<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Po burzy
Pochodzenie Obrazki szare
Wydawca Salomon Lewental
Data wyd. 1890
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Za onych czasów (a będzie temu lat dwadzieścia z górą) kraj nie był pokryty tak jak dziś siecią dróg żelaznych i ludzie odbywali podróże końmi. Kto nie miał własnego ekwipażu, puszczał się w drogę ekstrapocztą, dyliżansem pocztowym, albo téż lokował się jak mógł w wielkiéj bryce żydowskiéj, pokrytéj płótnem.
Na przebycie drogi z Lublina do Warszawy potrzeba było, przy najlepszéj drodze, dwudziestu czterech godzin czasu, a jak przyszły śnieżyce wielkie albo roztopy wiosenne, to nieraz i półtoréj doby zeszło zanim omnibus pocztowy, wyprawiony z Lublina, wtoczył się na dziedziniec Staréj poczty od strony Nowo Senatorskiéj ulicy.
Jesienny wieczór był, brzydki, szary, wietrzny. Na ulicy, przed gmachem pocztowym w Lublinie przy czerwonawém świetle naftowych latarni widać było olbrzymi dyliżans, zaprzężony w pięć rosłych, wychudłych koni. Do dyliżansu przystawiona była drabina, po któréj posługacze stajenni wnosili kufry i walizki podróżnych, aby je na wierzchu wehikułu ulokować.
Pasażerowie zebrani byli w tak zwanym „pokoju dla podróżnych” i oczekiwali sygnału do odjazdu.
Gdy na zegarze pocztowym uderzyła godzina szósta, krępy pocztylion ledwie mogący się ruszać w kożuchu ciężkim i w płaszczu, wgramolił się na wysoki kozioł omnibusu i przyłożywszy trąbkę do ust, zaczął z niéj wydobywać chrapliwe dźwięki sygnału.
Zaraz téż ruszyli się pasażerowie.
Dwaj żydzi, otyli kupcy od zboża, ubrani w ogromne szopy, mający pełno tłumoków i tłumoczków, wcisnęli się w sam kąt, aby najwygodniejsze miejsce zająć, za niemi weszła jakaś dama, cierpiąca na ból zębów i jakiś jegomość, wieśniak widocznie — i o ile przy świetle latarki można było dojrzéć, niemłody.
Na samym końcu, gdy już wszyscy zajęli swoje miejsca, gdy porozsiadali się wygodnie, aby módz korzystać z dobrodziejstwa snu w nocy, wsunęła się do omnibusu osoba młoda, szczupła, wysmukła, o bladéj twarzyczce i dużych czarnych oczach.
Jakby zmieszana, zażenowana towarzystwem osób obcych, nieznanych, usiadła tuż przy samych drzwiczkach, starając się zająć jak najmniéj miejsca i nie zwracać na siebie uwagi.
Obok niéj siedziała dama z podwiązaną twarzą, naprzeciw zaś ów pan niemłody, z pozoru wyglądający na wieśniaka.
Czerwonawe światło latarki rozjaśniało nieco ciemność panującą w dyliżansie.
Pocztylion zatrąbił drugi sygnał, śmignął biczem i chude koniska pociągnęły za sobą wysoki, napiętrzony tłómokami dyliżans. Ciężkie koła zadudniły po bruku, latarnie miejskie coraz rzadziéj migały przed oczami podróżnych, aż wreszcie zniknęły zupełnie.
Żydzi rozmawiali z sobą o interesach, lecz po niejakiéj chwili zasnęli, cierpiąca pani zakryła sobie twarz chustką, tylko ów szlachcic spoglądał na młodą osobę, jakby z zamiarem zawiązania rozmowy.
Dziewczyna jednak unikała jego spojrzeń, wsunęła się w sam kącik omnibusu i udawała, że drzemie. Tak przejechali pierwszą stacyę. Zaprzągnięto inne konie i omnibus potoczył się daléj.
Naraz podróżni wydali głośny okrzyk. Żydzi zerwali się ze swoich miejsc, szlachcic siedzący z brzegu, otworzył drzwiczki i w jednéj chwili wyskoczył.
— Niech pani wysiada! — zawołał do swojéj sąsiadki — stoimy nad samym rowem i omnibus przewróci się lada chwila.
Młoda osoba wyskoczyła pośpiesznie i wyskoczyła w samą porę, bo w téj chwili pocztylion, chcąc naprawić sytuacyę, ruszył końmi, ciężar tłomoków przeważył i ogromny dyliżans przewrócił się do rowu.
Krzyków było bez końca.
Konduktor klął pocztyliona, pocztylion klął konie i ciemność, żydzi grozili skargą, a cierpiąca na zęby dama jęczała w niebogłosy.
— Cóż robić?... — zapytał szlachcic. — Sami takiego ciężaru nie podniesiemy, trzeba do wsi po ludzi posłać.
— Wieś daleko — odezwał się konduktor — bliżéj będzie do stacyi. Ja zaraz poszlę pocztyliona konno, a państwo muszą tu trochę zaczekać.
— Jakie czekać? co to jest czekać? — wołali żydzi. — Ładny interes czekać na środku szosy, gdzie broń Boże nieszczęście może być!
— Wielka rzecz! — odezwał się szlachcic. — Nic nam się nie stanie, a zresztą musimy poczekać. Na szczęście deszcz ustał.
— My nie chcemy czekać! Kto ma czas niech czeka, my nie mamy czas!
— W takim razie nie czekajcie panowie — odrzekł obojętnie.
— Nu... a jakim sposobem pojedziemy?
— To już wasza rzecz!
Konduktor zapalił zgaszoną latarnię, cierpiąca pani wydobyła się ze środka landary.
Światło latarni padło na twarz młodéj osoby. Wtedy ów siwiejący szlachcic przystąpił do niéj i rzekł:
— Wybacz pani moją śmiałość, ale uderzające podobieństwo skłania mnie do niedyskrecyi. Czy pani nie jesteś córką nieboszczyka pana Romana z Rudki?
— Znał pan mego ojca? — zapytała z żywością.
— Byłem jego przyjacielem serdecznym i panią znam również, ale przypuszczam, że nie pamięta mnie pani.
— Istotnie, nie przypominam sobie...
— Nic dziwnego, kiedy po raz ostatni odwiedziłem pani rodziców, pani byłaś dziesięcioletnią... Zosią. Wszak dobrze pamiętam?
— Doskonale! — odpowiedziała z uśmiechem.
— I miałaś pani siostrzyczkę, wówczas jeszcze bardzo maleńką, Helcią ją nazywano.
— I po latach tylu jeszcze pamięta pan imiona takich dzieciaków?
— Jak pani widzi. To nie tak dawno, będzie temu lat.. ośm. Nieboszczyk taki z was był dumny, tyle mi o was naopowiadał, tak się wami cieszył.
— Dobry, poczciwy ojczulek! Czemuż go już nie ma?
— Ha, nieszczęście! W każdéj rodzinie są szczerby, każdy prawie opłakuje kogoś, ale przepraszam, poważam się rozmawiać z panią, a nie powiedziałem kto jestem. Otóż przedstawiam się: Józef Kamiński z Zabłocia, na Podlasiu.
— Ach! tyle razy o panu słyszałam.
— A mama pani?
— Biedna mama! Cierpiąca od czasu tych przejść okropnych, znajduje się teraz z młodszą siostrą u krewnych... czasowo naturalnie.
— Jakto czasowo?
— Przecież nie może być im zawsze ciężarem, tembardziéj, że teraz wszystkim tak ciężko. Gdzie spojrzyć źle, gdzie się obrócić klęski, niedostatek, żałoba...
— Doprawdy, chciałbym jeszcze o coś spytać, ale już nie mam śmiałości...
— Dlaczego?
— Z każdego słowa pani wieje taki smutek, że boję się, czy zapytaniem nie rozżalę pani bardziéj jeszcze, a przytem... przytem obawiam się, czy niedyskrecya człowieka obcego...
— Odpowiem panu szczerze. Rozżalić się już bardziéj nie mogę, bo w nieszczęściach, które przeszłam, serce moje stwardniało jak kamień. Wypłakałam wszystkie łzy i teraz spoglądam w przyszłość suchemi oczami — a co się tyczy niedyskrecyi pańskiéj, to rzecz inna...
— Obawiam się, żeby nie była poczytana za złe.
— Nie, panie. Mienisz się przyjacielem mego ojca.
— Serdecznym.
— Nazwisko pańskie słyszałam tylokrotnie... więc tytuł przyjaciela ojca nadaje mu prawo do interesowania się losem wdowy i dzieci. Gdyby mnie kto zapytywał z ciekawości pustéj, odpowiedziałabym mu milczeniem, ale ja wierzę w to, że pytasz pan z przyjaźni. Przytém jestem prawie pewna, że łączy nas powinowactwo nieszczęścia, bo ono takie teraz powszechne.
— O tak! pani, łączy nas ono. I ja poniosłem ciężką stratę. Sam ocalałem, ale w pożarze domu, w pożarze, podczas którego na nieszczęście nie byłem obecny, straciłem żonę. Dwoje dziatek chłop z narażeniem własnego życia prawie cudem uratował z płomieni.
— Boże! Boże! cóż za straszne przejścia!
Zamilkli oboje i pogrążyli się w smutnych dumaniach. Wiatr szumiał żałośnie i szeleścił gałęźmi drzew przydrożnych. W cieniach nocnych przewrócony omnibus wyglądał niby cielsko jakiegoś potwora o dziwacznych kształtach. Żydzi otuliwszy się w futra, usiedli na kamieniach przydrożnych, oczekując sukursu, a cierpiąca pani obwiązała głowę szalem i wsunęła się do wnętrza przewróconéj budy, aby tam znaleść ochronę od wiatru.
Przy migotliwem świetle latarki, Zosia spojrzała na towarzysza podróży, który ojca jéj przyjacielem się mienił i zdawało jéj się, że dostrzega na jego skroniach siwiznę.
Starcem jéj się wydał.
Milczenie jakiś czas trwało, on przerwał je pierwszy.
— Wszak pani miała brata? — zapytał.
— Tak, panie, najstarszy z nas trojga.
— Gdzież jest obecnie?
— O tem wie chyba Bóg jeden — odrzekła — bo my nie. Jak wyszedł z domu przed rokiem, już go od téj pory nikt z nas nie widział.
— I żadnéj wiadomości, żadnego listu, nic?...
— Ani słóweczka.
— Boże! Boże... ileż nieszczęść znosić każesz. A któż gospodaruje w Rudce? — spytał po chwili.
— Właściciel.
— Właściciel? przecież ojciec pani nie żyje.
— To pan nie wie? Rudka sprzedana niedawno. Żyd ją nabył.
— Sprzedaliście państwo?
— My nie... Sprzedał ją sąd, towarzystwo, wierzyciele, albo ja wiem kto. Ja się na tém nie znam, panie. Wiem, że zarzucano nas jakiemiś papierami, że mama jeździła do różnych adwokatów, starała się o pieniądze... Sąsiad jeden poczciwy dopomagał w tych staraniach, ale widocznie na nic się to nie zdało, bo Rudkę sprzedali, i my musiałyśmy się wynieść z rodzinnego gniazda... Oto i cała historya naszej niedoli. Jak pan widzi niedługa.
— I nie uratowałyście nic panie z całego majątku?
— Podobno nic!
— Mama zapewne mówiła pani...
— Mówiła, że jéj kilkaset rubli zostało i nadzieja sprzedaży kilku pamiątkowych klejnotów, które udało się ocalić przed argusowemi oczami komorników.
— I nic nadto?
— Powiedziałam panu...
— Okropne... okropne położenie! Cóż panie zamyślacie robić?
— Mama ciągle płacze, Helcia nie zdaje sobie dokładnéj sprawy z położenia...
— A pani?
— A ja, jak pan widzisz, jestem na drodze do Warszawy... jadę, szukać pracy i chleba.
— Ma pani przynajmniéj jaką nadzieję?
— W Bogu tylko...
— Czemże się pani zamierza trudnić? Jakiemu zawodowi poświęcić?
— Wzięłabym się chętnie do każdéj roboty, pracowałabym w kantorze, w sklepie — słowem wszędzie, gdzieby się moja praca mogła na co przydać.
— Trudno o posadę w tym rodzaju, zwłaszcza dla kobiety.
— Wiem o tém, ale szukać będę. Coprawda wolałabym zatrudnienie fachowe, wolałabym rzemiosło, ale nie znam żadnego, a na nauczenie się już zapóźno.
— Dla czego? w wieku pani...
— Tak! ale ponieważ moja praca ma zapewnić byt choréj matce i siostrze młodszéj, to uczyć się już nie pora. Trzeba szukać zajęcia innego. Jeżeli dostanę się do jakiego sklepu, to dobrze, jeżeli nie, będę musiała zostać nauczycielką, chociaż ten rodzaj pracy wydaje mi się najtrudniejszym.
Turkot nadjeżdżającego wozu przerwał tę rozmowę. Oczekiwana pomoc ze stacyi przybyła. Kilku ludzi za pomocą drągów i lewaru podniosło przewróconą budę, pozbierano walizy i tłomoki, konduktor umieścił nową świecę w latarni, podróżni zajęli miejsca i dyliżans potoczył się daléj.
Przez chwilę mówiono tylko o doznanéj przygodzie. Kupcy ostro krytykowali urządzenia pocztowe i nie mogli zrozumieć jakim sposobem, wziąwszy od pasażera blisko pięć rubli za bilet, można robić takie przykre niespodzianki. Cierpiąca dama ruchem głowy dawała do zrozumienia, że podziela przekonania kupców i że jedynie dokuczliwy ból zębów wstrzymuje ją od wygłoszenia kilku zdań, dotyczących trzeźwości pocztyliona i oryginalnego sposobu wykonywania obowiązków, do stanowiska jego przywiązanych.
Wkrótce oburzenie ustąpiło miejsca senności, nawet ów szlachcic siwiejący, czy siwy, otulił się futrem i przymknął powieki; może drzemał, a może téż rozmyślał o ciężkiéj sierocéj doli, o świeżo przebytych cierpieniach i nieszczęściach.
Panna Zofia drzemać nie mogła. Zawiele myśli cisnęło się do jéj pięknéj główki. Po raz pierwszy w życiu znalazła się sama jedna wśród obcych. Dotychczas otaczała ją miłość rodzicielska, tkliwość i opieka serdeczna — teraz zmieniło się wszystko, teraz sama stać się musi opiekunką, sama iść w świat szeroki. Los niesie ją niewiadomo dokąd, w przyszłość niepewną, nieokreśloną, a może pełną zawodów i goryczy.
Tak wiatr jesienny igra z listkiem, oderwanym od macierzyńskiego drzewa.
Myśli biednéj dziewczyny plączą się chaotycznie, tysiące pytań ciśnie się do główki, a serce bije trwożnie.
Przed nią świat, ale jaki świat! nie ten cichy, który przecież niedawno uśmiechał się do niéj, ale jakiś inny zupełnie, wielki, zimny, obojętny a nieznany...
Czy zechce ją przyjąć, czy da jéj kącik w swojéj wielkiéj pracowni, czy pozwoli jéj żyć dla choréj matki, dla siostry?
Wychyla główkę przez okno i patrzy... dokoła ciemność zupełna, ani jednéj gwiazdeczki na niebie, zdaje się, że ów wielki wóz pocztowy stacza się w przepaść niezgłębioną, bezdenną.
Nareszcie miga jakieś światełko... jedno... drugie... dziesiąte... To zapewne we wsi.. we wsi! w chłopskich chatach. Tam ognie płoną na kominach, ludzie na spoczynek się zeszli, są u siebie, w domach swoich i nie opuszczą ich ani dziś, ani jutro, nie pójdą samotni między obcych na tułaczkę. Tam, gdzie światełka płoną, musi być dobrze i cicho, a jeżeli nie dobrze, to spokojnie przynajmniéj... a tam w owym świecie szerokim, nieznanym, pełnym ludzi obcych, cóż jest?...
Cofnęła się, żeby nie patrzyć w ciemność.
Oparła główkę o ścianę dyliżansu i przymknęła oczy. Myśl jéj cofnęła się w przeszłość aż do lat dziecinnych. Upłynęły one szczęśliwie, spokojnie, w pieszczotach rodzicielskich, w zabawkach. Potém przyszły lata nauki, także szczęśliwe lata. Ubiegły szybko w gronie rówieśnic, wesołych, hożych dzieweczek.
Powróciła do domu już jako dorastająca, prawie dorosła panienka i wnet serduszko jéj uderzyło żywiéj. Pokochała młodego chłopca o czarnych wymownych oczach. Był to kuzyn jéj daleki, znali się od dziecka, bawili razem.
Towarzysz zabawy został narzeczonym i zaczęły się dla niéj najszczęśliwsze chwile. Kochająca i kochana, uśmiechała się do życia, do słońca, do kwiatów, ale to szczęście bardzo krótko trwało. Zaczęły się zbierać chmury czarne, potém nastała cisza złowroga, a daléj burza straszna, długotrwała.
I w téj zawierusze, w tych dniach ciężkich, które krwią i pożogą zapisały się w pamięci, ojciec utracił życie, brat przepadł bez śladu, a ten, który miał być jéj towarzyszem dozgonnym, rzucony został w świat daleki...
Oto i cała przeszłość dziewczęcia. Sama jedna, z żałobą w sercu i tęsknotą, idzie w świat, między obcych ludzi, aby z bijącém sercem, z nieśmiałością do ich drzwi kołatać i prosić o zatrudnienie, zarobek.
Straszną i długą wydaje jéj się ta noc w dyliżansie. Dokoła ciemność zupełna, co jakiś czas dyliżans zatrzymuje się, słychać tupot przyprowadzanych koni, głos pocztylionów, chrapliwy odgłos trąbki i znowu pocztowy wóz toczy się daléj.., w ciemność. Gdyby chociaż sen uspokoił ją choć na chwilę, ale nie, sen ucieka od nieszczęśliwych i cierpiących.
Nareszcie zaczyna szarzéć... Po przez chmury ciężkie przebija cokolwiek blady, bardzo blady pas światła na wschodzie, wynurzają się z ciemności kontury drzew, stojących dwoma rzędami przy trakcie. Walka światła z ciemnością trwa daléj, coraz żywsza, zawziętsza. Światło zwycięża a pokonana ciemność ucieka i odsłania smukłą wieżyczkę wiejskiego kościołka, szeregi chat chłopskich, krzyż przydrożny.
Z wieżyczki dolatuje słaby odgłos dzwonka, ludzie budzą się, żurawie studzienne skrzypią, bydło idzie skubać resztki poczerniałéj trawy na pastwiskach.
Zosia otwarła przymknięte powieki, siedzący naprzeciw niéj szlachcic wita ją przyjazném:
— Dzień dobry!
— Nie spałam wcale — odrzekła.
— Dlaczego?
— Bałam się, otwarcie to przyznaję. Noc taka straszna i ciemna...
— Szkoda, żem nie wiedział, że pani nie śpi, rozmawialibyśmy, byłoby pani raźniéj.
— Pan także czuwał?
— Ja przyzwyczajony jestem do nocnych podróży, ale sypiać w drodze nie mogę. Rozmyślałem o swoich własnych troskach, a także i o pani. Po raz piérwszy zapewne znajduje się pani w podróży?
— W takich warunkach po raz piérwszy...
— Cóż więc dziwnego, że doznawała pani uczucia pewnéj trwogi!... to całkiem naturalne, lecz trzeba panować nad sobą, dodawać sobie odwagi, a co najważniejsze, nadziei nie tracić.
Zosia westchnęła.
— Ma pani kogo z blizkich w Warszawie? — zapytał.
— Jest tam jedna nasza kuzynka, staruszka, emerytka. Niedawno pisała do mamy i zapraszała mnie bardzo gościnnie. Ma na Starem mieście dwa pokoiki. U niéj chwilowo zamieszkam, dopóki sobie obowiązku nie znajdę.
— Pytałem dla tego, że ja w Warszawie mam siostrę, któraby panią z całą serdecznością przyjęła, a może nawet i dopomogła w wynalezieniu miejsca. Zna ona wybornie Warszawę, gdyż mieszka tam od lat kilkunastu, przytém jest bardzo energiczna i obrotna, więc mogłaby być dla pani doskonałą przewodniczką.
— Serdecznie panu dziękuję, ale planu zmienić nie mogę. Tak już umówiłyśmy się z mamą i muszę tego się trzymać. Ciocia wié, że ja dziś przyjadę i zapewne oczekiwać mnie będzie na poczcie.
— Nie narzucam mojéj rady, ale sądzę, że nie zaszkodzi gdy się pani z moją siostrą pozna. Dobra to bardzo i poczciwa kobieta. Znajomość z nią wyszłaby pani tém bardziéj na dobre, że siostra moja sama na siebie pracuje.
— Niezamężna?
— Wdowa od lat dziesięciu. Krótko żyła z mężem, bo coś dwa lata niecałe. Umarł i zostawił ją z dzieckiem. Chłopczyk ten do szkół już chodzi. Gdy siostra owdowiała, chciałem ją wziąść na wieś do siebie. Oparła się jednak stanowczo i powiedziała, że zamierza istniéć o własnych siłach.
— Były nawet z tego powodu nieporozumienia między nami — ciągnął daléj szlachcic — lecz siostra postawiła na swojém i nie żałuje dziś tego. Ma niezależny kawałek chleba, dochody niewielkie, lecz wystarczające, wychowuje syna bardzo dobrze, kształci go, czegóż żądać więcéj?
— Istotnie! niech mi pan powié jaką drogą doszła do tego, jaki sobie zawód obrała?
— Bardzo pospolity, proszę pani. Nauczyła się kroju, szycia, a że miała niewielki kapitalik, więc założyła magazyn, z początku bardzo mały, ale z czasem rozwinęła go i dziś zatrudnia, jeżeli się nie mylę, dziesięć czy dwanaście panien. Otóż powiadam, że rada takiéj kobiety praktycznéj i doświadczonéj mogłaby się pani bardzo przydać.
— Najzupełniéj podzielam pana zdanie i niezawodnie zgłoszę się do siostry pańskiéj, jeżeli...
— Jeżeli?
— Obawiam się, że osoba tak zatrudniona może...
— Zaręczam, że przyjmie panią z otwartemi rękami. Siostra moja ma bardzo dobre serce, zacnego charakteru kobieta. Jak tylko przyjadę do Warszawy, opowiem jéj o pani i uprzedzę, że pani ją odwiedzi.
— Dziękuję serdecznie — odrzekła, podając mu rękę.
Omnibus zatrzymał się przed stacyą.
— Tu — rzekł — postoimy z pół godziny, a może nawet i dłużéj. Poczta jest wspaniałomyślną dla swych ofiar, pozwala im rozprostować zmęczone kości i rozgrzać się herbatą. Niech pani wysiądzie. Znam wszystkie austerye na tym trakcie, mogę więc być przewodnikiem. W téj, do któréj wejdziemy zaraz, jest nawet oddzielny pokoik dla dam, gdzie pani będzie mogła spocząć i poprawić toaletę... Otóż jesteśmy na progu. Niech pani wejdzie na salę, w te drzwi na prawo, a ja każę tymczasem przygotować herbatę.
W dużéj izbie wyklejonéj żółtém obiciem, był już ruch. Na bufecie stał ogromny, dymiący samowar, z poza którego wychylała się pulchna twarz gospodyni. Rozespany chłopak oczekiwał na rozkazy gości.
W stancyi znajdowało się kilka osób, gdyż lada chwila miał nadejść omnibus z Warszawy; jedni spodziewali się znaléźć w nim miejsce, drudzy oczekiwali na gazety, na listy.
Rudy żydek w wypłowiałym chałacie, ma się rozumiéć faktor, zwijał się między gośćmi w nadziei zarobku.
Ściany owéj sali przyozdobione były staremi sztychami i litografiami, pokrytemi kurzem, popstrzonemi przez muchy. Jeden sztych przedstawiał wielkiego Napoleona, w historycznym szarym surducie, z lunetą polową u oka, drugi wyobrażał śmierć księcia Józefa w nurtach Elstry, na innych były Muzy, Gracye i różne postacie mitologiczne. Nad wypłowiałą ze starości zieloną kanapą wisiało lustro duże, w ramach niegdyś zapewne złoconych, pokryte również warstwą kurzu. Żółte stoły jesionowe, czerwonemi serwetami przykryte, dopełniały całości umeblowania tego przybytku, w którym codziennie kilka partyj podróżnych zatrzymywało się, dla wypoczynku i pokrzepienia sił.
Po kilku chwilach panna Zofia, uporządkowawszy swoją toaletę, wyszła do owéj żółtemi obiciami wyklejonéj stancyi i zajęła miejsce przy oddzielnym stoliku obok swego towarzysza podróży.
Dzień już się zrobił na dobre, w stancyi było jasno, więc téż nasi podróżni mogli się sobie nawzajem dobrze przypatrzyć.
Oboje czynili ten przegląd w milczeniu. On podziwiał drobne rysy jéj twarzy, nacechowane wyrazem niezwykłéj łagodności, ona zaś ze zdumieniem spostrzegła, że towarzysz podróży, który jéj się staruszkiem wydawał, wcale na starego człowieka nie wyglądał.
Twarz jego była gładka i niepoorana zmarszczkami, oczy czarne błyszczące, włosy bujne i gęste niegdyś czarne jak heban, lecz teraz tak przypruszone siwizną, że się prawie białemi wydawały. Gdy miał na sobie futro, którego duży kołnierz zasłaniał mu pół twarzy, to istotnie owe siwe włosy, wychylające się z pod czapki, nadawały mu pozór człowieka wiekowego. Światło latarki w omnibusie dopełniało złudzenia.
Panna Zofia spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Pan mieni się przyjacielem mego ojca? — spytała.
— Istotnie pani! łączył nas stosunek serdecznéj przyjaźni.
— Dziwna rzecz — rzekła, jakby w zamyśleniu — mój ojciec musiał być znacznie starszym od pana.
— O całe dziesięć lat, może i więcéj nawet, przytem on się ożenił bardzo młodo, a ja zaledwie przed sześcioma laty. Ztąd wynika pozornie duża różnica wieku, bo on biedak umarł i zostawił po sobie dzieci prawie dorosłe — a ja utraciwszy żonę, zostałem z dwojgiem małych dziatek.
— Gdzież są te biedne sierotki?
— Są u mnie, na wsi, pod opieką drugiéj mojéj siostry. Poczciwa kobieta, ale... matki nikt podobno dobrze nie zastąpi.
— Żona pańska młodo umarła?
— Zginęła w płomieniach... jak męczennica. Straszne to wspomnienia — odrzekł smutnie — lepiéj o nich nie mówić. Więc pani do swojéj kuzynki się uda? — dodał, chcąc zmienić przedmiot rozmowy.
— Tak panie, trzymać się będę instrukcyj, jakie od mamy dostałam. Zajadę wprost do babci, bo my tę kuzynkę babcią nazywamy i zaraz rozpocznę starania.
Rozległ się dźwięk trąbki pocztowéj. Podróżni ruszyli się z miejsc i po kilku minutach omnibus potoczył się daléj ku Warszawie. Podróż w dzień nie wydawała się już Zosi tak przykrą i straszną. Zajmowała ją rozmowa podróżnych, zajmowały widoki okolic i czas uchodził szybko, niepostrzeżenie prawie.
Już było dobrze szaro, kiedy omnibus zaczął się toczyć po nierównym bruku Grochowa.
W oknach licznych domków płonęły światła, z kominów fabrycznych wylatywały iskry. Im daléj, tém dymy gęstsze, świateł więcéj. Omnibus przejechał przez Pragę, przez most pontonowy i powoli wtaczał się pod górę.
Otóż i Warszawa, pierwszy etap wędrówki sierocéj!
Zosia patrzyła z trwogą na to miasto wielkie, na ludzi biegnących szybko po ślizkich, kamiennych chodnikach. Czy wśród tego tłumu znajdzie się kto, co jéj niedolę odczuje i możność do pracowania na kawałek chleba poda?... A prawda, przecież jest babcia!...
Omnibus wjeżdża w dziedziniec pocztowy, gromada dorożkarzy ofiaruje przyjezdnym swe usługi, faktorzy rekomendują tanie zajazdy. Gwar i krzyk. Zosia nie umiałyby się ruszyć w tym zgiełku, ani rzeczy swoich odnaleść, ale na szczęście zajął się nią towarzysz podróży. Rzeczy odebrał, do dorożki zanieść kazał; byłby nawet chętnie odwiózł Zosię do babki, ale narzucać się nie śmiał.
Uścisnął jéj tylko rękę na pożegnanie i powodzenia życzył.
Doróżka stanęła wkrótce na Starem mieście. Zosia zeskoczyła, wzięła swoją walizkę i weszła do sieni wązkiéj, długiéj, o nierównéj posadzce kamiennéj. Kopcąca lampka naftowa oświetlała wnętrze tego sklepionego korytarza.
Usłyszawszy, że ktoś chodzi po sieni, stróż wysunął się ze swej kryjówki.
— A do kogo to? — zapytał gburowato.
— Mój człowieku, ja tu przyjechałam do mojéj krewnéj, pani Burhardt; czy nie moglibyście mi powiedziéć, gdzie ona mieszka?
— E... he! moja panienko, ona daleko tera mieszka.
— Nie w tym domu? czy się wyprowadziła?
— A juści! wyprowadziła się na Powązki.
— Umarła! — zawołała z przerażeniem Zosia.
— A dyć zmarło jéj się temu tydzień. Dochtory przychodzili, ale co to pomoże! na śmierć doktora nie ma.
— Gdzież ja się teraz podzieję? dokąd pójdę nieszczęśliwa?
— Toć Warszawa niemała...
— Ale ja tu nieznam nikogo!
Stróż się poskrobał po głowie.
— Ja na to nie dochtór — rzekł — jak se pani przyjechała — tak niech se pani odjedzie, bo tu nie ma co robić; pani Burhartowa pomarła, rzeczy już krewne zabrali, a w pokojach jutro malowanie będzie i zaraz się karta wywiesi... Nie ma tu pani co robić i tylo...
Zosia załamała ręce z rozpaczy.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.