<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Urbanowska
Tytuł Róża bez kolców
Podtytuł Opowiadanie, osnute na tle przyrody tatrzańskiej
Wydawca Księgarnia K. Grendyszyńskiego
Data wyd. 1903
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.
PORTRET BEZ RYSÓW.

Rozkoszna, jedyna,
Pochmurna dolina,
Dla całych Tatrów ponęta —
Lecz lasy i skały,
Wkrąg ją opasały,
I bramą z głazów zamknięta.
Goszczyński. Sobótka.

Panna Katarzyna, pomimo że pragnęła przyjrzeć się górom zblizka, jednakże ze względów na koszta, wymawiała się od wycieczek i utrzymywała, że wystarczy jej patrzeć na nie z Zakopanego. Ale od czasu, gdy pan Jakób zaprowadził całą rodzinę na Gubałówkę, wygodną, łatwą drożyną, gdzie staruszka mogła co chwila odpoczywać na trawie w cieniu drzew — i ztamtąd pokazał jej całe Tatry w chwili, gdy zahód słońca malował je na różowo, tak została oczarowana tym widokiem, że sama zapragnęła obejrzeć Kościeliską dolinę, o której słyszała, że jest „perłą Tatr“ najpiękniejszą, i że do niej wózkiem wygodnie można dojechać.
Wyruszono więc o dziesiątej rano przy pięknej pogodzie. Panna Katarzyna włożyła czarny słomkowy kapelusz z dużem rondem, i popielatą perkalową suknię świeżej daty, w której jej było bardzo ładnie, a Marysia w ponsowej, kretonowej sukience, której odblask zabarwił nieco jej bladą twarzyczkę i w pasterce z białej słomki, wyglądała jak piękny polny mak ze złotą główką, i nie osiadała się z radości, że jedzie.
Gdy minęli stary drewniany kościołek, przysadzistą staroświecką dzwonnicę i wjechali w ulicę Kościeliską, Marysia, widująca dotąd tylko chaty góralskie pojedyńczo rozrzucone, wydziwić się nie mogła wielkiej ich tutaj ilości; kształty ich oryginalne uderzały ją więcej teraz, gdy je widziała nagromadzone jedne przy drugich.
— Babuniu, to jak miasto! — wołała — a jakie śmieszne te domki! Dachy wyglądają jak śpiczaste kapelusze, obszyte sztywnemi, szeroko rozpiętemi falbankami.
— A to, wicie, na to, coby wom na nos nie padało, kie wyjdziecie z ganecka pozierać[1] — wtrącił Jasiek woźnica, dziarski, ośmnastoletni chłopak.
Skończyło się Zakopane: droga wieszała się na stokach tak stromych, że panna Katarzyna aż zasłaniała oczy, lub załamując ręce, wołała:
— Kubusiu, toś nas wywiódł nad przepaście! Matko Ostrobramska, ratuj! Ostatnia godzina! Henryku, trzymaj Marysię!...
— Nie bójcie się — mówił Jasiek — jo hamujem.
I w jednej chwili znikł jak kamfora, co zwiększyło jeszcze niepokój panny Katarzyny — lecz wnet ukazała się znowu figlarna twarz Jaśka.
— Jescek śmierci nie widział — żartował niecnota — nie idzie po was, to se i nie bójcie. Wie dalii! Wist[2], wiśta siwy! Pokażze pani, jako ją grzecnie powieziesz!
I raźno odskakując od licznych kamieni, wesoło potoczył się wózek na samo dno mniemanej przepaści. Jasiek już znowu siedział na swojem miejscu. Było to ciągłe zeskakiwanie i wskakiwanie, w miarę tego, czy wózek jechał pod górę, czy z góry. Góral bardzo miłuje konie i wtedy tylko siedzi na wózku ze spokojnem sumieniem, kiedy wie że koniowi nie cięży.
Panna Katarzyna wkrótce się udobruchała. Tymczasem wjechano na prześliczną drogę pod Reglami, mając po jednej stronie faliste łąki gęsto przetykane kwieciem i lasy świerkowe, przy których od czasu do czasu stały na straży rozłożyste jesiony i buki posiwiałe, a po drugiej rozległe na stokach wyrębiska, młodą i jasną zdaleka błyszczące zielenią. Wyrastało tam bujnie młode pokolenie, w miejsce tego które padło pod toporem — a pomiędzy niem czernice, poziomki, maliny, wonne trawy i turzyce, Storczyki, Mleczaje, Chabry górskie i moc różnobarwnego kwiecia. W próchniejących pniach żyły liczne gatunki paproci — a tu i owdzie, poprzypinane do gruntu długiemi, pierzasto wycinanemi liśćmi, błyszczały jak gwiazdy, złociste, różowe i białe, Kąsiny nizkie. Kwiat ten dziwny, otulony w srebrzystą okrywę, rozstrzępioną nakształt licznych, słomianych ździebełek, uchodził niegdyś za cudowne lekarstwo na wszystkie choroby, ztąd lud dawał mu nazwę: „Dziewięć sił.“
Pomiędzy kamieniami jaśniały białe Dziewięciorniki, złote Jastruny, Wieczerniki damskie o kwiatach jaskrawych, i wonne fijołkowe Miesięcznice, a nad tem wszystkiem panowała wszechwładnie Wierzbówka wązkolistna. Różowe jej bukiety na wysokich łodyżkach tak się tam bujnie rozrastają, że zagłuszają wszystkie inne rośliny. Całe stoki bywają od niej różowe, jakby się w brzasku jutrzenki kąpały.
Wrażliwą dziewczynkę tak zachwycił ten widok, że aż na bladą jej twarzyczkę wystąpiły rumieńce. Różowa góra przypomniała jej bajki o złotych pałacach, koralowych dachach i różnych cudownościach. Pan Jakób odezwał się, że kupcy handlujący herbatą, zrobiliby tu dobry interes.
— Cóż te kwiaty mogą mieć za związek z herbatą? — zapytała panna Katarzyna.
— Używane są do fałszowania — odrzekł. — Wązkie, ząbkowane liście Wierzbówki, podobne są z kształtu i barwy do liści krzewu herbatniego. Otóż listki te, poddane takiej samej czynności, jak liście herbaty, naśladują je do złudzenia; fabrykanci zwijają je w dłoniach, suszą i po ususzeniu mięszają z herbatą prawdziwą. Wprawne tylko oko dostrzeże zafałszowanie.
Marysia zaczęła prosić, żeby wóz przystanął, bo chciała urwać sobie trochę kwiatów, ale góral sprzeciwił się temu, mówiąc:
— Trza nam się spieszyć, coby my zaś z deszczem nie wracali.
— Co mówicie o deszczu, przy takiej pięknej pogodzie! — obruszyła się panna Katarzyna.
— Ale Babia góra w czepcu — odrzekł, wskazując biczyskiem na zachód, gdzie widniało pasmo Beskidów i szczyt, który mgły owijały.
— Może też słońce zdejmie ten czepiec — pocieszał doktór — po co się martwić zawczasu? Mam nadzieję, że dolina Kościeliska pokaże nam się w całej swej krasie, choć nie jest to zupełnie bezzasadne, co mówi nasz woźnica. Górale mają dwa barometry, rzadko ich zawodzące: Gewont i Babią górę. O tej ostatniej Felicyan Faleński tak mówi:

U widnokręgu, hej! w dali,
W stronie, gdzie niebo się pali,
Siedzi starucha;
Śniegami siwa, mgłą skrzepła,
Od słońca blasków oślepła,
Od grzmotów głucha.
W pożary gdzieś zachodowe
Zwróciwszy głowę,
Przy tem ognisku ze słońca,
Grzeje się drżąca.

Dopóki łyse jej ciemie
W tłach szafirowych snem drzemie,
Aż zazdrość bierze —
Dopóki szumią w niej gaje.
Że starowina się zdaje
Mruczyć pacierze —
Idź gdzie cię oczy poniosą:
Z strzelbą, czy z kosą,
Lub pędzić w leśne manowce
Bydło i owce.

Lecz jeśli jejmość pękata,
Wspomniawszy odwieczne lata,
Gdy była młodą,
W czepiec obciąga łysinę,
I wstęgi z błyskawic sine
Wiąże pod brodą —
Nim się w niej wichry zakrztuszą,
Uciekaj z duszą!
Bo ci po pierwszym piorunie,
Z ramienia runie.

Wiersz ten rozśmieszył wszystkich: Henryk oświadczył, że teraz z większem poszanowaniem będzie spoglądał na Babią górę, a Marysia której różana góra nie dawała spokoju, zapytała:
— Czy te kwiaty, z których się robi herbata, rosną tylko w górach?
— O, nie, to nie są kwiaty wyłącznie górskie; można je często spotkać na równinach.
— A ja ich nigdy nie widziałam!
— Bo rosną pojedyńczo, więc nikt nie zwraca na nie uwagi, a tutaj występują w całej masie, więc biją w oczy barwą swoją zdaleka.
Wóz to spuszczał się na dół, to wspinał do góry, a woźnica szedł przy nim, rozmawiając wciąż z końmi i hamując koła wedle potrzeby. W wozie także rozmawiano wesoło, a panna Katarzyna, patrząc na rozpromienione twarze dzieci, wdzięczną była z całego serca doktorowi, że ją do tej wycieczki nakłonił. Zwiędła jej twarz, pod wpływem nowych, niespodziewanych wrażeń, jakby odmłodniała. Wreszcie po godzinie zjechano na łąkę około tartaka, przy której stoi chatka gajowego.
— Jak się zwie ta polanka? — spytał Henryk.
— Kiry.
Panna Katarzyna doznała niemiłego uczucia i przeżegnała się nieznacznie.
— Jezus Marya! — szepnęła — czyż jedziemy w krainę żałoby! Kiry strzegą drogi do Kościelisk...
— Niech się pani uspokoi — rzekł, uśmiechając się Jakób — nic żałobnego niema w tej krainie, zwłaszcza w takim dniu słonecznym, jak dzisiejszy.
— Przeciwnie — powiedziała z pewnym naciskiem — te stoki gór ciemnym lasem porosłe, wyglądają doprawdy, jakby kirem pokryte.
Jasiek zatrzymał konie, podbiegł ku skale, i odłupawszy kawałek siekierką, przyniósł Marysi, mówiąc:
— Niech se sowajom.[3]
— Co to takiego? — zapytała dziewczynka ze zdziwieniem, przypatrując się niespodzianemu podarkowi, podczas gdy wóz ruszył dalej.
— To je jarec — objaśnił Jasiek.
— Coś jakby skamieniałe zboże — zauważył Henryk.
— Podobne do ziarn jęczmienia — dodała panna Katarzyna.
— Bo też jęczmień po góralsku zwie się jarcem — rzekł doktór — opowiadają nawet legendę, skąd się tu wziął, ale to nic nie ma wspólnego ze zbożem. Ziarnka te, są to muszelki skamieniałe, w których niegdyś mieszkały drobne żyjątka. Gromadziły się tu powoli całe ich pokolenia i powstała stąd skała. Mineralogia zwie takie skały wapienne „numulitowemi“.
— Kiedyż to było, panie Jakóbie? — spytał chłopiec.
— Bardzo dawno, jeszcze przed stworzeniem człowieka... w owych czasach zamierzchłych, o których mówi Pismo Święte: „I duch Boży unosił się nad wodami.“ Tatry były wtedy łożyskiem oceanu.
— Ale nie wszystkie skały powstały z takiego jęczmienia?
— Nie: wiele jest pochodzenia ogniowego, znów inne składają się z tak drobniutkich skorupek zwierzęcych, że dojrzeć ich nie można bez mikroskopu, a wszystko to żyło niegdyś w wodzie. Zwolna dopiero morze ustępować zaczęło, a z głębi wód wynurzały się różne pokłady, poosadzane przedtem na dnach morskich. W wielu miejscach na ziemi tym sposobem powstały całe łańcuchy gór i wielkie obszary lądów.
— Nie może mi się to w głowie pomieścić, jak uczeni mogą wiedzieć, co się działo przed stworzeniem człowieka — powiedziała panna Katarzyna, wzruszając lekko ramionami. — A co się kiedyś stanie, czy także wiedzą?
— Z tego co było i jest, wnoszą o tem co będzie.
— A czy Anglik znajdzie różę bez kolców? — zapytała Marysia.
— Skoro uczeni wszystko wiedzą, to może nam pan odpowie na to pytanie — wtrącił z uśmiechem Henryk, nie chcąc się przyznać, że sam różę bez kolców ciągle miał na myśli, i że jej wzdłuż drogi, którą przebywali, upatrywał.
Panna Katarzyna zwróciła na Jakóba oczy z wyrazem oczekiwania, bo i ją także interesował cudzoziemiec.
— Sądzę, że znajdzie to czego szuka — odrzekł poważnie.
Odpowiedź, choć niezupełnie jasna, zadowolniła wszystkich.
Przejechawszy od tej skały kawałek drogi wśród lasu, wóz dotarł pierwszej bramy Kościeliskiej z olbrzymich skał utworzonej, gdzie Towarzystwo Tatrzańskie umieściło tablicę, poświęconą pamięci posła Kantaka, który w Berlinie, wobec Niemców, dzielnie się za prawami ludności polskiej ujmował. Widok od tej bramy dawał już niejakie pojęcie o tem, czego się po za nią spodziewać było można, i dzieci wydawały okrzyki zachwytu i radości — a tu pan Jakób mówił, że dalej będzie jeszcze piękniej!
Wody uchodzą ztamtąd z szumem wielkim, a nad potokiem jest droga usłana z głazów. Po tej drodze wóz przejechał na rozległą polanę, otoczoną dokoła lasem, po nad którym stoją olbrzymie turnie i minąwszy pasterskie szałasy, posuwał się obok rozpadających się w gruzy budynków. Tu były dawniej kuźnie obrabiające żelazo, i huty przerabiające rudę dobywaną w Kościeliskach. Gdy się wierzchnie pokłady wyczerpały, zaniechano głębszego kopania, jako nieopłacającego się. Tutaj zwracają uwagę podróżnych dwie stare lipy, wielka osobliwość botaniczna, bo lipa nie zwykła rosnąc na takiej wysokości.
— Niegdyś było tu gwarno i ludno — odezwał się doktór — a teraz jest cisza i pustka, i mech porasta na gruzach budynków. Tam, gdzie ten komin sterczy na prawo, a przez jedyne okno pozostałe w ścianie, widać rosnące wewnątrz świerki, była gospoda. Nocowała w niej w roku 1869 wraz z rodzicami, Deotyma.
— Deotyma, wielka poetka! — zawołali jednocześnie wszyscy, była tutaj?
— Nietylko była, ale opisała swoją wycieczkę w Gazecie Warszawskiej, p. t. „Wspomnienia z Karpat“.
— I nie bała się tutaj nocować..! — zdziwiła się Marysia.
— Byłto już wtedy napół rozwalony budynek, który dopiero zaczęto odnawiać. Gospodarz i gospodyni głęboko się zdumieli, gdy państwo Łuszczewscy, których wieczór zaskoczył w Dolinie, zażądali noclegu, i usiłowali im to wszelkiemi sposobami odradzić — ale zapóźno już było na powrót do Zakopanego, więc cieszył ich widok i takiego schronienia. Pokazano im dwie izby: do jednej deszcz zaciekał i rozbity komin gruzami zaściełał ziemię, druga była obszerniejsza, z trzema oknami, ale bez drzwi i bez sprzętów. Znalazł się stół i świeczniki. Była to niedziela: górale przybyli na zabawę, przypatrywali się przez okno ich wieczerzy, do której też zaprosili spotkanych w dolinie artystów-malarzy, znajomych z Warszawy. Noc przeszła spokojnie, mimo krzyków ucztujących górali, a nazajutrz gospodarz przyszedł rozpromieniony, i winszował im że noc przeszła bez wypadku, dodając, że to pierwsza jaką tam przepędził. Gdy zdziwieni, nie mogli go zrozumieć, objaśnił, że przed kilku laty przyszli tu zbójnicy z Węgier, dom napadli, zrabowali, i poprzednika jego z całą rodziną zabili. „To też ja — mówił — nigdy tu nie nocuję. Co wieczór z żoną i dziećmi wynoszę się do wioski leżącej za doliną, i dopiero wczoraj, widząc że państwo zostają, myśmy także zostali.“
— Babuniu, ale my tu nocować nie będziemy? — spytała niespokojnie Marysia.
— Nie, moje dziecko, — odrzekła panna Katarzyna — wrócimy przed wieczorem.
— Szkoda, że Deotyma, zamiast przed laty, nie teraz dopiero w Tatry się wybrała! — westchnęła panna Katarzyna. — Czytałam jej „Branki w jassyrze“ i chciałabym mieć sposobność podziękowania jej za naukę, jak trzeba znosić cierpienia.
— A ja za za wszystkie piękne rzeczy, a zwłaszcza za „Piosnkę w Karpatach“ — gdzie każda strofa inny maluje obraz górskiej przyrody, a wszystkie są jak sznur pereł, nanizanych na złotą nić — zawołał Henryk z zapałem i zadeklamował pierwszą strofę.

Każda góra ma swą chwałę,
Swe podanie i swój szczyt,
Na nich leżą śniegi białe,
Jakby jakiś wieczny świt...

— Masz słuszność — rzekł Jakób — Piosnka jest prześliczna!
— Proszę pana — odezwał się Henryk, którego myśl oprócz piosnki Deotymy i róży bez kolców, zajęta była także zbójnickiemi napadami — dziwi mnie to, że rozbójnicy mogli napadać tak blizko Zakopanego.
— Mój chłopcze, Zakopane, takie dziś głośne ze swych własności uzdrawiających, wtedy było nieznaną wiosczyną. Jest tu w lesie kapliczka, postawiona na miejscu dawnego kościołka, który dla całej dalekiej okolicy podtatrzańskiej był jedyną świątynią Bożą.
— Więc Zakopane nie miało kościoła? — spytała panna Katarzyna.
— Nie. Postawił go dopiero ksiądz Stolarczyk, najpierwszy proboszcz zakopański. Lud tam siedział zdziczały, i trzeba było długiego czasu, zanim proboszczowi udało się nakłonić go do chodzenia na nabożeństwo. Początkowo, górale przychodzili do kościoła z fajkami i zapalali je u lampki, wiszącej przed ołtarzem. Gdy ksiądz mówił kazanie, rozkładali się na ziemi, jak w lesie u ogniska, przy słuchaniu zbójeckich powieści, a kiedy po raz pierwszy w kościele zagrały organy, puścili się w taniec z dziewczętami. Niełatwe miał ksiądz zadanie, zanim zdołał złagodzić dzikość i poprawić obyczaje ludzi, żadnego przedtem nie znających hamulca. Uczył on ich z ambony, przekładał, wzruszał, gniewał się. Żył życiem swych owieczek, tępił zbójnictwo i pijaństwo, doradzał w interesach prawnych, sądził zatargi majątkowe, wszystko bez cienia sentymentalności, nawet z pewną twardością, zgodną z wymaganiami natury nietylko duchowej, ale i materyalnej, co mu nie ujmowało, ale dodawało szacunku. Góral z rodu, przemawiał do nich ich własnym językiem; używał dosadnych wyrażeń i najlepiej trafiających do ich umysłu porównań, a przytem obdarzony ogromnym wzrostem i nadzwyczajną siłą, zjednywał sobie powagę i wpływ nad tymi, którzy jedynie dla siły mieli poszanowanie. Sabała, gdy pierwszy raz księdza Stolarczyka zobaczył, wykrzyknął ździwiony widokiem jego olbrzymiej postaci: „E, jegomość! Wyros tez s was chłop! Ej, ha! Je, kaz tez ta teli wyros? No s wami tobyk się nie namyślał, ale byk sie dziś we dwok do Luptowa ponios.“
— Nic nie rozumiem — przerwała panna Katarzyna.
— Słynny zbójnik tatrzański, Janosik, przebywał najwięcej na Liptowie[4], Sabała dawał więc księdzu do zrozumienia, że dzielny byłby zbójnik z niego. Pochwała to największa dla górala. Doszło do tego, że górale nietylko modlili się z książek, ale śpiewali ułożone przez proboszcza pieśni. A ile to pracy, ile trudu i zabiegów kosztowało! Gdy Zakopane z nieznanej wioski stało się głośną stacyą klimatyczną, skarżył się na spustoszenie moralne, jakie goście między góralami szerzyli, przyuczając do zbytkownego życia i próżniactwa. Lekki chleb przewodnika smakował wielu bardziej, niż ciężka praca przy roli. Wzdychał więc za dawnemi czasami, a skarga ta co rok była żałośniejsza. Umarł sparaliżowany, mając lat osiemdziesiąt.
— A wicie — wtrącił Jasiek — jako z kścinami psyjeali, a cem jegomość z kościelnym psyśli, mróz ju okścił dzieciątko!
— Jakże to było? — pytała zaciekawiona panna Katarzyna.
— A to wicie[5], na Olcy[6], Bóg dał syna Miałowemu[7] Staskowi i Majchrowej Jagnie, więc psyjeali z kumami kścić go w Zakopane. Kościelny wicie, Ślimak, był u organistego, to i poseł po jegomości, a łopi[8] myślom: „jako tu cekać po próznicy?“ Najwięksy wyśmiesnik[9] Gąsienica swok[10], radzi: „Poślibyśmy do zyda, Stasiek paleńki[11] nie pozałuje na zdrowie syna“. Idą se pośpiewując:

„Radak cie widziała, jescebyk cie lepi,
Kieby se huncwocie gozałecki nie pił.“

Kuma w krasnej wizytce[12] miała ostać w kruchcie, ale słysy baba piosnecki i cni[13] jej się strasecnie[14], tak se myśli: „Oni se w karcmie kielusek[15] po kielusku pijom, o mnie ani zastojom. Haw ja zmarznionta i samotna: abo pójde ozgzać sie kapecką! Ty nieboze pocekaj tu krzynkę[16]!“ Owiązała dzicię w nowiusieńką smatę[17] i powiesiła zwitek na klamce u kościelnych dźwierzy[18]. Ozgzewa się kuma, kielusek po kielusku pije, piosenkę po piosence śpiewa, a dzieciątko wisi, mróz po śniegu skrzypi, a jegomość pisom. Napisał, kładzie kozuch, idzie do kościoła... pusto. Kaz[19] kściny? kaz kumowie? Kaz kogoz najdzie, kie wsyscy u zyda! Wyodzi z kościoła: cosik uwidział u dźwierzy. Jakowe haw[20] dziady[21] wisom? Poziera do smatki: w niej skostniałe, sine ciałko Staśkowego syna...
W poćciwym jegomości dusa sie zatrzęsła. Kija sękatego wzion i do karcmy poseł, han[22] łopów ogrzmocił i ozpędził. Gęślicki[23] ucichły i piosenki ustały — a tako byli łopy popici, ze nijako nie mogli zrozumieć, jakowym cudem jegomość o pogrzebie mówiom, kie oni se kściny oblewali.
Wóz, minąwszy kapliczkę, zatrzymał się na żądanie pana Jakóba, który zapowiedział, że ma tu coś osobliwego do pokazania — i pomógłszy wysiąść staruszce, pociągnął wszystkich nad potok, w miejsce gdzie słychać było coś w rodzaju głośnego bulgotania.
— Macie tu państwo przed sobą źródło, jakiego jeszcze nie widzieliście i może nigdy nie zobaczycie — powiedział. — Woda wydobywa się z pod ziemi wprost do góry i rozlewa na boki trzema strumieniami tak silnemi, że każdy z nich dawniej obracał młotem w kuźnicy. Przypatrzcie się tylko: można dokładnie rozróżnić trzy prądy, jakby trzy źródła, każdy w inną dążący stronę.
— A prawda! widać to doskonale — rzekł Henryk — ale co to za roślina tak gęsto rozrasta się w wodzie przy brzegach?
— To jest Rzeżucha wodna, roślina bardzo ceniona przez smakoszów, jako przyprawa do mięsa. U nas mało jest używana, ale w innych krajach ubiegają się o nią. W ogrodach erfurckich uprawiają ją w wodzie źródlanej. Tutaj rozrasta się bujnie, choć jej nikt nie uprawia.
Henryk zerwał gałązkę i gryząc ją, chwalił przyjemną gorycz tej sałatki.
— To biało kwitnie! — zawołała dziewczynka, spróbowawszy także i zerwała łodyżkę, na wierzchołku której skupione były białe, drobne kielichy. — Ładne kwiateczki. Ale pić mi się chce po tej gorzkiej sałacie.
Wyjąwszy kubeczek z kieszeni, chciała zaczerpnąć wody, ale pan Jakób powstrzymał ją, mówiąc:
— Nikt nie pije tej wody wprost ze źródła, bo jest tak zimna że zęby od niej cierpną. Musi stać czas jakiś w szklance, żeby się ogrzała. — Zwracając się do panny Katarzyny, dodał: — ciepłoty ma tylko 3 stopnie Reamura; dla tego zapewne źródło to zowie się Lodowem.
Ale nikt nie chciał czekać aż się woda ogrzeje, bo wszystkim było pilno iść dalej. Przytem strumień miał im towarzyszyć, więc pragnienie wszędzie łatwo zaspokoić mogli.
Obecnie przy źródle Lodowem stoi wygodny hotel dla podróżnych, ale wówczas, gdy nasi znajomi zwiedzali Kościeliska dolinę, była tam tylko prosta buda z desek. Turyści w niej zazwyczaj odpoczywali i posilali się, a górale mieli przystanek dla wozów. Dziś już trzy wózki tam stały, a konie odprzężone jadły owies z uwiązanych na karkach płóciennych woreczków. Nieopodal na trawie rozłożeni woźnice, palili tytuń z krótkich fajeczek, rozmawiając wesoło.
— Są już goście w dolinie i raniej wstali od nas — zauważył pan Jakób.
Po krótkim odpoczynku wyruszyli wszyscy wraz z Jaśkiem, który napoiwszy konie i nasypawszy im owsa, zostawił wóz pod opieką znajomych górali i ofiarował się za przewodnika.
Skały zwężające się w tem miejscu, tworzą najwspanialszą, jak można sobie wyobrazić, bramę. Skorzystało z tego położenia Towarzystwo Tatrzańskie, pragnąc uczcić pamięć Kraszewskiego, który niegdyś, jak tak samo Goszczyński, szukał w Tatrach zdrowia i wypoczynku — i umieściwszy w skale marmurową tablicę z odpowiednim napisem, nadało temu miejscu nazwę „Bramy Kraszewskiego“. Żeby odczytać napis na tablicy, trzeba przejść kładką przez potok. Z tej strony widzi się tylko wspaniałą bramę, z tamtej przez bramę otwartą spogląda się w krainę czarowną.
— Teraz możecie patrzeć do woli i podziwiać — rzekł Jakób, gdy przeszli na drugą stronę potoku.
Spełniło się to, co przepowiedział. Tyle wyszafowano słów na wyrażenie zachwytu przy wjeździe na Kirę i przy „Bramie Kantaka“, że teraz ich brakło na razie, bo widok jaki mieli przed oczyma, przeszedł wszelkie oczekiwania. Wszyscy stali milczący i zdumieni. Panna Katarzyna pierwsza przemówiła, składając ręce.
— Najświętsza Panno Ostrobramska, jakżeż tu pięknie! Mój dobry Kubusiu, ja nawet nie domyślałam się w Miratyczach, że są na świecie takie cuda!
Doktor uśmiechnął się.
— Żeby tylko dopisała nam pogoda — wyrzekł, patrząc na pływające po niebie, białe, rzadkie obłoczki, nakształt waty. Niektóre z nich zaczepialy się o szczyty piętrzącej się turni i rozdzierały. — Wieść niesie, że rzadko komu udaje się widzieć dolinę Kościeliską bez deszczu. Żałowałbym, gdyby tak dzisiaj być miało, bo choć ona zawsze jest piękna, ale dla uwydatnienia wszystkich jej uroków, potrzeba koniecznie słońca. Goszczyński o niej mówi:

Rozkoszna jedyna,
Pochmurna dolina,
Od całych Tatrów kochana.
Lecz na niej mgły gęste
I deszcze w niej częste,
Dolina często spłakana.

— Będzie lało, ino nie zara — wygłosił filozoficznie Jasiek.
— A kiedy? — zapytał Henryk.
— Ku wieczorowi.
Dzieci, którym na razie podziw zamknął usta, prześcigały się teraz w radosnych okrzykach. Brzmiała w nich cala ich wrażliwość na piękno i gorący zachwyt młodości. Tylu już poetów opisywało ten uroczy zakątek tatrzański, a nikt jeszcze nie zdołał odmalować wiernie jego piękności. Zachwycony Goszczyński, zowie ją „rozkoszną, jedyną“, a Felicyan szepce głosem, w którym zdumienie i groza zdaje się tamować oddech w piersiach:

Idziemy, i oto znów znagła krok śmiały
Do ziemi ziębiący przykuwa nam strach.
Tam lasy lecące w powietrzu zostały!
Tam sterczą niesione na obłokach skały!
I cisza coś mówi do siebie jak w snach.

Możnaby tu spędzać dnie cale na przyglądaniu się. Białe wapienie, bramowane świerkami; czysty kryształ potoku, spadający w kaskadach srebrną miejscami zabielonych pianą; głazy ciemnemi pokryte porostami, od których woda w płynny zamienia się szmaragd — wreszcie fantastycznie piętrzące się skały — wszystko to daje niewyczerpane pole do porównań, i każdy bujniejszą nieco obdarzony wyobraźnią, dopatruje w nich jakieś podobieństwa, choć każdy co innego widzi. Na jedno tylko zgadzają się wszyscy niemal zwiedzający, na podobieństwo pozarpanych szczytów do skamieniałych potworów: tylko gdy jedni widzą w nich sowy i orły olbrzymie, inni dopatrują niedźwiedzie, rumaki, a nawet smoki legendowe. Goszczyński wziął Kościeliską dolinę za tło do kilku scen w swej pięknej powieści z czasów Bolesława Chrobrego, p. t. Oda i do poematu p. t. „Sobótka“, a Deotyma rozpoczyna w niej cudnej piękności prolog do swej tragedyi p. t. Wanda.
Henryk, marzący zawsze o czasach rycerskich, widział w fantastycznych kształtach turni średniowieczne zamki z murami i basztami, a bujna wyobraźnia chłopca w jednej chwili zaludniła krużganki owych zamków, tłumami giermków, dam i rycerzy. Gdy się z swych wrażeń głośno spowiadał, Marysia mająca świeżo w pamięci bajkę o Śpiącej królewnie i zamku, do którego wszystkie drogi pozarastały, twierdziła, że musiał być podobny jak dwie krople wody do tych skał, których ściany widziała wyglądające z pośród drzew. Zachwycała ją bogata roślinność i przepych zieloności we wszystkich odcieniach.
Jasiek wymieniał nazwy.
— Niekze słuchajom: ta tu skała zowie się Dudowe kominy, a na niej som Organy. A tam dalej ta naga turnia, to som Stoły. A dalej jest Ratusz, Zamek, Dzwonnica, Groby...
— A cóż za dziwne nazwy! — zawołał Henryk — przyjechaliśmy do doliny przez Kiry... Czytałem gdzieś, że z nazw miejscowości, można pierwotne ich dzieje odgadnąć. Z tych tutaj możnaby wnosić, że w dolinie Kościeliskiej odegrał się kiedyś straszliwy dramat! A co to za otwory czworokątne w Dudowych kominach, zupełnie jakby okna w murach?
— To som Zbójeckie okna.
— A dla czego tak się nazywają?
— Bo to są otwory do jaskiń, w których ukrywali się zbójnicy — odpowiedział Jakób.
— Dawno to było? — zapytał Henryk, zwracając się do Jaśka.
— Et, dawno — odrzekł niechętnie.
— Górale nie lubią mówić o zbójnikach — szepnął mu Jakób pólgłosem.
— Dla czego?
— Najpewniej dla tego, że wielu jest pomiędzy nimi potomków samych zbójników, a żyją jeszcze tacy, którzy zbójowali.
— Ale tu nas nikt nie napadnie? — zapytała dziewczynka, oglądając się trwożliwie.
— Niema obawy: nie kryją się już oni, chodzą spokojnie między ludźmi i o żadnych napaściach nie myślą.
— Ale nikt o tem nie wie?
— Wszyscy wiedzą: takim jest słynny bard tatrzański, Sabała.
— Doprawdy! — zawołali ze zdumieniem brat i siostra.
— Niestworzone rzeczy Kubuś opowiada — odezwała się panna Katarzyna. — To być nie może, nigdy temu nie uwierzę!
— A jednak tak jest. Cała zagadka polega na różnicy między wyrazem zbójnik a rozbójnik. Górale brzydzą się rozbojem, a zbójowanie mieli sobie za pewnego rodzaju bohaterstwo. Zbójnik zabierał pieniądze bogatym, a dawał biednym; zabijał zaś tylko w razie koniecznej potrzeby, to jest we własnej obronie. Zbójnik, to junak, bohater!
— Typ Rinaldo-Rinaldiniego — szepnęła, kręcąc głową.
Tak rozmawiając, znajomi nasi posuwali się coraz głębiej w dolinę i upatrywali róży bez kolców, bo choć nikt o niej nie mówił, myśleli jednak wszyscy. Nawet babunia Kasia nie mogła się obronić chęci znalezienia jej przypadkiem, choć się z tem nie wydawała. Nie spotkano jednak róży ani jednej, nawet z kolcami. Za to zdobyto Szarotki, tak zwane przez górali „Kocie łapki“, ten klejnot górskiej flory, rosnące kępami na krawędziach skał wapiennych, w mniej dostępnych miejscach. Ale ta niedostępność drobnostką była dla Jaśka; poskoczył, wspiął się jak kot na skałę i przyniósł kilka kwiatów, których śnieżno-aksamitna białość, czyni je tak niepodobnemi do wszystkich innych, a kształt promienisty przypomina gwiazdy. Znaleziono Zawojek, wspaniałą lilję, której różowe kielichy, ciemnemi są usiane punktami. Na wysmukłej łodydze, stoi ona zazwyczaj samotna, wzniesiona po nad tłum kwiecisty, a choć niema w niej żadnych barw złotych, zowią ją powszechnie Złotogłowiem. Sąsiedztwo jej blizkie stanowiły Skalnice. Rośliny należące do rodziny Skalnicowatych, prawie wszystkie rosną na znacznych wysokościach, wśród skał i kamieni: ztąd też ich nazwa pochodzi. Liście ich języczkowate, drobno piłkowane, rozpostarte są na ziemi w różyczkę, a kwiaty ułożone w grono na wysmukłej łodyżce, białe, niewielkie, purpurowemi punkcikami znaczone, niby drobnemi kropelkami krwi. Wreszcie znaleziono mięsiste Rojniki, z listkami w łuskę dachówkowato ułożonemi, niby maleńkie węże, podnoszące z pośród mchów łebki, zakończone złocistemi, fijoletowemi lub różowemi kwiatami z metalicznym połyskiem.
Nad brzegami strumienia, zraszane pianą jego kryształowych kaskad, rosły wysokie, dumne Naparstnice, ukazujące żółte naparstki koron i ponure Tojady, przyodziane w fijolety. Rosły rozmaite Dzwonki i Goryczki, błękitnemi z pośród traw i mchów patrzące na przechodniów oczyma i białe wysmukłe Ciemierzyce.
Henryk i Marysia z niemilknącemi okrzykami radości, zrywali piękne kwiaty, a dziewczynka miała już tak wielki pęk, że nie mogąc go objąć w dłoniach, obiema rękami przyciskała do piersi.
— Jaki ładny, oryginalny mech! — zawołał chłopiec, wskazując na puszyste pokrycie skały, gdy przystanęli na chwilę.
— To nie jest mech — odrzekł Jakób: — w szczelinach skalnych sadowić się lubią przedewszystkiem drobnolistne roślinki, o darnistym wzroście. Te, które tu widzisz, żyją zawsze wspólnie i tem się odznaczają, że liczne ich łodygi łącząc się z sobą, chłoną chciwie wilgoć, którą nasycone niby gąbka, długo przechowują. Trzeba widzieć te darninki na wiosnę, gdy się barwnem pokryją kwieciem! Ja je widziałem i powiem, że niczem przy nich perskie kobierce, taka tu puszystość, takie bogactwo zachodzących na siebie kolorów, taka fantazya w rysunku!
— Jak się nazywają te roślinki?
— Lepnica bezłodygowa, Naradka, Mokrzyca modrzewiolistna, Piaskownica rzęsowata, Cherberka rozchodnikowa, albo Ożobin i kilka innych.
— A te większe okrągławe liście z czerwonym spodem, tak podobne do liści Cyklamenów?
— To jest Jaślinek, ma drobne kwiatki jasno-fijoletowe.
W miejscu gdzie dolina rozszerza się w obie strony, a na zachód i wschód rozciągają się piękne polany z szałasami i szopami na siano, stoi pod skałą skromne schronisko. Podróżni nasi skierowali się ku niemu, żeby się posilić i napić herbaty, bo już zbliżało się południe.
Schronisko było puste, ale na stole znajdowały się już czyjeś bagaże. Doktór tylko rzucił okiem, zaraz poznał eleganckie puzdro skórzane z mosiężnem okuciem, oraz piękny szkocki pled i rzekł:
— Anglicy tu są!
Słowa te magiczne na wszystkich sprawiły wrażenie. Zobaczyć zblizka Anglika, i to jeszcze Anglika szukającego róży bez kolców, była to gratka nie lada. Nawet na twarzy babuni Kasi odmalowała się gorąca ciekawość. Wszyscy troje oczów oderwać nie mogli od spoczywających na stole przedmiotów, jakby pociągani siłą magnetyczną.
— Tu gdzieś blizko musi być ogień — odezwała się panna Katarzyna — czuję dym.
Doktór obejrzał się i zobaczył nieco dalej nad strumieniem palący się stos gałęzi, a przy ogniu poważną osobistość z rudemi faworytami, w białym fartuchu i białej czapce na głowie. Kręcił się przy niej góral, zbierał suche gałęzie i rzucał na ogień. Porozumiewali się na migi. Nieco dalej na trawie stało kilka błyszczących metalowych naczyń.
— Ale gdzież oni są, ci Anglicy? — szepnęła dziewczynka, chwytając Jakóba za połę od surduta, a oczy jej pełne były ciekawości. Nigdzie ich nie widać!
— Pewnie poszli naprzód — odpowiedział — spotkamy ich wracających.
— A więc chodźmy za niemi — prosiła — chodźmy prędko! Ja chcę widzieć Anglików!
— Ależ Marysiu, babunia musi odpocząć i pan Jakób także — zrobił uwagę chłopiec. — Wszyscy już głodni jesteśmy; pewnie i ty także.
Dziewczynka nie zaprzeczyła. Jasiek postawił koszyk z żywnością i wziąwszy samowar, poszedł z nim do ognia; w schronisku tymczasem posilano się, rozmawiając ciągle o Anglikach. Odpoczynek nie trwał długo; samowar był wkrótce gotów i po herbacie ruszono dalej, pomimo że doktór perswadował pannie Katarzynie, iż powinna dłużej wypocząć.
— Nie jestem zmęczona, doprawdy że nie, upewniam Kubusia — tłomaczyła się staruszka, trapiona ciekawością prędszego ujrzenia Anglików.
Uszedłszy nie więcej nad kilkadziesiąt kroków, ujrzeli w miejscu cienistem, pod dużym świerkiem, pled na mchu rozłożony. Na pledzie, oparta plecami o głaz olbrzymi, siedziała piękna, bardzo dystyngowana dama, w jasnym płaszczyku z surowego jedwabiu i bawiła się machinalnie kosztowną rączką parasolki; na twarzy miała wyraz tylko co stłumionego rozdrażnienia. Obok niej leżał kapelusz z cienkiego włókna palmowego, jasną przepasany wstążką — a z pod kapelusza wyglądała książka z czerwonemi brzegami. U stóp damy, młoda jej towarzyszka układała bukiet z liści paproci i kwiatów dokoła rozsypanych. Skromna jej suknia z jasno-popielatej wełny, za jedyną ozdobę miała wstążkę niebieską związaną pod szyją i takąż samą w pasie przepaskę. Były to Angielki.
Pan Jakób zdjął kapelusz, gdy mijał tę grupę. Milady raczyła się dość grzecznie odkłonić, poczem podniosła do oczu lornetkę i przypatrzyła się uważnie przechodzącym.
— Piękna, ale niesympatyczna osoba — zauważyła panna Katarzyna. — Ma jakiś kwaśny wyraz twarzy i wygląda na bardzo dumną. Musi być chora, kiedy zamiast iść dalej, wolała tutaj pozostać.
— Czy pan uważał, że ona wzięła z sobą książkę? — odezwał się Henryk z oburzeniem. — Książka w Kościeliskiej dolinie — a to czysta herezya!
— Może do nabożeństwa — zrobiła uwagę panna Katarzyna.
— Nie zdaje mi się — powiedział, uśmiechając się doktór. — Z tego, czego byłem świadkiem na Starej Polanie, wywnioskowałem, że ta pani przyjechała w Tatry niechętnie.
— Widocznie jest przywiązaną do starego baroneta i nie chciała go puścić samego w tak daleką podróż.
— Wątpię: byłem nawet świadkiem, jak sir Warburton słysząc jej narzekanie na ten „szkaradny kraj“, czemu zresztą dziwić się nie można było, bo mówiła to w czasie ulewy, wymawiał jej, że się, „uparła“ tu jechać, mimo jego odradzania i wbrew własnej chęci.
— Cóż ją więc zmuszało do tego?
— To tylko ona sama wie. Ale oto jesteśmy przy Pisanej.
Takie nosi nazwisko wysoka, gładka, prostopadła skała, pokryta napisami do wysokości człowieka i mająca przez to pozór olbrzymiej karty. Mięki wapień łatwo daje ryć po sobie, a jest równie jak papier cierpliwy; czy na nim kładą mądre myśli, czy liche koncepta, wszystkie z jednaką znosi rezygnacyą. I tem cierpliwiej znosi, że usłużni przewodnicy zacierają siekierkami dawniejsze napisy, aby przysporzyć miejsca dla świeżych nazwisk, które znowu z kolei innym ustąpić muszą. Podróżni nasi z ciekawością odczytywali różne zdania, cytacye z poetów, wreszcie nazwiska, między któremi wiele było znanych i sławnych — i umieścili własne na brzeżku skały, w miejscu niewidocznem wprawdzie, ale nie pokrytem jeszcze napisami.
— Czy też Anglicy zapisali się tutaj? — mówił Henryk, pilnie szukając. — A jest, jest! dużemi wydatnemi literami: Edward Warburton z Rochdale; Dawid hrabia Chester, Walter Dowmond... hm, dziwne nazwisko, jak na Anglika, i Johan Strand.
— A, i profesor tu jest — rzekł Jakób, przyjemnie ździwiony; widzę, że dotrzymuje towarzystwa swoim dawnym znajomym.
Z pod Pisanej, jak z czeluści wytryska gwałtownie strumień, a prąd powietrza jest tak silny, że nachyliwszy się, czuje się go na twarzy. Jasiek występujący w roli przewodnika, oświadczył poważnie, że w pieczarze śpi wojsko zaklęte; że otwór sięga bardzo daleko i niewiadomo dokąd prowadzi, oraz że tu jest źródło Czarnego Dunajca. Ale doktór zaprzeczył tym dwom ostatnim dowodzeniom.
— Woda wypływająca z pod skały, nie jest wcale źródłem, tylko częścią rozszczepionego wyżej potoku Kościeliskiego. Co zaś do długości i rozmiaru tej pieczary, badał ją dawniej poeta Seweryn Goszczyński, a w tych czasach dr. Jan Pawlikowski. Dostawali się tam oni z wielkiemi trudnościami, i odkryli w tej skale kilka jaskiń, przez które przepływa potok. Do końca jednak labiryntu żadnemu dostać się nie udało, bo trafili na tak wązkie przejście, że tylko woda przezeń dalsze miała ujście.
Jasiek słuchał opowiadania z drwiącym półuśmiechem. Miał on własne o tem zdanie, ale milczał.
— Znaleźli tam jednak rzecz dziwną, rzecz której nie szukali: ślady ludzkiej pracy. Dno pod wodą wyłożone jest drzewem, poprzykładanem kamieniami, i w dwóch miejscach strop podstemplowany dylami. Kto tego dokonał, w jakim celu i kiedy, to zagadka!
— Może zbójnicy ukrywali tam swoje skarby — zrobił uwagę Henryk.
— Może i to być — odrzekł Jakób. — Chodźmy teraz do miejsca, zkąd dobywano złoto.
Słowa te wstrząsnęły wszyskich jak iskra elektryczna.
— Co! gdzie? Czy być może! — wołali naprzemian Henryk i Marysia — złoto tu, w dolinie Kościeliskiej?
— Kubuś chyba żartuje — odezwała się panna Katarzyna, patrząc na doktora z niedowierzaniem.
— Mówię najprawdziwszą prawdę!
— Hm, hm, a czy to daleko? — spytała. — Idziemy ciągle pod górę... jestem zmęczona i chciałabym przysiąść.
— Niedaleko. Przejdziemy mostek, potem jeszcze kawałek drogi pod skałą i będziemy u celu. Dolina tam znowu się rozszerza, a na prawo jest mała polanka.
Wkrótce zatrzymano się przy owej polance: na jej środku, wśród głazów mchem obrosłych, stał krzyż żelazny wprawiony w podstawę z młyńskiego kamienia. Na ramionach krzyża wpisane były słowa Ś-go Pawła:

I nic nad Boga.“

Krzyż ten, w tem miejscu, wobec wspaniałej natury, taki samotny i cichy, taki mały i taki zarazem wielki w swej prostocie, głębokie sprawia wrażenie. Odczuli je wszyscy. Panna Katarzyna uklękła i modliła się gorąco, aby Bóg pozwolił wyrosnąć zdrowo Marysi, a dzieci uwiły wieniec z kwiatów i liści paproci, których tu rosła obfitość i złożyły go u stóp krzyża.
— Dziękuję Kubusiowi, żeś nas tu przyprowadził — rzekła staruszka, siadając na kamieniu obok. — A teraz powiedz nam, co wiesz o tem złocie.
— Tu, na tem mniej więcej miejscu — rzekł doktór, siadając także — ale bliżej potoku, stała za czasów Zygmunta I-go płuczka, czyli młyn, jak mówią górale, w której woda ściekająca po równi pochyłej, oddzielała złoto od piasku. Ślady jakiejś budowli i dwa młyńskie kamienie znalazł jeszcze Pol w 1852 r., gdy był tutaj z towarzyszami. Nie ulega wątpliwości, że złoto w dawnych czasach znajdowano w Kościeliskim potoku; z czasem jednak wyczerpało się ono i nie opłaciło kosztów dobywania. Zdaje się, że to nastąpiło jeszcze za czasów wspomnianego króla. Starzy ludzie powiadają, że ostatni młynarz który tu złoto dla króla wypłukiwał, został zabity przez opryszków i tutaj pochowany. Krzyż stoi na jego mogile.
— Musiałby mieć zatem około czterystu lat — odezwał się Henryk — a wygląda jakby go niedawno wzniesiono.
— Krzyż pierwotny burza obaliła, zniszczyły słoty, kamień zaś z mogiły obsunął się po pochyłości nad brzeg potoku. Towarzysze Pola wyciosali krzyż świerkowy, wyryli napis i dźwignęli kamień na dawne miejsce. Potem krzyż kilkakrotnie ulegał zniszczeniu, aż Towarzystwo Tatrzańskie kazało go odlać z żelaza.
— A co znaczy ten stos suchych gałęzi na boku? — pytał Henryk.
— Jakiś bezbożny Podhalanin, który duszę dyabłu zapisał, założył się, że obrobiony kamień młyński zawiezie w niedzielę, w czasie nabożeństwa, na Ornak.[24] Wioząc go, tam właśnie wywrócił i kamień go zabił; tam też go pochowano, a każdy przechodzień rzuca świerkową gałęź na mogiłę, według starego zwyczaju. Co rok powstaje z tych gałęzi nowy stos, który w jesieni zapalają, odmawiając pacierz za duszę grzesznika.
— Dzień dobry, doktorze — dał się słyszeć nagle głos znany i z po za dwóch dużych głazów wyszedł malarz — a uchyliwszy kapelusza w stronę pań, przystąpił do Jakóba, mówiąc:
— Niedawno odszedł ztąd sir Edward Warburton ze swoim orszakiem. Wyobraź pan sobie, siedział przy krzyżu pół godziny z głową opartą na dłoni i nie odsłonił twarzy ani razu.
— Cóż to panu szkodzi?
— Co? dobry pan sobie jesteś! Od samego początku doliny idę krok w krok za nim w pewnej odległości, tak, żeby nie być widzianym i czatuję na sposobność narysowania go en face. Szkic, zrobiony przezemnie na Starej Polanie, przedstawia tylko profil, a mój doża zaślubiający morze, musi stać na przodzie okrętu, patrząc wprost na widza, w pełnem oświetleniu, w całym majestacie potęgi i poczuciu własnej siły. Pojmujesz pan, iż Anglik nie powinien wiedzieć że mi pozuje, bo wszystko byłoby stracone. Zdjąłem wprawdzie szkic z niego, gdy siedział zadumany, ale to tylko tak, dla własnej przyjemności.
Wyjął z teki kartkę i podał Jakóbowi.
— O kim panowie mówicie? — spytała panna Katarzyna, posłyszawszy ostatnie słowa tej rozmowy.
— O sir Edwardzie Warburtonie.
— Czy i ja mogę zobaczyć ten szkic?
— I owszem — rzekł Witold uprzejmie, podając kartkę — oto jest.
— Ależ tu niema wcale twarzy! — powiedziała ze zdziwieniem. — Ręka podpierająca głowę, zasłania ją zupełnie.
— A jednak jest wyraz w tej postaci, chociaż twarzy nie widać — zauważył doktór.
— Tak, jest wyraz — powtórzyła — wieje z niej smutek bezdenny.
— Jest coś zagadkowego w tym człowieku — mówił malarz. — Patrzyłem na niego, gdy stał przy Pisanej; byłem bardzo blizko, ale nie widział mnie. Rozglądał się w napisach, jakby one mogły interesować cudzoziemca! wreszcie zatrzymał wzrok na cytacyi znanego wiersza Pola, którą wyrył ktoś w samym środku:

A czy znasz ty, w której stronie
Takich jezior takie tonie;
Takie chmury na górami,
Takie niebo nad chmurami!

Otóż, oczy jego szły w kierunku wiersza, od początku do końca, jakby czytał; uważałem to dobrze.
— Pewnie się panu zdawało... — powiedział doktór zamyślony. — Czy profesor był razem z baronetem? Widziałem podpis jego na skale, obok ich podpisów.
— Tak, poszli razem w kierunku Pysznej. Idę za nimi, może mi się lepiej powiedzie. Chodź pan zemną!
— Nie jestem sam — szepnął Jakób.
— Ależ idź, idź Kubusiu — prosiła panna Katarzyna, domyśliwszy się tych słów — i zabierz z sobą Henryka. Jasiek zostanie z nami i zaprowadzi nas do schroniska. Czy prędko będziecie z powrotem?
— Nie umiem pani tego powiedzieć: ale gdybyśmy wrócili przed zachodem słońca, niech panie siadają na wóz i wracają do Zakopanego, bo wieczory w dolinach bywają chłodne, a chłód może zaszkodzić Marysi. My z Henrykiem towarzyszyć będziemy panu Witoldowi i choćby nas długo nie było widać, niech pani o nas będzie zupełnie spokojną.
— Wiem, że pod opieką twoją nic mu się złego nie stanie — odpowiedziała. — Ufam ci zupełnie, Kubusiu. Do widzenia.
Marysia miała ochotę rozpłakać się, że nie idzie także na wycieczkę, ale Henryk jej szepnął do uszka, że babunia Kasia nie mogłaby tak tu zostać bez żadnej opieki — i to nietylko łzy dziewczynce wstrzymało, ale napełniło ją zadowoleniem, iż jest tak ważną i poważną osobą, że może nawet opiekować się starszymi od siebie.
Obie z babunią przeprowadziły wzrokiem trzy oddalające się postacie, a gdy zniknęły na zakręcie wijącej się pod skałą drożyny, staruszka spostrzegła, że szkic malarza pozostał w jej ręku.
Wyjęła z kieszeni okulary, przetarła je i zaczęła się znowu przypatrywać; wreszcie położyła kartkę i zamyśliła się głęboko.
Jak czasem nuta posłyszanej niespodzianie piosenki, lub widok jakiegoś przedmiotu budzi echa przeszłości, nawiązując nić wspomnień, po której przychodzą kolejno przed oczy duszy przeżyte boleści i radości, tak widok tej postaci z twarzą zasłoniętą, postaci nieznanego człowieka, obudził w duszy staruszki najboleśniejsze wspomnienia z jej życia. Przeszłość tak żywo przed nią stanęła, jakby to była chwila obecna: przycichłe bóle odżyły na nowo i dwie ciężkie łzy stoczyły się z jej oczu...





  1. Spoglądać.
  2. Na lewo.
  3. Schowają.
  4. Liptowski komitat, znajdujący się na węgierskiej stronie, jest krajem górzystym, przerzniętym odnogami Karpat. Zamieszkują go Słowacy.
  5. Wiecie.
  6. Olcza, wieś blizko Zakopanego.
  7. Michałowemu.
  8. Chłopi.
  9. Żartowniś.
  10. Szwagier.
  11. Okowity.
  12. Kaftaniku.
  13. Tęskni.
  14. Strasznie.
  15. Kieliszek.
  16. Troszkę.
  17. Chustkę.
  18. Drzwi.
  19. Gdzież?
  20. Tutaj.
  21. Torby.
  22. Tam.
  23. Skrzypki.
  24. Hala i góra, noszą tę nazwę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Urbanowska.