<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Ciotunia
Rozdział Akt III
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom V
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom V
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
AKT III.


SCENA I.
Szambelan (zacierając ręce).

Spadł ciężki kamień z serca — w nowem przeszedł życie,
Wyjawiłem Alinie com piastował skrycie. —
Bo tę rzecz mądrze w każdym rozważyłem względzie:
Jeżeli pójdzie za mnie? — bronić męża będzie —
Jeżeli zaś odmówi? pchnie serce boleśnie,
Lecz ja z między drzwi palec umknąłem już wcześnie.
Rzuciłem się więc do nóg — jęknęła podłoga:
Podnieś mnie jak kochanka, lub zabij jak wroga...
(nawiasem) Zabij — sposób mówienia — nigdy nie sprawdzony —
„Co robisz Szambelanie? — czy jesteś szalony?“
Odskoczywszy zdziwiona dwakroć zawołała;
Lecz w tém słowie: szalony — tak luby głos miała,
Tak coś... coś... coś miłego, w tak czułym sposobie,
Że się wszystkie uczucia zdało mieścić w sobie.
Nareszcie gdym ją naglił by los mój wyrzekła,
Z uśmiechem archanielskim — wstała — i uciekła.





SCENA II.
Szambelan, Małgorzata.
Szambelan (na stronie).

Zejście najmniej potrzebne!

Małgorzata (na stronie).

Niewczesne spotkanie!

Szambelan (na stronie).

Nudzi mnie trochę babka.

Małgorzata (na stronie).

Biedny Szambelanie!

Szambelan (na stronie).

Nie wiem jak jej powiedzieć, a koniecznie trzeba.

Małgorzata (na stronie).

Dajcież mu moc zniesienia, najłaskawsze nieba,
Razu, który przeszyje serce nader tkliwe!

Szambelan (na stronie).

Chciałbym z duszy oszczędzać jej czucie zbyt żywe,
Lecz jak Edmund odjedzie, cóż wtedy z nią pocznę?

Małgorzata (na stronie).

Jednak wyroki losu niezmienne, niezwłoczne;
Gdy paść musi koniecznie, niech pada w tej dobie
Winnam to Edmundowi, winnam sama sobie.

(Idą ku sobie — stają — Szambelan zbliża tabakierkę — Małgorzata bierze patrząc oko w oko — długie milczenie)
Małgorzata (odwracając się — na stronie).

Nie mogę.

Szambelan (odwracając się — na stronie).

Nie mam serca.

Małgorzata (na stronie).

Potrzeba.

Szambelan (na stronie).

Wypada.

Małgorzata.

Panie....

Szambelan (razem).

Pani.

Małgorzata.

Zdarzenia....

Szambelan.

Okoliczność.

Małgorzata.

Rada,
Rada starszych odemnie.... (na stronie)
Zabiję szkaradnie!

Szambelan.

Wszystko zmianom podlega.... (na stronie)
Ona trupem padnie!

Małgorzata (dobywając flaszeczkę).

Mój Szambelanie.... siadaj.... (sadza go gwałtem)
Okryj serce zbroją.
Małgorzata — już teraz — nie może być twoją....
Larendogra.... weź, wąchaj!

(przytrzymuje mu głowę jedną, a drugą ręką pcha pod nos flaszeczkę)

Wąchaj Szambelanie!

Mówiłam! powiedziałam! szalone kochanie!
Wąchaj, wąchaj!

Szambelan (wstając).

Nie trzeba.

Małgorzata.

Wąchaj!

Szambelan (odsuwając flaszeczkę).

Ależ proszę....

Małgorzata.

Przyszedłeś już do siebie?

Szambelan.

Przychodzę po troszę,
Lecz tylko z zadziwienia. — Bez żalu i smutku;
Wiedziałem, że nasz związek nie przyjdzie do skutku,
I właśnie tobie, pani, niosłem oświadczenie.

Małgorzata (zdziwiona).

Co? bez żalu i smutku?

Szambelan (sens kończąc).

Wracam przyrzeczenie.

Małgorzata.

Lecz cóż ci taką stratę nagrodzi w tym świecie?

Szambelan.

Ręka pięknej Aliny.

Małgorzata.

Otrzymałeś przecie?

Szambelan.

Mam nadzieję otrzymać.

Małgorzata.

Mnie złóż za to dzięki —
Ja, ja ją nakłoniłam — tyś godzien jej ręki.

Szambelan.

Moje zdziwienie wzrasta.

Małgorzata.

Z jakiejże przyczyny?

Szambelan.

Że twej zazdrości szczęście nie wzbudza Aliny.

Małgorzata.

O, jeśli będzie zazdrość, pewnie nie z mej strony:
Ja w objęciu Edmunda dostąpię korony.

Szambelan.

Edmunda? (na stronie) Czy szaleje! (głośno)
Wątpić się ośmielę.

Małgorzata.

Bądź tak pewny Aliny — a razem wesele.

Szambelan.

Tu się w tém coś ukrywa.

Małgorzata.

Mów raczej: odkrywa,
Miłość skryta Edmunda, a twoja fałszywa.
Takżeśto był powinien przyjąć odmówienie,
Tej którą lat szesnaście kochałeś szalenie?
Myślałam ja Aliny oddać tobie rękę,
Ale myślałam razem, ze twą srogą mękę
Żal, smutek, rozpacz, wściekłość ledwie lat trzy zmieni,
Że będziesz jak bóbr płakał, wił jak wąż w jesieni;

A ty, płocha potworo w Szambelana szacie,
Dajesz chętnie Alinie, coś dał Małgorzacie!

Szambelan.

Zastanów się, nadobna, boża Małgorzato,
że nim to przewiniłem, ty karałaś za to;
że jeśli wierną miłość przysięgałem tobie,
Ty niemniej szczodrą byłaś w podobnym sposobie.
A teraz zamiast spazmów, przynajmniej dwóch mdłości,
Cóż robisz? — Gardzisz dawną, nowej chcesz miłości.

Małgorzata.

Skończmy.

Szambelan.

Skończmy.

Małgorzata.

Stało się.

Szambelan.

I dobrze się stało.

Małgorzata.

Dobrze? — Zatém pokażę, jak to cenię mało:

(dobywając z torbeczki)

Oto Waćpana igły dane na pamiątkę.

Szambelan (dobywając z kieszeni).

Proszę także odebrać najprzód tę pieczątkę,
Gdzie dwa serca przeszyte płomieniem goreją.

Małgorzata.

Oto jest srebrny sygnet z wiarą i nadzieją.

Szambelan.

To kiurdan.

Małgorzata.

Okulary.

Szambelan.

A to tabakierka.

Małgorzata.

To listek aloesu.

Szambelan.

Kawałek cukierka.

Małgorzata.

Tasiemeczka.

Szambelan.

Guziczek.

Małgorzata.

Siarniczki.

Szambelan.

Świderek.

Małgorzata.

A na strychu z listami beczka i kuferek.

Szambelan.

I ja moje odstawię, jeno sanna będzie.

Małgorzata.

Koniec więc między nami.

Szambelan.

Koniec w każdym względzie.

Małgorzata (z ukłonem).

Zyczliwa przyjaciołka.

Szambelan (z ukłonem).

Uniżony sługa.

(odchodząc w przeciwne strony)
Małgorzata (na stronie).

Stary cietrzew w malignie!

Szambelan (na stronie).

Szalona papuga!
(odchodzą)





SCENA II.
Flora.

Wielką zawsze zagadką jest serce człowieka.
Czego w niém rozum długo daremnie docieka,
To częstokroć szaleństwo przypadkiem wiedzione,
Błędną natrafia ręką — i zrywa zasłonę. —
Miłość ku mnie Zdzisława, śledząc tyle razy,
Przed sądem moich myśli widziałam bez skazy,
A jedno słowo, skutek śmiesznego marzenia,
Nowe mi światło wznieca — całą postać zmienia. —
Zdzisław zazdrości, ciotka mówiła o sobie.
A ja, że to być może pojęłam w tej dobie;
I choć teraz inaczej wykładam jej słowa,
Przekonaniem się staje myśl zupełnie nowa. —
Czemuż Zdzisław nie znagla, co swém szczęściem zowie?
Że będzie moim mężem, czyż przeszkodzi zmowie?
I owszem: tu mieszkając jak Aliny krewny,
Jego rada ważniejszą, zamiar byłby pewny. —
Nie — w tém się coś ukrywa — dojdę niezawodnie,
I jeżeli mnie zdradził, odpłacę mu godnie.





SCENA III.
Flora, Zdzisław.
Zdzisław.

Im więcej myślę, większe moje przekonanie,
Że nam nowa wiadomość korzystną zostanie;
A nawet wierzyć można, że jak zwykle wieści,
I ta, w tłumie dodatków trochę prawdy mieści.
Kto wie, czy ten pan Edmund, co to spadł jak z nieba,
Niejest tym zbiegiem, (ciszej) czy go i wydać nietrzeba.

Flora (z przyciskiem).

Ja zaś, im więcej myślę, tém jestem pewniejsza,
Iż ciągła niespokojność miłość twoję zmniejsza.
Od tej, mówiąc otwarcie, nieszczęsnej godziny,
Gdyś przedsiewziął przeszkadzać zamęściu Aliny,
Nie masz dla twojej Flory jednego wejrzenia.

Zdzisław.

Także to Flora moje uczucia ocenia? —
Jeśli nad sobą zbytnią władzę myśli daję,
Ty jesteś myślą moją, myśl duszą się staje;
Jeśli dążąc do celu zapominam siebie,
Tym celem jest sposobność być godniejszym ciebie.
Ach Floro, tej mi drogiej nie wydzieraj wiary,
Że i do twego szczęścia dążą me zamiary.

Flora (z przymileniem).

Twa miłość szczęściem mojém, ja się o nią trwożę;
I żadna mnie uwaga ukoić nie może,
Gdy cię widzę oziębłym z jakiegobądź względu.

(gniewnie)

Nie chcę tych dróg tajemnych, nie chcę tego błędu,

(miarkując się)

Zwłaszcza że czas zbyt długi między nas się wciska. —

Zdzisław (z roztargnieniem}.

Długi?

Flora.

Alboż ty myślisz, że ta chwila blizka,
W której nasze złączenie kres życzeniom nada? —

(nie odbierając odpowiedzi, mówi dalej)

Mamy przeszkód bez miary —
(jak wyżej, zniecierpliwiona) Zaczekać wypada, (jak wyżej)
Trzy lat więc cierpliwości naznaczyć ci muszę.

Zdzisław (źle udając zapał).

Trzy lat! wiecznością dzielisz kochające dusze;
I z jakiego powodu? dla jakiej przyczyny?
Floro, ty chcesz mnie karać — ja jestem bez winy.





SCENA IV.
Flora, Zdzisław, Małgorzata.
Małgorzata (między niemi).

Już się kłócicie! — zgadłam — dlatego tu stoję. —
Floro, będziesz słyszała, poznasz przyjaźń moję.

(po krótkiém milczeniu z powagą)

Panie Zdzisławie — miłość, którą serce gore,
Chlubną jest przedmiotowi, ale w dobrą porę;
Nie w czasie wybuchnięta budzi niepokoje,
Bo się przedmiot nie może rozerwać na troje. —

Gdybyś był tajemnicę wyjawił przed rokiem,
Przedmiot byłby wzajemném może rzucił okiem —
Ale teraz zapóźno. — Pokryj serce zbroją:
Małgorzata — już — teraz — nie może być twoją. —
Tak jest, Zdzisławie, nigdy — serce moje pęka,
Czując jak dla twojego okropna ztąd męka,
Ale węzeł dościgły dziś rozplątać muszę.
Jeśli jednak chcesz dowieść, żeś mi oddał duszę,
Że mną tylko oddychasz — dziś dowiedź — masz porę,
Przyjmując z ręki mojej (łącząc ich ręce) równie piękną Florę.
(odchodzi z powagą)





SCENA V.
Flora, Zdzisław.
Flora.

Nie tak prędko.

Zdzisław.

Śmiałbym się, gdyby czas był na to.

Flora.

Trzy lat więc.

Zdzisław (jakby nie słyszał).

Nie o tobie myśleć, Małgorzato!

Flora.

Trudno prędzej.

Zdzisław (jak wyżej).

Dziś trzeba obalić tyrana.

Flora.

Nie słyszałeś słów moich?

Zdzisław.

Ach Floro kochana,
Pozwól że je przypiszę jakiéjś złéj godzinie;
I pozwól mieć nadzieję, iż prędko przeminie.
Jeśliśmy poprzysięgli miłość niedaremnie,
Czemuż mamy się dręczyć, nie ufać wzajemnie?
Działajmy, droga Floro, działajmy niezwłocznie:
Edmund od nas ścigany niech chwili nie spocznie;
Niech Alina strwożona swą miłość zwycięża,
Bo inaczéj kochanek zamieni się w męża.
A wtedy naszą pracą budowa spiętrzona,
Jak rozdęta w powietrzu bańka mydła skona
I w domu cośmy mieli jakby zdobycz własną,
Mnie z nim — a jemu ze mną będzie trochę ciasno.

Flora (ironicznie).

Cóż więc czynić wypada?

Zdzisław.

Zaufać mi szczerze
I wierzyć moim słowom.

Flora (na stronie).

Nie mogę, nie wierzę.

Zdzisław.

Proś Aliny niech przyjdzie — wszystko jéj przełożę
A jeśli nie przekonam, nic już nie pomoże.

(Flora chce odpowiedzieć — wstrzymuje się — odwraca się i wychodzi).




SCENA VI.
Zdzisław.

Alina troskliwa o świata mniemanie,
Alina, któréj prawem było moje zdanie,
Alina pełna wstrętu na słowo zamęścia,
Dziś zdaje się powtórnie chcieć probować szczęścia.
W własnym domu wstrzymuje młodego człowieka,
Moich rad, mego zdania całkiem się wyrzeka;
Inaczéj myśli, działa — wszystko to w pół roku!
A ja co kocią łapką szedłem krok po kroku,
Już teraz wstecz rzucony, wypchnięty z kolei,
Ledwie że jeszcze dzierżę ostatki nadziei. —





SCENA VII.
Alina, Zdzisław.
Alina.

Flora mi oznajmiła że chcesz mówić ze mną.

Zdzisław.

Tak jest — oby rozmowa nie była daremną!

Alina.

Ach, w jakimże złowieszczym zaczynasz sposobie.

Zdzisław.

Ty, pani, zapominasz, ja myślę o tobie.

Trudno jest mi przepomnieć nie zbyt dawne chwile,
Kiedy me rady były przyjmowane mile.

Alina (ironicznie).

Rady? zkąd w jednéj dobie tyle rad być może?
Jakiegoż dziś świętego? niech mu dzięki złożę.
(siadając)
Lecz proszę proszę o nie. Chcę słuchać cierpliwie,
(wstając)
Ale na cóż gdym zgadła?

Zdzisław.

Wcale się nie dziwię,
Zgadnąć łatwo.

Alina (z goryczą).

Wszak Edmund nieszczęsnym przedmiotem?

Zdzisław.

Tak jest.

Alina (ironicznie).

Cóż więc ważnego?

Zdzisław.

Przekonasz się o tém.
Edmund...

Alina (z zapałem i goryczą).

Edmund tu bawi — co? — przy młodéj wdowie,
Młody bawi oficer? — Cóż świat na to powie! —
Ależ, o mój ty Boże, czy w chatce mieszkamy?
Czyliż tu podostatkiem przyjaciół nie mamy.
Pod których okiem ciągle jak grzesznica stoję?

(zniecierpliwiona)

A zresztą, chociażby i... wolniśmy oboje. —

Zdzisław (z flegmą).

O, pani jesteś wolną.

Alina (jak wyżej).

A Edmund żonaty.

Zdzisław.

Nie, to nie — lecz wolności różne są utraty —
Wszak prócz więzów małżeńskich, są inne na świecie.

Alina (na stronie).

Boże! dziś dzień pocztowy...

Zdzisław (na stronie).

Dotknąłem ją przecie!

Alina (na stronie).

Miałżeby co odebrać!

Zdzisław (po krótkiém milczeniu)

Ale dajmy na to:
Żeby ktoś zagrożony honoru utratą,
Występny, nawet więcej....

Alina.

Cóż więcéj?

Zdzisław.

Morderca.

Alina (na stronie).

Wie wszystko.

Zdzisław.

Szukał drogi do twojego serca;
Chciał cię tysiącznem sidłem otaczać pomału,
Potém zmusić do losu i hańby podziału;
Jestżeś natenczas wolną przed świata obliczem,
Działać jak chcesz — i nie być zatrzymaną niczem?

Możeż wtedy przyjaciel nie truchleć o ciebie,
I przykrych nawet środków nie chwycić w potrzebie?
Gdyby innego całkiem nie było ratunku,
Ocalić ci skarb drogi własnego szacunku.

Alina (trochę zmieszana).

Panie Zdzisławie... nie wiem... zrozumieć nie mogę...
Chciej się jaśniej tłómaczyć. Tę straszną przestrogę
Zkąd masz i o kim?

Zdzisław.

O kim? oko twe powiada.
Zkąd? z Warszawy. — Alino, otóż moja rada;
Bo przestrzedz jestto radzić — wszakże dość przestrogi:
Iż przepaść w naszéj drodze, by wstrzymać śród drogi?
Wiem ja, iż słowo moje mocno ciebie rani,
Że zrywa wieniec marzeń — lecz wierzaj mi pani;
Jak je słyszeć, tak wyrzec równie serce boli.

Alina.

On dziś jeszcze wyjedzie.

Zdzisław (z nizkim ukłonem)

Czyń pani dowoli.
(odchodzi)





SCENA VIII.
Alina

Tak, musi jechać wkrótce — najśpiesznéj, w téj dobie,
Ale miejsca, jaszczurko, nie uprzątnie tobie.

Nie byłabym kobiétą, gdybym już od roku
Miłości z fałszem w twojém nie czytała oku. —
A ta Flora nieszczęsna w tak miłym obłędzie!
I Astolf... O! ten o tém wiedzieć dziś nie będzie...
Lecz koniec końców, Boże, cóż się z nami stanie!
Pułkownik pewnie umarł — pewne więc wygnanie.





SCENA IX.
Alina, Edmund.
Alina.

Astolfie, zła wiadomość, Pułkownik nie żyje.

Edmund.

Zkąd wiesz?

Alina.

Zdzisław ma listy, lecz się z niemi kryje.

Edmund.

Idę do niego.

Alina.

Czekaj.

Edmund.

Prędko rzecz wyjaśnię.

Alina.

Stój — stój powiadam — tego lękałam się właśnie.
Astolfie, jeśli kochasz — jeślim ci jest drogą,
Strzeż, strzeż się wszelkich wyznań, zaszkodzić nam mogą.

Edmund.

Trwożysz się nadaremnie.

Alina.

W tobie moje życie.

Edmund.

Droga Alino!

Alina.

Uchodź, póki możesz skrycie.

Edmund.

Ach, nikt mnie tu nie przeda... bo nikt i nie kupi:
Zdzisław człowiek poczciwy — Szambelancio głupi,
Ale nic więcéj.

Alina.

Nie wierz — ach, nie wierz nikomu!

Edmund.

Ja więc pozbawiam ciebie spokojności, domu.

Alina.

Wszystko znajdę przy mężu.

Edmund.

Czegóż chcesz? — mów — zrobię.

Alina.

Jedź.

Edmund.

Dzisiaj?

Alina.

Zaraz.

Edmund.

A ty?

Alina.

Ja wkrótce po tobie.

Edmund.

Dokąd?

Alina.

Do Prus.

Edmund.

Dziś!

Alina.

Możem zbyt trwożna w tym względzie,
Lecz jedź — niech to dowodem twej miłości będzie.

Edmund.

Lecz tak nagle...

Alina.

Astolfie, mam paść na kolana?

Edmund.

Jadę, jadę, gdy tak chcesz, Alino kochana,
Ale Pułkownik żyje, nie wierzę wszystkiemu.

Alina.

Chcę, proszę, błagam...

Edmund (kończąc).

Każę...

Alina.

Każę, upartemu.

Edmund.

A ja, jak mąż posłuszny, prędko się wynoszę.
(wracając) Tabakierka u ciebie?

Alina.

Przynieść?

Edmund.

Przynieś, proszę;

Dam ją Szambelanowi w godnym nosa darze,
A parą pistoletów Zdzisława obdarzę.
Ich, skrycie na mą szkodę przedsiewziętą pracę,
Najlepiej wzgardzę, kiedy grzecznością odpłacę.
(rozchodzą się do swoich pokojów)





SCENA X.
Zdzisław, Szambelan
(wchodzą środkowemi drzwiami).
Zdzisław.

Zwycięstwo, Szambelanie, — wyleciał jak z procy.

Szambelan.

Hm! wyleci.

Zdzisław (z przyciskiem).

Wyleciał. — Bez twojej pomocy.

Szambelan (ironicznie).

Bez mojej — O! bez mojej — wszystko dla Waćpana.

Zdzisław.

Tylkom słowo powiedział.

Szambelan (śmiejąc się).

(ironicznie)
Mądrość niesłychana!
Ja nic nie wiem — nie umiem podobać się wcale —
Nie ja — (parskając śmiechem)
Nie ja zapewne Edmunda oddalę.

Zdzisław.

Nie gniewaj się...

Szambelan.

Gniewać się!

Zdzisław.

Obydwaśmy razem.
Zwalili Goliata Dawidowym głazem. —
Używaj raczej szczęścia, masz otwarte pole.

Szambelan.

Wiem ja to lepiej — jednak — (zbliżając się do Zdzisława)
Mnie coś jeszcze kole.

(Jan z lewych drzwi wynosi szkatułkę i mantelzaki — i wychodzi środkowemi)
Zdzisław.

Cóż? widzisz? nie mówiłem?

Szambelan.

Co?

Zdzisław.

Rzeczy wynoszą,
Pakują, zaprzęgają — adieu! — O roskoszo!
O radości najmilsza! — Pozwól Szambelanie,
Niech cię dwakroć uściskam.

Szambelan.

Uściskaj mój panie;
Ale ja, mówiąc szczerze, póty nie podskoczę,
Póki go już w pojeździe za bramą nie zoczą.

Zdzisław.

Boisz się.

Szambelan.

Ja się boję? To mi się podoba!
Jeśli się z nas kto boi — boimy się oba.

Zdzisław.

Już i list do Edmunda lepiej nie odmieni;
Masz go?

Szambelan.

Ach, mam — jak węgiel parzy mnie w kieszeni.

Zdzisław.

Rozpieczętować trzeba było i bez wielu...

(Jan ze środkowych do lewych drzwi przechodzi, niosąc pistolety)

Co to jest?

Szambelan.

Pist... pist...

Zdzisław (do Jana).

Słuchaj! — co to, przyjacielu?

Jan.

Pistolety.

Zdzisław.

Na co?

Szambelan (do Zdzisława).

Pist... pi... sto... list wziąść proszę.

Jan.

Kazał pan przechędożyć i teraz odnoszę.

Zdzisław.

Przechędożyć?

Szambelan (oddając).

List.

Zdzisław (do Jana).

Na co?

Jan.

Żeby czyste były.

Zdzisław (powtarzając).

A — żeby czyste były.

Szambelan (na stronie).

I widok niemiły.
Temi zapewne tych trzech... (do Zdzisława)
Weźże list.

Zdzisław (do Jana).

Nabite?

Jan.

Nie, jeszcze.

Zdzisław.

Ale będą?

Jan.

Zapewne.

Szambelan (wznosząc oczy).

O, skryte
Sądy twoje...

Zdzisław (odsuwając pistolety).

Ostrożnie!

Szambelan.

Panie mój i Boże!

Zdzisław (do Jana).

Nacoż nabijać?

Jan.

Nie wiem. — Będzie pif, paf, może.

(Szambelan który zostawał ze wzniesionemi oczyma, drgnął na słowo: pif, paf, — Jan odchodzi, — długie milczenie)
Szambelan (przed siebie).

Pif, paf.

Zdzisław (chodząc).

Jak tu gorąco — na spacer pojadę.

Szambelan.

Weźże list.

Zdzisław.

Schowaj!

Szambelan.

Nie chcę.

Zdzisław.

Spal!

Szambelan.

Ja się o radę
Nie pytam — dałeś, odbierz.

Zdzisław.

Ja ci go nie dałem.

Szambelan.

A któż?

Zdzisław.

Sam wziąłeś.

Szambelan.

Flora świadkiem, że nie chciałem;
Żeś mi go wcisnął gwałtem. — Na, masz.

Zdzisław.

Bierz go licho.
(chce odejść)

Szambelan (zatrzymując).

Czekaj.

Zdzisław.

Puść.

Szambelan.

Puszczę, weź list.

Zdzisław.

Nie chcę.

Szambelan.

Musisz.

Zdzisław.

Cicho!





SCENA XI.
Zdzisław, Szambelan, Edmund.
(Edmund trzyma w ręku parę pistoletów — Szambelan rzuca list na stolik)
Edmund.

Cóż to jest? — sprzeczka — kłótnia —

(żartując, podaje kolbami pistolety Zdzisławowi)

Może w dobrą porę —
Mogę ci służyć? (do Szambelana) Mogę służyć?

Szambelan.

Boga biorę
Za świadka, żem niewinien.

Zdzisław.

Szambelan szaleje.

Szambelan (zmieszany).

Ja, wszystko... wszystko powiem... wszystko co się dzieje
Tylko proszę... chciej z flegmą — ja muszę powoli...
Prędko mówić nie mogę... (coraz ciszej)
głos... w piersiach... tu... boli...

Edmund (zatrzymując chcącego się wymknąć Zdzisława).

Czekaj Zdzisławie, chwilkę — potrzeba mi ciebie,
Niechno tylko Szambelan wprzód przyjdzie do siebie,
I powie co ma mówić.

Zdzisław.

Ot, plecie od rzeczy.

Szambelan.

Zdzisław przejął i mnie dał — Flora nie zaprzeczy:

Brać nie chciałem.

Zdzisław.

Szalony!

Szambelan.

I oto na stole.

Edmund.

List.

Szambelan (ocierając czoło).

Ja ręce umywam. — Zawsze prawdę wolę.

(Kiedy Edmund chcąc wziąść list kładzie pistolety, wchodzi Małgorzata.)




SCENA XII.
Ciż sami, Małgorzata, (później) Alina, Flora.
Małgorzata.

Ha! pistolety! — Stójcie! — Cóż za wiek niestety!
Mająż pannę zdobywać noże, pistolety?
Chcecie zresztą — targajcie winne damom względy,

(stając pośrodku i bijąc się w piersi)

Lecz jeden do drugiego musi wprzód przejść tędy.

Edmund (przeczytawszy).

Co za szczęście! (idąc ku drzwiom prawym)
Gdzież jesteś! — Alino! — Alino!

(Alina i Flora przychodzą)

Pożądaną, najlepszą cieszmy się nowiną:
Pułkownik zdrowy, wyznał — ja mam przebaczenie. —

(do wszystkich, biorąc Alinę za rękę)

Teraz najprzód Edmunda w Astolfa przemienię...

Alina (w jego objęciu).

Potém wszystkim przedstawisz twą szczęśliwą żonę.

Małgorzata.

Mdleję!

Szambelan.

To pięknie!

Flora.

Żonę!

Zdzisław.

Wszystko więc skończone!

Flora (do Aliny).

Nim się dowiesz o wszystkiém — przebacz —

(do Zdzisława wskazując Alinę)

Tu Zdzisławie...

Zdzisław.

Tę łaskę Florze, Florę Alinie zostawię.

Edmund.

Teraz wszystko zgaduję.

Zdzisław (odchodząc, do siebie).

A ja się wynoszę.

Edmund (w złości).

Czekaj!

Alina (napominając).

Astolfie!

Małgorzata.

Ależ najpokorniej proszę;
Jeden mi się po drugim bezczelnie wymyka!

Alina.

Ciotuniu, do dawnego zwróć się hołdownika.

Edmund.

No, Szambelanie.

Szambelan (na stronie).

Kucharz dobry — domu szkoda.

(do Małgorzaty)

Ach!

Małgorzata (biorąc podaną rękę).

Och!

Szambelan (w pół ujmując).

Bóstwo.

Małgorzata.

Bożyszcze!

Szambelan.

Przebacz...

Alina.

Zgoda, zgoda.

Edmund.

Niech żyje piękna para — przeszłych wieków chluba,
Bohaterski Szambelan i Ciotunia luba!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.