<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pieśń przerwana
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1896
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Julian Maszyński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV.

Nazajutrz, kiedy Wygrycz w szlafroku i pantoflach udał się do snu poobiednego, Frania powróciła do magazynu, a Klara zasiadła z małym bratem nad kajetem i książką, do drzwi małej bawialni ktoś z lekka zapukał. Staś zerwał się z krzesła i w mgnieniu oka drzwi otworzył; Klara podnosząc twarz z nad kajetu brata, oblała się rumieńcem.

— Choćbym miał być natrętem, a rola ta jest więcej niż przykrą, bo śmieszną — w drzwiach już zaczął Przyjemski, — przychodzę zrobić pani maleńką propozycyę. Ale naprzód: dzień dobry! czy dobry wieczór! i zapytanie: dla czego pani dziś nie była w swej ukochanej altance?

— Nie miałam czasu. Chodziłam do pani Dutkiewiczowej po nowe czepeczki do garnirowania i po pewną poradę gospodarską...
— Ach, ta pani Dutkiewiczowa!... co ona kosztuje pani czasu, a mnie zgryzoty!...
— Panu? zgryzoty?
— A tak; bo drugi już raz przez nią zgryzłem się, nie znalazłszy pani w altance o zwykłej porze.
Zamienili te słowa, patrząc sobie w oczy ciągle, jakby spojrzenia ich za nic rozstać się nie mogły.
— Niech pan będzie łaskaw usiądzie...
— Wcale nie myślę siadać i przyszedłem po to, aby pani także tu nie siedziała. Widzi pani:
Pokazał książkę wziętą wczoraj od Klary, którą wchodząc wrzucił był w kapelusz.
— Propozycya moja jest taka: Pójdźmy do altanki i przeczytajmy »W Szwajcaryi« wspólnie. Dobrze? Niech pani weźmie z sobą robotę. Będzie pani sobie szyła, a ja będę dla pani głośno czytał. Dobrze?
— Ach, jakby to było dobrze! Ale obejrzała się na Stasia.
— Kiedy muszę powtórzyć z nim lekcyę...
Malec, który z zaciekawieniem wielkiem wysłuchał rozmowy siostry z gościem, objął ją i prosić zaczął:
— Idź, Klarciu, moja droga, moja złota, idź, jeżeli chcesz... Ja sam nauczę się lekcyi. Wielka rzecz, geografia! Nauczę się na pamięć i wieczorem wydam przed tobą. Zobaczysz, będę jak rzepę gryzł!
— Pewno, Stasiu?
— Pewno! Jak tatkę kocham! jak ciebie kocham!
Radość oblewała jej twarz, ale jeszcze z zakłopotaniem szepnęła:
— A co będzie z samowarem?
— Ja samowar nastawię! Wielka rzecz nastawić samowar! — z zapałem wykrzyknął Staś.
— A jak tatko obudzi się, zawołasz mię z altanki?
— Zawołam! Wielkie rzeczy zawołać! I jeżeliby Frania wracała, to dopilnuję i także zawołam, żeby nie zobaczyła ciebie z tym panem, bo jak zobaczy, będzie tobie znowu dokuczała...
Klara zamknęła mu usta pocałunkiem i we dwie minuty potem, z koszykiem piętrzącym się od muślinów i koronek szła przez ogród, obok Przyjemskiego, który mówił:
— Pani ma bardzo miłego braciszka... Chciałem ucałować go za to, że na moment uwolnił panią od... służby. Bo pani jest sługą swojej rodziny. Ale co to mówił ten miły chłopczyk, że jeżeli siostrzyczka zobaczy panią ze mną, będzie dokuczała?
Klara zmieszała się bardzo, ale na szczęście w tejże chwili zobaczyła w ogrodzie sąsiednim grę świateł tak piękną, że z zapałem zawołała:
— Widzi pan! Niech pan spojrzy, tam w rogu ogrodu, jak po tej ciemnej alei prześlicznie ścielą się promienie słońca... zupełnie jak dywan z nitek złotych i ruchomych!
— Czy pani była kiedy w tamtym ogrodzie?
— Nie, nigdy; jakimże sposobem?
— Przychodzi mi myśl... że też pierwej nie przyszła! Chodźmy razem obejrzeć ogród księcia!
Przelękła się tej propozycyi.
— O, nie! — zawołała; — wstęp do tego ogrodu jest wzbroniony przez księcia...
Zaśmiał się prawie głośno.
— Jeżeli ja panią wprowadzę...
To prawda; jeżeli on pozwala to zupełnie tak samo, jak gdyby sam książe pozwalał.
Pokusa była wielka, bo ileż razy patrząc na aleje wspaniałe, marzyła, aby choć raz w życiu przejść je w całej długości, posiedzieć chwilę w tem morzu zieleni, falującem takiemi cudnemi światłami i cieniami! Ale nie przestała uczuwać trwogi. Stanęła przed altanką, wahając się, niepewna.
— A jeżeli spotkamy...
— Kogo?
— Księcia!
Przyjemski zaśmiał się znowu tak głośno, jak śmiejącym się nigdy jeszcze go nie słyszała.
— Niema go w domu, wyszedł jednocześnie ze mną... — upewniał.
— A możeby lepiej w altance?
Ale on zaczął prosić:
— Proszę pani... Pani pewno ma oddawna chęć znajdowania się w tym ogrodzie, a dla mnie spełnienie chęci pani będzie szczęściem. Pani prosiła gwiazdy spadającej, aby módz tego lata przejść się po lesie... Może przechadzka po tym ogrodzie choć w części zastąpi tamtą, wymarzoną... Proszę pani...
Oparłaby się pokusie zwiedzenia miejsca, które miało dla niej urok prawie tajemniczy, ale prośbie jego oprzeć się nie mogła. Ulegle rzekła:
— Dobrze: chodźmy!
— Brawo! — zawołał Przyjemski.
Wyglądali, jak dzieci rozbawione, tak oboje byli weseli, roześmiani.
Szybkimi krokami, prawie biegnąc, przebyli przestrzeń, dzielącą ich od bramki w sztachetach, i weszli do alei szerokiej, w której ze stron obu stały potężne pnie drzew stuletnich, rozpuszczające na obie strony wysokie ściany gałęzi niezliczonych. Promienie słońca lały się w te zielone gęstwiny i przeświecały z za nich jak strugi złota, niektórym liściom nadając przezroczystość szklaną, inne pozostawiając w cieniach głębokich. Pas ziemi ciemnej, ciągnący się u podnóży pni grubych, zaścielała sieć, której oka były złote, nierówne i ruchome.
Klara umilkła, zwolniła kroku, i uśmiech zbiegł jej z twarzy, której Przyjemski przypatrywał się z ciekawością i rozkoszą.
— Jaka pani wrażliwa!... — zauważył z cicha.
Nie odpowiedziała, szła, jak przez kościół, lekko, prawie na palcach, zaledwie dotykając ziemi.
W milczeniu przeszli aleję równoległą ogrodowi, w którym stał domek osadzony fasolą. Dopiero kiedy skręcili w drugą, równie jak tamtą wspaniałą, tylko nieco krótszą. Klara jakby obudziła się ze snu:
— Nie chodźmy już dalej, — szepnęła.
— Owszem, idźmy! — nalegał. — Gdyby ta aleja prowadziła na koniec świata, szedłbym z panią i nie zapytywałbym o jej koniec...
— Ponieważ jednak wiedzie nie na koniec świata, ale pod sam pałac... — spróbowała zaśmiać się Klara.
— Ale nie — zaprzeczył Przyjemski, — od jej końca do pałacu jest jeszcze paręset kroków, które zajmuje parter z kwiatami. Pójdźmy do kwiatów...
Klara stanęła. Nie potrafiłaby zdać sobie sprawy z przyczyn trwogi, którą uczuwała, ale pod jej wpływem z determinacyą rzekła:
— Tu usiądę... na tej ławeczce z darniny... Jaka ławeczka miła i jakie miejsce śliczne!
Ławeczka z darniny była nizka i tak mała, że tylko dwie osoby mogły się na niej pomieścić. Stała pod jednem z drzew najgrubszych i najbardziej rozłożystych, na trawie puszystej, jak strzyżony kobierzec.
Miejsce było nadzwyczaj ustronne; zielone ściany drzew zasłaniały pałac i ogród przyległy. Pomiędzy przeciwległymi pniami przeświecał kawał trawnika, na który kładły się płachty ukośnych świateł słonecznych; u końca alei, dość dalekiego, wychylał się z za drzew róg parteru kwiatowego i na tle zieleni wyglądał jak plama z barw świetnych i nie zliczonych. Zresztą nic wcale nie było tu widać, ani słychać.
Drobne ptactwo świegotało w drzewach, z których niekiedy, to tu, to ówdzie, bliżej, dalej, zlatywał liść żółty lub rumiany i kładł się na ziemi bez szelestu najmniejszego.
Tę ciszę przerwał wykrzyk Klary. Siadając na ławeczce, spostrzegła wychylający się z za drzew róg parteru, klasnęła rękoma i zawołała:
— Boże! co tu kwiatów! i jakie śliczne!
Przyjemski wziął z jej ręki koszyk z muślinami, postawił go obok niej na ławeczce, i dziwnie czegoś uradowany, poprosił:
— Niech pani chwileczkę posiedzi tu sama. Ja wrócę natychmiast. Proszę tylko nie lękać się niczego i nie uciekać... Wrócę natychmiast...
Szybko oddalił się w stronę pałacu.
Klara patrzała za nim i widziała, jak na spotkanie jego wybiegł z za drzew chłopak niedorosły, w spencerze z guzikami błyszczącymi, zapewne ogrodniczek, albo mały lokaj. Przyjemski coś mu powiedział, z gestu ręki wniosła, że wydał rozkaz, a gdy chłopak śpiesznie odbiegał, obrócił się jeszcze ku niemu i zawołał tak głośno, że usłyszała wyraźnie:
— Jak najprędzej!
Potem, wróciwszy, stanął przed nią z kapeluszem i książką w ręku. Ona zbierała już na nitkę duży kawał grubej koronki, którą miała ogarnirować czepek, leżący na jej kolanach.
— Czy to jest czepek pani... wdowy po weterynarzu?
— Pani Dutkiewiczowej — poprawiła, — tak, nikt oprócz mnie od kilku już lat nie garniruje jej czepeczków...
— A czy pani mi nie powie nic o tem dokuczaniu siostrzyczki, któremu ofiarował się zapobiedz miły braciszek?
Zmieszana nie podnosiła głowy z nad roboty. Po chwili z przymusem rzekła:
— Frania niechętnie chodzi do magazynu, są tam z niej niezupełnie zadowoleni; chodząc sama po mieście, zawiązuje stosunki, które na nią niedobrze wpływają...
Przyjemski dokończył:
— Ma wykrój ust i ruchliwość oczu osób kapryśnych i skłonnych do sprzeczek... Pani pewnie wiele cierpi od niej...
— O, nie! — z żywością wielką zawołała; — ona jest bardzo dobra, ma serce najlepsze. Tylko martwi mię ogromnie to, że nie lubi szycia... Jednak trzeba, aby uczyła się czegokolwiek, aby po tem miała jakikolwiek kawałek chleba! Obmyśliliśmy z ojcem, że będzie panną magazynową... cóż innego możemy? Ale ją to bieganie po mieście psuje i nie mogę w żaden sposób zaradzić temu. Jest to dla ojca i dla mnie wielkie, wielkie zmartwienie...
Mówiła to wszystko ze spuszczoną głową, szyć nie przestając. On słuchał jej uważnie, ale nie siadał i co chwila spoglądał w stronę parteru, jakby stamtąd czegoś oczekiwał. Zobaczył nakoniec chłopaka z błyszczącymi guzikami na spencerze, wybiegającego z za drzew i niosącego w ręku wielką więź kwiatów. Szerokimi krokami poszedł na jego spotkanie.
Klara podniosła głowę, gdy odchodził, i zobaczyła, jak u końca alei brał kwiaty z rąk ogrodniczka czy lokaja i, trzymającą je rękę za plecy założywszy, śpiesznie ku niej powracał. Pomyślała, że kwiaty te były dla niej, i uczyniła poruszenie, od którego czepek i koronki zsunęły się z kolan jej na ziemię.
Przyjemski, który znajdował się już o kilka kroków tylko od niej, przystąpił bardzo szybko do niej i w mgnieniu oka przyklęknąwszy na jedno kolano, jedną ręką podniósł spadłe na ziemię przedmioty, drugą podał jej więź kwiatów.
Jedno mgnienie oka, jeden ruch, jedno spojrzenie w głębinę jej oczu, i znowu stał przed nią, a ona twarz płonącą kryła w kwiatach.

Naprędce zerwane, ułożone w więź niesforną, były to kwiaty piękne, rozmaite i pachnące. Woń ich silna i barwy jaskrawe zlały się dla jej zmysłów, serca, wyobraźni w jedno wrażenie wstrząsające z sekundą, w której ten piękny człowiek klęczał przed nią i zatapiał spojrzenie w głębinach jej oczu.

On, wzruszony także, prędko odzyskał swobodę. Siadając przy niej, rzekł:
— A teraz zapomnijmy o wszystkich kłopotach domowych i nie domowych, o wszystkiem, co złe, co małe, co boli — i pójdźmy w świat lepszy!...
Głosem, niezmiernie bogatym w tony i umiejętnie ich używającym, czytać zaczął:

— »Odkąd zniknęła jak sen jaki złoty,
Usycham z żalu, omdlewam z tęsknoty,
I nie wiem, czemu ta dusza z popiołów
Nie wylatuje za nią do aniołów?
Czemu nie leci za niebieskie szranki
Do tej zbawionej i do tej kochanki?...«

Minuty płynęły; liście żółte i rumiane padały z drzew kiedy niekiedy, tu i ówdzie; ukośne płachty światła za drzewami stawały się coraz krótsze, złote kółka na ciemnej ziemi coraz mniejsze i mniej liczne. Klara przestała szyć. Z rękoma opuszczonemi na kolana i źrenicami nalanemi iskrzącem się złotem, słuchała:
On czytał:

— »Płonęła wonna jak kadzidło miry,
I widać było, że nie wiedząc płonie,
Głębszymi oczu stały się szafiry,
I prędsza fala białości na łonie...«

Jej oddech stawał się szybszym. Czy to sen? Czy już umarła i weszła do raju? Z więzi kwiatów, obok niej leżącej, rozpływa się napowietrzny trunek zapachów; z drugiej strony głos piękny i wzruszony czyta:

— »Jest chwila, gdy się ma księżyc pokazać,
Kiedy się wszystkie słowiki uciszą,
I wszystkie liście bez szelestu wiszą,
I ciszej źródła po murawach dyszą...«

Liście bez szelestu padały z drzew to tu, to ówdzie; aleja dyszała spokojem i zaczynała nabierać zmierzchu. On czytał:

— O takiej chwili, ach! dwa serca płoną,
Jeśli coś mają przebaczyć, przebaczą,
Jeżeli o czemś zapomnieć, — zapomną!«

Minuty płynęły: poemat zbliżał się do końca.
Kochanka uwiedziona »zniknęła jak sen jakiś złoty«; kochanek, który wierzył, że z »tęczy wyszła«, żalił się na jej utratę.

— »Słowiki jęczą i fontanna płynie,
Mówią mi o niej — ja serce otwieram
I o śmierć prędką modlę się z rozpaczą...«

Czytając oderwał wzrok od książki i przeniósł go na twarz towarzyszki. Z jej źrenic, nalanych iskrzącem się złotem, nieruchomych, dwie duże krople występowały i osiadały na rzęsach.
Ruchem powolnym wyciągnął ramię i okrył dłonią jej rękę, której nie usunęła, tylko dwie krople spłynęły z rzęs na policzki, powleczone obłokiem różowym.
— Czy to są łzy żalu, albo szczęścia? — bardzo cicho zapytał.
Po chwili milczenia, ledwie dosłyszalnie szepnęła:
— Szczęścia!
Była pełną szczęścia niesłychanego, w sposób dziwny zmieszanego z bólem, ale czuła teraz, że kibić jej opasuje ramię ostrożne, i obudziła się. Do szczęścia i bólu wmieszało się zawstydzenie tak silne, że je przygłuszyło.
Ruchem strwożonym cofnęła się na najdalszy brzeg ławeczki i nie podnosząc powiek, prędko, bezładnie zaczęła zgarniać do koszyka muślin i koronki.
— Już pójdę do domu, — szepnęła.
On siedział pochylony naprzód, z łokciem na kolanie i wspierał na dłoni czoło, tak prawie, jak jej twarz zarumienione. Delikatne jego nozdrza szybko rozdymały się i ściskały, ręka mięła szmatkę muślinu ruchem gwałtownym.
Trwało to krótko; opanował się i znowu dłoń położył na jej ręce, ale tym razem z siłą prawie rozkazującą:
— Pani nie pójdzie jeszcze, bo jeszcze nie skończyliśmy czytać poematu.
Pierwszy raz, odkiedy go znała, w głosie jego zabrzmiały tony despotyczne. Trzymając dłoń na jej ręce i patrząc w ziemię, zamyślił się, zlekka przygryzał dolną wargę. Po chwili cofnął rękę i daleko łagodniej przemówił:
— Plącze mi się po myśli nuta, która wśród cudnego poematu »W Szwajcaryi« wygląda jak zgrzytnięcie zębami wśród pieśni anielskiej. Cóż robić? Muszę ją pani zakomunikować. Razem słuchaliśmy pieśni anielskiej, razem usłyszymy zgrzyt. Dlaczego ja jeden mam go słyszeć?
Usta jego zaczęły przybierać wyraz ironiczny, zmarszczka pomiędzy brwiami stała się bardzo głęboką. Po chwili milczenia mówił dalej.
— Kilka dni temu znalazłem w pokoju przyjaciela książkę, tłómaczenie polskie pieśni miłosnych Heine’go. Nigdym ich przedtem w tłómaczeniu nie czytał. Przez ciekawość zacząłem przeglądać, czytać. Tłómaczenie bardzo ładne, bardzo ładne. Pamięć mam nadzwyczajnie lokalną. Kilka wierszy zapamiętałem. Jeden powiedziałem pani wczoraj; drugi powiem teraz. Niech pani uważnie słucha.
Pochylony, z twarzą na dłoni i wzroku nie spuszczając z jej twarzy, powolutku wypowiedział piosnkę Heine’go.

— »Oboje czcili się bardzo,
Miłości wyznać nie śmieli,
Patrzyli na się z ukosa,
Chociaż miłością płonęli.

A gdy się wreszcie rozstali
W najgrubszej serca żałobie,
Pomarli od siebie z dala,
Nie wiedząc nawet o sobie...«

— Uważa pani... »kochali się szalenie i pomarli od siebie z dala, nie wiedząc nawet o sobie!« a to dlatego, że »czcili się bardzo«. Są to zgrzyty i dysonanse. Miłość wzniosła wykwita ze czci; cześć nakłada kaganiec na miłość wzniosłą. Nic na świecie nie jest prostem i łatwem, tylko wszystko skomplikowanem i trudnem. Czy pani już nie chce uciekać? Może skończymy czytać »W Szwajcaryi«? Jakim ja wdzięczny pani za poznajomienie mię z takiemi rzeczami! Większą część życia spędziłem za granicą, w towarzystwie literatur zagranicznych. Jednak i ta jest wspaniałą!... Ja się wiele nauczyłem od pani...
Pomimo wzruszeń różnorodnych zaśmiała się serdecznie.
— Pan? ode mnie? o, Boże! Czegoż ja kogokolwiek mogę nauczyć. Tylko Stasia czytać i pisać nauczyłam...
— A czego pani mnie nauczyła, wytłómaczę może później... teraz kończmy poemat.
I zaczął znowu czytać:

Kiedy się myślą w przeszłości zagłębie,
Nie wiem, jak sobie jej postać malować...

Minuty płynęły; ona teraz szyła słuchając, ale źle, powoli i krzywo.
Głos czytający umilkł: na trawniku za drzewami już prawie nie było płacht złotych i z ciemnego pasa ziemi zniknęły okna złotej sieci. Natomiast, światła zachodu, błyszcząc po drzewach zapalały u ich szczytów różowe pochodnie i świeczki. Na dole zmierzchało; plama parteru, przedtem jaskrawa, zszarzała, i tylko kwiaty białe wyraźnie na niej majaczyły.
Klara wyprostowała w ręce czepek ogarnirowany.
— O, Boże! — zawołała, — jakże ja ogarnirowałam ten czepek?
— Cóż? — uśmiechnął się Przyjemski, — krzywo?
— Zupełnie krzywo! Widzi pan? W tem miejscu mnóstwo zmarszczek, a w tem prawie wcale ich niema; tu przysunięte do brzegu, a tam odsunięte...
— Katastrofa! pani to pewno sporze?
— Naturalnie, wszystko spruć trzeba; ale bieda niewielka, w pół godziny przegarniruję na nowo.
— Dwom panom służyć nie można. Pani chciała służyć zarazem poezyi i prozie; proza się nie udała...
Zastanowiła się chwilę.
— Kiedy ja o tem inaczej myślę. Mnie się zdaje, że w każdem zajęciu, nawet najprozaiczniejszem, może być poezya. To zależy od zamiarów, z którymi robimy...
— Od pobudek — poprawił. — To prawda, pani ma racyę. Ale dla jakiej pobudki garniruje pani czepki pani Dutkiewiczowej?
— Dla tej, że ją kocham, że jestem jej bardzo wdzięczną, że kiedy ubierze się w taki wygarnirowany czepeczek, robi się taką ładną, milutką staruszką.
— Jakie to szczęście kochać panią Dutkiewiczową! — zauważył z westchnieniem.
— Dlaczego? — zapytała.
— Bo panią Dutkiewiczową można szanować i zarazem powiedzieć, że się ją kocha, a w rozmaitych innych wypadkach tak bywa: trzeba szanować i milczeć, albo mówić i uchybiać szacunkowi: »Oboje czcili się bardzo...«
Nie dokończył, bo z daleka, z ogrodu przyległego dało się słyszeć wołanie Stasia:
— Klarciu! Klarciu!
Nie znalazłszy siostry w altanie, nie wiedział, gdzie być mogła, i wrzeszczał coraz głośniej na całe dwa ogrody. Klara z koszyczkiem w ręku zerwała się z ławeczki.
— A moje biedne kwiaty? — przypomniał Przyjemski: — czy pani ich nie weźmie?
— Owszem, dziękuję panu — odpowiedziała, biorąc bukiet, który on, razem z jej ręką na chwilę zatrzymał w dłoni.
Błyskawice strzeliły z szafirowych oczu, nozdrza ruchome znowu rozdęły się szeroko; po kilku sekundach opuścił ręce i szedł obok niej aleją, w oddaleniu kilku kroków. Na zawrocie alei zapytał:
— O której godzinie wieczornej pani kończy już wszystkie zajęcia domowe?
— O dziesiątej — odpowiedziała; — ojciec i Staś zawsze śpią już o tej porze, i Frania najczęściej.
— Więc kiedy oni zasną i pani będzie wolna od... służby, niech pani wyjdzie do ogrodu posłuchać muzyki. Ja i mój przyjaciel zaczniemy grać dla pani o dziesiątej... Dobrze?

— Dobrze, dziękuję! — odpowiedziała i stanęła przy bramce w sztachetach, w cieniu drzew już dość gęstym.

— Dobranoc panu.
Wziął obie jej ręce w swoje i czas jakiś wpatrywał się w nią ze spuszczoną twarzą.
— Grając — szepnął, — będę myślał, że pani tu stoi gdzieś koło sztachet i słucha mojej muzyki. Tym sposobem dusze nasze będą razem.
Szybko podniósł do ust jej ręce i z kolei pocałował obie.

W godzinę potem, Wygrycz, siedząc na wązkiej kanapce i zwolna pijąc herbatę, bawił się z uczuciem przyjemności widocznem pięknymi kwiatami, stojącymi na serwecie siatkowej, w dużym dzbanku glinianym. Formalnie pieścił się z nimi, wąchał je, gładził dłonią. Szczególnie zachwycały go werbeny. »Jak gwiazdki!« — mówił z uśmiechem, który, na tę chwilę, cały kwas swój utracił.
Klara zapalała lampę, przyrządzała ojcu herbatę, Stasiowi dawała mleko, krzątała się, gawędząc, prawie szczebiocąc. Opowiadała, że była w ogrodzie książęcym, że czytała tam z panem Przyjemskim »W Szwajcaryi«, że on dał jej kwiaty, że widziała z dala parter, znajdujący się pod pałacem, i jak on wyglądał z daleka na tle ogromnej zieleni ogrodu.

Biła z niej całej radość promienna; ruchy stały się zwinne, nerwowe. Widocznem było, że nie mogła usiedzieć na miejscu, że czuła potrzebę chodzić, biegać, mówić, wyrzucać z siebie nadmiar życia wezbranego. Niekiedy milkła — w połowie wyrazu i stawała nieruchoma, oniemiała, ze wzrokiem i duszą odbiegłemi gdzieindziej.
Wygrycz nie przypatrywał się jej bardzo, słuchał tego, co mówiła, czasem zamyślał się o czemś, ale nie kwaśno, ani ponuro, owszem, jakby cień filuterności błądził mu po żółtych wargach. Frania, która od kilku minut powróciwszy z miasta, słuchała opowiadań siostry, ozwała się nagle głosikiem ostrym i z oczyma biegającemi:
— Et! A mnie zdaje się, że nic z tego nie będzie. Ten pan Przyjemski kocha się w Klarce, ale żeby się z nią ożenił, to wątpię. On jest dla niej za wielkim panem... Tacy panowie tylko bałamucą biedne dziewczyny, a potem porzucają.
Wygrycz zatrząsł się cały.
— Cicho bądź, jędzo! — krzyknął; — zawsze musisz kłuć siostrę. Kto ci tu mówił o jakiem kochaniu się, albo żenieniu?...
Zaczął bardzo kaszlać, obie córki rzuciły się do niego z wodą, herbatą, pastylkami, ale chociaż atak prędko minął i Frania skruszona stała się pieszczotliwą dla ojca i siostry, wesołość Klary zgasła, jak świeca zdmuchnięta.
Przecież wiedziała o tem, że młode dziewczęta, jeżeli kochają i są kochane, wychodzą za mąż. Ale myślała o tem bardzo rzadko, a w stosunku do Przyjemskiego nie pomyślała ani razu. Dotychczas, widzieć go i rozmawiać z nim było dla niej szczytem pragnienia i szczęścia. Siostra brutalnie zerwała gazę dziewiczą z tego, co działo się w jej sercu. W mózgu jej, jak mucha w pajęczynie, uwięzły słowa Frani: »To za wielki pan dla niej«. Zawsze czuła wyższość jego nad sobą, wyższość rozumu i elegancyi. Teraz przybyło stanowisko. Jakkolwiek tylko sługa książęcy wyższego rzędu, był w porównaniu z nią wielkim panem. Nazywał księcia przyjacielem swoim, rozporządzał się w domu książęcym, jak we własnym; kto wie? może był bogaty! Ostatnie to przypuszczenie zabolało ją najmocniej.
Na dnie przecież miała to uczucie, że chociaż w porównaniu z nim była dziewczyną ubogą i skromną, nie dzieliło ich jednak nic nieprzezwyciężonego.
»Jeżeli kocha...« — myślała. W sercu jej śpiewało słowo czarodziejskie: »Kocha! kocha!« Gdy tylko ojciec jej poszedł do swego pokoju z gazetą, pożyczaną od kolegi biurowego, po której przeczytaniu wnet usypiał, Staś już usnął i Frania zaczęła przybierać się do snu, wybiegła na ganek.
Wieczór był ciepły, ale pochmurny, i gwiazd wcale nie było widać: tem goręcej wśród ciemności żarzył się szereg oświetlonych okien pałacu. Wiatr zrywał się z pod chmur chwilami dość silny, chwilami ustawał zupełnie. Raz zerwał się i rozniósł po obu ogrodach wielką falę tonów muzycznych.
Z za okien wysokich, wązkich, żarzących się od świateł, fortepian i wiolenczela zaczęły lać w ciemność ogrodu muzykę wielkiego stylu, poważną i spokojną.
Klara przebiegła ogród i stanęła przy sztachetach, tuż u altanki bzowej. Oparta o sztachety, słuchała i nie myślała już o niczem, tylko czuła rozkosz niewymowną, rozpływającą się po całej istocie. Było w tej rozkoszy uczucie piękna, złożonego z nocy chmurnej, z okien wysoko świecących w ciemności, z westchnień wiatru, z opływającego to wszystko morza muzyki prawie uroczystej. Ale najwięcej było w niej rzewności, wdzięczności, namiętnego wzbijania się duszy ku tym oknom, podobnym do otworów raju, przez które wylewała się jasność i harmonia rajska.
Z oczyma wzniesionemi ku szeregowi punktów świecących patrzała i słuchała, w pamięci jej szeptały słowa: »Dusze nasze będą razem!« i z mocą ogromną uczuła ich prawdę. Muzyka była duszą jego, która zlatywała do niej z góry i wchodziła w nią z pieszczotą palącą i słodką.
Zakryła twarz dłońmi i oddychając szybko, brała w siebie tony muzyczne, jak powietrze; oddychała nimi, myśląc, że oddycha jego duszą.
Kwadranse upływały, poczem na minut kilka stało się cicho, w pałacu grać przestano, ale po kilku minutach znów ozwała się muzyka cichsza, jakby więcej oddalona, bo wiolonczela umilkła a tylko fortepian śpiewał. Śpiewał dość długo, wiolonczela milczała; natomiast w alei u samych prawie sztachet ozwało się przyciszone stąpanie. Klara wyprostowała się, jakby prądem elektrycznym uderzona. Za sztachetami, tuż przed nią stanął mężczyzna wysoki i w ciemnościach nawet zgrabny, wziął w dłonie obie jej ręce i szeptem przemówił:
— Musiałem koniecznie dziś jeszcze panią widzieć. Grając, myślałem ciągle: »Pójdę do niej!« Przestałem grać i przyszedłem. Powiedziałem jemu: »Graj dalej, graj ciągle!« bo chciałem rozmawiać z tobą przy wtórze muzyki!... Jaka noc chmurna i jak wiatr szumi! Prawda, że tony muzyki na tle tego szumu tworzą jakiś haft napowietrzny? Posłuchajmy razem.
Coraz mocniej ściskał jej ręce w swoich, głowę przybliżał do jej głowy. Chwilę stali, słuchając. Pieśń tęskna i namiętna spajała się z szumem wiatru, który powiał z pod chmur i razem z nią uleciał pod chmury. Muzyka lała się dalej w ciemność ogrodu, zupełnie cichą.
— Czy dobrze, że przyszedłem? Musiałem cię widzieć i pożegnać na cały dzień jutrzejszy. Dziś, zaraz, stryj mój przyjedzie i zabierze mię do siebie na całe jutro... Zobaczę cię aż pojutrze. Czym dobrze zrobił, przychodząc dziś jeszcze, na chwilkę? Czy dobrze?
Upojona, prawie nieprzytomna, szepnęła:
— O, dobrze!
Pociągnął jej ręce tak, że cała pochyliła się ku niemu i zaczął znów szeptać:

— Idź do bramki w sztachetach, ja tam pójdę, spotkamy się, pójdziemy do naszej alei, na naszą ławeczkę... dobrze?
Ona przecząco wstrząsnęła głową i zaszeptała błagalnie:

— Nie... Niech mię pan nie prosi... o, niech mię pan nie prosi, bo pójdę...
Ruchem gwałtownym odsunął jej ręce, ale po sekundzie znowu przyciągnął je ku piersi.
— Tak! nie idź! dziękuję, żeś nie poszła! niech rozdzielają nas te sztachety. Ale nie odchylaj główki.. przybliż ją... pochyl... tak! o, moja droga!
Głowa jej leżała na jego piersi. W ciemności to wietrznej, to cichej... fortepian śpiewał, tęsknił, kochał... Z twarzą przy jej twarzy, z oczyma w jej oczach, zapytał:
— Kochasz mię?
Kilka sekund milczała, potem jak powiew najcichszy, z ust jej rozchylonych w upojeniu wyszedł szept:
— Kocham!
— O, droga!
Lecz w tejże chwili stało się coś nadzwyczajnego. Przed kilku już minutami wychyliła się była z ciemności postać ludzka i kilka razy to zbliżała się na palcach do pary rozmawiającej, to znowu trwożnie się oddalała. Był to człowiek, mający ubranie z guzikami metalowymi, które bielały mu u piersi i rękawów, ilekroć znalazł się w cieniu mniej głębokim. Szeptu pary stojącej u sztachet nie mógł słyszeć, może nawet nie widział kobiety, którą zasłaniała wysoka postać męska; ale tą ostatnią rozpoznawał dobrze i przez parę minut krążył za nią w niepewności co ma uczynić.
U sztachet mężczyzna, pochylony nad głową kobiecą, u piersi jego zwieszoną, szeptał:
— Spójrz na mnie!... nie uchylaj mi ust... daremnie... wynajdę... wezmę!...
W słowach tych, jakkolwiek bardzo cichych, brzmiał gwałt namiętności i woli człowieka, nawykłego do zwyciężania. Ale o kilka kroków za nim zabrzmiał głos pełen uszanowania i nieśmiałości, jednak wyraźny:
— Jaśnie oświecony książe!...
Mężczyzna drgnął od stóp do głowy, ręce opuścił i odwracając twarz, machinalnie zapytał:
— A co tam?
— Jaśnie oświecony książe stryj przyjechał i rozkazał szukać wszędzie jaśnie oświeconego...
Teraz dopiero ten, do którego stosowały się te słowa, opamiętał się i ogarnął go gniew ogromny. Z gestem gwałtownym i głosem drżącym krzyknął:
— Precz!

W alei zaszeleściły kroki oddalające się, bardzo pospieszne. On obrócił się znowu ku dziewczynie, która stała za sztachetami wyprostowana, zesztywniała, jak w ziemię wryta.

Próbując uśmiechnąć się, zaczął mówić:
— Wydało się wszystko! przeklęty fagas!... nie gniewaj się, bo uczyniłem to z obawy, abyś nie pierzchnęła.
Ona, z szeroko otwartemi oczyma zaszeptała:
— Pan... książe?
Było w tym szepcie coś prawie obłąkanego.
On zaczął znowu:
— No tak... ale cóż stąd? Czyż dlatego...
I próbował wziąć znowu jej ręce. Ale ona podniosła je ku głowie, zatopiła we włosach, i z ust jej wypadł krzyk bez słowa... tak głośny, że rozległ się po dwu ogrodach. Jednocześnie odwróciła się i jak w przestrachu śmiertelnym biegnąc, zniknęła w ciemnościach.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.