięty obieg towarów dla wytworzenia wszystkich form. Inaczej rzecz się ma z kapitałem. Samo istnienie obiegu towarowego i pieniężnego wcale jeszcze nie stwarza warunków historycznych dla pojawienia się kapitału. Powstaje on wtedy dopiero, kiedy posiadacz środków produkcji i środków utrzymania znajduje na rynku wolnego robotnika jako sprzedawcę siły roboczej, lecz nad spełnieniem tego dziejowego warunku pracowała historja świata. Od chwili powstania kapitału datuje się więc nowa epoka społecznego procesu produkcji[43].
Musimy więc teraz dokładniej zbadać ów szczególny towar, siłę roboczą. Narówni z wszystkiemi innemi towarami posiada ona swą wartość[44]. W jaki sposób określamy tę wartość?
Wartość siły roboczej, podobnie jak każdego innego towaru, jest określona przez czas pracy, niezbędny dla produkcji, a więc i dla reprodukcji (odtworzenia) tego szczególnego gatunku towaru. Jako wartość siła robocza przedstawia tylko określoną ilość ucieleśnionej w niej przeciętnej pracy społecznej. Siła robocza istnieje jednak tylko jako zdolność żywego człowieka. Wytwarzanie jej przypuszcza więc jego istnienie. Tem samem produkcja siły roboczej jednostki polega na jej zachowaniu i odtwarzaniu. W tym celu żywy osobnik wymaga pewnej sumy środków utrzymania. Czas pracy niezbędny do wytworzenia siły roboczej sprowadza się więc do czasu niezbędnego do wytworzenia tych środków utrzymania, a więc wartość siły roboczej równa jest wartości środków, niezbędnych do utrzymania jej posiadacza. Siła robocza jednak w rzeczywistości poczyna istnieć dopiero od chwili, gdy się ujawnia nazewnątrz, gdy się staje czynną, w pracy. Dzięki jej uruchomieniu, to jest dzięki pracy, pewna określona ilość ludzkich mięśni, nerwów, mózgu i t. d. zostaje zużyta, i ilość ta musi być zastąpiona. Ten zwiększony rozchód wymaga zwiększonego dochodu[45]. Jeżeli posiadacz siły roboczej pracował dzisiaj, musi on móc ponowić jutro pracę w tych samych warunkach siły i zdrowia.
Suma środków utrzymania musi być wystarczająca, aby zachować pracującą jednostkę, jako pracującą jednostkę, na jej normalnym poziomie życia. Same te potrzeby naturalne, jak pożywienie, ubranie, opał, mieszkanie i t. d., bywają rozmaite, zależnie od klimatycznych czy innych przyrodzonych właściwości kraju. Skądinąd zakres tak zwanych niezbędnych potrzeb, jako też sposób ich zaspokojenia, są wytworami historji i zależą dlatego głównie od stopnia rozwoju kulturalnego kraju, a więc w znacznym stopniu od tego, w jakich warunkach — a stąd z jakiemi zwyczajami i wymaganiami życiowemi wytworzyła się w tym kraju klasa wolnych najemników[46]. W przeciwstawieniu zatem do innych towarów określenie wartości siły roboczej zawiera pierwiastki moralne i historyczne. W określonym kraju i w oznaczonym czasie przeciętny zakres niezbędnych środków utrzymania jest również określony.
Posiadacze siły roboczej są śmiertelni. Jeśli mamy wciąż znajdować na rynku takich posiadaczy (czego wymaga bezustannie się ponawiające przekształcanie pieniędzy w kapitał), to trzeba, aby sprzedawcy siły roboczej uwiecznili się „jak każda jednostka uwiecznia się przez płodzenie potomstwa“[47]. Siły robocze, znikające z rynku dzięki zużyciu się i śmierci, muszą być stale zastępowane przez co najmniej równą ilość nowych sił roboczych. Suma środków utrzymania, niezbędnych do produkcji siły roboczej, zawiera przeto w sobie również środki utrzymania zastępców, czyli dzieci robotników, tak iż ten szczególny gatunek posiadaczy towarów na rynku towarowym osiąga żywot wieczny[48].
Dlatego, aby z jednostki ludzkiej uczynić robotnika, czyli, aby jednostka ta zdobyła sprawność i umiejętność w pewnej gałęzi pracy, aby stała się siłą roboczą rozwiniętą i wykwalifikowaną, konieczne jest pewne wychowanie i nauka. Ta ze swej strony kosztuje większą lub mniejszą sumę równoważników towarowych. Koszt wykształcenia jest rozmaity, zależnie od mniej lub bardziej złożonego ukształtowania siły roboczej. Koszt wykształcenia (nieznaczny dla zwykłej siły roboczej) wchodzi więc w zakres wartości, wydatkowanych na jej wytworzenie.
Wartość siły roboczej sprowadza się do wartości pewnej sumy środków utrzymania. Zmienia się więc wraz z wartością tych środków utrzymania, t. j. z długością czasu pracy, potrzebnego do ich wytworzenia.
Część środków utrzymania, naprzykład środki żywności, opał i t. d., jest codzień zużywana i musi być codzień na nowo zastępowana. Inne środki utrzymania, jak odzież, meble i t. d., zużywają się w ciągu dłuższych okresów czasu i dlatego rzadziej trzeba je zastępować. Niektóre towary trzeba kupować i płacić za nie codzień, inne — co tydzień, jeszcze inne raz na kwartał i t. d. Jednak niezależnie od tego, jak się suma tych wydatków rozkłada na różne dni roku, musi być ona pokrywana przez codzienny dochód przeciętny. Jeśli masa towarów, potrzebnych codzień do wytwarzania siły roboczej = A, suma potrzebnych co tydzień — = B, potrzebnych co kwartał — = C i t. d., to przeciętna dzienna tych towarów równa się


Jeśli przypuścimy, że w tej masie towarów potrzebnej przeciętnie na jeden dzień tkwi 6 godzin pracy społecznej, to w sile roboczej codziennie ucieleśnia się ½ dnia przeciętnej pracy społecznej, czyli wytwarzanie siły roboczej wymaga codziennie V* dnia pracy. Ta ilość pracy, potrzebna codzień do wytworzenia siły roboczej, stanowi dzienną, wartość siły roboczej, czyli wartość codzień odtwarzającej się siły roboczej. Jeśli ½ dnia przeciętnej pracy społecznej wyraża się również w ilości złota 3 sz., czyli 1 talara, to jeden talar będzie ceną odpowiadającą wartości dziennej siły roboczej. Jeśli posiadacz siły roboczej ofiarowuje ją za 1 talara dziennie, to jej cena sprzedażna jest równa jej wartości i zgodnie z naszem założeniem posiadacz pieniędzy, który śpieszy zamienić swoje talary w kapitał, zapłaci tę cenę.
Dolną czyli minimalną granicą wartości siły roboczej jest wartość tej masy towarów, bez której otrzymania posiadacz siły roboczej, człowiek, nie będzie mógł podtrzymać swego procesu życiowego, jest więc nią wartość środków utrzymania fizycznie niezbędnych. Jeśli cena siły roboczej spadnie do tego minimum, to spadnie poniżej swej wartości, gdyż w tych warunkach może się utrzymać i rozwijać tylko w zwyrodniałej postaci. Lecz wartość towaru jest wszak określona przez czas pracy, niezbędny dla wytworzenia go w taki sposób, żeby posiadał jakość normalną.
Jest to nadzwyczaj tani sentymentalizm upatrywać cynizm w tem określeniu wartości siły roboczej, wypływającej z samej istoty rzeczy i wzdychać, jak to czyni Rossi: „Kto wyobraża sobie zdolność do pracy (puissance de travail) w oderwaniu od środków utrzymania robotnika podczas przebiegu produkcji, ten obraca się w sferze urojeń (être de raison). Kto mówi: praca, zdolność do pracy — ten mówi zarazem robotnik i środki utrzymania, robotnik i płaca robocza“[49]. Kto mówi zdolność do pracy, nie mówi wcale praca, podobnie jak mówiąc zdolność trawienia, nie mamy na myśli samego trawienia. Wiadomo, że aby trawić trzeba mieć coś więcej, niż dobry żołądek. Kto mówi o zdolności do pracy, nie pomija środków utrzymania niezbędnych do jej zachowania. Przeciwnie, wartość ich jest wyrażona w wartości siły roboczej. Jeśli ta siła zostaje nie sprzedana, to nie przydaje się robotnikowi na nic, a co gorsza, odczuwa on to wówczas jako okrucieństwo przyrody, że wytworzenie jego siły roboczej wymagało pewnej ilości środków utrzymania i że odtwarzanie jej wciąż na nowo ich wymaga. Wtedy odkrywa on wraz z Sismondim: „Siła robocza jest niczem, jeżeli nie zostaje sprzedana”[50].
Szczególna natura tego jedynego w swoim rodzaju towaru, którym jest siła robocza, czyni, że z chwilą zawarcia umowy między jej sprzedawcą i nabywcą jej wartość użytkowa nie przechodzi jeszcze w istocie do rąk nabywcy. Wartość jej, podobnie jak każdego innego towaru, już była określona, zanim wstąpiła w obieg, gdyż w celu wytworzenia tej siły roboczej została wydatkowana określona ilość pracy społecznej; natomiast jej wartość użytkowa polega na jej działaniu, które się dopiero w następstwie ujawnia.
Sprzedaż siły i jej istotne ujawnienie się nie są jednoczesne.
Jednak przy takich towarach, gdzie sprzedaż formalna nie jest jednoczesna z istotnem przekazaniem nabywcy ich wartości użytkowych, pieniądz nabywcy funkcjonuje zazwyczaj jako środek płatniczy[51]. We wszystkich krajach o produkcji kapitalistycznej płaci się za siłę roboczą wtedy, gdy już była czynną przez okres oznaczony w umowie najmu, naprzykład w końcu każdego tygodnia. Wszędzie więc robotnik kredytuje kapitaliście wartość użytkową siły roboczej; pozwala ją nabywcy spożyć przed otrzymaniem jej ceny, wszędzie więc robotnik pożycza, kapitaliście. Fakty dowodzą, że to pożyczenie nie jest tylko urojeniem; dowodzą tego nietylko wypadki utraty zawierzonej płacy roboczej przy upadłości kapitalisty[52], ale i szereg innych trwalszych skutków[53]. Jednak nie zmienia się przez to sama istota wymiany towarów, że pieniądz funkcjonuje jako środek płatniczy, a nie jako środek kupna. Cena siły roboczej jest ustalona przez umowę, chociaż dopiero później zostaje zrealizowana, podobnie jak komorne domu. Siła robocza jest sprzedana, choć dopiero później zostanie zapłacona. W celu przedstawienia tego stosunku w czystej postaci przypuśćmy narazie, że posiadacz siły roboczej z chwilą jej sprzedania natychmiast otrzymuje umówioną cenę.
Znamy już sposób określenia wartości, którą posiadacz pieniędzy płaci posiadaczowi tego szczególnego towaru, którym jest siła robocza. Wartość użytkowa, którą otrzymuje on wzamian, ujawnia się dopiero przy istotnem użytkowaniu, w procesie spożycia siły roboczej. Posiadacz pieniędzy kupuje na rynku towarowym wszystkie przedmioty potrzebne do tego procesu i płaci za nie całkowitą cenę. Spożywanie siły roboczej jest zarazem wytwarzaniem towaru i wartości dodatkowej. Spożywanie siły roboczej, podobnie jak spożywanie każdego innego towaru, odbywa się poza rynkiem, czyli sferą obiegu. Porzućmy więc wraz z posiadaczem pieniędzy i posiadaczem siły roboczej tę sferę pełną gwaru, gdzie wszystko się dzieje publicznie na oczach wszystkich, i udajmy się za nimi do ukrytego warsztatu produkcji, na którego drzwiach czytamy napis: „Osobom obcym wstęp wzbroniony“. Tu się dowiemy nietylko jak kapitał wytwarza, ale także jak się kapitał wytwarza. Tu musimy wreszcie wyjaśnić tajemnicę zysku, czyli „robienia pieniędzy“.
Sfera obiegu czyli wymiany towarów, w której odbywają się sprzedaż i kupno siły roboczej, jest rzeczywiście prawdziwym rajem przyrodzonych praw człowieka. Tutaj panują wyłącznie Wolność, Równość, Własność i Bentham[54]. Wolność! Gdyż nabywca i sprzedawca towaru, naprzykład siły roboczej, działają tylko ze swej własnej woli. Zawierają umowy jako wolne, równouprawnione osoby. Umowa najmu jest ostatecznym wynikiem, w którym ich wole znajdują wspólny prawny wyraz. Równość! Gdyż zawierają, stosunek ze sobą wyłącznie jako posiadacze towarów i wymieniają równoważnik na równoważnik. Własność! Gdyż każdy rozporządza tylko tem, co do niego należy. Bentham! Gdyż każdy z nich dba tylko o siebie. Jedyną siłą, która ich ze sobą łączy i nawiązuje między nimi stosunek, jest siła ich egoizmu, ich własnych korzyści, ich osobistego interesu. I właśnie dlatego, że każdy dba tylko o siebie i nikt nie troszczy się o innych, wszyscy razem wskutek przedwiecznej harmonji rzeczy, lub też dzięki opiece przemyślnej Opatrzności, dokonywają dzieła wspólnej korzyści, powszechnego pożytku, powszechnego interesu.
Z chwilą, gdy opuszczamy tę sferę prostego obiegu czyli wymiany towarów, z której wolnohandlowiec „vulgaris“ (wulgarny, pospolity) czerpie swe poglądy, pojęcia i kry ter ja dla urobienia swego sądu o społeczeństwie kapitału i pracy najemnej, coś jak gdyby się już zmienia w fizjognomjach osób naszego dramatu. Dawny posiadacz pieniędzy kroczy na przedzie, jako kapitalista, posiadacz siły roboczej idzie za nim, jako jego robotnik; pierwszy stąpa raźno ze znaczącym uśmiechem, drugi — osowiały, niechętny jak ktoś, kto swą własną skórę przehandlował i teraz czeka, by mu ją wygarbowano.

Przypisy

  1. Przeciwieństwo miedzy potęgą własności ziemskiej, ugruntowaną na stosunkach osobistego poddaństwa i panowania, a bezosobową potęgą pieniądza, znajduje jasny wyraz w dwóch francuskich przysłowiach: „Nulle terre sans seigneur“ (niema ziemi bez pana). „L’argent n’a pas de maître“ (pieniądz nie zna pana).
  2. „Za pieniądze kupujemy towary, a za towary kupujemy pieniądze“. (Mercier de la Rivière: „L’ordre naturel et essentiel des societes politiques. Physiocrates. éd. Daire“, II część, str. 543).
  3. „Gdy kupujemy towary, aby je następnie sprzedać, pieniądze na ten cel użyte nazywają się pieniędzmi wyłożonemi; gdy używamy ich dla kupna bez zamiaru następnego sprzedania, mówimy, że pieniądze zostały wydane“. (James Steuart: „Works etc. edited by General Sir James Steuart, his son. I.ondon 1801“, tom I, str. 274).
  4. „Nie wymienia się pieniądza na pieniądz“, woła Mercier de la Rivière do merkantylistów. („L’ordre naturel et essentiel des societes politiques. Physiocrates, éd. Daire“, str. 468). W dziele, traktującem specjalnie o „handlu” i o „spekulacji”, czytamy: „Wszelki handel polega na zamianie rzeczy odmiennego rodzaju; korzyść (dla kupca?) wynika właśnie z tej odmienności. Nie byłoby żadnej korzyści z wymiany funta chleba na funt chleba... to właśnie wyróżnia korzystnie handel od gry, która ma na widoku wymianę pieniędzy na pieniądze”. (Th. Corbet: „An inquiry into the causes and modes of the wealth of ińdividuals; or the principles of trade and speculation explained. London 1841“, str. 5). Jakkolwiek Corbet nie dostrzega tego, że P — P, wymiana pieniądza na pieniądz, jest charakterystyczną formą obiegu nietylko kapitału handlowego, ale wszelkiego kapitału, lecz przynajmniej przyznaje, że ta forma jednego z rodzajów handlu, mianowicie spekulacji, upodobnia ją do gry; aż oto przychodzi Mac Culloch i dochodzi do wniosku, że kupno w celu sprzedaży jest spekulacją, że więc wszelka różnica pomiędzy spekulacją a handlem znika. „Wszelka tranzakcja, przy której ktoś kupuje jakiś wytwór, aby go znów odprzedać, jest w istocie spekulacją”. (Mac Culloch: „A dictionary practical etc. of commerce. London 1847“ str. 1058). Nierównie naiwniejszy jest Pinto, Pindar giełdy amsterdamskiej: „Handel jest grą (to zdanie jest zapożyczone od Lockea’a), a od żebraków nic wygrać nie można. Gdybyśmy przez czas dłuższy wygrywali stale ze wszystkimi graczami, musielibyśmy im później dobrowolnie oddać z powrotem większą część wygranej, aby móc grę na nowo rozpocząć”. (Pinto: „Traité de la circulation et du credit. Amsterdam 1771“, str. 231).
  5. „Kapitał dzieli się na... kapitał pierwotny i na zysk, przyrost kapitału... jakkolwiek w praktyce kapitalista dodaje przyrost ten natychmiast do kapitału i razem z nim puszcza w obrót“. (F. Engels: „Umrisse zu einer Kritik der Nationalökonomie“ w „Deutsch-Französische Jahrbücher, herausgegeben von Arnold Ruge und Karl Marx, Paris 1844“, str. 99). („Gesammelte Schriften von Karl Mara und Friedrich Engels. Stuttgart 1902“, Tom I, str. 445 i nast.).
  6. Arystoteles przeciwstawia chrematystyce ekonomikę. Punktem wyjścia jest dlań ekonomika. Traktowana jako umiejętność zarobkowania, ogranicza się ona do zdobycia dóbr niezbędnych dla życia i użytecznych dla domu lub państwa. „Prawdziwe bogactwo (ho alethinòs plùtos) składa się z takich wartości użytkowych; gdyż ilość przedmiotów tego rodzaju, wystarczająca do wygodnego życia, nie jest nieograniczona. Istnieje jednak jeszcze umiejętność zarobkowania innego rodzaju, zwana głównie i słusznie chrematystyką, dzięki której wydaje się, jakoby nie było granicy bogactwa i posiadania. Handel towarowy (he kapelikè — znaczy to dosłownie kramarstwo, handel detaliczny — i Arystoteles o tej formie mówi, bo w niej przeważną rolę gra wartość użytkowa) z istoty swej nie należy do chrematystyki, gdyż tu zamiana dotyczy rzeczy im samym (t. j. sprzedawcy i nabywcy) potrzebnych“. Dlatego to, rozumuje on dalej, pierwotną formą handlu towarowego był handel zamienny, ale w miarę jego rozszerzania się z konieczności powstał pieniądz. Z wynalezieniem pieniędzy handel zamienny musiał się rozwinąć w kapelikè, handel towarowy, a ten znów wbrew swej pierwotnej tendencji rozwinął się w chrematystykę, w umiejętność robienia pieniędzy. Chrematystyka różni się więc od ekonomiki tem, że „dla niej obieg jest źródłem bogactwa“ (poietikè chremáton... dià chremáton diabolês). I zdaje się ona obracać naokoło pieniędzy, bo pieniądz jest początkiem i końcem tego rodzaju wymiany (tó gàr nómisma stoicheîon kai páras tás allagês estin).
    Dlatego też to bogactwo, które ma na widoku chrematystyka, jest nieograniczone. Podobnie bowiem jak każda umiejętność, która nie jest środkiem do celu, ale jest sama w sobie celem ostatecznym, nie zna granic w swych dążeniach, bo stara się coraz bardziej do swego ideału zbliżyć, podczas gdy umiejętności, które są tylko środkiem, do celu jakiegoś wiodącym, nie są nieograniczone, bo cel ten właśnie granicę im zakreśla; tak też chrematystyka nie zna granicy swego celu, lecz celem jej jest bezwzględne zbogacenie się. Ekonomika, ale nie chrematystyka posiada granicę... pierwsza ma na celu coś co różne jest od pieniądza, druga chce tylko jego pomnożenia... Wskutek pomieszania tych dwu form, które przechodzą jedna w drugą, niektórzy uważają rachowanie i mnożenie w nieskończoność pieniędzy za cel ostateczny ekonomiki“. (Aristoteles: „De republica“ wyd. Bekkera, ks. I, rozdz. 8 i 9 passim).
  7. „Dobra (tu w znaczeniu wartości użytkowych) nie są celem ostatecznym przemysłowca-kapitalisty... pieniądz jest jego celem ostatecznym“. (Th. Chalmers: „On political economy etc. 2-nd ed. London 1832“, str. 166).
  8. „Wprawdzie kupiec wcale nie lekceważy sobie zysku już osiągniętego, ale wzrok jego jest zawsze skierowany ku zyskowi przyszłemu“ (A. Genovesi: „Lezioni di economia civile (1765)“, wyd. włoskich ekonomistów Custodi’ego, Parte moderna, tom VIII, str. 139).
  9. „Nienasycona żądza zysku, auri sacra fames, cechuje zawsze kapitalistę“. (Mac Culloch: „The principles of political economy. London 1830“, str. 179). Ten pogląd nie przeszkadza jednak temuż panu Mac Culloch i jemu podobnym, ilekroć teorja nasuwa im kłopoty, jak naprzykład przy sprawie nadprodukcji, przedstawiać tegoż kapitalistę jako dobrego obywatela, który ma na oku tylko wartości użytkowe i który bodaj z wilczym apetytem spogląda na buty, kapelusze, jaja, perkaliki i inne bardzo pospolite odmiany wartości użytkowych.
  10. „Sózein“ (dosłownie „ratować“, „zbawiać“) jest jednym z charakterystycznych wyrażeń greckich, oznaczających tezauryzacje. Podobnie angielskie słowo „to save“ znaczy jednocześnie „ratować“ i „oszczędzać“.
  11. „Nieskończoność nie polega na postępie rzeczy, lecz na ich obrocie“ (Galiani).
  12. „Nie materja jest tem, co stanowi kapitał, lecz wartość materii“. (J. B. Say: „Traité d’économie politique. 3-ème éd. Paris 1817“, tom I, str. 428).
  13. „Pieniądze w obiegu (currency!), użyte dla celów produkcyjnych, są kapitałem“. (Mac Leod: „The theory and practice of banking. London 1855“, tom I, rozdz. 1). „Kapitał to towar“ (James Mill:.„Elements of political economy. London 1821“, str. 74).
  14. „Kapitał... wartość stała, pomnażająca się bez przerwy“. (Sisimondi: „Nouveaux principes d’économie politique“, tom I, str. 90).
  15. „Zamiana jest cudowną tranzakcją, na której obie strony zawsze (!) zyskują“ (Destutt de Tracy: „Traité de la volonté et de ses effets. Paris 1826“, str. 68). Książka ta ukazała się następnie pod tytułem „Traité d’économie politique“.
  16. Mercier de la Rivière: „L’ordre naturel et essentiel. Physiocrates, éd. Daire“. Część II, str. 544.
  17. „Jest zupełnie obojętne, czy jedna z tych dwóch wartości składa się z pieniędzy, czy też obie są zwykłemi towarami“ (tamże, str. 543).
  18. „Nie strony, zawierające umowę, rozstrzygają o wartości, ta bowiem jest ustalona przed zawarciem tranzakcji“ (Le Trosne: „De l’intérêt social. Physiocrates, éd. Daire, Paris 1846“, str. 906).
  19. Galiani: „Della Moneta’1, w wyd. Custodi’ego, Parte Moderna, tom IV, str. 244.
  20. „Zamiana staje się niekorzystna dla jednej <ze stron, gdy jaka zewnętrzna okoliczność obniży lub wyśrubuje cenę: wtedy równość zostaje naruszona; ale to naruszenie jest dziełem owej okoliczności, a nie wynikiem samej zamiany“ (Le Trosne: „De l’intérêt social. Physiocrates, éd. Daire, Paris 1846“, str. 904).
  21. „Wymiana jest umową, z natury swej opartą na równości i dokonywa się między dwiema równemi wartościami. Nie jest więc środkiem zbogacania się, gdyż każdy daje tyle, ile odbiera“ (tamże, str. 903).
  22. Condillac: „Le commerce et le gouvernement“ (1776), éd. Daire i Molinari w „Mélanges d’économie politique. Paris 1847“, str. 267).
  23. To też Le Trosne odpowiada bardzo trafnie swemu przyjacielowi Condillacowi: „Obecne społeczeństwo nie zna wogóle nic zbytecznego“. Przytem szydzi zeń, wyciągając z jego pisma taki wniosek: „Jeśli z obu wymieniających każdy o jednakową ilość daje mniej niż otrzymuje, to obydwaj otrzymają ilość jednakową“. Condillac, który nie ma jeszcze najsłabszego pojęcia o istocie wartości wymiennej, jest oczywiście najodpowiedniejszym autorytetem dla p. prof. Wilhelma Roschera, gdy ten szuka poparcia dla swych dziecinnych pojęć. Patrz jego: „Die Grundlagen der Nationalökonomie, 3 Auflage, 1858“. — Cytuje on naprzykład z zadowoleniem w § 107 taki oto aforyzm Condillaca: „Przedmiot nie dlatego posiada wartość, że coś kosztuje, ale dlatego kosztuje (pracę lub pieniądze), że posiada wartość“. K.
  24. S. P. Newman: „Elements of political economy. Andover and New York 1835“, str. 175.
  25. „Podniesienie nominalnej wartości wytworów.... nie przynosi sprzedawcom żadnej korzyści... gdyż to, co zyskają, jako sprzedawcy, stracą w tym samym stosunku, jako nabywcy“. („The essential principles of the wealth of nations etc. London 1797“, str. 66).
  26. „Gdy jesteśmy zmuszeni oddać za 18 liwrów ilość wytworów o wartości 24 liwrów, to za te same 18 liwrów otrzymamy przy kupnie tyle wytworów, wieleśmy poprzednio kupowali za 24 liwry“ (Le Trosne: „De l’intéret social. Physiocrates, éd. Daire, Paris 1846“, str. 897).
  27. „Żaden sprzedawca nie może stale podnosić cen swych towarów, nie płacąc jednocześnie drożej za towary innych sprzedawców, i z tego samego powodu żaden spożywca nie może stale płacić mniej za to, co kupuje, chyba pod warunkiem oddawania po zniżonej cenie towarów, które sam sprzedaje“ (Mercier de la Rivière: „L’ordre naturel et essentiel. Physiocrates, éd. Daire, część II, str. 555).
  28. R. Torrens: „An essay on the distribution of wealth. London 1821“, str. 349.
  29. „Pomysł, że zyski są płacone przez spożywców, jest napewno pozbawiony sensu. Któż to bowiem są spożywcy?“ (G. Ramsay: „An essay on the distribution of wealth. Edinburg 1836“, str. 184).
  30. „Gdy ktoś nie znajduje odbiorców dla swych towarów, czyż wówczas Malthus poradzi mu płacić komuś, aby ten je od niego odkupił?“ — zwraca się pewien oburzony uczeń Ricarda do Malthusa, który podobnie jak i jego uczeń, klecha Chalmers, pod niebiosa podnosi z ekonomicznego punktu widzenia klasę wyłącznych nabywców, czyli spożywców. Patrz: „An inquiry into those principles respecting the naturę of demand and the necessity of consumption, lately advocated by Mr Malthus etc. London 1821“, str. 55.
  31. Destutt de Tracy, choć członek akademji, a może właśnie dlatego, był odwrotnego zdania. Kapitaliści przemysłowi — mówi on — na tem zarabiają, że „wszystko sprzedają drożej, niż ich kosztowała produkcja. A komu sprzedają? Po pierwsze samym sobie“ („Traité de la volonté et de ses effets. Paris 1826“, str. 239).
  32. „Zamiana równych wartości ani nie zwiększa, ani nie zmniejsza sumy wartości, istniejących w społeczeństwie. Zamiana nierównych wartości.... również nie zmienia wcale sumy wartości społecznych, aczkolwiek zwiększa posiadanie jednej części o tyle, o ile zmniejsza posiadanie drugiej“ (JB. Say: „Traité d’économie politique, Paris 1817“, tom I, str. 4343, 435). Say oczywiście, nie troszcząc się wcale o wypływające stąd wnioski, zapożycza to zdanie prawie dosłownie od fizjokratów. Oto jeszcze przykład w jaki sposób rabował on zapomniane podówczas dzieła, powiększając ich kosztem swą własną „wartość“. Najsławniejszy aforyzm Say’a: „Wytwory kupuje się tylko za wytwory“ (Tom II, str. 438) brzmi w oryginale u fizjokratów: „Wytwory można opłacić tylko wytworami“ (Le Trosne: De l’intérêt social. Physiocrates, éd. Daire, Paris 1846“, str. 899).
  33. „Wymiana nie nadaje wogóle wartości wytworom“. (T. Wayland: „The elements of political economy. Boston 1853“, str. 168).
  34. „Handel byłby niemożliwy, gdyby stale zamieniano równoważniki“ (G. Opdyke: „A treatise on political economy. New York 1851“, str. 69). „Różnica między wartością rzeczywistą a wartością wymienną opiera się na tym fakcie, że wartość rzeczy różna jest od ofiarowywanego za nią w handlu tak zwanego równoważnika, czyli że ten równoważnik nie jest równoważnikiem” (F. Engels: „Umrisse zu einer Kritik der Nationaloekonomie“, Deutsch-Französische Jahrbiicher, Paris 1844, str. 95). (Porównaj: „Gesammelte Schriften von Karl Marx und Friedrich Engels. Stuttgart 1902“, tom I, str. 442).
  35. Benjamin Franklin: Works, vol. II, od Sparks w: „Positions to be examined concerning national wealth”.
  36. Aristoteles: „De republica“, ks. I, rozdz. 10.
  37. „Przy zwykłym stanie rynku zysk nie może być osiągnięty drogą wymiany. Gdyby nie istniał on już przed wymianą, nie istniałby też po jej dokonaniu“ (Ramsay: „An essay on the distribution of wealth. Edinburg 1836“, str. 184).
  38. W świetle poprzedzających rozważań czytelnik zrozumie, że oznacza to tylko tyle: powstawanie kapitału musi być możliwe nawet wtedy, gdy cena towaru równa jest jego wartości. Powstawanie to nie daje się wytłumaczyć przez odbieganie cen towarów od ich wartości. Gdy ceny w pewnym konkretnym wypadku odchylają się od wartości towarów, wtedy należy je właśnie sprowadzić do nich, t. j. nie uwzględnić tej okoliczności, jako przypadkowej, aby móc badać zjawisko powstawania kapitału na gruncie wymiany towarowej w jej czystej postaci, bez zakłócenia przez okoliczności uboczne i zaciemniające właściwy przebieg. Nie jest to przytem jakaś wyłącznie naukowa, oderwana czynność. Nieustanne wahania cen rynkowych, ich podnoszenie się i spadek równoważą się, znoszą się wzajemnie i same sprowadzają się do ceny przeciętnej, jako reguły wytycznej. Ta cena przeciętna jest drogowskazem kupca, lub przemysłowca w każdem przedsięwzięciu, obliczonem na dłuższy okres czasu. Wie on zatem, że gdy bierzemy pod uwagę dłuższy okres czasu, to towary nie są sprzedawane w istocie ani poniżej ani powyżej, ale właśnie po owej cenie przeciętnej. Gdyby więc bzeinteresowne myślenie wchodziło wogóle w zakres jego interesów, musiałby sobie postawić zagadnienie powstawania kapitału w takiej postaci: w jaki sposób może powstawać kapitał, jeżeli ceny są regulowane przez cenę przeciętną, czyli w ostatniej instancji przez wartość towaru? Mówię „w ostatniej instancji“, gdyż ceny przeciętne nie pokrywają się wprost z wartościami towarów, jak to przypuszczają A. Smith, Ricardo i inni.
  39. Zdanie, które bajeczny lotnik starożytny Dedal miał wygłosić do syna swego Ikara, z którym razem leciał z Krety na Rodos. Przyp. tł.
  40. „W postaci pieniądza... kapitał nie wytwarza zysku“ (Ricardo: „Principles of political economy. 3rd. ed. London 1821“, str. 267; por. przekład polski Dr. M. Bornsteinowej w Bibljotece Wyższej Szkoły Handlowej, Warszawa, 1919, str. 179).
  41. W encyklopedycznych dziełach o starożytności klasycznej spotykamy bezsensowne zdanie, że w świecie starożytnym kapitał był najzupełniej rozwinięty, „brakowało tylko wolnego robotnika i systemu kredytowego“. Również panu Mommsenowi w jego „Historji Rzymu“, zdarzają się co krok podobne quid pro quo (nieporozumienia).
  42. Dlatego też różne ustawodawstwa ustanawiają maximum trwania umowy o pracę. Ustawy wszystkich państw, uznających wolność pracy, normują warunki wymówienia najmu. W niektórych krajach, mianowicie w Meksyku (przed wojną domową amerykańską, również w terytoriach oderwanych od Meksyku oraz co do istoty rzeczy w księstwach naddunajskich aż do przewrotu Kuzy) zamaskowane niewolnictwo (zaprzedanie się za długi w niewolę najemników, peonów — K.) trwa w postaci „peonage“. Dzięki pożyczkom, spłacanym odrobkiem, a przekazywanym z pokolenia w pokolenie, nietylko poszczególny robotnik, ale i cała jego rodzina stanowili w rzeczywistości własność innych osób i ich rodzin. Juarez zniósł „peonage“. Tak zwany cesarz Maksymiljan wprowadził je na nowo dekretem, który został w’ izbie posłów w Waszyngtonie słusznie napiętnowany, jako dekret przywracający niewolnictwo w Meksyku. „Mogę wyzbyć się na czyjąś korzyść używania... przez czas ograniczony swych szczególnych cielesnych i duchowych sił i umiejętności, gdyż przez to ograniczenie uzewnętrzniam je w stosunku do całokształtu swej osobowości. Natomiast zrzekając się całego swego czasu, realizującego się w pracy i w całej mojej wytwórczości, uczyniłbym cudzą własnością to, co stanowi moją istotę, a mianowicie, całą moją działalność, byt mój. mą osobowość“ (Hegel: „Philosophie des Rechts“. Berlin 1840, str. 104, § 67).
  43. Epokę kapitalistyczną cechuje więc to, że siła robocza przybiera dla samego robotnika formę należącego doń towaru, a stąd praca jego — formę pracy najemnej. Z drugiej strony dopiero od tej chwili rozpowszechnia się towarowa forma wytworów pracy.
  44. „Wartością lub znaczeniem człowieka, jak każdej innej rzeczy, jest jego cena, t. j. to, co mu płacą za używanie jego siły“ (Th. Hobbes: „Leviathan“ w „Works ed. Molesworth. London 1839 — 44“, tom III, str. 76).
  45. Dlatego to villicus (ekonom) w starożytnym Rzymie, stojący na czele niewolników, zatrudnionych na roli, otrzymywał „skąpszą miarę pożywienia, gdyż miał lżejszą pracę od parobków“ (Th. Mommsen: „Römische Geschichte, 1856“, str. 810).
  46. W. Th. Thornton przytacza ciekawe fakty w tym przedmiocie w swej pracy: „Overpopulation and its remedy, London 1846“.
  47. Petty.
  48. „Jej (pracy) cena naturalna... składa się z takiej ilości środków życia i użycia, jaka ze względu na klimat i stopę życiową danego kraju jest niezbędna do utrzymania przy życiu robotnika i jego rodziny, stanowiącej gwarancję niezmniejszonej podaży pracy na rynku“ (R. Torrens: „An essay on the external Corn Trade. London 1815“, str. 02). Słowo „praca“ jest tu błędnie użyte zamiast „siła robocza“.
  49. Rossi: „Cours d’économie politique. Bruxelles 1842“, str. 370.
  50. Sismondi: „Nouveaux principes d’économie politique“, tom I, str. 112.
  51. „Za każdą pracę płacimy dopiero po jej wykonaniu“ („An inquiry in the those principles respecting the naturę of demand etc. London 1821“, str. 104). „Kredyt handlowy musiał powstać w chwili, gdy robotnik, główny czynnik produkcji, mógł dzięki swym oszczędnościom czekać tydzień, 14 dni, miesiąc, kwartał na zapłatę“ (Ch. Ganilh: „Des systemes de l’économie politique, 2-me éd. Paris 1821“, tom II, str. 150).
  52. „Robotnik daje na kredyt swą pracę, ale“, dodaje chytrze Storch: „nic nie ryzykuje“ oprócz „straty swej płacy... Robotnik nie wykłada nic materialnego“ (Storch: „Cours d’économie politique. Petersbourg 1815“, tom II, str. 37).
  53. Oto przykład: w Londynie są dwa rodzaje piekarzy: „fuli priced“, którzy sprzedają chleb podług rzeczywistej wartości, oraz „undersellers“, którzy go sprzedają poniżej wartości. Ta druga kategorja obejmuje ¾ wszystkich piekarzy. (P. XXVII w „Reports“ komisarza rządowego H. C. Tremenheere „Grievances complained of by the journeymen bakers etc. London 1862“). Owi „undersellers“ sprzedają, prawie bez wyjątku, chleb fałszowany z dodatkiem ałunu, mydła, potażu, wapna i innych podobnie przyjemnych, pożywnych i ddrowych domieszek. (Patrz cytowaną powyżej księgę niebieską oraz sprawozdanie „Committee of 1855 on the adulteration of bread“ oraz dr. Hasallsa „Adulterations Detected. 2-nd ed. London 1862“). Sir John Gordon oświadczył przed komisją z r. 1855, że „wskutek tych zafałszowań biedak, żyjący dwoma funtami chleba dziennie, nie otrzymuje nawet czwartej części wartości odżywczej Chleba, nie mówiąc już o szkodzie dla zdrowia“. Tremenheere (w powyżej wymienionem sprawozdaniu, str. XLVIII) podaje powód, dla którego „ogromna część klasy robotniczej“, choć wie dobrze o tem fałszowaniu, jednak kupuje chleb wraz z ałunem i potażem: „to, że są oni zmuszeni brać od swego piekarza lub sklepikarza na kredyt taki chleb, jaki im dać raczą“. Ponieważ otrzymują płacę dopiero w końcu tygodnia „mogą też dopiero w końcu tygodnia zapłacić za chleb spożyty przez swe rodziny w ciągu tygodnia“. Tremenheere, przytaczając to świadectwo, dodaje: „powszechnie wiadomo, że chleb z podobnemi domieszkami piecze się specjalnie dla tego rodzaju klientów“. „W licznych angielskich okręgach rolniczych (a więcej jeszcze w szkockich) wypłaca się lon co 14 dni, a nawet co miesiąc. Przy tak długich odstępach wypłaty robotnik rolny musi kupować towary na kredyt... Musi płacić wyższe ceny i jest faktycznie związany ze sklepikiem, który mu daje kredyt. Naprzykład w Horningsham in Wilts, gdzie wypłacają raz na dwa tygodnie, ta sama mąka kosztuje robotnika 2 szylingi 4 pensy za kamień (=14 funtów), za które gdzieindziej płaci 1 szylinga 10 pensów“ („Sixt report on Public Health by „The Medical Officer of the Privy Concil etc. 1864“, str. 264). „W roku 1853 ręczni drukarze perkalików w Paisłey i Kilmarnock (Zachód. Szkocja) wymogli przy pomocy strajku skrócenie terminu wypłaty z miesiąca do dwóch tygodni“. („Reports of the inspectors of factories for 31 st. October 1853“, str. 34). Jako próbkę dalszego rozwoju kredytu, którego robotnik udziela kapitaliście, możemy przytoczyć metodę wielu angielskich właścicieli kopalń węgla, którzy płacą robotnikowi dopiero w końcu miesiąca, przedtem zaś dają mu zaliczki najczęściej w towarach, za które musi on płacić powyżej cen rynkowych (Truck-system, system płacenia łonu w towarach zamiast gotówką — K.). Jest to powszechnym zwyczajem majstrów w kopalniach węgla wypłacać lon raz na miesiąc. W międzyczasie udzielają zaliczek w końcu każdego tygodnia. Zaliczki te robotnicy otrzymują w sklepie (mianowicie w tommy-shop czyli w sklepiku należącym do majstra). W ten sposób dostają oni zaliczkę i zaraz na miejscu ją wydają. („Children’s Employment, Commission. 3-rd. Report. London 1864“, str. 38, n. 192“).
  54. Bentham (1748 — 1832), filozof angielski, głosił tak zwaną filozofią użyteczności (utylitaryzm). Osobisty interes jest dlań motorem wszelkiego działania. Ale wszystkie interesy, o ile są dobrze pojęte, składają się na ogólną harmonję. Dobrze pojęty interes jednostki jest również interesem społeczeństwa. Liberalizm angielski był w tym samym stopniu opanowany przez tę doktrynę, jak przez teorję „wulgarną”, (t. j. przystosowaną do potrzeb burżuazyjnego motłochu) wolnego handlu — K.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karl Marx.