Barwinkowy wianek/Mądrość jesienna

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Vincenz
Tytuł Barwinkowy wianek
Wydawca Instytut Wydawniczy PAX
Data wyd. 1983
Druk Drukarnia Wydawnicza w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV. MĄDROŚĆ JESIENNA

Obok pani Babci w kontraście do obszernego miejsca, które zajmowała, zadowalając się miejscem najskromniejszym w kąciku, głęboko zdrzemana jechała osoba najważniejsza z całego towarzystwa, ale tak chuda i ściszona, jakby tam jej wcale nie było. Był to biskup ormiańskokatolicki, ksiądz Isakowicz, nauczyciel religii i katecheta z zawodu — także niegdyś katecheta wnuczki Zoni, oblubienicy naszego wesela. Był on spowiednikiem starszej pani, a w miarę możności wszystkich pań i niewiast należących do jej orszaku. Częsty gość a kierownik duchowny rodziny, był upatrzony dla roli szczególnie ważnej, w ciągu najbliższych dni, aby dać ślub młodej parze. Zmożony wiekiem, a także chudziutki i słaby, męczył się rychło byle czym i zdrzemnął się na dobre, przeto nakazem surowym pani Babci było, aby nie budzić go za żadną cenę. Jak wiadomo, jednak istnieją takie państwa i organizacje, w których każdy ślad swobody, a nawet odruch rewolucyjny, odbywa się jedynie za zezwoleniem, a nawet na życzenie najwyższej władzy. Także w naszych karetach rozpętanie wesołości wbrew pierwotnym zamiarom odbyło się za zezwoleniem, bo ku zadowoleniu najwyższej władzy. Starsza pani nie miała ochoty karcić Niunia. Nic dziwnego, że jego okrzyki zbudziły głęboko zdrzemanego staruszka. Biskup wstrząsnął się w pierwszej chwili, jak gdyby się przestraszył, niezwłocznie jednak jego łaskawy uśmiech uregulował wszystko. Jako katecheta lubił pouczać, a że go szanowano, a nawet czczono, jego pouczenia pewniej kierowały towarzystwem i wesołością niż surowe miny i gesty pani Zuzanny czy nawet błazeństwa Niunia. Z małym opóźnieniem zaczęto go traktować drugim śniadaniem, ale biskup wymówił się grzecznie. Wiadomo było, że jada bardzo wstrzemięźliwie.
Prałat był chudziutki. Po oliwkowej cerze i wyciągniętym jak struna nosie, a także po tym, że mówił przez nos, poznawano w nim w naszym kraju bez trudności Ormianina. Był rozmowny, chętnie katechizował, i zwracano się doń o to żywo i często, z czego był zawsze zadowolony i wówczas bez trudu pokonywał zmęczenie czy osłabienie.
Pani Zuzanna ceniła jego towarzystwo. Z zapałem korzystała z jego rad i nauk, a nawet z praktycznych wskazówek, zwłaszcza że opinie biskupa różniły się wielce od zwyczajnych kościelnych pozycji, co do których pani Zuzanna zaznała niejednego zawodu, zwłaszcza w dziedzinie opinii politycznych, jako że sama z natury była otwartą i nieraz cierpką weredyczką. Biskup nie wpadał nigdy w arbitralność ani w uprzedzenie, a jego apologetyka nie bywała nigdy napastliwa. Co prawda szeptano sobie coś o jego pobłażliwości wobec herezji, jednak nie przypisywano tego nigdy ubóstwu argumentów ani słabości, a jedynie tylko słodyczy jego usposobienia. Wystawiał się chętnie na ataki i z radością dostarczał oponentom materiału dla argumentów, dat i szczegółów, cytując książki i dokumenty mało znane szerszemu ogółowi. Także innowiercy korzystali z jego kazań, a salony stanisławowskie przyjmowały go nadzwyczaj chętnie, gdyż w braku wyższych szkół do nich przenosiły się wątki kazań biskupa. Biskup lubił wskazywać, jak ważną była dla św. Augustyna znajomość języka punickiego Kartaginy, gdyż to ułatwiało mu wstęp do tekstów semickich i do Pisma świętego, i w ten sposób mógł zabierać głos w sprawach przekładów łacińskich. Podobno słynny tłumacz św. Hieronim, reagował dość gwałtownie na różnice zdań ze strony Augustyna.
Biskup Isakowicz przyznawał się, że nieco podobne ułatwienie dawała mu znajomość nowych żydowskich tekstów chasydzkich, tak rozpowszechnionych na terenie Pokucia, które chociaż wcale nie starożytne historycznie, były według jego wyrażenia „starożytne z ducha“. To wszystko razem dawało przemówieniom i wystąpieniom biskupa sporo zainteresowania, a nawet budziło posmak sensacji, chociaż nikt go nie mógł podejrzewać o paradoksy albo dowcipy w sprawach tak poważnych.
Pani Zuzanna mawiała o nim: nogi słabe, a na tych chwiejnych nogach chodzący uniwersytet, oświecenie i opinie niezachwiane.
Pani Zuzanna tradowała o postępie, a biskup stosownie do tego jak oczekiwano, wstrzemięźliwie dorzucał swoje uwagi.
— Rozumiecie dziewczynki — mówiła ostro pani do dam bądź co bądź w dość podeszłym wieku. — Vesperina sapientia, o której nam niedawno wygłosił kazanie jego ekscelencja, polega na tym, aby nie sprawić zawodu tym, którzy niegdyś oddali rządy w nasze ręce. Odpowiedzialność! Przeto i ja dodam w moim stylu, iż strzec się musimy, aby nie powiedziano kiedyś o nas i o naszym świecie, jak w tej dykteryjce chłopskiej: „cóż to za wieś, w której cymbał Mykieta jest wójtem, a cymbalistka Mykietycha wójtową“.
— Dobrodziejko — uspokajał biskup grzecznie i ciepło — księżna pani daje najlepsze komentarze do tego wszystkiego, co ja spełniając me obowiązki miałem zaszczyt powiedzieć kiedykolwiek w którymkolwiek z moich kazań. Trzeba znać swoje granice. Nie mam tej odwagi i brak mi tej rezolutności, która potrzebna, przeto każde ważkie a siostrzane powiedzenie pani jest mi pomocne.
Zbliżało się miasteczko Otynia. Tam znajdował się kościół łaciński ze słynnym hebrajskim napisem imienia Bożego i pamiątkowymi dzwonami, co wszystko razem było ufundowane niegdyś przez przodków starszej pani. Ponawianie traktamentów śniadaniowych nie udawało się, przeto ograniczyła się do troski o los Otynii. Motywowała po swojemu:
— Słuchajcie dzieci, to pewno dla was odrobinę nudne, wszelako konie zasłużyły sobie na odpoczynek. Zatrzymamy się w naszym starym mieście Otynii.
Wysiadła prędko i przechadzając się o lasce po uliczkach, rozglądała się naokoło, jak gdyby szukała znajomych.
— Cóż wy myślicie sobie dzieci — pytała nieco obcesowo — czy znajdzie się tu ktoś taki, kto mnie pozna, albo czy w ogóle nas pamięta?
Obie damy należące do rodziny wzruszały ramionami, a starsza pani odpowiadała sobie sama:
— Chyba to nieprawdopodobne, bo warstwy rzemieślnicze, które mieszkają w domach dawnych mieszczan, są nowe i w ogóle nic nie pamiętają. Jedyna warstwa, która coś pamięta, to są Żydzi. Może nie?
Obie damy znów wzruszały ramionami uśmiechając się kwaśno i przepraszająco. Babcia westchnęła:
— Moje panienki, przykro wam powiedzieć, jak ciężko jest być starym. Chciałoby się sobie przypomnieć coś, coś dać potwierdzić, ale przez kogo? Wy wszystkie razem jesteście, żeby tak powiedzieć, wczoraj urodzone. Ale wiem, co zrobię. Poszukam starej bożnicy, dowiem się wszystkiego.
Tymczasem dowiedziała się tyle, że na miejsce starej drewnianej bożnicy, także przez przodków jej ufundowanej, zbudowano nową murowaną. Jakiś usłużny, niemłody już Żyd podprowadził ją do nowego budynku. Mówił nieco kwaskowato i z rezerwą:
— Oto nowa bożnica, tamtej starej, prawdę mówiąc, nie pamiętam. Za to ta nowa to szyk i delikacja, nieprawdaż? Nieuroku kosztowała fajne pieniądze, ale inaczej nie wypada. Ładny budynek.
— Ładny budynek? — rozpędziła się starsza pani — tamten stary, to był ładny budynek. Pamiętam doskonale.
Żyd w chałacie przepraszał:
— Przepraszam w honorże panią dobrodzikę, bo na twarzy napisane, że dobrodziejka. Ale czy to wypada panu Bogu ofiarować drewnianą chatę? Niech ma co najmniej to, co my mamy.
— Panu Bogu wypada dawać to, co ładne, a stara bożnica była ładna — wypaliła pani Babcia — a to co? — skrzywiła się wskazując na bożnicę. — Czyż nie mam racji, księże biskupie?
Prałat mruknął coś, jak mu wypadało, Żyd skrzywił się zniechęcony, a starsza pani nie zniechęcona kontynuowała:
— Czy wy mnie pamiętacie?
— Bardzo przepraszam — krzywił się Żyd zakłopotany — ale nie. Nie powiem, że jestem młody, ale mój tatuńcio na pewno by panią pamiętał.
— A co robi wasz tatuńcio?
Żyd skrzywił się boleśnie:
— Nic nie robi — odpowiedział — bo już nie żyje.
— A kto żyje? Czy stary Drapak, garncarz, żyje?
— Oho — odparł Żyd — nawet syn jego także fajnie stary już nie żyje.
— Któż zatem żyje? — niecierpliwiła się.
— Oho, jest dość takich. Najstarszy z nich Jańcie Salpeter, wiekowy furman, żyje sobie i żyje.
Tymczasem pani Babcia skarżyła się biskupowi półgłosem:
— Co to jest właściwie? Do kogo się odezwę, wszyscy odpowiadają mi z miną skrzywioną. Czyżbym była już tak stara i nudna?
Drepcząc u boku pani biskup śmiał się głośno nieco suchym, lecz szczerym śmiechem.
— Ależ nie, to z zakłopotania i z uszanowania...
Pani Zuzanna wypaliła:
— Niech buty swoje szanują, a mnie niech odpowiadają, o co pytam.
Za porządkiem wszyscy rozmówcy krzywili się jeszcze bardziej.
Na szczęście przebiegał uliczką Żyd starowina z pożółkłymi długimi włosami, w wyszarzałym pełnym dziur chałacie, śpiesząc się nadmiernie. Był chudziutki i jakiś cieniowy, aż dziwne było, że jego drewniane chodaki kłapią tak głośno, bo jak wiadomo cienie nie kłapią. Przewodnik starszej pani zatrzymał go.
— Reb Jańcie, chodź tutaj. Poznajesz jasną panią?
Reb Jańcie odpowiadał słabiutkim i piszczącym głosem, jakby cieniem głosu:
— Kogóż ja mam poznawać jak nie ją? Ja tylko takich poznaję, co chcę. A innych? Nie mam przyjemności. Pana księdza także trochę poznaję. Poznałem od razu po tamtej landarze i po koniach też, ja panią raz odwoziłem z mężem, kiedy was złapała tutaj straszna ulewa. Pani jest dość fajna, ale mąż dobrodziej jeszcze lepszy. — Jańcie cmokał prawie jeszcze głośniej, niż mówił — A puryc! a mencz! a kiepełe! Taki wesoły, smaczny, jak maca na Wielkanoc. Nieraz dostałem na piwo. Słuchajcie, jak on do mnie mówił. Mnie, furmana! klepał po pysku delikatnie, głaskał po głowie i tak mówił: „Mój bracie, Jańciu“, do mnie, do furmana! Kieszenie miał pełne pieniędzy, aż dzwoniło, i co mnie poklepie, to mi coś wsunie. Delikacja! To był pan! Co znaczy pan? Z nim każdy się robił pan. Co zobaczył Żydziaka z pejsami, to mu pchał czworaki. Takie wielkie pieniądze. Nie smagał batogiem z kozła, jak to panowie lubią. To ja sobie tak myślę, że pani też dość dobra choć ostra. On przecie nie durny, nie brałby sobie jakiejś takiej, bo majątków miał dość. Z nim była cała Judea. Gdzie się pokazał, zaraz całe mrowie żydowskie naokoło. To było życie! — Jańcie zaczął chichotać głupkowato i drażniąco.
Pośrednik szepnął:
— No widzi pani? Żyje i żyje, a co to za życie? Uderzyło mu na mózg. Nie wie sam, co mówi.
Lecz pani Babcia zdecydowanie zachwycona, zachęcała jeszcze Jańcia:
— A Drapaki są? Jakiś wnuk czy prawnuk?
Jańcie zachichotał szczególnie głośno:
— Niech będzie, że są. To znaczy są. Na takich dawniej szympfowano, że demokracja. Prawdziwa demokracja. Tfu! Czy taki potrafi dzban ulać? Dobry do miodu, do piwa? Gdzie tam! Dobrzy do zamiatania ulicy. — Jańcie śpieszył się — Ja bardzo przepraszam, ale nie mam czasu, śpieszę się do moich koni.
Pośrednik wyjaśniał szeptem:
— On całkiem nie ma koni. Bawi się patykami jak dzieciak i mówi, że konie.
Jańcie galopował kłapiąc chodakami, trzaskając batogiem i wykrzykiwał:
— Prrru, hajta, wiśta! — zniknął pośpiesznie w uliczce. Z daleka krzyknął jeszcze — Daj Boże zdrowieczko, majne fajne prynce!
Babcia uśmiechnęła się gorzko do towarzyszek:
— Tyle pozostało z naszej dawnej Otynii. Niedługo i ja zacznę bawić się patykami. Gdy człowiek tak osamotniony — odgrywa swoje przeszłe życie. — Zamilkła ponuro, nie odzywała się więcej. Ksiądz biskup upomniał, że należałoby pójść do kościoła na krótką modlitwę.
— Doskonały pomysł — ożywiła się ponownie starsza pani — stosowny dla obecnej chwili. Dawniej, kiedy ktoś z nas przyjechał tu, dzwony kościelne witały nas, a teraz... i one straciły pamięć.
Wyszli po chwili z kościoła, Babcia była smętna, jakby rozczarowana:
— No, Semenie, uważaj, aby się konie nie przejadły.
Semen odgadł:
— No tak, dość im będzie. Jedziemy?
— Prosto do naszej sławnej Kołomyi — dyrygowała Babcia — a tam odszukaj księgarnię starego Orensteina, młodego Orensteina i tego eleganckiego panka z Wilna, pana Żyborskiego.
Znów toczyły się powozy nieco sennie, a biskup skoro tylko wsiadł do swego kącika, zadrzemał z miejsca. Pani Babcia z widoczną przyjemnością smakowała znane jej od lat krajobrazy, racząc się widocznie nimi i poznając jeden po drugim. Nie trzeba zapominać, że taka podróż była rejestracją przeszłości a także dawnych i teraźniejszych posiadłości i domen, co zaczynając się gdzieś na Wołyniu podążały potężnymi wyspami poprzez Dniestr przez całe Pokucie ku Prutowi i dalej poprzez całą Wierchowinę karpacką łącznie z ogromnymi lasami (które poetyczny geograf naszego kraju, Wincenty Pol, nazwał najpotężniejszą puszczą w środkowej Europie) docierały ku granicy węgierskiej. Była to najstarsza i, jak uważał król Łokietek, najtrwalsza granica, bo przyjacielska. Zresztą ludy, języki, wiary i gminy na tym terenie dawno już wyniszczyłyby się wzajemnie, gdyby nie zachowawcza i w tym sensie przyjacielska tradycja, że tak winno być nadal, bo tak było dotąd.
Pani Babcia kazała zatrzymywać się dość często i wysiadała tu i ówdzie. Zawezwała do siebie podeszłą wiekiem pannę do towarzystwa, bo ona jeszcze najlepiej odpowiadała jej swym milczeniem. Biskup drzemał tymczasem nadal w karecie. Zatrzymali się wreszcie około jakiegoś starego zamku na pół w ruinach. Tradycja opowiadała, że tutaj niegdyś nocował jej przodek-hetman, powracając z Węgier po wyprawie wiedeńskiej. Jednak nikt nie umiał powiedzieć z pewnością, do kogo ten zamek należał. Pani Babcia oczekiwała, że albo biskup, albo jej syn, mający niemało wiedzy historycznej o tym regionie, zbadają tę sprawę. Zanotowała sobie to w pamięci.
— Widzisz — mówiła do swojej towarzyszki — należy mi to przypomnieć.
Potoczyli się dalej rozważnym truchtem ku Kołomyi. Z dawnych trawników zamku dosłyszała piosenkę pastuszki, która tam pasła owce, tę samą co przed sześćdziesięciu laty, śpiewaną na rozciągłą nutę jabłonowską:

Oj, koby ja ne spiwała, taj nie hałakała,
Dawno by my wże zazula na hrobi kowała.[1]

— Tak — zadecydowała — Semenie, jedź prędzej, bo już dość późno. Zabawiliśmy zbyt długo, istne bałaguły.
Ktokolwiek przejeżdża przez Kołomyję, nie może się nadziwić różnorodności jej istot żyjących, choćby tylko nie na co dzień się tam zjawiały. Wielkie święta, a także wielkie targi dają ich pokazy. Wielkie święta żydowskie koncedują taką ilość i tyle obrazów podniosłości religijnej, iż dziwić się można, że jeszcze w naszym świecie takowe się zachowały. Z chrześcijańskich świąt bezsprzecznie najbardziej urozmaicony jest odpust Marii Panny w połowie sierpnia. Jak niegdyś na wyspach greckich, które znajdowały się pod protekcją Weneckiej Republiki, w owym dniu także w Kołomyi oba obrządki katolickie, łaciński i grecki, świętują razem, wywołując obrazy nie znane poza tym gdzie indziej, takie, które są radosną zapowiedzią zgody między wyznaniami, tzn. zgody jeszcze trudniejszej niż ta, która przejawia się między ludźmi nie mającymi wyznań ani wiar — danych jakby po to, aby się różnili między sobą, aby nie mogli się pogodzić, porozumieć i żyć razem w przyjaźni rodzinnej. Na 15 sierpnia cała Kołomyja wraz z przybyszami, pielgrzymami z gór i z dołów staje się rodziną. Podczas wielkich targów każda wieś okoliczna występująca w swoich strojach wykazuje ponadto odrębne pochodzenie od różnych plemion, które powiewy, a nawet burze dziejowe, zaniosły w nasze strony poza rzeki w pobliżu borów, w bliskość jakiegoś niezawodnego bezpieczeństwa czy to przed dżumą, czy przed najazdami ze stepów i przed przeklętym jasyrem, co niegdyś czyhał nad tą częścią Europy, zanim odpowiedzialny Europejczyk Jan III, mając takich wykonawców jak hetman, a przodek pani Zuzanny, wymiótł spod Wiednia bez szkody dla nikogo, a z wielką ulgą dla naszego świata, tę chmurę, która czyhała nad połową świata. Coś, co niestety i wspomnieć to boleśnie, zostało pieczołowicie zapomniane. Gdy mówimy o tych osiedlach, wystarczy wspomnieć chociażby takie jak Turka, gdzie osiedlono jeńców tureckich z bitwy pod Obertynem, albo jeszcze dawniejsze jak Peczeniżyn, który dotąd postaciami swych mieszkańców przypomina rosłych stepowców z pierwszych stuleci Rusi, Peczenihów, kto wie, może pokrewnych Połowcom, przekazanych nam przez stepowy epos o księciu Ihorze i księżnie Jarosławnie.
I wreszcie podczas targów ujawnia się bogactwo rodzajów końskich tej okolicy. Kołomyja to jeden wielki targ koński i świadectwo, dlaczego tak łatwo było tutaj wystawić kontyngenty konnicy niemal na poczekaniu dla odparcia i ścigania najeźdźców. Można by powiedzieć, że był to jeden wielki region zaciągu konnicy do urzeczywistnienia w bardzo krótkim czasie.
Semen odnalazł wkrótce antykwarnię starego Orensteina, swoistego księgarza i miłośnika książek, który specjalizował się w historii regionu nie wyłączając dziejów całkiem specyficznych, jak rozbójników i buntów lokalnych. Pani Zuzanna rzuciła się z ferworem napastnika na skład Orensteina, polując na przeróżne książki, książeczki, mapy, a nawet niektóre dokumenty. Chciała je przywieźć synowi na to, aby wzbogacić jego zbiory i dostarczyć mu w miarę możności białych kruków, których i on nie znał, chociaż specjalizował się z zapałem i z bezsprzecznym znawstwem w historii regionu. Niestety te polowania zależały głównie od szczęśliwych przypadków, bo prawdę mówiąc katalogów tj. świadomości bibliotecznej było wówczas niewiele. Książki nowoczesne, nie tylko polskie, także francuskie i niemieckie trzymała jedynie nowoczesna księgarnia Żyborskiego. Należałoby jeszcze dodać, że w stare i nowe wydania książek ukraińskich obfitowała jedynie księgarnia Orensteina, który przekazał ten dział swoim synom i wnukom. Za naszych czasów ukazało się nowe zjawisko: książki filozoficzne, w kilku językach. Jankiel Orenstein z namiętnością iście szlachetną, a pod natchnieniem talmudysty kołomyjskiego, Kona, ryzykował pieniądze na te drogie i dość trudne do zbycia książki, mając jedyną nadzieję kupiecką chyba tylko w wierze w przyszłość, tzn. że przyjdzie takie pokolenie, które będzie z równą pasją wykupywać książki filozoficzne, jak czynił to sam Jankiel. Mogłoby się wydawać, że pani Zuzanna przeczuwała to wszystko, bo nie tylko kazała służbie znosić książki do waliz z tyłu swojej karety, ale nawet sama je tam dźwigała. Komu dostępne są dzieje dalsze, wie pozytywnie, że biblioteka w Krzyworówni zawierała sporo książek podarowanych przez Bunię, tak że jej prawnukowie powinni by o tym wspominać z wdzięcznością, jako dziedzice tej biblioteki. Kiedy już nic nie pozostało z wielu folwarków między Wołyniem a granicą węgierską, późniejsi tzw. dziedzice to jedno jeszcze dziedziczyli: książki ze wspomnianej biblioteki. Niestety niszczycielskie dzieje jak gdyby się zawzięły na te ostatnie ślady dziedzictwa, tak iż można śmiało twierdzić, że z książek tych nic nie dotrwało do naszych czasów.
Wiedza jesienna i historia jakiegoś kąta wcale nie są tak nudne, jak się wydaje. I nie zasługują, aby je przegnać do ogrodzeń, na których widnieją napisy w rodzaju takiego jak: „dzieje regionalne“. Bowiem nie ma epok poodgradzanych parkanami, i człowieczeństwo, które możemy zrozumieć, bo jest nam bliskie pochodzeniem lub tradycją, przelewa się ku przyszłości, niosąc ze sobą zapowiedzi i nakazy. Posiadłości, domeny i domy rozsypują się w proch, a to co ludzkie pozostaje i trzyma przyszłość w swych objęciach. Nie piszemy tutaj historii ani nie przywłaszczamy sobie zawodu uczonego dziejopisa, jedynie okruchy przekazane ze wspomnień przez babki, ciotki i niańki dodają nam smaku. Mogą nas otrzeźwić i ostrzec, że dzieje właściwie nigdy nie mijają zupełnie, bo są obecne prawie nieustannie. Wiedza jesienna to wiedza o obecności tego, co minęło, to taka księga, w której ten, co czyta i uczy się z niej, identyfikuje się z tym, który opowiada. A historia jakiegoś kąta dawnej Rzeczypospolitej, czy Kozaczyzny i ich promieniowań nie są tak nudne, jak taki zarys dziejów, który zaczyna od epok sztucznie poodgradzanych jakimiś parkanami, na których ktoś umieścił dowolne napisy, jak takie: „tutaj kończą się dzieje średniowieczne“, albo takie: „tutaj zaczynają się dzieje nowożytne“, a tutaj gdzieś z boku: „Rzeczpospolita w rozbiorach“.
Czas nie troszczy się o te parkany, lecz przelewa się w tym lub owym kierunku. Inaczej dzieje byłyby pozbawione znaczenia ludzkiego. Natomiast taka historia, która nie włącza się w dzieje ludzkie, jest nudna i bez znaczenia, nawet jeśli pyszni się ze swych osiągnięć w czasie lub przestrzeni. Jakąż dymensję mógł nam dać horyzont pani Zuzanny? Nie mniej cenną niż niektóre kroniki. Horyzont pychy i posiadania, z którego także wymykało się niejedno, co było ludzkie. Pani Zuzanna ograniczała swój horyzont granicami swego posiadania. Co najwyżej uważała, że jej obowiązkiem było i jest zajmować się materialnym i moralnym stanem swych poddanych lub protegowanych.
Dochodziła w tym do małostkowości. Ekonomi i zarządcy byli odpowiedzialni i to w sposób wcale surowy, nie tylko za wydajność zbożową i pastewną pól, łąk i sadów, ale także za budownictwo i stan budynków poszczególnych rodzin i jednostek. Natomiast księża i proboszczowie — za stan zdrowotny i moralny. Było to zadanie ponad siły i wynikało z przeceniania prawa własności. Na szczęście te prawa były kruche i wykruszyły się bez szczególnych walk, bo wszędzie dyktowała prawa konieczność gospodarska. Tam gdzie pretensje właścicieli wykraczały poza nią, mogły być pewne porażki, a jedyna pamięć, która pozostała po takim ustroju, była humorystyczna. Jakżeż inaczej można by pogodzić jaką taką organizację kościelną i religijną, bądź co bądź chrześcijańską, gdyby ówczesne prawo własności upierało się przy takiej abstrakcyjnej surowości posiadania i własności, jaką później wprowadził kapitalizm. Tradycja przodków mogła zarówno łagodzić scysje własnościowe, jak je rozdmuchiwać. W przeżywaniu takiej osoby jak pani Zuzanna falowała zarówno duma jak i odpowiedzialność, a pani Zuzanna nie zauważyła, że te dwie dążności dokładnie przeciwdziałały jedna drugiej. Dlatego nie przyznawała chłopom innych praw jak te, które nadawała sama, natomiast miała serce dla miasteczek, gdyż małomieszczanie, szczególnie rzemieślnicy, swoimi pracami dawali nieustanne dowody, że sami tworzą swoje prawa. Lecz nie wspominała o tym towarzyszącym jej paniom, sama chciała sprawdzić bezpośrednio, ile zostało z przeszłości w tych miasteczkach.
W księgarni Żyborskiego pani Zuzanna rzuciła się z miejsca na ówczesne wydawnictwa krakowskiego „Czasu“. Przez jej pośrednictwo znalazły się w bibliotece krzyworówniańskiej takie książki jak: „Wieczory florenckie“ Juliana Klaczki, albo „Szkice historyczne“ Macaulaya, słynnego liberała i owego niezapomnianego wicekróla Indii, który programem oświatowym i szkolnym śmiało włączył tradycjonalne Indie w nurty europejskiej umysłowości. Można by chyba bez przesady powiedzieć, że bez niego ani Gandhi, ani Nehru, ani cała nowoczesna państwowość indyjska, tak ściśle związana ze swoistym angielskim prawem i jego praktyką, nie byłyby możliwe. Oba te dzieła przełożył profesor uniwersytetu krakowskiego, Tarnowski[2], i już to samo było dla sfer ziemiańskich dostateczną rekomendacją. Na korzyść Juliana Klaczki przemawiało jeszcze, że był neofitą ze sfer kabalistycznych Wilna, rzekomo nawrócony pod wpływem Dantego. A jeszcze więcej, że na łamach prasy francuskiej niezmiernie śmiało i jasnowidząco atakował wielkiego karierowicza politycznego, a raczej twórcę nowobogackiego państwa, nowego cesarstwa niemieckiego. O tym panu mówiono jeszcze, że śmiertelnie obraził apostolskiego cesarza Franciszka Józefa, wyrzucając go poniżająco z Rzeszy niemieckiej, a podnosząc wyskoczków cesarskich, za jakich uważano Hohenzollernów.
Pani Zuzanna nie znosiła karierowiczów i wyskoczków, ale miała śmiertelne pretensje rodzinne pod adresem cesarza Austrii, albowiem nie tak dawno, najwyżej przed czterdziestu laty, podważył egzystencję całego ziemiaństwa, uwłaszczając na podległych mu ziemiach Galicji i Lodomerii chłopów pańszczyźnianych. Ten zaborczy krok uważała za bardziej fatalny niż wszystkie wyzwania księcia Bismarcka, a nawet okrucieństwa cara Mikołaja.
Zaledwie weszli do księgarni Żyborskiego, uderzył ich podniecony hałas, targ ząb za ząb jak na rynku, bo oto chłop w płótniance zamierzał kupić cały stos książek szkolnych dla swoich dzieci i prosił pana Żyborskiego o zniżkę cen.
— Panoczku, dajcie trochę taniej, bo wydać 15 guldenów za papiery, to więcej wynosi niż dorodna cieliczka.
Pani Zuzanna nie mogła się pohamować:
— Czego się tym ludziom zachciewa? Nie dość, że nam wydarli grunta odziedziczone od naszych przodków, jeszcze chcieliby nad nami górować oświatą. Oto, jak chroni własność słynne cesarstwo apostolskie!
Młody i światły księgarz był zakłopotany, odpowiadał gospodarzowi:
— Nie mogę wam zniżyć ceny książek, bo nawet nie wolno mi, gdyż są one stałe i urzędowe, tak jak tytoń czy papierosy.
— Przecież nie dla mnie starego — odpowiedział gospodarz w płótniance. — Nasz ksiądz mówił na kazaniu, że książki to najrzetelniejsze dziedzictwo dla dzieci. No to dajcie, panoczku, na spłaty. Ja wam uczciwie wyrównam do świąt.
Księgarz zachwiał się prawie, a pani Zuzanna jeszcze bardziej ponura niż w Otynii mówiła do towarzyszek:
— Wszystko sprzysięgło się przeciw nam, aby nie my, tylko oni byli panami. Odtąd oni będą kupować książki, a my chyba tylko batogi, aby uganiać za krowami i owcami po pastwiskach.
Gość w płótniance, jakby świadomy swojej wyższości, uśmiechał się ni to złośliwie, ni to z politowaniem.
— Zostawcie, panieczko, nasze dzieci wam nic nie zabiorą, bo zrozumieją.
Towarzyszki zakłopotały się i skwasiły odwodząc gestami od mieszania się w nie swoje sprawy. Pani Zuzanna prawie rozdrażniona kazała ładować książki przez nią zakupione do karety i pośpiesznie, jak gdyby demonstracyjnie, wyszła ze sklepu.
— Ta równość zatruwa mi prawie zmierzch życia. Jedźmy do Jabłonowa. Może tam odnajdę nieco pociechy.
Pogodna jesień rozjaśniła horyzont, a wiatr odmłodził świat. W każdym kraju jest jakaś oś, jak gdyby odskocznia. Gdy się spogląda z Rzymu ku południowi, oczy natrafiają na światła latarni morskiej miejscowości Gaeta, która nie tylko zasłynęła w niedawnych bojach republikańskich Garibaldiego o Italię, nie tylko dała nazwisko całemu rodowi, lecz skierowała myśli ku Eneaszowi, który właśnie w Gaecie po raz pierwszy wylądował. Niemały to dystans dla genezy Rzymu i Italii.
Pani Zuzanna zaczęła głośno myśleć, zwracając uwagę swych towarzyszek i budząc ponownie biskupa.
— Jabłonów to nie dość. Dla nas ostatnim punktem na kontynencie przedkarpackim jest Suliguł. Łagodna i naturalna przełęcz w kierunku Węgier. Nie tylko dlatego, że tam kończyły się nasze majątki. Także dlatego, ponieważ Suliguł odegrał pewną rolę w dziejach naszego rodu i narodu. Wracając z pościgu za Turkami nasz przodek-hetman stracił kierunek, zabłąkał się w stepie węgierskim, a odnalazł swój szlak dopiero, gdy wszedł w pobliże lasów i z daleka widzialnych pagórków karpackich. Bo tak dotarł do Suligułu. A tam już był w domu. Ostatecznie ilość mil do Krzyworówni jest spora, ale cóż to znaczy dla mieszkańca Krzyworówni, gdy się znajdzie na Suligule. Jest już u siebie w domu.
Tymczasem mijali most na Prucie i, jak przed nimi i po nich inni goście weselni, napoili rychło oczy łaskawym światłem i wesołymi szumami Prutu. Zaledwie wsiadła ponownie do karety, pani Zuzanna zaśpiewała na nutę starczej powolnej „Jabłonówki“, jak gdyby na pociechę sobie i biskupowi:

Oj, Czeremosz bystra woda
A Prut zawedija
Oj, piszła brate w tanec
Sama Huculija.[3]

Za porządkiem wymijając w karecie jedną pokucką wieś za drugą śpiewała dla każdej należną jej piosenkę.
— W Otynii tak śpiewają:

A czyjaż to parubczyna
Na bakier szapczyna
Buk u rukach, lulka w zubach
Na borodi słyna.[4]

A w Ilińcach tak śpiewają:

Na Ilińcach zahrimiło
Na Tuczapach błysło
Bodaj tebe myj myłenkyj
Popid serce stysło.[5]

I jeszcze to:

Propyw wiwci w połonyni
Tysmenyciu w połowyni
Szcze maju w Bozi nadiju
Szczo propju misto Otyniju.[6]

Biskup uśmiechał się wdzięcznie; i on spędził dzieciństwo na wsi i miał niejedno wspomnienie.
— A czy zna Pani to? — zapytał:

Kołomyja ne pomyja
Kołomyjka doma
A stała sy w Kołomyi
Wełyka Sodoma.[7]

Babcia komentowała cierpko:
— Uczciwie mówiąc ta Sodoma już stała się. Nikt w naszej rodzinie nie był wielkim pijakiem, ale jakoś przepiliśmy, bo nie ma.
— Ale to najpiękniejsze, powiedziała pani, to z Horodenki:

U naszoho u muzyki
Palci zolotyi
Win palciemy posuwaje
Strunwy szołkowyji.
Zahraj meni, skrypnyczenku,
Wid seła do seła,
Aby buła dorożeńka
Wse meni weseła.[8]

Tam gdzie z jednej strony gościniec zaczyna się wspinać w łukach i w zakosach na lewo tuż za kościołem jabłonowskim, tam uspokajająco działa skręt drogi na prawo, bez żadnych wzniesień, ku miasteczku, zwanemu Jabłonów pokucki, który uchodził za siedzibę rodziny. Od tego skrętu do rynku niezbyt daleko i tam nawrót ten wraz z pozostawaniem gościńca wciąż na tym samym poziomie, uspokaja podróżnika, bo wcale niestrome choć dość wysokie pasma gór zapewniają, że po prostu nie można się stąd oddalić, bo nie tylko nic nie widać, ale nie ma możliwości wydostać się stąd ku południowi.
— Widzicie, panienki — marzyła głośno Babcia — mądrość wieczorowa zasadza się na tym, że jest się ciągle u siebie, bo nie można zmienić krajobrazu i to jest uspokajające. Dlatego nigdzie tak się bardzo nie czuję w domu, jak na tym skręcie do Jabłonowa. Dla mnie jest to dowodem, że nic się nie zmieniło, że nic się nie może zmienić. I że wszystkie wyrwy, które śmierć i znijaczenie poczyniły w naszym świecie, to jeszcze mniej niż złudzenia. To tyle zaledwie, że los się droczy z nami: chciałem ci napędzić trochę strachu, ale nie bój się, to wszystko pozostało takie same.
Tym energiczniej popędzała Semena, aby poganiał konie. Semen okazywał pewne zdziwienie, bo po co się śpieszyć, ale nie wypowiedział głośno tego. Za to pani odpowiedziała mu z miejsca:
— Widzisz przecież, że trzeba się pośpieszyć, bo a nuż wszystko ucieknie.
Było to wyraźne wskazanie na jakieś marzenie senne, które ucieka, gdy dojeżdżamy nareszcie do miejsc utęsknionych. I gdy z możliwości przemijania wynurza się lęk, że to wszystko i tak nieprawda, bo dawno już przeminęło. Lecz w tym miejscu zasłaniające horyzont trawiaste wierchy Rokiety uspokajają, że po prostu nie można się stąd oddalić. Skoro tylko zbliżyli się do rynku, pani Zuzanna jak najprędzej kazała przystanąć, wysiadła pośpiesznie i kazała wszystkim wysiąść natychmiast. Stąpała szczególnie mocno po kamieniach rynkowych, jak gdyby chciała utrwalić je wszystkie w rzeczywistości zapewnionej i niewątpliwej.
— Idźcie wszyscy za mną natychmiast. Semenie, zostaw konie pod opieką Józka, niech sobie znów przekąszą. A my wszyscy razem hajda do starej synagogi.
Kręte uliczki i jasny horyzont nad nimi wypełnione były brzuchatymi kopułami drewnianej synagogi, które jak gdyby pchały się zaborczo na sam przód, na to, aby nic innego się nie wysunęło. Za towarzystwem pani Zuzanny pośpiesznie dreptała chudziutka i sucha kobiecina dopędzając je.
— To ty, Lijo? — pytała pani Zuzanna. —
— A to pani dziedziczka we własnej osobie?
— Słuchaj, Lijo — śpieszyła się pani Zuzanna — pobiegnij naprzód i każ otworzyć synagogę, abym mogła zobaczyć za dnia, chociaż prawdę mówiąc i przy świecach ładnie.
Lija pośpieszyła się, i niezwłocznie koniec uliczki zaciemnił się otwartym wnętrzem synagogi. Pani Zuzanna przeprowadzała jakieś osobliwe ćwiczenia.
— Widzicie, panienki, wymyślmy sobie jakąś datę bardzo odległą, albo lepiej w kilku ratach kilka dat odległych, na przykład rok 1899, a potem dalej skok do innego stulecia — 1919.
— Co mama chce przez to powiedzieć? — pytała córka.
— Gdy zaczniemy tak skakać, to trudno sobie będzie wyobrazić świat za kilka lat. Chcę powiedzieć, że przyszłość jest jakoś bardziej ryzykowna a nawet groźna niż przeszłość, bo przeszłość jakoś dobrze trzyma się w pamięci, i możemy ją powtórzyć na zawołanie. A no spróbuj to z przyszłością. Wszystko wymiata, wszystko z niej ucieka gdzieś wstecz, i spróbuj ją teraz powtórzyć. Takie wariackie zmiany: most kolejowy na Prucie i szyny na Wierbiążu! a ta synagoga i te uliczki za kilka lat będą takie same, bo Pan Bóg da, że za kilka lat Lija będzie dreptać za nami tak samo.
Z lewego końca zakręconej uliczki wyglądał dom piętrowy i obszerny, oszklony licznymi oknami na wzór domów berneńskich, które obróciły swoje boki ku frontowi.
— Powiedz mi — pytała starsza pani córki — chyba tan dom się nie starzeje. I tak samo Lija nasza taka sama, jak dotąd ją pamiętamy.
Stara kobieta znów pośpieszyła się radośnie, a ze wszystkich stron pośpieszały za nią ożywione postacie starych, nawet prastarych Żydów i Żydówek, a tuż za nimi sypały się jeszcze liczniejsze postacie wyrostków i dzieci.
— Czy to możliwe? — pytała pani Zuzanna, zwracając się jak gdyby do jakiejś mary sennej i dopędzając aby nie uciekła. — Jak lat temu pięćdziesiąt śpieszymy na kawę do ciebie, Lijo.
— Nie tylko na kawę — bardzo stanowczo protestowała Lija — na kołacz, na wielkie orzechy włoskie, a nawet na dorodne Edelkastanien, których nareszcie dochowaliśmy się.
Lija otworzyła szklanną werandę, w której panoszył się piętrowy orzechowy kredens jak gdyby miniatura całego domu. Wszędzie pełno było czerwonych jabłek, a posrebrzone suchością rożenki zasypane kminkiem nęciły w zawody z jabłkami. Uśmiechając się łaskawie i drepcąc za kobietami ksiądz biskup potwierdzał słowa pani Zuzanny:
— Istotnie nie wiadomo co tu wybierać, a to wszystko można nazwać, jak już raz powiedziałem: mądrością jesieni. Wbrew temu co się nieraz mówi, ja osobiście nie mogę się dość nachwalić jesieni. A jestem przecie dość stary. Czy mam w tym słuszność, pani Lijo?
Lija skrzeczała suchutkim głosem, jak mogła najgłośniej. Widocznie uważała, że słuch tych wszystkich starszych osób pozostawia coś do życzenia.
— Pan biskup wie wszystko najlepiej, a nasz pan rabin nieboszczyk opowiadał raz w święto namiotów, że pan biskup nie tylko jest wielki łacinnik, ale także po książkach hebrajskich spaceruje sobie jak po swoim pokoju. Jesień jest śliczna i nam Przedwieczny dał śliczną jesień. Pan rabin bardzo kochał pana biskupa, a raz nawet tak żartował: patrzcie dzieci, pan biskup ma tak fajnie zakręcony nos, jakby był jednym z naszych. To dlatego, że z bardzo wielkiej rodziny. Posłuchajcie państwo — mówiła dalej Lija w pośpiechu — serce najważniejsze. Przydałaby się kawa. Kałyno — krzyknęła przez drzwi — daj co prędzej kawy i nakraj kołacza, bo trochę się boję, że się postarzejemy.
Za chwilę tęga i pękata Kałyna z maślanym uśmiechem na twarzy pojawiła się z ciężką mosiężną tacą pełną dymiących filiżanek.
— Pośpieszmy się wszakże — mówiła pani Zuzanna — gdyż musimy zaraz złożyć nasze uszanowanie starej bożnicy, a potem jeszcze przed wieczorem zadecydować miejsce noclegu. — Znów zadudniły karety, a pani babcia i ksiądz biskup pojechali przez kilka krętych uliczek do dużego domu zamkniętego na amen i tam zatrzymali się. Panowała chwila niezdecydowania: czy z wielkim trudem otworzyć dom i przygotować nocleg dla wszystkich, czy raczej jechać na noc do Wierbiąża, jakie dwie mile, do zawsze gościnnej a znakomicie przygotowanej gospody Weisera, syna słynnego nauczyciela, Bercunia.
Biskup mimo woli przyczynił się do decyzji, snując głośno swoje myśli.
— Jak już dowiedziałem się, dobrodziejka wcale nie ma ochoty przyczynić się do restauracji kościoła rzymskokatolickiego w Jabłonowie, niewątpliwie rzymskokatolickiego, i to dzięki uprzedzeniom rodzinnym dotąd nie uzasadnionym, gdyż nikt tego nie udowodnił. A bywa to przecież nieraz, że właśnie najbliżsi niekorzystnie i niesprawiedliwie na nas oddziaływują, może dlatego że bliskie pretensje są dotkliwe, bo przecież nie pani to wymyśliła.
Pani Zuzanna nie dała dokończyć:
— Oddziaływują zwłaszcza, gdy są heretykami i plamią miejsca modlitwy herezjami, co najmniej nowinkami, o które nikt ich nie prosił. Nasza szlachta wsławiła się w tym kierunku, a nasza rodzina chyba szczególnie. Aż wstyd!
Pani Zuzanna zacięła usta, a potem wypaliła:
— Bo chyba wstyd mieć tylu krewnych w piekle?! — przygotowywała się desperacko do wytoczenia dalekonośnych argumentów, jak gdyby miała zakomenderować salwę artyleryjską. Przy wspomnieniu piekła biskup przełknął coś z trudem, potem wznosząc dłoń jak gdyby do błogosławieństwa starał się hamować wylew nowej wymowy.
— Ostatecznie — mówił spokojnie — te zarzuty przeciw dziadowi stryjecznemu dobrodziejki jak i przeciw rzekomym herezjarchom, którzy mieli go natchnąć, są pochopne, i należy to stwierdzić śmiało, nigdy ich nikt nie uzasadnił poza rodzinnymi pogłoskami. Powiedzmy sobie szczerze, że opierają się na naszej rodzimej kłótliwości, którą tak świetnie przedstawił wieszcz narodowy w opisie zajazdu, jako formy prawnej. Nikt jednak dotąd nie przedstawił, zdaje się, zajazdu w dziedzinie wiary i ducha, a coś mi się wydaje, że to była forma ataku rodzinnego i sąsiedzkiego na stryjecznego dziada dobrodziejki. Tymczasem biedny proboszcz Jabłonowa nie może sobie dać rady z jakim takim przywróceniem do porządku swojej świątyni. A wobec zubożenia rzemieślników i mieszczan któż ma mu pomóc? Przeciw gustom, a co gorsza przeciw podejrzeniom — trudno występować. A podejrzenia nielitościwie obciążyły stryjecznego dziada jaśnie pani.
Pani Zuzanna wyrwała się niecierpliwie:
— U mnie nie jest to nagonka ani zajazd, ale sumienie nie pozwala popierać coś, co było zborem innowierczym. Co gorsza odszczepieńczym. I centrum zdrożnych nauk. O tym samym dziadu wiadomo prócz tego, że bratał się z rozbójnikami przeciw społecznemu porządkowi. Przypisują mu nawet, że usiłował skłonić ówczesnego króla do adoptowania słynnego Dobosza, z którym walczył tak dzielnie jego ojciec.
Biskup znów przerwał łagodnie:
— Proponuję pani wysłuchać mojej skromnej rady. Wspomniała pani króla. A czymże jest pani władza nad folwarkami i dobrami, jak nie następstwem władzy królewskiej, rodzajem pozostałości średniowiecznej? Wypada zatem zachować się po królewsku wznosząc się ponad uprzedzenia otoczenia, które nie mogą być miarodajne. Co dotyczy Żydów tutejszych, należą oni wszyscy do chasydzkiego odłamu. Jednak ich bożnica dlatego zapewne, że dawno zbudowana, nie ma wcale cech tego budownictwa. Z wdzięczności do swoich mistrzów marzą o tym, aby dodać przybudówkę chasydzką, przeto prosili mnie o poparcie u jaśnie pani. Nasuwa się decyzja pozornie zabawna, w istocie bardzo ludzka, bo powiedzmy sobie, królewska albo książęca, aby jednym zamachem pomóc tej świątyni bezsprzecznie katolickiej, ale jak gdyby uszkodzonej przez podejrzenia i plotki, i tej bożnicy, jak sądzą wyznawcy, niedostatecznie chasydzkiej. Nie może być chyba najmniejszego podejrzenia, jeśli te obie sprawy razem popieram u tronu jaśnie pani.
Pani Zuzanna rozweseliła się niezwłocznie, twarz jej rozświetliła się.
— Oddałabym niezwłocznie te obie sprawy synowi, który docenia stare tradycje naszej rodziny, gdyby nie jeszcze ten jeden robak, który mnie gryzie. Oto synowa moja jest z rodziny schizmatyckiej, chociaż ta nabyła już dawno indygenat polski. I mimo że przyznaje się do katolicyzmu, wcale nie jestem pewna, że jest ugruntowana w wierzeniach. I to ma być moja dziedziczka? Przecież mój syn nie jest ani misjonarzem, ani katechetą, więc kto ją mógł ugruntować, gdzie i kiedy? Co prawda przemawia za nią ta okoliczność, że jej cioteczny brat, mimo że był synem protektora prawosławia na Bukowinie, został oddany na wychowanie gimnazjalne do ojców jezuitów w Chyrowie (a przecież jest nadal uważany za dziedzicznego protektora schizmy).
Prałat zasmucił się nagle, załamał ręce, lecz zaraz opanował się. Mówił cierpliwie:
— Podobne sytuacje zdarzały się przecież dość często w starej Rzeczypospolitej, a przecie dawały się nakierować zbawiennie. Przyrzekam pani jako katecheta zawodowy, że zajmę się czymś, do czego dotąd nie było możliwości, a mianowicie katechizacją pani synowej, zwłaszcza że byłem katechetą jej córki. Zwalniam panią od zmagań z tym rzekomym robakiem, mógłby stać się gorszy, niż to się mogło wydawać.
Oblicze pani Zuzanny zwolniło się z napięcia.
— W takim razie telegrafujemy zaraz, aby mój syn natychmiast przyjechał, a może jeszcze poszlemy konnego posłańca z listem. Ubijemy obie sprawy pod przewodnictwem jego ekscelencji, a potem natychmiast jazda na wesele. Florianie — zawołała na lokaja o smętnie zrezygnowanym obliczu — przygotujcie nocleg dla nas wszystkich, a ty Lijo pobiegnij do pani pocztarki z uprzejmą prośbą, aby mój telegram był dziś jeszcze w Jasienowie. Ekscelencja będzie łaskaw zredagować depeszę.
Oszołomiony przejawami energii biskup, jakby to były strzały jeden po drugim, napisał na dużej białej kartce papieru telegram do dziedzica Krzyworówni: „Nocujemy wraz z biskupem w Jabłonowie. Przyjedź natychmiast celem sfinalizowania pomocy budowlanej dla kościoła i bożnicy. Wrócimy zawczasu na ślub. Czułości dla Otylii i wnuków. Bunia.“
Wokół pani Zuzanny zawrzało. Pod wieczór całe otoczenie stało się ruchliwsze niż w ciągu dnia. Mądrość wieczorna święciła tryumfy.
— Podczas noclegu — mówiła pani Zuzanna — pokażę księdzu jeszcze bałamuctwa owego stryjecznego dziada z dziedziny sztuki. Na złość Habsburgom wykupywał zaczernione jakąś smołą obrazy neapolitańskiego malarza, nazwisko mi uciekło, ale zaraz, może to nie neapolitańczyk? Co gorsza ów protektor przepłacał jakieś kopie jeszcze marniejsze od sławetnych oryginałów. Zaczernione płótna czernieją coraz bardziej w miarę czasu i mamy istną wystawę smoły. Trzeba przyznać — ciągnęła dalej — że w Polsce tylko wyjątkowo niektóre rodziny znalazły ochotę i środki dla jakich takich zbiorów malarstwa. Ale cóż przeciwstawiał temu nasz wielki nowator? Podług ostatniej mody zaczernione płótna, które znakomicie czernieją nadal w miarę czasu.
Coś jakby chmura niecierpliwości pojawiło się na czole prałata. Podniósł głos jak na kazaniu.
— Moim obowiązkiem jest ostrzec dobrodziejkę, aby nie zabierała głosu w tej sprawie kiepsko dotąd oświetlonej, a raczej iście zaczernionej, kto wie dzięki jakim przyczynom. Przez niechęć do dziada stryjecznego pani, czy też przez zwyczajne nieuctwo, które zaczyna się prawdopodobnie już od Neapolu, a muszę tu poprawić, że ów mistrz nie był wcale neapolitańczykiem, tylko genueńczykiem, jak niegdyś Kolumb i to nie byle jakim odkrywcą w dziedzinie sztuki. Ostrzegam panią, że może pani stać się narzędziem chytrej gry handlowej, zdążającej do deprecjacji tych płócien, i gdy ktoś z następców czy dziedziców pani nasłucha się tego, sprzeda za bezcen te płótna, a ponadto przeszkodzi, aby inne nie dotarły do naszego kraju. A jest to wielka postać w kryzysowym przełomie XVII i XVIII wieku. Pomijam nazwisko, ponieważ pani je pominęła. Ma pani jednak niewątpliwy dowód, ile szkody może przynieść uprzedzenie i tendencyjna propaganda. W ten sposób pogrzebiemy dobre zamiary nieszczęśliwego dziada stryjecznego, który nie miał szczęścia w swoim własnym kraju, bo czego się dotknął, to wszystko zaczernione i oczernione. To zresztą możliwe, że płótna mistrza czernieją, bo mogło zajść jakieś techniczne niedopatrzenie, czy też brak doświadczenia w tej nowej dziedzinie, ale w takim wypadku zamiast popychać dzieła w przepaść oczernienia i zapomnienia, należałoby znaleźć sposoby techniczne i jak je konserwować i jak ostatecznie ocalić.
— A dlaczego ekscelencja nie chce mi powierzyć nazwiska malarza?
Głos biskupa zadrżał:
— Przecież może sobie pani oglądnąć katalog, bo chyba jest jakiś katalog?
Pani zakłopotała się widocznie.
— Katalog? Ha, chyba jest. Ale kto go miał zrobić? Mój syn jedynak zakopał się w górach, żona i dzieci to mu wystarczy. Zakopał także swoje studia i talenty.
Biskup cedził ironicznie:
— Znów chyba ta żona schizmatyczka? A przypadkowo zetknąłem się z tym, że syn pani ma nie byle jakie i to rozległe zainteresowania naukowe. Przede wszystkim interesuje go historia naszego regionu, a także etnografia, poza tym stworzył placówki meteorologiczne i całe obserwatorium, którego dane spowodowały uznanie wiedeńskiej centrali badań ziemskiej fizyki. To jeszcze może się przydać wszystko, nie mówiąc o tym, że ciągle laboruje w psychologii zwierząt. — Prałat westchnął — Szkoda.
— Czego szkoda? — zapytała pani Zuzanna nieco trwożliwie.
— Jeśli najbliżsi nie doceniają. To dobre jeszcze, że pani syna nikt dotąd nie oskarżył o herezję, bo jest światły, a jednak dzięki Bogu ostrożny.
Głęboki cień padł na oblicze pani Zuzanny i przenosił się powoli na oblicza otoczenia. Cienie wieczorne padały naokoło, a mądrość wieczorna ukazywała swoje cieniste i gaszące naokoło oblicze. Biskup mówił twardo. Rozmowa urwała się. Lecz biskup pocieszał:
— Dobrze przynajmniej, że szczerze dogadaliśmy się czegoś. Nigdy nie jest za późno.
Pani Zuzanna wydawała się skruszona i jak gdyby szukała, od którego miejsca zacząć, aby naprawić coś, co się popsuło.
— Może zgrzeszyłam dzisiaj ujawniając zbyt otwarcie moje reakcje na tego chłopka w księgarni i na pewno zgrzeszyłam, ale obawiam się tej pychy, która wstaje od książek pozbawionych odpowiedzialności. A muszę przyznać, że te stare księgi tutejszej starej bożnicy promieniują pokorą, mimo że wiara ich jest dla nas obca albo odległa. Dlatego każdy pobyt w bożnicy i właśnie dlatego, że te książki są dla mnie niedostępne, napełnia mnie zawsze pociechą. Przecież gdybym ja sama była naprawdę pokorna, to zamiast znęcać się nad tym chłopkiem, byłabym po prostu i po ludzku zapłaciła jego rachunek, zamiast wydziwiać. Jednak muszę się przyznać, że grymasy i gesty pań i panienek z dworów, które deklamują o świecie, budzą we mnie podejrzenie, że nie wiedzą, co czynią, albo nawet śmiech. Co innego Żydzi. Ich kult dla książek jest starożytny i zrozumiały; nawet tam gdzie sądzimy, że modlą się, sami powiadają, że się uczą.
— Tak — potwierdził biskup — widzimy to w pismach św. Augustyna, że ludzie uformowani religijnie zaczynają nieraz nauki i rozmyślania od modlitwy w słusznym przypuszczeniu, że pomoc i światło z nieba głęboko poruszają także czysto intelektualne motywy.





  1. Oj, gdybym ja nie śpiewała i nie pohukiwała,
    Dawno by mi już kukułka na grobie kukała.
    * (Piosenki huculskie przetłumaczyła Irena Vincenz — przyp. red.).
  2. Potomek zwycięzcy hetmana spod Obertyna (przypisek Autora).
  3. Oj, Czeremosz bystra woda
    A Prut zawadiaka
    Oj, poszła, bracie, w taniec
    Sama Huculija.
  4. A czyjże to chłopiec
    Czapka na bakier,
    Kij w rękach, fajka w zębach,
    A na brodzie ślina.
  5. Zagrzmiało w Ilińcach,
    W Tuczapach błysnęło,
    A bodaj cię, mój miły,
    Pod sercem ścisnęło.
  6. Przepiłem owce na połoninie,
    Tyśmienicę do połowy
    Jeszcze mam w Bogu nadzieję,
    Że przepiję miasto Otynię.
  7. Kołomyja nie pomyja
    Kołomyjka w domu
    I w Kołomyi zrobiła się
    Wielka Sodoma.
  8. Nasz muzykant
    Ma złote palce,
    Palcami przebiera
    Po jedwabnych strunach.
    Zagrajże mi skrzypku
    Od sioła do sioła,
    Ażeby moja dróżka
    Była wciąż wesoła.





Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.