<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Wdowa z placem
Podtytuł Obrazek z bruku
Wydawca Józef Zawadzki
Data wyd. 1899
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Ustała nareszcie szaruga, blade słońce listopadowe wychyliło się z po za chmur i rzucało blaski na ulice, na dachy, na mętne fale Wisły, na ogołocone z liści drzewa... Ruch był duży, pogoda wabiła ludzi na miasto, szli więc, aby się nacieszyć ostatnim uśmiechem jesieni.
Przez Zjazd, ku mostowi szło dwóch ludzi, jeden starszy i szpakowaty, drugi młody blondyn...
— Czemu ojciec tak śpieszy, — mówił ten ostatni; mamy jeszcze dość czasu.
— Zdaje ci się, kawał drogi... Z powrotem wsiądziemy w tramwaj, bo już nie będę miał siły... A zobaczyć trzeba...
— Żeby tak koniecznie... tego nie powiem...
— Naturalnie; tobie co innego w głowie, ale ja praktyk i doświadczony, kota w worku kupować nie lubię. Zobaczyć trzeba.
— Dobrze ludzie wiedzą, że jest.
— Dzieciaku. To nie dość, że jest, należy wiedzieć gdzie to jest, ile jest, jakie jest i co z tego może być? Główna rzecz, gdzie jest. Miasto ma przyszłość — rośnie, i rosnąć będzie, ale w którą stronę — w tem sęk. Kto przewidzi może grubo zarobić, kto nie przewidzi straci. Chciałbyś stracić?
— Ja już ojcu mówiłem...
— Ach, twoje mówienie! Nie wiele w niem mądrego, świta ci w głowie, mój chłopcze. Jak młokosowi, zwyczajnie... U ciebie przedewszystkiem jest na myśli ładne oczko, gładka buzia, piękny warkocz...
— Ma to swoje znaczenie i wartość.
— Zapewne; nie zaprzeczam — i ja niegdyś miałem takie zdanie, ale na ładnem oczku domu nie postawisz, żebyś nawet dwudziestu czterech najmądrzejszych budowniczych sprowadził. To tylko, między nami mówiąc, jest zawracanie głowy i próżna strata czasu. Żenić się chcesz, trudna rada, żeń się; na to jesteś mężczyzną, żeby cię taka przygoda spotkała; ale żeń się rozumnie, pomyśl, że to na całe życie, a przez całe życie wychodzi bardzo dużo pieniędzy i masa chleba!
Młody człowiek nie bardzo zważał na tę perorę, przyśpieszał kroku, tak, że starowina z trudnością za nim mógł dążyć, to też przystawał chwilami...
— Czekaj — mówił, zadyszałem się... odpocznę... Lecisz-bo jak waryat.
— Sam ojciec naglił o pośpiech.
— Pośpiech pośpiechowi nie równy. Co innego iść prędko, a co innego gonić się... Zkąd tobie u dyabła przyszedł do głowy ten projekt?
— Jaki projekt, ojcze.
— A no, ta wdowa... Gdzie ją znalazłeś? Co ci się w niej tak podobało?...
— Przyzna ojciec, że ładna i bardzo miła osoba...
— Ładna, ładna... Tylko ta ładność wam w głowie, ale świat się na tem nie kończy... Gdzież ty ją spotkałeś pierwszy raz, pytam...
— U ciotki Romanowej... przecież mówiłem ojcu...
— Kiedy ta kobieta wyleczy się z manii swatania?! Zamiast sklepu pilnować, igły i nici sprzedawać, ona o tem tylko myśli, żeby kogo z kim ożenić! Także zatrudnienie! I zdaje się jej, że to wielka sztuka. Ma się rozumieć, jak młodemu chłopcu pokazać ładną kobietę, a ładnej kobiecie młodego chłopca — to zapowiedzi mogą być z tego powodu... ale czy sens będzie, to inna historya — czy pożytek będzie, czy szczęście będzie — to wielkie pytanie!...
— Dla czego ojciec dziś tak strasznie marudzi? — zapytał młody człowiek.
— Ja nie marudzę bynajmniej, tylko mówię i ostrzegam, że w takim razie ostrożności nigdy za wiele nie jest... Naprzykład, powiadają: wdowa, bogata i posiada plac. Co do wdowieństwa nie kwestyonuję i nie zaprzeczam — jest wdowa; co do bogactwa — nie liczyłem jej pieniędzy, a co do placu, nie widziałem placu.
— To ojciec zobaczy.
— Właśnie po to idę. Męczę się, wyłamuję nogi po fatalnym bruku, aby sprawdzić...
— Ojciec się zmęczył... to prawda. Wstąpmy gdzie, odpocząć. Ja proszę.
— To mnie nie znasz, kochany synku... Pierwej trzeba zamiar spełnić — a później odpoczywać. Wracając, chętnie z zaproszenia skorzystam...
— Jak ojciec uważa, żeby tylko zmęczenie nie zaszkodziło, o to się obawiam.
— Nie takie ja kursa odbywam! Cóż ci się zdaje, żem już taki stary i niedołężny. Siedmdziesiąt lat skończę dopiero za trzy kwartały, a przecież żyją ludzie do stu i cieszą się przytomnością umysłu i zdrowiem...
— Daj Boże ojcu jak najdłużej... Z całego serca życzę.
— Dziękuję ci mój synu; wiem, że jesteś niezgorszy chłopak, tylko masz jeszcze pstro w głowie i z tem żenieniem się tak ci pilno...
— Mam dwadzieścia ośm lat... to już i czas.
— Zgoda, byleby nie po waryacku... przypomnij-no sobie, jak to było dwa lata temu z ową Emilką... Tak samo jak teraz; ładna, bogata, dom na Przyrynku... Wszystko ślicznie — dopóki ojciec się w to nie wdał i bogactwa nie sprawdził... Dom obdłużony nad wartość, a na wyprawę chcieli od żyda pożyczać...
— Jednak, ja jej żałuję; dobra była dziewczyna.
Stary niechętnie machnął ręką...
— Masz też czego! Takich ładnych, dobrych, a nic nie mających dziewczyn, znajdziesz w każdym domu tuzin... I cóż z tego?
Szli to prędzej, to wolniej, chwilowo przystawali dla odpoczynku, aż wreszcie znaleźli się u celu, na Nowej Pradze. Stary rozpytywał szczegółowo stróża domu przylegającego do placu; kiedy ten plac został nabyty, od kogo, ile za niego zapłacono?
Stróż trochę cięty, i snać gadatliwy z natury, zwłaszcza, gdy usłyszał, że za informacye dostanie na piwo, mówił:
— Wielmożny panie... Ten plac to jest pierwszy numer... precz przychodzą go oglądać różni panowie i żydzi; a najbardziej panowie, od czasu, jak nieboszczyka pochowali. Nie ma dnia, żeby kto nie był. Inszy, stateczny, jak naprzykład pan, to zaraz do mnie jak w dym, bo juści, kto może lepiej te kąty znać niźli ja?! Na sześć posesyi stróżem jestem, a i ten plac też pod mojem okiem, za co rubla na miesiąc pobieram... Więc, który stateczny pan przyjdzie — to zaraz do mnie, dopytuje — a ja, precz gadam prawdę, bo cóż mam gęby żałować, skoro godni ludzie pytają... A inszy znów, młodzik, to przyjdzie, obleci dokoła parkan, zajrzy przez szparę i ucieka... Myśli, że ja nie wiem, co on ma w głowie!
— Czy to przychodzą w chęci kupna?
— Jedni według kupna, a najbardziej żydzi — inni panowie może według ciekawości, może też według kupna, a one młodziki — to już napewno według wdowy. Taki plac łakoma rzecz, kilka domów można na nim postawić, a jakby kto funduszowy był, a miał za co, to mógłby kamienicę zbudować, choć na trzy piętra...
— O lokatorów tu zapewne nie ma kłopotu...
— Wielmożny panie, ledwie kartę wywiesić, to wnet przychodzą i choć gospodarz ciągnie — wynajmują. Czy to mało ludzi z kolei, z fabryk! Bóg wie zkąd, coraz więcej, jak gdyby z pod ziemi wyrastali... — i choć domy nowe ciągle przybywają, o pomieszkanie trudno. Ja nawet nie rozumiem, jakim sposobem to jest...
Młody człowiek słuchał tej relacyi dość obojętnie i rozglądał się dokoła, ojciec jego zaś zmierzył plac krokami wzdłuż i wszerz i zanotował wymiary... w książeczce kieszonkowej, ołówkiem.
— Wielmożny pan ma chęć kupić? — pytał stróż.
— Tak, jeżeli nie bardzo drogo.
— Drożą się panie... o drożą! Żeby nie to, mój gospodarz byłby już dawno kupił; jemu po sąsiedzku dobrze wypada, zarazby się do budowania wziął, ale ogromnie drogo żądają.
— Zobaczymy...
— Życzę wielmożnemu panu kupić... a gdyby tak się stało, to niech wielmożny pan pamięta, że ja się nazywam Mateusz Robak i że lepszego, wierniejszego i trzeźwiejszego stróża, na całej Pradze, Nowej Pradze, Szmulowiźnie i Pelcowiźnie nie znajdzie...
— Cóż ojcze, — zapytał młody człowiek, gdy wracali, jakże ojciec uważa?...
— A no, rzeczywiście, ta twoja wdowa, może być wcale niczego... Nie spodziewałem się po Romanowej, żeby tak, niby rozsądnie... Chociaż ja, uważasz, ja jeszcze stanowczego zdania nie wypowiadam... Należy zbadać tytuł własności, długi...
— Badać nie ma co, bo rzecz wiadoma. Plac kupiony i zapisany na jej imię. Nieboszczyk sam tego żądał, jak słyszałem od wiarogodnych ludzi.
— Sam żądał? Dla czegóżby znów? Jaki mógłby być powód takiego głupiego żądania... bo inaczej tego nazwać nie mogę.
— Bardzo prosty, kochał ją, a że był przewidujący i wiedział, jak życie ludzkie jest kruche, więc chciał tym sposobem, na wypadek swej śmierci zabezpieczyć żonę od pretensyi ze strony jego rodziny.
— Romanse!
— Ale tak rzeczywiście jest, zapewniano mnie o tem.
— Aha! Młody wróbel odrazu daje się brać na plewy, ale ze starym trudniejsza sprawa; jest ostrożny i niedowierza... Kochał żonę!
— Nie wierzy ojciec?
— Mój drogi, kochać jest co innego, a kupować na imię żony znowuż co innego. Pierwsze to zwyczajne głupstwo, romans, a drugie... to symulacya. Długi miał zapewne i chciał majątek przed wierzycielami ukryć. Oto prawdziwa przyczyna.
— Zaręczam, że grosza nikomu nie był winien...
— Zkąd możesz wiedzieć?! Eh, ja zawsze mówię, że Romanowa pstro ma w głowie... Zresztą przekonamy się, mam ja swoje sposoby, zbadam, spenetruję, przewącham. Dopóki tego nie uczynię, nie waż się na krok stanowczy; po waryacku działać nie można.
— Ale bywać u niej, widywać ją mogę?
— To inna rzecz; bywaj, nadskakuj, pilnuj się, żeby cię kto nie ubiegł...
Młody człowiek roześmiał się...
— Ojciec-bo zawsze chce udawać Bismarka, rzekł.
— Każdy człowiek, w zakresie swoich interesów, choćby najdrobniejszych, powinien być Bismarkiem. Koniecznie, jeżeli nie chce, żeby go inni w kaszy zjedli. Gdy ci włosy posiwieją, zrozumiesz to doskonale, dziś szkoda czasu, aby cię przekonywać... Tak to zazwyczaj bywa, mój synku...
— Ojciec dziś okrutnie zrzędzi, — rzekł młody człowiek...
— Spodziewam się; dla tego, że tobie podobała się wdówka, to ja muszę męczyć się, chodzić, place oglądać, lustrować hypotekę i dowiadywać się od ludzi...
— A któż ojcu każe? Obeszłoby się bez tego...
— Dla twego dobra, młodziku... tak, dla twego dobra.
— Dziękuję ojcu bardzo i proszę spocznijmy; ojciec się zmęczył. Zdaje się, że tu jest jakaś znośna traktyernia. Niech ojciec pozwoli.
Weszli do restauracyi i powitano ich głośnym okrzykiem.
— A pan Antoni i z synem! Proszę!
— A cóż tu robicie?
— A no, interes... Chodziliśmy oglądać...
— Place?
— Zkądże znów?! Ktoby w dzisiejszych biednych czasach miał kapitały na place?! Mówiono nam, że trafia się okazyjnie partya suchych desek do sprzedania, ale próżna fatyga, bo już ktoś kupił...
— Proszę! No, ma się rozumieć, na suche deski amatorów nie brak, a jeżeli tanio...
— Podobno bardzo tanio. Szkoda! A panów co przypędziło w te strony?
— A różne potrzeby...
— Place?
— Ale co znowuż... Ja pieniędzy szukałem; jest tu jakiś jegomość, ogłaszał, że szuka lokacyi... ale już nie ma... Także zaraz schwycili.
— Uważam, że w ogóle interesa ożywiły się teraz, — odezwał się milczący dotąd jegomość. — Od czasu pogrzebu nieboszczyka Jana wszyscy jesteśmy w ciągłym ruchu... Wszak prawda, ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie.
Starowina, którego nazywano panem Antonim, spojrzał z pod oka.
— Przecież, — rzekł, — i przed jego śmiercią, nie próżnowaliśmy; każdy z nas miał swoje zajęcie i interesa, za którymi chodzić musiał; zkądże-by więc teraz nagle miało nastać takie ożywienie niepraktykowane. Chcesz pan być złośliwym chyba...
— Chowaj Boże; wcale nie, — tylko tak mi się zdawało, że w większym ruchu jesteśmy.. Powiedziałem wyraźnie, jesteśmy, to znaczy, że wszyscy znajomi, więc niejeden, ani nie ktoś... Do nikogo specyalnie nie piłem, a jeżeli komu się co zdaje, to nie moja wina. Ja sam do niczego się nie poczuwam i wolno każdemu myśleć, co mu się podoba.
Nastała chwila milczenia; całe bowiem towarzystwo przypadkowo w traktyerni zebrane, a złożone z pięciu ludzi, miało na widoku jeden cel, mianowicie ów plac należący do wdowy. Nikt się jednak do tego przyznać nie chciał i każdy bytność swą w tem miejscu, chociaż nie pytany, starał się w jakikolwiek sposób upozorować. Panu Antoniemu potrzebne były deski, pan Józef poszukiwał kapitalisty, pan Marcin miał się dowiedzieć o jakichś podobno bajecznie tanich meblach na sprzedaż, panu Feliksowi zaś potrzebna była koniecznie żydówka, posiadająca moc i sztukę leczenia wszelkich chorób i dolegliwości ludzkich.
— Znaleźć jej nie mogę, — mówił, — a potrzebna mi jest jak zbawienie.
— A cóż panu dolega? Wyglądasz doskonale.
— Prawda, ale ciotka mojej żony ma żółtaczkę; doktorzy leczą ją od kilku tygodni bezskutecznie i pieniądze biorą, lekarstwa przepisują drogie, kobieta już wytrzymać nie może.
— Któraż to? — zapytał ze złośliwym uśmiechem pan Antoni.
— No, powiadam przecież... żydówka...
— Ale która z pańskich ciotek, boć znam całą waszą familię doskonale... Czy Majerowa, czy Kwiatkowska, czy Stękalska... Masz tylko trzy ciotki, panie Feliksie?
— Właśnie, że mam i czwartą, której pan nie znasz; mieszka na prowincyi w Sompolnie...
— No, proszę.
— I ona to właśnie zachorowała. Biedna, nieszczęśliwa kobieta, dostała żółtaczki. Okropność! wygląda jak cytryna. Leczyli ją doktorzy na prowincyi i nic nie pomogli, więc kobiecisko do Warszawy jak w dym, ale i tu nie lepiej. Pieniądze biorą, a baba jak była żółta, tak jest; jak stękała, tak stęka i prawdziwy cud — że do tej pory dusza się w niej kołacze. Byłem pewny, że będę musiał tę niewiastę pochować, ale na szczęście, jedna nasza znajoma z Leszna powiedziała nam, że na Pradze mieszka jakaś żydówka, która leczy skuteczniej aniżeli wszyscy doktorzy razem.
— Co to za jedna?
— Żydówka najzwyczajniejsza na świecie. Jej mąż podobno jest krawcem, a ona ma sklepik — i przytem pomaga ludziom swemi lekarstwami.
— Jakże się nazywa ta cudowna lekarka? — zapytał pan Antoni.
— Zapomniałem na śmierć... Zdaje mi się, że Ryfka, czy Ruchla, czy może nawet Sura, ale to wszystko jedno, bo podobno cała Praga ją zna. Jest, jak mówiła ta pani z Leszna, nie dużego wzrostu, dość gruba w sobie, dość pełna na twarzy, ma na głowie perukę z żółtemi wstążkami i zażywa tabakę. Szczegółowo mi opisano tę lekarkę. Tysiące osób zdrowie odzyskało dzięki tej żydówce, a kuracya u niej nie droga...
— Naprzykład?
— Bierze ogółem od każdego chorego po pięć rubli, a lekarstwa sprzedaje po cenie piwa bawarskiego...
— Na butelki?
— Albo na butelki, albo na antałki — stosownie do rodzaju choroby — i zdaje się, że główną częścią składową tych lekarstw jest piwo, ma się rozumieć, oprócz różnych ziół, soli i czegoś tam jeszcze.
— A wiecie co, — zawołał pan Józef, że ta żydówica dobrze trafiła, skoro na żółtaczkę piwo daje.
— Dla czego?
— W żółtaczce człowiek ma twarz żółtą, od piwa zaś nos czerwienieje, więc, czerwoność spędzi żółtość — i już.
— Bardzo być może. Wiadomo, panie, doktorzy niby to mądrzy, uczą się, nieboszczyków krają; aptekarze znów szkaradzieństwa smażą i gotują — a to najczęściej psu na budę się nie zda. Tymczasem człowiekowi prostemu coś w głowie zaświta i odraził trafi! Ja znałem na wsi owczarza, to karetami do niego się zjeżdżali, taki majster był! Raz go doktorzy wsadzili do kozy; trzy kwartały siedział, ale gdy wyszedł ztamtąd, to jeszcze lepszą praktykę miał niż przedtem.
— Bywają tacy. Ja też słyszałem o jednej babie. Prosta baba wiejska, ani czytać nie umiała, ani pisać, a do leczenia taka, że... no... cuda robiła. Opowiem wam panowie bardzo ciekawą historyę o tej kobiecie, jeżeli zechcecie posłuchać.
— Owszem, słuchamy...
— Nie mamy też na teraz nic lepszego do roboty.
— To było dawno, może dwadzieścia, albo dwadzieścia kilka lat temu... Jedna pani, tu w Warszawie, obywatelka porządna, miała swój własny dom na Walicowie, z podwórzem, z placem, a podobno i pieniądze... Pamiętam ją doskonale, tęga kobieta, okazała, no, jednem słowem, gmach! Naraz zaczęła chudnąć, ot tak sobie, ni z tego ni z owego, bez żadnej przyczyny... Mąż niezmiernie się zmartwił, zakłopotał...
Tu opowiadanie przerwało się naraz.
We drzwiach bawaryi ukazał się nagle pan Leon i ujrzawszy zgromadzonych zaczął się na cały głos śmiać.
— Winszuję panom — zawołał, winszuję!
— Czego u dyabła! — krzyknął pan Antoni.
— Żeście się zgromadzili w takiej kompanii, zgodnie, porządnie, razem; jak gdyby szło o zawarcie jakiej bardzo korzystnej spółki.
— A co komu do tego, pocośmy się tu zeszli... Przypadek tak zdarzył i dość. Nie cud przecie, że się ludzie w mieście spotykają.
— Powiedzcie to komu innemu ale nie mnie. Wiem ja dobrze, co was tu przypędziło.
— Skoro wiesz, to wiedz...
— Ale to się wszystko na nic nie zda, — ciągnął dalej z szyderczym uśmiechem, — szkoda waszej fatygi, szkoda butów!
— Dla czego?
— Plac nic nie wart — i wdowa nic nie warta.
Słowa te wywarły wrażenie. Wszyscy naraz umilkli i spoglądali jedni na drugich pytającym wzrokiem. Pierwszy przerwał milczenie pan Antoni.
— A cóż nas, — rzekł, — specyalnie zaś co mnie obchodzić może wartość wdowy i jej placu?
— Nie przychodzi się na Pragę bez przyczyny, — odrzekł pan Leon, do spacerowania jest Saski ogród, lub na dalszą metę Łazienki, tu zaś przypędza ludzi interes... przyczyna. Zapewne nikt temu nie zaprzeczy.
— Bez kwestyi — ale przyczyna nie koniecznie musi być wdową, a nie każdy interes dotyczy placu...
— Więc ona panów nic nie obchodzi, wszystko wam to jedno, czy majątek jest wart tysiące, czy kilka groszy? Takeście zobojętnieli, — mówił z ironicznym uśmiechem pan Leon. Szczególna rzecz, dalibóg! Niedawno przecież był pogrzeb, a co tam mówiono o przyjaźni, o życzliwości, o opiece, tegoby na wołowej skórze nie spisał. Gdyby do ściany kto tyle nagadał co my do tej kobiety, toby chyba ściana się zawaliła!
— Przepraszam cię, mój Leonie, — odezwał się pan Feliks, najpierw nie wy tylko my — bo i ty przemawiałeś, więcej niż my wszyscy razem. To pierwsza rzecz, — a druga: my i dziś jesteśmy dla tej osoby życzliwi i gdyby czego potrzebowała, liczyć na nas może, jako na przyjaciół swego nieboszczyka męża.
— Prawda! prawda! — odezwało się kilka głosów, może na nas liczyć jak na swoich, na bliźnich, na przyjaciół.
— Proszę, — odezwał się drwiąco pan Leon, ciekawym jak i w czem?
— We wszystkiem, — wtrącił pan Antoni — ale, kochany panie Leonie, ja nie pojmuję o co ci chodzi i dla czego jesteś taki wzburzony. Możnaby myśleć, że spotkało cię jakie nieszczęście, żeś majątek stracił, że ci ktoś najbliższy umarł.
— I jeszcze co? Wymyśl pan więcej.
— No nic, tylko mówi się, tak sobie dla przykładu, dla wyrażenia jakim nam się wydajesz.
— Dyabli komu do tego...
— A przepraszam. Swoi tu jesteśmy, dobrzy znajomi, przyjaciele. Siadaj-no tu, przy nas, w towarzystwie, otwórz przed nami serce, powiedz, cóż się stało, że wpadłeś tu jak bomba nabita strasznemi wieściami...
— Co miało się stać? — odrzekł spokojniej nieco pan Leon i zajął miejsce przy stole. Przedewszystkiem każę sobie piwa podać, bo w gardle mi zaschło; życie jest marne, obrachowawszy dobrze wszystkie jego plusy i minusy, przekonywa się człowiek, że wszystko razem niucha tabaki nie warto.
— No, no... Cóż tak czarno zapatrujesz się, kochany panie Leonie.
— Bo czarno jak w kominie. Gdzie się obrócisz, czego się dotkniesz, wszędzie źle... Choćby naprzykład z owym placem i z wdową. Zdawało się, że jest coś, a tymczasem nie ma nic.
— Jakże, przecież plac jest, nikt go nic ukradł.
— A no jest, ale nie ma żadnej wartości.
— Gadanie.. Plac nie ma wartości!
— Zaraz was przekonam.
— Bardzo prosimy, — rzekł pan Antoni, chociaż osobiście nie wiele nas ten kram obchodzi, ale ze względu na wdowę, dobrze wiedzieć. Można jej coś poradzić, jaką pomoc dać, żeby biedactwo nie zginęło.
— Naturalnie! Prosimy więc, prosimy, — odezwało się kilka głosów. Pan Leon na razie nic nie odrzekł, wychylił kufel piwa, pogładził czuprynę i dopiero po chwili namysłu — powiedział.
— Kiedy nieboszczyk plac ten kupił, wszyscy nachwalić się nie mogli jego pomysłowości. Nos, nos, mówili, ma, genialny człowiek! Taki słyszy, jak trawa rośnie. Rozumie on, że nie dziś, to jutro, nie jutro to za parę miesięcy, czy wreszcie za parę lat, ta dzielnica będzie przyłączona do miasta. Zaprowadzą bruki, kanalizacyę, wodociągi — krótko mówiąc, na tym piasku i wydmach będzie Warszawa, taka sobie dobra, jak na Nowym Świecie, lub na Marszałkowskiej ulicy.
— Ano, mówili tak.
— Nietylko mówili, ale i pisali, na własne oczy w Kuryerze czytałem.
— Oczywista rzecz, — odezwał się pan Leon, że w takich warunkach plac pyszna rzecz! Warszawskie porządki, warszawska kamienica, warszawskie komorne. Oczywiście stawia się chałupę na trzy piętra, albo na cztery.
— A za co? — zapytał pan Antoni.
— O to, panie, najmniejszy kłopot, przedsiębiorców nie brak, postawią za swoje, a potem odbiorą sobie z komornego. Można też wziąć pożyczkę z towarzystwa kredytowego; można znaleźć, słowem, tysiąc sposobów postawienia domu, byle było go na czem postawić. Gdy więc nieboszczyk kupił plac, okrzyknięto go za geniusza...
— Zapewne, zapewne — myśl była niezgorsza.
— I umieszczenie kapitału lepsze, niż na pierwszym numerze hypoteki, dorzucił pan Feliks.
— Ależ naturalnie. Wprawdzie na razie kapitał procentów nie daje, lecz po niejakim czasie zapłacić je może z lichwą.
— I ja tak myślałem — rzekł pan Leon i jeżeli mam prawdę powiedzieć, zazdrościłem nieboszczykowi, że się tak dobrej rzeczy domyślił — ale dziś wcale już nie zazdroszczę.
— Dla czego?
— To terytoryum nigdy do Warszawy przyłączonem nie będzie...
— No, no.
— Ani za dziesięć, ani za sto, ani za tysiąc lat.
— Eh, zkąd pan możesz wiedzieć co będzie za sto lat?
— Wiem z najpewniejszego źródła, mówił mi jeden z magistratu, a taki przecież wie dobrze.
— Z magistratu? Dowiadywałeś się pan umyślnie?
— Ale zkąd! przypadkowo. Zgadało się przy kufelku. Zkąd przypuszczenie, że umyślnie? Przecież ten plac mój nie jest; ani mnie ta rzecz grzeje ani ziębi. Przy rozmowie o tem, o owem, zeszło i na to — i tym sposobem dowiedziałem się, że nasza wdówka nie ma nic...
— Proszę.
— Naturalnie że nic, bo oprócz tego placu nic nie zostało, a skoro plac nie ma wartości.
— Przepraszam — odezwał się pan Feliks, ja słyszałem o kapitale i to dość poważnym.
— Nieprawda — zawołał pan Leon. Kapitałów żadnych nie ma; co było, poszło na kupno placu. Ja tę rzecz spenetrowałem dobrze.
— Także przypadkowo zapewne — wtrącił ze złośliwym uśmiechem pan Antoni.
— Ma się rozumieć, że nie umyślnie, — odrzekł pan Leon.
— Szczególniejsze szczęście do przypadków.
— Może sobie każdy tłómaczyć jak mu się podoba; dość, że ja takie przypadki miałem — i co wiem, to wiem na pewno. Dzielę się z wami tem jak z przyjaciołmi, bo ostatecznie, osobiście, cóż mi tam! Wszystko jedno...
— Przyznaj jednak, że miałeś zamiary.
— Ja?
— A tak.
— Jakie? na tę wdowę?
— To było wyraźne.
— Jest też za czem kark kręcić?
— To rzecz gustu, moi panowie. Przedewszystkiem wdowa.
— No to co?
— Kłaniam uniżenie! Wolę pannę, choćby była brzydsza, i biedniejsza. Wdowa wspominać będzie nieboszczyka przy śniadaniu, obiedzie i kolacyi. Porównywać, i, naturalnie, zawsze nieboszczyk będzie lepszy niż żyjący, choćby dla tego, że go już nie ma...
— E, gadanie, panie Leonie, kobieta ładna, co się zowie.
— Nie tak bardzo.
— Młoda.
— Ma lat... no, nic chcę rachować. Wszystko jedno...
— Dobra.
— Phi, żeby nieboszczyk wstał z grobu, mógłby coś o tej dobroci powiedzieć. Wszystkie one dobre zdaleka...
— Nie biedna...
— Aha! przy tym placu, który dziś nie wart nic, będzie mogła wzbogacać się szydełkiem, albo włóczkową robotą. Ale co mnie do tego: Kto chce szczęścia szukać, niech szuka, ja nie przeszkadzam... ja nie szukam, lepiej pomówmy oto o czem innem.
Rozmowa zwróciła się na inne tory.
Kiedy wracano do domu, pan Antoni z synem szedł na samym końcu..
— Wiesz ty co, — szepnął do syna.
— A co ojcze? — zapytał młody człowiek.
— Kochany Leoś kłamie.
— Pod jakim względem?
— Plac wart więcej niż kiedykolwiek, wdowa ładniejsza jest niż była — i ty tam jutro idź i pilnuj.
— Ojcze!
— Słuchaj rady doświadczonego człowieka. Leon zanadto się zapalał w swojem opowiadaniu. To była robota sztuczna — ja to czuje przez skórę.
— Jakto?
— Ano, widzisz, taki manewr, żeby odwrócić naszę uwagę, żeby nas zniechęcić i zbić z drogi. Rozumiesz?
— Nie bardzo.
— A ja, widzisz, rozumiem, bo czytuję «Kuryera» i znam się na polityce.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.