Rzeczpospolita Rzymska/Rozdział VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Zieliński
Tytuł Rzeczpospolita Rzymska
Wydawca J. Mortkowicz
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII
SCHYŁEK
49. SPOŁECZEŃSTWO RZYMSKIE

Od czasu gdy powstały na świecie formy współżycia w środowisku ludzkiem, daje się w niem spostrzegać dążność ku wyodrębnieniu z pośród siebie względnie nielicznej «elity», posiadającej w stosunku do ogółu szersze uprawnienia państwowe i większe dogodności życia osobistego. Dążność ta, będąca objawem zasadniczo zdrowym, wywoluje z kolei rzeczy dwie sprzeczne ze sobą, lecz zarówno niezdrowe tendencje: elita usiłuje zamknąć swoje koło i zarazem — swoją przynależność do niego wyzwolić od tej przewyżki zasług, która jedynie mogła ją usprawiedliwiać; pozostały zaś ogół dąży do zniesienia całkowitego tej elity i do opanowania jej stanowiska w życiu społecznem. Dążność pierwsza, mimo wszystko, jest już przez to samo szkodliwa, że wywołuje w sposób nieunikniony tendencję drugą; ta ostatnia zaś jest również szkodliwa, gdyż powoduje wstrząśnienia w życiu państwowem i, nie osiągnąwszy celu, sprowadza się ostatecznie do zamiany dawnej elity, stosunkowo lepszej, przez nową — gorszą.
Niegdyś elita Rzymian nosiła nazwę patrycjatu; była to arystokracja miecza, potomkowie tych, którzy potęgą swego oręża wywalczyli niepodległość naówczas bardzo jeszcze małego miasta rodzinnego. Na nieszczęście Rzym ówczesny zamknął się w kole wybranych, czyniąc szeregi ich niedostępnymi nawet dla najbardziej wybitnych przedstawicieli bezprawnego «plebsu». Wynikły stąd z biegiem czasu te zaburzenia polityczne, które obecnie nazywamy walką klas. Wodzami plebejuszów były jednostki najzdolniejsze do walki, to znaczy najmniej od patrycjuszów zależne; niezależność ta zaś wynikała z ich samodzielności materjalnej. Tym sposobem obok starożytnej arystokracji patrycjuszowskiej, arystokracji miecza, powstała nowa arystokracja, arystokracja trzosa, która rozpoczęła walkę z dawną. Bronią polityczną plebejuszów w tej dwuwiekowej walce był trybunat ludowy; walka skończyła się zwycięstwem trybunatu, a wynikiem zwycięstwa było, że obie arystokracje, patrycjuszowska i plebejuszowska, zespoliły się, tworząc nową elitę — stan szlachecki (nobilitas). Ustaliwszy ten zespół, stan szlachecki ze swej strony, na wzór starego patrycjatu, powziął szkodliwą dla siebie dążność, by zamknąć swoje szeregi, utrudniając wszelkiemi sposobami wejście do nich «ludziom nowym» hominibus novis. Skutek był ten, że obok arystokracji, która w drugim wieku stała się już arystokracją rodową, nobilitas, — powstała nowa arystokracja trzosa. Byli to «rycerze rzymscy» equites Romani, którzy w znacznym stopniu zatracili swoją łączność z konnicą.
Spójrzyjmy nasamprzód na nobilitas, która coraz bardziej się zespala ze stanem senatorów. W gruncie rzeczy o należeniu do tego stanu decydował także cenzus: istniał «cenzus senatorski», narówni z rycerskim, o wiele odeń wyższy. Ale gdy cenzus rycerski dawał prawo jego posiadaczowi (o ile na nim nie ciążyły braki moralne) do zaliczenia się w poczet rycerzy, to cenzus senatorski otwierał przed jego właścicielem możność wejścia do senatu, a przez senat do szeregu szlachty. Jakże możność ta wchodziła w życie? Na opróżnione wakanse senatorskie w epoce, o której mowa, cenzorzy wyznaczali kandydatów; ale swoboda ich wyboru była ograniczona zwyczajem, zwyczaj zaś wymagał, aby wyznaczać najpierw byłych magistratów, t zn. przedewszystkiem mężów konsularnych, pretorjów, edylycjów, o ile ci nie byli jeszcze senatorami, a następnie trybunicjów i kwestorjów, po których wyznaczeniu miejsc wolnych zazwyczaj już nie było. Wypadało z tego, że do senatu dostawali się wyłącznie dawni magistraci, a kto był magistratem? Ci, których wybierał lud. Zasada niewątpliwie demokratyczna: lud nie był niczem związany i mógł wybierać pierwszego lepszego obywatela nawet z pośród najnowszych. Mógł, ale nie wybierał. Czemu? Dlatego, że nie chciał.
Dziwny demokratyzm, nieprawda? Chodzi o to, że demokracja rzymska posiadała strukturę nadzwyczaj arystokratyczną. Jako kandydaci występowali Korneljusz Scypjo, Cecyljusz Metellus, pierwszy patrycjusz, drugi plebejusz, ale to wszystko jedno, gdyż obaj byli nobiles w najwyższym stopniu: same nazwiska nie mało były warte. I tu obok nich — Mummjusz. Mummjusz? Co to za jeden ten Mummjusz? Co to jest Mummjusz? Co mu przyszło do głowy mierzyć się ze Scypjonami i Metellami? Oczywiście, że w dziewięciu wypadkach na dziesięć kandydatura jego przepadała, i co jeszcze oczywistsze, że on w dziewięciu wypadkach na dziesięć nie wystawiał się na pośmiewisko i raczej wolał pozostawać rzymskim rycerzem. Taka była siła i urok zwyczaju; nobilitas umiała stworzyć ten urok i potrafiła z niego skorzystać. Co do nas, to podziw nas ogarnie, gdy się dowiemy, że jedynem niemal ściśle oznaczonem prawem do nobilitas było jus imaginum, to znaczy prawo umieszczania w atrium swego domu woskowych masek swych przodków, poczynając od tego, który pierwszy osiągnął magistraturę kurulną.
Wydawać by się mogło, że cóż to kogo obchodzi, co się zawiesza na ścianie własnego pokoju? Otóż nie, kontrola istniała; istniała w czasie zwykłym i nadewszystko w tych uroczystych chwilach, kiedy czcią otoczone imagines opuszczały swe miejsca. Powód ku temu dawał pogrzeb, którego obrzędowość sięgała bardzo zamierzchłych czasów. Rozpoczynał się on wezwaniem herolda: «Tego oto Kwirytę zabrała śmierć; kto łaskaw, niech się przyłączy do żałobnego orszaku dla jego uczczenia; właśnie zwłoki jego wynoszą». Na czele szły płaczki zawodząc; za niemi muzykanci, tancerze... tak jest, i tancerze: świat antyczny znał taniec żałobny również jak i wesoły i miał w tem słuszność. We wszystkiem tem dotąd nic osobliwszego niema, ale oto ukazuje się naraz — sam nieboszczyk. Tak jest, sam on przechodzi ulicą w takiej postaci, w jakiej go znano za życia; jego odzienie, jego ruchy, jego — wprawdzie woskowe rysy. A za nim, na rydwanach, jeden za drugim — przodkowie, począwszy od pierwszego co niegdyś zajmował krzesło kurulne, każdy we właściwych swemu stanowisku szatach, każdy w otoczeniu należnej mu ilości liktorów, dwunastu dla mężów konsularnych, sześciu dla pretorjów. Oto na co były potrzebne maski, które wisiały na ścianach atrium. Proszę sobie teraz wyobrazić cały nieskończony szereg tych przodków, wszystkich Klaudjuszów (jeżeli chowali Klaudjusza), począwszy od Attusa, który w pierwszym roku republiki przeszedł od Sabinów do Rzymu. Wszyscy oni zatem opuścili swój wiekuisty przybytek, wszyscy poszli odprowadzić do grobu swego potomka. Można sobie wyobrazić rozmowy otaczających: «To ten, co pobił Ekwów; to ten, co zbudował drogę Appjuszową; to ten, co oblegał Kapuę; to ten (dodawano półgłosem), który postradał swą flotę pod Drepaną». Tak cała historja ojczysta przesuwała się przed oczami widzów i cała historja rodu Klaudjuszów. Otóż, co znaczyło być Klaudjuszem: i jakże wobec tego oddawać pierwszeństwo jakiemuś Mummjuszowi?
Ale nietylko śmierć — i życie wyróżniało przedstawiciela szlachty. Nie było ono bynajmniej poświęcone rozkoszom: o ile, rzecz prosta, rozumieć przez to uroczystości domowe, stanowiące dla gospodarza źródło nieskończonych trosk i kłopotów, związanych z podejmowaniem przyjaciół i krewnych — to były i rozkosze; ale weźmy zwyczajny dzień powszedni. O wschodzie słońca nobilis opuszcza swoją sypialnię, udając się do atrium przepełnionego już ludem. Są to klijenci; każdy ma jakąś sprawę. Ten wydaje zamąż córkę i radby wiedzieć, czy patron akceptuje wybór narzeczonego; trzeba go dokładnie wypytać, kazać narzeczonemu takiego a takiego dnia przedstawić się osobiście; jeżeli się podoba, patron nie poskąpi na wiano dla narzeczonej. Inny chciałby kupić dom w Suburze; zysk niewątpliwy, kapitał również prawie zebrany, brak jedynie dziesięciu tysięcy sestercjów; czyżby patron nie raczył?... Jeszcze innemu zagraża sąd za sprzeniewierzenie; on — rzecz prosta — wcale nie winien, ale powód postarał się o fałszywych świadków; och, gdybyż patron raczył wziąć na siebie obronę! Wreszcie jeszcze dwaj prowadzą spór ze sobą, a ponieważ obaj są klijentami, więc patronowi wypadnie ich rozsądzić. Godziny upływają; czas na forum; do forum naszemu szlachcicowi mieszka on, oczywiście, we «wspaniałych Karynach» (lautae Carinae) dość daleko, a w Rzymie pojazdów dla mężczyzn niema. I oto udaje się on piechotą w ciężkiej todze, śród skwaru lipcowego słońca, idzie wolno (senatorowi nie wypada chodzić szybko), raz wraz ocierając chustką czoło obficie zroszone potem. Na forum już go oczekują: jeden się procesuje, za drugim trzeba poręczyć u lichwiarza, za trzeciego zapłacić poręczoną należność: trudna rada — chyba tylko surowa nauczka, wygłoszona lekkoduchowi, zdoła sprawić ulgę wewnętrzną. Tak do zachodu słońca, i zaledwie wieczorem, wróciwszy do domu, można będzie oddać się życiu rodzinnemu.
Rozumie się samo przez się, że wszystkie te usługi są darmowe. Jakkolwiek śród klijentów bywają ludzie zamożni, jednakże patron od żadnego z nich za swoją obronę nie przyjmie nawet najmniejszego daru: honor szlachecki na to mu nie pozwala. Jego klijentela — to swojego rodzaju państwo: panuje w niem własne bóstwo — to genjusz «naszego Gajusa», którego imieniem nie radzę krzywoprzysięgać; własne uroczystości, — urodziny «naszego Gajusa» i członków jego familji; własne sądy — ów sąd domowy, o którym była mowa; nawet własna moneta — ołowiana moneta zdawkowa z wybitym symbolem «naszego Gajusa», mająca wartość obiegową we wszystkich sklepach jego dzielnicy. Zachodzi jednakże pytanie, z jakich funduszów utrzymuje patron swój dom w kosztownych Karynach, swoje wille w Tyburze, Tuskulum, Ancjum, swoją liczną czeladź i pokaźną część swojej klijenteli?
Przeważnie z dochodów, jakie przynoszą mu włości — i tu dotykamy bolesnego miejsca naszej epoki. Droga do przemysłowo — handlowych obrotów zamknięta była dla szlachcica prawem, wydanem jeszcze na samym początku drugiej wojny Punickiej, które do ostateczności ograniczało senatorów w korzystaniu ze środków przewozowych, uzasadniając to tem, że wszelki zarobek (quaestus) jest rzeczą hańbiącą dla ojców miasta. Wygrało na tem oczywiście rycerstwo, arystokracja trzosa, która tym sposobem została zwolniona od niebezpiecznego współzawodnictwa. Tembardziej zmuszony był nobilis dążyć do powiększenia swych włości, co osiągano za pomocą t. zw. okupacji, czyli zajmowania italskiej ziemi państwowej (ager publicus), ściągniętej niegdyś na rzecz Rzymu z gmin podbitych:
Senatorowi zatem pozostawiono gospodarkę naturalną, rycerzowi — pieniężną; taki był podział dóbr pomiędzy dwa stany uprzywilejowane. Całe mnóstwo surowca gromadziło się w willach gospodarczych (villae rusticae) magnata; wiele zboża, wina, tkanin i t. p. zwożono do Rzymu, albo do willi podmiejskiej. Nie miała ona nic wspólnego z naszą tego rodzaju siedzibą, chociażby i pańską: weźmy willę Klaudjuszów przy drodze Appjuszowej z jej «szalonemi podstawami», pod któremi dawano schronisko setkom uzbrojonych ludzi; — to był raczej zamek średniowieczny, poprzednik tych, z których w piętnaście wieków potem Colonna i Orsini szerzyli grozę w tych samych miejscach. Tymczasem — nic w nich strasznego nie było; Rzym był uporządkowany, prawo panowało powszechnie.
Klijenci nie mieli potrzeby z bronią w ręku ochraniać swego patrona; wdzięczność swoją mogli wyrażać w inny sposób. Powód ku temu dawało wystawianie przez patrona swojej kandydatury na jakąkolwiek z wyższych magistratur. Tego dnia przywdziewał on szczególnie olśniewającej białości togę, togam candidam, (z czego, mówiąc nawiasem, powstał i sam wyraz «kandydat») — i obchodził po głównych ulicach (ambiebat) wyborców. Był to zwyczaj starożytny, mający sens w tych dawnych czasach, kiedy wszyscy obywatele maleńkiego Rzymu znali się wzajemnie — zwyczaj zachowany i w czasach późniejszych. Sam kandydat rozumiał jego niedorzeczność. Jeden z nich, krążąc tak w towarzystwie filozofa greckiego, poprosił go, ażeby ten się oddalił: «wstyd mi ciebie, przecież zaraz będę musiał tumanić». Bez tego nie było sposobu: groziła przegrana. I oto kandydat nasz kroczy po ulicach; za nim w białych togach ciągnie nieskończony ogon klijentów. Im ogon dłuższy, tem większy wpływ, znaczenie, urok kandydata, tem większe i jego szanse. Jednakowoż — sam ogon nie wystarcza. Trzeba zapewnić sobie poparcie osób wpływowych z trzeciego stanu obywateli. Ale jakże ich rozpoznać, skoro ich tysiące? W tym celu obok kandydata kroczy specjalista tego fachu, jego niewolnik-nomenclator. Jest to chodząca księga adresowa. Oto podszepnął nieznacznie kandydatowi: zbliża się Kwintus Aufidjusz Gallus, jeden z przedstawicieli sukienników z za Tybru, wielce wpływowy w dzielnicy (tribus) Mecjuszowej, niedawno pochował najstarszego syna. I kandydat wyciąga do sukiennika dłoń (prensat) — «jak się masz, Kwintusie Aufidjuszu?» Wyraża ubolewanie z powodu ciężkiego ciosu, jaki go dotknął. Już to jedno, że magnat zna go po imieniu, schlebia mu ogromnie, a wyrażone przezeń współczucie czaruje go jeszcze bardziej. Rzecz oczywista, że głosy z dzielnicy Mecjuszowej ma zapewnione. — Teraz trzeba wyrzucić z głowy te śmiecie, gdyż zbliża się L. Torjusz, właściciel łaźni handlowych z ulicy Wysokiej, który w tych dniach córkę zamąż wydaje. Trzeba mu powinszować: on — powiada nomenklator — trzyma w zanadrzu wszystkie głosy dzielnicy Welińskiej. I tak wciąż dalej i dalej posuwa się olbrzymi wąż, chłonąc jedną dzielnicę za drugą. Dzięki bogom — sprawa idzie pomyślnie, kandydatura na wyborach nie będzie odrzucona (repulsa).
Ale zdobycie magistratury — to dopiero jedna część zadania; druga polega na tem, by tak nią pokierować, ażeby zapewnić powodzenie kandydaturze następnej. Umiejętność, gorliwość, uczciwość, wszystko to bardzo piękne, ale mało widoczne. Ludowi potrzeba świetności, zwłaszcza jeżeli magistrat jest edylem, t. zn. należy do tych, co urządzają igrzyska dla ludu. Dajmy na to, że państwo edylowi wyznacza na ten cel pewną sumę pieniędzy, ale zostałby sromotnie wygwizdany ten, komuby przyszło do głowy poprzestać na tej sumie. Nie, trzeba dodać podwójną i potrójną sumę od siebie. I oto dotykamy drugiego bolesnego miejsca zaczarowanego koła karjery magistrackiej. Edylitet był stanowiskiem nad wyraz rujnującem: człowiek o przeciętnej fortunie senatorskiej opuszczał je zubożałym. Jak poprawić nadwyrężone mienie? Możność ku temu dawało stanowisko pretora, jeżeli obranemu pretorem los wyznaczył prowincję: pozycja namiestnika nawet w zakresie legalnych tylko poborów była dość intratną, tembardziej zaś, jeżeli kto nie miał skrupułów i nie gardził łapówkami i zdzierstwem... dajmy na to, że w domu czekał go za to proces (de repetundis), ale można było zaryzykować. W rezultacie wypadało, że za zabawy ludu rzymskiego — płaciła prowincja.
Takiem było życie pierwszego, rządzącego stanu senatorów. Liczniejszy był stan drugi — rzymskich rycerzy, ordo bonestissimus, jak ich pospolicie nazywano dla odróżnienia od ordo amplissimus — senatorów. Przedstawicieli ich również można było spotkać na forum; dawali się oni łatwo poznać po wąskim czerwonym pasie w tem miejscu tuniki, gdzie rozwiewała się toga, t. j. na piersiach; u senatorów w tem samem miejscu widniał czerwony pas szeroki. Z pośród nich pochodzili ci bankierzy, którym musiał składać poręczenie wspomniany senator; tu u bramy Janusa znajdowała się ich giełda, gdzie equites załatwiali operacje pieniężne — dość skomplikowane, mówiąc nawiasem, z zastosowaniem procentów, akcji, buchalterji — nawet podwójnej i t. d. Ponieważ quaestus nie był dla nich uważany za rzecz hańbiącą, przeto nie podlegali oni w swoich operacjach handlowych żadnym ograniczeniom; główną ich działalnością były operacje pieniężne, bankierskie, a zasadniczym terenem tej działalności — były prowincje. Tu mamy następujące obrazy. Miasto obłożone daniną; winno ono w pewnym terminie zapłacić taką a taką sumę kwestorowi swego namiestnika. Tymczasem pieniędzy brak. I oto niezbędną kwotę pożycza mu miejscowy bankier, rycerz rzymski — M. Cylnjusz... Pojedyńcza jednostka całemu miastu? Tak jest. Wszak jednostka ta reprezentuje firmę — M. Cylnjusz i S-ka, mówiąc po naszemu, która dysponuje dużym kapitałem obrotowym dzięki uczestnictwu akcjonarjuszów i udziałowców, którymi bywali nawet senatorzy: ci tym sposobem, ominąwszy prawo, mieli możność zarobkowania. Pożyczka udzielona bywała oczywiście na procent, nieraz wysoki, jeżeli miasto było w ciężkich warunkach. Ale co począć, jeżeli się okaże, iż miasto nie jest w stanie zwrócić pożyczki? Wówczas bankier udaje się do namiestnika. Dalej zaś? Jeżeli bankier był w laskach u namiestnika (zwłaszcza jeżeli namiestnik sam był udziałowcem jego firmy) — wówczas do krnąbrnego miasta wyśle oddział uzbrojony, każe aresztować parę dziesiątków zamożniejszych obywateli, sprzedać ich mienie przez licytację i tą drogą zbierze na rzecz bankiera niezbędną sumę. Ale mogło stać się inaczej: namiestnikiem mógł się zdarzyć jakiś M. Kato; mógł zażądać pokazania sobie weksli — a przekonawszy się że bankier wymaga 48%, zredukować je do 6% i zaproponować obowiązującą dla obu stron spłatę kapitału w słusznych ratach. Takiego namiestnika lud prowincji błogosławił; jednakowoż bankier, przeklinając go w duchu, myślał: jakiby znaleźć sposób, ażeby namiestników podporządkować nam, rycerzom rzymskim.
A tymczasem obraz drugi: Jesteśmy w Sycylji; mieszkańcy jej, rolnicy, obowiązani składać do skarbu rzymskiego dziesięcinę z zebranego zboża. Oczywiście jednak pretor-namiestnik i jego nieliczny sztab (cohors praetoria) nie mają personelu potrzebnego do pobierania tej dziesięciny; wskutek tego pretor wypuszcza ją w dzierżawę zamieszkałym w Sycylji rycerzom rzymskim, którzy stają się tym sposobem dzierżawcami (publicani). Komuż on wypuszcza np. dziesięcinę z powiatu Panormitańskiego? Rzecz prosta, temu, co za nią najwięcej ofiaruje. Korzystne przeto jest dla skarbu, jeżeli konkurentów bywa kilku. Ale konkurenci doskonale rozumieją, że współzawodnicząc wzajemnie, działają jedynie na własną niekorzyść, i by się od tego uchronić, robią zmowę: do licytacji stanie tylko jeden, zaofiaruje możliwie najniższą cenę, którą namiestnik zmuszony będzie przyjąć. Pomyślane nieźle; ale mogło się zdarzyć inaczej. Współzawodnikiem mogło się okazać samo miasto Panormus: zaofiaruje namiestnikowi sumę wyższą od proponowanej przez dzierżawców, i obie strony na tem zyskają — rolnicy i skarb rzymski, a dzierżawcy za chciwość swą będą ukarani. I znowu, przeklinając namiestnika, myślą nad tem, jakiby wynaleźć sposób, żeby pozbawić go prawa wydzierżawienia dziesięciny komukolwiek innemu, oprócz nas, publikanów? Muszę tu zastrzec, że bynajmniej nie wszyscy rycerze należeli do tych dwóch klas, t. j. bankierów i dzierżawców: ci niestanowili nawet większości. Zdarzały się z pośród rycerstwa jednostki, zajęte pracą produkcyjną przemysłowo-handlową, byli również i rolnicy municypalni, którzy w swych municypjach (t. j. miastach italskich z rzymskiem prawem cywilnem) grali taką rolę, jak senatorzy w Rzymie; takim był w Tuskulum M. Kato przed sprowadzeniem się swojem do Rzymu. Ale historja, zaznaczając naogół ich pożyteczną działalność, nie zajmuje się nimi; o ile rycerstwo odegrało rolę w życiu politycznem, była ona taka, jaką podaliśmy wyżej, niezbyt dodatnia.
Takiemi były oba uprzywilejowane stany: senatorski i rycerski; trudno mówić o trzecim, bezimiennym, wskutek nadzwyczajnej różnorodności. Należał do niego cały szereg stanów.
Po pierwsze — stan urzędników kancelaryjnych, scribae, którego znaczna część gromadziła się w kancelarji kwestorów, swojego rodzaju ministerstwie finansów. Faktycznie, spędzając całe życie przy biurkach, obeznani byli oni ze sprawą doskonale. Kwestor obierany na rok jeden, w dodatku na samym początku swej magistrackiej karjery, reprezentował jedynie władzę, nie zaś znajomość rzeczy, i bez potrzeby nigdy nie wdawał się w spory z sędziwym dyrektorem swojej kancelarji.
Po drugie — przedstawiciele obywateli poszczególnych dzielnic, t. zw. tribuni aerarii, obierani z pośród zamożniejszych w celu pośredniczenia pomiędzy ogółem obywateli a skarbem.
Po trzecie — członkowie licznych t. zw. kolegjów, t. j. związków zawodowych (albo cechów, korporacji), które stanowiły pewnego rodzaju państwa w państwie, mając swych przedstawicieli, swój skarb, nawet własne monety, swych bogów-orędowników, swe własne uroczystości, obchodzone bądź w rzymskiej siedzibie związku, bądź w podmiejskim szyneczku. Kolegja czasami, uczyniwszy zmowę, brały niepożądany udział w życiu politycznem Rzymu i dlatego miały skierowany na siebie wzrok — czujny wzrok władzy państwowej.
W trzeciej kategorji odrębną klasę stanowili wyzwoleńcy (libertini). Nadanie swobody niewolnikowi czyniło go obywatelem rzymskim, jednakowoż nie korzystał on z pełni praw; nie miał prawa być wybranym na urząd państwowy (jus honorum), a w prawie wyborczym (jus suffragii) był ograniczony: wszyscy wyzwoleńcy podawali swe głosy w jednej z dzielnic miejskich. Libertinus pozostawał klijentem swojego dawnego pana, a obecnie patrona, którego imię zastępowało mu imię ojca; tym sposobem, gdy wolny z urodzenia podpisywał się (raczej nadpisywał się) M(arcus) Porciua M(arci) f(ilius) Cato, wyzwoleniec jego Abascantus winien był podpisywać Się M(arcus) Porcius M(arci) l(ibertus) Abascantus. Pod tem mianem był on członkiem jakiegokolwiek kolegjum zawodowego i musiał być koniecznie członkiem swojej licznej klasy wyzwoleńców, która posiadała własne interesy stanowe i broniła ich należycie. Rola społeczna wyzwoleńców była bardzo znaczna, przedewszystkiem w życiu ich patronów, dla których stawali się oni nieraz najbliższymi ludźmi. A ponieważ byli to zazwyczaj barbarzyńcy, w najlepszym wypadku Greko-azjaci, przeto z powodu wtargnięcia ich do obywatelstwa rzymskiego ucierpiała niemało czystość rasowa. Istotnie już syn wyzwoleńca stawał się kompletnie uprawnionym obywatelem rzymskim, gdy czystej krwi Samnita albo Umbryjczyk nie mógł marzyć o czemś podobnem.
Taki był skład społeczeństwa cywilnego rzymskiego w drugiej połowie II stulecia.

50. BRACIA GRAKCHOWIE

Sławny zwycięzca Hannibala, Scypjo Afrykański, umierając w r. 183, wyraził w swym testamencie życzenie, ażeby najmłodsza jego córka Kornelja, podówczas małoletnia, we właściwym czasie została wydana zamąż za jego szlachetnego przeciwnika, byłego trybuna ludowego, Tyberjusza Sempronjusza Grakcha. Życzeniu bohatera stało się zadość, i w błogosławionym tym związku Kornelja obdarzyła męża swego całym szeregiem dzieci. I nietylko je zrodziła, ale też wychowała je w duchu tradycji starorzymskich, które wyniosła z patrycjuszowskiego domu swojego ojca. To też szczyciła się swojem zazdrości godnem potomstwem; opowiadają, że kiedy odwiedziły ją przyjaciółki, żony możnowładców, i gdy w próżności kobiecej zaczęły pysznić się drogocennemi ozdobami, ona zawołała swe dzieci i wskazując na nie rzekła: oto moje klejnoty.
Teraz dzieci te podrosły — troje, którym sądzone było życie zachować: córka Sempronja i dwaj synowie Tyberjusz i Gajus. Sempronję wydano zamąż za przyrodniego jej brata z adoptacji, Scypjona Młodszego. Obaj młodzieńcy, jako synowie Grakcha i wnuki Scypjona Starszego, mieli przed sobą otwartą karjerę magistratów. Sama Kornelja zachęcała ich do tego, a przedewszystkiem Tyberjusza, jako starszego: Rzym nazywa mię teściową Scypjona, mówiła, alejabym wolała, żeby mnie nazywa matką Grakchów.
We właściwym czasie Tyberjusz wystąpił jako kandydat do kwestury: lud, pomnąc doskonale ojca jego, chętnie oddał za nim swe głosy.
W charakterze kwestora musiał towarzyszyć konsulowi do Hiszpanji; przejeżdżał przez Etrurję. Uderzyła go pustka tego rozkosznego kraju. Jak ją wytłumaczyć? Okazało się, że kraj, którym jechał, był to ager publicus, zajęty przez możnowładców. Uprawianie tej ziemi nie opłacało się, gdyż zboże sycylijskie i afrykańskie z nowozagospodarowanej prowincji Afryki wypadało taniej niż italskie; i oto ziemie orne puszczone były na łąki i pastwiska. Przypomniał sobie te rzesze obywateli rzymskich, które tłoczyły się w atrjach Scypjonów, Pawłów, Klaudjuszów, a wreszcie i w jego własnem; tam ludzie bez ziemi, tu ziemia bez ludzi; zapomocą jednego środka można było jednej i drugiej klęsce zaradzić. A sposób na to był: przeszło dwieście lat temu naród przyjął prawo Licynjusza i Sekstjusza. Na zasadzie tego prawa ograniczony został ager publicus w rozmiarach do 500 hektarów, które wolno było zająć jednemu obywatelowi. Prawo to jednak obecnie było zapomniane. A gdyby o niem ludowi przypomnieć?
Jednakowoż narazie myśli tej trzeba było zaniechać: Tyberjusz jechał do Hiszpanji, aby się stawić w obozie konsula Mancyna, a w Hiszpanji toczyła się wojna. Dajmy na to, że wojna była tam zjawiskiem powszedniem, ale obecnie się zaostrzyła; ogniskiem sił hiszpańskich było bohaterskie miasto Numancja. Mancynus oblegał Numancję, ale mu się nie powiodło; podczas jednego z manewrów, Hiszpanom udało się wciągnąć go w wąwóz podobny do Kaudyńskiego; Mancynowi groziła zguba. Rozpoczyna z wrogiem układy o kapitulację; Hiszpanie gońców jego odsyłają z powrotem: «nie wierzymy nikomu oprócz syna starego Grakcha». Chodziło o to, że nie gdyś był on u nich namiestnikiem; gdyby wszyscy byli tacy, nie byłoby wojny. Tak oto młodemu kwestorowi wypadło być pośrednikiem pokoju pomiędzy nieprzyjacielem a konsulem; rzecz prosta, jednakże, że warunki układów musiały być dość ciężkie: Hiszpanie wyzyskali korzyści swego położenia. Z tem wszystkiem wódz miał możność wycofania się ze sztabem i wojskiem, pozostawiając obóz w ręku nieprzyjaciela. Uszedł i Tyberjusz; na raz przychodzi mu na myśl, co będzie, gdy pokaże się w Rzymie bez ksiąg skarbowych? Wziąwszy ze sobą trzech wiernych przyjaciół, powraca do Numancji, już nie w roli pośrednika pokoju, lecz poprostu jako żołnierz rzymski. Hiszpanie zapraszają go do siebie. Drgnął Tyberjusz: ci spostrzegli jego wahanie: «Syn starego Grakcha niech się niczego nie lęka» dodali. Wówczas przyjął ich zaproszenie. Spotkali go z nadzwyczajnymi honorami, zwrócili mu jego księgi skarbowe i zaproponowali, by ze swego mienia zabrał wszystko to, co porzucił w obozie. Ale Tyberjusz wziął jedynie libacyjny kielich rodzinny i, złożywszy dzięki uprzejmym nieprzyjaciołom, odjechał.
Tymczasem w Rzymie czekały go ciężkie chwile. Senat odrzucił pokój, zawarty przez swego konsula, i ażeby usprawiedliwić się przed wrogami, uchwalił wydać im samego konsula. Hiszpanie zresztą nie chcieli go przyjąć, i Mancynus nadaremnie dzień cały stał pod zamkniętą bramą Numancji.
Jednakże to był początek oziębienia stosunków pomiędzy Tyberjuszem a senatem.
Tylko początek. Tyberjusz był, w najlepszem słowa tego znaczeniu, najświetniejszym młodzieńcem w Rzymie: oblicze jego tchnęło szlachetnością, a jednocześnie znamionowało dziwną delikatność; jego mowa, jego obejście, wszystko w nim było czarujące. Ponadto szła za nim sława waleczności. Klęska rzymskiego wojska w Hiszpanji nie dała mu coprawda możności okazania męstwa, ale wszyscy pamiętali, jak będąc jeszcze prawie chłopięciem i walcząc w armji Scypjona Mlodszego w Afryce, pierwszy stanął na murach zdobytego miasta. Zwłaszcza w prywatnej rozmowie urok jego był nieodparty. Zdarzyło się pewnego razu, że Tyberjusz siedział przy winie w jednej kompanji, w której brał udział i Appjusz Klaudjusz, znamienity mąż konsularny, patrycjusz dumny, jak wszyscy Klaudjusze. Ten długi czas zachwycał się młodzieńcem, wreszcie nie wytrzymał: oznajmił mu, iż życzyłby sobie mieć go za zięcia. Tyberjusz mógł tylko z radością przyjąć tę pod każdym względem świetną propozycję. Po powrocie do domu Appjusz wesoło zawołał do żony: «Czy wiesz, Antystjo? dziś wyswatałem naszą Klaudję». Matrona wybuchła: «Choćbyś miał ją wydać za samego Tyberjusza Grakcha, powinieneś był przedtem naradzić się ze mną.» — «Właśnie jemu też ją wyswatałem,» odrzekł, śmiejąc się stary patrycjusz.
I oto wreszcie nadszedł dla Tyberjusza prawem przewidziany czas, w którym ten mógł się domagać następnego stanowiska na urzędzie państwowym — stanowiska trybuna ludowego. Znowu mu się powiodło. Lud wybrał go w poczet tych dziesięciu, którzy stanowili coroczne kolegjum.
W tych czasach trybuni dawno już przestali być postrachem możnych: sami będąc senatorami, prowadzili politykę senatorską; jeżeli kogo poskramiali, byli to magistraci w tych wypadkach, kiedy działalność ich była w sprzeczności z wolą senatu. Ale Tyberjusz był innego mniemania. Marzył o tem, ażeby ludowi wrócić czasy Licynjuszów i Sekstjuszów; trybunatu swego chciał użyć poto, ażeby przeprowadzić swe prawo o podziale ziemi państwowej (lex agraria).
Zastanówmy się, czy miał on słuszność w tej kwestji co do istoty i co do formy.
Co się tyczy istoty rzeczy, to nie ulegało wątpliwości, że sprawa agrarna wymagała jaknajszybszego rozwiązania. Całe okręgi Italji pustoszały dzięki temu, że właściciele ziemscy przechodzili od rolnictwa do hodowli bydła. Skądinąd znowu i liczba obywateli rzymskich, jak świadczyły o tem cenzusy, stale się zmniejszała. Z tem wszystkiem należało odróżniać: ten ager publicus, który był zamieniony na pastwiska, zyskałby Bezwzględnie, gdyby go rozdzielić na parcele i rozdać rolnikom; ale ten, który był uprawiany przez potomków dawnych właścicieli, dziś fermerów, należało pozostawić po dawnemu, gdyż dając go rolnikom, wypadałoby puścić z torbami jego dotychczasowych posiadaczy. Następnie: okręgi, nadające się do bardziej intensywnych gospodarstw, położone były nietylko w Italji, lecz w jeszcze większym stopniu w prowincjach: na Sardynji, na Korsyce, w Gallji, w Hiszpanji. Tam też należało skierować nadmiar ludności rzymskiej drogą tworzenia kolonij. I po trzecie — nie wolno było zapominać, że od czasu Licynjusza i Sekstjusza zmieniły się pojęcia o bogactwie: obszar 500 ha, wystarczający na owe czasy, był oczywiście teraz niedostateczny.
Przechodząc od istoty rzeczy do formy, należało zapytać siebie, czy było celowe, wobec zmienionych stosunków, przeprowadzenie takiego prawa zapomocą zgromadzenia ludowego i z pominięciem senatu. Czem był podówczas lud, ów populus Romanus Quirites?
Unikać tu będziemy wszelkiej krańcowości. Onego czasu wyobrażano sobie pod imieniem Kwirytów szczyt doskonałości politycznej; słowa «lud rzymski» samym swym dźwiękiem czarowały ucho i rozbrajały krytykę. W ostatniem stuleciu — przeciwnie, ten lud rzymski opisywano, jako wiecznie głodny, obleśny i buntowniczy motłoch, gotowy poświęcić całe dobro państwa za kawał chleba. I jedno i drugie jest niesłuszne. Lud rzymski — od Korjolana do Kamilla, od Kamilla do Fabrycjusza, od Fabrycjusza do Scypjonów — przeszedł trwałą i poważną szkołę władzy; wychowany w tej szkole, istotnie stał się ludem rządzącym, i pod tym względem żaden z narodów Europy nowożytnej nie może się z nim porównać. Ażeby się o tem przekonać, wystarczy przeczytać pierwszą lepszą mowę Cycerona, skierowaną do ludu (mowy Katona i Grakchów niestety zaginęły) i porównać ją z przemówieniami współczesnych mówców wiecowych, albo artykułem, przeznaczonym dla pisma ludowego. Nie mówiąc już o szlachetności tonu ówczesnego i trywialności dzisiejszego, samo porównanie treści, charakteru i biegu myśli, linji wywodów — stwierdza, że tam miało się na celu przekonanie ludzi myślących albo zmianę istniejącego ich przekonania, gdy tu chodzi o to, by obuchem wbić dany pogląd tłumowi, niezdolnemu do myślenia.
Wszystko to było niewątpliwie słuszne, a jednakże ku końcowi II stulecia zgromadzenie ludowe stało się już niemal fikcją. Lud rzymski rozsiedlił się po Italjj — a i ta jego część, która pozostała na miejscu, niezbyt pochopnie uczęszczała na zebrania ludowe. Było rzeczą naturalną, że ton nadawali klijenci tego magistrata, który zwoływał zgromadzenie, a pozatem i ci, co na niego podali swe głosy w czasie wyborów, a jak to się robiło — widzieliśmy wyżej; była to część ludu zorganizowana i zawczasu przygotowana, wobec której inna część nic zdziałać nie mogła. Oto dlaczego rzekome «zebranie ludowe» zawsze w sposób twierdzący odpowiadało na wnioski, stawiane przez magistrata, który je zwołał; miało to takie znaczenie, że za pośrednictwem zebrania ludowego rządził państwem i prawa wydawał właśnie ten magistrat — inaczej mówiąc, że władza jego była jednoosobowa, czyli, że była tyranją. Stąd święty zwyczaj Rzymu republikańskiego — nie zgłaszać żadnego prawa na zgromadzenie, póki go nie rozważy i nie przyjmie zebranie trzechset dojrzałych wiekiem i doświadczeniem obywateli, niemal bez wyjątku — dawnych magistratów. Przeciwstawienie «senat, czy lud», «arystokracja, czy demokracja» — w danym wypadku stały się pozorem; w rzeczywistości trzeba było wybierać między senatem a jednoosobowym magistratem, między arystokracją — a tyranją.
I czyż kwestja prawa agrarnego była w senacie tak beznadziejna? Bynajmniej. Wielu widziało w niem pożądaną naprawę stosunków rolnych w Italji. Przyjaciel Scypjona Leljusz sam myślał nad opracowaniem właściwego prawa; wprawdzie zrzekł się on swego zamiaru, przekonawszy się o nieprzejednanem stanowisku znacznej liczby senatorów — za co był przezwany Sapiens; ale to, co nie powiodło się dziś, mogło udać się jutro: współczujących sprawie było bardzo wielu.
Tyberjusz jednak był niecierpliwy. Idea zbawienia Italji wydawała mu się tak piękną, jego powodzenie krasomówcze u ludu tak go z nim zaprzyjaźniło, że nie wyczuwał fatalnego charakteru drogi, na którą wejść był gotów. W tem jego postanowieniu utwierdzał go kierownik jego sumienia, Blosjusz z Kumy, filozof-stoik, który zajmował przy nim to samo stanowisko, jakie przy Scypjonie Młodszym zajmował Panecjusz: surowy mąż obowiązku, ale jednocześnie oderwany od rzeczywistego świata teoretyk, Blosjusz doradzał Tyberjuszowi, aby szedł przebojem dla osiągnięcia raz obranego celu, nie licząc się z żadnemi przeszkodami. Utwierdzał go w tem postanowieniu i teść jego Appjusz Klaudjusz, zgóry traktujący swych kolegów — senatorów, jako godny następca wielkiego cenzora Appjusza Klaudjusza Ślepego.
I Tyberjusz poszedł przebojem: obrany trybunem w roku 133, przedstawił na zgromadzeniu ludowem swoje prawo agrarne. W zasadniczej części bylo ono wzmocnieniem prawa Licynjusza i Sekstjusza: obszar ziemi państwowej, którą wolno było posiadać właścicielowi — nie mógł przewyższać 500 hektarów dla niego osobiście i po 250 ha dla jego synów: razem zaś nie mógł przekraczać 1000 ha. Nadwyżka miała być podzielona na 30-to hektarowe parcele i rozdana ubogim obywatelom jako grunta niewywłaszczalne, za które mieli oni płacić niewielki podatek. Rozdziałem ziemi miała kierować stała komisja z trzech członków złożona, obdarzona kompetencją sądową (a to dla każdorazowej decyzji, czy dane grunta stanowią własność państwową, czy też prywatną — praktycznie prawo nader doniosłe).
Dotąd Tyberjusz miał formalną słuszność; jako trybunowi, wolno mu było w swojem imieniu przedstawiać zgromadzeniu ludowemu swe prawo (jak lex Sempronia agraria), nie tylko nie licząc się z opinją swoich kolegów, ale nawet nie pytając ich o nią. Ale święte prawo władzy trybunów (lex sacrata), pozostawiając każdemu trybunowi wolność inicjatywy, wytworzyło jednocześnie przeciwwagę w postaci prawa trybuńskiej «intercesji»: jeżeli z dziesięciu członków kolegjum trybuńskiego bodaj jeden zaprotestował, to, chociażby reszta była solidarna z prawodawcą, głosowanie nie mogło dojść do skutku. W tej przeciwwadze zawierała się ostoja rządów republikańskich: z dziesięciu trybunów jeden niezawodnie bywał po stronie senatu, i to było dostateczne.
To właśnie odczuł obecnie Tyberjusz. Zaledwie zwolal lud na glosowanie, gdy jeden z jego kolegów, M. Oktawjusz, zglosił intercesję. Był to człowiek z wiarą we własne przekonania, niezłomny i nieskazitelnej uczciwości. Trzeba było zgromadzenie rozwiązać. Ale prawo intercesji przysługiwało również i Tyberjuszowi, i on zeń skorzystał w stosunku do wszystkich działań innych magistratów — chcąc ich niejako pokonać wyczerpaniem: pretorzy nie mogli sprawować sądów; kwestorzy — asygnować pieniędzy na wydatki krajowe, cała machina państwowa stanęła: senat oburzał się, ale się nie poddawał. Tyberjusz, mniemając, że dostatecznie go przeraził, ponownie zgłosił swe prawo; napróżno — Oktawjusz znowu występuje z intercesją, znowu trzeba lud rozpuścić. Dzięki pośrednictwu wspólnych przyjaciół, udało się urządzić posiedzenie senatu, poświęcone rozważaniu prawa agrarnego — to, od czego najwłaściwiej trzeba było zacząć. Samo prawo miało w senacie wielu zwolenników, ale wyzywające stanowisko, zajęte przez Tyberjusza, bardzo zmniejszyło ilość jego przyjaciół w senacie: prawo zostało odrzucone.
Co było począć? Środki legalne były wyczerpane, pozostawało — bezprawie. Tyberjusz zwołał trybunów i zaproponował, aby przegłosowali, kto powinien wystąpić z kolegjum — on, czy Oktawjusz. Oktawjusz w odpowiedzi zaznaczył, że prawo nie przewiduje usuwania przemocą członków ze składu kolegjum. — Wówczas Tyberjusz raz jeszcze zwołał lud i zadał mu pytanie czy może trybun ludowy, postępujący wbrew interesom ludu, zachowywać tytuł trybuna ludowego?
Takie strącanie ze stanowiska tembardziej sprzeciwiało się prawu «świętemu». Pomimo to jednak i pomimo nowej intercesji Oktawjusza, Tyberjusz skłonił lud do głosowania. Jedna tribus za drugą zaczęła ogłaszać swe rezolucje: czy Oktawjusz ma zachować swój urząd, czy też nie? Oto już 17 z 35-ciu tryb zgodnie z życzeniem Tyberjusza orzekło, że nie; jeszcze jedna, a Oktawjusz zostanie usunięty. Tyberjusz przed ogłoszeniem wyników pośpieszył do Oktawjusza i błagał go, by zaniechał swego uporu. Oktawjusz sam był wzruszony szlachetnością swego przeciwnika, łzy mu płynęły z oczu, ale sumienie nie pozwalało ustąpić: choćby sam jeden miał stanąć przeciw wszystkim — wbrew groźnym okrzykom, które grzmiały dokoła, był nieugięty. Tyberjusz, straciwszy nadzieję, rozkazał, by herold dalej ogłaszał wyniki: następna 18-ta tribus — znowu mówiła: nie. A więc większość zdobyto; Oktawjusza usunięto. Nie uznając prawomocności wyroku, Oktawjusz pozostał na swojem miejscu. Tyberjusz rozkazał swym wyzwoleńcom, by go wyprowadzili. Gorętsi z pośród ludu na własną rękę zaatakowali Oktawjusza, inni zaś pospieszyli mu z pomocą, i wywiązała się bójka. Oktawjusz wyszedł z niej cało, ale niewinnemu niewolnikowi, który go bronił, wybito oko. Krew splamiła kamienną posadzkę forum, pierwsza krew wojny domowej. Tyberjusz w przerażeniu zasłonił swoją twarz; czyż takiego wyniku pragnął?
Bezprawia dokonano: od tego dnia rozpoczyna się schyłek państwowego ustroju rzymskiego, ten schyłek, po którym z biegiem czasu stoczyła się w przepaść republika.
Teraz już było nietrudno uchwalić prawo agrarne: oczywiście zostało ono przyjęte. Pozostawało wybrać komisję agrarną złożoną z trzech członków («agrarny tryumwirat»); obrano — samego Tyberjusza, jego teścia Appjusza Klaudjusza i młodszego brata, dwudziestoletniego Gajusa Grakchusa. Było to dalsze odstępstwo od zwyczajów republikańskich — i to odstępstwo podwójne: po pierwsze było nieprzyzwoitością, ażeby magistrat, projektujący pewien urząd, sam został na ten urząd powołany; i było podwójną nieprzyzwoitością tworzyć kolegjum z członków jednej i tej samej rodziny. Mimo to tryumwirat został obrany i natychmiast rozpoczął swoją działalność — a działalność ta, jak się zaraz przekonamy, okazała się zupełnie pożyteczną.
Teraz Grakchowi nie pozostawało nic innego, jak posuwać się dalej po tej samej równi pochyłej. To, czego dokonał — zrzucenie trybuna — było, jako naruszenie «świętego prawa», występkiem przeciwko majestatowi ludu rzymskiego (crimen majestatis). Obecnie, jako trybun, był on nietykalny, ale doskonale wiedział, że z chwilą gdy urząd złoży — a to nastąpi w końcu bieżącego 133 roku — będzie pociągnięty do odpowiedzialności. Na to miał tylko jeden środek, również bezprawny: ponowny wybór na trybuna w następnym roku 132. To się nazywało kontynuacją magistratury i było rzeczą zakazaną właśnie dlatego, że dawałoby ponownie wybranemu możność uchylenia się od odpowiedzialności. Tyberjusz zdawał sobie również sprawę i z tego, że lud niechętnie popełni nowe bezprawie: ażeby go do tego skłonić, należało podwoić jego życzliwość jakiemś nowem, miłem dlań prawem. Tyberjusz uczynił co następuje.
Właśnie w owym 133 roku Rzym się wzbogacił nową prowincją na Wschodzie. Ostatni król Pergamu, Attalus III, pod każdym względem niegodny potomek swoich dzielnych przodków, umierając, zapisał swe państwo narodowi rzymskiemu, Senat, który już z chwilą utworzenia prowincji Macedonji w 148 roku ustąpił od przyjętej zasady nietworzenia nowych prowincji na Wschodzie, — przyjął ten spadek i dołączył «prowincję Azję» do szeregu innych. Ale wraz z ziemią Rzym posiadł bogaty skarb Attalidów. I oto Tyberjusz występuje na zgromadzeniu ludowem z wnioskiem, ażeby skarb ten oddano do dyspozycji tryumwiratu agrarnego na zakup inwentarza dla nowych rolników. Było to uchybienie, jeżeli nie prawu, to tradycjom republikańskim; dotąd zarządzenia gospodarcze należały do kompetencji senatu. Ale ludowi prawo to pochlebiało: chętnie je uznał — i Tyberjusz mógł śmiało, wśród kandydatów na rok następny, umieścić swe nazwisko; napomknął przytem, że z biegiem czasu zamierza wydawać i inne, niemniej miłe dla ludu zarządzenia.
A więc dalszy ciąg władzy jednoosobowej? I nawet jej dożywocie? Czyż to nie tyranja? Posypały się oskarżenia: Tyberjusz Grakchus chce zostać królem rzymskim. Pewien Kwintus Pompejusz zapewniał nawet, że jako sąsiad trybuna, widział na własne oczy królewski djadem Attalidów ofiarowany Tyberjuszowi — niby przyszłemu monarsze.
Nadszedł dzień wyborów. Insynuacje wrogów osiągnęły skutek: na zebraniu było wielu usposobionych niechętnie dla śmiałego trybuna; ten doszedł do wniosku, że trzeba rozwiązać zgromadzenie i odłożyć glosowanie do następnego dnia. W nocy, sądząc z obiegających pogłosek, miał powody do obawy. Wielu z jego wrogów podzielało przekonanie, że tyran jest wyjęty z pod prawa, i że ten, co go zabija, popełnia nie zbrodnię, jeno wykonywa obowiązek obywatelski. I oto Tyberjusz przed rozwiązaniem zgromadzenia zwraca się do ludu z przemową, wskazując na grożące mu niebezpieczeństwo, prosi, by w razie gdy zginie — nie zapomniano o jego żonie i małych dzieciach. Jego liczni zwolennicy słuchali wzruszeni: «nie damy cię skrzywdzić!» I wyruszywszy tłumnie ku domowi Tyberjusza, otoczyli go i całą noc trzymali straż.
Noc przeminęła, a nazajutrz miały się odbyć dwa zgromadzenia. Na dole, na forum, zebrał się lud, na górze zaś, na Kapitolu — senat pod przewodnictwem znamienitego prawnika, Mucjusza Scewoli. Tyberjusz opuścił dom w towarzystwie kierownika swego sumienia, filozofa-stoika Blosjusza z Kumy. Gdy wychodził z domu — dwa kruki z hałaśliwem krakaniem biły się na dachu, i strącona przez nie dachówka spadła do nóg Tyberjusza. Ten drgnął: czy nie jest to znak bogów? Ale Blosjusz, jako uczeń Panecjusza lekceważył takie zabobony. Zaczął mu perswadować: co ludzie powiedzą, jeżeli wnuk pogromcy Hannibala ulęknie się kruka i nie wyjdzie do ludu! I rozwiał obawy Tyberjusza.
Kiedy zbliżali się do forum, przyjaciele wyszli na jego spotkanie: sytuacja pomyślna, nastrój ludu jak najlepszy. Wkrótce sam się o tem przekonał: urządzono mu gorącą owację. Uradowany, pełen ochoty, zaproponował zgromadzonym, aby przystąpić do głosowania podług dzielnic (tribus). Rzecz załatwiono sprawnie. Ponieważ tribus zbierały glosy jednocześnie, głosowanie nie zajęło zbyt wiele czasu; pozostawało w należytym porządku ogłosić oddzielne wyniki. Naraz wybuchł hałas: przyjaciel Tyberjusza z pośród senatorów, Fulwjusz Flakkus, zszedł pośpiesznie z Kapitolu i przedarł się do trybuna. Ukazanie się senatora wzbudziło powszechną ciekawość, ale jednocześnie i wrzawę ogólną: co się stało? Publikacja wyników głosowania została przerwana. Flakkus zbliżył się do Tyberjusza i rzekł: «Twoi wrogowie na Kapitolu, nie mogąc przekonać konsula, postanowili zgładzić cię na własną rękę i w tym celu uzbroili mnóstwo niewolników i wyzwoleńców». Słowa te mogli słyszeć tylko obywatele, którzy stali najbliżej Tyberjusza. Rzucili się oni na strażników, odebrali im włócznie, któremi ci odpychali tłum i połamawszy je — zaczęli się zbroić.
Wobec tak dziwnego widowiska zaczęto jeszcze głośniej krzyczeć: co się stało? Tyberjusz daremnie zwracał się do ludu; nawet w pierwszych rzędach nie dosłyszano jego słów; widząc, że nie jest słyszany, trybun, chcąc przynajmniej gestem dać do zrozumienia o co chodzi, wskazał prawą ręką na swoją głowę. W tej chwili wrzawa dosięgła najwyższych granic. «On chce powiedzieć, że życie jego jest w niebezpieczeństwie» — wołali przyjaciele. «Kłamstwo — odparli wrogowie — on żąda dla siebie korony królewskiej».
Gdy na forum trwała wrzawa, heroldowie wbiegli na Kapitol z wiadomością, że Tyberjusz Grakchus zażądał od ludu korony królewskiej. «Słyszysz? — zawołał do konsula senator Nazika, daleki krewny Tyberjusza, a przytem najzaciętszy jego wróg, — czy zaniechasz wreszcie swego uporu?» — «Nie dopuszczę do bezprawia» odrzekł spokojne Scewola: «Konsul zdradza republikę», — rzekł Nazika do senatorów: kto ją miłuje, niech idzie ze mną». Wielu podążyło za nim, uzbroiwszy się w kije i w co kto miał. Spiesznie pobiegli na forum do ludu, do trybuna.
Gdyby nadciągnęły tu nawet tysiące niewolników i wyzwoleńców, uzbrojonych — w miecze; Obroniliby swego wybrańca; na widok jednak niewielkiej gromadki senatorów z ich ponsowymi wyłogami, przeważył stary nałóg szacunku: lud ten pierzchnął, i opuszczony Tybrjusz rzucił się! do ucieczki. Ale w pobliżu świątyni Wierności, w tem miejscu, gdzie stały posągi siedmiu królów rzymskich, on, ósmy król, upadł. Tam też zamordowano go. Jednocześnie zginęło około 300 jego zwolenników. Gajus Grakchus nadaremnie prosił, ażeby mu wydano zwłoki brata dla pogrzebania; wszyscy, którzy zginęli w walkach tego dnia, zostali wrzuceni do Tybru.
Ale gdzie wówczas był Scypjo, będący uosobieniem sumienia ludu rzymskiego? By zatrzeć hańbę Mancyna, prowadził on wojnę w Hiszpanii. Powodzenie towarzyszyło mu jak zwykle; przedewszystkiem udało mu się przywrócić karność zdemoralizowanej armji rzymskiej, powtóre, co było już rzeczą łatwiejszą, zdobyć Numancję. Dodano mu też do jego dziedzicznego i zasłużonego przydomku «Afrykański», jeszcze drugi: «Numantyński». Właśnie teraz powracał. Dowiedziawszy się o śmierci szwagra i o jej przyczynie, odrzekł wierszem Homera:

Niechby też każdy tak zginął, kto sprawę by podjął podobną.

Jaką sprawę? Nie prawo agrarne, lecz uzurpację jednoosobowej władzy antyrepublikańskiej, z djademem, czy bez djademu, wszystko jedno. I senat dalszą swą działalnością zaznaczył, że nie sprzeciwia się prawu agrarnemu: tryumwirat działał w dalszym ciągu, przyczem miejsce Tyberjusza zajął teść jego brata Krassus, a rezultatem tej działalności było podniesienie się liczby obywateli rzymskich obdarzonych pełnią praw o 80.000. Kilka lat jeszcze pracował ten tryumwirat i został zniesiony dopiero, gdy wykonał bezpośrednie swe zadanie. Bądź co bądź, trzeba było niemało odwagi cywilnej, aby znieść ten tryumwirat: lud widział w tryumwiracie agrarnym jakby wcielenie dzieła swojego ulubieńca, a w zniesieniu tryumwiratu, jakby powtórne jego zabójstwo. To śmiałe zadanie wziął na siebie Scypjo; nie uszło mu to bezkarnie: pewnego nieszczęsnego poranka, znaleziono go martwym we własnej pościeli (129). Sprawca tej zagadkowej zbrodni nigdy nie został wykryty.
Nastała cisza, ale cisza złowroga. Kontynuatorzy dzieła Tyberjusza zdołali przeprowadzić jedno doniosłe w następstwa zarządzenie; trybun uzyskał prawo domagania się trybunatu na rok następny. Było rzeczą jasną, dla kogo przygotowuje się ta kontynuacja władzy. Brat zabitego Gajus Grakchus zbliżał się do przepisanego prawem wieku. Podzielał on przekonania swego brata, a przewyższał go zdolnościami politycznemi i talentem krasomówczym; podniecało go zaś jeszcze uczucie, które tamtemu było nieznane: płomienne pragnienie zemsty. Jego matka znała te uczucia i lękała się wyników. «Ty odpowiesz — pisała pewnego razu do syna — że zemsta jest rzeczą piękną. Nikt głębiej odemnie tego nie odczuwa. Zemsta ma w sobie i wielkość i piękno, ale tylko wtedy, gdy przez jej wywieranie na wrogach nie cierpi ojczyzna. Jeżeli uniknięcie tych cierpień jest niemożliwe, to w imię ojczyzny, niech lepiej wrogowie zachowają swą władzę».
Przestrogi były daremne: Gajus, skoro tylko mógł, wystawił swoją kandydaturę w 123-cim roku. Nigdy jeszcze forum nie widziało takiego tłumu wyborców. Wszyscy, którzy niegdyś dzięki prawu Tyberjusza uzyskali dobrobyt, podążyli do Rzymu, ażeby dopomóc jego bratu; zbyteczne mówić, że został wybrany. Najbliższym jego celem było ponowne powołanie do życia tryumwiratu agrarnego. Jakkolwiek nadwyżka zajętych przez możnowładców ziem była już podzielona, to jednak pozostawały jeszcze ziemie, które były odstąpione gminom latyńskim: ażeby więc zachęcić je do. zwrotu tych ziem, Gajus Grakchus zaproponował nagrodę w postaci nadania mieszkańcom owych gmin obywatelstwa rzymskiego. Ale to jeszcze nie rozwiązywało zagadnienia. Idea kolonij zamorskich, przed którą zatrzymał się Tyberjusz, wydawała się Gajusowi możliwą: pierwszą taką kolonją miała zostać odbudowana Kartago.
Ale jakże osiągnąć ten wynik, żeby lud rzymski przyjął te prawa? I jak zabezpieczyć dla siebie tę władzę jednoosobową, bez której skuteczna polityka była niemożliwa? Stanowczy i niezachwiany w swych postanowieniach Gajus w tym wypadku powziął decyzję, o jakiejby Tyberjusz nie pomyślał.
Po pierwsze, należało sobie zapewnić trwale poparcie ludu. Gajus osiągnął je zapomocą prawa wprost już niemoralnego i w rezultacie szkodliwego dla samego proletarjatu: wprowadził na rachunek skarbu tanie, prawie darmowe przydziały zbożowe (lex Sempronia frumentaria) wyłącznie dla obywateli zamieszkałych w Rzymie. Ponieważ skarb zasilany był przez prowincjałów, znaczyło to, że lud rzymski miał żywić się pracą mieszkańców prowincji; znaczyło również, że te przydziały będą ściągać zewsząd obywateli do stolicy, powiększając tym sposobem zastępy próżniaków i darmozjadów; znaczyło wreszcie, że wszyscy obdarzeni tem dobrodziejstwem utworzą gwardję, oddaną swemu żywicielowi.
A żeby i trybun mógł wreszcie nasycić swoją dawną żądzę zemsty, należało pozyskać pewnego sprzymierzeńca w postaci stanu rycerskiego. I w tem miejscu wypadnie zapisać na rachunek Gajusa nie jedno, lecz dwa niemoralne prawa: prawo sądowe i prawo dotyczące prowincji Azji. Oba wymagają objaśnienia,
Sądy o charakterze cywilnym należały do kompetencji pretorów, którzy każdorazowo wyznaczali sędziów z pośród senatorów; sędzia, dobrawszy sobie ławników, rozważał wraz z nimi i decydował sprawy. Dla przestępstw ważnych o charakterze karnym do połowy II stulecia istniał tylko sąd ludowy: ale w roku 149 słynny ze swego poczucia prawa L. Kalpurnjusz Pizo Uczciwy (Frugi), na urzędzie trybuna, wprowadził przepis, na którego zasadzie powoływano z senatorów specjalną komisję śledczą (quaestio perpetua) dla sprawowania sądów nad namiestnikami, oskarżonymi o zdzierstwo (repetundae). Za przykładem tej komisji były następnie powoływane inne. Tym sposobem do epoki Gajusa cale sądownictwo spoczywało w rękach senatu. I oto Gajus proponuje ludowi zmienić te prawa i postanowić, ażeby sędziowie zarówno w procesach cywilnych, jako też karnych, powoływani byli zpośród rycerzy (lex Sempronia judiciaria). Miało to znaczyć, jeżeli namiestnik z prowincji utrudniał rycerzom (patrz str. 351) uciskanie ludu lichwą, to jeden z nich mógł po jego powrocie wytoczyć mu proces o zdzierstwo, a wobec tego, że sądzić go będą sami rycerze, wyrok skazujący przeciw niemu był niewątpliwy. A stąd przestroga dla tych, coby zechcieli trzymać w rygorze rycerzy-lichwiarzy.
}Chciwość rycerzy w sposób jeszcze popierało drugie prawo.
Widzieliśmy, że w r. 133 państwo Pergameńskie wcielone zostało do Rzymu pod nazwą «Prowincji Azji». Otóż Gajus przeprowadził prawo, które wszystkie dochody z tej nowej prowincji oddawało w ręce dzierżawców z pośród rycerzy, skazując przez to kwitnącą prowincję na wyzysk bez żadnej kontroli. Przekonamy się potem, do czego doprowadziło to zarządzenie; tymczasem działało ono łącznie z poprzedniem prawem i zapewniało swemu twórcy sprzymierzeńczą pomoc rycerstwa. Gajus zdawał sobie sprawę ze swojego postępowania. Akty swoje prawodawcze nazywał sztyletami, rzuconemi na forum dla wzajemnego krwawienia się stanów uprzywilejowanych. Chciał strącić ze stanowiska elitę senatorską i na jej miejsce postawić rycerstwo; nie dbał o to, że lepszą elitę zastępuje — gorszą.
Wywołana bezpośrednio losem jego brata lex Sempronia de provocatione była wznowieniem i rozwinięciem starożytnego prawa Walerjuszowego tej samej nazwy; groziło ono najsurowszemi karami temu, coby się ośmielił skazać na śmierć obywatela rzymskiego z pominięciem sądu ludowego.
Te i tym podobne prawa Gajus ogłosił częściowa podczas pierwszego swego trybunatu, częściowo odłożył do drugiego, ażeby utorować sobie drogę do trzeciego. Senat nie przeszkadzał drugiemu jego wyborowi, ale trzeciemu postanowił się oprzeć. Jednakże nie zapomocą intercesji, która od czasu Oktawjusza uważana była za niepewną, lecz drogą bardziej przebiegłą i niemoralną. Zapewnił on sobie pomoc drugiego towarzysza z kolegjum trybunów, M. Liwjusza Druza, aby rozpocząć kontrakcję demagogiczną. Gdy Gajus projektował utworzenie dwóch kolonji, to Druzus podnosił ich liczbę do dwunastu; gdy Gajus proponował uskutecznianie przydziału ziemi przez obciążenie jej nieznacznemi podatkami, Druzus oddawał ją zadarmo. Bardzo też zręczne było jego zapewnienie, że osobiście wyłącza on swoją kandydaturę do komitetu wykonawczego, niezbędnego dla realizacji jego ustaw; był to złośliwy pocisk pod adresem agrarnych tryumwiratów Grakchowskich, które posiadały charakter familijny, a zarazem wyzwalało go od obowiązku brania udziału w tych niewykonalnych zamierzeniach.
Cel został osiągnięty; lud poszedł za Druzem. Ponieważ zaś Druzus wyraźnie zaznaczył, że działa z polecenia senatu, więc popularność senatu poczęła wzrastać, a popularność Gajusa przygasać. Ponadto wypadło mu z powodu zakładania nowej Kartaginy wyjechać na czas dłuższy. Wrogowie jego (na czele z konsulem Opimjuszem, mianowanym na następny 121 rok) wyzyskali nader skutecznie ten czas dla agitacji przeciw niemu. Po powrocie zastał on nastrój zmieniony: kiedy lud zgromadził się na wybory trybunów roku następnego, kandydatura Gajusa nie przeszła.
Wszystko to było jeszcze niczem: prawda, że Gajus w ciągu dwóch lat był faktycznym władcą Rzymu, był twórcą nietylko wrogich senatowi, lecz wręcz szkodliwych ustaw; nienawidzili go, ale zaatakować go nie mogli: nie popełnił żadnego formalnego bezprawia. Ale oto nadszedł styczeń 121 roku; nowy konsul natychmiast ogłosił swój projekt zniesienia najbardziej pożytecznej, ale najmniej popularnej ustawy poprzedniego trybuna — ustawy o odbudowie Kartaginy. Gajus osobiście ukazał się na forum, ażeby przeciwdziałać temu zniesieniu; towarzyszy] mu tłum jego zwolenników, wszyscy byli uzbrojeni w oczekiwaniu napadu partji senatorskiej. Przed zebraniem złożono ofiarę przed świątynią Jowisza Kapitolińskiego; służący konsulów Antuljusz, obnosząc cząstki ofiary między obecnych, zbliżył się do zwolenników Grakcha: «Wynoście się, źli obywatele! — zawołał do nich, — ustąpcie miejsca cnotliwym». Jeden z nich, obnażywszy sztylet, zabił go, popełniając przez to nietylko zabójstwo, ale i świętokradztwo. Na szczęście dnia tego deszcz rozpędził zgromadzenie, ale nazajutrz namiętności rozpaliły się jeszcze bardziej. Zwłoki Antuljusza wystawiono na forum; płacz po nim mieszał się z klątwami rzucanemi na niecnych jego zabójców. Coraz częściej dawało się słyszeć imię Gajusa jako istotnego sprawcy tej zbrodni. Zmuszony był się bronić, i oto wynikła nowa niezręczność: nie zauważył on, że właśnie w tej chwili jeden z trybunów przemawiał do ludu; miało to taki pozór, że Gajus przerywał mu, co uważane było za ciężkie uchybienie «świętemu» prawu.
Położenie zaczynało być groźnem. Opimjusz zawczasu poczynił odpowiednie kroki, i już nie gromadka senatorów z laskami, lecz całe oddziały zbrojne gotowe były do tłumienia rokoszu. Fulwjusz Flakkus, jeden z lepszych przyjaciół Gajusa, skłonił go, ażeby wraz ze wszystkimi stronnikami swymi udał się na Awentyn i tam się okopał. Opimjusz otoczył Awentyn. Wówczas Fulwjusz wysłał swego młodszego syna, powszechnie lubianego, miłego chłopca, do Opimjusza w celu układów; ale Opimjusz zażądał bezwzględnego poddania się. Fulwjusz wiedział co to znaczy: nie zważając na życzenia Gajusa, by udać się do senatu, powtórnie wysłał chłopca dla układów i wysłał swoje siły do ataku. Stronnicy Grakcha nie byli w stanie długo się opierać; Fulwjusz wkrótce poległ; Gajusa namówili przyjaciele do ucieczki za Tybr. Przyjaciół było niewielu: większość stronników skorzystała z propozycji Opimjusza, który przyrzekł bezkarność tym, co opuszczą swojego wodza. «Zostańcie wiecznie niewolnikami!» — zawołał Gajus, rzuciwszy się do ucieczki na most, wiodący przez Tybr. Za nim pędziła już pogoń. Garstka jego przyjaciół, poświęciwszy się, za cenę własnego życia zatrzymała napastników. Pozostał jeden niewolnik. Gajus wszedł wraz z nim do świętego gaju po drugiej stronie Tybru. Niewolnik ten oddał Gajusowi ostatnią posługę: przeszył go mieczem, a następnie przeszył sam siebie.
Zwłoki zabitych znowu były wrzucone do Tybru; ale nie był to koniec zawieruchy. Zaczęły się dochodzenia w sprawie rokoszu awentyńskiego; wielu na skutek tego ucierpiało. Wobec prawa Sempronjusza co do prowokacji, senat zwolnił od niego konsulów, uchwalając t. zw. «postanowienie ostateczne» (senatus consultum ultimum): «Konsulowie dopilnują, aby państwo nie doznało jakiegokolwiek uszczerbku» (videant consules, ne quid respublica detrimenti capiat). Pośród tych, którzy ucierpieli, znajdował się i młody Fulwjusz.
Rok ów 121-szy słynny był ze swego urodzaju: jeszcze całe stulecie wspominali ludzie o felix autumnus Opimii. Ale wspominali również i tę obficie przelaną krew obywateli, którą Opimjusz utuczył ziemię ojczystą.

51. POŁUDNIE I PÓŁNOC

Dwudziestolecie, które nastąpiło po tragicznej śmierci młodszego Grakcha, nazywane okresem «restauracji Opimjusza», stanowi dla Rzymu epokę spokoju wewnętrznego, brzemiennego, jednakże, zarodkami przyszłych wstrząśnień. Władzę przywrócono szlachcie, — coprawda, w postaci nieco okrojonej: ustawa sądowa podporządkowała namiestników prowincjonalnych kontroli rycerzy, zagrażając, po złożeniu przez nich urzędu, sądem rycerskim tym, którzy, broniąc ludności, chcieliby trzymać w rygorze rycerzy-dzierżawców i lichwiarzy. Pomimo wszakże tych ograniczeń, rządy szlachty, wysunąwszy na czoło elitę finansową z uszczerbkiem rodowej i tytularnej, — przetrwały bez przeszkód do końca stulecia.
Rządy te miały swoje jasne i ciemne strony; gdy jednak przypatrzymy się sprawie bliżej i pominiemy oddzielne jednostki występne, a przedewszystkiem tego, którego imię nosi restauracja — zrozumiemy, że ciemne strony były wynikiem fatalnego rozwoju pierwiastków, z któremi walka przerastała siły ludzkie; natomiast jasne miały źródło w dzielności samej elity i jej poczuciu obowiązku. Jak zaś w życiu politycznem skutkiem tego będzie dalszy stopień schyłku, — tak znowu w życiu kulturalnem widzimy niewątpliwy postęp i zapowiedź epoki humanitaryzmu, który kwitnąć miał w ludzkości w przeciągu trzech stuleci.
Ze stron ciemnych — najciemniejszą było niewolnictwo, które stawało się coraz cięższe; o tem będzie mowa w jednem z dalszych opowiadań. Drugie miejsce zajmowała sprawa rozszerzenia rzymskich praw cywilnych przez rozciągnięcie ich nasamprzód na gminy z prawem latyńskiem, a następnie na resztę sprzymierzonych gmin Italji, — w oczekiwaniu tych odległych jeszcze czasów, kiedy można będzie rozciągnąć te prawa i na prowincje po osiągnięciu przez nie właściwego poziomu kultury. Wielu ze szlachty przychylało się do takiego stopniowego rozszerzania koła obywateli; niestety, sam Grakchus swoją ustawą zbożową stworzył zbyt trudne do pokonania przeszkody, aby to dało się urzeczywistnić. Ustawa ta zapewniała każdemu obywatelowi rzymskiemu, zamieszkującemu w Rzymie — otrzymywanie prawie za darmo przydziału zboża; łatwo sobie wyobrazić, jakie tłumy próżniaczego ludu rzuciłyby się do Rzymu, gdyby wszystkich Latynów uznać za obywateli rzymskich, nie mówiąc już o reszcie Italczyków.
Trzecią ciemną stroną był fakt, że zaniechano zakładania kolonij zamorskich z rzymskich obywateli — w krajach barbarzyńskich środka bezwarunkowo dobroczynnego, który z jednej strony zapewniłby ziemię proletarjatowi rzymskiemu, z drugiej podniósłby wytwórczość prowincji i powołałby w niej do życia ogniska wyższej kultury. Zamierzeniom tym przeciwstawiała się teorja o Rzymie, jako mieście panującem, i o Italji, jako panującym kraju. Z tego stanowiska kolonje obywateli rzymskich na prowincji były nie do pomyślenia. Założona przez Gajusa Grakcha Kartago nie przeżyła swego założyciela, i tylko zawdzięczając szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, udało się zbudować i utrzymać rzymską kolonję Narbońską (Narbo Martius) w południowej Galji zaalpejskiej; była ona długi czas jedyną rzymską kolonją pozaitalską.
Do stron jasnych powinien być zaliczony ruch kulturalny epoki, wywołany połączeniem ducha rzymskiego z greckim. Znowu filhelleni kroczą na czele elity rzymskiej, ale ich filhellenizm nie był to już zapalny filhellenizm Flaminina, jeno pogłębiony i poważny. Istotą zaś tego uduchowionego hellenizmu była po pierwsze filozofja helleńska, a po drugie-sztuka helleńska. Filozofja jeszcze nie wydaje adeptów rzymskich, pierwsi z nich należą już do następnej epoki; ale filozofowie greccy, rozwijając tradycje Panecjusza i Blossjusza, pozostają kierownikami sumienia rzymskich mężów stanu. Pod tym względem pierwsze miejsce należy się najświetniejszym postaciom tej epoki: obu Mucjuszom Scewolom, ojcu i synowi. Ojca już poznaliśmy, jako nieugiętego konsula z 133 roku, który odmówil wystąpienia z represjami przeciwko Tyberjuszowi Grakchowi. Na podobieństwo ojca i syn był wcieleniem sprawiedliwości. Ale nietylko w praktyce: obaj oni byli twórcami systemu prawa rzymskiego; natchnąwszy dawne prawa i edykty duchem stoickiej filozofji, przetworzyli je oni w ten wspaniały pomnik ludzkiego rozumu, który stał się wychowawcą wszystkich późniejszych czasów aż do dni naszych. Gdyby epoka nasza nic innego nie wydała, oprócz obu Scewolów, to już przez to samo zasłużylaby na wdzięczną pamięć potomnych i zgładziłaby swoje grzechy zarówno świadome jak i mimowolne.
Z tem wszystkiem Scewola-ojciec nie był głową tego pokolenia, które nastąpiło po śmierci Scypjona Mlodszego. Oficjalnie był nim do końca epoki M. Emiljusz Skaurus, pierwszy senator (princeps senatus), człowiek surowych starorzymskich obyczajów. Jakkolwiek był patrycjuszem, ale ż rodu podupadłego; zmuszony więc był na wzór «człowieka nowego* z trudem dochodzić do urzędów państwowych. Obrany edylem — jako człowiek niezamożny, nie był on w stanie wydać ludowi zbyt wspaniałych igrzysk, ale tak wielki był jego urok, jego auctoritas, — mówiąc niemożliwym do przekładu wyrazem łacińskim, — że wcale mu to nie zaszkodziło na późniejszej arenie jego działalności.
Auctoritas jego była taka, że cenzorowie 116 roku zniewoleni byli obrać go pierwszym senatorem, jakkolwiek do tej chwili cenzorem nie był — przykład jedyny; ale i cenzura dostała mu się w czasie właściwym. O uroku tym świadczy również dumna obrona siedemdziesięcioletniego patrycjusza wobec oskarżenia, jakie rzucił na niego trybun ludowy Kw. Barjusz: «Kw. Barjusz oskarża M. Skaura, pierwszego senatora, o to, że ten dopomagał sprzymierzeńcom do rokoszu przeciwko Rzymowi. M. Skaurus, pierwszy senator, zaprzecza temu; świadków niema. Komu dacie wiarę, — Kw. Barjuszowi, czy Skaurowi?»
Zawstydzony trybun zrezygnował z oskarżenia. Jakiemi zaś ofiarami zdobyty został ten urok, wykażą jego czyny podczas wojny północnej, o której mowa niżej, Sam Emiljusz Skaurus z powodu podeszłego wieku nie brał udziału w tej wojnie; syn jego wraz ze swoim oddziałem dał się wciągnąć do ucieczki. Natenczas ojciec zabronił mu pokazać się na oczy. Młody Skaurus wrócił do legjonu i śmiercią bohaterską odkupił swą słabość.
Rzecz prosta, że jako głowa szlachty podlegał on zażartym napaściom swych przeciwników politycznych, usiłujących wszelkiemi sposobami splamić jego dobrą sławę; ale te oskarżenia, które dostały się i do najnowszych dzieł historycznych, zbija jego sława pośmiertna i odgłosy tej sławy u Horacego, który Skaura umieszcza wśród bohaterów dawnego Rzymu, narówni z Regulusem i «rozrzutnikiem swej wielkiej duszy» — Pawłem.
Skaurus był wodzem politycznym szlachty nobiliów; kulturalnym jej wodzem był Kw. Lutacjusz Katulus, którego kółko po śmierci Scypjona Mlodszego stało się ogniskiem dążeń filhelleńskich i humanistycznych; człowiek subtelny i wykształcony, co jednak nie przeszkodziło mu stać się jednym z dwóch bohaterów wspomnianej wojny północnej. Jak Skaurus, pisali on pamiętniki o swej działalności politycznej; jak Skaurus, ozdobił Rzym i Italję imponującemi i doniosłemi pomnikami o charakterze świeckim i religijnym.
Wielką i trudną pracą ówczesnej epoki była ochrona północnej, alpejskiej granicy Italji od niespokojnych, przeważnie galickich plemion, zamieszkujących góry. Jednocześnie trzeba było, również dla ustalenia komunikacji lądowej z Hiszpanją, utworzyć na południu obecnej Francji «prowincję Gallje», której imię przetrwało dotąd pod mianem Prowincji, z głównem miastem Narbonem. Przez to stwarzała się zarazem potężna pomoc dawnej i wiernej sojuszniczce Rzymu, greckiej Massylji (dziś Marsylja), krzewicielce kultury helleńskiej pośród Gallów. Ale nie dość na tem: panowanie rzymskie spowodowało budowę znakomitych dróg wojennych, które nosiły nazwy od swych budowniczych, a drogi te — z kolei rzeczy — służyły za arterje dla kulturalnego obiegu krwi pomiędzy sercem całego tego świata, Rzymem, a jego dalekiemi kresami. Nie ulega skądinąd wątpliwości, że nobiles myśleli i o sobie, o możliwem powiększeniu przepychu swojego życia prywatnego. Strojne Karyny przestały zadawalać ludzi, którzy przywykli do wykwintu grecko-wschodniego; zaczynają oni budować się na Palatynie, podług zasad architektów greckich, sprowadzonych z Koryntu, Kizyku, Pergamu; miały też wkrótce zacząć oddziaływać wzory bardziej odległych ognisk, — Antjochji i Aleksandrji. Ale nie będziemy brali im tego zbyt za złe, jeżeli przypomnimy, że następstwem tego dążenia do przepychu — nie prostackiego, lecz wytwornego — okazał się ten dom grecko-rzymski, który dotąd nas zachwyca w Pompei.
Następstwem tego artystycznego uduchowienia życia było wzmożone umiłowanie tego życia, z czego znów wynikło silne i szczere umiłowanie pokoju. Wojny, prowadzone o przełęcze alpejskie, miały na celu jedynie zapewnienie Rzymowi bezpieczeństwa w jego granicach naturalnych; zresztą Rzym nie marzył o dalszych podbojach i pragnął jedynie, żeby narody pograniczne nie przeszkadzały władcom śródziemnomorskim w rozstrzyganiu — w miarę sił — swych zagadnień politycznych i kulturalnych.
Ale właśnie tak się nie stało. Właśnie teraz Rzym został wciągnięty w dwie przewlekłe i niebezpieczne wojny, — południową i północną. Południowa zaczęła się nieco później, ale zato wcześniej się zakończyła, (111—106); przeto zajmiemy się przedewszystkiem wojną południową.
Powodem jej była sprawa dziedzictwa tronu w Numidji. Po śmierci Masynissy panowali razem trzej jego synowie: Micipsa, Mastanabal i Gulussa, a po śmierci dwóch młodszych — najstarszy Micipsa, władca usposobiony pokojowo, miłośnik kultury greckiej i wierny sprzymierzeniec Rzymu. Wysłał on był Scypjonowi pod Numancję oddział jeźdźców numidyjskich pod dowództwem swojego bratanka, nieprawnego syna Mastanabala, — Jugurty. Ów Jugurta, młodzieniec odważny i bystry, postępowaniem swem pod murami obleganego miasta zasłużył na zupełne uznanie swoich naczelników rzymskich. Ale pobyt swój w sztabie wodza wyzyskał on również w ten sposób, że zawarł z oficerami liczne korzystne znajomości i zdobył jak najściślejsze informacje o życiu partyjnem i prywatnem różnych członków rządzącej szlachty, tak iż Scypjo zmuszony był zwrócić mu uwagę, że królom i królewiczom przystoi być przyjaciółmi Rzymu, ale nie oddzielnych Rzymian.
Jakkolwiek bądź — Jugurta okrył się sławą, zdobył miłość swoich żołnierzy i szlachty rzymskiej i wysunął się pod każdym względem na czoło, gdy synowie samego Micipsy, Hiempsal i Adherbal, mało byli znani w Numidji i wcale nieznani w Rzymie.
Przekonawszy się o takim stanie rzeczy, Micipsa uznał za rzecz najlepszą — usynowić Jugurtę i, umierając (118 r.), zostawić swoje państwo wszystkim trzem, licząc, że będą oni rządzić niem równie zgodnie, jak niegdyś on ze swoimi braćmi. Ale właśnie tak się nie stało: porywczy Hiempsal nie taił swego wstrętu względem intruza, ten zaś ostatni nie robił sobie z nim ceremonji i, skorzystawszy ze sposobności, — zgładził go ze świata. To dało hasło do wojny domowej. Numidja naogół popierała legalnego następcę tronu, ale Jugurta, jakkolwiek rozporządzający mniejszemi siłami, niedarmo był uczniem wielkiego Scypjona. Bezradny Adherbal, ścigany przez żołnierzy Jugurty, musiał uciekać do rzymskiej prowincji «Afryki», to znaczy do byłej dzielnicy kartagińskiej, a stamtąd do Rzymu, ażeby wystąpić w niewdzięcznej roli króla-wygnańca.
Jugurta poczynił przygotowania ze swojej strony.
Znając wybornie, dzięki swym stosunkom, pokojowe usposobienie szlachty rzymskiej, mógł on z góry przewidzieć niepopularność w Rzymie wojny afrykańskiej. Istotnie, zbyt surowe zarządzenia nie zostały wydane: komisja senatu, z Opimjuszem na czele, zdecydowała zabójstwo Hiempsala puścić w niepamięć, państwo zaś podzielić pomiędzy obu władców, pozostawiając Adherbalowi, jako starszemu, stolicę Cyrtę (obecnie Konstantyna). Jugurta poddał się: cel jego w połowie był osiągnięty, ale tylko w połowie. Zaledwie zdążyła komisja odjechać, gdy rozpoczął on najazdy na dzielnicę podległą bratu, zmuszając go do ponownego zwrócenia się ze skargami do Rzymu. Nie poprzestając na tem, wdarł się do państwa Adherbala, zniósł go, poczem osaczył w Cyrcie. Senat zbytnio tem się nie przejmował; mógł on słusznie sądzić, że, dając Adherbalowi dostateczne siły do samoobrony, sam bronić go nie był obowiązany.
Ale w Cyrcie zamieszkiwało i prowadziło handel wielu Italczyków; nie można było nie ująć się za nimi. Jakoż istotnie do Afryki wyprawiona została nowa komisja z samym Skaurem na czele.
Przybywszy do Utyki, głównego miasta prowincji rzymskiej, Skaurus zaprosił do siebie Jugurtę; Jugurta stawił się posłusznie, ale rokowania umyślnie przewlekał, zdając sobie doskonale sprawę, że Skaurus nie jest upoważniony do wypowiedzenia mu wojny. Istotnie rokowania wypadło przerwać; Skaurus powrócił do Rzymu, Jugurta pod Cyrtę. Italczycy, zmęczeni oblężeniem, domagali się kapitulacji, pewni, że Jugurta nie odważy się ich ruszyć. Omylili się jednak; zdobywszy miasto, zwycięzca rozkazał stracić ich wraz z resztą ludności męskiej, a Adherbala na śmierć zadręczył.
Jugurta nie bez słuszności sądził, że Rzym, który musial oszczędzać swoje siły dla wojny północnej, zagrażającej samej Italji, bardzo niechętnie zwiąże sobie ręce wojną na południu; ale to jego zuchwalstwo wzburzyło Rzym do głębi. Jugurcie wypowiedziano wojnę w roku 111. Konsul Bestja udał się z wojskiem do Numidji. Osiągnął on kilkakrotnie powodzenie, ale nietrudno było odgadnąć, że wojna w górskich wąwozach z Saharą na tyłach może wlec się do nieskończoności. Kiedy więc Jugurta wyraził życzenie wejścia w układy, Bestja przyjął tę propozycję i pokój został zawarty, przyczem Jugurta zgodził się zapłacić kontrybucję i wydać zbiegów, oraz słonie bojowe.
Tego oczywiście było za mało; wrogowie szlachty z trybunem ludowym Memmjuszem na czele byli przekonani, że Bestja dał się przekupić; wskutek nalegań trybuna, do Jugurty został wysłany pretor z zaproszeniem, by ten przybył do Rzymu i udzielił wyjaśnień co do osób przez siebie przekupionych. Jugurta posłusznie przybył; ale w chwili, kiedy zamierzał złożyć zeznania przed sądem ludowym, inny trybun, z mocy przysługującej mu intercesji, rozkazał mu zamilczeć. Było rzeczą oczywistą, że intercedent został przekupiony przez tego, lub przez tych, dla których zeznania Jugurty mogły okazać się niebezpiecznemi; ale trudna rada. Zachęcony powodzeniem, niecny Numidyjczyk zdecydował się na nowy występek. W Rzymie bawił podówczas drugi wnuk Masynissy, syn Gulussy Massywa. Widząc, że Rzym zaczyna tracić zaufanie do Jugurty, powziął on myśl wystawienia swojej kandydatury do korony numidyjskiej. Jugurta postanowił rozprawić się z nim po afrykańsku: polecił jednemu ze swojej świty zabić pretendenta, co tenże wykonał, jakkolwiek nie dość zręcznie. Sprawa nabrała rozgłosu, i Jugurta musiał Rzym opuścić. W jakiś czas potem opowiadano, że wyjeżdżając, często oglądał się na stolicę świata, którą opuszczał, mówiąc do siebie: «O miasto sprzedajne! prędkobyś zginęło, gdybyś znalazło kupca na siebie!»
W gruncie rzeczy położenie Rzymu było trudniejsze niż kiedykolwiek. Łatwo było Memmjuszowi i innym wymagać od konsulów energicznego prowadzenia wojny, lecz bardzo trudno było prowadzić ją w takiej miejscowości jak Numidja, i z takim wrogiem, jak Jugurta. Obecnie miejscowość tę zowią Algierem. Francuzom przy całej wyższości ich wojennej techniki, trzeba było dwudziestu lat (1827-47) do podbicia i ujęcia nieuchwytnego wodza Arabów Abd-el-Kadera, tego Jugurty czasów nowożytnych. Tymczasem Francja dążyła do podbicia kraju i do jego przemiany w tę kwitnącą dzielnicę, jaką znamy obecnie; dla Rzymian w owym czasie «wojna Jugurtyńska» miała znaczenie ekspedycji karnej, nie rokującej żadnych korzyści; rzecz oczywista, że w senacie była ona w najwyższym stopniu niepopularna. Istotnie w roku 110 los nie dopisał konsulowi Albinowi: dał się on wciągnąć do wąwozu i zmuszony był dla uratowania swego wojska zawrzeć z Jugurtą hańbiący pokój, którego senat nie przyjął.
Z tem wszystkiem hańba Albina nadała sprawie nowe zabarwienie: teraz honor Rzymu wymagał ukarania zuchwałego barbarzyńcy. Senat wysunął na rok 109 kandydaturę na konsula jednego z najlepszych swoich ludzi, Kw. Cecyljusza Metella. Zadanie jego było nader trudne: kiedy przybył do obozu, zastał armję zupełnie zdemoralizowaną niepowodzeniami, jakich doznała, i bezcelowością wojny, która jej została narzucona. Trzeba było zaczynać od wprowadzenia dyscypliny, od drobnych zwycięstw, ażeby stopniowo przywrócić dawnego ducha rzymskiego. Coprawda wojna z Jugurtą i jego Numidyjczykami należała do wojen szczególnych. Nie byli to Kartagińczycy z ich miastami i osiedlami: oddziały na dzikich, nieokiełznanych koniach rozpraszały się przy porażce i nagle znowu się gromadziły w nieoczekiwanem miejscu; górskie łąki, na których nie było nic do niszczenia, a na domiar wszystkiego, palące słońce afrykańskie i, w razie konieczności ścigania, pustynia bezwodna, żywioł macierzysty dla beduinów numidyjskich, a złowroga macocha dla rzymskich legjonów. Przez czas swojego dwuletniego dowództwa Metellus niewiarogodnym trudem zdołał podbić całą Numidję, ale wojna nie była skończona, dopóki pozostawał Jugurta. Zamierzał on ukończyć swoje dzieło w następnym 107 roku, gdy nagle zaszło coś zgoła nieoczekiwanego.
W szeregach Metella służył, jako oficer, «nowy», ale dzielny człowiek, o którym będziemy mieli jeszcze niemało do powiedzenia, Gajus Marjusz. Wódz był bardzo zadowolony z jego gorliwości, gdy naraz w końcu roku 108 ów Marjusz zjawił się u niego z prośbą, by go puścić do Rzymu w celu przeprowadzenia swej kandydatury. Metellus był skądinąd najlepszym człowiekiem, o tem się jeszcze przekonamy, ale dumę rodu Metellów posiadał w całej pełni: kiedy Marjusz, nie ulegając przyjacielskim z początku namowom starca, począł się domagać zwolnienia, ten odparł mu z pogardliwym uśmiechem: «Czemu śpieszysz? Będziesz miał czas wystąpić jako kandydat razem z moim synem». Syn ten, dwudziestoletni młodzian, służył podówczas w sztabie swojego ojca.
Marjusz nie zapomniał mu tego szyderstwa: stał się od tej chwili najzaciętszym wrogiem Metella i oczerniał go naprzód w Afryce wobec zamieszkujących tam rzymskich rycerzy, oskarżając go o rozmyślne przewlekanie wojny: «dajcie mi połowę tego wojska, a ja wam wnet przyprowadzę Jugurtę w kajdanach». Ci posłali do Rzymu odpowiednie komunikaty, a w Rzymie, zawdzięczając agitacji Memmjusza i jego następców, grunt był wybornie przygotowany. Kandydatura Marjusza została zgłoszona i przyjęta. Tak się dokonał pierwszy konsulat Marjusza roku 107-go, — pierwszy z siedmiu konsulatów, które mu były przepowiedziane. I ten sam lud, który go obrał konsulem, polecił mu prowadzenie wojny z Jugurtą. Łzy trysnęły z dumnych oczu Metella, kiedy się dowiedział o tej niewdzięczności ludu: potomni, uwzględniając niesłychane trudności wygranej przezeń wojny, sprawiedliwie uznali go za właściwego zwycięzcę, nadając mu przezwisko «Numidyjskiego».
Z tem wszystkiem dalej prowadzić jego dzieło miał Marjusz. Swojej dumnej obietnicy o Jugurcie w kajdanach oczywiście nie spełnił; wyprawa jego była pomyślna, ale ani o krok jeden nie zbliżyła go do upragnionego celu — raczej oddaliła. Przysunąwszy swoje legjony ku zachodniej granicy, ku Mauretanji (obecnie Marokko), gdzie panował teść Jugurty — Bokchus, Marjusz przeraził go i sprawił, iż Bokchus zawarł przymierze ze swym zięciem, który za pomoc przyrzekł mu ustąpić trzecią część swoich terytorjów. Od tej chwili zamiast jednego — mieli Rzymianie dwóch wrogów w Afryce. Ale nie napróżno Marjuszowi wywróżono powodzenie we wszystkich sprawach, — a był zabobonny: przyszła zima, i gniew Bokcha ostygł; stary lis począł rozważać, co dlań byłoby korzystniejsze: przyjaźń z Rzymem, czy przyjaźń z Jugurtą, którego sentymenty rodzinne znał dobrze podług przykładów z Hiempsalem, Adherbalem i Massywą. Chcąc sprawę tę zbadać wszechstronnie, zaproponował, aby Marjusz przysłał pewną osobę, swojego kwestora i najdzielniejszego oficera, który, rzec można, uratował w ostatniej bitwie całą armję. Tu staje przed nami drugi z przeznaczenia działacz najbliższych czasów L. Korneljusz Sulla.
Moment był stanowczy: polegać na słowie teścia Jugurty, była to rzecz bardziej, niż lekkomyślna. Ale Sulla uważał siebie za wybrańca losu. Śmiało powierzył swoją osobę synowi Bokcha, który podjął się przeprowadzić go do swojego ojca. Nie stracił wiary w siebie i wówczas, kiedy Jugurta, oczywiście przeniknąwszy zamiary swego teścia, obsadził wojskiem drogi, po których iść mieli, tak że musieli w nocy formalnie przedzierać się przez jego obóz. Jednocześnie więc u króla mauretańskiego gościł i Sulla i poseł Jugurty, i w ich obecności Bokchus rozmyślał, która z dwóch zdrad byłaby dogodniejsza: czy wydać Sullę Jugurcie, czy Jugurtę Sulli. Każdy starał się go przeciągnąć na swoją stronę, ale młody patrycjusz rzymski, zbrojny we wszystkie czary swego nieprzepartego uroku — zwyciężył.
Bokchus postąpił ze swym zięciem po afrykańsku: wciągnął go w zasadzkę, wymordował jego straż ochronną, jego samego zaś wziął do niewoli i zakutego w kajdany wydał Sulli. Działo się to na początku r. 106.
Zaznaczymy mimochodem, że w roku tym urodzili się znakomici działacze epoki następnej, Pompejusz i Cycero.
Zakończyła się wojna Jugurtyńska; ale co było począć z Numidją? Uporządkowanie jej zatrzymało Marjusza w Afryce jeszcze przez dwa lata. Rzym, jak już wspomniano, nie zamierzał czynić z niej swojej prowincji; zachodnią część Numidji oddano Bokchowi w nagrodę za jego ustępliwość; wschodnią ofiarowano Gaudzie, ostatniemu wnukowi Masynissy; przy nim ziemia ta, granicząca z prowincją Afryką, znowu stała się najwierniejszą sojuszniczką Rzymu. Dopiero w 104 roku udało się Marjuszowi powrócić z wojskiem do Rzymu. Tu zwycięzcę Jugurty, wobec niebezpiecznego obrotu wojny północnej, obrano konsulem powtórnie, z jawnem pogwałceniem tradycji republikańskich. Ale zanim wyruszył przeciw barbarzyńcom północnym Marjusz odprawił uroczysty tryumf. Afrykańskiego tygrysa przeprowadzono w kajdanach przed wielotysięcznym tłumem ludu rzymskiego. To nie był Perseusz: po zakończonej uroczystości odprowadzono go do ciemnicy, gdzie śmiercią musiał odkupić niezliczone zbrodnie swojego życia.
Tak, wojna Jugurtyńska się skończyła; ale na czem jej istota polegała? Dla Rzymu było rzeczą obojętną, czy królem Numidji będzie Adherbal, Jugurta, czy Gauda; wzajemne morderstwa w rodzie Masynnissy również nie tak dalece odbiegały od obyczajów afrykańskich, ażeby miały usprawiedliwić taką uciążliwą wojnę, która jedynie dzięki genjuszowi Metella i Marjusza, oraz umiejętności i szczęściu Sulli skończyła się już po pięciu latach, widzieliśmy bowiem, ile czasu potrzebowała Francja, by dokonać takiego samego dzieła. Szlachta niechętnie wyprawiała legjony na stepy numidyjskie: wymógł to Memmjusz i drugi trybun. Dlaczego? Po części dlatego, że szlachta tego sobie nie życzyła; ale główną przyczyną była Cyrta i śmierć osiadłych w niej Italczyków, śród których przeważną rolę odgrywali spekulanci z rzymskich rycerzy. Lubili oni wzbogacać się nietylko na prowincjach, ale i w państwach ościennych, drogą operacji nie tyle handlowych ile finansowych, budząc tem oczywiście nienawiść ludności — wobec czego cały stan rycerski był zainteresowany w tem, by zapewnić im bezpieczeństwo. A stan ten był sprzymierzony z ludem i jego przywódcami, trybunami, przeciwko wspólnemu wrogowi — senatowi; dzięki temu Rzym dal się wciągnąć w tę wojnę, która go kosztowała wiele ofiar, łatwo zaś mogła kosztować jeszcze więcej.
Taka byla ta południowa wojna; zgoła inny charakter miała wojna północna — tam istotnie Rzym walczył o swój byt. Wywołały ją plemiona germańskie, które ukazały się nagle — jak przypuszczano, z północnych mórz — w atmosferze śródziemnomorskiej w poszukiwaniu nowych terenów wraz z żonami i dziećmi w liczbie kilkuset tysięcy. Głównemi z pośród nich plemionami byli Cymbrowie i Teutoni. Dziwne i groźne wrażenie sprawiały na południowcach te jasnowłose, błękitnookie olbrzymy, ich powolny niszczący pochód, kiedy się posuwali niezmierną siłą, stłoczeni dokoła swych nie zgrabnych furgonów, które im służyły, jako ruchome domy i twierdze przenośne. Jakkolwiek doskonała była rzymska sztuka wojenna — wobec nich okazała się bezsilna, jak wobec szarańczy. Wogóle ukazanie się Teutonów było zapowiedzią tej nawałnicy germańskiej, która po upływie kilku stuleci przyniosła ze sobą zagładę świata antycznego. Podobieństwo polegało i na tem, że zamiary barbarzyńców były początkowo pokojowe: żądali oni ziemi na osiedlenie, ofiarując za nią Rzymowi swoje... usługi. Ale, ponieważ żądanie to było niewykonalne, więc u stóp Alp rozpoczęto kroki wojenne.
W roku 113 wysłano przeciwko nim konsula Karbona, który został pobity; w 109 ten sam los spotkał Sylana; w 107 — Longina; w 105 Cepiona. Przerwy tej wojny tłumaczą się tem, że Germanie, nie znając systematycznego prowadzenia wojny, odsuwali się za każdym razem bardziej na północ Alp. Tak po zwycięstwie nad Cepionem, zwycięstwie stanowczem, kiedy Italja leżała u stóp ich bezbronna — barbarzyńcy woleli szukać szczęścia w Hiszpanii i, przeprawiwszy się przez Pireneje, bić się dwa lata z tamtejszemi plemionami, które doskonale potrafiły bronić swobody kraju ojczystego.
Tymczasem Marjuszowi udało się zakończyć wyprawę jugurtyńską. Powtórnie obrany konsulem, wyruszył on w roku 104 do Gallji przeciwko Germanom. Ci wciąż jeszcze przebywali w Hiszpanji, tak, iż miał czas przygotować kraj do ich spotkania, a drobnemi wyprawami i szeregiem dokonanych fortyfikacji — podnieść ducha zdemoralizowanej niepowodzeniami armji rzymskiej. Wróg oczekiwany był dopiero w roku przyszłym, i Rzym uważał za konieczne obrać Marjusza konsulem na rok 103 — po raz trzeci. Istotnie Germanie zawitali, ale nie śpiesząc, rozdzielili się na dwa wojska, z których jedno, cymbryjskie — postanowiło przejść Alpy od wschodu, podczas gdy drugie, teutońskie — wzdłuż wybrzeża. Rezultatem tego była obopólna bezczynność i czwarty konsulat Marjusza (102 r.), przyczem, jednakowoż, wybrano mu kolegę z pośród wodzów senatorów, znanego nam już Katulusa. Ten ostatni zajął italijskie podnóże Alp Zachodnich; Marjusz, przebywając w krainie transalpejskiej, opanował pozycje przy ujściu Izery do Rodanu, ażeby zagrodzić Teutonom drogę Hannibalową, prowadzącą w górę Izery, i dostęp do wybrzeża Massylijskiego. Teutoni bardzo chcieli stoczyć bitwę jak najprędzej; Marjusz z wielu powodów nie życzył sobie tego. Olbrzymi wzrost barbarzyńców, ich glos dziki, bardziej zwierzęcy niż ludzki, ich mnogość — wszystko to sprawiało na legjonistach wrażenie przygnębiające. Niechże wróg przedewszystkiem połamie sobie rogi o fortyfikacje obozu rzymskiego, i niech żołnierze tymczasem oswoją się z tem, co ich początkowo przerażało. Oprócz tego wiemy już, że Marjusz był bardzo przesądny: zabrał on był ze sobą wróżkę syryjską, której było na imię Marta, i trzymał ją w wielkiem poszanowaniu, idąc we wszystkiem za jej wskazówkami. Ona zaś tymczasem na bitwę mu nie pozwalała. Żołnierze zaczynali już szemrać: cóż to, do kopania rowów przysłano nas tutaj? Ta niecierpliwość również cieszyła wodza, i w dalszym ciągu trzymał wojsko w obozie, doskonale zaopatrzone we wszystko, co było potrzebne.
Nareszcie wyczekiwanie dokuczyło barbarzyńcom — więc, omijając wroga, ruszyli wdół szeroką doliną Rodanu. Długie dni trwał ich pochód; przechodząc mimo Rzymian, szydzili z legjonistów, pytając ich, czyby nie mieli czego do przekazania swym żonom. Marjusz wszystko to znosił, poczem, zaledwie przeszły ostatnie oddziały, sam wyruszył w ślad za nimi. Tak doszli do miejscowości, zwanej Aquae-Sextiae, której nazwa po dziś dzień z trudem daje się rozpoznać we współczesnem Aix. Barbarzyńcy z rozkoszą rzucili się do ciepłych źródeł, którym miejscowość zawdzięcza swoją nazwę, gdy tymczasem Marjusz zajął ufortyfikowaną, ale bezwodną wyniosłość. «Skądże mamy wziąć wody?» — zapytywali żolnierze. «Stamtąd» — odrzekł Marjusz, ukazując na Rodan. Tam było istotnie dużo wody, ale i nieprzyjaciel znajdował się w pobliżu. Pomimo to, trzeba było zaryzykować. Udali się więc nosiwody — a za nimi oddziały ochronne. Zobaczywszy to, Ambronowie, którzy znajdowali się najbliżej, wyskoczyli z wanien i zastąpili im drogę. Ale łaźnia nie wyszła im na dobre: Rzymianie stanęli do obrony — i włóczniami zapędzili ich z powrotem do obozu, przyczem w pościgu niejeden zginął; w obozie zaś zostali jako tchórze i zdrajcy niezbyt uprzejmie przyjęci przez swe żony; nie obeszło się przytem bez rozlewu krwi. Zresztą i dla Rzymian nie była igraszką obrona przed dzielnemi olbrzymkami, które, porwawszy za miecze, rzuciły się na legjonistów, usiłując wydrzeć im tarcze; wpadały wtedy w jakieś upojenie bitewne, które ich nie opuszczało aż do śmierci.
Jednakże był to dopiero wstęp; należało się spodziewać rzeczy ważniejszych. Teraz i Marta żądała bitwy. Marjusz wyprowadził wojsko z obozu, ale przedtem niepostrzeżenie wysłał swojego oficera Marcella na czele kilku oddziałów w celu oskrzydlenia nieprzyjaciela. Teutoni nie dali nawet legjonom zejść na równinę; doprowadzeni do wściekłości zagładą swych braci Ambronów, ruszyli zdobywać wzgórze. Marjusz umiejętnie wyzyskał teren: legjoniści mogli swobodnie rzucać ze szczytu dziryty i, zgóry waląc na wrogów, łamać ich swojemi pociskami, w czem sam Marjusz, jak żołnierz wśród żołnierzy, świecił przykładem. Oto już zachwiały się zastępy barbarzyńców, gdy naraz na ich tyle rozległ się krzyk żołnierzy Marcella. Teraz już odwrót zmienił się w ucieczkę. Nacierani z obu stron, śpieszyli z powrotem do swego obozu. I znów rozgrywały się okropne sceny. Kobiety, przewidując niewolę, odbierały sobie życie, jak która umiała. Wiele z nich wieszało się na dyszlach furgonów. Szczególnie wstrząsające widowisko przedstawiała pewna Teutonka, którą znaleziono powieszoną na dyszlu wraz z dwojgiem dzieci, uczepionych u jej nóg.
Liczba jeńców była wielka, lecz ilość zabitych — dwa razy większa: późniejsi mieszkańcy tej miejscowości nadzwyczajny urodzaj tej ziemi przypisywali użyźnieniu jej krwią ludzką. Marjusz, wybrawszy najlepszy, zdobyty oręż, jako trofeum, kazał resztę spalić na cześć Wulkana; podczas składania tej osobliwej ofiary przybyli śpiesznie gońcy z Rzymu z wiadomością, że Marjusz po raz piąty został obrany konsulem.
Teraz oczywiście nie było jeszcze powodu do tryumfu: druga armja rzymska z Katulusem, drugim konsulem, na czele stała w Galji Cyzalpińskiej i oczekiwała na strasznego wroga, który też rychło dal znać o sobie. Rzymianie nie wytrzymali niezwykłego widoku i, nie zważając na usilne zabiegi konsula, zaczęli się cofać. Wówczas Katulus zmienił swój plan: chcąc, aby hańba okryła jego, nie zaś legjony rzymskie, sam stanął na czele cofających się żołnierzy i, posuwając się na zachód, doprowadził ich do miasta Vercellae, w dzisiejszym Piemoncie. Tu spotkał Marjusza, którego zjawienie się podnieciło odwagę wojsk Katulusa i zmusiło Cymbrów do rokowań. Nie wiedząc o klęsce Teutonów, Cymbrowie wystąpili z wygórowanemi żądaniami ziemi dla siebie i dla swoich braci-Teutonów. «Nie troszczcie się o swoich braci» powiedział Marjusz z ironicznym uśmiechem — «dostali oni już od nas tyle ziemi, ile im było potrzeba». Cymbrowie zbledli: «Nieprawda!» — krzyknęli. Wówczas Marjusz kazał przyprowadzić wodzów, wziętych do niewoli w bitwie pod Aquae-Sextiae; uwierzyli.
Nadszedł dzień bitwy; niestety, Marjusz pragnął nietylko pobić wroga, ale i zaćmić Katulusa. Współzawodnictwo obu konsulów zaostrzał fakt, że jeden z nich był przywódcą rządzącej arystokracji, drugi zaś opozycji ludowej. Niewiele brakowało do klęski; zwyciężyło jednak szczęście Rzymu, i Vercellae, świadek zagłady Cymbrów, zajął poczesne miejsce obok Aquae-Sextiae.
Czy jednakże udał się i drugi zamiar Marjusza? Musimy, bądź co bądź, powiedzieć, że tak. Subtelny Katulus cierpiał z powodu pychy Marjusza, który nie chciał dzielić zwycięstwa z towarzyszem. Katulus zatem wezwał okolicznych mieszkańców na świadków i, oprowadzając ich po polu bitwy, dowodził, że jego legjony dokonały znacznie więcej, niż legjony Marjusza. Senat ocenił jego zasługi, przyznając obu konsulom tryumf jednoczesny; lud jednakże uparcie uważał Marjusza za zbawcę Rzymu od barbarzyńców północnych i widział w nim «trzeciego założyciela Rzymu» (po Romulusie i Kamillu).
I coraz bardziej urastała legenda o Marjuszu, w której ten ulubieniec losu ze swoją wiarą w cuda, ze swoją wieszczką Martą był mężem opatrznościowym. Pamięć o bohaterze z pod Aquae-Sextiae żyła trwale w błogosławionej Prowincji i zajaśniała nowym blaskiem później, gdy kraina ta przyjęła religję krzyża i legenda chrześcijańska zetknęła się z legendą starorzymską — legenda o trzech ewangelicznych Marjach i siostrze jednej z ni Marcie, które przybyły na równinę Rodanu krzewić wiarę Chrystusową. Świętą Martę, pogromczynię potwornej Taraski, naród, nie licząc się z chronologią, utożsamił z wieszczką bohatera rzymskiego, a imię Marjusza, tajemniczo jednobrzmiące z imionami świętych, dokonało reszty, splatając obydwie legendy w dziwaczną całość. I dotychczas ludność Prowancji opowiada o cudach, męstwie i świętościach, objawionych przez «generała» Marjusza i trzy Marje, jak również przez jasnowidzącą Martę, która prowadzi na linie, (jak to często malują), pól-ropuchę, pół-żmiję, bezbożną, bluźniącą Taraskę.

52. GAJUS MARJUSZ

Lecz skąd przybył ten legendarny bohater, co pieścił w marzeniach zapowiedziane sobie siedm konsulatów, jako zadatek jakiejś nadzwyczajnej i sobie samemu nie dość świadomej wielkości?
Ojczyzną jego było Arpinum (warto zapamiętać tę nazwę, jeszcze do niej powrócimy) w górzystym obwodzie Wolsków; przodkowie jego walczyli w tych drużynach, które Korjolan poprowadził niegdyś na swój ojczysty Rzym. Było to nieomal przed czterema stuleciami; od owych czasów Wolskowie otrzymali obywatelstwo rzymskie i nauczyli się mówić po łacinie, jednak nie świetnie dla ucha wybrednych mieszkańców stolicy — jak to się potwierdziło na Marjuszu. Pochodził on bowiem z prostej rodziny włościańskiej, wychowanie otrzymał elementarne, bez języka greckiego. «Nie będę się uczył języka, którego nauczycielami są nasi poddani», mówił nieraz. Wyrósł na mężczyznę silnego, dobrze rozwiniętego, o ponurym wyrazie twarzy; obcy wszelkiemu pięknu, prosty, a nawet szorstki w obejściu, miał natomiast mocno rozwinięte poczucie prawdy i, co było głównym rysem jego charakteru — nieposkromioną ambicję i żelazną siłę woli.
Urodził się w r. 155. Pierwsze powodzenie wojenne zdobył pod sztandarami Scypjona Młodszego podczas oblężenia Numancji. Wówczas to zwrócił na siebie uwagę wodza męstwem i najściślejszem wykonywaniem swych obowiązków. Scypjo lubił nagradzać zasłużonych; pewnego razu wezwał Marjusza na obiad do sztabu. W czasie obiadu była mowa, kto po nim, Scypionie, będzie uznany za głowę państwa. «Kto wie», powiedział Scypjo, «być może ten oto młodzieniec» — i wskazał na Marjusza. Marjusz drgnął: żart dowódcy wydał mu się nie żartem, lecz proroctwem. Gdy powrócił do Rzymu, starał się zostać trybunem i, dzięki pomocy Kw. Metella, z którym był bliski — cel osiągnął. Chciał i na tem stanowisku się odznaczyć: zatem, nie zważając na senat, przedstawił ludowi projekt o demokratycznem prawie glosowania w sądzie. Konsul Kotta zalecił senatowi ogłosić to prawo z powodów formalnych za nieobowiązujące i pociągnąć trybuna do odpowiedzialności. Marjusz ze swej strony zagroził konsulowi więzieniem, ponieważ ten poważył się porwać na uświęconą władzę trybuna. Konsul zwrócił się do Metella, i ten go chciał poprzeć, myśląc, że swą powagą złamie upór trybuna. Lecz Marjusz i Metella wtrącił do więzienia. Wówczas senat zgodził się na żądanie Marjusza, który, dzięki swojej stanowczości, odrazu stał się ulubieńcem ludu.
Marjusz w ten sposób przygotował sobie drogę do pretury. Wprawdzie nie obyło się bez przeszkód — wszak był on «nowym człowiekiem» — lecz pomimo to cel osiągnął.
Trudno jest nam zrozumieć, jakim sposobem on, syn włościanina, człowiek wcale nie wytwornych manier, mógł ożenić się z panną z rodziny patrycjuszowskiej — Julją, przyszłą ciotką wielkiego Cezara. Lecz w życiu tego niezwykłego człowieka wszystko było niezwykłe.
Dalej widzimy naszego bohatera jako oficera w wojnie Metella z Jugurtą, a dalej — jako konsula i dowódcę armji. Jaką drogą się to stało — o tem mówiliśmy wyżej. Wojna dla Marjusza była żywiołem rodzimym; prowadząc surowe i proste życie, jak zwykły żołnierz, stal się on bożyszczem swoich legjonów. W jaki sposób po wojnie Jugurtyńskiej nastąpiła wojna z Teutonami, w jaki sposób spadały na niego konsulaty — o tem też już wiemy. Consul quintum — oto czem był on w roku 101, gdy święcił podwójny tryumf, jako ten, co szczęśliwie i całkowicie zakończył wojnę południową i północną.
Konsul po raz piąty — i cóż dalej? Dzięki jego zasługom pokój został osiągnięty na wszystkich czterech krańcach państwa; lecz czem się stanie podczas pokoju bohater krwawych walk? Pierwszym senatorem? Był nim Skaurus; przytem wogóle nie sława wojenna, lecz doświadczenie polityczne i dar słowa dawały pierwszeństwo w senacie. Nie, nie pierwszym, nie drugim, nie trzecim i nie dziesiątym. Tam byli Metellowie, Katulusowie, Scewolowie — ludzie wysoko wykształceni, którzy z uprzejmym uśmiechem na ustach prowadzili zawiłą grę polityczną. Jakże on stanie pomiędzy nimi ze swoją twarzą o grubych rysach i prostaczym wyrazie, ze swym pospolitym dowcipem żolnierskim? W jaki sposób będzie brał udział w ich wielkoświatowych zebraniach, przyprawianych według ówczesnej mody na pól greckiemi słowy i zwrotami, których on zupełnie nie rozumiał? Z drugiej znów strony powtórne konsulaty i dowództwa wywoływały w oczach bojaźliwych widmo samowładcy, któryby posiadał pełnomocnictwa już nie tylko cywilne, jak Grakchowie, lecz i wojskowe; jednakże dla tej nowej roli trzeba było utrzymać w swoim ręku władzę wojskową, trzeba było postąpić tak, jak w pół wieku później postąpił Cezar. Na to Marjusz nie mógł się zdecydować. Czy dlatego, że przeraził się następstw możliwego niepowodzenia? Czy też dlatego, że jego poczucie prawdy i prawa zakazywało mu wejść na tę drogę? Nie wiemy.
Lecz Marjusz istotnie przygotował drogę innemu swoją reformą wojskową, zmieniwszy obywatelskie pospolite ruszenie w armję stałą. Do tej pory przestrzegana była starorzymska zasada zależności rodzaju służby wojskowej od cenzusu: bogatsi odbywali służbę w konnicy, średniozamożni w ciężkiej piechocie, proletarjat w lekkiej. Marjusz zniósł wogóle pobór przymusowy i zaczął przyjmować ochotników — przede wszystkiem z pomiędzy proletarjuszy rzymskich i italskich, ponieważ ci, ukończywszy prawem określoną służbę, z trudem tylko mogliby powrócić do ziemi, której nie posiadali; utrzymywała ich wojna, i pozostawali pod chorągwią, dopóki można było a potem? Cóż było robić z weteranami? Trzeba było obdarzyć ich ziemią. Ta nowa troska o weteranów była dla Marjusza naturalnem następstwem nowych reform, i nie raz się z tem jeszcze spotkamy.
Dzięki tej trosce utrwalił się obyczaj, powstały znacznie wcześniej, że z pomiędzy legjonistów wyróżniano oddział wyborowy, znajdujący się w obozie w bezpośredniem sąsiedztwie ze sztabem — praetorium — i nazywany przeto oddziałem pretorjan; tutaj po raz pierwszy zaznacza się podział sil wojska na «armję» i «gwardję». Zrozumiale jest, że wojsko takie było stokroć więcej związane z osobą dowódcy: kto się stał jego bożyszczem, ten mógł się na wiele odważyć, nie wyłączając i korony królewskiej... Lecz, powtarzamy, Marjusz nie chciał, czy też nie mógł zdecydować się na to.
Tryumf przebrzmiał; Jugurta był wysłany do «zimnej łaźni» jak nazywał podziemie, gdzie go czekała śmierć. I cóż dalej? Piąty konsulat nie dał Marjuszowi upragnionej władzy, a przed nim były jeszcze dwa, w które wierzył całą duszą. Więc trzeba było pomyśleć o szóstym na następny 100 rok. Senat więcej niż kiedyindziej będzie mu przeciwny, tem bardziej, że na widnokręgu nie było wojen; trzeba więc upewnić się o pomocy «popularów».
Rzeczywiście, od epoki Grakchów widzimy w Rzymie dwie partje, powstałe w czasie drugiej wojny Punickiej — przypomnijmy sobie Flaminjusza i Warrona — a które później nie występowały w epoce chwały; były to: partja «popularów» i partja «optymatów». Przy następcach Grakchów powstał szczególny obyczaj: kandydat zostawał gorącym popularem, otrzymywał urząd, dostawał się do senatu; — i tam stawał się optymatem, zwolennikiem władzy nobilitetu. Takim był i ów Memmjusz, którego widzieliśmy w wojnie Jugurtyńskiej; surowo zdemaskował on przekupstwo posłów, wysłanych do króla afrykańskiego; teraz zaś ujrzymy go jako czynnego obrońcę senatu.
Lecz wracajmy do rzeczy. Przywódcami popularów wówczas, t. j. w r. 101, byli dwaj ludzie, nie tyle naśladowcy Grakchów, ile raczej ich parodje: Saturnin i Glaucia; pierwszy starał się o trybunat, drugi — preturę. Obaj zaproponowali Marjuszowi przymierze: Marjusz poprze ich swoim wpływem wzamian za co oni zapewnią mu szósty konsulat. Czy zdawał sobie sprawę ten bohater tylu bitew, na co się waży — on, ze swoją uczciwością bez zarzutu, z poczuciem prawdy i prawa-wstępując w przymierze z tymi gwałcicielami ustaw? I znów musimy rzec-nie wiemy. Lecz jego doświadczenie jest bardzo pouczające.
Najpierw odbywały się wybory konsularne. Zbrodniarze dotrzymali słowa; rzecz zrozumiała, gdyż czekała ich nagroda. Marjusz uzyskał szósty konsulat na rok 100. Później były wybory pretorskie; i tu sprawa potoczyła się gładko. Glaucia, znany już ludowi z poprzedniej działalności, otrzymał wymaganą większość. Lecz oto nadeszły wybory dziesięciu trybunów; imię Saturnina stało na czele popularów, lecz poza tem byli kandydaci z partji optymatów. Rozpoczęło się obliczanie głosów podług dzielnic (tribus). I cóż się okazuje? Pierwszym otrzymującym większość jest optymat, drugim-optymat i tak dalej, aż do dziewiątego zwyciężają sami optymaci. Lecz i na dziesiątego nadziei mało: i tu coraz więcej zarysowują się szanse kandydata optymackiego, poważanego ogólnie obywatela Kw. Nunnjusza. Wtem z pośród zebranych rozlega się okrzyk: «Nunnjusz zabity!» — «Zabity — przez kogo?» — To się rozpatrzy później, a pozostawiać lud bez trybunów «uświęcone prawo» zabrania; trzeba dalej prowadzić wybory. Głosy, oddane nieboszczykowi, oczywiście przepadają, na jego miejsce podsuwa się jedenastego kandydata, którym był właśnie Saturnin.
Kto zamordował Nunnjusza, tego i później nie stwierdzono, lecz Rzymianie pamiętali przysłowie, wypowiedziane przez jednego z lepszych prawników: is fecit, cui prodest.
A tymczasem nasi trzej sojusznicy przystąpili do dzieła. Więc pierwszem ich zadaniem było nadanie ziemi weteranom Marjusza, naprzód oddziałom obywateli rzymskich, a potem — i to było ważnym nowym krokiem wielu Italczykom, którzy otrzymaliby w ten sposób obywatelstwo rzymskie. Ziemi miała dostarczyć kolonizacja zamiejska i zamorska w rozmiarach najszerszych, przyczem przewodniczącym komisji dla wychodźców był obrany Gajus Marjusz. Wobec tego zaś, że przewodniczący takiej komisji winien posiadać szerokie pełnomocnictwa wojskowe i obywatelskie, a działalność komisji była obliczona na wiele lat, zatem szósty konsulat przyniósłby Marjuszowi to, o czem ten dawno marzył, t. j. najwyższą władzę w Rzymie. Lecz w jaki sposób można było zmusić lud do przyjęcia takiego prawa? Toć większość, przyzwyczajona do rzymskich przydziałów, nie dałaby się skłonić do pracy rolnej w kolonjach. Aby pozyskać opornych, Saturnin dodał do tego prawa — drugie, w którem została prawie zupełnie usunięta i tak już nieznaczna splata za bursy zbożowe. Reforma groziła skarbowi bankructwem, ale to dla Saturnina było obojętne.
Nadszedł dzień głosowania; weterani Marjusza, oczywiście, jak jeden mąż zjawili się na forum. Trybun zgłasza intercesję, — wiemy bowiem, że byli oni optymatami. Saturnin, popierany silnie przez weteranów, prowadzi dalej głosowanie. Augurowie dają znać, że nadchodzi burza, a według prawa w takich wypadkach przerywa się zebranie; Saturnin radzi im dać spokój, pamiętając, że po grzmotach może być i grad. Prawo zostaje przyjęte.
Lecz dla Saturnina niedość było tego wszystkiego, — pamiętał bowiem, jaki los spotkał prawa młodszego Grakcha. Przeprowadziwszy swoje prawo, dodał do niego punkt, zgodnie z którym wszyscy senatorowie, pod groźbą utraty godności, obowiązani byli zaprzysiąc, że będą go przestrzegali. Marjusz, jako konsul, musiał dać przykład. Prawo to, jak zauważyliśmy, było mu na rękę, lecz z drugiej strony, obryzgany krwią Nunnjusza, czuł się niezbyt dobrze w towarzystwie swoich sojuszników, a jego poczucie prawdy mocno obrażał bezprawny sposób, w jaki Saturnin przeprowadził owe prawa. Wypowiedział się więc w ten sposób: «Prawo, o ile jest prawem, winno być przeze mnie przestrzegane — na to przysięgam». Omówienie to usuwało sens przysięgi; ten bowiem, który przysięgał, mógł oświadczyć, że prawo, przeprowadzone wbrew intercesji i zastrzeżeniom augurów, nie jest prawem. Senatorowie chętnie poszli za przykładem Marjusza; jeden tylko, Metellus Numidyjski, zbyt dumny, aby szukać wykrętu, odmówił przysięgi i zmuszony był przez to pójść na wygnanie na wyspę Rodos.
Saturnin i Glaucia rzeczywiście spostrzegli w tej dwuznacznej przysiędze konsula odstępstwo; zapał ich znacznie ostygł. Do wprowadzenia w życie nowego prawa było jeszcze daleko: prawo to bowiem okazało się bardziej skomplikowane, niż dawniej prawo Tyberjusza Grakcha. W tym czasie nadeszły nowe wybory. Kandydował na konsula pretor Glaucia, co było wbrew prawu, ale to już było obojętne! Śród współzawodników był człowiek o dużej inteligencji, były popular, obecnie zaś optymat Memmjusz. Naród był wzburzony, wybory przewlekały się, nadszedł termin komicjów trybuńskich; wybory w myśl «uświęconego prawa» nie mogły być odłożone. Kandydatem był znowu Saturnin, lecz pomny swego wątpliwego powodzenia na zeszłorocznych wyborach, tym razem przygotował dla ludu swojego rodzaju niespodziankę. Najbardziej pamiętną sceną w trybuńskiej działalności Tyberjusza Grakcha było to, że, przeczuwając swój upadek, polecił zebranemu ludowi opiekę nad swym maleńkim synem. Było to przed trzydziestu laty. I oto teraz Saturnin, przypomniawszy ludowi jego przysięgę, przedstawił wyborcom w liczbie kandydatów samego, niby cudem ocalonego, syna Tyberjusza. Samozwaństwo było oczywiste; Marjusz z obowiązku konsula kazał rzekomego Grakcha uwięzić. Lud jednakże nie chciał się rozstać ze swojem złudzeniem; przemocą odbił samozwańca i obrał go trybunem. Był to już otwarty bunt, lecz na tem się nie skończyło. Nadszedł wreszcie dzień wyborów konsularnych. Kto zwycięży: Glaucia czy Memmjusz? Zdaje się, Memmjusz... Lecz teraz partja Saturnina użyła tego samego środka, co w roku ubiegłym: zorganizowana przez nią szajka zabiła Memmjusza.
To już przebrało miarę cierpliwości: senat zażądał od swego konsula, t. j. Marjusza, aby z siłą zbrojną wystąpił przeciwko gwałcicielom. Ten więc musiał stosować krwawe represje względem dawnych sojuszników. Sił wojskowych w pobliżu Rzymu nie było, trzeba było uzbroić młodzież optymacką, przyczem dowództwo nad nią objął dostojny Skaurus. Saturnin i Glaucia ze swej strony otoczyli się swojemi szajkami lecz wobec dobrze uzbrojonej młodzieży byli bezsilni. Rozbici na Forum, cofnęli się na Kapitol i tam się umocnili, lecz nie długo mogli się bronić. Marjusz nakazał pozamykać rury, dostarczające wodę na Kapitol, i zmusił ich w ten sposób do poddania się. Chcąc jednak ocalić życie byłym swoim sprzymierzeńcom, przeznaczył im na więzienie jeden z budynków na Forum; ale młodzież, w zapale bitewnym, weszła na dach i rozebranemi dachówkami zasypała uwięzionych. W ten sposób zakończył się pamiętny rokosz Saturnina w roku 100.
Wiele trupów pozostawił w spadku Saturnin; lecz śród trupów był jeden żywy, tym był właśnie sam Marjusz na schyłku swojej władzy szóstego konsulatu. Ciężko zapłacił za to, że sam, szanując prawo, związał się z ludźmi, którzy prawo lekceważyli. Teraz już obie partje go opuściły. O nowym konsulacie mowy być nie mogło; o przewodnictwie w komisji kolonizacyjnej tembardziej: prawo Saturnina przepadło wraz ze swym twórcą. I czemże był teraz bohater wojen afrykańskich i germańskich? Nawet pamięć o jego czynach zagasła. Jugurta? — wygnał go z Numidji Metellus, a jako jeńca sprowadził Sulla. Germanie? — wojnę z nimi zakończył Katulus.
Metellus, Sulla, Katulus — te trzy znienawidzone imiona czytał Marjusz w głębi chłodnych i urągliwych spojrzeń, które dostrzegał w oczach szlachty; właśnie zaś przygotowywano dla Metella uroczyste powitanie, gdy powróci ze swego dobrowolnego wygnania. A czy Marjusz nie zechce wziąć udziału w tem powitaniu? Nie, woli się udać do Pessynuntu, aby tam złożyć daninę wdzięczności Wielkiej Macierzy, która obiecała mu kiedyś zwycięstwo nad Teutonami. Lecz mniejsza o to. Tam w Galatji oczekiwała go nowa i zaszczytna znajomość: z królem Kappadocji i Pontu, Mitrydatem Eupatorem, sąsiadem prowincyj rzymskich w Azji. Był on bardzo niezadowolony z rozporządzeń Rzymu, które godziły w jego interesy, i wyraził swoje niezadowolenie Marjuszowi, oczywiście przez tłumacza. Lecz Marjusz odpowiedział mu wykrętnie przez tegoż tłumacza: «Albo postarajcie się być silniejsi od Rzymu, albo spełniajcie jego rozkazy». Król był zdumiony: «rzymską mowę słyszałem wiele razy, lecz po raz pierwszy słyszę szczere rzymskie słowo». Zapamiętał jednak radę i postanowił być silniejszym od Rzymu. W jaki sposób mu się to udało, zobaczymy później.
Jednak Marjusz powrócił do Rzymu. Tu go w dalszym ciągu drażnili i Metellus i Katulus, a przedewszystkiem Sulla, który otwarcie przypisywał sobie zasługę zwycięstwa nad Jugurtą. Kazał nawet sporządzić dla siebie specjalną pieczęć, wyobrażającą w kamieniu rzniętym związanego Jugurtę, i pieczęcią tą pieczętował listy do swoich przyjaciół. Niedość tego. Oto nowy sojusznik i przyjaciel narodu rzymskiego, król mauretański Bokchus, zapragnął wyraziście zobrazować swoje zasługi i wysłał na Kapitol poświęcony dar w postaci bogini Zwycięstwa; śród ozdób znajdowała się tu płaskorzeźba, przedstawiająca, jak Bokchus związanego Jugurtę oddaje Sulli. Obecnie Marjusz nie mógł nawet pomodlić się do Jowisza Kapitolińskiego, aby nie spotkać się ze szczęśliwym i szyderczym rywalem.
Stanowczo, szósty konsulat nie spełnił pokładanych w nim nadziei: zdaleka tylko pokazał Marjuszowi koronę samowładztwa, aby później ją cofnąć. Korona... Jeżeli Marta była jeszcze przy nim, powinna mu była powiedzieć, że korona nie dla niego jest przeznaczona, lecz dla dziecięcia, którego narodzin Marjusz właśnie w tym roku, gdy po raz szósty był konsulem, winszował swojemu szwagrowi, G. Juljuszowi Cezarowi Starszemu...
Rzeczywiście, szósty konsulat nie przyniósł Marjuszowi nowych korzyści, tylko zniszczył owoce pierwszych pięciu: populary go odepchnęli, widząc w nim właściwego winowajcę upadku swoich wodzów, Saturnina i Glaucii; optymaci nie uznali za zasługę faktu, że się później nawrócił, i, w dalszym ciągu stroniąc od niego, uważali go zawsze za wroga.
Jednakże pomimo wszystko Marjusz nie rozstawał się ze swojemi ambitnemi marzeniami; jako człowiek zabobonny, wierzył w przepowiedziany sobie siódmy, ostatni i decydujący konsulat. Lecz kiedy i jak się on urzeczywistni?
Gdy Marjusz o tem myślał, Rzym otrzymał najstraszniejszy cios od czasu pogromu Hannibala. Ciosem tym była wojna Italska, czyli wojna sojusznicza.

53. ITALCZYCY A RZYM

O położeniu tak zwanych «sprzymierzeńców» (socii) była już mowa nie raz: było ono rezultatem samnickich i innych jednoczesnych wojen, które doprowadziły do zjednoczenia Italji pod hegemonją Rzymu. Ze zwyciężonymi Rzym wchodził w układy, na zasadzie których ci, porzuciwszy inne związki, stawali się sprzymierzeńcami Rzymu. Zwyciężonym odbierano część ziemi, i ziemia ta stawała się ager publicus, o czem była mowa z powodu reformy Grakchów; częściowo zaś służyła jako założony przez Rzym fundament dla kolonji, które stawały się opoką potęgi rzymskiej wśród zwyciężonych narodów i ogniskiem ich romanizacji. U siebie związkowcy zachowali zupełny samorząd, żaden komisarz rzymski nie mięszał się do ich spraw, i podatków nie płacili, lecz skoro zobowiązali się uważać przyjaciół lub wrogów Rzymu za swoich, jak o tem już wiemy, posyłali do rzymskiego legjonu swoje oddziały pomocnicze (alae). W czasie wojny z Hannibalem stanowiły te oddziały siłę równą sile legjonów, co było bardzo skromną proporcją, jeżeli weźmiemy pod uwagę znaczną przewagę liczebną zaludnienia. W okresie chwały czasami przewyższali Rzymian podwójnie, a po wojskowej reformie Marjusza ich liczba zależna była od dobrej woli samych «sprzymierzeńców».
Organizacja powyższa była dobra do czasu. Celowości jej dowiódł najazd Hanibala, który zawiódł się w swej rachubie, że przeciągnie sprzymierzeńców na swoją stronę. Lecz epoka chwały rzecz całą zmieniła. Italję otaczał cały nieprzerwany pierścień prowincyj; ich podbój był sprawą ogólną; na polach Hiszpanji, Macedonji, Afryki lala się krew zarówno rzymska jak italska, a jednak wszystkie korzyści i zaszczyty otrzymywali wyłącznie Rzymianie. Wskutek tego sprzymierzeńcy coraz bardziej pragnęli otrzymać w pełni obywatelstwo rzymskie. Było to tem możliwsze, że istniały gminy o pośredniem prawie rzymsko-italskiem; były to t. zw. Latini. Początkowo tak nazywały się tylko gminy w Latium, ager Latinus; później w miarę tego, jak z jednej strony owe «gminy», będąc obdarzone obywatelstwem rzymskiem, zamieniały się w «municypja», z drugiej zaś strony powstawały równolegle z rzymskiemi i «latyńskie kolonje», termin nomen Latinum przechodził na te ostatnie i z plemiennego stawał się jurydycznym.
Latynowie stali się sojusznikiem uprzywilejowanym; przywilej ich w pierwszym rzędzie polegał na tem, że w prawie cywilnem zrównano ich z Rzymianami, z którymi po pierwsze mogli zawierać umowy majątkowe (jus commercii) i prawne małżeństwa (jus conubii), a powtóre stać się obywatelami rzymskimi.
Tym sposobem przy końcu II-go wieku prócz innych zagadnień politycznych, zaprzątających rząd republiki rzymskiej, przybyło jeszcze jedno zagadnienie: kwestja italska, a raczej sprawa obdarzenia Italczyków prawami obywateli rzymskich. Trudność rozwiązania tej kwestji polegała na tem, że odpowiednie prawo, które z istoty swej było demokratyczne, było jednak sprzeczne z interesami proletarjatu rzymskiego. Sprawcą tego był Gajus Grakchus, który wydał prawo o tanich przydziałach zboża (lex frumentaria). Prawo powyższe w warunkach ówczesnych stało się wielkim ciężarem dla skarbu rzymskiego; w miarę wzrostu liczby obywateli, niepomiernie powiększyłaby się ilość udzielanych przez skarb przydziałów. Łatwo to zrozumiał tłum, który się gromadził na komicjach; oczywiście więc wrogo odnosił się do każdej próby rozszerzenia granic obywatelstwa rzymskiego. Doświadczył tego sam Gajus Grakchus; po jego upadku nobilitet bez trudu usunął jego wniosek o obdarzeniu sprzymierzeńców obywatelstwem rzymskiem. Po raz drugi doświadczył tego w dwadzieścia lat potem Saturnin: zabiegając o obywatelstwo dla sprzymierzonych, przekupił lud propozycją jednorazowego obniżenia ceny za przydziały zboża, wskutek czego przyniósł skarbowi podwójny uszczerbek, Oczywiście sytuacja finansowa państwa była mu obojętna, lecz zato nie była obojętna szlachcie, która, złamawszy rokosz Saturnina, zniosła oba jego prawa. Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie na Italczykach wywarły te powstające i nieurzeczywistnione nadzieje. Władze zdawały sobie sprawę z tych niepokojących nastrojów i patrzyły przez palce na dość częste fakty samowolnego przyswajania sobie praw obywatelskich przez zamieszkałych w Rzymie sojuszników; dla Italczyków była to pewnego rodzaju furtka. Lecz oto w r. 95 konsulat otrzymuje znakomity Scewola (syn), wcielenie poczucia prawa, oraz przyjaciel jego, sławny owemi czasy mówca, L. Licynjusz Krassus. Dla jurydycznej duszy Scewoli wszelkie samozwaństwo było wstrętne; prawdopodobnie też dbał on i o interesy skarbu rzymskiego. Wspólnie przeprowadzili ustawę, która pod groźbą surowych kar zakazywała nie — obywatelom przyswajanie obywatelstwa rzymskiego. Italczycy powrócili do swoich miast, i tam wybuchło ich niezadowolenie. Wszędzie tworzyły się grupy spiskowców. Powstało tylko pytanie, czy należało przedsięwziąć kroki, by zmusić Rzym do przyjęcia Italczyków w poczet swoich obywateli, czy też obalić władzę rzymską i złączyć się w jeden związek bez udziału Rzymu.
Chwila była pełna niepokoju, i senat dobrze zdawał sobie z tego sprawę: z inicjatywy umiarkowanej większości senatu jeden z jego członków, M. Liwjusz Druzus (syn tego, który w tak nieszlachetny sposób przyczynił się do obalenia G. Grakcha) porozumiał się ze wspomnianemi grupami niezadowolonych, obiecując im uchwalenie pożądanego prawa. Miał zadanie o tyle ułatwione, że na rok 91 został obrany trybunem ludowym. Sprawa była zagmatwana: należało pozyskać życzliwość ludu i nieprzejednanych członków senatu; dlatego też Druzus, przed ogłoszeniem swego prawa o obywatelstwie sprzymierzeńców, obmyśli dwie ustawy, z których jedna była przeznaczona dla ludu, druga-dla senatorów. Ludowi zaproponował powiększenie przydziałów, gdyż wobec znanej sytuacji, stworzonej przez Grakcha, innego wyjścia nie było. Senatorów chciał zjednać prawem sądowem, na zasadzie którego senatorowie i rycerze mieli w równej liczbie zasiadać w komisjach sądzących.
Przy wniesieniu tych praw popełniono jednak pewną formalną nieprawidłowość. Gdyby bowiem te ustawy poddano oddzielnym głosowaniom, wówczas partja ludowa prawdopodobnie odrzuciłaby prawo sądowe, partja zaś senatorska przydziały. Aby temu zapobiec, Druzus połączył je w jeden projekt prawny, co było niezgodne z niedawnemi postanowieniami ludu. Jednak Druzus dopiął celu: jego prawo zostało przyjęte. Ale przeciwnik Druza, konsul Marcjusz Filip, zaczął zabiegać w senacie, aby przyjęte prawo unieważnić, i zdołał uzyskać poparcie dla swego stanowiska. Ale nie na tem się skończyło. Pewnego wieczoru, gdy Druzus wracał, na samym progu domu został zamordowany sztyletem; kto i z czyjego rozkazu popełnił morderstwo — pozostało na zawsze tajemnicą.
«Druzus zabity!» — oto słowa, które przechodziły z ust do ust w całej Italji; nienawiść wzrosła i sprowadziła wybuch. W piceńskiem mieście Askulum pretor rzymski, który, jako sędzia śledczy, przybył dla zbadania podejrzanych stosunków tego miasta z gminami sąsiedniemi, został wraz z całym swym orszakiem rozszarpany przez zgromadzoną tłuszczę. Był to początek rokoszu, który wkrótce rozpowszechnił się w południowej i północnej części Italji; w ten sposób rozpoczęła się wojna sojusznicza (90—88 r.). Rokosz zawrzał we wszystkich dzielnicach, choć nie ogarnął ogółu mieszkańców. Wiele ważnych gmin dochowało wierności Rzymowi; jest rzeczą zrozumiałą, że wierności tej dochowały głównie kolonje rzymskie, rozsiane tu i owdzie. Były to jakby wzgórza śród wzburzonych fal powodzi. Oczywiście bowiem, akcja zjednoczonych Italczyków była w pierwszym rzędzie zwrócona przeciwko tym kolonjom. Na czele rokoszan stanęło plemię samnickie Marsów, z których też pochodził waleczny naczelnik armji powstańczej, Kw. Pompedjusz Silo.
Rzym gotował się do stłumienia rokoszu. Przedstawione przez sojuszników na początku r. 90 ultimatum, w którem Pompedjusz zgadzał się na złożenie broni pod warunkiem przyznania powstańcom obywatelstwa rzymskiego, zostało odrzucone. Heroiczne wskazanie testamentu przodków, aby nie pertraktować z uzbrojonym na ziemiach Italji wrogiem i tym razem było przestrzegane. Wszystkie wysiłki zmierzały do tego, aby wojnę poprowadzić do zwycięskiego końca. Dowództwo objęli konsulowie owego (90) roku: L. Cezar i Lupus. Marjusza i Sullę również mianowano komendantami. Między zwaśnionemi partjami zapanowala wreszcie zgoda, a lud złożył nawet chwilową ofiarę ze swych przydziałów, aby nie obciążać skarbu. Z drugiej znów strony, sojusznicy, których warunki zostały odrzucone, postanowili rządzić się bez Rzymu. W miasteczku Korfinjum, leżącem w centrum Italji, na wschód od Rzymu, założyli swoją stolicę, nazywając ją Italją. Tutaj obradował senat italski w składzie pięciuset członków, odbywały się zebrania ludowe i obierano sprawujących urzędy, a więc dwóch konsulów, dwunastu pretorów i t. d. — jak w Rzymie.
Kroki wojenne rozpoczęto: Przed wyprawą na Rzym sojusznicy musieli jednak powyciągać ze swojego ciała drzazgi w postaci kolonji rzymskich, których obrona była znów pierwszym obowiązkiem Rzymu. Stąd też wynikła pozorna bezplanowość działań wojennych. Wyniki walk w r. 90 były zmienne: konsul Lupus, wpadłszy z wojskiem w zasadzkę, poniósł klęskę i poległ. Natomiast drugi konsul, L. Cezar, w wielkiej bitwie pobił Silona i zwycięstwem swem podniósł słabnącego ducha Rzymian. Marjusz, który po klęsce Lupusa objął naczelne dowództwo jego armji, pomimo podeszłego wieku (miał wówczas lat 66), również okazał się godnym swej dawnej sławy wojennej. Sulla, jak niegdyś w Afryce, dzielnie pomagał Marjuszowi. Jednakże w roku 90 szale powodzenia przechylały się na stronę Italczyków. Rokosz się szerzył; wojska sojuszników już przedtem przewyższały liczebnie Rzymian, teraz zaś jeszcze bardziej wzrosły. Los również zdawał się sprzyjać Italczykom: król Pontu, Mitrydat, pomnąc radę Marjusza, postanowił «być silniejszym od Rzymu»; rozumiał, że odkładanie na później wojny mogło przyprawić go o utratę całego Wschodu.
Wobec grozy położenia Rzym chwycił się środka równie szlachetnego, jak mądrego: zgodnie z propozycją konsula L. Cezara, lud postanowił obdarzyć obywatelstwem rzymskiem te gminy Italji, które pozostały wierne Rzymowi. Zbawienne skutki tego środka wkrótce się ujawniły: dalsze szerzenie się rokoszu zostało powstrzymane, a z początkiem następnego 89-ego roku siły Rzymu wzrosły, siły zaś Italczyków znacznie zmalały. Południowa Italja została stosunkowo szybko opanowana; Rzym mógł ściągnąć siły do centrum, do stołecznej Italji, którą także podbił; upadek tej nowej stolicy wpłynął przygnębiająco na tych, którzy niedawno marzyli o pochodzie na Rzym. Po całym szeregu dalszych powodzeń oręża rzymskiego, stało się jasne, że «zjednoczeni» Italczycy przestali istnieć; ze zwycięskim Rzymem wojowali już tylko Samnici, porzuceni przez swoich sprzymierzeńców. Oto jakie wyniki przyniósł rok 89-ty.
Teraz zwycięstwo Rzymu nie mogło ulegać żadnej wątpliwości, co potwierdził następny rok 88-my. Gdy Marsowie — ziomkowie Silona, zostali pokonani przez Rzymian, Silo dalej dowodził resztką powstańców, lecz szczęście mu nie sprzyjało; w bitwie z dowódcą rzymskim poniósł klęskę i sam poległ. Powstanie zaś, którego sercem i głową był Silo, wkrótce wygasło. Sulla obrany na rok 88-my konsulem i tym razem okazał się zwiastunem zwycięstwa. W ciągu niespełna pól roku, rozprawił się ostatecznie z Italczykami i jako «szczęśliwy» konsul mógł wyruszyć przeciwko Mitrydatowi. Lecz nie wyruszył odrazu: nowe wypadki zmusiły go do przedsięwzięcia marszu najmniej spodziewanego, bo na miasto Rzym. Lecz o tem zdarzeniu i wogóle o dziejach lat ośmdziesiątych opowiemy później.
Kwestja italska nie była jeszcze przez upadek powstania rozwiązana; widzieliśmy, że, jak dotychczas, obywatelstwem rzymskiem zostały nagrodzone tylko gminy, które Rzymowi dochowały wierności. Ale przyznanie tego obywatelstwa pozostałym gminom było już tylko kwestją czasu. Rzym nie okazał zawziętości; w ciągu zaledwie lat dziesięciu cała ltalja od Apenninów do mórz południowych otrzymała rzymskie, a Gallja cyspadańska — latyńskie obywatelstwo. Odtąd cały półwysep był już nietylko geograficznie, lecz i politycznie zjednoczony.
Teraz był w Italji (nie licząc wyjątków) tylko potężny Rzym na czele municypjów i kolonij, które zostaly włączone do trzydziestu pięciu rzymskich tribus. Wszyscy mieszkańcy Italji zostali równouprawnieni i mieli prawo mieszkać w Rzymie, wybierać magistratów i występować jako kandydaci na urzędy. Rzym, jak już wspomnieliśmy, nie wywierał zemsty nad zwyciężonymi; kiedy znakomity poeta Owidjusz, Samnita z pochodzenia, wspominał o tych zdarzeniach w sto lat później, to bez żadnych skrupułów, nawet z pewną dumą pisał o strachu, jakiego napędzili Rzymowi jego sąsiedzi italscy. Wszyscy mieszkańcy Rzymu mogli otrzymywać przydziały zboża, które oczywiście znów zostały przywrócone po zwycięstwie. W jaki sposób skarb rzymski mógł ponosić tak wielkie ciężary — trudno dociec; bądź co bądź, było to zadanie niełatwe i wiodło niechybnie ku coraz cięższemu przesileniu finansowemu.
Kwestje finansowe stanowiły część zagadnień, których drugą częścią były sprawy socjalno-polityczne. Przynęty w postaci przydziału zboża, tudzież innych korzyści, które można było osiągnąć przy okazji jakiegoś zwycięstwa, lub śmierci któregoś z magnatów, igrzysk w teatrze, amfiteatrze, cyrku lub z okazji sukcesu obywatela, który zaspokoił swoje ambicje wyborcze, jak również z okazji nietyle ambitnych, ile materjalnych dążeń tych, którzy za swe głosy dostawali od kandydata okrągłą sumkę — wszystkie te okazje przyciągały do Rzymu znaczną część nienajlepszej ludności italskiej («szumowiny» — mówili kandydaci między sobą, gdy ich nikt nie słyszał). Rezultatem tego napływu ludu italskiego do Rzymu była proletaryzacja ludności stołecznej. Ponadto zaś, ten tłum, bywający na komicjach, teraz mniej niż kiedykolwiek mógł być uważany ilościowo i jakościowo za przedstawiciela ludu rzymskiego. Innemi słowy, demokracja rzymska, której wartość była już wątpliwa za Grakchów, stała się obecnie zupełną fikcją.
Jak temu zaradzić? Do czego miał zmierzać człowiek, dla którego dobro państwa było najwyższem prawem? Kto nad frazesem przechodzi do porządku, a natomiast wyciąga wnioski z życiowych doświadczeń, ten przyzna, że rozumnie zarządzać państwem można zarówno przy ustroju monarchicznym i arystokratycznym, jako też demokratycznym, a najlepiej — łącząc i godząc owe trzy formy, jak to zaleca Polibjusz. Jak wiadomo, ustroje demokratyczne dzielą się na dwa rodzaje (systemy): plebiscytowy, kiedy wszyscy obywatele biorą osobiście udział w uchwalaniu ustaw, i parlamentarny, kiedy różne miejscowości obierają swych przedstawicieli, którzy tworzą sejm, jako instytucję prawodawczą. Jest rzeczą oczywistą, że system plebiscytowy jest możliwy do zastosowania tylko w niewielkich organizmach państwowych, kiedy obywatel może bez trudności stawić się osobiście w stolicy, celem wzięcia udziału w zebraniach prawodawczych. Kiedy państwo rozszerza swe granice, ustrój demokratyczny może się utrzymać tylko zapomocą zamiany systemu plebiscytowego na parlamentarny. Teraz dla Rzymu nadszedł czas wstąpienia na drogę parlamentarną, dla zachowania demokracji. Lecz Rzym nie obrał tej drogi; żaden z przywódców nawet nie wskazał możliwości takiego rozwiązania — do tego stopnia była obca duszy Rzymianina i wogóle owym czasom antycznym za sada przedstawicielstwa.
Z powyższych wywodów wynika jasno, że mąż stanu, mający dobro ojczyzny na celu, nie mógł szczerze i poważnie współdziałać z partją popularów. Jeżeli zaś zgodnie współpracował z partją, to tylko dlatego, że widział w niej narzędzie do osiągnięcia własnych celów i korzyści. Mieliśmy już przykłady, jakie to były cele: władza jednoosobowa, a więc monarchja.
Co innego senat, nobilitet, optymaci. Zbyt ryzykowne byłoby twierdzenie, że wszyscy członkowie senatu stali na wysokości swych zadań. Ale cała polityka Rzymu w omawianej epoce świadczy, że jego jądro było zdrowe.
A pozatem czyny rzeczywiście odpowiadały słowom: senat rządzący był istotnym organem nobilitetu, podczas gdy prawodawcze zebrania ludowe już przed r. 89-tym nie były właściwie organem ludu, a potem wogóle przestały być wyrazicielem jego woli. Tak więc rozumna polityka była możliwa w Rzymie tylko w tym wypadku, gdy na zebrania ludowe wnoszono jedynie projekty, aprobowane już przez senat. W takich wypadkach istotna działalność prawodawcza należałaby do senatu, a zebranie ludowe byłoby tylko instancją zatwierdzającą. Każdy zaś fakt przerzucenia na zgromadzenie ludowe inicjatywy prawodawczej, na wzór Grakchów lub Saturnina, będąc napozór posunięciem demokratycznem, w istocie przyczyniał się tylko do przygotowania monarchii.
Wszystko to należy sobie uświadomić dla należytej oceny walki politycznej, która się rozegrała w następnem pięćdziesięcioleciu. Zdawałoby się, że była to walka arystokracji z demokracją, w istocie zaś — walczyła republika z monarchją.
Ale wynikiem wojny sojuszniczej było nietylko to, że zgromadzenia ludowe ostatecznie utraciły wszelką wartość; można tu wskazać jeszcze inne zjawisko polityczne, godne uwagi.
Otóż w wojnie tej brała udział i Pompeja — z woli losu jedyne dziś w swoim rodzaju, zachowane dla nas miasto. Jeszcze przejdziemy się wśród jego ruin; ale już teraz można wspomnieć o takim fenomenie: mieszkańcy Pompei byli plemienia kampańskiego, t. j. samnickiego; mówili więc najbardziej rozpowszechnionym w Italji językiem oskim. Wszystkie napisy na murach miasta z przed r. 89-ego są w języku oskim; ale od owego roku język oski poczyna być wypierany przez łacinę. Taki skutek przyniosło uzyskanie praw obywatelstwa rzymskiego, czyli sprawy, dla której Italczycy wszczęli wojnę. Skutek w istocie zdumiewający. Zazwyczaj narody powstają w obronie swej mowy rodzinnej przed językiem ciemiężycieli; Italczycy zaś, przeciwnie, powstali, aby swój rodowity język zastąpić językiem zwycięskich Rzymian.
Jak wytłumaczyć tę osobliwość? — Oto Rzymianie nigdy nie narzucali podbitym ludom swej mowy. Mając bardzo wysokie mniemanie o swym języku, uważali posługiwanie się nim za zaszczyt, o który należało się ubiegać zapomocą zasług — albo, jak w tym wypadku, miecza. I możnaby tylko żałować, że nowa Europa nie naśladowała tego dalekowidzącego i mądrego przykładu. Gdyż jest rzeczą niewątpliwą, że Pompeja — to tylko dowód, jeden z wielu. Od r. 89-ego wszystkie narzecza italskie poczęły zamierać, wszędzie zamiast nich pojawia się język latyński, czyli łacina.
Italja latyńska — oto doniosły rezultat wojny sojuszniczej.

54. MITRYDAT EUPATOR

Opowiadając o dziejach Wschodu Greckiego, ograniczyliśmy się do tej części Azji Mniejszej, która stanowiła państwo Attalidów, później zaś, pod panowaniem rzymskiem, prowincję «Azję». Teraz zwrócimy uwagę na dalszy Wschód; pomijając znaną nam już Galatję koło dzisiejszej Angory, ujrzymy szereg krajów i narodów, których helleńskie zabarwienie jest coraz mniejsze — aż do Armenji. Z krajów tych na największe zainteresowanie zasługuje Pont, który od miasta greckiego Synopy rozciągał się na wschód i na zachód nad morzem Czarnem.
Założycielem dynastji królów tej ziemi był Mitrydat I, którego za młodych lat łączyły bliskie stosunki z Antygonem, a przyjacielskie z jego synem Demetrjuszem Poliorketą. Jeden z potężnych dyadochów rzucił na Mitrydata ciężkie podejrzenie, grożące utratą życia; zapobiegł temu Demetrjusz, w porę go uprzedzając, żeby się ratował ucieczką. Dzięki swoim węzłom pokrewieństwa Mitrydat zdołał opanować wspomniany wyżej Pont, w którym od owego czasu zaczęły się rządy jego dynastji.
Historyczne losy Mitrydata I malo są znane; gdyby nawet były znane lepiej, niezbyt by nas interesowały: działalność tych wszystkich królów sprowadzała się do tego, że zagarniali ziemię i gromadzili bogactwa. Pod tym względem niema żadnej różnicy, czy to będzie mowa O Kappadocji lub Paflagonji, Poncie lub Armenji. Ale teraz stan rzeczy się zmienił; odkąd «Azja» w r. 133 została prowincją rzymską, inne państwa półwyspu znalazły się w połozeniu półzależnem. I oto w Poncie wstąpil niebawem (w r. 120) na tron człowiek, wprawdzie jako chłopiec jedenastoletni, dla którego z czasem ten stan rzeczy stał się bardzo niewygodny. Był to Mitrydat VI, przezwany Eupator.
Maloletni królowie nawet w grecko-wschodnich państwach rzadko dochodzili do lat dojrzałych, a tembardziej w krajach czysto wschodnich. Opiekunowie zawsze starali się zająć ich miejsce, niekiedy nawet przy pomocy samych matek. Dlatego dzieciństwo Mitrydata pełne było niebezpieczeństw; życie zachował poprostu jakimś cudem, jako myśliwiec ukrywając się we własnem państwie. Dzięki twardej szkole stał się człowiekiem niesłychanie silnym, zręcznym i mądrym, ale zarazem bardzo nieufnym, wiarołomnym i okrutnym. Dość powiedzieć, że będąc młodym, zabił matkę, później brata i siostrę, a wkońcu trzech synów i trzy córki: innych zabójstw popełnił co niemiara. Ale jego życie rodzinne i prywatne jest dla nas bez znaczenia, natomiast dużą wagę ma rola historyczna, jaką odegrał w ówczesnym świecie. Jego polityka opierała się na dwóch czynnikach, których wprawdzie nie wytworzył sam, ale które umiał zręczne wyzyskać: jeden czynnik — to sytuacja kolonij greckich na południu dzisiejszej Rosji, drugi — sytuacja rzymskiej prowincji Azji.
Kolonje greckie — to przede wszystkiem Olbja u ujścia Dniepru, Chersonez na zachodzie Krymu w pobliżu Sebastopola oraz Pantikapajon (dziś Kercz) na wschodzie tegoż półwyspu. Kolonje greckie, będące krzewicielkami kultury i hellenizmu śród Scytów i Sarmatów, jako naturalne pośredniczki handlowe między światem tubylców-rolników a Grecją, bądź kwitnęły, bądź też upadały w czasach, kiedy wędrówki ludów w zajmowanych, przez Greków dzielnicach burzyły ich pokojowy stosunek do tubylców. Teraz właśnie nadchodziła dla nich taka groźna fala, prawdopodobnie związana z ową wędrówką ludów, która pchnęła Cymbrów i Teutonów na terytorjum zachodniego świata kulturalnego. Wrogowie, którzy się nagle ukazali, zaczęli uciskać Greków; domagali się nadmiernych haraczów, i wprost zagrażać ich życiu. Właśnie w tym samym czasie Mitrydat, rozszerzając swe ziemie, przyłączył do nich Kolchidę i w ten sposób znalazł się w sąsiedztwie, choć nie bezpośredniem, z Pantikapajon. Grecy zwrócili się do niego z prośbą moc i ochronę, co było mu na rękę; przepędził więc przybywające tu hordy, a nawet przyłączył do swoich posiadłości nową dzielnicę nad morzem Azowskiem. Mitrydat pozyskał przytem rozgłos jako filhellen, co mogło mu ułatwiać realizację planów małoazjatyckich.
Senat rzymski, choć zajęty własnemi sprawami, śledził jednak nie bez trwogi wzrost potęgi Mitrydata Eupatora; ale Rzym, chcąc go poskromić, poczynił zrazu kroki niezbyt fortunne. Książęta scytyjscy, wypędzeni przez Mitrydata, widząc w nim władcę półzależnego od Rzymu, zwrócili się ze skargą — i Rzym był na tyle nieostrożny, że stanął po ich stronie wbrew interesom Greków czarnomorskich. Energiczniej interwenjował Rzym w sprawach Azji Mniejszej, kiedy Mitrydat zajął Kappadocję, kraj położony blisko prowincji rzymskiej. Nie będziemy tu omawiać całego szeregu zabójstw i samozwańczych wystąpień, za pomocą których król Poncki zdołał opanować ten kraj; kiedy Rzym zaprotestował przeciw zaborowi Kappadocji, Mitrydat, nie chcąc swą odmową wywoływać gniewu Rzymian, skłonił swego zięcia, króla ormiańskiego Tygrana, aby przyszedł z pomocą swemu sprzymierzeńcowi w zagrożonej ziemi. Ale ta obłudna pokora nie uśpiła czuwającego Rzymu, a czuwającego dzięki temu, że namiestnikiem Cylicji był znany nam już L. Sulla.
Tu należy wyjaśnić, co następuje:
Osłabienie Rodosu po wojnie z Perseuszem doprowadziło do tego, że niepomiernie się wzmogło zuchwalstwo piratów, którzy, nie obawiając się już groźnej niegdyś floty rodyjskiej, urządzali dzikie polowania na statki kupieckie, a w razie pościgu znajdowali schronienia w zatokach górzystego kraju między Taurem a Syrją — w Cylicji. Ujarzmienie ich było prostym obowiązkiem Rzymu, który się przyczynił do upadku Rodosu. Dążenie do podołania temu obowiązkowi spowodowało, że w latach 90-tych zorganizowana została Cylicja, jako druga po «Azji» prowincja rzymska w Azji Mniejszej. Namiestnikiem jej był właśnie Sulla. Jego siły wojenne były niezbyt duże; ale zato jako dowódca posiadał zdolności wybitne w najwyższym stopniu. Z właściwą sobie brawurą przeszedł Taurus, wdarł się do Kappadocji, rozbił sprzymierzeńca Mitrydata oraz pomocnicze oddziały Tygrana — i, ścigając ich, dotarł ze swemi kohortami aż do Eufratu. Po raz pierwszy stopa legjonisty rzymskiego dotknęła brzegów tej prahistorycznej rzeki; Sulla zdawał sobie sprawę z doniosłości tego zdarzenia i wyzyskał je w sposób, jaki uznał za stosowny.
Brzegi Eufratu wchodziły w obręb Armenji i Partji; król Partów postanowił wysłać swego przedstawiciela dla układów zarówno ze śmiałym dowódcą rzymskim, jak i z nowym królem Kappadocji, którego Rzym popierał. Nastąpił moment historyczny: pierwsze zetknięcie Rzymu z tak groźną później Partją. Pomyślne wyniki zależały tu w dużym stopniu od umiejętnego wyzyskania sytuacji — ale tu Sulla zgrzeszył nadmierną gorliwością. Znacznie później: Tacyt, historyk rzymski, dostrzegał tajemnicę powodzenia rzymskiego na Wschodzie w tem, że główną troską Rzymian była siła władzy, imperium, podczas gdy jej stronę zewnętrzną, superbia, chętnie pozostawiali barbarzyńcom. Tymczasem Sulla właśnie tu uległ superbji: kazał sobie postawić tron nad brzegiem Eufratu i zajął honorowe miejsce między królem Kappadocji z jednej strony, a przedstawicielem króla Partów — z drugiej. Ten ostatni na wieść o takiem poniżeniu zawrzał gniewem; swego przedstawiciela; który zbyt skromnie odegrał swą rolę, kazał ukarać, a do Rzymu zaczął się odnosić wrogo.
Ta znakomita «konferencja nad Eufratem» odbyła się w r. 92-gim. Chwilowo Sulla uzyskał zupełne zadośćuczynienie, lecz niestety tylko chwilowo. W roku następnym wojna sojusznicza odciągnęła uwagę Rzymu od spraw wschodnich: Mitrydat zaś oczywiście nie omieszkał skorzystać z tak dogodnej dla siebie konjunktury. Sprzymierzonego z Rzymem króla Kappadocji znów wypędził i posadził na jego tronie swego kandydata. W kolonjach greckich Czarnomorza północnego zachował (na szczęście dla kultury) dawne urządzenia, ale w dalszym ciągu zagarniał Euksyn z południa i północy, idąc tędy i tamtędy w kierunku półwyspu Bałkańskiego. Ponieważ zaś jego potężna flota na tych wodach nie miała współzawodnika, można było istotnie widzieć w nim władcę Pontu — nie tylko małego kraju tej nazwy, ale samego wielkiego morza.
Rzym zrozumiał, że jest rzeczą konieczną postawić twarde warunki, — gdyż w razie przeciwnym powaga Rzymu w całej Azji byłaby nadszarpnięta; nie rozporządzając wielkiemi siłami wojennemi, wysłał do prowincji Azji na pomoc jej namiestnikowi dowódcę bardzo doświadczonego. Był to Manjusz Akwiljusz. Rzym spodziewał się, że półzależne od niego państwa przyjdą z pomocą ze swemi pułkami. Nadzieje te częściowo się sprawdzily; ale jeszcze realniejszą siłą był strach, jaki budziło w barbarzyńcach samo imię Rzymu, strach wywolany energją Sulli. Mitrydat znów ustąpił, znów zabrał z Kappadocji swego figuranta i miejsce oswobodził dla sprzymierzeńca rzymskiego.
Wynikło szczególne obustronne nieporozumienie. Z jednej strony Mitrydat nie zdawał sobie sprawy ze słabości Rzymu w tym ciężkim dla niego r. 90-tym, bo oto, posiadając armję półmiljonową, cofnął się przed niewielkim korpusem Akwiljusza. Ale i z drugiej strony Akwiljusz nie zdawał sobie sprawy z istotnej siły swego przeciwnika. Nic dziwnego, że kappadocka huśtawka mu się sprzykrzyła: łatwo było przewidzieć, że skoro tylko armja rzymska odejdzie, Mitrydat znów wygna sympatyka rzymskiego i sprowadzi swojego. Postanowił więc zapobiec temu; ponieważ zaś miał niewiele własnych sil, rozkazał półzależnemu od Rzymu królowi Bitynji Nikomedowi, aby wtargnął w granice Pontu. Gdy zaś Mitrydat zaczął przygotowywać opór, Akwiljusz zakazał mu wojować z Nikomedem, jako sprzymierzeńcem i przyjacielem narodu rzymskiego.
Było to posunięcie nierozsądne; naprężona struna pękła. Mitrydat wyruszył przeciw Nikomedowi i zaczęła się pierwsza wojna Mitrydatowa (r. 89-84). Nadomiar złego było jeszcze trzecie nieporozumienie: Akwiljusz nie orjentował się, jak słaba była władza Rzymu w prowincji Azji. Słaba zaś była z następujących powodów. Sam przez się był to kraj rozkoszny i żyzny, zdolny żywić ludność wielomiljonową; przy złych rządach perskich nie mógł on rozwinąć swoich sił, ale pod oświeconą i troskliwą władzą Attalidów wzmocnił się i rozkwitł. Ten świetny stan kraju mógłby trwać i przy Rzymianach, którzy zajęli «Azję» w r. 133; ale nie zdołali jeszcze w niej osiąść jak należy, gdy w r. 121 G. Grakchus podpisał na nią wyrok śmierci temi fatalnemi ustawami, zapomocą których chciał sobie kupić życzliwość stanu rycerskiego, tj. arystokracji pieniężnej. Pierwsza ustawa nadawała rycerzom wyłączne prawo dzierżawy w prowincji Azji. Natychmiast ten nieszczęśliwy kraj pokryła sieć towarzystw spekulacyjnych; w skarbie rzymskim kupowali oni za określoną, niezbyt wysoką sumę, powiedzmy dla przykładu, dziesięcinę zboża; potem zaś od chłopów wyciągali za to zboże podwójną i potrójną sumę. Spekulantów zbyt bezczelnych mógł hamować namiestnik, który podług prawa był ze stanu senatorów; ale gdyby to zrobił, to można go było oskarżyć np. o łapownictwo, a w takim razie groził mu nieuchronnie wyrok potępiający, albowiem podług drugiej ustawy tegoż Grakcha (str. 353), sędziami byli ciż sami rycerze. Sprawdziło się to bardzo niedawno: w r. 94 Azją zarządzał znany już nam ze swej prawości Kw. Scewola; zarządzał tak sprawiedliwie, że jego «edykt prowincjonalny» stał się po wszystkie późniejsze czasy wzorem mądrego prawodawstwa. Spekulujących rycerzy, rzecz prosta, trzymał twardą ręką i nie pozwalał im wyciskać soków z prowincji. Za to też stał się przedmiotem ich gwałtownej nienawiści. Coprawda, jego samego nie mieli odwagi wezwać do odpowiedzialności, i by go zgnębić pośrednio, oskarżyli jego pomocnika Rutyljusza Rufa, najszlachetniejszego i najuczciwszego człowieka: oskarżyli go o zdzierstwa (repetundarum). Oczywiście sędziowie-rycerze uznali go za winnego. Wówczas Rutyljusz, zmuszony iść na wygnanie, wybrał za schronisko tę samą krainę, którą rzekomo ograbil-Azję; ta zaś przyjęła swego dobroczyńcę z taką miłością, że ten później już nie chciał powracać do Rzymu, choć drogę miał otwartą.
Bądź co bądź, Rzym dużo stracił: spekulanci czynili, co im się żywnie podobało, namiestnicy zaś, przerażeni losem Rutyljusza, patrzyli przez palce na ich gospodarkę; lud cierpiał, ale cierpiąc — nienawidził i szemrał. Nienawiść jego wzmocniło proroctwo — właściwie zaś wznowienie starej wróżby z przed stu lat, która się nie ziściła. Jak się ta wróżba odrodziła, zobaczymy w opowiadaniu następnem; tu tylko wspomnimy, że nad Rzymem powtórnie zawisł miecz przeznaczenia, który miał rychło spaść, bo już w r. 83, i że sprawcą tego miał być właśnie Mitrydat. Wróżbici zaczęli mu zapowiadać panowanie nad całym światem.
«Azja» w sprawach religijnych była zapewne najwrażliwsza z prowincji rzymskich; pierwsza powitała króla Pontu jako władcę świata. I rzeczywiście jego powodzenie było zdumiewające. Zaledwie Mitrydat albo raczej jego dwaj dowódcy, Grecy Archelaos i Neoptolem, rozpoczęli swój pochód przeciw wrogowi, gdy panowanie rzymskie runęło; wojska bityńskie i inne pomocnicze rozpierzchły się, Akwiljusz został okrążony i wzięty do niewoli, a cala prowincja z entuzjazmem witała swego oswobodziciela.
Taki wynik przyniósł pierwszy rok wojny; prowincja Azja była dla Rzymu stracona. Barbarzyńska dusza Mitrydata obnażyła się tu w pełni: a więc tak slaby był ów Rzym, którego lękał się cały świat! Nieszczęsnego starca Akwiljusza rozkazał pieszo, lub na ośle, śród męczarni i szyderstw, prowadzić po wszystkich miastach prowincji, a w drodze powrotnej do Pergamu kazał mu wlać w usta roztopionego złota, mówiąc: «masz, nasyć się bogactwami Azji! Sam zaś, przybywszy do Efezu, drugiej stolicy prowincji, wydal rozkaz, aby wszyscy obywatele rzymscy z żonami i dziećmi zostali w pewien określony dzień wymordowani. Rozkaz ten został wykonany bardzo ściśle: około stu tysięcy Rzymian padło ofiarą «rozkazu efeskiego», podczas owej nocy Bartłomiejowej świata starożytnego.
Nigdy jeszcze Rzym nie doznał tak straszliwego sponiewierania. Barbarzyńca mógł się na ten krok ważyć tylko dlatego, że uważał zagładę Rzymu za rzecz nieuchronną. Zapewne mniemanie jego nie było bez podstawy. Rzym w r. 88-ym, jak to widzieliśmy w opowiadaniu poprzedniem, znajdował się w ogniu rewolucji i nie mógł natychmiast stanąć w swej obronie. Mitrydat, oprócz silnej armji, posiadał także i flotę; nie tracąc czasu, przeniósł wojnę do Europy. Grecja również była tak nierozsądna, że dała się uwieść potędze przyszłego władcy świata; nawet Ateny zapomniały o Flamininie, Pawle, Scypjonie i uznały «nowego Dioniza» z Pontu; coprawda Ateny były wówczas same pod władzą tyrana, który wyobrażał sobie, że jest hetmanem wojska, — pod władzą retora Arystona. Taki był stan rzeczy w r. 88-ym; w następnym r. 87-ym Mitrydates zamierzał wylądować w Italji.
Ale zamiast tego nastąpiło zdarzenie zgoła inna: oto Sulla wylądował w Grecji. Jakim sposobem mógł być dokonany ten genjalnie szalony krok, o tem powiemy później; tu wspomnimy tylko, że Sulla przedsięwziął wyprawę nie z polecenia Rzymu, gdzie rządzili wówczas jego wrogowie polityczni, lecz z własnej inicjatywy, poparty miłością swych legjonów, które nie chciały opuścić bohatera wojny Jugurtyńskiej, germańskiej i sojuszniczej. Ale prócz tej miłości nie było nic: ani floty wojennej, ani pieniędzy, ani zapewnionej prowizji; wszystko to musiał sam zdobywać.
Innemi słowy: zaopatrzyć go miała we wszystkie potrzebne produkty nieszczęsna Grecja, która okrutnemi cierpieniami okupiła wtedy swój zapal dionizyjski. Skarby Delfów i Olimpji zostały «zarekwirowane»; świątynie te, a zwłaszcza Delfy, po tym ciosie już nigdy nie wróciły do dawnej świetności. Ateny zostały oblężone; padły święte jawory Akademji, co niegdyś przysłuchiwały się słowom Platona, padły w Pireusie odwieczne gmachy z wieku Peryklesa; jakkolwiek Aryston zachowywał się mężnie, to jednak musiał się poddać. Lecz cóż dalej? Grecję można było zająć i do pewnego czasu żywić się, pustosząc jej spichrze, ale jak przenieść wojnę do Azji, nie mając floty? Mitrydat zaś miał nie tylko swoją flotę: korsarze, uradowani klęską wspólnego wroga, chętnie pospieszyli z pomocą królowi Pontu ze swojemi statkami.
Tymczasem polityczni wrogowie Sulli w Rzymie dalej prowadzili swe dzieło: wysłali do Grecji silną armję pod dowództwem Walerjusza Flakka, nie przeciw Mitrydatowi, lecz przeciw Sulli.
Na szczęście nieprzyjaciel się zapamiętał; nie zważając na mądre rady Archelaosa, który doskonale rozumiał, że czas pracuje dla Mitrydata — niecierpliwy król, zaufany w liczebną przewagę swej armji, wydał rozkaz bitwy. Bitwa toczyła się pod tem miastem, które już raz pogrzebało wolność Grecji: pod Cheroneją (86 r.). Zwyciężył duch: armja Archelaosa została przez Sullę rozbita i prawie wytępiona.
Ale tu znowu można zapytać: cóż dalej? Z zachodu sunął Flakkus z armją, dobrze zaopatrzoną. Tymczasem Sulla uchylił się od spotkania z Rzymianami. Ze wschodu Mitrydat wysłał drugą armję, równie liczną jak pierwsza; Sulla wyszedł naprzeciw i pod Orchomenem, również w Beocji (85 r.), w takiem samem druzgocącem natarciu zniszczył ją.
Sulla wierzył w swą szczęśliwą gwiazdę: teraz stanowczo przeważyła ona szalę na jego korzyść. Pomocnik Sulli, słynny później Lukullus, sprowadził z Syrji flotę, dobrowolnie wypożyczoną przez króla syryjskiego. W armji Flakkusa wybuchł bunt, dowódca Flakkus został zamordowany przez swego podwładnego Fimbrję, który był na tyle rozważny, że nie zwrócił oręża przeciw Sulli, lecz przeciw Mitrydatowi. Despota ten swemi okrucieństwami pogrzebał wreszcie życzliwość Azji równie nagle, jak ją pozyskał; pod jego krwawem panowaniem nawet nadużycia rycerzy rzymskich zbladły.
Pod wpływem tych wszystkich klęsk Mitrydat dążył do zawarcia pokoju: Sulla zaś wobec groźnego położenia spraw rzymskich zgodził się na układy. Pokój został zawarty na warunkach dla Rzymu bardzo korzystnych: Mitrydat był zmuszony zrzec się swych zdobyczy, zachowując tylko w Azji swoje kraje pontyjskie; sprawcy rzezi Rzymian w prowincji Azji zostali ukarani. Pozostawał Fimbrja. Sulla nie śpieszył do rozpoczęcia z nim bitwy, choć rozłożył się obozem w jego sąsiedztwie. I nie zawiódł się w swych nadziejach na urok zwycięstw pod Cheroneją i Orchomenem: bratobójcza walka została zażegnana, legjoniści Fimbrji zaczęli tłumnie przechodzić do Sulli; okrążony przez swoje wojska, buntowniczy Fimbrja przypłacił śmiercią swe przestępstwo.
Teraz Sulla odniósł już zwycięstwo zupełne. Władał Azją: jakiś czas jeszcze w niej pozostał, aby uporządkować sprawy; poczem, zostawiwszy w Azji legjony Fimbrji, sam ze swoją tak już wsławioną bojami armją wsiadł na okręt i skierował się do Italji, do miasta Brundusium.
Działo się to z początkiem roku przeznaczenia — 83-ego.

55. PIERWSZA WOJNA DOMOWA

Czy Rzym mógł być zadowolony z rozwoju swej wojny z Mitrydatem? Niewątpliwie, nie mógł. Wykonawcy krwawego rozkazu efeskiego byli wprawdzie ukarani, ale główny winowajca był dalej królem Pontu. Znacznie mniejsza była wina Jugurty w Cyrcie, a jednak Rzym nie spoczął, póki Jugurta nie odpokutował w «zimnej łaźni» podziemia rzymskiego. Skądże więc teraz takie umiarkowanie? Przyczyną tego była rewolucja w Rzymie. Musimy wniknąć w tę rewolucję — i dlatego wrócimy do momentu zakończenia wojny sojuszniczej w r. 89-tym.
Przede wszystkiem jednak musimy czytelnikowi przypomnieć jeden szczegół, którego może nie pamięta.
Chodzi tutaj o ów przewrót wszechświatowy, jakiego oczekiwano w roku tysiąclecia upadku Troi t. j. w r. 183-cim. Przewrót ten nie nastąpił. Cóż to znaczyło? Czyżby Sybila się pomyliła? Niepodobieństwo! Przecie znaczna część rzymskich ceremonij religijnych opierała się na jej wyroczniach: kult Apollina, Demetry-Cerery, Wielkiej Macierzy i wielu innych bogów. Sybila była nieomylna, — nikt w to nie wątpił — a wyraźnie mówiła o dziesięciu wiekach po upadku Troi. Więc może niesłusznie uważano r. 1183-ci za rok jej zburzenia? Takie przypuszczenie zdawało się być bezpodstawne: kto jak kto, ale Eratostenes, który wymierzył wielkość ziemi, bezwarunkowo zasługiwał na zaufanie, to też jego chronologja była podstawą chronologji rzymskiej. Pozostawało więc przypuścić błędne obliczenie owych «dziesięciu wieków». Mówiło się, że wiek — to sto lat; ale na jakiej podstawie? Wprawdzie «wiekiem» jest życie ludzkie w największej rozciągłości; obliczane na sto lat aby słusznie? Bynajmniej, znane bowiem były przykłady żywotów ponad 100 lat. Jakaż jest zatem granica ostateczna naszego życia? Zaczęto rachować — i okazało się, że sto i dziesięć lat! Teraz sprawa się wyjaśniła. A więc sto wieków — to tysiąc i sto lat. Troja upadła w r. 1183-zatem jej potomek Rzym zginąć miał w r. 83-cim.
Teraz ten fatalny rok się zbliżał; trwoga rosła z dnia na dzień. Jak odbędzie się owa zagłada? Księgi Sybilińskie trzymane były w tajemnicy, czytało je tylko kolegjum sakralne, ale wieści z tego grona czasami dochodziły i do społeczeństwa. Sybila prorokowała za czasów królewskich w tekstach jej wróżb była mowa o królu — o królu nad Rzymem. A więc z nadejściem nowej epoki zdobędzie władzę jakiś nieprzyjacielski król: zaczęto go szukać, i wzrok zatrzymał się na Mitrydacie. Ale kto będzie królem rzymskim? Marjusz? Zapewne Marjusz marzył o tem, ale nie odpowiadał wymaganiom. Godnym tronu byłby tylko potomek założycieli Rzymu czyli patrycjusz. A zatem Sulla? Prawdopodobnie, choć mogli też być i inni kandydaci. Tak czy inaczej, Rzym zginie, «forum się pokryje namiotami», mieszkańcy będą wytępieni, prócz nielicznej garstki pobożnych, którzy będą przeniesieni na wyspy szczęśliwe... Gdzież są te wyspy? Za granicami Atlasu, za słupami Herkulesa: noga ludzka jeszcze ich nie dotknęła.
Lęk szerzył się bezustannie. Znaki, które tu i owdzie widziano: piorun z jasnego nieba, iskry nad sztandarem wojskowym, kruki lub myszy, pożerające swe potomstwo — wszystko tłumaczono sobie jako wstęp do nowej epoki. Szczególnie duży wpływ wywierali wróżbiarze (haruspices), a nie stało drugiego Katona, któryby ich ośmieszył. Zresztą pora nie nadawała się do śmiechu.
Namiętności się rozpalały. Wszystko się zdawało możliwem, wszystko dozwolonem. Na rok 88-my starał się o trybunat niejaki Sulpicjusz Rufus, zręczny mówca, ulubieniec tłumu. Ale Sulpicjusz pochodził z patrycjatu. Tem lepiej, tego właśnie żądała Sybila. Co się zaś tyczy warunków otrzymania trybunatu, to bardzo łatwo poradzić: Sulpicjusz uroczyście «złożył ze siebie patrycjat», i lud go obrał trybunem. Natychmiast otoczył się oddziałem straży przybocznej, zebrał drużynę młodych rycerzy, których nazwał «antysenatem» — i oto stał się królem Rzymu. O jego rewolucyjnych zarządzeniach nie warto mówić; główna rzecz w tem, że decyzją oddanej sobie tłuszczy powierzył Marjuszowi wojnę z Mitrydatem. Na rozkaz Sulpicjusza trybuni wojenni udali się do Noli — aby przejąć dowództwo nad wojskiem Sulli i przekazać je Marjuszowi.
Ale nie znał on Sulli, a jeszcze mniej jego legjonistów. Trybunów wojennych powitano gradem kamieni. Sulla, po krótkim namyśle, poprowadził swoje legjony przeciw Rzymowi. Daremnie Sulpicjusz dla porozumienia wyprawił do niego pretorów: ci z trudem uratowali swe życie. Sulla kroczył naprzód, wszedł do Rzymu bramą Eskwilińską — zwołał senat — prawdziwy, a nie sulpicjuszowy. Na nadzwyczajnem zgromadzeniu sądowem Sulpicjusz i Marjusz zostali skazani na śmierć. Wkróce kilkudniowy król rzymski został ścięty, a głowa jego przybita do mównicy trybuńskiej; niedoszły zaś dowódca Rzymu przeciw Mitrydatowi musiał pospiesznie opuścić Rzym, aby uniknąć podobnego losu.
Kiedy Marjusz uciekał, zabójcy podążali jego śladem. Biegł w kierunku morza, do Ostji, aby znaleźć statek i pojechać do Afryki, gdzie znali pogromcę Jugurty, i gdzie miał wielu przyjaciół. Chwała bogom ocalony! Lecz nie: bogowie zesłali burzę na okręt; koło przylądka Cyrcei trzeba było wylądować. Starzec siedemdziesięcioletni jął pieszo błądzić nad brzegiem morza. Głód mu doskwierał. Nieznajomego nikt nie wspomoże; Marjusza zapewne by przyjęli, ale czem: chlebem, czy sztyletem? Ląd jest niepewny, lepiej popłynąć wzdłuż wybrzeża, choćby na małym statku. Burza szczęśliwie minęła. Siedzieli na statku i tylko szeptali coś, podejrzewając pogoń. Pod wieczór zatrzymali się przy brzegu i, opuściwszy statek, ułożyli się do snu. I Marjusz zasnął snem kamiennym. Gdy rankiem się obudzili, statku już nie było. Prześladowcy widocznie wzdrygnęli się przed mordem, a do porwania też im zabrakło odwagi. Osłabieni głodem towarzysze Marjusza, (którzy aż do śmierci dochowali mu wierność), stracili już wszelką nadzieję. Lecz Marjusz ich pocieszał: «Czemuż się lękacie? Nad moim życiem trwa czar, który mnie chroni: siódmy konsulat jest mi przeznaczony».
Cokolwiek się miało stać, należało przecież odkryć swą tajemnicę, ot choćby przed tym gospodarzem nędznej chaty nad błotnistym brzegiem Lirysu. Pytają go: «Czy nie zdradzisz?» Odpowiada, że choć nie zdradzi, to jednak nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa, gdyż prześladowcy są na tropie, krążą dokoła. «Tymczasem jednak ukryj mnie, jak możesz». W bagnie Lirisu, zanurzony po pas w wodzie, czekał Marjusz nocy. Ale wysłańcy Sulli — to ludzie sprytni: przeszukali cale bagno, wyciągnęli sześciokrotnego konsula i przywieźli go do najbliższego miasteczka, do kolonji rzymskiej Minturn. Kolonji rzymskiej, a więc wiernej Sulli i senatowi.
Marjusza uwięziono. Jaki czekał go los? To jasne! wyrok już zapadł; należy go ściąć. — Łatwo powiedzieć: ściąć Marjusza! ale kto będzie jego katem? Może olbrzymi jeniec germański? Za sowitą nagrodę zgadza się wykonać wyrok. Z długim mieczem wchodzi do celi więziennej. Oto ten starzec, który tysiące jego rodaków położył trupem przy Akwach i Wercellach. Podnosi miecz. Ale starzec błyska groźnem okiem i wola: «To ty, niewolniku, śmiesz zgładzić Marjusza?» I miecz bezsilnie opadł; skruszony kat wraca do kurji: «darujcie, ale nie mogłem zabić Marjusza!» Zmieszali się dekurjonowie: barbarzyńca nie mógł, a oni, Rzymianie, mogliby?
Więc zaopatrzywszy Marjusza w pieniądze i prowjant, wysłali go statkiem na dzisiejszą Ischję w zatoce neapolitańskiej, dokąd przybył ogół emigrantów, by popłynąć dalej. Oczywiście powitali oni Marjusza z honorami; ale ich samych nikt niestety przyjąć nie chciał. I w Sycylji spotkali się z odmową. Więc wylądowali w Afryce w starym porcie kartagińskim i ruszyli na opustoszałe wzgórze, gdzie śród nędznego zielska leżały zgliszcza świątyni Saturna. Tu zaczekali na gońca z Utyki od pretora Sekstyljusza. Przyszedł goniec z wiadomością, że pretor Sekstyljusz zabronił Marjuszowi wstępu do prowincji Afryki. Marjusz opadł z jękiem na kwadrę świątyni Saturna. — «Cóż mam powiedzieć pretorowi?» zapytał goniec. — «Powiedz, żeś widział Marjusza na ruinach Kartaginy».
Pocieszyło Marjusza przybycie jego syna, Marjusza Młodszego, który z trudem zdołał uniknąć niewoli u króla Numidji Hiempsala II; obaj siedli na okręt, udając się na wyspę Cercynę w pobliżu brzegów Afryki. Tam pozostawiono ich w spokoju; stary dowódca mógł bezpiecznie oczekiwać dalszych zdarzeń i swego siódmego konsulatu.
Tymczasem Sulla, który, opierając się na swoich legjonach, samowładnie rządził Rzymem, przeprowadził między innemi ustawę, która bardzo ograniczała inicjatywę prawodawczą trybunów ludowych: oto pozbawił ich prawa ponownego przedstawiania uchwał, niezatwierdzonych przez senat. Był to środek radykalny przeciw przyszłym Grakchom, Saturninom i Sulpicjuszom: ale jak zapobiec zamachowi na tę ustawę podczas nieobecności Sulli, który wyruszał przeciw Mitrydatowi? Gdyby choć wybory konsularne w r. 87 dały wynik szczęśliwy; ale to nie nastąpiło. Widocznie trybuni ostatniego dziesięciolecia umieli dobrze zorganizować proletarjat; w kolegjach rzemieślników i drobnego mieszczaństwa agitowano gorliwie, i w r. 87-mym wybrany został konsulem, wraz z energicznym optymatem Gn. Oktawjuszem, gorący popular (ludowiec) L. Korneljusz Cinna. — Korneljusz! potomek pierwszych ojców starodawnego Rzymu — i, może, przepowiedziany przez Sybilę król, zwiastun przewrotu światowego. Wielu w to wierzyło — a przedewszystkiem sam Cinna.
Sprawy brały obrót niepomyślny. Wprawdzie, pozostawała jedna nadzieja: oto prawo Sulli zawierało punkt, na który populary nie mogli się skarżyć, ponieważ wysunął go jako pierwszy ich własny przywódca Saturnin — konsulowie powinni byli włączyć nowe prawo do swej przysięgi. Ale Cinna nie był Metellem. Gdy go zapytano, czy złoży przysięgę? Odpowiedział, że bezwarunkowo złoży. — Lecz czy jej dotrzyma? — Bezwarunkowo nie dotrzyma!
Zaledwie Sulla zdołał odpłynąć, gdy zaczął się drugi akt wojny domowej; po wojnie sulpicjuszowej — wojna oktawjańska. Należy tu dodać, że lex Julja z komentarzem, przyznająca sojusznikom prawa obywatelskie, bądź co bądź, ograniczała te prawa. Nowi obywatele mogli głosować tylko w ośmiu tribus z trzydziestu pięciu; skutkiem tego ograniczenia największa część tribus — dwadzieścia siedem — zachowana była dla rdzennych obywateli. Zapewne, ograniczenie to było tylko środkiem tymczasowym i jako taki było dosyć rozumne, gdyż rozpraszanie głosów rzymskich wśród głosów z całej Italji narazie nie było celowe. Jest jednak rzeczą zrozumiałą, że Italczycy niecierpliwie oczekiwali zniesienia tych ograniczeń. Już Sulpicjusz im to przyobiecał, aby zapewnić sobie ich poparcie; teraz jego próby ponowił Cinna.
Nadszedł gorący dzień: Oktawjusz był człowiekiem żelaznej woli, a przytem miał jeszcze za sobą Sybilę. Jeżeli Cinna był królem-zwiastunem przewrotu światowego — końca świata — to może jego wygnanie zażegna koniec świata, a porządek i prawo znów zatryumfują? Więc zawrzała bitwa, która zaćmiła wszystkie rzezie dni Grakchów, Saturninów i Sulpicjuszów; po okrutnej walce tysiące trupów wypełniło forum, ale Cinna wraz ze swymi zwolennikami zmuszony był do opuszczenia Rzymu. Wśród tych zwolenników było wprawdzie wiele figur ciemnych, ale jedna postać promieniała blaskiem niezwykłym: był to Kwintus Sertorjusz. Szczerze wierzył on w Sybilę, która po zgrozie wieku żelaznego obiecywała pobożnym resztkom ludności spokojny żywot na wyspach Szczęśliwych. Ta wiara widocznie sprowadziła go do obozu Cinny.
Cinnę pozbawiono konsulatu, cinnistów wygnano: tem dla nich lepiej. Italczycy, z powodu których rozpalił się ten bunt, okazywali Cinnie pomoc wszelkiemi sposobami. Dla Marjusza był to moment bardzo nęcący-i stary żołnierz go wyzyskał. Teraz jego imię stało się potężne; Italczycy gromadzili się pod sztandarami swego dawnego przeciwnika. Wkrótce Marjusz i Cinna, każdy ze swoją armją, zgodnie ruszyli na Rzym, oblegli go i po pewnym czasie zdobyli. Nadeszły straszne dni «terroru Marjusza»; teraz przypomniał on swoim wrogom i Minturny i Sycylję i gruzy Kartaginy. Wszystek kwiat rodów nobilitetu został skazany na śmierć: i Katulus i Scewola i Oktawjusz. Nie pojedyńczo, lecz tysiącami padały ofiary. Napróżno Sertorjusz prosił Cinnę, aby ten pohamował zagniewanego i mściwego starca; Cinna, sam mało znany, cenił powagę imienia bohatera i na teror patrzył przez palce. Nie dość na tem — wystawił jego kandydaturę na konsula wraz ze swoją na następny rok, 86-ty.
Marjusz tryumfował. Doczekał wreszcie siódmego konsulatu i urzeczywistnienia dawnych marzeń, będących jego ostoją poprzez wszystkie dnie niebezpieczeństw wojny i ucieczki. Niestety, jednocześnie ze spełnieniem marzenia zbliżał się kres tego zaczarowanego żywota.
I cóż stąd, że Marjusz skazuje na śmierć wszystkich, ze strony których grozi mu niebezpieczeństwo, i że zabije ich jeszcze dziesięćkroć więcej? Głównego wroga jego ręka nie dosięgnie. Na polach Beocji Sulla walczy z Mitrydatem — a zwyciężywszy, powróci.
Powróci może nie prędko ale już teraz krwiożerczego konsula dręczą zmory nocne i złowieszcze sny; wciąż mu się zdaje, że słyszy czyjeś słowa:

Groźnem i łoze jest lwa, choć daleko ten dusz zatraciciel.

Ale ponieważ nade wszystko obawiał się bezsenności, więc, choć już pijany krwią, zaczął się upijać i winem; upijał się w porze niewłaściwej i w mierze nieodpowiedniej dla jego wieku. Jakiś błahy dodatkowy powód rzucił Marjusza na loże boleści. Choroba była ciężka, lecz krótkotrwała. Pod wpływem febry bredził i wyobrażał sobie, że jest na Wschodzie, że prowadzi legje rzymskie przeciw Mitrydatowi. I wśród tych urojonych bitew porwała go śmierć, po zaledwie siedemnastu dniach przepowiedzianego siódmego konsulatu.
Wraz ze śmiercią Marjusza, teror ustał. Nastało spokojne, lecz bezbarwne królestwo Cinny — właśnie królestwo! Wprawdzie Cinna nazywał się konsulem, ale z roku na rok sobie tę godność powierzał i, nie pytając ludu, obierał swego kolegę — drugiego konsula. Szczególnej działalności prawodawczej nie przejawiał; wprawdzie głosy nowych obywateli były już równomiernie rozdzielone pomiędzy 35 tribus, ale też to było wszystko, albo prawie wszystko.
Tymczasem Sulla walczył i zwyciężał w Grecji: Cheroneja — Orchomen — pokój; zawarłszy pokój, wysłał do senatu zwyczajem republikańskim pismo sprawozdawcze ze swych czynów, w którem zapowiadał swój rychły powrót i zapewniał senat o pokojowości swoich zamierzeń. Oto, nie tknie prawa o nowych obywatelach, a za mordy terorystyczne zostaną ukarani tylko główni winowajcy. Pisał to wszystko z niewzruszoną pewnością siebie, jakgdyby nie istniała wcale owa armja cinnańska, którą wysłano przeciw niemu pod dowództwem Walerjusza Flakka, i jak gdyby Italja nie mogła przeciwstawić jego starej gwardji — wojska dwakroć i trzykroć liczniejszego.
Co do owego wojska — to Sulla się nie mylił: wiemy już, że skoro tylko znalazło się ono w pobliżu zwycięskiego dowódcy, z cinnańskiego stało się sullańskiem. Z Italją było trudniej się uporać. Próba Cinny, aby drugą armję wysłać do Grecji, nie powiodła się: żołnierze się zbuntowali i Cinna, będący przez cztery lata królem Rzymu — został zamordowany. Ale w samej Italji siła była poważna. Nadszedł fatalny rok 83-ci, a z nim powrót Sulli. Zbiegowie z pośród ocalałych optymatów pośpieszyli do niego, ofiarując mu cenną pomoc-i tu po raz pierwszy napotykamy imiona, które będziemy często wspominać w rozdziale następnym. Z Afryki przybył na czele niewielkiego oddziału — M. Krassus, a z obwodu Piceńskiego, z trzema legjonami — Gnejus Pompejusz. Obaj byli jeszcze bardzo młodzi, mieli niewiele więcej ponad dwadzieścia lat, ale doświadczony Sulla swem bystrem okiem odrazu ocenił ich talenty.
Rozpoczęto działania wojenne. Prosta droga z Brundusium, gdzie Sulla wylądował, do Rzymu — prowadziła przez Kapuę; tu stanął przeciw Sulli pierwszy z dwóch konsulów, Karbo. Sulla zajął ufortyfikowaną pozycję na pochyłości góry kapuańskiej Tifaty. Armja Karbona przewyższała dwukrotnie armję Sulli, ale za to sam Sulla dziesięć razy przewyższał Karbona. Jak niszcząca lawina runął ze swej góry; armja konsula została rozgromiona; resztki jej wraz z wodzem uratowały się ucieczką do Kapui. Drugi konsul, który niesławnie nosił sławne imię Scypjona, spóźniwszy się, nie wziął udziału w bitwie i zgodził się na układy z Sullą.
Tymczasem armja Scypjona obserwowała zbliska żołnierzy Sulli, podziwiała ich dziarskiego ducha i surową dyscyplinę, wreszcie zaczęła się z nimi bratać i całemi kohortami przechodzić do ich obozu. Scypjo, pozostawiony w swym namiocie ze swoim sztabem, zmuszony był przyjąć warunki nieprzyjaciela i wreszcie odjechał.
Sulla szedł naprzód, ale wraz z nim szło Fatum. «Śpiesz — mówił mu wróżbita, który zjawił się na jego drodze — śpiesz, jeżeli chcesz uprzedzić pożar Kapitolu». Lecz daremnie: Fatum uprzedziło Sullę. W nocy z 5 na 6 lipca 83 r. świątynia Jowisza Kapitolińskiego, budowla wzniesiona przez Tarkwinjuszów, spłonęła z niewiadomej przyczyny. Przy ogólnym zgorączkowanym nastroju — ten pożar zdawał się być początkiem końca. Oto już się zaczyna agonja Rzymu, lecz kiedyż nastąpi jego śmierć? — A kto wie? Może natychmiast? Może po trzeciem uderzeniu pioruna? Ale pierwszy grom Niewątpliwie już zagrzmiał: straszliwa tragedja zamierania władczej stolicy — zaczęła się. Sertorjusz właśnie wówczas opuścił Italję i udał się na poszukiwanie zapowiedzianych ludziom pobożnym wysp Szczęśliwych.
Na rok następny (82) konsulami wybrani zostali Marjusz Młodszy, syn bohatera, oraz Karbo, jeden z głównych Cinnańczyków. Siły demokracji nie były jeszcze bynajmniej wyczerpane; przyszli jej z pomocą Italczycy, a zwłaszcza Samnici, którzy nie zapomnieli, co zawdzięczają Cinnie. Ale Fortuna niewątpliwie czuwała nad Sullą.
Pod Sakriportem Sulla rozbił Marjusza i zmusił do ucieczki do Preneste; teraz droga do Rzymu była otwarta. Z rozkazu Marjusza, który odziedziczył po ojcu jego bezmyślne okrucieństwo, nastąpiła w Rzymie nowa rzeź optymatów, która co do liczby ofiar przewyższyła rzezie z r. 87-ego; wkrótce potem Sulla był już w Rzymie. Niedługo tu bawił: trzeba było jeszcze uśmierzyć Italję górną, gdzie operowała armja drugiego konsula Karbona. Ten moment Samnici uważali za dogodny do napaści na bezbronny Rzym. Chwila należała do najkrytyczniejszych: prowadząc dalej dzieło zniszczenia, którego początkiem był pożar Kapitolu, nie zostawiliby oni kamienia na kamieniu w rodowem mieście swoich ciemiężycieli. Na szczęście, Sulla zdołał szybko się załatwić z Karbonem; po nowem zwycięstwie, przyśpieszonym marszem wrócił do Rzymu i wyszedł na spotkanie wroga, który się przybliżył do bramy Kollińskiej. Tu, koło świątyni bogini opiekunki Sulli, Wenery Erycyńskiej, nastąpiła ostatnia bitwa tej wojny domowej — ostatnia i najstraszliwsza. Nie wódz tu walczył z wodzem i nie wojsko z wojskiem: tu naród rzymski walczył z narodem samnickim, walczyło szczęście Sulli z przeznaczeniem spadkobierców Iljonu. — Zwycięstwo przypadło Rzymowi i fortunie jego wodza.
Niezwłocznie zwołał zwycięzca senat do świątyni Bellony na polu Marsowem; w czasie jego mowy z sąsiedniego gmachu dały się słyszeć jęki i odgłos padających ciał — byli to jeńcy samniccy w liczbie sześciu tysięcy, których mordowano z rozkazu Sulli... Śród senatorów powstało zamieszanie: «Co to takiego? Kto tam jęczy?» — «Proszę się nie odrywać od spraw ważnych dla spraw pomniejszych i uważnie słuchać tego, co mówię».

56. SULLA SZCZĘŚLIWY

Korneljusza Cinnę zastąpił w królowaniu Korneljusz Sulla. Właśnie «w królowaniu», bo tak to pojmowano w owym okresie długotrwałego końca świata. Jeszcze w dwadzieścia lat potem ludzie z trwogą pytali: dwaj Korneljusze już byli królami Rzymu, kto będzie trzecim i ostatnim?
Sulla był z pochodzenia patrycjuszem; ród jego upamiętnił się w historji Rzymu — przodkiem jego był Korneljusz Rufin, którego pamietano, jako zwycięzcę Samnitów. — Ale przy trzech ostatnich przedstawicielach ród owych Korneljuszów zubożał, i nasz Sulla musiał zaczynać swoje samodzielne życie w warunkach nader skromnych. Przyroda natomiast obdarzyła go szczodrze: miał piękne oblicze, włosy jasne, oczy niebieskie; wszędzie zwracał na siebie uwagę i szybko zyskiwał sobie życzliwość zarówno młodych jak starych. Było to nietylko miłe, ale i korzystne; zgodnie z rzymskim obyczajem ludzie bogaci, umierając, pozostawiali swe mienie nietylko spadkobiercom: «zapisywali» mniejsze lub większe legaty również i przyjaciołom. Tak też zbogacił się i Sulla: nie było w tem nic poniżającego. W pierwszej młodości władała nim namiętna żądza rozkoszy; ale gdy doszedł do roku trzydziestego a rodził się w r. 138 ambicja przeważyła tę żądzę. — «Ulubieniec Wenery» — jak siebie nazywał — obrany został kwestorem i zrządzeniem losu został przydzielony konsulowi Marjuszowi, który wówczas (r. 107) prowadził wojnę z Jugurtą. Dla Marjusza obecność Sulli nie była pożądana: czegóż można było oczekiwać od takiego hulaki i lekkoducha? Ale Sulla bardzo rychło przekonał Marjusza, że jego zdanie o nim jest błędne. Przede wszystkiem umiejętnie postępował z żołnierzami — bądź to łaskawie i z prostotą, bądź to w razie potrzeby surowo — czem podbił ich serca. Ale poza tem dał się poznać i nieprzyjacielowi. Jednakże główne powodzenie zawdzięczał nietyle swemu wybitnemu, bądź co bądź, męstwu — ile czarowi swej osoby; o takiem powodzeniu świadczył, jak to już wiemy, fakt, że Bokchus wydał mu Jugurtę, co położyło koniec wojnie, a jednocześnie stało się początkiem przykrej nieprzyjaźni między Sullą a Marjuszem.
Po wojnie Jugurtyńskiej nastąpiła germańska; po niej krótka przerwa i znów wojna italska, wreszcie wojna z Mitrydatem: we wszystkich tych wojnach Sulla brał czynny udział, przyczem fortuna mu sprzyjała bez zastrzeżeń. Owemi czasy fortuna uważana była za cechę osobistą człowieka — i pewna część prawdy kryła się w tym poglądzie. W szczęście Sulli wierzyli jego podwładni, wierzyli jego żołnierze, idąc śmiało na spotkanie nieprzyjaciela. Powodzenie, sławę i zdobycz zgóry uważali za rzecz pewną, skoro wodzem ich był Sulla. A przecież i sam Sulla nietylko wierzył w swoją fortunę, ale i chełpił się nią nawet bardziej, niż swą wybitną umysłowością i nie mniej wybitnem męstwem. W pamiętnikach, które poświęcił najlepszemu ze swych przyjaciół, Lukullowi — radzi mu najbardziej ufać wskazówkom, jakie mu we śnie podsuwa bogini. Taki był nastrój w owej epoce zawisłego nad Rzymem Przeznaczenia.
Z niem to — jak widzieliśmy — wystąpił Sulla do walki u wrót Kollińskich; potomek zwycięzcy Samnitów wznowił sławę swego przodka: Rzym był ocalony — a Sulla jego królem.
Gdyby jego żywot wówczas się był zakończył, to możnaby go nazwać jednym z najpiękniejszych i najświetniejszych w historji rzymskiej. Niestety, Sulla utrwalił się w pamięci potomnych i żył w ich oburzonem wspomnieniu nie jako bohaterski zwycięzca i zbawca Rzymu, lecz jako winowajca ohydnych proskrypcji r. 82-go. Zapewne, że był sprowokowany. Dopóki walczył na Wschodzie i w Italji — obaj Marjusze, naprzód ojciec, potem syn-kierowali terorystycznemi wystąpieniami popularów w Rzymie; nie dość na tem — dom Sulli został zburzony, jego żona i dzieci ledwie uniknęły śmierci. Niechże teraz populary odkupią swoje grzechy. Wprawdzie obaj Marjusze już nie żyli, ale imię ich nosił bratanek siedmiokrotnego konsula, czcigodny i przez wszystkich kochany Marjusz Gratidianus. Z rozkazu Sulli zawleczono go do mogiły zabitego przez Marjańczyków Katulusa, zwycięzcy Cymbrów, i tam poddano powolnej i męczącej torturze. Roli kata nie zawahał się przyjąć człowiek, który w dwadzieścia lat potem miał wystąpić jako kat Rzymu — L. Sergjusz Katylina.
To jest tylko jeden z przykładów. Gdy zabójstwa raz się zaczęły, z dnia na dzień liczba ich rosła; senatorzy, rycerze, lud prosty — wszyscy żyli w niepewności: śmierć zdawała się grozić każdemu. Trwoga była powszechna: jeden z senatorów ośmielił się poprosić władcę, aby przynajmniej ogłosił imiona ofiar skazanych na śmierć, tak, aby reszta mogła być spokojna o swój los. Sulla zgodził się na to i wkrótce na ścianie kurji zawieszono tablicę z osiemdziesięcioma imionami. Pozostali odetchnęli swobodnie, ale radość była przedwczesna. Po pierwszej tablicy wnet pokazała się druga; po drugiej — trzecia. Spis «proskryptów» powiększał się bez miary. Kiedy zsumowano imiona — nie wiele brakło do pięciu tysięcy. Dla zabójcy przyznano nagrodę urzędową, a przeciwnie, ukrywanie skazanych, choćby nawet najbliższych krewnych, groziło karą śmierci. Majątek straconych, nieruchomy i ruchomy nabywany był od skarbu, przyczem jak to zazwyczaj bywa w takich wypadkach — znacznie poniżej rzeczywistej wartości. Wielu wzbogaciło się dzięki tym tanim nabytkom, a najwięcej znany nam już M. Krassus; ale i sam Sulla nie uważał zgoła za rzecz niewłaściwą bogacić się kosztem swoich ofiar. Coprawda tych «sullańskich posiadaczy» okrywała powszechna pogarda; obawiali się oni odpowiedzialności w razie powrotu rządów demokratycznych.
Ale co umożliwiało Sulli takie szafowanie życiem i mieniem obywateli? Otóż, jako dowódca armji, posiadał on tylko władzę «prokonsulską», a więc wojskową i nawet nie miał prawa wkraczać w mury Rzymu. Po śmierci obu konsulów, Marjusza i Karbona, panowało bezkrólewie (interregnum). Ale jeden z wyznaczonych kolejno interreksów, L. Walerjusz Flakkus, zaproponował narodowi prawo o wyborze L. Korneljusza Sulli Szczęśliwego (Felix) — jak się odtąd kazał nazywać — urzędowo na dyktatora dla organizacji ustroju państwowego (dictator rei publicae constituendae). W ten sposób po 120 latach odnowiona została dyktatura, do której się nie uciekano od czasów wojny z Hannibalem; ale od owej dyktatury republikańskiej ta nowa dyktatura różniła się tem, że była nieograniczona. Sulli nadano prawo postępowania z życiem i mieniem obywateli, jak również z majętnością państwa podług swego widzimisię; mógł on powiększać granice Rzymu, Italji i całego państwa, zakładać i znosić municypia, wyznaczać dowódców wojska, ogłaszać przepisy prawne — i jako szczyt tego wszystkiego — zachowywać te nadzwyczajne pełnomocnictwa przez taki przeciąg czasu, jaki pragnie. Widzimy więc, że była to poprostu władza monarchy — bez monarszej nazwy, władza dożywotnia, a gdyby tego pragnał jej posiadacz — nawet dziedziczna.
Czy Sulla o tem myślał? Niewiadomo. Ale uważał, że jego szczęście przechodzi na dzieci. Syn jego otrzymał imię Faustus (Szczęśliwy); córka Fausta. Wszystko to pod wpływem swego zwycięstwa nad Przeznaczeniem trojańskiem w r. 83.
Skoro mu powierzono organizację ustroju państwowego, nie omieszkał skorzystać ze swej władzy dla bardzo szerokiej działalności prawodawczej. Jest rzeczą jasną, że celem jego działalności była restytucja władzy nobilitetu; epoka, zaczynająca się od roku 82-ego, nazywa się drugą (albo sullańską) restauracją, jako przeciwstawienie pierwszej restauracji Opimjuszowej 121—87 r. Ta druga była bardziej stanowcza: Sulla załatwił się z reformami Grakcha doraźnie i doszczętnie. Rozpatrzmy jednak prawodawstwo Sulli, choć pokrótce, ale w systematycznym porządku.
Głównym organem władzy stał się senat; dlatego Sulla powiększył liczbę członków tej mocno wyczerpanej (wskutek trzech terorów) korporacji — do 600 głów, przyczem — możemy to odrazu zaznaczyć — wypełnił senat bardzo dużą liczbą ludzi bez czci. Na przyszłość zaś rozporządził, aby się uzupełniali nie podług opinji cenzorów (cenzurę faktycznie zniósł), lecz automatycznie. Powiększył liczbę kwestorów do dwudziestu i postanowił, że każdy kwestor ma zostać senatorem, zapewniając w ten sposób dla organu rządowego coroczny dopływ dwudziestu członków. Urząd pierwszego senatora (princeps senatus), którego dotychczas wyznaczał cenzor, zniknął wraz z wyborami cenzorskiemi. Postanowiono, że konsul prezydujący jako pierwszego zapytuje starszego (podług liczby otrzymanych głosów) z wyznaczonych konsulów, a przed ich wyborem kogo sam zechce z pośród mężów konsularnych.
W magistraturze władza wojenna była oddzielona od cywilnej. Konsul, pozbawiony prawa dowodzenia armją w prowincji, zmienił się w istocie na prostego marszałka senatu; z pretorów, których liczbę powiększono do ośmiu, dwaj otrzymali sądownictwo cywilne w Rzymie, sześciu zaś pozostałych — prezesurę w komisjach kryminalnych, o których powiemy niżej. Dopiero po roku służby konsul i pretor z tytułami: «prokonsul» i «propretor» — otrzymywali prowincję i dowództwo nad znajdującą się w niej armją. Aby uniknąć nadużyć, uprawianych ostatniemi czasy, wznowiony został zakaz powtórnego konsulatu aż do lat dziesięciu; również pomiędzy dwojgiem urzędów (np. kwesturą i trybunatem) musiało upłynąć nie mniej jak dwa lata. Mocno ograniczeni zostali trybuni, których inicjatywę prawodawczą krępowała ta okoliczność, że ich projekty musiały być przedtem aprobowane przez senat, a ten, który został wybrany trybunem, tracił prawo domagania się wyższych urzędów. — Stopniowanie urzędów było takie: kwestura, trybunat lub edylitet, pretura, konsulat.
Z dwóch stanów uprzywilejowanych senatorowie uzyskali bezwarunkową przewagę nad rycerstwem. Odebrano rycerzom dzierżawę dochodów z prowincji Azji — i zastąpiono go normalnym podatkiem, co było istotnem dobrodziejstwem dla tej kwitnącej, lecz bezwstydnie wyzyskiwanej krainy. Nie mniejszem, choć pobocznem dobrodziejstwem dla prowincji było i to, że klasie rycerskiej odebrano również sądy kryminalne, za pomocą których equites teroryzowali namiestników, gdy ci stawiali przeszkodę ich spekulacjom prowincjalnym. Szkoda tylko, że Sulla, zamiast utworzyć wszechstanowy sąd przysięgłych, jak to zrobiono w dwanaście lat później — poprzestał na tem, że przywrócił sądy senatorom, naruszając w ten sposób zdrową zasadę oddzielenia władzy sądowej od prawodawczej. W tym celu, jak widzieliśmy, liczbę senatorów powiększył do sześciuset. — Powiększył również i liczbę komisyj kryminalnych (quaestiones perpetuae), dzieląc je stosownie do rodzaju przestępstwa: były więc komisje w sprawach o zdzierstwo (q. p. repetundarum), o przekupienie wyborców (ambitûs), o obrazę majestatu (czytaj: narodu rzymskiego, majestatis t. j. przekroczenia władzy, albo zdrady państwa), o okradzenie skarbu (peculatas), o gwałt (de vi), o mężobójstwo (inter sicarios et veneficos).
Co się tyczy obywateli wogóle, to Sulla, po złamaniu powstańców italskich, przyznał im jednakże całkowite równouprawnienie, które na zasadzie lex Julia z r. 89 nadawało im pełnię obywatelstwa rzymskiego, jakiem cieszyli się rdzenni Rzymianie; aby zaś, w związku z tą równością, zapobiec niezdrowemu skupianiu się w stolicy najmniej pożądanych żywiołów, okazał Sulla tę odwagę, że zniósł niemoralne prawo G. Grakcha, które ustanawiało bardzo tanie przydziały chleba dla żyjącego w Rzymie proletarjatu, czyli w gruncie rzeczy karmiło próżniaków rzymskich kosztem uciśnionych prowincjałów. Nie można z taką samą pochwalą wyrazić się o innych środkach, zastosowanych względem ludności italskiej. Najsurowiej obszedł się z temi gminami, które jeszcze w r. 82 popierały wrogich mu popularów, gnębił zwłaszcza Samnitów i Etrusków. Samnium ostatecznie zrujnował, wielu Etruskom odebrał ziemię i rozdał swoim weteranom, zamieniając ją tem samem na osiedla wojskowe. Sądził, że w ten sposób stworzy oddaną sobie i senatowi armję rolniczą; ale niesforni żołnierze wojen mitrydatowych byli złymi gospodarzami, w szybkim czasie doszli do ruiny i zamiast być podporą porządku, stali się narzędziem bezładu, co ujawniło się zwłaszcza w dwadzieścia lat potem. Chcąc stworzyć taką samą armję dla senatu w samym Rzymie, wypuścił na swobodę 10.000 najlepszych niewolników, których skonfiskował swoim «proskryptom». Niestety brak nam pewnych danych, by stwierdzić, czy owi świeżo upieczeni «Cornelii» ziścili pokładane w nich nadzieje.
Taką w głównych zarysach była ustawa restauracji Sullańskiej. Skrytykować ją nietrudno, wskazując, że nie usunęła ona bynajmniej głównych chorób, na które cierpiało państwo — o czem nas przekona następny rozdział. Ale jeżeli nie można od rozumu ludzkiego wymagać rzeczy przerastających jego siłę, jeżeli nie wolno nam zapominać, że po dwóch tysiącach lat — również nie zdołano choćby w sposób jako tako zadawalający rozwiązać wielkich zadań, zaprowadzających lad we współżyciu ludzkiem — będziemy zmuszeni powiedzieć, że skoro przejście do demokracji parlamentarnej było niemożliwe, to z republikańskiego punktu widzenia konstytucja Sulli była najlepszem wyjściem z powstałej anarchji. — Niewątpliwym plusem było to, że Sulla przywrócił elicie optymatów stanowisko prawne, korzyść elity pieniężnej, i że złagodził położenie wyzyskiwanych przez nią prowincjałów. Minusem zaś było, że zaniedbał troski o należyty poziom moralny przywróconego senatu i że napełnił go wielu ludźmi wątpliwej naruszone na wartości.
Jako minus należy zapisać i to, że Sulla przez swój nadmierny racjonalizm lekceważył urok, jaki dla serca rzymskiego miały niektóre dawne urządzenia: nie wiedział, że niszcząc prawa trybunatu i usuwając w ten sposób ze swej konstytucji nawet pozór elementów demokratycznych, daje wrogom swych poczynań zbyt potężną broń przeciw sobie.
Ale były to wadliwości stosunkowo drobne, mogące ulec poprawie w rychłym czasie. Najokropniejszym był fakt, że cały ten urodzaj wyrósł na glebie, zaczerwienionej krwią pięciu tysięcy proskryptów. Ta krew zaś, zgodnie z wiarą starożytnych, musiała z siebie narodzić Erynję — Erynję wojen domowych. Twórca nowej konstytucji już do tych wojen nie dożył; dzięki bajecznemu swemu szczęściu utrzymywał Erynję w więzach letargu przez cały czas, co prawda krótki, swego życia. W niezachwianej ufności, że szczęście nie zawiedzie go do końca — popelnił nowe, bezprzykładne dziwactwo.
Prawo Walerjusza — jak widzieliśmy — dawało Sulli w ręce dożywotnią władzę królewską; ale nie miał on bynajmniej zamiaru zatruwać tą władzą całego swego życia. Po dwóch latach zgórą, ukończywszy dzieło, którego się podjął, na uroczystem zebraniu ludowem zrzekł się pełnomocnictw dyktatorskich i nanowo został zwykłym obywatelem rzymskim; oświadczył przytem, że gotów jest ponieść odpowiedzialność za wszystkie swoje czyny z czasów zarządu republiką. Lecz nikt nie miał odwagi pociągnąć go do odpowiedzialności.
Oczywiście — powie niejeden — łatwo mu było okazać te wielkoduszność, mając za sobą 10.000 gwardji swych Korneljuszów. Przypuśćmy; ale oto Sulla opuścił Rzym; udał się do swej posiadłości Kumańskiej, żył swobodnie, bądź to oddany hałaśliwym igrzyskom łowieckim i wystawnym ucztom, bądź to cichej pracy nad swemi pamiętnikami. I ani jeden cios nie ugodził weń choćby przypadkiem, ani jedna kropla trucizny nie wsączyła się do jego puharu odświętnego, ani jeden zabójca nie zakradł się za kotarę jego domu. Bezczynni byli mściciele proskryptów, bezczynni byli nędzarze, niezadowoleni z utraty przydziału chleba: winy, za które ktoś inny dziesięć razy odpowiedziałby życiem, uchodzą Sulli bezkarnie. Nikt nie ośmiela się podnieść ręki na wybrańca fortuny, na zwycięzcę nie tylko nieprzyjaciół rzymskich, ale i samego Przeznaczenia rzymskiego.
Śmierć przyszła sama do niego — śmierć skutkiem silnego krwotoku w roku 78-ym. Ciało jego przywieziono do Rzymu; tłum, towarzyszący zwłokom, wzrastał z każdą chwilą; ciżba była nieprzejrzana, gdy ciało na polu Marsowem oddawano ogniowi. Nigdy jeszcze Rzym nie widział takiego pogrzebu.
Ale Erynja już tylko drzemała: zaledwie Sulla Szczęśliwy zdołał zamknąć powieki — ona swoje odemknęła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Zieliński.