Targowisko próżności/Tom III/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Makepeace Thackeray
Tytuł Targowisko próżności
Tom III
Rozdział Szarada, którą czytelnik ma rozwiązać
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1914
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek Jagielloński
Tłumacz Brunon Dobrowolski
Tytuł orygin. Vanity Fair: A Novel without a Hero
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

V.
Szarada, którą czytelnik ma rozwiązać.

Ukazanie się Rebeki na wieczorach lorda Steyne i świetne, coraz wzrastające powodzenie, jakie tam znalazła, otworzyły przed nią wszystkie najarystokratyczniejsze salony wielkiego londyńskiego świata. Wkrótce potem Becky przechodziła tak wysokie progi, że autor tej powieści i czytelnicy muszą się tu zatrzymać, bo napróżno marzyliby o wkroczeniu w niedostępne dla nich wyżyny.
Po pierwszem wystąpieniu tej szanownej damy u lorda Steyne, Jego ekscellencja książę Peterwaradin zaraz nazajutrz odnowił znajomość w klubie z pułkownikiem Crawley, a wieczorem w Hyde-Park mijając powóz Becky, zaszczycił ją najgłębszym ukłonem. Mistress Crawley nie czekała długo na zaproszenie do Wschodniego Hotelu, zajmowanego podczas nieobecności właściciela przez księcia Peterwaradin. Były to nieliczne zebrania najwytrwoniejszych kwiatów towarzystwa. Lord Steyne bywał także na wieczorach księcia i z przyjemnością widział powodzenie swojej protegowanej.
W salonie księcia zetknęła się Becky z najwyższemi znakomitościami europejskiemi. Nie będziemy wymieniać wszystkich, ale nie możemy pominąć księcia de la Jabotière, posła a później ministra króla arcychrześcijańskiego. Zaledwie dostojny książę poznał naszą heroinę, już się bez niej w ambasadzie francuskiej obejść nie umiano: Becky była tam codziennym gościem; ani objad, ani żadna zabawa nie udałaby się z pewnością gdyby nie było zachwycającej i kochanej mistress Rawdon Crawley.
Pan de Truftigny z Perigord i pan Champignac, obadwa z ambasady francuskiej, zostali od pierwszego wejrzenia oczarowani wdziękami małżonki pułkownika. Naturalnie że powróciwszy do swego kraju — zwyczajem wszystkich Francuzów, którzy kiedykolwiek byli lub będą w Anglji — opowiadali swoje sukcesa; a pomiędzy secinami nieszczęśliwych ofiar, urocza madame Rawdon często była wspominaną.
Mamy jednak powody, dla których nie możemy ślepej wiary do tych opowiadań przywiązywać. Champignac lubił namiętnie grać w ekarté i całemi wieczorami zabawiał się tym sposobem z pułkownikiem, podczas kiedy Becky wyśpiewała lordowi Steyne w przyległym pokoju rozmaite romanse. Co zaś do pana Truffigny, ten nie śmiał się nawet pokazać w hotelu Cudzoziemców, z przyczyny jakichś interesów pieniężnych, które miał z właścicielem hotelu. A potem czemże ci dwaj młodzi ludzie mogliby ściągnąć na siebie spojrzenia lub szczególniejsze względy Rebeki? Pozwalała ona im wprawdzie robić sobie sprawunki, kupować rękawiczki, bukiety, cukierki i tym podobne drobiazgi, przyjmowała nawet od nich lożę w operze i tysiące nadskakujących grzeczności; ale to wszystko nie przeszkadzało jej brać ich na fundusz jak tylko przyszło im do głowy przy lordzie Steyne mówić do niej po angielsku. Wówczas Becky mówiła im najpoważniej że nie pojmuje jakim sposobem mogli w krótkim czasie tak wielkie zrobić postępy w angielskim języku. Dostojny lord raczył się uśmiechać po każdym sarkazmie swojej protegowanej, Truffigny ofiarował szal, pannie Briggs w nadziei pozyskania sobie konfidentki i dał jej list do oddania Rebece, co też naiwna Briggs dopełniła w obec dosyć licznego towarzystwa. Becky puściła w kurs ten bilecik, który nie mało zabawił całe towarzystwo, z wyjątkiem Rawdona, bo ten nie potrzebował koniecznie wiedzieć co się działo w domku May Fair.
W krótkim czasie Becky przyjmowała u siebie nie tylko wszystko co było w Londynie the best ale kwiat towarzystwa z całej Anglji. Nie rozumiemy pod tą nazwą ludzi mniej lub więcej cnotliwych, mniej lub więcej dowcipnych, mniej lub więcej głupich, bogatych lub dobrze urodzonych, ale tych jedynie, których kategorję to wyrażenie „the best[1] określa najwłaściwiej.
Lady Fitz Willis, lady Slowborne i wiele innych osób tego rodzaju obsypywało grzecznościami mistress Crawley na salonach lorda Steyn’a. Nazajutrz cały Londyn wiedział już o tem, a ci co najzapalczywiej przeciw tej zacnej damie krzyczeli, umilkli. Wenham, prawnik i dowcipniś, zaprzedany lordowi Steyne, chodził wszędzie roznosząc pochwały Rebeki. Jakby na dane hasło wszyscy przeciwnicy ucichli, najsurowsi nawet witali ją z miłym uśmiechem, i Becky zdobyła sobie stanowisko w wielkiem świecie. Ale moji mili czytelnicy, nie należy zazdrościć Rebece jej losu; sława na tym świecie zbyt prędko przemija. Dawno już dowiedziono, że ci właśnie są najszczęśliwsi, o których nikt nie wie; żyją oddaleni od słońca i z tem im stokroć lepiej. Becky przechodziła progi modnych buduarów stolicy, znalazła się nawet w obec wielkiego Jerzego IVgo, a przecież ta sama Becky wyznała później że wszystko tu na ziemi jest marną próżnością.
Wyrzucimy przeto z naszej powieści tę część historji Becky; nie możemy bowiem kreślić obrazów wielkiego świata, jak profan nie może odkryć tajemnic wolnomulastwa: Moglibyśmy łatwo zgrzeszyć nietrafnem portretowaniem, wolimy więc zachować naszą opinję dla siebie i nic o tem nie mówić.
W późniejszych czasach Becky często lubiła bawić swoich dobrych znajomych wspomieniami tej epoki kiedy bywała na najpierwszych i najarystokratyczniejszych salonach londyńskich. Z początku upojona była dumą, oklaskami, tryumfem; ale wkrótce przesycona powodzeniem, znudziła się jednostajnością. Przez jakiś czas przygotowanie pięknych strojów i błyskotliwych ozdób toaletowych, miało dla niej powab nieopisany. Natężonem tylko wysileniem wszystkich swoich zdolności Rebeka mogła równoważyć szczupłość funduszów z nieograniczonemi potrzebami by się dobrze na tych objadach i rautach pokazać żeby odpowiedzieć elegancją tej śmietance towarzystwa, pośród której żyła codziennie. Bądź co bądź należało jednak dorównać świeżością tym młodzieńcom w lakierkach, w rękawiczkach i w szaliku niepokalanej białości; tym mężom ze złoconemi guzikami przy fraku, z postawą szlachetną i wyniosłą; tym jasnowłosym, nieśmiałym, różowym dziewczynkom; tym szanownym i majestatycznym matronom, połyskującym blaskiem brylantów. Dawne przyjaciółki Becky pożerały ją okiem nienawistnej zazdrości, podczas kiedy nasza heroina sama przed sobą wyznawała że już zupełnie swe pragnienia zaspokoiła.
— Wielebym za to dała — mówiła do siebie — żebym się mogła od tych nudnych stosunków uwolnić. Wolałabym, doprawdy, być żoną pastora i uczyć bezpłatnie w szkółce niedzielnej, albo też jeździć z pułkiem jako wiwandjerka, a nawet skakać na linie w krótkiej spódniczce, aniżeli włóczyć się po tych salonach.
— I ręczę za to że w tym ostatnim wypadku nie brakłoby widzów, powiedział lord Steyne śmiejąc się.
Becky miała zwyczaj zwierzać się otwarcie przed lordem z swego przesytu i znudzenia, co go nieraz do szczerej wesołości pobudzało.
— Rawdon — mówiła dalej Becky, przechodząc na pole fantastyczno-humorystycznych obrazów — Rawdon byłby świetny w roli koniuszego albo mistrza ceremonji, który zawsze stoi w środku cyrku w długich butach, w surducie zapiętym pod szyję na jeden rząd guzików, i klaszcze ogromnym biczem. Wszystkie ma do tego potrzebne przymioty; kształty zaokrąglone, chód ciężki, postawę i ruchy wojskowe. Kiedy byłam młodą, pamiętam doskonałe jak mnie mój ojciec wziął z sobą na jarmark do Brookgreen; powróciwszy ztamtąd przywiązałam sobie szczudła i zaczęłam tańczyć w pracowni, przy hucznych oklaskach wszystkich uczennic.
— Chętniebym na to patrzył, powiedział lord Steyne.
— A jabym chętnie znowu to rozpoczęła. Widzę już jak lady Blinkey rozwarłaby ogromne oczy, a skromna lady Gizzel pokazałaby nam dwa rzędy białych zębów! Ale cicho, słuchajmy, oto głos Pasty — śpiewa.
Becky okazywała się zawsze pełną uprzejmości dla arystokratycznego zebrania; zawsze umiała ich znaleźć w najmniej widocznych kątach salonu, gdzie się usuwali, ściskała ich za rękę, rozmawiała z nimi najgrzeczniej w obec całego towarzystwa. Bo czyliż ona nie była artystką, jak to sama z głębokiem przekonaniem mówiła. Dzięki tej prawdziwie koleżeńskiej poufałości z nimi, zawsze dojść potrafiła do zamierzonego celu: nie było wypadku żeby który z artystów dostał bólu gardła, kiedy Becky go prosiła żeby śpiewał u niej, albo kiedy chciała brać lekcje śpiewu bezpłatnie.
Może to kogo zadziwi, ale tak jednak było że w małym domku przy Curzon Street odbywały się także wieczorki muzykalne. W pewne dni tygodnia szereg powozów jaśniejących latarniami, ciągnął się przez całą długość ulicy, ku wielkiej rozpaczy mieszkańca z pod nr. 100, który przez całą noc oka zmrużyć nie mógł. Szczupły przedpokoik Rebeki był przepełniony olbrzymiego wzrostu lokajami, a wielu z nich musiało szukać miejsca w szynkowniach sąsiednich, aż do chwili wyjazdu panów, którzy posyłali w różne strony małych uliczników żeby swoją służbę odszukać. Najpierwsi dandysi londyńscy deptali sobie po nogach, idąc po wąskich schodach mistress Crawley; niektórzy z nich uśmiechali się na samą myśl że się aż tu zabłąkali. Były tam i damy wysokiego tonu, nieskazitelnej cnoty i niezrównanej surowości; przyjeżdżały one pokazać się w tym saloniku, i posłuchać artystów, którzy bez nadzwyczajnego natężenia głosu wprawiali w drganie okna i ściany domu. Nazajutrz po jednym z takich rautów czytaliśmy w Monring-Post, pod rubryką Pogadanek salonowych następujący ustęp:
„Pułkownik Crawley i jego małżonka mieli u siebie wczoraj na objedzie elitę towarzystwa. Zauważano w liczbie dostojnych gości: Ich Ekscelencje księcia i księżnę Peterwaradin, Jego Wysokość Papuchi Paszę, posła tureckiego w towarzystwie Kibob Bey’a drogmana ambasady, margrabinę Steyne, hr. Southdown, pana Pitt Crawley z żoną, pana Wagg i wiele innych znakomitości. Po objedzie był wielki raut, na którym znajdowały się następujące osoby: Księżna Stilton wdowa, książę de la Bruyére, margrabina de Chester, hrabia de Brie, hrabia Aleksander Strachino, etc., etc., etc.., Zostawiamy wyobraźni czytelnika dowolne dopełnienie tego arystokratycznego spisu.
W stosunkach z osobami, wysokie zajmującemi stanowisko, Becky umiała pokorą i układnością zjednać sobie tych nawet, którzy najgorzej byli dla niej usposobieni. Raz zdarzyło się że będąc w jednym z pierwszych domów londyńskich, rozmawiała nie bez przesady po francusku z tenorem tejże samej narodowości. Lady Grizzel Macbeth rzuciła na rozmawiających ironiczne i pogardliwe spojrzenie.
— Pani władasz doskonale francuskim językiem, powiedziała uszczypliwie lady Grizzel, mająca pretensję do gruntownej znajomości języka, jakkolwiek miała nieznośny szkocki akcent i tego pozbyć się niemogła.
— Jakże mogłabym nie znać języka, którego mnie na pensji uczono... a potem moja matka była Francuską — odrzekła Becky skromnie spuszczając oczy.
Lady Grizzel rozczuliła się pokorą i skromnością tej kobiety. Narzekała często na zgubną, niwelacyjną dążność wieku, wynoszącą osoby niższego stanu do wyższych warstw społeczeństwa, ale przyznawała zawsze że mistress Rawdon miała wiele taktu i umiała zachować się w roli jej urodzeniu właściwej. Bo ta szlachetna dama, pomimo wielkiego dla nieszczęśliwych miłosierdzia i tylu innych przymiotów, nie miała zbyt bystrego umysłu — zdawało się jej, moji mili czytelnicy że była ulepiona z innej zupełnie gliny jak wy i ja.
Sama lady Steyne uległa urokowi Becky od owej sceny przy fortepianie. Młodsze damy w rodzinie wprawdzie próbowały nabawić Rebekę kłopotu, ale nigdy to im się nie udawało, bo Becky w razie nieprzyjacielskiego ataku, przybierała wyraz anielskiej niewinności, i taką słodyczą zaprawiała swoje jadowite cięcia obronne, że nieprzyjaciel zdumiony cofać się musiał.
Pan Wagg, znany z dowcipu ulubieniec lorda Steyne, otrzymał od tych pań drażliwą misję rozpoczęcia kampanji przeciw mistress Rawdon. Waleczny ów rycerz zawsze gotów wystąpić w obronie niewieściej koterji, rzucał swoim protektorom spojrzenia znaczące, jak gdyby chciał powiedzieć: Baczność! zabawimy się dobrze!
Było to przy stole. Pewny zwycięstwa, uzbrojony szyderczym uśmiechem, wystąpił w szranki. Ogień trwał nie długo; Becky odcięła się tak zręcznie i przytomnie, że przeciwnik poczerwieniał z wstydu i cofać się musiał, podczas kiedy mistress spokojnie zupę swoją kończyła.
Lord Steyne, który przyjmował pana Wagg przy swoim stole i czasem pożyczał mu pieniędzy, rzucił na swego protegowanego wzrok tak piorunujący, że ów nieborak o mało się nie rozpłakał. O! jakże chętnie skryłby się pod ziemię! Po tej porażce skruszony Wagg spoglądał błagająco na milorda, który aż do końca objadu ani słowa do swego protegowanego przemówić nie raczył. Damy zaś odwracały się od zwyciężonego, okazując tym sposobem że nie pochwalają niby tego wystąpienia. Becky powodowana litością robiła co tylko mogła żeby podać obżałowanemu sposobność wmieszania się do rozmowy ogólnej. Od tego dnia sześć tygodni minęło i Wagg nie otrzymał zaproszenia na objad, a Fiche, poufny milorda plenipotent, któremu Wagg nadzwyczajnie nadskakiwał, oświadczył że lord ma zamiar puścić w obieg pewne weksle w razie jeżeliby coś podobnego raz jeszcze powtórzyć się miało. Wagg ze łzami prosił p. Fiche o wstawienie się za nim do swego pana, i napisał piękny poemat na cześć mistress Rebeki Crawley. Praca ta ukazała się w Przeglądzie redagowanym przez autora poematu. Odtąd gdziekolwiek swą heroinę spotykał, opsypywał ją tysiącami grzeczności dla pozyskania jej względów, a w klubie przysługiwał się Rawdonowi. Nakoniec pozwolono mu wrócić do Gaunt House, gdzie Becky spotkawszy go powitała grzecznie, nie okazując mu najmniejszej choćby niechęci.
Wielki wezyr i powiernik lorda Steyne, pan Wenham, mający krzesło w parlamencie i miejsce przy stole milorda, okazał więcej roztropności aniżeli pan Wagg w zachowaniu się względem protegowanej lorda, pomimo że czuł nieprzezwyciężony wstręt do wszystkich parwenjuszów. Był to arystokrata starej daty i torys zapamiętały, chociaż ojciec jego był małym kupcem w jednem z północnych miast Anglji. Uprzedzająca grzeczność i głębokie uszanowanie, jakie pan Wenham okazywał Rebece, daleko więcej było dla niej kłopotliwe aniżeli walka otwarta i napady nieprzyjacielskie.
Wydatki pieniężne Rebeki na stroje i przyjęcia zwracały powszechną uwagę w salonach: Zapytywano zkąd Crawley’owie mieli tyle pieniędzy, szeptano sobie do ucha rozmaite wnioski, a każdy tłumacząc tę tajemnicę znajdował obszerne pole do złośliwych uwag i komentarzy.
Jedni utrzymywali że sir Pitt ustąpił bratu znaczną część swoich dochodów; to prowadziło do wniosku że albo Rebeka miała wielkie wpływy u baroneta, albo że ten znacznie się z latami odmienił. Złe języki obmawiały Rebekę że umiała eksploatować przyjaciół męża i nakładać na nich uciążliwy podatek: przychodziła do jednego z płaczem i żalami, bo wieżyciele zabierają sprzęty domowe; drugiemu padała do nóg błagając o ratunek dla siebie i męża, bo więzienie im grozi jeżeli weksli na termin nie zapłacą. Krążyły wieści że wielu przyjaciół dało się złapać na tę komedję; wymieniać imion tych nie będziemy, dodamy tylko że gdyby Becky miała wszystkie pieniądze, które — jak mówiono — tu i owdzie zarwała, mogłaby już żyć wygodnie i przyzwoicie, a nawet... ale nie wyprzedzamy biegu wypadków naszej powieści.
Możemy jednak oddać sprawiedliwość biednej obmawianej Rebece że się w domu umiała urządzić jak najskrzętniejsza gospodyni: budżet domowy nie był obciążony ani wydatkami przyjęć tygodniowych, ani kosztem oświetlenia. Lasy Stillbrook’skie, ogrody i cieplarnie w Crawley, la-Reine dostarczały jej zwierzyny, owoców i wszelkich ogrodowin. Piwnica lorda Steyne była na jej rozkazy, a kucharze z Gaunt House, zaopatrzeni we wszelkie prowizje i delikatesy, instalowali się w malej kuchence Rebeki w dni tygodniowych przyjęć i zadowalniali najwymyślniejsze podniebienia. Czy słusznie więc było rozsiewać te wszystkie pogłoski ze szkodą biednej Becky?
Gdyby kto chciał oczyścić świat z ludzi co robią długi, albo ich nie płacą, gdyby się komu podobało przypatrzeć z bliska życiu każdego, przejrzeć rachunki sąsiada i odwrócić się od niego jeżeli źle używa swoich dochodów, wówczas Targowisko Próżności stałoby się wkrótce straszną, bezludną pustynią! Wszyscy ludzie byliby z sobą w wiecznej wojnie, a zdobycze cywilizacji przepadłyby na wieki!
Nie, — nie w taki sposób życie pojmować należy; więcej pobłażliwości, więcej miłości dla drugich mieć potrzeba, bo przy tych tylko warunkach życie znośnem się wyda. Obmawiaj sąsiada ile ci się podoba, nazywaj go łotrem i nikczemnikiem, to wszystko dobrze; ale nie skazuj go na szubienicę, ale przeciwnie podaj mu rękę kiedy go spotkasz na ulicy. Ma przecież dobrego kucharza, a czy to nie dosyć żeby mu darować wszystkie, jakieby na nim ciężyły, przewinienia? — W takich tylko warunkach handel będzie się rozwijać, cywilizacja zakwitnie, pokój się ustali, krawcy będą wymyślać rozmaite nowe kroje i hafty a właściciel winnicy Laffite będzie mógł coś zarobić na sprzedaży win swoich.
W owej epoce wielkie powodzenie miała w Anglji zabawa pożyczona od Francuzów: Szarady w obrazach. Większość kobiet znajdowała tu sposobność błyszczenia pięknością i urodą, mała zaś ich liczba mogła popisać się dowcipem. Lord Steyne, przyjmując myśl Becky, która — być może — przyznawała sobie wyżej wymienione przymioty, postanowił urządzić u siebie taką dramatyczną zabawę.
Pozwól łaskawy czytelniku żebyśmy cię wprowadzili na jedno z tych świetnych zebrań; ale niestety! będzie to może już po raz ostatni.
Po jednej stronie przepysznej galerji obrazów w Gaunt House urządzono amfiteatr. Za Jerzego III go galerja ta służyła już na podobny użytek. Od tego czasu pozostał tu zawieszony na ścianie portret margrabiego Gaunt w pudrowanej peruce, z różowemi wstążkami i w rzymskiej todze, tak jak występował w roli Katona, w tragedji, którą napisał Addison i ochrzcił imieniem tego wielkiego męża. Przedstawienie to było zaszczycone obecnością Ich Wys. Królew. księstwa Walji, biskupa Osnabrikskiego i księcia Willjama-Henryka. Ci dostojni goście byli równie jak i sami aktorowie, w dziecięcym jeszcze wieku. Dwie lub trzy stare dekoracje, ze strychu zniesione, zostały nanowo przemalowane, żeby mogły służyć do mającego nastąpić widowiska.
Główne kierownictwo i urządzenie zabawy było powierzone młodemu Bedwinowi Sands, wracającemu ze świeżo odbytej podróży po Wschodzie. Każdemu wiadomo że z człowiekiem, który Wschód objechał, kilka tygodni w puszczy pod namiotem przepędził i spory tom in quarto wydał, z człowiekiem takim — powiadamy — żartować nie można. Wspomniane inquarto zawierało wiele portretów Sands’a w kostiumach wschodnich. Sam zaś autor, oraz murzyn straszny, przez niego przywieziony i wschodnie ubiory, przybywające w najstosowniejszej chwili, najlepsze w Gaunt House znalazły przyjęcie.
Oto obraz pierwszej szarady: Oficer turecki leży na dywanie i pali fajkę na długim cybuchu. Przez wzgląd na damy włożono mu do fajki wonny pastylek zamiast narkotycznego tytoniu. (Ma się rozumieć że dawny turban — ta wspaniała prawdziwych wiernych ozdoba — nie został zastąpiony czapeczką bez charakteru i że dla malowniczego efektu uznano za stosowne przywrócić istnienie jańczarów.) Obok tamtego siedzi Turek — być może pasza — który poziewa, jak gdyby mu się szczęka rozłamać miała, i objawia w sposób widoczny znudzenie i lenistwo. Na dany znak ręką staje przed nim Mezrur, naczelnik eunuchów z obnażonemi ramiony, z kolcami w uszach, z jataganem u pasa — jednem słowem — z całym strasznym i wspaniałym przyborem wschodnich dodatków, i kłania się z najgłębszą czcią przed swoim panem. Silne zadowolenie pomieszane, z uczuciem przejmującego strachu, napełnia wszystkich widzów bez wyjątku. Damy mówią do siebie po cichu. Ów czarny niewolnik dany był przez paszę egipskiego Bedwinowi Sands w zamian za trzy tuziny butelek z maraskinem. Tenże sam pasza kazał był kiedyś zaszywać odaliski w worki skórzane i wrzucać je do Nilu.
— Niech mi przyprowadzą kupca niewolników, rzekł chciwy roskoszy wyznawca koranu.
Mezrur wprowadza kupca wiodącego zakrytą woalem kobietę. Podnosi zasłonę; oznaki zadowolenia obiegają salę: pod świetnym wschodnim strojem wszyscy poznają piękną mistress Winkworth po bogatych zwojach włosów i po oczach w łuk zarysowanych. We włosach, jak heban czarnych, błyszczą brylanty i kamienie drogie: naszyjnik i bransolety z piastrów ułożone świecą złocistym połyskiem. Muzułmanin strasznym uśmiechem wyraża zadowolenie z piękności niewolnicy, która rzuca mu się do nóg i błaga o wolność, o powrót w góry rodzinne, gdzie ją czeka narzeczony, opłakujący zapewne stratę ukochanej Zulejki. Żadne błagania nie mogą zmiękczyć zatwardziałego Hassana; myśl o rozpaczy narzeczonego wywołuje uśmiech na jego twarzy. Zulejka widząc że wszystko dla niej stracone, zakrywa twarz rękoma i upada na wpół omdlona z rozpaczy, gdy wtem ukazuje się Kizlar Aga z listem od sułtana.
Hassan blady jak śmierć powiódł ręką po czole odebrawszy rozkaz straszny z rąk posłanego, gdy tymczasem iskrzy się dzika radość na twarzy murzyna, który do tej nowej roli inny zarówno świetny strój przywdział.
— Litości! litości! — woła nieszczęsny pasza. Ale Kizlar Aga wykrzywił się przeraźliwie i zarzucił sznur jedwabny na szyję Hassana.
Zasłona spada. Hassan za kulisami woła do publiczności:
— Pierwsza część z dwóch głosek złożona.
Mistress Rawdon Crawley, mająca uczestniczyć w przedstawieniu, zbliża się do mistress Winkworth i podziwia wytworny gust i piękność jej stroju.
Zaczyna się część druga. Rzecz dzieje się zawsze na Wschodzie. (Hassan zmienił ubiór wschodni na suknie europejskie, i siedzi wśród widzów obok Zulejki. Widocznie najlepsza zgoda między nimi panuje. Co się zaś tyczy Kizlar Agi, ten się przemienił w spokojnego niewolnika murzyna) Jesteśmy teraz wśród bezludnej pustyni. Turcy, zwróceni w stronę wschodzącego słońca, nurzają swe czoła w piasku. Nie można było dostać dromedara, ale orkiestra usunęła tę trudność grając uwerturę z opery „Karawana“. Na boku sceny ogromna głowa egipska wydaje harmonijne dźwięki ku wielkiemu zdumieniu podróżnych, i spiewa piosnki komiczne układu pana Wagg. Podróżni znikają ze sceny wykonując sarabandę.
— Druga i ostatnia część z dwóch głosek złożona — krzyknęła głowa egipska.
Zasłona podnosi się znowu i ostatni akt się zaczyna. Scena przedstawia namiot grecki. Dzielny rycerz na łóżku leży. Nad głową jego hełm i tarcza zawieszona. Można już teraz odczytać: Troja zburzona, Ifigenja stracona, Kasandra uwięziona w pałacu. Pułkownik Crawley — który przez całe życie nie słyszał o wzięciu Troi o niewoli Kasandry — w roli walecznego żołnierza chrapie na swojem łożu w Argos. Zawieszona lampa oświeca migającym blaskiem uśpionego wojownika; miecz i tarcza posępnie rysuje się w półcieniu odbijając niepewne drżące światło płomienia; orkiestra wykonywa straszny ustęp z Don Żuana w znanej scenie ukazania się komandora.
Blady i zmieszany Egistes wchodzi ostrożnie na palcach. Cóż to za straszne widziadło wszędzie go wrśród ciemności ściga i nie chce jakoby z swej złowrogiej wypuścić potęgi? Egistes podnosi ramię dla zadania ciosu śmiertelnego w szlachetną, bezbronną pierś niewinnej ofiary. Chce uderzyć, ale nie, ręka jego nie śmie ugodzić w pierś króla królów, w pierś zwycięscy Iljonu. Tu Klitemnestra jak cień się przesuwa, włosy jej rozrzucone w nieładzie spadają na ramiona śnieżnej białości, śmiertelna bladość pokrywa jej lica, a oczy płoną blaskiem tak strasznym, że wszystkich zimny dreszcz przejmuje.
— Patrzcie! odezwały się głosy z cicha, to mistress Rawdon Crawley.
Z wyrazem najwyższej wzgardy wyrywka sztylet z rąk Egistes’a i zbliża się do łóżka. Przy blasku lampy widać żelazo mordercze wzniesione nad głową spiącego rycerza; lampa gaśnie, jęk głuchy słyszeć się daje, poczem milczenie grobowe scenę zalega.
Publiczność była pod silnem wrażeniem tej strasznej sceny, która się w ciemności odbyła. Rebeka odegrała powierzoną sobie rolę z taką prawdą, że widzowie przerażeni pozostali jakby przykuci do miejsc swych aż do chwili kiedy sala zajaśniała znowu rzęsistem światłem.
Po całej sali rozległ się huk oklasków. „Brawo! brawo! wołał stary Steyne złamanym głosem. Na honor! mruczał sam do siebie, ona byłaby zdolną do spełnienia tej roli w rzeczywistości“.
Publiczność przywołuje z zapałem wszystkich aktorów; dają się słyszeć głosy: Autor! Klitemnestra! Agamemnon, nie śmiejąc wyjść na scenę w klasycznej todze, zostaje za kulisami z Egistes’em i z innymi aktorami tego obrazowego dramatu. Pan Bedwin Sands ukazuje się na scenie trzymając za rękę Zulejkę i Klitemnestrę. Jedna z najznakomitszych osób z całego zgromadzenia chce koniecznie przedstawić się nadobnej Klitemnestrze.
— A teraz kiedy mu serce żelazem przeszyła, potrzebaby jej innego męża; nie prawdaż? — rzekła dosyć trafnie Jego królewska Wysokość.
— Mistress Rawdon Crawley była niezrównaną w swojej roli — dodał lord Steyne.
Becky patrzy na lorda z uśmiechem zadowolenia i lekkiej ironji, kłaniając się z wdziękiem publiczności. Lokaje roznoszą tace z lodami i chłodnikami, aktorowie zaś znikają żeby się przygotować do nowej szarady, której trzy zgłoski w ten sposób są przedstawione:
W pierwszej zgłosce pułkownik Crawley wychodzi ze stajni w kapeluszu z szerokiemi brzegami, w długim płaszczu, z kijem i latarnią. Przechodzi całą scenę wygłaszając godzinę. Na boku sceny widać dwie zgrzybiałe głowy pochylone nad stolikiem i zajęte partją pikiety. Zdaje się że staruszkowie nie najlepiej się bawią, bo ziewają nieustannie. Chłopiec służący wkłada na nich szlafroki, a służąca — w tej roli występował szanowny lord Southdown — przynosi dwa lichtarze ze świecami i miednicę. Po wyjściu służącej dwaj starcy biorą czepki nocne na głowę, a mały groom zamyka okiennice. Potem słychać dźwięk klucza obróconego w zamku, i wszystkie światła gasną. Muzyka przegrywa łagodnemi tony: Usypiajcie, usypiajcie bóstwa miłości
— Pierwsza zgłoska! — woła głos za kulisami.
Druga zgłoska w następnym przedstawia się obrazie: Światła zapalają się nagle jakby czarodziejską siłą, a muzyka gra znany śpiew z Jana z Paryża: Ach! jakże błogo być w podróży! W dekoracji ta tylko zaszła zmiana że na przedniej ścianie domu przedstawionego na scenie zawieszono tarczę herbową rodziny Steyn’ów; dzwonki wydają hałas piekielny, w dolnej izbie jakiś człowiek podaje drugiemu długi pas papieru; ten ostatni zżyma się, grozi pięścią, stuka nogami i okazuje jawnie że rachunek wydaje mu się podwójną kredką pisany. „Numerowy, powóz mi sprowadzić!“, woła ktoś inny stojąc na progu i głaszcząc pod brodę szanownego lorda Southdown przebranego za służącę hotelową, która zdaje się niepocieszoną w smutku, jak niegdyś Kalypso przy odjeździe swego Ulissesa. Klik, klak! klik, klak! daje się słyszeć tentent galopujących koni, trzaskanie z bicza i głosy pocztyljonów. Oberżysta, służąca i numerowi podskakują ku drzwiom, ale w chwili kiedy gość jakiś — zapewne wysokiego znaczenia i dystynkcji — ma wejść do domu, zasłona spada, i głos się znowu odzywa z ukrycia:
— Druga zgłoska!
Podczas gdy robią przygotawania do obrazu, trzecią zgłoskę oznaczającego, orkiestra wykonywa symfonję morską, złożoną z części następujących: Nad brzegiem morza, Mój piękny okręt, i Kiedy fale wzburzone. Charakter muzyki zdaje się przygotowywać widzów do jakiegoś zjawiska rozhukanych morskich żywiołów. Zasłona się podnosi, słychać odgłos dzwonu. „Zbliżać się do przylądka“, woła głos donośny. Wszyscy podróżni wskazują sobie z trwogą chmury czarne malowane, majtkowie pokręcają głowami na znak niepokoju. Lady Languste (rola powierzona lordowi Southdonowi).
Kapitan okrętu, w którym łatwo poznać pułkownika Crawley’a, przytrzymuje ręką kapelusz stosowany podczas kiedy płaszcz jego w ciągłym jest ruchu, jakby wiatrem miotany. Kapitan patrzy przez teleskop i odejmuje rękę od kapelusza, uniesionego silnym powiewem wiatru, a w sali rozlegają się huczne oklaski. Domyślać się należy że wicher silny i żywioły rozhukane. Muzyka charakteryzuje ten stan natury świstami i grzomatami coraz to groźniejszemi; majtkowie zataczają się przechodząc po pokładzie statku. Dozorca okrętu wynosi sześć cebrzyków do wylewania wody i stawia je obok lady Languste; ta przyciska pieska, który zaczyna żałośnie piszczeć; lady Languste wyciąga z kieszeni chustkę, przytyka ją do ust i czem prędzej biegnie do swojej kabiny, a wzmagające się coraz silniej akorda muzyczne wyrażają gwałtowność huraganu. Tu się kończy obraz trzeciej zgłoski.
W owej epoce znany był balet pod nazwą „Słowika“, któremu Montessu i Noblet zawdzięczają swoją sławę. Pan Wagg zamienił balet w operę, podkładając pod muzykę wyrazy swojego utworu, i przyswoił to dzieło angielskiej scenie. Do przedstawienia baletu porobiono staroświeckie kostjumy francuskie; mały lord Southdown ukazał się na scenie przebrany za starą kobietę, wspierającą się na lasce.
Świeża i dźwięczna melodja wychodziła ze skromnej chatki (z kartonu zrobionej) okrytej różami i powojem.
— Filomelo, Filomelo, woła stara kobieta, i Filomela ukazuje się natychmiast, przyjęta przez publiczność grzmotem oklasków. Mistress Rawdon — bo to ona była — z pudrowanemi włosami i czarnemi muszkami na twarzy, wyglądała jak najczarowniejsza markiza, o jakiej tylko marzyć można.
Filomela, promieniejąca szczęściem wychodzi na scenę nucąc piosnkę wesołą, z tą naiwnością, jaką się tak często odznaczają dziewice sztuce dramatycznej poświęcone, i kłania się z nieopisanym wdziękiem.
— Dla czegóżto, moje dziecko — zapytuje ją matka — zawsze śmiejesz się i spiewasz?

Filomela nową odpowiada melodją:
Róża na moim balkonie.

Ta róża, dziś tak wonna, tak świeża i miła,
W zimie była bez listków, więdła i tęskniła:
Pytasz, zkąd jej rumieniec, zkąd jej woni tyle?
Zkądże błysło słoneczko, że wstały motyle!

Słowik, co z pełnej piersi dziś w gęstwinie śpiewa,
Milczał gdy wiatr dął mroźny i śnieg zginał drzewa:
Pytasz mamo, dla czego tak pięknie zanucił?
Bo słoneczko wróciło, maj zielony wrócił!

Orkiestra przegrywa symfonję naśladującą spiew i szczebiotanie ptasząt, wśród gradu bukietów, grzmotu oklasków, i ogólnego ze wszech stron okrzyku publiczności: bis! bis! bis!... Głos lady Steyne daje się słyszeć wyraźnie w tym silnym a może hałaśliwym chórze, wydającym potężne brawo,“ ale zapał wielki, bo słowik (Nightingale) najświetniejsze znalazł powodzenie. Becky, ów słowiczek wdzięczny, zbiera kwiaty rzucane jej pod nogi, darząc publiczność ukłonami, któremi najznakomitsze artystki poszczycićby się mogły.
Lord Steyne był w paroksyzmie admiracji, chociaż można powiedzieć że i entuzjazm całej publiczności nie był o wiele mniejszy. Nikt już ani wspomniał o pięknych czarnych oczach, które w pierwszej szaradzie tak sympatycznego doznały przyjęcia. Mistress Winkworth, dwa razy ładniejsza od Becky, została wszakże zupełnie przyćmioną. Wszystkie pochwały były dla mistress Rawdon; porównywano ją do najsławniejszych artystek i zgadzano się jednomyślnie — może nie bez słuszności — że gdyby była sobie obrała zawód dramatyczny, doszłaby niezawodnie do szczytu doskonałości w tej sztuce. Jednem słowem tryumf Rebeki był zupełny; głos jej drżący i wzruszony w ostatniej zwrotce, utonął w falach rozhukanego entuzjazmu.
Po przedstawieniu szarad i obrazów bal się rozpoczął. Każdy ubiegał się o zaszczyt tańczenia z Rebeką, która była tego wieczora celem powszechnej uwagi i uprzejmych względów. Książe krwi chciwie chwytał każdą sposobność żeby rozmawiać z tą, która według niego była czarującem stworzeniem. Pierś Rebeki wezbrana była dumą; majątek, znaczenie, sława, wyraźnie już rysowały się w jej wyobraźni. Becky mogła już uważać lorda Steyne jako swego niewolnika, który jej nie opuszczał, z nikim oprócz niej nie mówił, ją tylko widział i do niej wyłącznie kierował wszystkie grzeczności. Mistress Rawdon została w stroju markizy, i tańczyła menueta z panem Truffigny, sekretarzem księcia de la Jabotière. Jeżeli sam książę powstrzymał się od tańczenia z nią, to jedynie przez wzgląd na swoją godność osobistą i powagę dyplomaty; głośno się jednak odzywał że kobieta umiejąca tak mówić i tańczyć jak Becky, mogłaby być żoną posła przy każdym z dworów europejskich.
Oparta na ramieniu pana Klingenspohr, kuzyna księcia Peterwaradin’a i członka poselstwa, Becky rzuciła się w wir walcowy. Książę nie pomny na prawa etykiety i na swoje dyplomatyczne stanowisko, nie mogąc panować nad sobą, ujął Rebekę do walca. Jego Ekscelencja rzuciła się w tany z takim zapałem, że ledwie dostrzedz można było migotanie brylantów zawieszonych na huzarskim mundurze. Po kilku minutach książę zadyszany musiał był powstrzymać swoje zapały. Gdyby walec lepiej był znany wyznawcom, islamu, kto wie czy sam Papuchipasza nie uległby podobnej pokusie. Wszyscy otaczali Rebekę do koła kiedy tańczyła; zdaje się że Tagljoni nawet nie mogła o większem powodzeniu marzyć. Upojenie było ogólne. Że Rebeka je dzieliła, o tem i wątpić nie można, widząc dumne i tryumfujące spojrzenia, jakiemi swoje współzawodniczki mierzyła. Biedna Zulejka! Na cóż się przydać mogły teraz te piękne oczy? Chyba do wylewania łez nad własną porażką i opuszczeniem.
Świetny tryumf Becky okazał się najwidoczniej przy kolacji: Posadzono ją przy stole coraz więcej zachwyconego nią książęcia krwi, w gronie najznakomitszych osób z tego zgromadzenia wybranych. Serwis przy tym stole był złoty, a Becky — jak druga Kleopatra — byleby tylko objawiła życzenie, znalazłaby perły w swoim kielichu szampańskiego wina. Książę Peterwaradin oddałby jej połowę drogich kamieni, błyszczących na jego mundurze, za jedno spojrzenie tych oczu, miotających błyskawice. Za to inne damy, siedzące przy drugim stole, o srebrnych tylko talerzach, patrzyły na Rebekę okiem piorunującej nienawiści — nadskakująca grzeczność lorda Styene dla tej kobiety zapalała w nich gniew szalony.
Rawdon Crawley nie czuł się zbyt uszczęśliwiony tryumfami Rebeki; wyższość żony budziła w nim dosyć niemiłe uczucie.
W chwili wyjazdu orszak młodych ludzi odprowadził Rebekę aż do powozu. Imię mistress Rawdon Crawley powtarzane przez tłumy ludzi cisnących się przed pałacem, doszło do uszu woźnicy, który wjechał natychmiast w dziedziniec wspaniale oświecony i zatrzymał się przed gankiem. Rawdon wsadził żonę do powozu, a sam wolał pójść piechotą z panem Wenham, który go poczęstował cygarem. Pułkownik dostał ognia od jednego z uliczników, wziął swego towarzysza pod rękę i poszli razem. W tym samym czasie dwóch ludzi wyszło z tłumu, postępując ciągle w pewnej odległości za nimi. Gdy uszli z pięćdziesiąt kroków, jeden z nich zbliżył się do Rawdona, uderzył go lekko po ramieniu i rzekł:
Darujesz mi pułkowniku, mam ci powiedzieć parę słów na stronie.
Drugi nieznajomy gwizdnął; jeden z dorożkarzy stojących w linji przed Gaunt House, podjechał natychmiast na dany sygnał.
Pułkownik zrozumiał że wszelki opór byłby bezskuteczny i że wpadł w ręce nieubłaganych wykonawców, a raczej ślepych narzędzi prawa. Rawdon cofnął się, ale natychmiast uczuł żelazną rękę człowieka, który go przed chwilą po ramieniu uderzył.
— Jesteśmy tu we trzech przeciwko jednemu, więc musisz pan iść za nami, żaden opór nie pomoże — powiedział nieznajomy.
— Ah! to Moss! — wyrzekł Rawdon, przypatrzywszy się bliżej człowiekowi, który stojąc przed nim drogę mu zamykał. — Ileż ci potrzeba?
— Bagatela — odpowiedział pan Moss, pomocnik szeryfa z Middlesex — sto sześćdziesiąt sześć funtów szterlingów i ośm pensów na rekurs pana Nathan’a.
— Na miłość Boga, Wenham, pożycz mi tylko sto funtów — rzekł błagalnie pułkownik — mam ze sześćdziesiąt funtów przy sobie.
— Ja i dziesięciu nawet nie mam przy duszy — odpowiedział biedny Wenham — bądź zdrów, mój dobry przyjacielu, do widzenia.
— Bądź zdrów! — odrzekł Rawdon smutnie.
Wenham zniknął w ciemnościach, a Rawdon Crawley kończył palić cygaro w powozie, który go zawiózł do Templebar.






  1. The best„ — najlepsze — więc „śmietanka“ towarzystwa.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Makepeace Thackeray i tłumacza: Brunon Dobrowolski.