Refleksye (Voltaire)/Sprawa Calasa

<<< Dane tekstu >>>
Autor Voltaire
Tytuł Sprawa Calasa
Pochodzenie Refleksye
Wydawca Księgarnia Polska Bernarda Połonieckiego
Data wyd. 1911
Druk Drukarnia „Wieku Nowego“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Grzegorz Glass
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Sprawa Calasa.
Fizyognomia duchowa Voltaire’a nie byłaby pełna, gdybyśmy nie uwzględnili tej sfery jego działalności, w której piórem posługiwał się jak orężem, występując czynnie w obronie pokrzywdzonych zasad humanitaryzmu i tolerancyi. Pod tym względem ostatni zwłaszcza okres jego życia zaznaczył się kilku męskimi czynami, które świadcząc o głęboko tkwiącem w nim poczuciu sprawiedliwości, były dojrzałymi, celowo obmyślonymi aktami jego sumienia obywatelskiego, reagującego w latach sędziwych z niestępioną wrażliwością, temperamentem, werwą i zapałem młodzieńca. Wystąpienia jego w tej epoce w roli nieustraszonego orędownika wszystkich niewinnie prześladowanych stanowią znamienny rys jego charakteru i przedstawiają harmonijne dopełnienie całego kierunku i usposobienia tych ostatnich dwudziestu z osiemdziesięciu pięciu lat życia, które w dobrach swych na pograniczu Francyi i Szwajcaryi jako „patryarcha z Ferney“ wśród owocnych zabiegów opiekuńczych około podniesienia dobrobytu sąsiedniego miasteczka i okolicznej ludności spędził, nie przestając żywą przytem i płodną twórczość literacką rozwijać.

Kulminacyjnym momentem altruistycznej tej i dobroczynnej pieczołowitości Voltaire’a był gorliwy udział, jaki brał w sprawie niewinnie na śmierć zasądzonego Jana Calasa i stąd uważamy za właściwe w tomie, którego zadaniem jest uprzytomnić czytelnikowi świat voltaireowskich myśli i uczuć, przebieg tej sprawy przedstawić, o ile możności ściśle na podstawie pisma Voltaire’a „Sur la tolérance à cause de la mort de Jean Calas“, w którem ją przed opinią publiczną poruszył, europejski rozgłos jej nadał i tak powagą swej światowej sławy zażywającego nazwiska poparłszy, osobistem następnie orędownictwem rewizyę całego procesu spowodował.
Kreśląc poniżej ciekawą historyę tego dramatu, w którym Voltaire odegrał zwycięsko rolę opiekuna i zbawcy niewinnie prześladowanych ofiar religijnego fanatyzmu, posługujemy się bądźto przekładem oryginalnego tekstu Voltaire’a, bądźto jego streszczeniem tylko, koniecznemi wyjaśnieniami uzupełnianem. Dla odróżnienia obu tych tekstów drukujemy je odmiennem pismem, własne opowiadanie, tudzież wyjaśnienia tłómacza odznaczając kursywą.


9. marca 1762 r. nec ante sed post Christum Natum mieczem sprawiedliwości i kata dokonany nad Janem Calasem w Tuluzie mord należy do zdarzeń osobliwych, przeto na uwagę potomności zasługujących.
Rychłą niepamięcią okrywamy zazwyczaj śmierć poległych w bitewnej potrzebie. Bowiem kto mieczem działa, od miecza też ginie i jest to wojny fatalność zwykła. Tam, gdzie krok w krok za śmiercią idzie wiktorya, głuchnie nasza litość i zdumienie.
Lecz gdy człowiek cichy a cnotliwy, mąż, ojciec, obywatel, który nie orężem, jeno niewinnością się zasłania, wydanym być może na łaskę błędu, prywaty i fanatyzmu, głos sumienia publicznego się zrywa i woła o zadośćuczynienie, prawdę, pomstę.
W dziwnej tej sprawie ważyły się zagadnienia religii, synobójstwa, samobójstwa. Należało wykazać, należało wiedzieć, zali być to mogło, ażeby ojciec i matka ku chwale Bożej zamordowali syna, brat zadusił brata, przyjaciel przyjaciela; czy winni byli sędziowie, co żadnej nie ponosząc ofiary, na śmierć męczeńską wydali niewinnego ojca, czy też zbłądzili, darując żywot matce, bratu, przyjacielowi?
Jan Calas, w przededniu procesu 68-letni starzec, przez lat trzydzieści był kupcem w Tuluzie. Cała rodzina wyznawała protestantyzm, prócz jednego z dzieci — Ludwika, który się na katolicyzm nawrócił i otrzymał od ojca skromną pensyę roczną.
Ustala się więc na początku stosunek wolny od zaciekłości, prosty, ludzki[1]. Zresztą w domu Calasów od lat trzydziestu żyje i mieszka stara służąca — katoliczka (Joanna Vignière), która wszystkie dzieci Calasów wypiastowała.
Najstarszy z synów Jana Calasa — Marek Antoniusz, literat, uchodził za „niespokojnego ducha“.
Młody ten człowiek, nie mogąc znaleźć dla siebie odpowiedniego stanowiska ani w handlu, do którego nie miał powołania, ani w adwokaturze, do której mu brakło świadectwa katolicyzmu, postanowił odebrać sobie życie i zwierzył się z swych zamiarów jednemu z przyjaciół[2]. Wreszcie któregoś dnia przegrawszy dość znaczną sumę w karty, wybrał miejsce i chwilę.
O tym właśnie czasy zjeżdża do Tuluzy z Bordeaux i obiaduje u Calasów przyjaciel rodziny i Marka Antoniusza, dziewiętnastoletni Gober Lavaisse, syn sławnego adwokata, młodzieniec znany z czystości obyczajów.
Zasiadają do stołu: ojciec, matka, M. Antoniusz, syn młodszy Piotr i — młody gość Gober Lavaisse.
Po obiedzie wszyscy przechodzą do obocznego salonu. M. Antoniusz opuszcza towarzystwo. Wkrótce odchodzi i Lavaisse, który dąży na wieś za Tuluzę, do rodziców. Odprowadza go z świecą w ręku Piotr Calas. Schodzą razem i na dole, obok sklepu widzą... M. Antoniusza wiszącego na drzwiach, w bieli...
Ubranie leżało na biurku, koszula była niezmięta, włosy gładko przyczesane. Żadnych śladów walki, gwałtu. Oczywistość samobójstwa była oczywistością słońca.
Opuszcza się tu wszystkie szczegóły, dostatecznie opracowane przez obrońców, ból i rozpacz rodziców, których krzyki słyszano w sąsiedztwie.
Lavaisse i Piotr Calas biegną po lekarzy i policyę. Tymczasem już tłumy otaczają dom Calasów. Ktoś urabia niedorzeczną plotkę, że Jan Calas zadusił swego syna. Inni głoszą, że M. Antoniusz miał nazajutrz wyrzec się schyzmy w kościele, że jest u protestantów w zwyczaju tych, którzyby się chcieli nawrócić, — zabijać i że młodego Calasa zadusiła rodzina przy pomocy Lavaisse’a, który umyślnie po to przybył z Bordeaux.
Dzieje się w Tuluzie, gdzie dziękowanu Bogu Panu za śmierć Henryka III. i gdzie lud przysięgał po kościołach, że uśmierci każdego, kto się oświadczy przy jednym z najświatlejszych króli — Henryku IV.
— Tuluza święciła dorocznemi procesyami i iluminacyą święciła dzień ów, dzień wymordowania przed dwoma stuleciami 4.000 heretyków.
Uporu ludności nie mogło złamać sześć urzędowych nakazów, wzbraniających tego święta.
Zwabiony głosem bożym, głosem gminu zjawia się na miejscu zbrodni sieur Dawid, capitoul Tuluzy, człek gorliwszy od gorliwych i przeprowadza wstępne śledztwo — wbrew i naprzekór wszystkim zwyczajom i ordonansom króla jegomości; z pogwałceniem prawa, rozumu — zwykłego rozsądku[3].
Ten nakazuje rodzinę Calasów, Lavaisse’a i służącą zakuć w kajdany i wtrącić do więzienia. Wnet wydano dekret urzędowy, błędny i fałszywy, jak cała procedura w tej sprawie.
Posunięto się jeszcze dalej:
M. Antoniusz zmarł w kalwińskim błędzie i grzechu, nadto był samobójcą, który nie mógł być pogrzebion w obrębie cmentarzy. Przeto... pochowany został w kościele św. Szczepana — w samym środku świątyni!
Stało się za sprawą bractwa penitentów, których Langwedocya posiada czworo: białe, błękitne, szare i czarne. Braciszkowie chadzają w długiej kapucy, o dwóch otworach na ślepia...
Z tych płaczków żałobnych — bractwo białe sprawia M. Antoniuszowi pogrzeb należny męczennikom. Nigdy kościół nie celebrował posępniejszej uroczystości. Nad wyniosłym katafalkiem umieszczono ruchomy szkielet, wyobrażający M. Antoniusza z palmą — w jednem, i z piórem, którem zmarły miał podpisać akt odwołania herezyi — w drugiem kościotrupiem ręku.
Pióro to podpisało wyrok śmierci na ojca.
Owoż brakło tylko jeszcze kanonizacyi... Istotnie, ludność już wlicza M. Antoniusza — między świętych. Przychodzą nad mogiłę — z modlitwą, z żądaniem cudów, a są już i tacy, co je słyszeli na własne słuchy. Mniszek quidam wyrywa świętemu kilka zębów, — relikwie stałe o wartości niezmiennej. Przygłucha dewota słyszy naraz dzwony. Kaplan paralityczny uleczon jest, po zażyciu środka na womity. Cudy te i podobne wytłoczono drukiem ku prześwietleniu wątpiących.
Do bractwa białośnieżnych penitentów należało kilku urzędników. Los Jana Calasa był od tej chwili rozstrzygnięty...
Ukazują się też inne znamiona, i zapowiedzi gniewu Pańskiego. Zbliża się owo doroczne święto dane na pamiątkę wygładzenia 4.000 braci schyzmatyków. Rok 1762 był rokiem jubileuszowym. Mówiono już na wszech rynkach, że szafot, na którym będą Calasów kołowali, ma być pierwszą widowiska ozdobą, numerem pierwszym programu. Opatrzność (gadano) upatrzyła sobie te ofiary, wybrała je z pośród tysiąca.
I to się działo w naszych czasach, tak gwałtownego postępu filozofii, gdy sto akademii — pisze sto rozpraw na temat poprawy obyczajów!
Tymczasem sędziowie parlamentu w liczbie trzynastu kraczą codziennie nad głowami niewinnych. Nie mają w ręku żadnych dowodów, ani jednej poszlaki, — śladu, cienia zbrodni.
Mimo to sześciu żąda skazania Jana Calasa, jego syna — Piotra i Lavaisse’a na śmierć przez katowanie, zaś matki — Calasowej — na stos. Siedmiu innych, oględniejszych, obstaje przy badaniu oskarżonych.
Znalazł się jednak w Tuluzie jeden mąż cnotliwy sędzia śmiały, bystry a niezależny. Był to p. de la Salle, radca parlamentu. On to pierwszy wskazał na pogwałcenie prawa, nicość wstępnego śledztwa. On też pierwszy potępił i niesłychany pośpiech, z jakim oddano hold samobójcy z oczywistym zamiarem narzucenia opinii gminu parlamentowi. Z bystrością, przynoszącą zaszczyt prawnikowi każdego czasu, w lot pochwycił de La Salle przyczynę sprawy, wykazał niedorzeczność oskarżenia. Zaś przedewszystkiem zażądał zbadania niektórych oskarżonych, jako świadków. Żądanie to dotyczyło głównie Lavaisse’a i służącej Joanny Vignière, stojących poza rodziną Calasów.
„Niema w całej sprawie (myślał de La Salle) tak silnej presumpcyi, która mogłaby podważyć zasadnicze domniemanie prawne, które zgodnie z działającem w Langwedocyi prawem rzymskiem i prawem naturalnem broni ojca rodziny od podejrzenia o dzieciobójstwo“...
... Uważając sprawę za przegraną, zniechęcony oporem dwunastu towarzyszy, de La Salle składa mandat sędziowski i odchodzi. Z chwilą tą traci Jan Calas jedynego swojego obrońcę.
Ustąpienie de La Sallea wywołuje nadto powrót innego sędziego La Bordea, który się przedtem był z sądu wycofał i wyjechał na wieś. Ten zaś reprezentuje w sądzie grupę głosów bezwzględnych[4]. Gdy przyszła kolej na głosowanie, referent, rozważając na początku winę Jana Calasa — ojca, żąda, ażeby Jan Calas był poddany torturom zwykłym i wyjątkowym (iżby wymienił spółwinnych zbrodni), następnie był łamany kołem, przez dwie godziny na kole leżał i wyglądał śmierci, wreszcie po śmierci spłonął na stosie.
Wniosek ten został uchwalony przez sześciu sędziów, trzech głosowało tylko za torturą, dwa głosy żądały dodatkowego śledztwa, jeden przemawiał za uwolnieniem Calasa od odpowiedzialności sądowej[5]. Po długich debatach większość przystała na dwojaką torturę i łamanie kołem.
Nieszczęśliwy ten ojciec, który nigdy nie podniósł ręki na żadne z dzieci, słaby, schorzały 68-letni starzec skazany został na wymyślne męki za to, iż... zadusił dwudziestoośmioletniego syna!
Wzięty na spytki, w katuszach, które złamałyby niejednego z młodszych, odpowiada z godnością i spokojem: „gdzie niema zbrodni, niema winnych“.
... W drodze z kaźni na egzekucyę nie opuszcza go ów dziwny, dostojny, niewinności przyrodzony majestat.
Widząc, jak stary obywatel Tuluzy wstępuje na wóz, którym kołowano włamywaczy i rabusiów, milczą posępnie widzowie, wzruszeni do najpłytszej głębi.
Czuwający nad wykonaniem wyroku komisarz odbiera od Jana Calasa ostatnie zeznanie. Zawiera wciąż jedną i tę samą prawdę: „nie było winy, nie było zbrodni“.
Dawa mu się teraz na drogi niebieskie dwóch księży benedyktynów-teologów, o.o. Bourges i Caldagues. Towarzyszą mu do ostatniej chwili. Nie mają dla niego potem dość pochwały. „Tak“ — mówią — „umierali niegdyś nasi męczennicy“. Nie przestaje i przed nimi głosić do ostatka niewinności swojej i spółoskarżonych.
... Pierwszy straszliwy cios zadany ręką kata wydziera z piersi starca krzyk słaby, zduszony, wstrzymany w piersi. Następne nie wywołują już ni jęku — ni skargi.
... Po torturach zwykłych i wyjątkowych położony na koło, gdzie przez dwie godziny miał „oddawać ducha“ — toczy jeszcze z mnichami nabożne dyskursy.
Mówi roztropnie, z przedziwną słodyczą. Znajduje w sobie dość jeszcze mocy, aby sędziom-katom swoim odpuścić grzechy. „Gdyż zostali wprowadzeni w błąd przez fałszywe świadki“.
„Jezus Chrystus, który był niewinnością wcieloną w sroższych jeszcze konał mękach... Żal mi żony, dzieci... Lecz ten obcy, młody człowiek, któremu chciałem wtedy wyświadczyć zwykłą grzeczność — syn p. Lavaisse’a — którego wmieszano w sprawę, powiększa jeszcze moje cierpienia“...
Gdy tak mówił, — sieur Dawid, z własnej woli obecny katuszom, nie był tu bowiem ani komisarzem, ani osobą urzędową, zbliżył się do konającego:
— Nędzniku! — krzyknął — patrz, oto stos, na którym za chwilę zmienisz się w popioły, wyznaj prawdę!
— Zamiast odpowiedzi, sieur Calas odwrócił zlekka głowę i w tej chwili wykonawca wyroku odebrał mu życie.

(Traité sur la Tolérance à l’occasion de la mort de Jean Calas).
∗                            ∗

Spodziewano się teraz, że skoro poniósł śmierć męczeńską ojciec, który, jak to rozumiało w Tuluzie każde dziecko, nie mógł contra naturam zabić dwudziestoośmioletniego syna — ten sam los dosięgnie więźniów pozostałych. Tak sądził Piotr Calas, tak samo Lavaisse, tak samo inni, mierzący sprawiedliwość na własną dobrą wiarę.
Bo gdy was kto posąd o czyn niepopełniony, hańbiący lub niebezpieczny, wnet przenosicie się w jego kraje żądając, aby były rządzone ślepo, z całą bezwzględnością błędu i całą za błędy odpowiedzialność. Chwiejność, połowiczność przeciwnika upoważnia w takich razach do posądzenia go o oszustwo, wyrachowanie kata.
Ale sąd parlamentu nie mógł się składać z samych tylko łotrów.
I dlatego spodziewali się śmierci.
Nie mogli sobie poprostu wyobrazić, że i nikczemność ulega prawom zawściągu, że sąd trzynastu, których większość była niewątpliwie ciemna, tchórzliwa, zależna od gminu, mając do wyboru uratowanie zasady albo własnej egzystencyi, rozumować zechce trzeźwiej, w każdym razie — samolubniej.
To jedno było pewne, ale już po sprawie, że męstwo Jana Calasa uratowało życie jego rodzinie i Lavaisse’owi. Dalsze wypadki i sposób wyrokowania parlamentu nie pozwalają wątpić, że całą sprawą od początku do końca kierowało duchowieństwo.
„Dominikanin o. Bourges wszedł do mojej celi i groził mi taką śmiercią (ojca), jeżeli herezyi nie odwołam, na co wobec Boga przysięgam. Przyznaję, że opanował mnie mroźny „lęk na myśl o tak okropnym końcu“ (Dekl. P. Calasa)“.
Podobnie postępuje sąd, wzywając Piotra Calasa i grożąc mu śmiercią, jeżeli nie wyzna prawdy.
Że parlament nie mógł wykonać swej groźby, to już nie stanowiło zasługi ani parlamentu, ani duchowieństwa.
Jedyna cena, za jaką można było się teraz, po zakatowaniu starego obywatela, utrzymać na powierzchni prawdopodobieństwa motywu, prawnopaństwowego interesu, — wymordowanie całej rodziny Calasów, a bodaj i Lavaisse’a — nie dała się teraz pomyśleć i była nie do przyjęcia — chyba w deliryi i paroksyzmach ostrego szału.
Położenie było bez wyjścia. Nie mógł parlament trwać przy starej konstrukcyi oskarżenia, nie mógł tworzyć i nowej. Na pierwsze brakło już odwagi, na drugie — materyału. Nie wyłamano kotem ani jednego faktu. Parlament poświęcił, wydał na rzeź Jana Calasa. Tak wyglądała sprawa i to jedno prawdziwe miała oblicze.
Wreszcie, gdy czas naglił, sąd, jak na torturze, z rozpaczliwej konieczności wydania jakiegoś wyroku, popełnia akty dzikie, nierozważne, pełne fałszu i trwogi.
Więc feruje na początku wyrok, uwalniający wszystkich oskarżonych.
Ale jeden z sędziów przypomina innym, że wszyscy oskarżeni, nie wyłączając straconego ojca, byli w godzinę śmierci M. Antoniusza nierozłączeni. To stwierdziło śledztwo. Są tedy albo wszyscy winni, albo wszyscy niewinni: Zaklęty krąg, nakreślony ręką Capitoula Dawida! Logiczna figura takiego wyroku w prostej linii podkreśla przedewszystkiem niewinność Jana Calasa. Sąd przyznaje się do zbrodni i bezrozumu.
Wtedy parlament postanawia wyrok drugi, mający wszakże to samo znaczenie. Więc zwalnia wdowę Calasa, Lavaisse’a, uniewinnia służącą Joannę Vignière, jako katoliczkę, wypuszcza na wolność wszystkich, prócz Piotra Calasa, którego skazuje na wygnanie.
Znalazła się po długiem szukaniu licha, niska furta i przez nią — a nie symbolicznie — przez jedną z bram Tuluzy idzie Piotr Calas na wygnanie.
Towarzyszy mu ksiądz missyonarz, nakazuje powrócić do miasta i odprowadza do klasztoru Benedyktynów.
„Przy furcie klasztornej czekał na mnie znowu o. Bourges. Zapewniał, że wyrok nie będzie wykonany, jeśli się nawrócę. Cztery miesiące byłem w klasztorze. Wreszcie uciekłem i dziś gotów jestem wrócić do celi więziennej, którą mi wskaże mój król, gotów jestem przelać krew swoją za świętą pamięć ojca i nieszczęśliwą matkę“.
Nie koniec na tem. Mnichy porywają dwie córki pani Calas, w procesie nie figurujące, nawet nieobecne w Tuluzie i zamykają je w klasztorze.
Dopełnia się miara. Dopisano książkę do ostatniej karty, słowa, punktu.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Walka dokoła procesu trwała trzy lata.
Z małego zakątka Szwajcaryi, pomiędzy górą Jura a Alpami, z cichej samotni, gdzie odwiedzają Voltairea książęta, dumniejsi od króli, generalicya, co wykształceńsze czasu lekkoduchy — wyszło pierwsze słowo.
Jeden sam, samowtór, z ostrą myślą powstaje człowiek, któremu nie służy żadna organizacya, ani stronnictwo, a przecież służą wszystkie ówczesne pany życia i śmierci.
Nie odrazu, nie konwulsyjnie bierze się do roboty. Ostrożnie na własną rękę prowadzi śledztwo prawdy. Pisze listy do Longwedocyi, Prowansalii, do znajomych komendantów prowincyi, do Paryża.
Pierwsi korespondenci dają mu do zrozumienia, że Calasowie są winni, że dosięgła ich sprawiedliwa kara. Wszyscy i sam Voltaire w pierwszym inkubacyjnym okresie zajęcia się sprawą, ulegają tej samej gromadzkiej suggestyi, polegającej na łatwej i wygodnej myśli o małem prawdopodobieństwie omyłki w czynach pierwszej wagi, czynach odpowiedzialnych, dokonanych przez reprezentatywną instytucyę parlamentu.
Ale Voltaire nie należy do ludzi, którzy się dają łatwo ująć, ani też łatwo zniechęcić. Duch przenikliwy, znający doskonale swój kraj, jego historyę, obyczaje, prawo i ludzi, po dokładnem rozpatrzeniu się w szczegółach procesu, bada Calasów, żąda od nich przysięgi, kilkakrotnych opowieści, dowodów, nabiera powoli, obcując z nimi bezpośrednio, zaciekawienia, sympatyi, pewności — i już entuzyazmu dla dobrej, wielkiej sprawy.
Wiązała się zresztą z dziełem całego jego życia. Była potwierdzeniem jego domysłów, wierzeń, dawała mu wysokie, twórcze zadowolenie.
Narodziła się wtedy nowa potęga: wartość literackiej sławy, idealna realizacya sławy, podnosząca urok każdego słowa i wysiłku.
Następuje po raz pierwszy wprzężenie tego czynnika do konstruktywnej społeczno-politycznej roboty.
Tak wspaniała siklawa przenosi siłę swoją na fabryczną martwotę koła.
Być może, ta imperatywna „świecka“ potencya sztuki, jako trybuna, jako medyatora i rozjemcy — jest najszlachetniejszym i najbardziej twórczym — jeżeli nie jedynym przywilejem talentu.
Być może, uratowanie niewolnych kilku ludzi od ucisku, od powszechnej gnuśności i nawały mikro-wrogów życia, być może taki oto jeden czyn, pewna naprawa śmiertelnej krzywdy i o tę naprawę stoczony z światem bój — dłuższem, górniejszem roznosi się po cmentarzyskach echem, niż skamieniałe, samolubne sławy muzeów.
Aktywnym, zdobywczym temperamentem, tak rzadką zwłaszcza dla artysty przemyślnością praktyczną, poruszył i uruchomił Voltaire niezliczoną armię ludzi, od których zależały losy sprawy, wyświetlenie prawdy, przywrócenie shańbionym, wypartym z wszelkich granic bytu Calasom dobrego imienia.
Z niezwykłą skromnością ukrywa się później za plecyma „szlachetnych, cnotliwych, pięknych i kochanych ludzi“, traktuje wielkie wysiłki czasu i pracy bezosobowo, nijako. „Uczynione należało uczynić“ — z trudem sprowadzono panią Calas z schroniska, gdzie już wyglądała śmierci, karmiąc się własnemi łzami“ — co znaczy: uczynił to Voltaire. Voltaire z trudem sprowadził panią Calas do Paryża, Voltaire poruszył niebo i ziemię, aby jej zwrócono córki, za jego radą, naleganiem chodziły trzy okryte żałobą rozszlochane kobiety po ministeryach, urzędach, trybunałach, on je skierował do gwiazd paryskiej adwokatury — Mariette’a, de Beaumonta, Loiseau, którzy wydają w sprawie obszerny, wyczerpujący memoryał, do których czarujący „uniżony sługa“ — mądry-przemądry pochlebca, wirtuoz, gdy trzeba, na jednej strunie bezmiernej ludzkiej próżności — pisze żarne wezwania i listy. To Voltaire stara się dla rodziny o środki pieniężne, dzienno-nocnie kowa w Ferney pioruny, redaguje memoryały, deklaracye, listy, broszury, gońce gniewu, żalu, wstydu, miłosierdzia, to znowu ciche, protokolarne, pancerne, jak jego Minerwa, proste, lotne, klasyczne, jak niedoścignione słowo wielkich pisarzy XVIII. wieku.
Krążą te pisma po całej Europie z rąk do rak, do rączek niewieścich, do ócz i serc łzawego ukochania, łatwiejszej jeszcze niepamięci, do serc bardzo próżnych, bardzo czułych i raz i na zawsze przezachwyconych wszystkiem, co pan Voltaire, intelektualnej mody jeden z imperatorów, napisze — i co prawodawczyni dobrego smaku, Francya, wraz z artykułami „ostatniego krzyku“ nadeśle.
„Biada prześladowcom“, kreśli własnoręcznie do Voltaire’a Katarzyna II. z powodu sprawy Sirvenów. Ty — śmiechu! Biada...
W. Fryderyk ofiarowuje Sirvenom gościnność w swoich krajach. Nadsyłali królewskie dary król szwedzki, król polski (na ręce pani de Geoffrin w Warszawie), landgraf heski, księżna Sachsen-Gotha, księżna Nassau-Saarbrück, ks. Darmstadt, margrafini Badeńska i t. d. i t. d. We Francyi pozyskuje dla sprawy Calasów i potem Sirvenów księżnę d’Enville, marszałka de Richelieu, księcia de Villars, którym przedstawił młodych Calasów, generala-margr. d’Argence, który trzy miesiące spędza u Voltaire’a i broni go publicznie od paszkwilów niejakiego Frérona, w „Année Litteraire“, gadzinowem piśmidle półurzędowych wrogów pana z Ferney.
Parantela zaledwie zaznaczona a niezbyt szeroka, aby Paryż-dwór, towarzystwo rządowe, zazdrośne o światową hegemonię kultury wytwórczości, dobrych obyczajów chciało i mogło ukręcić łeb obu niezmiernie przykrym, kłopotliwym sprawom Calasów i Sirvenów, jak o to teraz z wszystkich sił zabiegało duchowieństwo, jezuici i dostojnicy zakonów, parlament, Tuluza, a przez ich stosunki i część wyższej administracyi.
Zmobilizował Voltaire przyjaciół, ale też wrogów starych i nowych, tylko zawistnych i przekonaniowych, możnych i nieznacznych, działających naporem, cyfrą, plotką i potwarzą.
W Tuluzie odgrażają się panu Voltaire’owi bractwa, capitoule, kopnięci w samo serce serc. Odbiera od przyjaciół listy, zapowiadające spalenie pism, wydanych w obronie Calasów i Sirvenów.
„Pięknie“ odpisuje Voltaire „każdemu wolno palić książki, które mu się nie podobają“.
Wcześniej jeszcze na rozkaz parlamentu spłonęła na stosie jedyna publikacya obronna, jaka się ukazała podczas procesu. Zniszczono ją w oczach Jana Calasa w chwili, gdy go prowadzono na tortury.
Sprawa była doświadczalnem polem powszechnego nierządu, powszechnej samowoli i wyuzdania: tacy na starem rzymskiem prawie — capitoule, silniejsi od parlamentu, taki parlament silniejszy od rady stanu, przez rok cały opierający się jej rozkazom, księża, bractwa i zakony, silniejsze od państwa, instytucyi prawa pisanego, od zwyczaju, pasożytujące dowoli na karkach ludu — próbną wieszczą rewolucyę, jedną z wielu przed wielką 1789 r., wywołała sprawa Calasów.
Na tym niesłychanym ekscesie uczył Voltaire, mimowoli, jak na trupie, operacyi nad starym rozpustnym, oszalałym porządkiem.
Głębiej, niż to mogło piśmiennictwo, podejmujące zagadnienia dalsze, w niedostępniejszej dla wielu postaci, uderzył fakt na wezbraną dostatecznie świadomość gromady.
Nóż zatopiono po trzon. Dano czyn ohydny, nie znajdujący dla siebie żadnego usprawiedliwienia. Cała ulewa zdumień spadła na głowy nic nigdy nie wiedzących, zawsze niewiernych Tomaszów i zawsze głodnych cudu, cudu, objawień, widowiska, które można byłoby nakryć pięcioma palcami, pięcioma mackami, całą garścią.
A oto właśnie wypiekło życie taki cud żywej, świeżej jeszcze, niezastygłej męki, wolno było go oglądać, wierzyć, warzyć, pomniejszać i powiększać, jeno trudno go było zabić. Przesączyła się nienawistna posępna dusza odchodzących zbyt wyraźnie w formie bezpowrotnej, skończonej. Zdeptano ludzkie Wszystko. Samobójstwo, którem się brzydzi człowiek, przekłamali na męczeństwo, męczeństwo na zbrodnię. Shańbioną została świętość ogniska, powaga jej twórcy, opiekuna i ofiarnika, prawo matki, prawo młodości, prawo gościa.
Wyrok dał zarys niedołęstwa ludzi wołanych do przewodnictwa gromadzie. Przesadne, gburowate pasye prowincyi, która przespała historyę, omszone urządzenia, podobne do ciężkich zardzewiałych mieczy, podpadły pod klątwę śmiechu. Paryż ówczesny umiał nie gorzej od dzisiejszych bulwarów zabijać śmiechem, nicować napuszone autorytety i zapalać się do pięknej pozy i głośnej sprawy.
Kraje, tolerujące u siebie doma — barbarzyństwo o niemniejszym blasku, znajdowały przyjemny upust w wyzwalaniu liberalizmu na zewnątrz. Na Europę protestancką sprawa Calasa spadła jak ciepłe deszcze wiosenne. Proces głośny z początku — imieniem Voltaire’a — zajął publiczną uwagę swoją wybitną, wyjątkową szpetotą.
Zniewieściały duch czasu skory był do niewczesnej paljatywy, lokalnego leczenia peryferyi, do aktów „zdrowego rozsądku“...
Niemocny już zstąpić w piekła, być Herkulem najzawilszej kloaki, jaką dały wieki, mógł wszystko rozumieć w granicach umiarkowania, przyćmionych świateł, w kategoryi Przyjemnego i pod jednym warunkiem, ażeby nie sięgano podstaw lub ukazywano światy w perspektywie dalekiej, obojętnej.
Stąd, konieczności posłuszny, Voltaire pisze książkę o tolerancyi z powodu śmierci Jana Calasa, historyę ciemnoty, fanatyzmu i fałszywych legend od Kaina po czasy Ludwika XV.

∗                            ∗

7. marca 1763 r. w Wersalu zebrała się rada stanu przy udziale ministrów pod przewodnictwem kanclerza.
Referował sprawę p. de Crosne z rzeczową bezstronnością sędziego, wymową prostą, jasną, jedynie dopuszczalną w tak wysokiem zgromadzeniu.
Tłumy ludzi wszelkiej rangi i konduity obległy galeryę zamku, czekając na uchwałę rady.
Zawiadomiono wkrótce króla, że wszystkiemi głosami przeciw jednemu rada stanu zażądała od parlamentu Tuluzy przesłania aktów procesu i motywów wyroku, skazującego Jana Calasa na łamanie kołem i syna jego, Piotra, na wygnanie. — Jego kro mość uchwałę rady zatwierdzić raczył.
Ale od 7. marca 1763 r. do ostatniego wyroku przeszło jeszcze dwa lata.
Snadź łatwiej odebrać komu życie, niżeli przywrócić sprawiedliwość. Wolnoć było parlamentowi zlekceważyć formy proceduralne, — z tem pilniejszą surowością musiały być odbudowane przez radę stanu. Cały rok czasu nie wystarczał, aby zmusić parlament do posłuchu. Po raz wtóry p. de Crosne został upoważniony do wygotowania referatu. Zgromadzenie ośmdziesięciu sędziów zniosło wyrok parlamentu, nakazało rewizyę całego procesu i aż do wyroku uwięziło Calasów i Lavaisse’a.
Inne wielkie sprawy zepchnęły na pewien czas sprawę Calasów ze sceny. Wygnano jezuitów z Francyi. Prześladowcy zaznali losu prześladowanych[6].
Ale gdy król przekazał sprawę najwyższemu trybunałowi (Chambre de requêtes de l’hôtel) — publiczność, co z taką łatwością przechodzi od nowiny do nowiny, zapomniała o jezuitach i nawróciła się ku Calasom. Trudno było wybrać sąd, bardziej obeznany ze sprawą. Byli to przeważnie ci sami dygnitarze, którzy już po dwakroć sądzili preliminaria rewizyi. Trybunał rozważał akty parlamentu, będące podstawą procesu i wyroku. Pojawiły się w tym czasie dwa memoryały — p. de Beaumonta i Gobera Lavaisse’a. Młody ten człowiek stworzył prawdziwe dzieło sztuki. Przemawiał za całą rodzinę, przyjaciół, z którymi dzielił więzienie i kajdany. Mógł już być dawno wolny. Dość było jednego słowa, dość było powiedzieć, że u Calasów w dzień śmierci M. Antoniusza nie był. Groził mu parlament śmiercią, stawiał przed oczy tortury. Przeniósł niepewność dnia i godziny nad kłamstwo.
Co przedniejsze osoby z towarzystwa odwiedzały teraz w więzieniu panią Calas i dwie jej córki, które się dobrowolnie z nią zawarły w celi. Rozczulano się pono do szlochów. Nadszedł dzień zupełnego tryumfu. Po szczególnym referacie p. de Baquancourt trybunał ogłosił wyrok parlamentu w sprawie sądzonej oprawczo, z nadużyciem — za nieważny, oskarżonych uniewinnił i oczyścił pamięć Jana Calasa od wszelkiego zarzutu zbrodni. Oskarżonym przyznał trybunał prawo poszukiwania szkód i strat na sędziach parlamentu, winnych niesprawiedliwego wyroku — z własnej inicyatywy wyjednał u króla dla Calasów 36.000 liwrów — z tych 3.000 liwrów dla owej cnotliwej służącej, która nie przestawała głosić niewinności swoich chlebodawców.
Dzień ten był w Paryżu świętem powszechnej radości. Tłumy wyległy na place, spacery. Przybiegano zewsząd, aby uścisnąć ręce rodzinie, której odmierzono po latach sprawiedliwość. Publiczność oklaskiwała sędziów, przywoływała na ich głowy błogosławieństwo. Dzień zwycięstwa, 9. marca, był dniem stracenia Jana Calasa w r. 1762 i to podnosiło jeszcze rzewny nastrój ludności.

∗                            ∗

Bogi podziemne nie ustawały jednak w robocie.
W dwa lata potem poczęło się znowu kurzyć na pogorzeli. By uniemożliwić Voltaire’owi obronę Sirvenów, rozplemiono pogłoskę, że Joanna Vignière na łożu śmierci cofnęła wszystkie swoje zeznania i oskarżyła Calasów o morderstwo.
Szerzyły ten fakt w Langwedocyi bractwa penitentów, a w Paryżu w swoim „Roczniku literackim“ niesławny paszkwilant — Fréron.
29. marca 1767 r. radca królewski i komisarz przy Châtelet-Hugues — udaje się do pani Calas mieszkającej podówczas w Paryżu przy ul. Neuve niedaleko ul. Montmartre, w parafii św. Eustachego i spisuje z Joanny Vignière, leżącej w łóżku, dalej z chirurga Bottentuit starszego, który ją leczy na frakturę kości i jej spowiednika, Augustyna o. Ireneusza od św. Teresy — protokół po stokroć łamanej i sklejanej prawdy, dokument śmiechu nad śmiechy.





  1. Dalsze losy Ludwika Calasa sprawy Calasów nie dotyczą. Ważne są tylko dwa fakty ogłoszone podczas rewizyi procesu: list jego brata — Marka Antoniusza, w którym nazywa go odstępcą („nobre déserteur nous tracasse“) i akt, zgłoszony przez ojca Jana Calasa przed radcą parlamentu De la Notte, w którym ojciec nawrócenia synowskiego nie tylko nie potępia, zaś przeciwnie, sądzi, że ingerencya rodziców jest w sprawach wolności sumienia niedopuszczalna.
  2. Protestantom wzbraniało prawo zawodów lekarza, adwokata — nie mówiąc o urzędach państwowych. Jak wiadomo, jeszcze za czasów Ludwika XVI. nie mógł dla tej racyi minister Necker zasiadać w radzie królewskiej. Niektórzy wyznawali protestantyzm w skrytości, uchodząc formalnie za katolików. Stąd żądanie od aspirujących do adwokatury — bakalaureatów prawa — świadectwa katolicyzmu (cértificat de catholicité),
  3. Sieur Dawid de Beaudrigues, któremu Voltaire, podjąwszy wielki trud ku wyjaśnieniu sprawy i rehabilitacyi rodziny Calasów, nakreślił potem drogę do samobójstwa. Capitouls — (capitularii) — urzędnicy miejscy średniowiecza o rozległej kompetencyi policyjnej, śledczej i administracyjnej. Znała ich tylko Tuluza, a zniosła dopiero Rewolucya 1789 r. Po dziś dzień we Francyi zowie się Tuluza ironicznie „miastem capitoulów“.
  4. O tym samym czasie wykwita w Langwedocyi podobna sprawa. Rozbojnem prawem na propozycyę gospodyni księżej nakazuje biskup w Gastres zamknąć w klasztornym domu młodą dziewczynę, protestantkę, córkę Sirvenów. Doprowadzona biczowaniem do obłędu, rzuca się do studni. Powstaje identyczne oskarżenie całej rodziny o morderstwo. Dwie te sprawy oddziaływają na siebie jak dwie sąsiednie rany, zarażając się wzajem, naprzemian, tworzą nieskończone piekło przelotów od przyczyny do skutku. Sąd jakiegoś zapiecka, sąd wioski Mazametu powołuje się na parlament tuluzki i sprawę Calasów, parlament zgania Calasów na Sirvenów. Generalizuje się fałsz: protestanci uśmiercają swoje dzieci odpadające od herezyi do apost. rzym. katolickiego kościoła. Przeciw fałszywym legendom głoszonym urzędownie przez parlament, kościół genewski zanosi w Tuluzie uroczysty protest, zresztą nadaremnie.
    W mroźną noc, uciekając od losu Calasów, przechodzą Sirvenowie lodowe wirchy w kierunku Szwajcaryi. Wloką za sobą ciężarną konającą córkę. Rodzi w górach... Umiera potem w Szwajcaryi. Zapada w głuchej prowincyi in contumatio wyrok, skazujący rodziców na śmierć, córki na wygnanie. Sąd wykonywa wyrok in effigie i uchwala konfiskatę majątku zbiegłych. Sprawę podniósł i zwycięsko przeprowadził Voltaire. Miała ona za granicą nie mniejszy rozgłos od sprawy Calasów.
  5. W oryginale „mettre hors de cour“ — uwolnienie dla braku dowodów, odróżniane od „élargissement“, uniewinnienia dla braku winy. Nie tylko do moralnego faktu nierehabilitacyi i rehabilitacyi sprowadzały się te różnice. Pociągały one za sobą następstwa realne, w danym razie w sprawie Calasów przy rewizyi procesu względem wszystkich oskarżonych prócz uniewinnionej Joanny Vignière.
  6. Jednemu z wygnanych jezuitów udzielił Voltaire u siebie azylu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Grzegorz Glass.