<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustave Flaubert
Tytuł Salammbo
Podtytuł Córa Hamilkara
Wydawca Wydawnictwo „Bibljoteki Groszowej“
Data wyd. 1926
Druk Polska Drukarnia
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Natalia Dygasińska
Tytuł orygin. Salammbô
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII.
Hamilkar Barkas.

Zwiastun księżyca, który każdej nocy czuwał na szczycie świątyni Eschmuna i ogłaszał miastu wszelkie obroty tego ciała niebieskiego, spostrzegł pewnego rana od zachodu jakiś przedmiot podobny do ptaka prującego skrzydłami powierzchnię morza.
Byłto okręt o trzech rzędach wioseł, który niósł na pokładzie rzeźbione wyobrażenie konia. Kiedy słońce rozjaśniło horyzont, zwiastun księżyca wpatrywał się, przysłoniwszy ręką oczy, aż ująwszy swą trąbkę, wypuścił z całej piersi silny odgłos na Kartaginę. Ze wszystkich domów wybiegli mieszkańcy; niewierzono zrazu głośnej wieści. Sprzeczano się, i cała tama została zapełnioną ludem. Wkrótce jednak rozpoznano Hamilkara.
Sunęła wspaniała i dumna galera, z podniesionym masztem i rozpuszczonemi żaglami, rozbijając srebrną fal pianę swemi olbrzymiemi wiosły. Od czasu da czasu ukazywała się kotwica i koń ze łbem z kości słoniowej zdawał się gonić po płaszczyznach morskich.
Kiedy wiatr ucichł, około przylądka żagiel opadł i ujrzano przy sterniku stojącego człowieka z odkrytą głową. Był to suffet Hamilkar. Nosił przy boku błyszczące metalowe blachy, płaszcz czerwony, zsunąwszy się z ramion, odsłaniał jego ręce, dwie długie perły wisiały przy uszach, a gęsta czarna broda opadała mu na piersi. Trirema bująca wśród skał posuwała się koło tamy, a tłum postępując w jej kierunku, wołał:
— Cześć Tobie Źrenico Khamona, ach, ratuj nas, ratuj! Bogacze głosili cię umarłym... Wystrzegaj się ich, Barkasie!
Bohater milczał, jak gdyby szum oceanów i zgiełk bitew pozbawiły go słuchu. Przybywszy do stopni prowadzących na Akropol, podniósł głowę, skrzyżował ręce, zapatrzył się w świątynię Eschmuna potem wzniósł wzrok swój jeszcze aż w niebiosa i po chwili donośnym głosem wydał rozkaz swym majtkom. Trirema w pląsach okrążyła bożyszcze umieszczone na tamie, które posiadać miało własność powstrzymywania burz, dalej w porcie kupieckim zapełnionym nieczystościami, ostrużynami owoców i wiórami drzewa rozepchnęła statki przyczepione do palów zakończonych paszczami krokodyla. Lud zbiegł się tłumnie, niektórzy rzucili się w wodę, lecz galera znajdowała się już w porcie przed bramą najeżoną gwoździami, która podniósłszy się wpuściła statek pod ciemne swe sklepienia.
Port wojenny był całkiem oddalony od miasta; kiedy przybywali ambasadorowie, trzeba ich było prowadzić pomiędzy dwoma murami przez kanał ciągnący się aż do świątyni Khamona. Ta rozległa przestrzeń wody wyglądała jak ogromna czasza, na której wybrzeżach pobudowane były przystanie dla ochrony okrętów. Przed każdą zaś z nich stały dwie kolumny z przytwierdzonemi na kapitelach rogami Ammona, co formowało wokoło długi szereg portyków. W środku na wysepce wznosił się dom suffeta morza; woda była tak jasną, że się dostrzegało głębię brukowaną białemi kamyczkami. Żaden hałas z ulicy nie dochodził tutaj, a Hamilkar przechodząc, rozpoznawał galery, któremi dawniej dowodził. Nie było ich już więcej jak dwadzieścia, i to leżących na ziemi, pochylonych na boki lub wspartych na kotwicach z nadwerężonym tyłem, ze zrujnowanym pokładem, okrytych złoceniami i zagadkowemi symbolami, ale niestety już smoki potraciły skrzydła, bogi pateckie swe ręce, byki swe srebrne rogi, wszystko było odrapane, bezładne, nadgniłe; zachowując jednak historję swej przeszłości, przedmioty te świeciły blaskiem przebrzmiałej chwały, i niby pokaleczeni żołnierze, witając wodza, zdały się powtarzać: „Czy poznajesz nas, wszak to my... więc przybywasz do nas pokonany nareszcie“.
Nikt, oprócz suffeta morza, nie mógł wstępować w dom admiralski. Dopóki zaś nie było dowodu jego śmierci, uważano go za istniejącego. Senat uciskając tym sposobem jednego więcej pana, nie zaniedbywał składać hołdów należnych Hamilkarowi, chociaż nieobecnemu. Teraz on, przybywszy, wszedł do opustoszałych komnat, na każdym kroku spotykał rynsztunki, meble i przedmioty dawniej znajome, które dziś zaledwie zdołał sobie przypomnieć. W przedsionku zobaczył na fajerce popiół z kadzideł spalonych przy jego wyjeździe na cześć Melkarta. Ach, nie tak spodziewał się powracać!!
Wszystko co działał i co widział, przedstawiało się jego pamięci. Szturmy, pożary, legjony, burze, Drepanum, Syrakuza, Lilibeum, góry Etny i płaszczyzny Eryksu, pięć lat bezustanych bojów, aż do owego straszliwego dnia, w którym ze złożeniem broni utracono Sycylję; przypominał sobie potem gaje cytrynowe, pasterzy i kozy na szarych wzgórzach, a serce biło mu na wspomnienie tej drugiej Kartaginy załozonej tam woddali. Jego zamiary i wspomnienia niby zmącone fale wirowały mu po głowie niewypoczętej jeszcze po podróży okrętem; jakaś niemoc go opanowała. Czuł się coraz słabszym aż zapragnął poszukać wzmocnienia u bogów.
Więc dlatego wstąpił na ostatnie piętro swego domu i tam, wydobywszy ze złotej muszli zwieszonej u pasa małą spatulę najeżoną gwoździami, otworzył nią niewielki owalny pokoik.
Cieniutkie czarne blaszki wprawione w ścianę i przezroczyste jak szkło, przepuszczały łagodne światło; pomiędzy takiemi jednakowemi blaszkami były wydrążone jamy podobne do otworów w gołębnikach, a w każdej z nich tkwił kamień ciemny okrągły, który zdawał się być bardzo ciężki. Przyjętem było, że ludzie wykształceni czcili te meteory spadłe z księżyca. One były symbolami ciał niebieskich; przez ich kolor oznaczano niebo, ogień, noc, a ściśliwość ich wyrażała spójność materji ziemskich. Duszne powietrze panowało w tym tajemniczym przybytku; piasek morski, naleciały zapewnie przez szpary drzwi, przypruszył nieco okrągłe kamienie ułożone w framugach. Hamilkar końcem palca policzył je zkolei, a potem ukrył twarz pod zasłoną szafranowego koloru i padł na ziemię z wyciągniętemi rękoma.
Przez ciemne szyby z materjału, zastępującego szkło dzisiejsze z własnością odbijania przedmiotów zewnętrznych, widać tylko rysujące się w czarnej barwie krzewy, kwiaty, pagórki i ludzi, wśród tego krążących. Światło zaś zachodzącego słońca z przestraszającą nieruchomością błyszczało wśród tego posępnego tła, nakształt ognistej kuli zapadłej w głęboką otchłań przeszłości.
Hamilkar przywoływał w swej myśli wszystkie symbole i zaklęcia bogów, aby uzyskać od nich pożądane wzmocnienie ducha. Jakieś nieziemskie uczucia owładnęło jego duszę i coraz większa wzgarda dla śmierci i wszelkich poziomych rzeczy go opanowała. Kiedy powstał, na nowo był nieustraszony i nieprzystępny wszelkiemu pobłażaniu i obawie; zapragnął wtedy odetchnąć pełną piersią i udał się na wysoką wieżę, która się wznosiła po nad całą Kartaginę.
Miasto leżało u stóp jego w długiej kręcącej się linji, ze swemi kopułami, świątyniami, złotemi dachy i wielkiemi kulami z kryształu, w których błyszczały ognie, z pałacami i gajami drzew palmowych tu i owdzie; wały otaczające wokoło stanowiły niby olbrzymie ramy tego rogu, obfitości. Widać było na dole porty, place, dziedzińce i mnóstwo ulic zapełnionych ludźmi, którzy wyglądali jak drobne robaczki.
— Ach, gdybyż ten Hannon nie był się spóźnił w poranek bitwy pod Egatami!!.. — I wzrok suffeta zatonął w roztaczającym się horyzoncie, a ręce wyciągnęły się drżące w stronę Rzymu.
Tymczasem tłumy oblegały stopnie Akropolu. Na placu Khamona gromadzono się też, aby ujrzeć bohatera, tarasy zaledwie mogły pomieścić natłok ciekawej ludności. Niektórzy poznawali go i pozdrawiali ukłonem, ale suffet cofnął się prędko, może chcąc więcej rozbudzić niecierpliwość ludu! Poszedł do dolnej sali, w której już zastał najznakomitszych mężów ze swojego stronnictwa. Istatten, Subeldia-Hiktamon, Yeoubas i inni opisywali mu wypadki zaszłe od czasu zawarcia pokoju; jakoto: sknerstwo senatu, wyjście jurgieltników, ich powrót, wymagania, niewolę Giskona, porwanie zasłony, pomoc udzieloną Utyce, a potem jej opuszczenie. Lecz nikt nie śmiał wspominać okoliczności dotyczących domu wielkiego męża. Nareszcie rozłączono się, obiecując sobie spotkanie na nocnem posiedzeniu senatu w świątyni Molocha. Po ich odejściu powstał zgiełk jakiś przed drzwiami. Ktoś chciał wejść pomimo oporu służby, a Hamilkar dosłyszawszy to, rozkazał wprowadzić nieznanego gościa.
Wtedy ukazała się stara murzynka, zgarbiona, drżąca, z miną głupawą, otulona w szerokie płachty z siwego płótna. Przystąpiła ona zwolna do suffeta, i spojrzała nań znacząco.
Hamilkar zadrzał cały, skinieniem ręki odprawił niewolników, a nakazując ostrożność, pociągnął murzynkę do dalszych pokojów.
Tam znalazłszy się sam na sam, rzuciła się ona najpierw do ucałowania stóp suffeta, lecz ten przerwał, mówiąc gwałtownie:
— Gdzie go pozostawiłeś Iddibalu?
— Tam, panie, na dole — była odpowiedź, i natychmiast mniemana murzynka zrzuciwszy swe osłony, rękawem sukni wytarłszy z twarzy czarną barwę, wyprostowawszy zgarbione plecy, ukazała się w postaci starca silnego, z cerą ogorzałą od słońca i wiatru; kosmyk białych włosów sterczał na gołej czaszce jak skrzydełko ptasie, a starzec uśmiechał się z szyderstwem, patrząc na leżące na ziemi przebranie.
— Dobrze uczyniłeś Iddibalu, bardzo dobrze, i suffet przenikając go badawczym wzrokiem dodał niespokojnie: — Czy tylko nikt jeszcze nie podejrzewa?
Starzec przysięgał na Kabirów, że tajemnica święcie dochowana. Mówił, że o trzy dni drogi od Hadrumetu przebywali w chacie na wybrzeżu morskiem, wśród wzgórzy piaszczystych zarosłych drzewami palmowemi i zaludnionych jedynie przez żółwie.
— Tak, podług twego, o panie, rozkazu przyuczam go rzucać pociski i powodować zaprzęgiem.


Widok z Kartaginy na morze.
— Jestże dość silny?

— Tak, panie, i nieustraszony; nie lęka się wężów ani grzmotów, ni żadnych strachów. Biega bosemi nogami po nad przepaścią jak pasterz.
— O mów mi o nim, mów!
— Wymyśla zasadzki na dzikie zwierzęta. Podczas tamtego księżyca, czy uwierzysz panie, że schwytał orła, w tej walce krew dziecka i ptaka pryskała razem w wielkich kroplach jak rozrzucone róże. Drapieżne zwierzę uderzało skrzydłami z całą gwałtownością, lecz chłopiec przycisnął je do swej piersi, a kiedy widział konającego w swych uściskach ptaka, śmiał się donośnie głosem dumnym i dźwięcznym jak dźwięk żelaza.
Hamilkar spuścił głowę olśniony temi przepowiedniami wielkości.
— Lecz, — ciągnął starzec — od jakiegoś czasu dziwna niespokojność go ogarnia, goni wzrokiem rozpięte żagle płynących po morzu okrętów, posmutniał, odtrąca pokarm, pyta o bogów i żąda poznać Kartaginę.
— O nie, nie jeszcze! wykrzyknął suffet.
Stary niewolnik zdawał się pojmować niebezpieczeństwo, które trwożyło Hamilkara, jednakże mówił: — Jakże go utrzymać? Muszę dziecinę łudzić obietnicami. Dzisiaj do Kartaginy przybyłem jedynie dla kupienia mu puginału z srebrną rękojeścią wysadzaną perłami.
Potem opowiadał, że spostrzegłszy suffeta na tarasie, przedstawił się strażnikom portu za jednę ze służebnic Salammbo, aby się mógł dostać do niego.
Hamilkar zadumał się czas jakiś, nakoniec rzekł: — Jutro staw się w Megarze po zachodzie słońca po za fabrykami purpury i daj znak naśladujący krzyk szakala. Jeżeli mnie nie ujrzysz, to pierwszego dnia każdego miesiąca powracaj do Kartaginy, pamiętaj o wszystkiem, kochaj go, i mów mu już teraz o Hamilkarze.
Niewolnik przywdział zrzucony kostjum i obydwa razem wyszli z domu i portu.
Flamilkar szedł sam, pieszo bez eskorty i pochodni, gdyż zgromadzenia senatu w okolicznościach tak niezwykłych odbywały się w wielkim sekrecie i zbierano się na nie potajemnie.
Najpierw więc udał się wzdłuż wschodniej strony Akropolu, dalej przez targowisko jarzyn, galerje Kinisdo i przedmieście handlujących pachnidłami. Na ulicach światła coraz rzadziej błyskały, coraz głębsza cichość panowała, czasem tylko niby widma jakieś sunęły w ciemnościach. Jedne znikały, drugie przybywały znowu a wszystkie dążyły tak jak i suffet w kierunku Mappalów.
Świątynia Molocha zbudowaną była u stóp pochyłego wąwozu, w ponurej ustroni; widać tam było jedynie wysokie i niedokończone mury niby ściany potwornego grobowca. Noc ciemna zapanowała wokoło i całun mgły szarej zdawał się ciążyć nad morzem. A fale uderzały o urwiska z głuchym odgłosem chrapania i jęku...
Widma nikły bez śladu jak gdyby przepadając wśród murów, lecz natychmiast po przebyciu bramy, znajdowali się wszyscy w obszernym, kwadratowym, otoczonym arkadami dziedzińcu, w pośrodku którego wznosił się gmach ośmiokątny.
Wysokie kopuły uwieńczały wierzchołek tego gmachu, otaczając drugie piętro, które tworzyło rotundę mieszczącą w sobie ostrokrąg zakończony wielką kulą. Światła błyskały w ażurowych cylindrach, przytwierdzonych do długich żerdzi, które nieśli ludzie mający złote grzebienie w zaplecionych włosach. Ci ludzie zwoływali się wzajemnie do przyjmowania starszyzny.
Na płytach kamiennych, przygarbione jak stinksy, spoczywały lwy olbrzymie, żywe symbole niszczącego słońca, drzemały one z napół przymkniętemi oczyma, a rozbudzone odgłosem mowy i kroków podnosiły się z powagą, zbliżając się do starszyzny, która im była znana z ubiorów, witały ją posępnym mrukiem. Oddech lwów wzruszał płomienie pochodni, zgiełk się powiększał, drzwi zamykano, kapłani się rozchodzili a dygnitarze nikli pod kolumnami tworzącemi ciemny przysionek świątyni.
Kolumny te były ustawione w taki sposób, iżby ich regularne i wyrachowane szeregi oznaczały perjod czasu, wyrażający lata, miesiące i dnie, a dotykały ścian przybytku. Tam członkowie senatu składali swe laski z rogu jednorożca, gdyż prawo karało śmiercią każdego, ktoby przybył na posiedzenie z jakąkolwiek inną bronią. Niektórzy mieli odzież rozdartą u dołu i bramowaną purpurowym galonem, jako dowód, iż opłakując zgon krewnych swoich, nie szczędzili sukien. Inni nosili brodę ukrytą w woreczku z fioletowej skóry przywiązanym dwoma sznurkami do uszu. Wszyscy witali się wzajemnym uściskiem, a otoczywszy Hamilkara, składali mu życzenia z czułością niby braterską. Ludzie ci wogóle byli dość niskiego wzrostu, z nosami zakrzywionemi jak u posągów assyryjskich. Niektórzy, odznaczając się czerstwemi policzkami, roślejszą postacią i cienkiemi nogami, zdradzali pochodzenie afrykańskie z plemienia koczowniczego. Jedni, którzy spędzili życie za kantorami, mieli twarz wybladłą, drudzy zaś przechowali w obliczu jakąś surowość pustyni. Nieznane klejnoty błyszczały na palcach ich rąk spalonych słońcem. Rozróżnić można było żeglarzy po chwiejącym chodzie, rolników po woni suszonych ziół, wyciskanego wina i potu mułów, jaka ich otaczała; starzy majtkowie uprawiali dziś pola, kapitaliści uzbrajali okręty, właściciele gruntów żywili niewolników, którzy pracowali w warsztatach. Wszyscy byli wyćwiczeni w przepisach religijnych, biegli w podejściach i nieubłagani arystokraci. Nosili w twarzy wyraz nietajonej troski; ogniste ich spojrzenia, rzucane z nieufnością wkoło, wyrażały przywyknięcie do przewodniczenia innym, do kłamstw w handlu, co wszystko nadawało ich fizjognomji pozór przewrotności, fałszu i porywczego grubiaństwa. Oprócz tego przejęci byli w tem miejscu trwogą, jaką oddziaływał na nich wpływ groźnego bożyszcza.
Przebyli salę sklepioną, która miała kształt jaja. Siedm drzwi odpowiadających siedmiu planetom oznaczone były w murze siedmiu kwadratami różnokolorowemi. Z tej komnaty dostali się do drugiej podobnej; tutaj świecznik ozdobiony sztucznemi kwiatami roztaczał światło na każdej z ośmiu złotych odnóg, w diamentowym kielichu mieścił się knot z bisioru. Świecznik ten ustawiony był na ostatnim stopniu prowadzącym do wielkiego ołtarza, a zakończony rogami ze spiżu. Dwoje bocznych schodów prowadziło na szczyt spłaszczony, na którym widniał stos z samych popiołów, dymiący powoli z niewyraźnej jakiej masy.
Wyżej ponad kandelabrem i ponad ołtarzem wznosił się Moloch wykuty z żelaza, z ludzką piersią w której widne były jamy; rospięte skrzydła wspierały się na murze, wyciągnięte ręce spadały aż na ziemię; trzy czarne kamienie okrążone żółtem kołem tworzyły trzy wielkie źrenice w środku czoła, podczas gdy, jak gdyby do ryku podnosił z straszliwym wysiłkiem swą potworną byczą głowę.
Wokoło ustawione były stołki hebanowe, a za każdym bronzowe świeczniki umieszczone na trzech odnogach unosiły świecącą pochodnię. Ten napływ świateł rzucał blaski po kwadratach z perłowej macicy, któremi wyłożona była posadzka. Sala była tak wysoka, iż ciemno-czerwona barwa jej obić, sięgających aż do sklepienia, wydawała się czarną a troje oczu bożyszcza błyszczące gdzieś w górze wyglądały jak gwiazdy wśród nocnej pomroki.
Członkowie senatu zasiedli na hebanowych stołkach zarzucając na głowy ogony swych szat, siedzieli tak nieruchomi z rękoma skrzyżowanemi w szerokich rękawach, a posadzka z perłowej macicy wydawała się jaśniejącą rzeką, która, płynąc od ołtarza ku drzwiom oblewała ich bose stopy.
Czterech kapłanów siedziało w środku na fotelach z kości słoniowej, tworzących rodzaj krzyża. Arcykapłan Eschmuna w szacie hiacyntowej, arcykapłan Tanity okryty suknią ze lnu białego, arcykapłan Khamona w szacie z płowej wełny i arcykapłan Molocha w odzieży purpurowej.
Hamilkar przystąpił do świecznika i obejrzawszy go wkoło, porachował świecące odnogi, potem posypał na nie wonnym proszkiem; fiołkowe płomyki ukazały się pomiędzy gałązkami. Wtedy zabrzmiał głos przenikający, następnie drugi mu odpowiedział, a wkrótce stu towarzyszonych, czterech kapłanów, i Hamilkar na czele rozpoczęli hymn, w którym powtarzając wciąż jedne sylaby i wzmacniając tony, sprawiali, że głos rósł coraz potężnieszy, coraz straszliwszy, aż nagle ucichł zupełnie.
Milczeli przez chwilę; Hamilkar wydobył z zanadrza posążek o trzech głowach, niebieski jakby z szafiru i postawił przed sobą. Było to wyobrażenie prawdy, genjusza jego czynów: po chwili jednak ukrył go przy swojem łonie, a zgromadzeni przejęci nagłym gniewem wydali okrzyk:
— Myślisz o swoich przyjaciołach barbarzyńcach!.. o zdrajco niegodny, powróciłeś, by widzieć nasz upadek, by się naigrawać?
— Nie pozwalajcie mu mówić, nie, nie!...
Starszyzna zerwała przymus, do którego ją polityka skłaniała i lubo sami pragnęli powrotu Hamilkara, wybuchnęli teraz obużeniem, iż on nie przewidział wcześniej ich klęski, albo raczej, że nie uległ jej razem z niemi.
Gdy nareszcie ten hałas się uspokoił, arcykapłan Molocha powstawszy, przemówił:
— Pytamy ciebie, dlaczego nie wracałeś do Kartaginy?
— Co was to obchodzi? — odrzekł pogardliwie suffet
Szemrania znowu powstały, a on mówił dalej:
— O co mnie oskarżacie? czy źle prowadziłem wojnę? czy potępiacie moje rozporządzenia, wy, którzy z taką łatwością dozwalacie barbarzyńskiej tłuszczy...
— Dosyć, dosyć!
Lecz on podniósł głos, aby lepiej być słyszanym.
— Jednakże prawda, ja się mylę, o światła Baalów — są między wami nieustraszeni! Giskonie powstań, i przebiegając stopnie ołtarza z przymrużonemi oczyma, jak gdyby upatrując kogo, powtarzał: Giskonie, ty jeden możesz mnie oskarżać, powstań! Ale gdzież on jest? — i unosząc się wołal: Ach, pewno w domu swoim, otoczony synami, rozrządzajacy swemi niewolnikami, szczęśliwy, spokojny liczy naszyjniki, które w nagrodę zasług ojczyzna mu dała.
Odpowiadano, wzruszając ramionami, jak gdyby pod chłostą rzemieni.
— Ach! wy nie wiecie nawet czy on żyje, czy umarł, i nie zważając na wrzawę wyrzucał im, że opuszczając tak wodza, opuścili Rzeczpospolitą; przypominał również pokój rzymski, który jakkolwiek wydaje się im korzystny, zgubniejszym jednak jest od dwudziestu przegranych bitew.
Niektórzy przyznawali mu słuszność, lecz byli to najuboźsi z Rady, podejrzani, iż zarówno skłonni są powstawać przeciw ludowi jak przeciw tyranii. Przeciwni im naczelnicy Syssitów i administratorowie kraju zwyciężali ich liczbą, a najznakomitsi gromadzili się obok Fannona, który zajmował miejsce na drugim końcu sali, przed wielkiemi drzwiami zasłoniętemi hiacyntowym dywanem.
Po smutnej porażce suffet Hannon pomalował wrzody na swej twarzy. Złoty puder obleciawszy z jego włosów utworzył na plecach dwa błyszczące palce jak blachy, a na głowie pozostały szare włosy kręcące się jak wełna. Bielizna przejęta wonnemi maściami, sączącemi się aż na podłogę, owijała jego ręce, widać było, że choroba znaczne poczyniła postępy, po oczach niknących w zmarszczkach powiek. Gdy chciał co widzieć, musiał przewracać głowę. Jego stronnicy zachęcali go do przemówienia, on też odezwał się nareszcie głosem chrapliwym i wstrętnym:
— Mniej zarozumiałości, Barkasie. Byliśmy wszyscy zwyciężeni, każdy znosi swoją dolę i ty musisz się jej poddać.
— Powiedz nam lepiej, — rzekł z szyderczym uśmiechem Hamilkar, — jakim sposobem nawprowadziłeś twoje galery na flotę rzymską? —
— Wiatr mnie tam zapędził, — odpowiedział Hannon.
— Ach, ty jesteś jak nosorożec, depcący w własnym nawozie, rozpościerasz twoje głupstwo. Zamilknij lepiej!...
I rozpoczęli obwiniać się wzajemnie o bitwę pod Egatami.
Hannon skarżył, iż Barkas nie przyszedł na jego spotkanie.
Ten odpowiadał, że niepodobna mu było opuścić. Eryksu. — Trzebaż ci było puścić się na pełne morze? Któż cię wstrzymywał? tylko prawda, zapomniałem, słonie lękają się wody!...
Stronnicy Hamilkara uważali ten koncept tak zabawnym, że się rozległy śmiechy silne, aż sklepienia zadrżały niby od echa trąby.
Hannon żalił się na to urąganie, dowodząc, że choroby tej nabył z przeziębienia w czasie oblegania Hekatompylu, a łzy płynęły po jego twarzy jak deszcz jesienny po zbutwiałych ruinach.
Hamilkar mówił jeszcze: — Gdybyście wy mnie tak kochali jak Hannona, to dzisiaj panowałaby wielka radość w Kartaginie. Wieleż to razy wołałem do was, ale odmawialiście mi pieniędzy.
— Ponieważ sami ich potrzebowaliśmy, — odrzekli naczelnicy Syssitów.
— A kiedy byłem w takim stanie, że musieliśmy nasycać pragnienie odchodami mułów, głód pożywaniem rzemiennych sandałów, kiedy zrozpaczony pragnąłem, aby z tych wynędzniałych ździebeł trawy jakiemi stali się moi żołnierze i ze zgniłych resztek naszych tworzyć walczące bataljony, wy zabieraliście mi ostatnie okręty!
— Niepodobna było ryzykować wszystkiego, — powiedział. Baat-Baal, dzierżawca złotych kopalni w Getulji Darytjeńskiej.
— A cóż zdziałaliście przecież tutaj w Kartaginie, w waszych domach poza murami? Czyliż to Gallów wypędziliście na Erydan, czy Chananejczycy weszli do Cyreny i podczas gdy Rzymianie wysyłają do Ptolomeusza ambasadorów...
— On nam wychwala teraz Rzymian — ktoś krzyknął, — co ci zapłacono, abyś ich tak sławił?
— Pytajcie oto płaszczyzn Brucyum, zwalisk Lokrów, Metapontu i Heraklei, popaliłem tam wszystkie ich domy, wydałem na łup rabunków świątynie a na śmierć nawet wnuki ich wnuków.
— O, ty umiesz rozprawiać jak retor, — rzekł Kapuras sławny kupiec, — lecz do czego zmierzasz?
— Mówię, że trzeba być przezorniejszymi lub groźniejszymi koniecznie. Jeżeli Afryka cała zrzuci wasze jarzmo, to dlatego, że wy niedołężni władcy nie umieliście przywiązać jej do siebie. Agatokles, Regulus lub którykolwiek z walecznych potrzebuje tylko wylądować, ażeby ją podbić sobie, a jeżeli Libijczycy ze wschodu porozumieją się z Numidami, którzy są na zachodzie, bandy koczownicze przybędą z południa, Rzymianie od północy...
Krzyk przerażenia rozległ się w sali.
— O, uderzcie się w piersi, tarzajcie w prochu, rozdzierajcie szaty, bo strasznie będzie w niewoli iść obracać młyńskie koła w Suburze, lub zbierać wino po pagórkach Lacyum...
Słuchacze uderzali się po prawem udzie na znak hańby, i powiewali szerokiemi rękawami swych szat niby skrzydłami przestraszone ptaki. Hamilkar w dzikiem natchnieniu, stojąc na najwyższym stopniu ołtarza, drżący i groźny wyciągnął ręce; promienie świecznika przebijały między palcami jego jak złociste pociski, a on mówił dalej:
— Stracicie wasze okręty, posiadłości, zaprzęgi, wiszące łoża i niewolników służalczych. Szakale rozgoszczą się w naszych pałacach, pług wyrówna wasze grobowce; tylko krzyk orłów, tylko głuchy łoskot walących się ruin będzie jedynem wspomnieniem o was. Ty upadniesz, Kartagino!!!
Arcykapłani na tę mowę wyciągnęli ręce dla odwrócenia przekleństw. Wszyscy powstawali. Lecz suffet morza, dygnitarz kościelny, zostający pod opieką słońca był nietykalny tak, iż zgromadzenie senatu sądzić go nie mogło. Trwoga rozchodziła się od ołtarza, wszyscy się cofnęli.
Hamilkar jednak już więcej nie mówił; z oczyma wlepionemi w jeden punkt, z twarzą bladą jak perły jego tiary, oddychał ciężko, przestraszony własnemi słowy, z myślą błądzącą wśród żałobnych widzeń. Wokoło wysokości, którą zajmował, pochodnie z bronzowych świeczników tworzyły niby wielką koronę ognistą, a czarne słupy dymów wznoszących się wgórę niknęły złączone w cieniach sklepienia... Cisza zaległa tak uroczysta, że słychać było tylko woddali szum morza.
Po chwili przecież starszyzna przerwała to milczenie. Interesy i całe położenie ich zbyt silnie były zagrożone przez barbarzyńców, a tych niepodobna było się pozbyć bez pomocy suffeta. Ta więc uwaga skłoniła ich, że pomimo obrażonej dumy, zaniechali wszelkich uraz. Udano się do jego przyjaciół, nastąpiło pojednanie interesowne, namowy, obietnice; Hamilkar nie chciał się mieszać do rządu, a gdy go błagali i zaklinali na wszystkie świętości, on się unosił gniewem na każde wspomnienie zgody. Jedynym zdrajcą podług niego była Wielka Rada, gdyż zobowiązania żołnierzy ustawały z chwilą skończenia wojny; oni byli już wolnymi. Wynosił nawet ich męstwo, przytaczał wszelkie korzyści, jakie można było wyciągnąć dla Rzeczypospolitej, ujmując ich sobie przez nadanie posiadłości i przywilejów...
Lecz tutaj Magdassan, dawny rządca prowincji, tocząc swemi żółtemi oczyma, przerwał:
— Wiesz co, Barkasie, że podróże zrobiły cię Grekiem czy Łacinnikiem? Jak możesz mówić o wynagradzaniu takich ludzi? Czyż nie lepiej, żeby zginęło 10.000 barbarzyńców aniżeli jeden z pomiędzy nas?
Cała starszyzna schylaniem głowy przytakiwała słowom, powtarzając jeszcze: — Tak, czyż warto się troszczyć o nich, wszak znajdą się tacy zawsze?
— I łatwo pozbyć się ich także w każdej porze, nieprawdaż? Można porzucić, jak to zrobiliście w Sardynji, można sprowadzić nieprzyjaciela na drogę, którą przebywać musieli, jak to było w Sycylji z Gallami, lub też wyrzucić na środku morza. Wszakże jadąc z powrotem oglądałem skałę, bielącą się od ich kości!
— Co to za nieszczęście! — rzekł z urąganiem Kapuras.
— A czyż oni nie przechodzili sami sto razy do nieprzyjaciela, — powtórzyli inni.
Hamilkar wykrzyknął:
— Dlaczegóż wreszcie, pomimo praw naszych, przyzwaliście ich do Kartaginy? A kiedy się znaleźli w mieście, między waszemi bogactwy, sami tak liczni i nędzni, nie pomyśleliście o osłabieniu ich sił jakimkolwiek rozdziałem? Rozpuściliście ich wraz z dziećmi i kobietami, bez żądania jakiegobądź zakładu, bez straży. Czyż sądziliście, że oni sami siebie wymordują, żeby wam nie sprawiać przykrości dotrzymania przyrzeczeń? Nienawidzicie ich, gdyż są silni; nienawidzicie mnie stokroć więcej, mnie, który byłem ich wodzem! Och! Czułem ja przed chwilą, że, całując ręce moje, wstrzymujecie się tylko, aby mnie nie pogryźć.
Gdyby lwy spoczywające w dziedzińcu były weszły z przeraźliwym rykiem, zgiełk nie byłby straszniejszym, jak po tych słowach suffeta. Arcykapłan Eschmuna podniósł się wyprostowany, z łokciami przy bokach, z dłońmi napół otwartemi i przemówił uroczyście.
— Barkasie, Kartagina wymaga, abyś przeciwko jurgieltnikom wystąpił na czele wojsk punickich.
— Odmawiam, — odpowiedział dumnie Hamilkar.
— Dostarczymy pieniędzy wiele tylko zażądasz bez żadnej kontroli i podziału, zabierzesz wszystkich jeńców, wszelką zdobycz i pięćdziesiąt zeretów ziemi za każdego trupa nieprzyjacielskiego.
— Nie, i jeszcze raz nie, gdyż niepodobna jest zwyciężać z wami.
— On ich się lęka.
— Ponieważ wy jesteście nikczemni, skąpi, niewdzięczni i nierozumni!...
— On barbarzyńców oszczędza.
— Ażeby zostać ich wodzem, — zakrzyknął inny, a z głębi sali zawył głos Hannona:
— On chce zostać królem!
Na to poruszyli się wszyscy, przewracając stołki i pochodnie; tłum cały rzucił się na ołtarz, wtrząsając dobytemi puginałami. Bohater odrzucił szerokie rękawy, wyjął dwa noże i, przychylony, jednym krokiem naprzód z iskrzącemi oczyma i zaciśniętemi zębami, urągał im, stojąc niewzruszenie pod złotym świecznikiem.
Tak więc, przewidując potrzebę, wnieśli broń tutaj!! to była zbrodnia.... spojrzeli się wszyscy przestraszeni, lecz ponieważ wszyscy zawinili, więc każdy się prędko uspokoił. Powoli całe zgromadzenie odwróciło się od suffeta, dysząc wściekłością, po raz już drugi cofnęli się przed nim.
Przez chwilę zostawali nieruchomi, wielu jednak zapragnęło dotknąć go boleśnie i szeptali tak, iż Hamilkar dosłyszał te słowa w tłumie:
— Odmawia przez współczucie dla swojej córki!
— Ponieważ ona wybiera sobie kochanków między jurgieltnikami.
Hamilkar zachwiał się i szukał wzrokiem Schahabarima, lecz ten nieporuszony był na swem miejscu, zaledwie można było dostrzec jego śpiczastą czapkę. Wszyscy teraz naigrawali się z suffeta a z wzrastającem jego udręczeniem ich radość się powiększała. Zewsząd słyszeć się dawały urywane wśród wycia frazesy:
— Widziano jednego z barbarzyńców opuszczającego komnatę twej córki.
— W poranek miesiąca Tammouz.
— To był ten sam, który ukradł zasłonę bogini.
— Ale mąż pięknej postaci.
— Wyroślejszy od ciebie.
Bohater zerwał swą tiarę, oznakę swojej godności, tiarę ośmiorzędną symboliczną, w środku której tkwiła muszla szmaragdowa, i obiema rękami rzucił ją o ziemię; złote obrączki rozleciały się zdruzgotane, perły zadźwięczały po taflach posadzki. Ujrzano wtedy na odkrytem czole wodza szeroką bliznę wijącą się jak wąż pomiędzy brwiami. Wszystkie członki jego drżały ze wzruszenia. Wstąpił na boczne stopnie prowadzące do ołtarza... Chciałże poświęcić się bóstwu? ofiarować się na całopalenie? Powiewy płaszcza wzruszały promykami świecznika chylącemi się do stóp jego, gęsty kurz wzniecony krokami otoczył go nakształt obłoku. On stanął przy nogach spiżowego kolosu, ujął w rękę garść pyłu, którego sam widok przyprawiał o drżenie Kartagińczyków, i mówił:
— Przez sto płomieni waszych duchów, przez ognie Kabyrów, przez gwiazdy, meteory i wulkany, przez wszystko co pali, pragnienie pustyń i sól oceanów, przez jaskinie Hadrumetu i krainy zmarłych, przez skończenie wszystkiego, popioły waszych synów i przodków waszych, z któremi ja łączę i moje, ty Wielka Rado stu Kartaginy, kłamiesz, oskarżając moją córkę, a ja Hamilkar Barkas, suffet morza, naczelnik zgromadzenia bogaczów, władca ludu, przed Molochem z byczą głową przysięgam... — zastygły oddechy we wszystkich piersiach, spodziewano się czegoś okropnego — a on kończył silniejszym i donośnym głosem: — że jej nie powtórzę nawet tych oszczerstw!
W tejże chwili służebnicy świątyni ubrani w złote grzebienie weszli, jedni z purpurowemi gąbkami w ręku, inni z palmowemi gałązkami; podnieśli firankę z hiacyntu rozwieszoną przed drzwiami i przez ten otwór ukazało się w głębi innych sal cudowne niebo, zrumienione jutrzenką, które zdawało się być dalszym ciągiem sklepienia rozpościerającego się nad błękitnem morzem. Słońce, wyłaniając się z przezroczych fal, witało światy. Strumienie. rażących blasków oblało złotem pierś spiżowego kolosa, podzieloną na siedm przegród okratowanych. Paszcza z czerwonemi zębami otwierała się w potwornem ziewaniu, olbrzymie nozdrza były rozdęte straszliwie. Blask dzienny go ożywił i nadał pozór okropniejszy jeszcze, jakgdyby ten bóg potworny zapragnął łączyć się z poranną gwiazdą i przebywać razem ponad sferami.
Tymczasem pochodnie rozrzucone gasły tu i owdzie, pozostawiając niby krwawe plamy na płytach z masy perłowej. Starszyzna, chwiejąc się ze znużenia, chciwie oddychała świeżym wietrzykiem poranku. Krople potu spływały po bladych ich licach, zmęczeni krzykiem sami się już prawie słyszeć nie mogli. Jednak gniew przeciw suffetowi nie przeminął. Żegnali o wykrzyknikami pełnemi pogróżek. Hamilkar podobnież im odpowiadał.
— Do przyszłej nocy, Barkasie, w świątyni Eschmuna.
— Będę tam.
— Wzywamy cię przed sąd senatu.
— A ja was przed sąd ludu.
— Strzeż się, bo zginiesz na krzyżu.
— A wy rozszarpani na ulicach!
Nareszcie, gdy wyszli za próg dziedzińca, zamilkli wszyscy.
Laufry i woźnice czekali u bramy. Większa liczba bogaczy miała zaprząg w białe muły. Suffet skoczył na rydwan, ujął cugle a jego rumaki, uderzając kopytami w odskakujące kamyki, pędziły przez Mappale tak prędko, iż sęp srebrny umieszczony na końcu dyszla, zdawał się lecieć w powietrzu. Droga szła przez pole Mappalów, zasiane kamiennemi nagrobkami piramidalnej formy, każdy z wyrzeźbioną ręką otwartą, wyobrażającą jakoby zmarły spoczywający pod nim, wołał o coś do nieba. Dalej były chatki ulepione z ziemi, gałęzi i sitowia, wszystkie kształtem stożkowym; niskie mury z kamieni, rowy napełnione wodą, płoty kaktusowe lub maty plecione z trawy, dzieliły nieregularne te mieszkania, które się skupiały coraz więcej ku ogrodom suffeta.
Hamilkar zwracał spojrzenia na wielką wieżę o trzech piętrach, formującą trzy olbrzymie cylindry, pierwszy był z kamieni, drugi z cegieł, trzeci z drzewa cedrowego a zakończone były kopułą miedzianą, wspartą na dwudziestu czterech kolumnach, między któremi spadały nakształt wieńców łańcuszki bronzowe „Ten budynek górował ponad gmachami rysującemi się na prawo, a mieszczącemi w sobie magazyny i domy handlowe, w głębi zaś alei cyprysowej podobnej do dwuch ścian z bronzu, ukazywał się pałac przeznaczony dla kobiet.
Kiedy wóz turkoczący przebył ciasną wjazdową bramę, zatrzymał się pod wielką szopą, gdzie konie na tręzlach trzymane, karmiły się zżętą trawą. Cała służba wybiegła na spotkanie, zrobił się zgiełk ogólny. Niewolnicy przebywający zwykle przy pracach wiejskich, teraz, uciekając przed barbarzyńcami, zgromadzili się w Kartaginie. Rolnicy, okryci skórą zwierząt, ciągnęli łańcuchy przytwierdzone do ciężarów, robotnicy z fabryk purpury mieli ręce czerwone jak kaci, żeglarze nosili zielone czapki, rybacy, łowcy korali i strzelcy mieli zarzucone sieci na ramionach; służba zaś z Megary ubierała się w tuniki białe lub czarne, skórzane spodnie i czapeczki ze słomy, pilśni lub płótna — stosownie do rodzaju wypełnianych obowiązków.
Za niemi cisnął się tłum nędzarzy w łachmanach. Ci żyli bez żadnego zajęcia, zdala od mieszkań spędzali noce w ogrodach, żywili się resztkami spożywanego jadła; był to chwast ludzki wegetujący pod cieniem pałacu. Hamilkar znosił ich przez pogardę i przez przezorność... Wszyscy na oznakę radości pokładli kwiaty w swe uszy. A wielu z nich dotąd nie widziało nigdy jeszcze swego władcy.
Między temi tłumami przebiegali ludzie uczesani jak sfinksy, uzbrojeni w długie kije, któremi, uderzając w prawo i w lewo, rozpędzali ciekawą tłuszczę, broniąc, aby nie tłoczono się na suffeta.
Gdy go ujrzano, rzucili się: wszyscy na ziemię wołając: „Źrenico Baala, witaj nam w domu twoim!”. Pomiędzy szeregami tak korzących się ludzi, wystąpił Abdalonim, główny intendent, ustrojony w mitrę białą i posunął się ku Hamilkarowi z kadzielnicą w ręku.
Wtedy i Salammbo zeszła ze schodów galerji.
Długi orszak służebnic postępował za nią, pomiędzy temi wyróżniały się murzynki noszące czarne paciorki na głowie, zamiast przepaski złotej jaką ściskały swe czoła Rzymianki. Inne miały we włosach srebrne strzały, motyle ze szmaragdów, łub długie igły błyszczące od słońca.
Wśród barwy białej, żółtej i niebieskiej ich strojów, świeciły spinki, naszyjniki, frendzle i bransolety, słychać było szelest lekkich materyj zmieszany z stukotaniem sandałów i odgłosem stąpania nóg bosych. Tu i owdzie wielki eunuch, idący za niewolnicami, uśmiechał się bezmyślnie. Kiedy okrzyki mężczyzn ucichły, wtedy kobiety stojące na schodach z hebanu, ukrywszy twarze w szerokie rękawy szat swoich, wydały naraz krzyk przeraźliwy, podobny do wycia wilków a tak gwałtowny i silnie brzmiący, że wielkie schody całe zadrżały jakby trącona lira.
Zasłony niewolnic i cienkie i pręciki papyrusów igrały z łagodnym powiewem wietrzyka. Było to w miesiącu Schebat, podczas mocnej zimy; kwiaty granatów rysowały się na jasnym lazurze nieba a poprzez ich gałązki widzieć się dawało morze z oddaloną wyspą na poły we mgle niknącą. Hamilkar zatrzymał się, spostrzegłszy Salammbo. Przyszła mu ona na świat po stracie kilkorga dzieci płci męskiej. Zwykle urodziny córek uważane były za klęskę u wyznawców religji słońca. Bogowie przecież pocieszyli go później, zsyłając jeszcze syna, jednakże on uważał się niejako zawiedziony w swoich nadziejach, i teraz niby ciężko ukarany za wyrzeczone przeciwko niej przekleństwo.
Salammbo postępowała zwolna. Perły w mieniących się barwach spadały od jej uszu aż do łokci, włosy ufryzowane otaczały głowę na kształt obłoku; na szyi miała blaszki małe kwadratowe ze złota, z wyobrażeniem kobiety umieszczonej pomiędzy dwoma spinającemi się lwami. Cały ubiór dziewicy naśladował w zupełności dziwaczne przystroje bogini, szata hiacyntowa z szerokiemi rękawami ściskała ją w pasie, rozchodząc się u dołu. Wargi umalone cynobrem podwyższały jeszcze białość drobnych zębów, a antymonjum na powiekach czyniło jeszcze większemi jej oczy. Nosiła sandałki z piór ptasich na wysokich obcasach, lica zaś jej były nadzwyczajnie blade, zapewne z powodu zimna.
Przystąpiła do Hamilkara ze spuszczoną głową a nie podnosząc oczu mówić zaczęła:
— Cześć ci, o źrenico Baalów! Niechaj Bogowie zsyłają tobie triumfy i spokój, radość i skarby! o panie. Serce moje tak długo było smutne i dom utęskniony. Lecz kiedy pan nasz w dom swój powraca, to niby zmartwychwstający Tammouz spojrzeniem swoim roznieca szczęście i nową siłę budzi w uśpionem życiu.!..
Wzięła z rąk Taanah małą podłużną czarę, w której przyprawiona była mieszanina z wina, mąki, masła i kardamonu.
— Pij, panie, na zdrowie twoje, — rzekła — ten napój powitania przyrządzony przez twą służebnicę.
On odrzekł:
— Błogosławieństwo tobie, — i przyjął machinalnie złotą czarę, którą mu podawała.
Przez chwilę jednak zatopił w córkę wzrok tak badawczy i bystry, że dziewica zmieszana wyszeptała:
— Czy wiadomo ci panie?...
— Tak, wiem już wszystko — odrzekł Hamilkar cichym głosem.
Byłoż to wyznanie z jej strony? czy ona mówiła o barbarzyńcach? Suffet dodał kilka słów ogólnych o niepokoju publicznym, Który spodziewa się uciszyć.
— O, ojcze, — przemówiła Salammbo — niepodobna ci będzie wynagrodzić tego, co jest niepowrotnem.
Na te słowa Hamilkar cofnął się nagle, Salammbo spojrzała zdziwiona, ona nie myślała o Kartaginie tylko o strasznem świętokradztwie, w którem uważała się za mimowolną wspólniczkę. Ten mąż, przed którym drżały legjony całe, którego ona zaledwie znała, przerażał ją jak Bóg! Więc on odgadł i wiedział wszystko. Ach, coś strasznego zapewne nastąpi... Dziewica wyjąkała: „Łaski!”
Suffet spuścił głowę. Ona chciała się oskarżyć, ale nie śmiała przemówić, chociaż czuła wielką potrzebę użalić się i być pocieszoną! Ojciec jej zwalczył w sobie chęć przełamania przysięgi. Wstrzymał się jednak tylko przez dumę i nie przemówił, aby nie rozjaśniać błogiej niepewności. Utkwił tylko wzrok swój na nowo w dziewicę tak głęboko, jakgdyby chciał zajrzeć aż w głąb jej serca. Salammbo powoli chwiejąca się, chyliła głowę ku ziemi: czuła się przybitą tym strasznym wzrokiem. Dumny jej ojciec powziął straszną pewność, że jego córa spoczywała w uściskach barbarzyńcy... Zadrżał, podniósł swe pięście... Dziewica wydała krzyk przytłumiony i padła na ręce otaczających ją kobiet.
Hamilkar odwrócił się, a służba cała udała się za nim. Rozkazał otworzyć magazyny i weszli do wielkiej sali z której jak promienie z jednego ogniska rozstrzelały długie kurytarze prowadzące do innych sal. Kamienna tarcza umieszczona była na środku, a wokoło niej słupki, które podpierały poduszki ułożone na dywanach.
Suffet szedł zrazu gwałtownemi krokami, oddech miał gorący, uderzał piętami o ziemię i przesuwał ręką po czole, jak człowiek odganiający napastnicze muchy. Lecz wkrótce wstrząsnął głową, a widząc na gromadzone bogactwa uspokoił się; myśl jego błądziła za wzrokiem po licznych kurytarzach i zagłębiała się w sale przepełnione najrozmaitszemi skarbami. Widzieć tam można było bronzy i sztaby srebra, szyny żelaza, drogie nieznane kruszce pochodzące z dalekich zamorskich krajów. Guma z ojczyzny murzynów znajdowała się w workach z kory palmowej, złoty piasek nagromadzony w skórzanych sakwach, z których się rozsypywał po ziemi. Cieniutkie włókna z roślin morskich wisiały pomiędzy lnami Egiptu, Grecji, Taprobanu i Judei; polipy, jak duże krzaki jeżyły się około murów, a pomieszana woń perfum, skór, korzeni, piór strusich zawieszonych w wielkich pękach pod sklepieniem, zapełniała powietrze. Przed wejściem na każdy kurytarz, były ustawione zęby słoniowe, w sposób formujący łuki ponad drzwiami.
Nakoniec suffet rozpatrzywszy się w tem wszystkiem, wstąpił na tarczę z kamienia. Wszyscy intendenci stanęli ze skrzyżowanemi na piersiach rękoma i schylonemi głowy. Jeden tylko Abdalonim podniósł z dumnym wyrazem swą śpiczastą mitrę.
Hamilkar wezwał do sprawozdania naczelnika od żeglugi: byłto stary marynarz z powiekami przewróconemi od działania wiatru i z białemi kosmykami włosów spadających na ramiona i piersi, co wyglądało, jak gdyby burze morskie pianą ozdobiły jego brodę. Opowiadał on, że wysłał flotę przez Gades i Tymiamatę dla okrążenia krańców południa i przylądku Aromatów, aby dosięgnąć Ezyongaberu. Inne statki przeznaczone do podróży na zachód, postępowały w tym kierunku przez trwanie czterech księżyców nie napotkawszy lądu. Wkońcu zawikłały się w rośliny podwodne; stać musiały nieruchome i słyszały tylko bezustanny szum katarakt; gęste mgły krwawego koloru zaćmiewały słońce. Powiew wiatru przeciążony silnemi zapachami odurzył całą osadę i dotąd jeszcze pamięć o niej jest tak zmącona, że nie umieją nic opowiedzieć. Przecież mimo to dosięgnęli rzek Scytów, dostali się do Kolchidy, do Jugrów, Estów, porwali na archipelagu tysiąc pięćset dziewic i rozpędzili wszystkie cudze okręty żeglujące poza przylądkiem Estrymon dla tego, żeby nikt nie znał tej drogi. Król Ptolomeusz jednak zatrzymał kadzidła Szesbaru. Elatya, Syrakuzy, Korsyka i wyspy nic nie dostarczyły, a stary żeglarz przyciszonym głosem dodał, iż Numidzi zabrali jednę trimemę w Pusikadzie: — „Gdyż połączyli się z barbarzyńcami, panie”
Hamilkar ściągnął groźnie brwi i dał znak do mówienia przywódcy karawan; ten zbliżył się okryty długą brunatną suknią bez przepaski, z głową owiniętą białą materją, która, podwiązując mu brodę, spadała na plecy.
Karawany zwykle wychodziły w czasie zimowego porównania dnia z nocą. Lecz teraz niestety z tysiąca pięciuset ludzi, którzy się udali do Etjopji zaopatrzeni w wyborowe wielbłądy, nowe sakwy i obfite zapasy, jeden tylko powrócił do Kartaginy; inni poginęli ze znużenia, lub błąkali się w pustyniach; ten jeden dziwy opowiadał, że widział poza Czarnym Haruszem kraj zamieszkany przez same wielkie małpy, dalej znów niezmierne państwa, w których wszelkie używane sprzęty były ze złota, rzekę białą jak mleko a szeroką jak morze, lasy z drzew niebieskich, wzgórza z samych wonności, potwory z ludzką twarzą żyjące na skałach, a których źrenice, rzucając spojrzenia, rozwijały się jak kwiaty, gdzieindziej znowu wybrzeża jezior zaludnione smokami, i góry z kryształu, na których spoczywało słońce. Inni zaś szczęśliwie wrócili z Indyj, sprowadzając pieprz, pawie i nowe tkaniny. Co do tych, którzy mieli sprowadzić chalcedony przez Syrję koło świątyni Amona, ci, bezwątpienia zginęli w piaskach. Karawany z Getulji i Fazzany dostarczyły swe zwykłe produkty, lecz naczelny przewódca nie Śmiał wyprawiać ich znowu w tym czasie...
Hamilkar zrozumiał, że jurgieltnicy zajmowali całą drogę... Z głuchym rykiem wsparł się na ręce, a przystępujący rządca folwarków taką obawą był przejęty, iż drżał cały pomimo barczystych ramion i czerwonych oczu. Twarz jego płaska była jak u brytana, na głowie miał siatkę z włókna kory, w pasie przepaskę z niewyprawnej skóry lamparta i dwa długie błyszczące kordelasy u boku. Kiedy władca zwrócił się ku niemu, on rozpoczął krzykliwie świadczyć się Baalami „Że w tem nie ma jego winy, że nie mógł w niczem zapobiec, że robił wszystko, co do niego należało. Obserwował powietrze, grunta, gwiazdy — zakładał plantacje w właściwej porze — obcinał gałęzie przy zmianie księżyca, dozorował niewolników, oszczędzał ich odzieży.“
Hamilkar zniecierpliwiony tą czczą gadaniną klasnął językiem, a człowiek z kordelasami zmienił natychmiast ton mowy:
— Ach panie, barbarzyńcy wszystkich wymordowali i wszystko zniszczyli. Trzy tysiące stóp drzewa ścięte w Maschali, w Ubado zaś rozbite spichrze, zasypane studnie; z Tedesu zabrali tysiąc pięćset gomorów mąki, w Marazzanie wyrznęli pasterzy, zjedli stada, spalili dom twój, Panie, twój piękny dom z cedrowych belek... Niewolnicy z Tuburbo w czasie zrzynania owsa uciekli w góry, a muły, osły, woły taormińskie i konie oryngskie uprowadzili z sobą tak, że wszystko, co do jednego przepadło! To straszna plaga, o Panie, ja nie chcę przeżyć strat takich!... i powtarzał płacząc: — Ach gdybyś wiedział, o panie, jak pełne były spichlerze, jakie świecące pługi, jakie barany i byki...
Gniew suffeta wybuchnął tym razem i wykrzyknął: — „Przestań, czyż jestem nędzarzem? Żadnych kłamstw nie zniosę, mówcie prawdę; chcę wiedzieć co straciłem aż do ostatniego sykla i ostatniego kaba. Abdalonimie, podaj mi rachunki z okrętów, karawan, gospodarskie i domowe. Jeżeli sumienie wasze nie jest czyste, drżyjcie... Nieszczęście nad głowami waszemi! A teraz idźcie. — Intendenci oddalali się, cofając tyłem i kłaniając do samej ziemi.
Abdalonim zaś wyjąwszy z szafki będącej w murze sznury z węzłami, zwoje płótna i papyrusu, oraz na łopatkach baranich drobnym charakterem ryte pismo, przedstawiał Hamilkarowi, podając mu nadto do rąk ramki drewniane, w których były ponawlekane na sznurkach gałki złote, srebrne i rogowe. Nareszcie zaczął czytać:
— „Sto dziewięćdziesiąt dwa domy w Mappalach wynajęte nowym Kartagińczykom za opłatą jednego beka na księżyc.”
— A to za drogo, — oszczędzaj biedaków i pamiętaj notować nazwiska tych, którzy ci się zdawać będą odważnymi; a razem staraj się dowiedzieć, czy są przywiązani do Rzeczypospolitej. Dalej?
Abdalonim zawahał się zdziwiony tą wspaniałomyślnością. Suffet wyrwał mu z rąk tasiemki płócienne.
— A to co znaczy znowu? — trzy pałące obok Khamona po dwanaście kezitah na miesiąc! — podwyż ma dwadzieścia. Nie myślę być zdzieranym przez bogaczów!
Intendent z niskim ukłonem wyliczał dalej:
— Pożyczono Tigilasowi, dwa kikary z trzecim procentem, aż do końca tej pory roku, a na przedsięwzięcie morskie żeglugi, w Bar-Malkarth znów tysiąc pięćset syklów na zastaw trzydziestu niewolników. Lecz z tych dwunastu żyć przestało w bagniskach solnych.
— Zapewne nie byli dość silni, — rzekł śmiejąc się Hamilkar. — To mniejsza, pomimo to, wypada rozpożyczać pieniądze i trzeba pożyczać na różne przedsiębiorstwa według odpowiedzialności, jaką przedstawiają żądający pożyczki.
Następnie intendent zabrał się do wyszczególnienia, co przynosiły kopalnie żelaza w Annabie, połów korali, fabryki purpury, odbiór podatków od podwładnych Greków, wysyłki pieniędzy do Arabji, gdzie dziesięć razy większy walor miało złoto i zdobycze żeglugi, potem odliczono dziesięcinę na świątynię bogini, a Abdalonim dodał: — „za każdym razem przedstawiłem o czwartą część mniejszy dochód, panie!” Hamilkar policzył gałki dźwięczące w palcach.
— Dość. — Wiele zaś wydałeś?
— Stratoniklesowi z Koryntu i trzem kupcom aleksandryjskim na kwity tu złożone, dziesięć tysięcy drachm ateńskich i dwanaście talentów złota syryjskiego. Żywienie załogi okrętowej wynosi do dwudziestu min przez księżyc dla jednej triremy.
— Wiem o tem. — A wiele straconych?
— Oto rachunek na tych ołowianych blaszkach, — odrzekł intendent; co do okrętów najmowanych, ponieważ często trzeba było rzucać ładunek w morze, zatem straty niejednostajne pokrywali stowarzyszeni. Za liny pożyczone od arsenału, których niepodobna było zwrócić, Syssyci zażądali ośmset kesitah przed wyprawą Utycką.
— I znowu oni, — szepnął Hamilkar spuszczając głowę, zatonął na chwilę w zadumie przygnębiony ciężarem prześladowań i nienawiści, jakie czuł nad sobą. — Ależ nie widzę jeszcze wydatków z Megary. — Abdalonim blednąc, wyjął znowu tabliczki sykomorowe nawleczone na skórzanych sznurkach.
Suffet słuchał ciekawie wyliczania szczegółów domowych, nie przerywając monotonnego powtarzania cyfer. Nagle głos Abdalonima przycichnął i on sam, dozwoliwszy upaść na ziemię listkom drewnianym, rzucił się na twarz z wyciągniętemi rękami, jak zwykli byli czynić winowajcy.
Hamilkar bez wzruszenia podniósł tabliczki rozrzucone — lecz wkrótce oczy jego zabłysły dzikim ogniem i wargi się poruszyły gwałtownie, gdy spostrzegł w wydatkach jednego dnia, wymienioną niesłychaną ilość skonsumowanego mięsa, ryb, ptastwa, win, przypraw, oraz potłuczonych waz, ubytek niewolników, straty dywanów etc. Abdalonim wciąż bijąc czołem o ziemię, wyjaśnił, że to był dzień festynu barbarzyńców, — że niepodobna było oprzeć się rozkazom senatu i że oprócz tego Salammbo nakazała nie szczędzić kosztów na ugoszczenie żołnierzy.
Na imię swej córki suffet zerwał się gwałtownie. Po chwili jednak, ściskając zęby, przysiadł napowrót na poduszkach i rozrywał frendzle paznokciami, oddychając ciężko z utkwionym w jeden punkt wzrokiem. — „Wstań”, — przemówił nareszcie i postąpił sam z miejsca. Abdalonim szedł za nim, nogi mu się trzęsły, jednak ujmując sztabę żelazną, zaczął z wysileniem wyważać płyty. Drewniana tarcza odskoczyła i wkrótce ujrzeli się na długim kurytarzu, w którym było wiele ogromnych pokryw zamykających skrzynie wkopane w ziemię, a napełnione zbożem.
— Spojrzyj, Źrenico Baala, — mówił drżący intendent — mamy jeszcze dosyć zapasów; skrzynie te są głębokie na pięćdziesiąt łokci każda a napełnione do brzegu. Podczas twojej nieobecności kazałem wydrążać takie schowania wszędzie, w arsenałach, w ogrodach i dom twój jest dziś tak pełen zboża, jak serce twoje mądrości. — Uśmiech zadowolnienia przemknął po licu Hamilkara. — „To dobrze, Abdalonimie”, a schylając się do ucha wiernego sługi, powiedział: — „Rozkaż sprowadzać zboże z Etrurji, z Brucjum, skąd chcesz tylko i po jakiejkolwiek cenie. Gromadź je i strzeż pilnie. Potrzeba, abym posiadał sam wszystko zboże Kartaginy“.
Kiedy doszli do końca korytarza, Abdalonim kluczami wiszącemi u pasa, otworzył wielką komnatę kwadratową podzieloną w środku słupami cedrowemi. Stosy monet złotych, srebrnych i miedzianych ułożone na stołach, lub w framugach zajmowały wysokość czterech ścian aż do belki; na wielkich skórach z hippopotama spoczywały w kątach pełne worki a rozrzucone po płytach posadzki miljardy tworzyły wzgórza, między któremi niektóre wyglądały niby zrujnowane kolumny.
Sztuki olbrzymich monet kartagińskich z wyobrażeniem Tanity na koniu pod drzewem palmowym, mieszały się z pieniążkami różnych osad oznaczone mi bykiem, gwiazdą, globusem, lub półksiężycem; dalej można było widzieć znaczne sumy w monetach wszelkiej wartości i rozmiaru, z czasów i wieków różnych od starych pieniędzy assyryjskich, cienkich jak paznokieć do używanych w Laeguma tak grubych, jak ręka; były także guziki z Eginy, tabliczki baktrjańskie i małe trójkątne monety ze starożytnej Lacedemonji; wiele z nich było okrytych rdzą, pogiętych, opleśniałych wilgocią, lub sczerniałych od ognia; wydobytych z głębiny morskiej lub zebranych przy oblężeniu jakiemś ze zgliszczy domów. Suffet policzył naprędce, czy sumy przedstawiane odpowiadały korzyściom i stratom poniesionym, i wnet zauważył trzy wypróżnione całkiem skrzynie. Abdalonim odwrócił głowę z wyrazem najwyższego wstrętu, — a pan jego domyślając się przyczyny tego ubytku, postanowił nie pytać go więcej.
Poszli dalej przez następne kurytarze i sale, aż przybyli do drzwi, przed któremi na straży stał człowiek przykuty w pasie łańcuchem do muru. Był to zwyczaj Rzymian, świeżo przyjęty w Kartaginie. Broda i paznokcie tego nieszczęśliwego wyrosły do potwornej długości, cała postać chwiała się to w lewo, to w prawo bezustannem kołysaniem, jak to bywa u bezmyślnych zwierząt.
Jak tylko rozpoznał Hamilkara, zwrócił się ku niemu wołając: „Łaski, o Źrenico Baala, łaski, każ mnie zabić, już dziesięć lat nie widziałem słońca! Na pamięć ojca twojego, ulituj się nademną!...
Hamilkar bez odpowiedzi na tę skargę, klasnął w ręce i w tej chwili ukazało się trzech ludzi, którzy złączonemi siłami odrzucili ogromną belkę zamykającą drzwi. Suffet ujął pochodnię i zagłębił się w ciemności.
Uważano to miejsce za grób familijny, jednak znajdowała się tam jedna tylko olbrzymia studnia dla zmylenia złodziei, nie zawierająca nic w sobie. Hamilkar poszedł tędy, następnie schyliwszy się, za* kręcił będący na kółkach ogromny kamień młyński, i odkrytym otworem dostał się do sali zbudowanej w kształcie ostrokręgu. Bronzowe łuski okrywały całe ściany; w środku na piedestale z granitu wznosił się posąg Kabira zwanego Aletes, wynalazcy kopalń w Celityberji. Wokoło niego na ziemi ułożone na krzyż znajdowały się złote tarcze i czary srebrne dziwnej formy nie mogące służyć do użytku; był bowiem zwyczaj przetapiać tak znaczną ilość drogiego kruszczu, aby tym sposobem zapobiec trwonieniu i poruszaniu go z miejsca.
Suffet swoją pochodnią rozświecił lampę górniczą przytwierdzoną do czapki bożyszcza. Natychmiast promienie żółte, zielone, niebieskie, fioletowe, koloru wina i koloru krwi zabłysnęły w sali. Była ona napełniona diamentami mieszczącemi się w złotych tykwach pozawieszanych jak świeczniki na słupach bronzowych, lub na stosach wznoszących się około ściany. Znajdowały się tu kalaisy wydobyte z łona gór za pomocą proc. Krwawniki utworzone z wilgoci rysiów, glossopetry upadłe z księżyca, tjanosy, beryle, zandastry, brylanty, trzy gatunki rubinów, cztery rodzaje szafirów i dwanaście odmian szmaragdowych. Kamienie te migotały rozlicznemi barwami, podobne do kropel mleka, do błękitnych sopli lodu, do srebrzystego proszku oraz wydawały z siebie ogień bijący w kaskadach, promieniach i gwiazdach.
Skałki piorunowe pochodzące od gromów, leżały obok chalcedonów, które niweczyły działanie trucizny. Były i topazy z góry Zabarka chroniące od trwogi. Opale baktyrjańskie, które zapobiegały pronieniom niewiast i rogi Ammona umieszczane zwykle nad łożem dla sprowadzania snów przyjemnych.
Błyski diamentów i światło lampy odbijały się w wielkich tarczach złotych. Hamilkar stał uśmiechnięty z założonemi rękoma, ciesząc się nie tyle tym widokiem, co przeświadczeniem o niezmiernych swoich bogactwach, które wydawały się niedostępne, nie wyczerpane i nieskończone. Wspomnienie przodków spoczywających pod jego stopami, wzbudziło mu w sercu silną wiarę w nieśmiertelność. Czuł się zbliżonym do tych podziemnych duchów... i wielka radość go opanowała. Strumienie różnobarwnych świateł — bijące na twarz suffeta wydawały mu się wątłą siat ką, jaka przez dziwne otchłanie wiązała go jeszcze ze światem... Nagle myśl nowa nabawiła go dreszczu.. postąpił ku ścianie wznoszącej się poza posągiem. Tam przypatrzył się pilnie tatuowaniom na swej ręce, wyszukując linji horyzontalnej i dwuch pochyłych, co oznaczało w cyfrach chananejskich liczbę trzynaście. Wtedy odrachował do trzynastu blaszki bronzowe, odrzucił swój szeroki rękaw i prawą ręką wskazywał inne linje niedojrzane prawie na swej dłoni, przesuwając delikatnie palcami, jak gdyby przy graniu na lirze. Potem zapukał wielkim palcem siedem razy w belkę i cała część ściany się odwróciła.
Natenczas dała się widzieć ukryta tam piwnica, w której chowano przedmioty tajemnicze niemające ani nazwy, ani oznaczonej wartości. Hamilkar zstąpił po trzech stopniach, wziął ze srebrnej kadzi skórę antylopy pływającą w czarnym jakimś płynie i wyszedł. Abdalonim zjawił się znowu przy nim — uderzając podłogę swą długą laską ozdobioną dzwoneczkami przy gałce i wywołując przed każdemi drzwiami imię Hamilkara z dołączeniem pochwał i błogosławieństw. Na galerji okrążającej wszystkie kurytarze znajdowały się nagromadzoe worki z lauzonją, glina z Lemnos i skorupy żółwiowe napełnione perłami. Suffet przechodził, nie zwracając uwagi nawet na olbrzymie kawały bursztynu, który przecież szczególniej był ceniony, jako utworzony z promieni słonecznych. Obłok wonnych wyziewów otoczył ich wkoło. „Otwórz drzwi”, rzekł Hamilkar i weszli w miejsce, gdzie wielu ludzi pół obnażonych wyrabiało ciasto, tłułio zioła, rozżarzało węgle, rozlewało oliwę w naczynia, otwierało i zamykało szuflady owalne wydrążone w ścianach a tak liczne, iż przypominały wnętrze ula a były napełnione mirabolanami, bdelium, szafranem i fiołkami. Wszędzie pełno było balsamicznej żywicy, proszków, flaszeczek szklanych, gałązek ziół wonnych, listków różanych, tak, że wyziewy pomieszane zaduszały powietrze, pomimo kłębów storaksu, który się palił na umieszczonych pośrodku trójnogach. Dozorca wyrobów pachnących, blady i cienki jak świeca woskowa, stanął przed suffetem, rozcierając w rękach zwitek metopionu, inni zaś dwaj rozsypywali u nóg władcy listki wonnego bakcarysu. On odsunął ich z pogardą, albowiem byli to cyrenejscy zbrodniarze, których cierpiano jedynie dla znakomitych zdolności w swoim kunszcie. Dla okazania swych starań dozorca przedstawił suffetowi na bursztynowej łyżce odrobinę malobartu, przebijając szydłem trzy bezoary indyjskie. Władca, który znał się dobrze na wszelkich podstępach, wziął róg napełniony balsamem, zbliżył go do ognia i nachylił nad swoją suknią; ukazała się brunatna plama, dowód oszukaństwa; wtedy Hamilkar zmierzył ostrym wzrokiem zarządcę fabryki i nie mówiąc słowa, z pogardą rzucił mu w twarz róg gazelli. Jakkolwiek oburzony był fałszerstwem popełnionem z jego uszczerbkiem, przecież ujrzawszy pakiety kosztownej lawendy, którą wysyłano do krajów zamorskich, nie zaniedbał wydać rozkazu, aby mieszano ją z antymonem dla powiększenia wagi.
Następnie zapytał, gdzie się znajdują trzy pudełka psagdasu, przeznaczone do jego użytku.
Dozorca wyznał, że nic o nich nie wie od czasu, kiedy żołnierze wpadli z dobytemi nożami i straszliwym wyciem, a on im otworzył składy...
— Więc obawiałeś się ich więcej jak mnie? — ryknął suffet, a źrenice jego jak błyszczące pochodnie wśród dymu zwróciły się na wybladłego człowieka, który wydawał się jak gdyby dopiero co obudzonym: — Abdalonimie, przed wschodem słońca, niechaj go przepędzą przez rózgi. Na chłostę zasłużył. —
Ta strata prawie najmniej znacząca rozjątrzyła go najwięcej; albowiem mimo usiłowań, żeby barbarzyńców usunąć z myśli, spotykał ich na każdym kroku. Ich nadużycia połączone były z hańbą córki, a on pragnął, aby wszyscy wiedzieli, że ich przed nim wspominać nie wolno. Tymczasem mała drobnostka przypomniała mu najcięższy cios, 1 znowu porwany żądzą wyśledzania wszystkiego rzucił się zwiedzać po kolei szopy, składy drzewa, żelaza i powrozów, miodu, wosku, wyroby marmurów i magazyny silfium.
Następnie udał się na drugą stronę ogrodów, aby zobaczyć rzemieślników rozlicznych, których robotą handlowano. Tam krawcy wyrabiali odzież, inni wiązali sieci, czesali włosie na materace, wykrawali sandały; robotnicy egipscy ostremi muszlami gładzili papyrusy, słychać było warsztat tkaczy i kowadła puszkarzy.
Hamilkar do tych ostatnich przemówił: — Kujcie miecze bez ustanku, gdyż ich potrzeba. — Potem wyjął z zanadrza skórę antylopy moczoną w truciznie i rozkazał, aby mu z niej przyrządzono pancerz mocniejszy niż z bronzu i niedostępny płomieniom ani żelazu.
Od chwili znajdowania się między robotnikami, Abdalonim chcąc odwrócić gniew suffeta, starał się rozjątrzyć go na nich i czernił ich zatrudnienia.
— Co to za robota, to wstyd, doprawdy pan jest za dobry dla nich. — Hamilkar przecież nie zwracał uwagi na te poduszczenia i oddalił się nic nie mówiąc. Wkrótce jednak był zmuszony się zatrzymać, gdyż całą drogę zawaliły wielkie drzewa okopcone od góry do dołu, jak się to spotyka czasem w lasach, gdzie pasterze koczują; dalej groble były poprzerywane, w rowach wyschła woda, szczątki rozbitych naczyń, kości małp i t. p, rzeczy rozrzucone wśród błotnistych bagnisk. Gdzieniegdzie kawał materji rozwieszony był na krzewie, lub masa zgniłego kwiatu cytrynowego tworzyła żółtawe stosy. Widać było, że służba zaniedbała wszystko, sądząc, iż pan nie powróci więcej.
I tak za każdym krokiem odkrywał nowe spustoszenia, nową pamiątkę tej chwili, o której nie chciał nic wiedzieć. Trzeba mu było brodzić w purpurowych sabotach po błocie, deptać nieczystości, a nie móc dosięgnąć wszystkich tych złoczyńców, aby ich jednym pociskiem katapulty wyrzucić w powietrze!
Czuł się upokorzonym, że za niemi obstawał. Wszyscy go oszukali, zdradzili; a on nie mogąc zemścić się ani na żołnierzach, ani na senacie, ani na córce swej, doznawał gwałtownej chęci wywarcia tłumionego gniewu na kimkolwiek, i skazał odrazu do kopalń wszystkich niewolników przeznaczonych do robót w ogrodach.
Abdalonim tymczasem drżał za każdym razem, gdy widział Hamilkara zawracającego ku parkom. Lecz na teraz jeszcze udał się on drogą prowadzącą do młynów, skąd dochodził posępny odgłos.
Wpośród gęstej kurzawy obracały się ciężkie kamienie młyńskie urządzone w taki sposób, iż dwa ostrokręgi z porfiru ustawione były na sobie, jeden z nich wyższy, opatrzony lejkiem, kręcił się na drugim za pomocą mocnych drągów. Ludzie jedni popychali to koło siłą swych piersi i ramion, a drudzy zaprzęgnięci do niego ciągnęli z drugiej strony, Tarcie chomąt sformowało im około pachy zaropiałe wrzody, jak to się widuje czasem na grzbiecie osła. Czarny brudny łachman okrywający cokolwiek krzyże tych biedaków, wisiał do dołu i uderzał ich po łydkach jak bydlęcy ogon. Oczy mieli zaczerwienione, kajdany dzwoniły na nogach, piersi dyszały zgodnym przyspieszonym oddechem. Na ustach przytwierdzano im bronzowemi łańcuszkami kagańce, aby nie mogli jeść mąki; rękawice bez palców okrywały ich ręce, aby nie mogli jej nabrać.
Za wejściem pana drewniane belki silniej uderzyły, tłukąc ziarno na miazgę. Wielu upadło na kolana, lecz inni, kończąc robotę, przeszli po nich.
FHamilkar zapytał o Giddenema, dozorcę niewolników. Ukazał się on w całym przepychu piastowanej godności, bogato strojny w tunikę z cienkiej purpury, która rozcięta była na bokach; ciężkie obrączki wisiały mu w uszach, złoty sznurek jak wąż około drzewa owijał jego biodra. W palcach ozdobionych pierścieniami trzymał naszyjnik z paciorków agatowych.
Władca rozkazał odjąć kagańce, a wtedy wszyscy niewolnicy z okrzykiem zgłodniałych zwierząt rzucili się na mąkę, którą pożerać zaczęli zagłębiając twarz w jej zasypach.
— Ty ich zanadto wycieńczasz, — przemówił suffet.
Giddenem odpowiedział, że inaczej niepodobna mu było ich pokonać.
— Zyskałeś widać wiele na pobycie w Syrakuzańskiej szkole niewolników. Każ wejść innym. — Przedstawiali się tedy kucharze, klucznicy, masztalerze, roznosiciele lektyk, łaziebnicy, kobiety i dzieci. Wszyscy ustawieni w jednej linji od domu handlowego aż do parku zwierząt powstrzymywali oddech przejęci obawą. Milczenie panowało w Megarze, słońce rozciągało się nad laguną poniżej katakumb, tylko krzyk pawiów przerywał ciszę, a Hamilkar przechadzał się zwolna.
— Co mi po tych starcach? — mówił — wyprzedaj ich. Za wiele jest Gallów, a to są pijacy. Nie chcę też Kreteńczyków, gdyż kłamią. Zakupuj mi Kapadocjan, Azjatów i Negrów.
Dziwił się potem małej liczbie dzieci. „Wszakże każdego roku rodzina powinna dostarczyć nowego niewolnika”.
Rozkazał przedstawić sobie złodziei, leniwców i buntowników. Wyznaczał kary i robił wyrzuty Giddenemowi, a ten mruczał jak byk, spuszczając zmarszczone czoło do ziemi.
— Patrzaj, Źrenico Baalów, — mówił, wskazując rosłego Libijczyka, — oto jeden, którego schwytano przy zakładaniu sobie powroza na szyję.
— Więc ty pragniesz umrzeć — zapytał z pogardą władca.
A niewolnik nieustraszonym głosem odrzekł: „Tak jest.”
Wtedy nie myśląc o złym przykładzie, jaki to wywrzeć mogło, ani o stracie materjalnej, Hamilkar zawołał na służących:
— Bierzcie go!
Zapewne miał zamiar poświęcić na ofiarę biedaka, uprzedzając tym sposobem inne straszniejsze jakie nieszczęście. Lecz tymczasem uwaga jego zwrócona została na wielu ciężko pokaleczonych niewolników, których Giiddenem ukrył za drugiemi. — Hej! — zawołał, — kto tobie obciął prawą rękę?
— To żołnierz, Źrenico Baalów.
Dalej zapytał Samnity, który chwiał się cały, jak zraniona czapla.
— A tobie co się stało?
Tu wyszło na jaw, że temu sam rządca utrącił nogę sztabą żelaza.
To dzikie okrucieństwo oburzyło suffeta; wyrwał z rąk Giddenema naszyjnik z agatów wołając:
— Przeklęty pies, który szarpie powierzoną sobie trzodę! kaleczyć niewolników, o jasności Tanity! Wszakże ty niszczysz swojego pana! Niechaj go zakopią żywcem w gnoju. A gdzie są ci, których brakuje tutaj? Czyliż ich wymordowałeś wszystkich przy pomocy żołnierstwa?
Postać suffeta stała się tak straszna, że kobiety uciekły przerażone, niewolnicy cofnęli się, cisnąc do środka, Giddenem drżący całował sandały pana, a ten z wniesionemi wgórę rękami stał nad nim.
Jednakże tak jak w chwilach najstraszniejszych bojów przytomność go nie odstąpiła; przypomniał sobie tysiące rzeczy okropnych, poniesioną hańbę.... a przy świetle swego gniewu, niby przy błyskawicach burzy ujrzał naraz wszystkie doznane klęski. Administratorowie, którym powierzył swe mienie uciekli przed żołnierzami, a może w porozumieniu z niemi. Wszyscy go oszukiwali, zdradzali, on też oddawna przywykł ufać samemu sobie tylko.
— Niechaj sprowadzą winnych, — wykrzyknął, — piętnować gorącem żelazem ich czoła na znak hańby.
Natychmiast przyniesiono do ogrodu więzy, żelazne obręcze, noże, łańcuchy — dla skazanych do kopalń, kłódki ściskające nogi, numelle ściągające ramiona, skorpiony, bicze trzyrzemienne ze szponami miedzianemi. Umieszczono nieszczęśliwych na przeciwko słońca, w stronie Molocha pożercy, rozciągnięto ich na ziemi, a przeznaczonych na chłostę krępowano do drzewa stojących; z dwuch wykonawców wyroku, jeden liczył, drugi wymierzał razy. Ten ostatni uderzał obiema rękami z całej siły, rzemienie świszcząc odzierały korę jaworu, na którym jęczał nieszczęśliwy; krew spływała deszczem obfitym po liściach a słup czerwony, w którym trudno było odgadnąć człowieka wił się, wyjąc pod drzewem. Obłąkani niepisaną boleścią rozdzierali sobie twarz paznokciami własnemi. Słychać było trzeszczące śruby, głuchy, ponury łoskot, a niekiedy przerażający krzyk rozlegał się w powietrzu...
Od strony kuchni ludzie w podartych łachmanach, z potarganemi włosami za pomocą wachlarza rozżarzali węgle, woń piętnowanego ciała rozchodziła się wokoło. Mordowani chłostą omdlewali bezustannie, lecz przytrzymywały ich więzy krępujące do drzewa, tylko głowy bezsilne z zamkniętemi oczyma spadały na ramiona. Inni, tocząc obłąkanym wzrokiem, wydawali krzyki i jęki przenikające, a lwy przypominając sobie może ucztę barbarzyńców, z okropnym rykiem szukały schronienia.
Na tarasie ukazała się Salammbo, biegała śpiesznie z miejsca na miejsce jak szalona, Hamilkar spostrzegł ją i zdawało mu się, że wyciągała ku niemu ręce wzywając litości, lecz on z uczuciem wstrętu rzucił się w stronę parku słoni.
Znakomite rodziny punickie zwykły się pysznić temi zwierzętami. Nosiły one niegdyś dawnych przodków w czasie wojennych triumfów, i czczono je jako stworzenia szczególniej miłe słońcu.
Słonie Megary uchodziły za najsilniejsze z kartagińskich. Hamilkar przed odjazdem zażądał od Abdalonima przysięgi, że będzie je starannie doglądał. Tymczasem dużo ich wyginęło z kalectwa i tylko trzech zostało jeszcze żywych, spoczywając w środku swego dziedzińca przy szczątkach pożywienia.
Te jednak poznały suffeta i zbliżyły się ku niemu. Lecz niestety jeden miał szkaradnie oberżnięte uszy, drugi na kolanie ogromną ranę, a trzeci ściętą trąbę.
Spoglądały na swego pana wzrokiem tak smutnym jakgdyby żalące się rozumne istoty, a ten któremu brakowało trąby, schyliwszy olbrzymią głowę do nóg Hamilkara i zginając kolana, starał się przyłasić swą skaleczoną potwornie paszczą.
Na tę pieszczotę zwierzęcia dwie łzy zaświeciły mu w oczach. Rzucił się na Abdalonima.
— Ach, nędzniku, na krzyż ciebie, na krzyż!
Abdalonim, omdlewając ze strachu, padł na ziemię.
Lecz w tej chwili poza fabrykami purpury, z których niebieskawe dymu obłoki wznosiły się ku niebu, ozwał się głos szakala... Hamilkar stanął. Wspomnienie syna uspokoiło go jakby czarowne bóstwa dotknięcie. Wszakże w nim posiadał przedłużenie swej potęgi, dalszy ciąg swego istnienia. Niewolnicy nie pojmowali, co spowodowało tak nagłe pokonanie wybuchu.
Zwracając się ku fabrykom purpury, Hamilkar przeszedł koło długiego domu ergastuli z czarnych kamieni zabudowanego w kwadrat, z małą ścieżką wokoło i schodami na czterech rogach.
— Nic mnie nie nagli, ponieważ Iddibal zaczeka do nocy na skutek swych sygnałów — pomyślał Hamilkar i wstąpił do więzień. Rozległy się głosy.
— Panie, powstrzymaj się! — lecz ponieważ nie uważał na to, odważniejsi udawali się za nim.
Smutny widok przedstawiał się tutaj. Rozbitą bramą wiatr miotał dowolnie, a przy mroku światła wpadającego przez ciasne strzelnice, widzieć się dawały porozrywane łańcuchy...
Oto wszystko co pozostało po jeńcach wojennych...
Teraz Hamilkar pobladł niezmiernie, ci, co patrzyli za nim z oddali, spostrzegli, iż się oparł ręką o mur, aby nie upaść. Wtem znowu rozległ się trzy razy, raz po raz głos szakala; bohater kartagiński podniósł głowę, nie wyrzekł słowa, nie uczynił żadnego ruchu... Lecz skoro tylko słońce się skryło... zniknął i on poza płotami kaktusów. A... wieczorem na zgromadzeniu senatu w świątyni Eschmuna, wszedłszy, oświadczył:
— Światła Baalów, przyjmuję dowództwo sił punickich przeciwko armji barbarzyńców!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Flaubert i tłumacza: Natalia Dygasińska.