Ożenić się nie mogę/Akt III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Ożenić się nie mogę
Rozdział Akt III
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom VII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VII jako ePub Pobierz Cały tom VII jako PDF Pobierz Cały tom VII jako MOBI
Indeks stron


AKT III.

(Pokój w Hotelu. Drzwi jedne w głębi, drugie na prawo; kanapa, na środku stolik dywanikiem przykryty — krzesełka.)

SCENA I.
Milder, Julja.
(Milder leży na kanapie, cygaro pali — Julja w zielonym szalu i kapeluszu wchodzi środkowemi drzwiami, które na klucz zamyka za sobą, — potém kładzie kapelusz na stoliku i siada na krześle przy Milderze.)
Julja.

Nowe zjawiają się przeszkody.

Milder (obojętnie).

A! — przeszkody.

Julja.

Nieprzewidziane.

Milder (puszczając dym w górę).

Doprawdy?

Julja.

Mój ojciec był u mnie przed godziną i oświadczył mi jak najsolenniéj... wiész co?

Milder.
Że mu się podobałem... mam szczęście do ludzi.
Julja (ironicznie).

Nie wątpię, że kto cię ujrzy, zachwycony tobą być musi... Ale nieszczęściem nie o tobie była mowa.

Milder.

Nie o mnie? to mnie dziwi.

Julja.

Mój ojciec chce bez zwłoki wydać mnie za mąż?

Milder (puszczając dym).

Bez zwłoki? — patrzcie!

Julja.

I za kogo? Za naszego Florjana.

Milder.

Rzadki exemplarz męża. Cóż ty na to?

Julja.

Cóż. Nie przystawałam, nie odmawiałam, wykręcałam się jak mogłam.

Milder.

Trzeba było korzystać ze sposobności i oświadczyć także jak najsolenniéj szanownemu Panu Gdańskiemu, że pomimo najszczerszéj chęci pozostania córką zawsze posłuszną, za mąż iść nie możesz, mając już męża w mojéj czcigodnéj osobie.

Julja.

Czcigodnéj! Ach czcigodnéj!.. Żadna jeszcze żona nie słyszała podobno tego o swoim mężu, co ja musiałam słyszeć z ust twojéj dawnéj oblubienicy i narzeczonéj.

Milder (zawsze obojętnie).
Fulminowała z górnych stref swoich... poczciwa Hermenegilda!
Julja.

Czci, wiary na tobie nie zostawiła, aż mnie strach przejmował.

Milder.

Pah! — kochała mnie jednak szalenie.

Julja.

Dajmy temu pokój.

Milder.

Alboż to ona jedna?!..

Julja.

Jeszcze!

Milder.

Ale to wszystko należy już do historyi.

Julja.

Piękna historya!

Milder.

Dziedzina potomności.

Julja.

Biédna potomność!

Milder.
Byłem zawsze we wszystkiém wzorowym. Nic sobie nie mam do zarzucenia. Lubiłem płeć piękną, bo mnie płeć piękna do tego zmuszała. Straciłem majątek, prawda, ale ja chciałem tracić a nie stracić; że się nitka urwała, czyż moja wina? Grałem, prawda. Jeden gra na skrzypcach, drugi na basetli, ja w karty — różne są gusta. Robiłem długi — bo w świecie coś robić trzeba. Nareszcie brać a nie oddawać, jest to tworzyć bogactwa — czysta ekonomja polityczna.
Julja.

Ach, ach, dosyć, dosyć.

Milder.

Nie przydrwiwaj więc mojéj historyi, bo każdy człowiek ma przecie swoję miłość własną... Cóż u licha!..

Julja.

Dobrze, dobrze, a teraz wróćmy do naszego interesu.

Milder (p. k. m.)

Nic zatém ojcu nie wspomniałaś?

Julja.

Na cóż by się było zdało? wygrajmy pierwéj batalją z macochą.

Milder.

Wygramy.

Julja.

Myślisz, że przyjdzie?

Milder (patrząc na zegarek).

Niezawodnie. Tylko co jéj nie widać.

Julja.

Ja na jéj miejscu pewniebym nie przyszła.

Milder.

Bardzo mnie to cieszy, ale ona przyjdzie. Należy bowiem do rzędu tych osób, co więcéj czczą pozór niż istotę rzeczy. Opinia świata u niéj wszystkiém. Byle téj nie naruszyć, wszystko wolno; mam nadzieję, że ją poprawię.

Julja (śmiejąc się).
Może własnym przykładem.
Milder.

Własnego przykładu nie potrzeba... Wszyscy jesteśmy ludźmi... ale ja jéj wskażę drogę cnoty... (Słychać lekkie pukanie do drzwi w głębi sceny.) Otóż i ona.

(Julja bierze kapelusz i wybiega we drzwi na prawo. Milder rzuca cygaro i otwiera drzwi w głębi.)




SCENA II.
Milder, Hermenegilda.
(Hermenegilda w zielonym szalu, podobnym jak Julji, Milder ukłoniwszy się z uszanowaniem, zamyka drzwi na klucz.)
Hermenegilda.

Pan zamykasz?

Milder.

Nie zamknąć? (p. k. m.) Może kto nadejść.

Hermenegilda.

Zamknij Pan. (Rzucając się na kanapę.) Jestem więc. Czy dosyć upokorzenia, co?

Milder.

Hermenegildo!..

Hermenegilda.

Do rzeczy, do rzeczy mój Panie. Czego żądasz? pieniędzy? co? wiele?

Milder.

Jeżeli z tego tonu zaczniemy, trudno będzie dojść do harmonii, której nam potrzeba. Już raz przekonałem cię, że wzgardy znieść nie umiem. Ztąd wynikłe moje późniejsze postępowanie (co bezwzględnie wyznaję) stało się przewinieniem, którego mi przebaczyć nie możesz. Dziś nietylko tego nie żądam, ale przeciwnie chcę ci dać sposobność zemszczenia się godnie.

Hermenegilda.

Każdym stosunkiem z Panem, nawet zemstą gardzę.

Milder.

Daję sposobność zemsty, która cię wzniesie, a mnie poniekąd upokorzy. Zemścij się oddając dobre za złe.

Hermenegilda.

Dużoby trzeba dobrego, bo dużo było złego.

Milder.

Chwilkę cierpliwości, chwilkę uwagi, a potém rozstrzygniesz jak zechcesz.

Hermenegilda.

Słucham.

Milder.

Poznałem we Lwowie młodą, osieroconą osobę, osieroconą lubo los nie pozbawił jéj zupełnie rodziców — pokochaliśmy się.

Hermenegilda.

Cóż mnie to obchodzi?

Milder.

Pisaliśmy do ojca, prosząc o zezwolenie. Trzy miesiące powtarzaliśmy prośby nasze, trzy miesiące nie odebraliśmy żadnéj odpowiedzi. A kiedy położenie w świecie téj młodéj osoby stawało się coraz przykrzejsze... zaślubiłem ją.

Hermenegilda.
A! Winszuję.
Milder.

Po ślubie dopiero, więc już za późno dowiedzieliśmy się dlaczego ojciec nie odpisywał. Służący mój darł nasze listy a pieniądze chował. Nie było zatém innego środka, jak przyjechać do ojca i otrzymać...

Hermenegilda (kończąc sens).

Posag.

Milder.

Niech i tak będzie, posag ale razem i przebaczenie nietyle winy ile pośpiechu.

Hermenegilda.

I cóż ten romantyczny ustęp obchodzić mnie może?

Milder.

Bardzo, bardzo wiele, gdyż w dalszém rozwinięciu tego, jak nazwałaś romansu, główną rolę raczysz przyjąć.

Hermenegilda.

Pan zawsze lubisz żartować dowcipnie.

Milder.

Bynajmniéj. Przekonasz się, że nie ma żartu, jak ci powiem, że moją żoną jest Julja, ta, którą dziś u siebie poznałaś pod imieniem Baronowej...

Hermenegilda.

Co słyszę!

Milder.

A jéj ojcem jest mąż Wać Pani Dobrodziejki.

Hermenegilda.
Mój mąż ma córkę!
Milder.

Z pierwszego małżeństwa.

Hermenegilda.

Fałsz! kłamstwo, mój mąż nie miał innéj żony...

Milder.

Mylisz się łaskawa Pani, miał żonę najdokładniejszą i żeniąc się z tobą był wdowcem.

Hermenegilda.

Wdowcem! wdowcem!

Milder.

Najczystszym. Potrafił to jednak zataić... tym tylko bowiem sposobem mógł otrzymać rękę uwielbionéj Hermenegildy.

Hermenegilda.

Ależ to zdrada! Podłe oszukaństwo! To powód do separacyi!

Milder.

Prawda, jest powód, ale z niego korzystać nie będziesz.

Hermenegilda.

Będę, za to ręczę.

Milder.

A ja ręczę, że nie.

Hermenegilda.

Któż mi zabroni?

Milder.

Ja. Tak jest ja, troskliwy o twoją dobrą sławę.

Hermenegilda.

Dziękuję, moja dobra sława nie potrzebuje opieki. I pewnie nie ucierpi na tém, że porzucę tego, który mnie zwiódł, skłamał, zdradził haniebnie. Sumienie nawet każe mi nie pobłażać oszukaństwu.

Milder.

Czyliż świat wierzyć będzie tym powodom... Nie będzieże szukał innéj przyczyny?

Hermenegilda.

Reputacya moja niezachwiana.

Milder.

Może być zachwianą, wiész to dobrze i dlatego boisz się.

Hermenegilda.

Ja się boję?

Milder.

Byłażebyś ty u mnie, gdybyś się nie bała? Gotowaś zawsze i rzeczywiście źle zrobić, byle pozór ocalić.

Hermenegilda.

Pozór! Cnota moja niepozorna. Spoczywa Bogu dzięki na silnych zasadach.

Milder.
Być może, ale pozwól sobie powiedzieć, że u jednéj Pani cnota jest jak rumieniec, przybywa i trzyma się bez jéj wiedzy i chluby. U drugiéj zaś jest ona tylko zwycięztwem nad sobą, z ciężkim trudem wywalczoném; dlatego ta zwycięzka szanowna dama każe sobie ciągle opłacać indemnizację kosztów wojennych — staje się biczem bożym, chłoszcze bez względu i litości małe i nie małe usterki, bo ich w głębi serca zazdrości.
Hermenegilda.

O!.. O!..

Milder.

Dlatego taka szanowna dama nie pobłażając nigdy i nikomu, pobłażania spodziewać się nie może — dlatego szanowna dama wykrada się z domu do niegdyś swojego ulubionego.

Hermenegilda.

Och!

Milder.

Och czy Ach, ale kochałaś mnie szanowna Pani i skrycie przychodzisz do mnie — a prawdę mówiąc jest to krok nierozważny i naganny, robisz go jedynie, aby przytłumić wcześnie rozgłos mniemanéj dawnéj przewiny. Bo że kochałaś, nic złego. Że pisywałaś, nie występek. Że dałaś swój portret, nie zbrodnia. Działasz więc teraz źle istotnie, aby tylko uniknąć jak najmniejszego sporu z opinją publiczną.

Hermenegilda.

Co to ma do rzeczy? Mąż mnie zwiódł, zdradził, a ja żądać będę separacyi — w tém lękać się opinji świata nie mam przyczyny.

Milder.

Ale świat śledzić będzie za trochę ważniejszą, trochę rozsądniejszą przyczyną, i dowié się koniec końców, że Pan Gdański przejął korespondencyę swojéj żony... bez daty, proszę pamiętać.

Hermenegilda.

Ależ Pan Gdański nie przejął.

Milder.
Przejąć może.
Hermenegilda.

Jakim sposobem?

Milder.

Jak mu oddam, mieć będzie.

Hermenegilda.

Jakto? Mógłbyś to uczynić? w jakimże celu podłości tyle?

Milder.

Powoli, powoli, nie zapalajmy się, jeszcze nie skończyłem. Masz zapis pewnéj sumy w razie separacyi. Ten zapis jest twojém istotném nieszczęściem, każdą przykrość domową nie starasz się znieść, załagodzić, ale przeciwnie powiększasz, chcąc jéj użyć do osiągnienia wolności, z którą potém nie wiedziałabyś co począć. Zedrzej zapis, nie miej ciągle pokusy, a znajdziesz spokojność w pożyciu domowém.

Hermenegilda.

Mam się wyrzec jedynéj rękojmi bezpieczeństwa osobistego.

Milder.

O! O! O!.. nie róbże z grubego dobrodusznego Gdańskiego, krwi łaknącego Sinobrodę.

Hermenegilda.

Teraz zaczynam rozumieć sens długiéj przemowy. Mam za moje listy oddać zapis.

Milder.

Tak jest. Przez zwrot zapisu zapewnisz męża, że nadal o separacyi myśleć nie będziesz. Mąż twój odbierając z rąk twoich zabezpieczenie swojéj przyszłości, chętnie przemieni wiecznie go straszącego rywala w zięcia, a ja zwróciwszy listy, co więcéj drogi mi portret, wyjadę z Warszawy. Tak wszystko skończy się z powszechném zadowolnieniem i pozostaniesz nadal nieskazitelną przełożoną czystego zjednoczenia moralnych Reformistek.

Hermenegilda.

Panie Marski, zapomniałeś, że mojém godłem (wzniośle) Złamać się mogę — ugiąć nigdy.

Gdański (za drzwiami).

Czy tu mieszka Pan Milder?

Hermenegilda.

Mój mąż!

Milder.

Czegóż się lękasz?

Hermenegilda.

Tak gwałtowny i moja tu bytność.

Milder.

Stanie się pierwszym stanowczym krokiem do separacyi. (Pukanie do drzwi silne) Mam otworzyć?

Hermenegilda.

Nie, nie — nie ma ztąd drugiego wychodu?

Milder (z flegmą).

Niema.

Hermenegilda.

Przez ten pokój?

Milder.

Mój sypialny? nie, niema.

Hermenegilda.
Skryję się tam... w tym pokoju.
Milder.

W moim sypialnym? — Jak Pani chcesz.

Hermenegilda (wracając od drzwi).

Pan mnie zdradzisz.

Milder (wyniośle).

Hermenegildo! ugiąć się mogę — złamać nigdy.

(Hermenegilda odchodzi w drzwi na prawo, zostawiwszy na kanapie swój szal zielony — pukanie do drzwi.)




SCENA III.
Milder, Gdański.
Milder (otwierając).

Przepraszam łaskawego Pana, nie słyszałem, byłem w drugim pokoju.

Gdański (do siebie).

Uf! Ledwie żyję... schudnę jak szczypa... pozwól odpocząć. (Rzuca się na kanapę.)

Milder.

Nie wiem prawdziwie, jak mam podziękować.

Gdański.

Nie ma za co, mój Panie, nie ma za co. Moje i przyjaciół moich starania nic osiągnąć nie mogły jak tylko podpis paszportu i przestrogę, przestrogę tajemną, abyś z niego jak najspieszniéj korzystał, inaczéj możesz być jeszcze téj nocy aresztowany.

Milder.

Ale za co? — Dlaczego?

Gdański.

Nic nie wiem... nic wiedzieć nie chcę. Człowiek rozsądny unika tajemnic jak powietrza... Mój pojazd stoi przed bramą... Zbierz się prędko... zastaniesz jeszcze ostatni pociąg kolei żelaznéj i szczęśliwéj podróży.

Milder.

Tak jest, czasu tracić nie mogę, więc w jak najkrótszych słowach muszę nasz wzajemny interes przełożyć — we Lwowie poznałem...

(Florjan wbiega zadychany z czarnym plastrem na twarzy.)

Czy go djabli tu przynoszą!..





SCENA IV.
Milder, Gdański, Florjan.
Florjan.

Panie!.. ten to tego, jak się zowie... Pan... Pan jesteś zdrajca.

Milder.

A Pan nadto natrętny. Proszę mi nie przeszkadzać.

Florjan.

A tak... nie przeszkadzać. Właśnie chcę i będę przeszkadzać.

Milder.

Pan widzę upadłeś na głowę.

Florjan.

Upadłem ale nie na głowę.

Milder.
Czegóż chcesz?
Florjan.

W całéj naszéj podróży ze Lwowa do Warszawy zdradzałeś mnie ciągle, utrzymywałeś w błędzie, rozdmuchiwałeś moje miłosne zapały... Robiłeś mi niby interesa u niéj... a tymczasem sam z nią zostajesz w tajemnych stosunkach.

Milder.

Z kim? Co? jak?

Florjan.

Pan bardzo dobrze rozumiesz o kim mówię, z tą która tu jest teraz u Pana... z moją wdową.

Milder.

Pan jesteś szalony.

Florjan.

Panie! ja się ożenić muszę. Panie, ja wdowy nie odstąpię — Panie, ja Pana ten to tego...

Milder (tym samym tonem).

Panie, idź Pan do djabła!

Florjan.

Do djabła?

Milder.

Do djabła.

Florjan.

Nie do djabła pójdę, ale do tego pokoju.

Milder (chwyta go za rękę i odtrąca na środek pokoju).

Czy w istocie oszalałeś, czy guza szukasz? Jakiém prawem nachodzisz pomieszkanie moje? Jakiém prawem śledzisz czynności moje? Mogłem dotychczas żartować, ale mogę w potrzebie i schody

tobą przeliczyć.
Florjan (który w ciągu powyższéj mowy nie mógł znaleźć słowa i coraz głośniéj krzyczał: ten to tego tupając nogami).

Schody przeliczyć? Moją osobą. (do Gdańskiego) Jestem zagrożon.

Milder.

Łaskawy Panie Gdański chciej z łaski swojéj uspokoić swego przyjaciela i wyprawić go ztąd jak najprędzéj. Mam z tobą pomówić o ważnych rzeczach z polecenia Pana prezesa Tareckiego... I przykroby mi było, gdybym został przymuszony, dla niestracenia drogiego mi czasu, tego Pana przez okno wyrzucić. Jak odejdzie, wrócę.

(Odchodzi w drzwi na prawo.)




SCENA V.
Florjan, Gdański.
Florjan.

Przez okno? (do Gdańskiego) Przez okno. Jestem obrażon.

Gdański.

Ale cóż i ty wyrabiasz do stu kaduków? Przed dwoma godzinami oświadczasz mi, że chciałbyś ożenić się z Julją. Dajesz mi słowo, a teraz ścigasz znowu jakąś wdowę.

Florjan.

Ach! Kasprze! Wszakże ona jest... (na stronie) małczy suk... jak mówią... ten to tego... przykazała.

Gdański.
Fe, Florjanie, jesteś lekkomyślny, wstydź się.
Florjan.

Nie, nie... Kasprze... jestem ciężkomyślny, ale mówić mi nie wolno, a tymczasem jestem zwiedzion, jestem zdradzon.

Gdański.

Nareszcie zkąd pewność, że ta wdowa jest u niego?

Florjan.

Zkąd? zkąd? — Byłbym z nią wszedł razem, gdybym się był na zakręcie nie pośliznął, nie upadł i szyby głową nie wybił. Patrz, jestem uszkodzon.

Gdański.

Tylko spokojnie, spokojnie... Wszakże w tym Hotelu nietylko Pan Milder mieszka.

Florjan.

O!.. o... o... oto jest dowód niezaprzeczony. Oto jéj szal zielony, za którym szedłem krok w krok nie spuszczając z oka... bo zaczynałem się czegoś domyślać... Wątpisz teraz?

(Podsuwając przed oczy szal Hermenegildy. — Gdański przypatruje się coraz uważniéj wziąwszy do ręki, potém chwyta Florjana za piersi.)
Florjan.

Oj! oj! gwałtu! Kasprze! (wyrwawszy się) Cóż u licha! tak ściskać!.. Honwed, czy co?

Gdański.

To jest szal... mojéj żony... mojéj żony!

Florjan.

Twojéj żony?.. co za siła?..

Gdański.
Florjanie!
Florjan (odsuwając się).

Jestżeś pewny?

Gdański.

Własną ręką zapłaciłem za niego dwa tysiące.

Florjan.

Miałżebym się omylić?

Gdański.

Florjanie! Moja żona jest tu u niego... Florjanie, ja go zabiję.

Florjan.

Kasprze, uspokój się ten tego dla Boga.

Gdański.

Florjanie! trzymaj mnie, bo go zabiję.

Florjan.

Tak, trzymaj. Alboż to ja słoń, abym cię mógł zatrzymać? Ale zastanów się Kasprze... Kasprze, słuchasz mnie?

Gdański (który w osłupieniu wpatruje się w szal).

Słucham!

Florjan.

Chcesz go zabić?

Gdański.

Chcę.

Florjan.

A potém?

Gdański.

Będzie zabity.

Florjan.
A potém?
Gdański.

Co?

Florjan.

Będzie zabity — a ty?

Gdański.

Hę?

(Florjan pokazuje powieszenie — Gdański p. k. m. mówi łagodniéj.)

Florjanie, ja się zemścić muszę.

Florjan.

Zemścimy się obadwa. Każemy go zamknąć.

Gdański.

Nie. Wyzwę go.

Florjan.

Na co?

Gdański.

Na palną broń.

Florjan.

Umieszże ty strzelać?

Gdański.

Co to znaczy?

Florjan.

Ależ on twego brzucha jak stodoły nie chybi i ze zamkniętemi oczyma... Cóż więc zyskasz? Żona twoja owdowieje a on ten to tego jak się zowie...

Gdański.

Cicho! cicho! nie kończ Florjanie! — Nie zabiję, nie zastrzelę, ale go poturbuję troszeczkę.

Florjan.
Winszuję mu. Ale Kasprze, ty jesteś nadto silny zamiast zabić umyślnie, udusisz niechcący.
Gdański.

A więc i uściskać go nie mogę. O szkaradnie! haniebnie!.. Ja mu paszport wyrabiam a on tymczasem... Ach Florjanie! pęknę z żalu.

(Zakrywa twarz szalem, którego nie porzuca aż do końca.)




SCENA VI.
Gdański, Florjan, Urzędnik policji.
Urzędnik (stając między dwoma niepostrzeżony).

Pan Milder jest w domu?

Gdański (podnosząc głowę, słabym głosem).

Ha! To ty Panie Janie. Jak się masz? Co cię tu sprowadza?

Urzędnik.

Slużba. Mam rozkaz zabrać papiery Pana tak nazwanego Milder, potém odwieźć go i koleją żelazną w towarzystwie żandarma za granicę wyprawić. Ale gdzież jest?

Florjan.

Tu, tu... tam jest.

Gdański.
Stójcie! Czekajcie! (na stronie) Zastanie go z moją żoną... explikacya... szkandał... (głośno) Panie Janie, kochany Panie Janie, zrób mi wielką łaskę, będę ci wdzięczny całe moje życie... zostaw nas samych, na dziesięć minut. Innego prócz tych drzwi wychodu niema... znam to pomieszkanie... ujść nie może... rozstaw straże... ale na Boga cię zaklinam, zostaw nas samych.
Urzędnik.

Kochany Panie Gdański, to być nie może, — papiery muszą być schwycone znienacka.

Gdański.

Schwycę znienacka — znienacka Jasiu, oddam ci wszystkie, na mój honor wszystkie.

Urzędnik.

Ależ to sprzeciwia się moim obowiązkom.

Gdański.

Patrz, wyrobiłem mu paszport.

Urzędnik.

Wiém, wiém, a ja tu mam inny. (Kładzie papiery na stolik, do którego zbliża się i Gdański obrócony ku drzwiom pokoju Mildera.) Wierz mi kochany Panie, nie potrzebnie się kłopoczesz. Ten Pan Milder nie wart twojéj przyjaźni. Jest to człowiek jak się zdaje podejrzany — każe nazywać się Milder a jest rzeczywiście Wacław Marski.

Gdański (uderzając pięścią w stół, aż się załamuje).

Marski! — Mój wróg... mój wąż... tu i z nim?!.. Marski! Marski!

Milder.

Jestem, kto mnie woła?





SCENA VII. i ostatnia.
Gdański, Florjan, Urzędnik, Marski, Julja,
potém Hermenegilda.
Florjan (do urzędnika).

Użyj Pan siły zbrojnéj, bo będzie kapa... kaka... katastrofa.

(Gdański i Marski wpatrują się w siebie w milczeniu.)
Gdański.

A więc... A więc... Pan... Pan... jesteś Marski?

Marski.

Tak jest, Wacław Marski i twój zięć szanowny Panie Gdański.

Florjan.

Ten to tego...

Julja.

Twój zięć, kochany Ojcze.

Gdański.

Moja córka?

Florjan.

Ten.. ten... ten... ten...

Marski.

Twoja córka, moja żona.

Florjan (do Urzędnika).

Ten to tego... jak się zowie...

Urzędnik.

Nie wiem.

Hermenegilda.

I mnie w spisek wciągnięto — wstawiam się za niemi.

Gdański.

Wiesz zatém?

Hermenegilda.

Zapewne, że wiem.

Gdański.
O Hermenegildo! (Przerzuca szal na drugą rękę.)
Hermenegilda.

Dobrze, dobrze.

Gdański.

Przebaczasz mi?

Hermenegilda.

Przebaczam, przebaczam.

Marski.

Na dowód czego zwraca zapis. Nie chce nadal innéj rękojmi jak miłość męża.

Gdański (przerzucając szal).

O Hermenegildo! Hermenegildo!

Marski.

A ja oddaję przezemnie otrzymany ten zapis w zamian przebaczenia i błogosławieństwa.

Julja.

Kochany Ojcze...

Gdański.

Dobrze... dobrze. (na stronie przerzucając szal) Przecie z macochą nie zechce... (głośno) Moja żona anioł... wierzę jéj... (do Marskiego) Daj zapis.

Hermenegilda.

Państwo Marscy dziś odjadą.

Marski (wskazując Urzędnika).

Za to ręczy Jegomość Dobrodziej.

Florjan.

Cóż ja pocznę?

Gdański.
Żeń się z twoją wdową z Bukowiny.
Florjan.

Ach Kasprze! Wszak to ona moja wdowa, jego córka, twoja żona.

Gdański.

Co? Co?

Florjan.

Koniec końców ten to tego.. jak się zowie... Ożenić się nie mogę.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.