<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Duma o hetmanie
Rozdział Prolog
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Wydawca J. Mortkowicz
Data wyd. 1938
Druk Drukarnia Naukowa T-wa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa; Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
PROLOG


W śniadym dymie i w chmurach ponad morzem wyrosłych jesienne słońce połyska.
W gęstej kurzawie, wyrzuconej ze stepu, stratowanego przez kopyta tatarskich koni, mdłe światło gore.
Niezliczona ćma kruków, lecąca niby skrzydła czarnego anioła, napełniła szerokość niebieską i nad dzikiem krąży polem.
Głuchy tętent oddaje ziemia sucha.
Daleki zgiełk niosą wiatry.
Prawica najjaśniejszego, najwielmożniejszego Osmana, Mekki i Medyny cesarza, siedem monarchij i cztery kąty świata trzymająca, podniosła chorągiew w stronach dalekich.
Wrzask trąby zagrzmiał nad morzem, między lądami. Ciemnolice, posępnookie ludy rzuciły Eufrates, Nil, Dunaj. Nad Archipelagu zielone morze, między Tracyą i Azyi wybrzeżem, ponad Cyklady, Sporady, Salaminę, Eubeę i Samotrace padło hasło.
Z Kandyi, Lemnos, Samos, Chios i Rodos uderzyli we wiosła galer greccy żeglarze, ku Bosforu dążąc cieśninie.
Z czarnej Kemi, z nad kwiecistych grzęd Egiptu, wyruszył murzyn, fellach i kopt.
Ze spiekłej, skalistej pustyni, z suchych wąwozów puszczy libijskiej ciemny arab pomyka.
Z za nagich gór, z łożysk wichru, z pod bezchmurnego nieba, z okręgów suszy wiecznie płonącej wybiegł beduin, szerokobiałym osłoniony burnusem.
Ze stron, których deszcz nie nawiedza, brnie pod barwistym ciężarem garbaty wielbłąd, porożysty bawół i pracowity muł.
Seciny wołów ciągną szczękającą armatę.
Niedościgły rumak pustyni, co cienia drzew nie widuje, depce pachnący mrok w bukowych lasach serbskiej płaniny, pławi się w zimnych nurtach Dunaju, rozwiera nozdrza, wciągając jesienny wiater z za Dniestru, i w miękich łęgach Prutu lękliwe stawia kopyto.
Lśni nad pochodem plemion pyłem okrytych połysk złotego proporca.
Równemi korpusy dążą upierzone objagi janczarów. Błyska grot włóczni persa, kurda i ormianina.
Albańczyk, bułgar, bośniak i serb ściska w mściwej dłoni rusznicę, wecuje po nocy jatagan, handżar gotuje do ciosu.
Szepcąc modlitwę ku czci Allaha, zaprzysięga ku większej jego chwale przeszywać strzałą serca dzieci, z dymem puszczać ruskie i polskie wsie i do podwalin wyłamywać zamki po górach.
Sto kilkadziesiąt tysięcy cięciw czeka na strzałę.
Pożąda krwi zakrzywiona szabla, dżeryd-spisa, wielka włócznia i hak.
W pustce nocnej zanosi się daleko melodya dzika.
Śmieje się w dal surma, — kotły takt biją, — żądzę mordu podjudza tołumbas, brzękadło, żele i flet.
Nastąpił dzień, gdy zsiadły się, zgęstniały chmury. Na pasmie gór, co od północy, zachodu i południa okrążają błonie cecorskie, zadymił się obóz turecki. Po prawej stronie mogiły odwiecznej stanął buńczuk wezyra Iskiender-paszy, rządcy Sylistryi i Serdara Mołdawii.
Przednią strażą jazdy sułtańskiej dowodzi Chyzyr-pasza stary, Sarimsak, łakomca na czosnek.
Na prawem skrzydle zatknął znak Jussuf-pasza, Rumelii bejlerbej, — Hussejn-pasza, — Muhammed, zwany Terjaki, opiumożerca, władca sandżaku Nikopolisu.
Na lewem skrzydle, po zboczach gór, panujących nad Deli doliną, zawisła sześćdziesięciotysięczna nawałnica rwaczów tatarskich, której rozkaz wydaje han Krymu Dżanibeg-Giraj.
Brat przy nim Kałgaj-sułtan, namiestnik hański, Diwlet-Giraj, potomek szczepu Dżyngiz-hana, — książę przy nim Nebrie-Girai z plemienia Mansurogli, — i straszliwy Kantemir-Mirza, Krwawe Żelazo, do słonia wściekłego przyrównywany.
Dwa olbrzymie ramiona we sto kilkadziesiąt tysięcy żołnierza popod złowieszczemi skrzydłami kruków rozwarły się do uścisku.
Przeciw nim polskiego rycerstwa niespełna siedm tysięcy.
W zaszczycie dawnych, tak dwudziestopięcioletnich szańców i przekopów Zamoyskiego hetmana zaczajone błyszczą chorągwie.
Stanisław Koniecpolski, hetman polny, czyni w obozie rząd dzienny i dysponuje szyk w polu.
On ma pod sobą skrzydło prawe.
Na czele wszystkiej siły skrzydła lewego trzyma dowództwa buzdygan Samuel xiążę Koreckie, Pogoń odwieczną na tarczy noszący, — w sercu niezgasłą żądzę tronu, Heremia Mohiły, hospodarów multańskich zięć. Panię nieustraszone, — ów, co bez Rzeczypospolitej zezwolenia własną swą, korecką wojnę ottomańskiej potędze wydawał, — nie polskim, lecz Michała Wiśniowieckim, Stefana Potockim, Jana Przerębskim hufcom hetmanił, — dziesiątkami tysięcy trupa muzułmańskiego we dwudziestu bataliach zaścielał wołoskie pola, — hospodara Alexandrzyka, Domny Halżbiety Mohiłowej wdowy synaczka, sadzał na tron, — pojmany w boju konał nieustraszenie w lochu stambulskim, — junacko uchodził przez Raguzę, Sycylię, Neapol, Rzym...
Zakuty w żelazo, olbrzymi, — czarne dziwowisko, — piorun turecki, — wywlekał znowu miecz na półksiężyc.
Nad kornetami niemieckiej rajtaryi, przewodzi Herman Denhof młodociany.
Roty piesze cudzoziemskie sprawia dziki, niesforny, inflancki krzeczot-białozor, Wolmar Farensbach, wielkiego Jerzego, puszkarzów syn.
Wyszły na odwagę wojenną siły królewiąt.
Stefan Chmielecki, — postrach tatarski, — z synami: Adamem i Łukaszem, prowadził ukrainnych pancernego znaku ośmset towarzysza.
Walenty Alexander Kalinowski, kamieniecki starosta, wiódł cztery pełne chorągwie.
Mikołaj z Komarowa Struś halicki, — Moskwy najezdnik i krwiożerca, — stanął we trzysta kopij.
Mądry w radzie, mężny w boju, wytrwały w niedoli, Marcin Kazanowski, podolski wojewoda, cztery husarskie chorągwie sprawia.
W obleczeniu gorąco złoconych blach harcuje przed swoimi wojewodzic bracławski, Mikołaj Potocki młody.
Janusz ze Śniatyna Tyszkiewicz czterysta szabel ma pod sobą.
Stanęli w strzemionach sławni rotmistrze.
Jest Andrzej Karwicki i Jan Wąsowicz, Mikołaj Sienieński i Mikołaj Maliński — ponury, milczący, zły Odrzywolski Jan — siłacz nadobny Alexander Morsztyn, Alexander Cetner i Jan Malecki.
Z prawej ręki, daleko za wałami ponad rzeką Żyżyją i błotnemi szuwary położył się obozowiskiem, a straże na prawo i na lewo wysunął Walenty Rogawski z trzynastoma stokonnemi rotami lisowskich straceńców.
Żelaza na nich nie ujrzeć, chyba pod końskiemi kopyty, u lewego boku i na ramieniu. Wysokie z ich łbów golonych zwisają czapki, płaszcze opięte z szerokim kołnierzem chronią od dżdżu.
Ciasne na nich, wielobarwne, na ziemiach dalekich wdziewane ubiory, juchtowe, mocno podkute buty.
Pokładając się na krótkiem siodle, puszczają w jaskółczy harc zwinne, lotne i rącze swe konie. A gdy raz czwałać poczną, ocieka krwią krzywa szabla, dzwoni cięciwa łuku, dymi się długa rusznica.
Twarze ich zgorzałe od wichru, co je chłostał między Lodowatem i Kaspijskiem morzem, między uralskiemi i alpejskiemi lodozwałami, w tysiącu bojów prochem odymione, wychudłe w pochodach przez Węgry, Czechy, Niemce, Lotaryngią, Szampanią, aż po Paryż.
W tyle obozu nad rzeką stoją kosze kozackie wolontaryuszów zaporoskich młodego Chmielniczenki Bohdana. A Bohdan Chmielniczenko pogląda zdala zadumany w panów polskich zbroje, w ciurów obóz zgiełkliwy... Połyskują jego mołojców arkabuzy, guldynki i toruńskie muszkiety, janczarki w polach nadmorskich zdobyte, bandolety i nośne samopały. Dzwonią w jego obozie śpiewne bałabajki.
Tęsknią do lotu strzały w sajdaku.
Równo z czołem pancernego szyku, z prawej i lewej strony czyhają zasłony armaty, złożonej z falkonetów, z hakownic, śmigownic i wozów.
Miała iść w bój z taborami wszystka armata. W każdym taborze pięćdziesiąt wozów we cztery rzędy. Między rzędami kapitana Trzebuchowskiego piechota po kilkaset żołnierza i draby pod kapitanem Almady. W czele każdego taboru, w tyle i z boków od pola po cztery działa. Cały regiment armaty dla strychowania pola boju miał pod sprawą zimny, sumienny a prawy Teofil Szemberg.
W głębi obozu tłoczyły się zbiorowiska ciurów, wielka liczba czeladzi, pachołków pańskich, hajductwa, strzegącego luźnych i jucznych koni, drabów od juków i kolas, służby husarskich chorągwi i włóczęgów idących za wojną.
W pośrodku wojska, między synem Janem hrubieszowskim starostą, synowcem Łukaszem, kałuskim, a Alexandrem Bałłabanem, winnickim, siostrzeńcem z żółkiewskiej krwi, — orzeł-mogilnik, Rzeczypospolitej wojen i rada, — Stefana króla żołnierz, — hetman i kanclerz, sławy polskiej piastun, na oczu wszystkich w wysokiej cecorskiej krzepi... Kołpak na nim ciasny z czaplem pierzem, znacznie wydanem.
Wiatr pierze muska.
Lamparcia zwisa skóra z twardych karwaszów, złocących ramiona. Nieruchoma buława, — znak chwały polskiej, cnoty męskiej, przelanej od wieków krwi — na łęku siodła spoczywa.
Grzeje się koń i niepokoi pod kanafacowym czaprakiem, pod siodłem srebrnostrzemiennem, w złoto oprawnem, drogiemi wysadzonem kamieńmi.
Wyciąga gibką szyję hetmański koń, co po dziedzińcu kniazia Groźnego Iwana, po Łobnem miejscu Borysa, u wrót dwuramiennej cerkwi Błażennego Wasyla srebrną dzwonił podkową. Czujnemi chrapy wciąga wiatr z obozowisk Skinderbaszynych lecący...
Dostojne czoło hetmańskie, ozdoba rasy, szedziwemi oplecione promieńmi, na załogę bezpieczeństwa ojczyzny z granic jej wyniesione, duma nad sprawą. Majestat i piękno twarzy tej skryte w niej sumienie szlacheckiego Polski gminu, — włada tłumem.
Uśmiech, żałosna mądrość, szydzący i miłościwy, na ustach siadł i nie schodzi.
Czujne oczu spojrzenie w dal poleciało ku olbrzymiemu wrogowi — i nie wraca, jakoby ów podjazd szalony Odrzywolskiego Jana, co pocwałował orloszumiący skrzydłami w paszczękę nieprzyjacielską, — i nie wraca.
Powiał z dalekich koszów Gałgi, z czat Kantemira gwar, zgiełku echo, poryk bydła, rżenie koni.
Wzmógł się uśmiech od głębokiej hetmańskiej dumy.
Ściągnie się w przestrzeń biała dłoń.
Pomyka z oczu przymrużonych w dal wyzwanie:
— Nie ciebie się boję, — nie ciebie się boję, o wrogu! Nie ciebie się boję, zewnętrzna potęgo, nawalności janczarska, co mię strasznemi chcesz ogarnąć skrzydłami, — góry kamienne na piersi me dźwigasz i kraczesz nad sercem złowieszczych wron chmurą. Nie wobec ciebie trwoży się serce moje, gdy zstępujesz nieprzejrzanym obłokiem na tę garsteczkę szlacheckiej krwi, — gdy błyskasz włócznią setek tysięcy i Goliata wywlekasz miecz.
Dawidzie mój!...
Zwróciły się oczy hetmańskie na zastęp siedmiotysięczny i szły po chorągwiach koleją, koleją. Patrzą w demeszkowane szyszaki pancernych korony, na kopije lasem stojące z powiewnym, jak welon proporcem i grotem błyszczącym, — na pancerze ruskich województw srebrem nabijane i złotem, — na litewskich petyhorców poczty, przybrane w brzeszczotowe koszule i gięte kolczugi. Obejmują głowy misiurkami okryte, hartują miecze u boku szerokie i długie, utwierdzają drzewa kopii olbrzymiej, przywiązane do łokcia sznurem z jedwabiu.
W pośrodku, między taborami, na czele, troistym szykiem w półkole, we sto dwadzieścia koni każda, husarskie czatują chorągwie hetmanów.
Rozkosz oczu rycerskich, pociecha ducha twardego.
Tarcze z rodowemi lśnią znaki.
Rycerze i konie obleczeni w kirys. U boku ich — koncerze. Pod prawą nogą u siodła — rapier do ścinania wroga, dziewięćłokciową zwalonego na ziemię kopiją. Na łęku młot sześciofuntowy do miażdżenia szyszaków, albo berdysz dwubrody do płatania na poły pancerza. Skóry lampartów i lwów, czarnych albo białych niedźwiedzi i wilków na barach. Z przyłbic strzelają czaple kity, pióra żórawie, indycze i bocianie. Zaramienne skrzydła w kunsztownej oprawie zrosły się w las, w puszczę młodą, po której strzelistych piórach sława szeleszcze. Długie, ze złotemi krzyżami, żółte i białe, czerwone i błękitne wieją proporce. Hetmański na czele znak, drzewo z wprawionem w nie skrzydłem rozpostartem orłowem.
Przed chorągwiami rotmistrze. Na czele ich — pułkownicy. Przy znakach pancernych trębacze z surmą przy ustach na sygnał czekają. W pogotowiu pałki trzyma bębenista.
Ponad nimi wszystkimi, jako żałosny polski biały ptak, polata myśl hetmańska, wszystko nieulękłem rozsądzająca baczeniem:
— Ciebie się nie tylko boję, lecz lękam, o wolna, o kresu nie znająca duszo polska!
Przed tobą drżę, ty niełacna, krnąbrna, sama siebie szaleństwem chłoszcząca, ty samej sobie nieznana i nikomu niewiadoma...
Widziałem cię w krwawych bitwach.
Gdyśmy się siekli w pałasze z kozaki i wojewodą Michałem, pod Rewlem z Karolusem, pod Tropcem z Moskiewskiego tatary, u bram niezłomnego Połocka, pod tynami płonącemi Wielkich Łuk, we trzydziestu nogajskich zagonach, w inflanckich i multańskich potrzebach, w kłuszyńskich opłotkach i na wielkiej moskiewskiej drodze, gdyśmy w dziesięć tysięcy szli na kraj świata po Monomacha czapkę szafirową dla królewskiego polskiej skroni dziecięcia... Widziałem cię w byczyńskiej opresyi, gdy w dyabła łańcuckiego kudłaty łeb przyszło cisnąć siekierą, — i pod Guzowem, gdy po ramię i po kolana trzeba się było ubroczyć w rodzonej krwi...
Och, polskiego wyuzdania duchu, wrosły w serce ojcowski, własny, — a obcy, rodzimy, — a wrogi!
Nie przed najeźdźcą drży moje serce, lecz przed wami, o sobie-pany!
Każdy z osobna wódz, każdy król. Pan Jerzy Mniszek — król sobie, Wiszniowiecki — sobie, Sapieha — sobie, Rożyński — sobie, Samuel Tyszkiewicz i Mohiłowi zięciowie. Każdy zależy tylko od Boga i od swej woli. Z kim chce, z tym zawiera przymierze, z kim chce prowadzi wojnę i gdzie chce szuka ojczyzny. Dyabeł Stadnicki i Ludwik Poniatowski zdobywają zamki i dwory, palą wsie i łupią miasta w ojczyźnie. Krzysztof Zborowski własne państwo zborowskie zakłada, przeciwko Polsce zmawia się z Moskiewskim i Rakuszaninem. Samuel banita praktykuje kozaki przeciw ojczyźnie. Zebrzydowski zgromadzi stotysięczną armię przeciwko panującemu królowi. Lisowski w kilka tysięcy urwanego od szubienicy człowieka rozbije ogromne pułki jedynowładców północy pod Zamkiem Biełozierskim, u Wielkiej Soli, pod błotnistym Suzdalem, zdobędzie niezmierną krainę dla impostora Dymitra i Maryny. Oleś Zborowski Samuelów oświadczy, że Polski za ojczyznę mieć nie chce, jeśli król Zygmunt w jego sprawy, w jego zamki na moskiewskim budowane lodzie zechce zaglądać. Xiążę Koreckie we dwudziestu bitwach pogromi stotysięczne hordy na tem wołoskiem palenisku, wiecznie krwią polską gaszonem.
A jeśli swawolnicy zięciowie, prowadząc teścia hospodara na multański tron, podpał pod całą Rzeczpospolitą wzniecą, — skoro lisowczycy, wspierając cesarza w zapasach z Bethlenem Gaborem, rozjuszą sułtana do tyla, że ogniem wielkiej wojny w Polskę wybuchnie, — kiedy przyjdzie wszystkiego odżałować, nieprzyjaciela odepchnąć stos, gołe granice zastawić od nawały, — wtedy nielża!
Ze wszystkiej, z najjaśniejszej Rzeczypospolitej nie znajdziesz, nie wyściskasz z kolan, nie wystoisz u drzwi przemożnych, nie wypiszesz tysiącem listów, nie wyżebrzesz przez rumor uniwersałów siedmiu tysięcy żołnierza!
Gdyby nie syn, nie siostrzeniec, nie bratanek, — gdyby nie koligaci zpod Karpat podnóża, co na słowo najświętsze zaklęci, skupią kilka rot w nagłym czasie i dla sąsiedzkiej wyjdą przyjaźni, — ilużby ze mną było?
Darmo w gnuśnej próżni, wśród ziewania ducha, w pośród mów, a szumnych odpowiedzi, w zimnem kole skomleć, gdzie w pośmiewisko obracają uniwersał, — żeby Warneńczykową strzałę woli na cięciwę Stefana króla zuchwałej rady położyć, — nie zasłaniać dziś od nawały nagich ścian kraju, bo tu u węgłów śmierć się wałęsa i w wywalonych czeka drzwiach, lecz w nieprzyjaciela ślepie iść, najeżdżać go w jego kraju, skoro z legowisk swoich wyszedł, żeby przyćmić Europy oświatę i na karku polskich ludzi wolnych postawić nogę.
Lecz któż w płytkie serce ludzi wolnych tchnie, żeby w sobie jedno uczcili Prawo, niem się związali, zbudzili wolę, wzniosłość i zachwyt wielki?
Jeśli nie skoczyć z tym zastępem, sam na dwudziestu nieprzyjaciela, zarzucą w tył zniewagi, idąc na swą pijatykę, me główne imię, z niedbałą sarmacką pychą, z niewdzięczną polską fantazyą, jako wylot kontusza. A jeśli skoczyć i przegrać, ukamienują obłudnym szlochem mą pamięć, unurzają moje imię wojenne w błocie obmowisk i jawnego oszczerstwa, cisną je w pomietle pospólnego sądu, w śmiechu swym bezrozumnym zagrzebią i przypną mi nad wiecznym mym hełmem kitę przekleństwa.


Daleko w polach wzbiły się pyłów obłoki.
Wrzawa odległa... Tatarski nagły krzyk.
Podjazd niósł bitwę.
Zcicha wyszeptał kanclerski syn głuchą radę:
Macte!
Mgła zasłoniła ojcowskie źrenice.
Wzmógł się hetman głębokiem westchnieniem:
— Zestąp się i zrośnij w jedno, o rozszarpany polski duchu!
Stań się Moc!
Twardem spojrzeniem poruszył buzdygany wodzów.
Dźwignął nagle buławę. Wielkim zamachem dał znak.
Zawrzasły larmo trąby. Uderzył bęben.
Szczękną natychmiast zasłony wozów wraz z «kobyłami» armaty. Zadzwonią łańcuchy.
Drgnęły usarskie chorągwie, kołem na czele stojące.
Zakołysał się pancerny szyk za szykiem.
Nim z łuku strzelić — olbrzymi nieprzyjaciół obłok wywinie się z za kurhanu, pędząc za ciasną polską kolumną podjazdu.
Tatarski wrzask rozjuszony kędyś na tyłach obozu, zagłuszył strzały armaty Szemberga.
Runie z pędem niezłomnym w środkową nawałę turecką Chyzyra-paszy, z drzewem pod pachą, jasna broń kanclerzowej chorągwi. Wparł żeleźca w boki biegunów husarski polnego hetmana szyk.
Kłęby dymiącej kurzawy zasłoniły pole.
Wszystka nawałnica wielotysięcznego gminu nieprzyjaciół pędem uderzyła w pierś lecących z kopyta. Śmiga w bój, paląc z rusznic, lisowski pułk. Pokładli się jeźdźcy lisowscy na koniach, szable w ich ręku błyszczą. Srogi ich krzyk przeszył powietrze.
W dali, poza obozem, idą w śmiertelne z tatarami zapasy kurzenie kozackie.
Z dzikiem stękaniem, rżąc boleśnie, runęły na się piersiami, lecące, rozhukane konie. Spięły się na zadach, stanęły dęba i wzajem się pyskami kąsają.
Niemasz w cieśni tej miejsca na złożenie gładką kopiją.
Bielma ślepiów w bielma zajrzały, jakoby w otchłań śmierci. Wpiera się kolano w kolano. Brzeszczot wprost w brzeszczot strzela, kord praska w kord. Obuch gruchota przyłbicę, — jatagan spodnim sztychem brzuch rozdziera, — koncerz płata, jako szwy sukienne, stalowe nity kolczugi, a żelazna rękawica wyrywa z olstra wrogiego pistolet, albo, dosięgnąwszy gardzieli, wydusza z niej potężnym uściskiem ostatni dech.
Śmiga w nieulękłe twarze czarnych strzał zawieja.
Staje w sprawie i w bój idzie ruchoma grobla prawego taboru Drogonia, Lewikowskiego, Ochyja.
Grzmocą w twarz turecką śpiżowe cielska Szemberga, pokotem trupów zaścielając cecorskie pole. Nieulękłym krokiem, paląc raz wraz z gwintowanych guldynek, z rusznic tarczowych i nośnych samopałów postępują saboty kapitana Almady.
Opóźnił krok tabor lewy armatni.
Odsłonił czoło i bok wojska. Wstrzymał tylne szeregi.
Nie mają placu wolnego następujące chorągwie pancerne. Poczną, skokiem pole mijając, uderzać w tyły lewego taboru, — odpychając go dalej a dalej...
Tak się lewe skrzydło bojowego rzędu odsłoni i zmiesza.
Uderza w tę lukę wróg.
Trzymają na piersiach nawalność usarscy rotmistrze.
Skręca się w miejscu jazda, wirem ogromnym zatacza i wielkie koło włóczniane, obraca się w powodzi wroga.
Spostrzegli zamieszanie wodzowie.
Samuel Xiążę Koreckie na czele swoich chorągwi posiłecznym hufcem przedrze się ku wojowisku.
Paruje do sprawy zgniecione szeregi. Dysponuje szyk stały.
Ujrzeli wrogowie i swojacy kadłub jego olbrzymi na koniu zakutym w stal, gdy w prawo i w lewo miotać się począł od ciosów wielkiego koncerza.
Nanośna stal przyłbicy, jak skrzywiony, a rozwarty dziób sępa zda się jadowicie klwać truchło padające.
Oburącz wojen rąbie z ramienia. Sztychem błyskawicowym nawskroś przebija. Dzikie oczy, w szczelinach maski gorejące, gaszą pierwej żywoty, nim straszliwe ramię śmierć zada. Pot krwawy sączy się szparami żelaznych rękawic i ścieka z pod szyszaka. Głuche stękanie rwie się z piersi okutej, — ni to robotny pomruk drwala, co ścina pień odwiecznego buka, niepołoma dla halnych wichrów w tatrzańskiej puszczy. Zmydlony koń, złotem od bezcennego rzędu migający, skacze susami w puste ulice ludzkiego przerażenia, rży dziko, wykręcając się wokół na zadzie tanem bojowym w okrągłych porębach śmierci.
W prawym szyku Herman Denhof, jak strzała wbił się w skrzydła janczarskie. W zagon spahisów się worał. Dwie chorągwie rajtaryi w łosie kurty zaszyte wciosały się pod jego rozkazem i utkwiły w czele wroga, jak czekan nieugiętą ciśnięty prawicą. Z niewyrwanemi z piersi strzałami, biały od uszłej krwi, a z obliczem, które już śmierć całuje i ramieniem otacza, idzie na wytrwaną do mety swej pułkownik młody. Krzyk jego śmiertelny, śmiech jego donośny nad zgiełkiem bitwy lata, umierającym waleta, mężnym pozdrowienie:
— Za pokochaną ojczyznę! My, którzy nie uchodzim!
Każdy rajtar walczący u boku dowódcy bije się z dwudziestoma wrogami. Ilekroć wódz po za siebie okiem ciśnie, widzi dziury w rzędach, zdychające rumaki, siodła bez jeźdźców i grzywy samopas pędzące w przezroczystem polu. A po sześciu godzinach boju, gdy ze dwustu towarzysza piętnastu zostanie w strzemionach, wyniosą wierne ręce żołnierskie z pod kopyt tatarskich koni stratowaną, szaloną wodza głoweńkę...
Wspomniał Marcin Kazanowski, — nigdy niezgasłe serce, toropieckie pola, nocne z Markiem Sobieskim, Samuelem-banitą i walecznym z Żółkwie rycerzem wycieczki w tatarski kosz. Zda mu się, jakoby króla wielkoducha namiot jeszcze miał za sobą w obozie... Uderza jego chorągiew w szeregi tureckie, stokroć za szeregami występujące, jakgdyby katapulty miedziana głowica w niezłomny mur.
Klękają i o ziemię się walą konie jataganem zarżnięte. Rycerze ważą się naprzód i w tył od dziesiątków pieszego żołnierza zmożeni. Zepchnięci z łęku w ciżbie janczarskiej, ojczyźnie z przebitego serca oddają krew.
Spada z natarczywej ręki Jana Wąsowicza niepochwytny dla oka cios miecza w chłopy z puszcz i z nad morza. W niezakryte brzuchy, w czaszki osłonione jeno zwojami kaszmiru rąbie rota Alexandra Cetnera. Idą nań ławą, ktora żelaza pancernych przebić nie może, uciec niema gdzie przed ciosami, więc przez jedwabne kaftany i wzorzysto szyte koszule ścinana, wylatuje ze strzemion i pomostem się ściele. Zwartą idąc gromadą, bierze wroga na sztych, rozbija i targa jego szeregi Wolmara Farensbacha piechota, od krwi pod kurty spływającej przemokła. Jęk niedobitych ze śliskiej tam woła ziemi, gdy się włamują w nieprzejrzaną gęstwę. Puste tam pojeżdżają siodła i luźne dzwonią strzemiona na grzbiecie zbestwionych rumelijskich ogierów.
Zwalił turczyn krótkim czekanem w naczolnik Morsztynowego konia i krwawy odszczep łba wyłupał.
Padł na piersi koń bojowy. Wyrwał Alexander Morsztyn nogi ze strzemion i, spieszony, w zbroi kwitnącej od krwi poszedł między sępie skrzydła, kity i czuby ich wodzów, między połyski jataganów. Rwią pióro jego szyszaka strzały niechybne, dzwoni w jego piersi dziryt rzucony, ale umyka przed nim miecz. Na groblach trupów, zwalonych w tem miejscu armatą Szemberga, staje rycerz samotny, kurhan tam zakłada swój...
Raz wraz dookoła każdej szczypty rycerskiej zatacza się półksiężyc burnusów, usiłując róg swój z rogiem złączyć, a walczących zawrzeć w śmierci kolisku.
Polacy wyrąbują dziury w ciżbie, zrastającej się półksiężyca rogami, otwierają drogę odwodu i cofają się zwolna ku szańcom, żeby nie utonąć w nawale.
Z armatniego dymu wynurzają się tam i sam sienieńczycy, Janusza Tyszkiewicza towarzystwo, Strusiów pokruszony odłam... Zginęli zarąbani od poturczeńców ludzie mężni: Wrzeszcz, Kowalkowski, Goślicki...
W chorągwi kanclerza, co całą wagę nieprzyjaciela na się wzięła i najwścieklejszy jego cios w swe piersi skierowała, strzemię w strzemię walczą dwaj przyjaciele, bracia stryjeczni, Żółkiewscy — Łukasz i Jan.
Strzały po nich skaczą chyże, od krat lica kryjących pryskają, od yorkskiej odskakują kolczugi. Kule wokoło głów nucą. Łukasz Żółkiewski osłania brata rannego. Mieczem ociekłym koło niedostępne przed nim pisze, młotem toruje drogę.
Rzecze wśród trudu Jan:
— Jeżeli tu skonam, — bracie, — zanieś ojcu ostatnie moje odetchnienie. Tarczą go osłoń i mieczem szlachetnym. Radą go w chwili złej podeprzyj, gdy stara jego głowa upadnie w trudzie.
Rzecze Łukasz:
— Jeżeli ja zginę, — bracie, — wody naczerpnij w hełm i zawieź mu, gdyż za wojsko hetman czuwać musi, gdy wojsko pada.
Wbiją znowu ostrogi w boki końskie i skoczą w janczarskie gęstwiny. Groty spis wokoło nich nachylone.
Straszne oczy spoglądają. Tysiąc ramion naciąga łuk. Świst strzał. Przez tłok wroga osaczeni wyrąbują się samowtór.
Cofa się z nastaniem wieczora do połowy wyrąbana kanclerska chorągiew, samego ze sobą unosząc z pola.
Czterykroć przebiegał Koniecpolski, — polny, — przed potłuczonemi kupami żołnierza, rząd w nim czyniąc i serce. Gdy własny jego zastęp schodził z placu skrwawionego, stał polny w szeregu, dodawał ramienia i potężnemi ciosami nacisk odtrącał.
Napływ wciąż nowych szeregów prawy tabor ogarnął. Ze wszech stron ogarnięci, krzykiem gminu nieprzeliczonego ogłuszeni, w terrorze panicznym wyprzęgli ciurowie konie od armat. Jedni, póki pora uciekali z placu, inni pod kolasy schowani, konali od razów dziryta. Wozy wgniecione na działa zatamowały porządek odwrotu.
Wycięta niemal do nogi Almady’ego piechota. On sam, strzelając się w osaczeniu, trzaskiem muszkietów otoczony, z ciężkiemi ranami, we dwudziestu człowieka przedarł się do okopu. Uszły zaledwie trzy hakownice, dwa lekkie falkonety i wozów kilka. Rzucił się żołnierz turecki na kolasy z chciwością, rozumiejąc, że klejnoty w nich znajdzie. Lecz znalazł tylko koński gnój...
Pada słońce zachodu na połamane skrzydła, poszarpane zbroje, rude od krwi, — na pałasze w dłoniach pęknięte, — na wykrzywione od rozpaczy lica i oczy ślepe z wściekłości. Rżą i stękają z trwogi konie, gdy zbywszy jeźdźców, wbiegają w okop hetmański.
W zmiażdżonym do cna szyku, w hufiech posiekanych, w klątwach, wzdychaniu, w jękach, groźbach, w obłąkanym śmiechu i złowrogim pomruku, — płynie ścierpła od męczeńskiego zachwytu hetmana twarz. Jakoby światło miesięczne, uniesienie na niej zastygło. Uśmiech zgubiony nie schodzi z warg. Żelazny spokój i mężna cierpliwość, zawarte w oczach daleko patrzących, zatapiają się nie w bieżącą, lecz w następną chwilę. Oczy zgasłe mierzą nie dokonany już nieszczęścia akt, lecz to, co jest w nieszczęściu najgorsze, drugi, jeszcze niewidoczny jego w mroku stopień śliski, jutrzejszego tajemnicę dnia...


Zaledwie zdławione szeregi wbite na się i pełne ran same sobie zaszczytem być przestały, w obozie się znalazły poza osłoną ziemnego wału, rozprysł się skalisty ich opór. Niesprawa padła w nie, jakgdyby tajna pokusa szatana.
Nowozaciężni i osiwiali świadkowie wypraw gdańskich, inflanckich, moskiewskich i wołoskich, — szlachta konna i pospolite piesze żołnierstwo wybrańców, — rodowici ziomkowie i cudzoziemscy żołdacy, — rozkazodawcy i ciurów zbiorowisko, — nadewszystko zaś lekka obozowa hałastra, pachoły, służba, podjezdki, — wszyscy, — dali się ogarnąć szaleństwu rozpaczy i trwodze. Jęk powszechny: — uciekać! — wionął w szepcie warg odrętwiałych, zapalił się w błyskaniu źrenic i pędził bezładne gromady z krańca w kraniec obozowiska. Ludzie nie poznawali twarzy najbardziej znajomych, brnęli to naprzód, to w tył z krzykiem szalonym i groźbą. Strudzona prawica oręż wyrywała co chwila i co prędzej podnosiła do ciosu, zanim człowiek obaczył, kogo porazi.
Przejeżdża przez obóz Kalinowski Walenty, skupia swe roty, ustawia, a w tłum głośne, okrutne miota zniewagi na starą hetmana głowę.
Rzucił w ciżbę radę szeptaną Gracyan hospodar, żeby przez mętny Prut zaraz uchodzić, a potem jemu tylko znanemi przesmyki, Bukowiną, Pokuckim kątem. Każde jego słowo skupia orszak. Rada tworzy rotę. Brną za nim w noc.
Pędzi na koniu kanclerz stary.
Zagrodził drogę.
Zaklina, żeby obozu nie rzucać. Stanął u wylotu obozowiska. Chwyta w ramiona gadających bezładnie, szepce zapewnienia, — przysięga. Szablę wyrwał i zastawia drogę umykającym cichaczem. Skoro staną, oświadcza, że odprowadzi wsze wojsko do dniestrowego brzegu, na Mohylów, byleby sforność zachować. Obiecuje struchlałym natychmiast rozpocząć z wezyrem traktaty o zawieszenie napaści.
Wtem upadł w tłum z czyichś ust poszept inny: zamyślają hetmani wojsko wrogowi na rozsiekanie zostawić, ze Skienderem paktować, w rzeczy tajemnie uciekać.
Głuchą pogłoskę między zatrzymanemi kupami poniosła w obóz rozpacz skostniała.
Zastawił hetman strażami wyjście obozu.
Lecz o ciemnej nocy uciekł z obozu Gracyan hospodar.
Uciekł z obozu Walenty Kalinowski, starosta, uprowadzając ze sobą tysiąc pięćset podjudzonego żołnierza.
Uciekł mężny Jan Odrzywolski z chorągwią.
Uciekł Stefan Chmielecki z chorągwią.
Uciekł w noc ciemną piorun na turki, Samuel xiążę Koreckie.
Uciekł Janusz Tyszkiewicz ze swoimi.
Uciekł Moskwy najezdnik i krwiożerca Mikołaj z Komarowa Struś halicki.
Jedni uszli zdrowo i wcwał dopadli domowego proga. A inni zginęli w drodze niesławnej, napadnięci od ordy, zaczajonej na tamtym brzegu prutowym. Wyskakując z wody, nie mogli rozpoznać nieprzyjaciół, szli tedy pod miecz, albo w łyka.
Pochwycił Prut, jak lewiatan, kamienieckiego starostę w swe kłęby, w skręty, w przeguby. Wyrwał go ze strzemion i poniósł w dół. Rzuca go nurt po jamach, poi wodą w głębi swej, przewraca, ostrogami stawia w górę, a nieskazitelnym pióropuszem zaramiennych skrzydeł, co sławę żołnierzom szumiały, zamiata piach niskiego dna.
Jak zdechłą rybę, brzuchem ku niebu ciemnemu, wyrzuca Prut ze siebie trupa i huśta go na chichocie fali. Opił się Walenty Kalinowski rzecznego odmętu i popłynął, popłynął z rozkrzyżowanemi rękami, z rozdziawioną od krzyku gębą w daleką drogę, ku czarnemu Hellespontu morzu. W głębokich błotach limanu trupa swego zagrzebie. Zaryje w ił ostrogi rycerskie i wszczepi rękawice. Raki morskie wykłują mu oczy, wyssą serce wodne żmije. Pancerz jego splamiony, niesławny hełm szlam napełni zgniły, a muł na wieki zalepi.
Skoczyli w nurty prutowe Korecki, Tyszkiewicz, Struś, lecz na tamten skalisty brzeg jego nie mogąc wychynąć, wrócili. Ociekający wodą, z zakrytemi kratą przyłbic twarzami stanęli znowu w obozie, wrzaskowisku polskiem.
A w obozie polskim już żołnierz namioty podpalał. Z latającym, jak płomień pochodni, pomrukiem motłoch rozdziela zasłony namiotów, które opuścili rotmistrze i pułkownicy. Oczyma szalejącemi z wściekłości bada wnętrze każdego namiotu. A skoro próżnię ujrzy, jakgdyby grób ujrzał otwarty, jakgdyby wywaloną trumnę. Ciżba wydaje krzyk złowrogi. Ogląda stanowiska wydeptane od Chmieleckiego koni, puste gródze po pół łokcia na koń, gdzie Odrzywolskiego bytowała chorągiew, maca płomieniem pochodni i gorejącemi oczyma ziemię stratowaną śladami ku Prutowi, — i jako wilk wyje.
Czeladź w kupę strachem i żądzą złączona, broń przez rannych porzuconą chwytając, obchodzi powtóre puste namioty i zabiera na własność, co znajdzie. A obszedłszy puste namioty, pocznie zaglądać do każdego z kolei. Gdzie leży ciężko ranny, cichaczem skróci mu bóle dla łatwiejszego rabunku. Namiot hetmana polnego, namiot Kazanowskiego Marcina, Farensbachów, Szemberga i innych, co krwią ociekając, bronią obozu bezsennie na szańcach, — rozniesiono na strzępy. Szatrę wielkiego hetmana, który u obozowego odwodu drogę uciekającym zagradzał, zrabowano do nitki, że zostało jeno płótno zczerniałe od deszczu i ziemia goła. Skarbne wozy rozbito.
Chwyta sługa konie pańskie, samopas puszczone i w ciemną noc kalinowskim tropem umyka. Nareszcie pocznie zuchwałość zbijać z koni znużonych rycerzy, oręż z ręki osłabłej wyrywać, zdzierać zbroje i szaty.
Niesfora, swawola, gwałt buchną, jak pożar wśród tłuszczy. Tumult i wielki krzyk głuszą słowa.
Śmiech słychać okrutny, pogróżkę straszną dla ucha, złowieszczy śpiew...
Daleko zawiewa z nocy pean starodawny broniących obozu na wałach.
Oto przez rabującą hałastrę, która pali tabory i własne swe wozy naładowuje łupami, przedziera się na koniu Jan Żółkiewski. Głowa jego odkryta. Włos skudłany. Czoło związane szmatą. Krew z twarzy ciecze.
Niesie dla starca wodę w szyszaku, której był ze strumienia ku Prutu dążącego zaczerpnął, żeby spalone ojcowskie wargi odświeżyć. Przez zagon tatarski wichrem leciał, brzuchem końskim ziemię zamiótł w pustkowiu, przez obóz polski upiorem przepędził, wypadając z grubej ciemności.
Szept się w rosnącym tumulcie o jego widok zahaczy. Ruszą wszyscy na miejsce naczelne patrzeć, czy też i kanclerz już uszedł. Stoją w tłumie rotmistrze, namiestnicy, żołnierze. Zwartem kołem obskoczyli powtóre ciemny, głuchy, odarty namiot hetmański.
Krzyk napastniczy, znieważający żąda:
— Sam tu, mości hetmanie!
W ciemnym, głuchym namiocie na ziemi hetman leżał omdlały. Syn przy nim jedynak.
Zdyszani, strudzeni, ramiony się na moment objęli.
Głowami do się przypadli.
Strzały kończyste tatarskie wielekroć przebodły ciało synowskie w tej bitwie. W rany głębokie żeleźca twarz poorały. Krew zastygła na licu i w twarde gruzły się zsiadła.
Nie od ciosu pierzastej strzały janczara jęknął tak głucho hetmański syn, lecz zatrząsł się wszystek od polskiej strzały nieomylnej, co serce przeszyła boleścią.
Zniewaga czcigodnej głowy ojcowskiej aż do śmierci go poraziła. Powiódł hetman drżącemi palcami po twarzy młodej. W ciemności przebolał dłońmi grube guzy i rany rozdarte, jeszcze krew mokrą sączące. Pocałunkiem miłosnym, pochwałą wodza je uczcił.
Starą głowę znużoną na męża młodego czole z cichym wsparł szlochem.
Słychać strzały janczarek tureckich, bijące w okop cecorski.
Słychać krzyk przeraźliwy pędzących dokądś tatarów.
Słychać wrzask wzrastający koła szaleńców za namiotem.
Kłapiąc w pochwy szablami, wołają:
— Pewnikiem uszedł...
— Uciekli inni, czemużby i hetman?
— Uszedł hetman!
— Zdrada hetmańska!
— Do Dniestru go syn uprowadzi!...
— Oto przez obóz na koniu starosta hrubieszowski przeleciał.
— Skinder-baszy na mięsne jatki nas przedał.
— Dla Boga! Ze wszech stron nieprzyjaciel!
— Odsieczy nie czekaj!
— Nagrody żadnej za męstwo!
— Za wierną służbę miłej ojczyźnie śmierć czeka!
— Bez strawy my od godzin tylu...
— Wepchnął złoto w kaletę i na koń ze synem samowtór.
— Powiadają: do Skindera list pisał...
— Do Skinder-baszy list woził synaczek!
— Bierzcie ostatek, — dla Boga — panowie bracia, z namiotów.
— Za trzy pacierze wróg te miejsca osiędzie.
— Ma-li to niewierny turczyn odzierżyć?
— Ma-li dziki tatarzyn polskie skarby unosić?
— Do broni!
— Uchodźmy drogą pokucką!
— Hańba wodzowi!
— Hańba hetmanom, opuszczającym rycerstwo!
Spływa ciche słowo Janowe w namiocie, na obraz krwi świeżej z rany:
— Okrutne jest plemię polskie! Jak wilk rozwścieczony, jak żmija wyhodowana na piersi, niewdzięczny jest ten świat. Żaden mu inny na ziemi w niewdzięczności nie sprosta.
— Kocha się, — synu, — człowiek nasz, nadewszystko w widowisku strącenia wielkości z jej stolicy. Nie znosi człowiek nasz dla wielkości zachwytu. Lecz nic to, nic! Im okrutniejsze jest plemię, tem głębiej wrzynaj się w nie miłość twoja! Własne to nasze hetmańskie zadanie.
— Pogardź, ojcze, tą zgrają!
— Do podłego kruszczu pogardy lada dorobkiewicz i prędko dokopać się zdoła, lecz do złota wyborowego, którem za zniewagi my płacimy, jeno przez głębokie, twarde, skałą zamurowane wnętrzności ziemi ryć się trzeba. Głęboko leży polski skarb, o dobry synu! Bardzo to ciężki trud przez całe życie samemu, bez wezgłowia spać w dzikich polach, a słyszeć wciąż, jak głuchą ziemią leci nad głową z ojczyzny taki oto sąd, jak tej tłuszczy, — o wszystkiem, — lub jeszcze gorszy od tego sądu oszustów śmiech...
Każe hetman synowi zapalić smolną pochodnię.
Ujmie sam skrzydło orłowe, w drzewce włóczni wprawione.
Wyjdą obydwaj przed namiot.
Stanęli wobec rycerstwa, wobec żołnierstwa i ciurów.
Samuel xiążę Koreckie wśród tłuszczy. Woła:
— Wielki hetmanie — oto tłuszcza zbestwiona! Władzy żadnej! Splądrowane namioty... Roztargane w obozie trupy rycerstwa...
Rzecze hetman:
— Ze mnie woda nie ciecze. Komu innemu się skarż!
Krzyk rozjuszony dokoła:
— Z drogi się wrócił!
— Uląkł się Prutu wody spienionej!
— Cieplej spać pod namiotem, niźli się w Prucie pławić po nocy.
— Hańba tchórzowi!
— Za Kalinowskim, za Chmieleckim, za Strusiem!
Znak hetmański syn podniósł z rozkazem milczenia.
Daremnie. Krzyk wzrasta:
— Ten to nas tu przywiódł!
— Tak samo z garścią w Ruś chodził!
— Tak samo nie wskórał nic!
— Niechaj na Ewangelią przysięga, że z obozu nie ujdzie!
— Złóż wasza miłość przysięgę, że z obozu nie ujdziesz tajemnie, — inaczej ust nie otwieraj!
— My krew za sprawę wylali, którzy tu stoim, a hetman nasz zajęczym skokiem pomyka.
— Gdzież prawo?
— Niechaj przed nami, mężnem rycerstwem przysięga.
— Nie puścić!
— Otoczyć kołem!
— Ramiony zastawić!
— Wymówić posłuch!
— Nie słuchać bez przysięgi!
— Bez przysięgi nie słuchać!
— Nie słuchać!
— Nie słuchać!
Księgę znaleziono, podano.
Jęknął syn. Łamie ręce przed ojcem i błaga, żeby mu pozwolił nieskalany miecz wyrwać i rozsiekać zniewagę.
Płoną z trzaskiem pochodnie.
Zdjął hetman kołpak.
Powiódł dłonią po martwem licu. W tłum patrzy.
Twarz w twarz stanął syn ojcu. Łka głucho. Oczy jego płoną z rozpaczy, gdy szepce:
— Nie przeżyję tej hańby! Nie zniosę poniżenia. To imię Żółkiewskie nie tylko jest twoje, lecz jest moje. Na miecz się w oczach twych rzucę!
— Zejdź z drogi! Własną moją rzecz sprawuję. Muszę się schylić, muszę się zgiąć na wzór obręczy. Pokorą moją muszę opasać ich szaleństwo. Przypatrz się, co jest polskie szaleństwo! Rozpadną się i rozsypią, jak klepki, jeśli im się równy w podłości nie wydam. A gdy się tak zegnę i spoję w sobie, większy się stanę, niż oni wszyscy razem. Utrzymam, synu, w obręczy zachwyt ich dla siebie samych, czyli polską całość.
Syn u nóg na kolana runął.
W dłonie drgające od bólu księgę mu kładą.
W głuchem milczeniu słychać, jak serce łomoce.
Surowa twarz kanclerzowa od grozy skostniała.
Siwe włosy rozpacz zjeżyła. W oczach się iskrzy mróz śmierci.
Ściągnął rękę. Palce na księdze położył.
Uśmieszek cichej pokory klamrą mu usta okował.
Mówi głośno, wyraźnie:
— Na tę księgę przysięgam przed wami, jakom nie zamyślał o ujściu. Przysięgam, jako nie ujdę.
Wnet się rankor i niepomyślny animusz, — polskim obyczajem, — z gruntu odmieni i w łaskawość rozczuli.
Krzyczą poczciwie:
— Niech żyje hetman!
— By nas i zabić miał na tym placu, jego się trzymaj kto żyw!
— Nasz hetman!
— Tryumf przecie odprawował...
— Cary przywiódł...
— Z nim nama żyć i umierać.
Kołem go ciasnem opasali. Łzy w ich oczach. Uśmiechy.
Wyciągają dłonie...
Tedy czapkę naciśnie. Pierze sprostował. Znak każe podnieść. Buławę, żelazo wojenne w dłoń porwie.
Straszliwe z ust jego padają zniewagi. Z obuszkiem się porwie na tłum.
Rozkaz grzmiący:
— Na wały! Tchórze nikczemne, łotry!... Pod rozkaz hetmana polnego. Do broni! Kogo teraz na rabunku dopadnę — na pal!


Po dziewięciu dniach walki upartej z wrogiem stokilkadziesiąt tysięcznym i każdogodzinnej rozprawy, namowy, układów z szaleństwem garści zamkniętej w obozie, o nieszpornej godzinie dnia wywiódł hetman cichaczem pięciotysięczne wojsko z Cecory.
Zamknął je w ciągu tych dni jakgdyby w fortalicyi, w zamku ruchomym. Rozkazał ciasno, jedna przy drugiej zestawić kolasy wojenne w czworobok ze wszech stron zamknięty. Powtórzył zaś czworobok, coraz mniejszy, siedmkroć. Dniem i nocą skuwali kowale osie kolas jednej z drugą grubemi na krzyż łańcuchy.
Głucho pod okiem hetmańskiem zaklepano łańcuchy od pola na osiach. Od strony wewnętrznej związano kolasy wielekroć postronkami. Wprzód taboru wprawiono jedyne pozostałe działo. Boki i narożniki uzbrojono w śmigownice o kuli pięcio i ośmiofuntowej.
W drugim rzędzie szły wozy prochowe. Rannych, obozowe zawady i konie siodłane umieszczono we środku, skąd można się było wydostać na zewnątrz obozu jeno labiryntem sześciokrotnym uliczek.
W cieśniach, między jedną linią wozów a drugą, spieszeni postępowali żołnierze z muszkietami w ręku, wszyscy pod znaki właściwemi i w szyku.
Samuel xiążę Koreckie i Wolmar Farensbach dowodzili na przedzie, Marcin Kazanowski rozkazywał we środku taboru, Teofil Szemberg miał pod komendą odwodową lekką armatę. Dwaj hetmani sprawowali bezsenną władzę nad wszystkiem.
Cały tabor mógł iść w bezwględnej wozów ścisłości tylko razem. Jeżeli jeden wóz stawał, stawać musiał obóz wszystek zamknięty.
Dziesiątki tysięcy wrogów obskoczyły ruchomy czworogran. Kiedy orda tatarska co pary w koniu nań pędzi, Farensbach i Szemberg, oparłszy muszkiet na wozach wstrzymanych, spokojnie mierząc i celnie, skryci za parapetem skórzanych pudeł wozowych, trupami zaściełają pole. Ciemną nocą jesienną brnął obóz przez Deli dolinę. Wśród bezmiernego trudu, zasypywany strzałami, mijał w bród błotnistą jej rzeczkę. Kiedy skute wozy z osiami zarzynały się w mułach, a na głucho wprzężone konie, zarabiając się po pachwiny, tonęły w bajorze, odcinał żołnierz utopione, wkładał się w szlę i, jak koń, ciągnął przy dyszlu. Ze wszego ducha pracując i ze wszystkich sił, wybrnął tabor z topieli.
O dwie mile wołoskie dalej przyszedł na Prutu wybrzeże. Rzucił się nieprzyjaciel wszystką potęgą, usiłując wozy rozerwać. Blisko do pierwszych wozów wśród bitwy przypadłszy, obuchami młotów kruszył łańcuchy, berdyszami ciął sznurów spoidła. Lecz jak te wozy łańcuchem, tak skuła żelazna wola starego hetmana siedemkroć posłuszeństwem i odwagą dusze. Uniesienie zaciekłe czynem się stało zaciekłym.
W krwawej bitwie strzelanej odbiegli janczarowie wzniesienia, gdzie byli, i dział, które tam wciągnęli. Trupem ich pole zakwitło.
Tu było pierwsze miejsce wytchnienia taboru.
Następnego poranka, wciąż bitwę zwodząc wytrwałą, brocząc krwią i rozlewając krew wroga, wstąpił obóz w rozległą Derle dolinę. Staw tam był szeroki, — nadzieja wytchnienia. Lecz z nowościągnionemi hufcami uderzył tam właśnie sułtan Kałgaj w ściany kolas. Działa ustawił za stawem, konnicę wokół rozciągnął. Z gwałtem bił z armat w obóz i rzucał wciąż nowe jezdne ataki. Wyszła piechota z obozu polskiego i uderzyła z szaleństwem w armatę sułtana. Pierzchły przed natarciem szeregi i dwa działa tureckie zostały zdobyte.
Przysłał Gałga pod obóz jeźdźca z chustą białą i z listem. Udawał w liście, że pragnie zawarcia pokoju. Żądał przysłania pośrednika, świadomego mowy tureckiej. Wiedział hetman, że idzie o zwłokę. Wysłał Krzysztofa Drużbica, lecz przewidując podejście, do boju lud swój sposobił.
W jedności niedoli, w zakonie posłuszeństwa stali jego ludzie bezsenni, zgłodniali, przemokli, cierpliwie czekając.
Wielkiego trudu obrazem kupili wodzowie niełacne dusze rycerskie. Z godziny na godzinę trud olbrzymiał, zwiększał się ciężar poświęcenia i przybywało ucisku.
Z godziny na godzinę rósł jedności cud.
Tu było drugie miejsce wytchnienia taboru.
Nie wrócił Drużbic z poselstwa. O świcie napadł Gałga na obóz i aż do południa szturmował.
Szarpiąc się w bitwie zaciekłej, wywiódł hetman z krętych swoich uliczek zastęp jazdy i rzucił go znienacka. Wpadli w mnóstwo tatarskie, jak pocisk, wnet zdobyli działo i dwie zielone chorągwie.
Po południu otoczony chmurami jezdnej tatarszczyzny odszedł krępy tabor w swoją drogę daleką. Nie spoczął przez odwieczerz, wieczór i noc całą. Wokoło miał pożary wsi, stodół, żeby nigdzie pożywienia nie znalazł. A kiedy świt zajaśniał, ujrzeli ludzie polscy przed sobą wzgórza wyniosłe, wojskami okryte.
Strzelbą wróg obsadził wyniosłość, pułkami pieszemi zagrodził padoły. Janczarowie bili z rusznic w obwód taboru, tatarzy nań z boków wpadali, działa tłukły w ścianę przednią. Począł Szemberg bić w mogiłę wysoką ze śmigownic, siekańcami i śrutami nabitych, zlał ją krwią i drogę oczyścił. Lecz gdy się naprzód hetman pomknąć zamierzył, sam Iskiender wezyr szlak mu zaparł. Gęstemi z dział strzałami zamknął nanowo drogi cieśnię ognistą, ze wszech stron skierował na obóz piesze kolumny janczarów. Na rozkaz wodza polskiego ciurowie oręż przypasali, wdziali hełm po zmarłych rycerzach, dosiedli rumaków. Niska służba pachołków uszykowała się w hufiec i nagle wyszła z zawarcia. Szablą wsparła nieprzyjaciela daleko, rzuciła się ku armacie, zdobyła chorągiew i zepchnęła janczarów z wysokiej ich góry.
Poszedł hetman przed siebie przez padoły otwarte.
Dookoła taboru, ze wszech stron nieprzyjaciół korona.
Ze strzał, z dymu i z ognia, z wrzasku śmierć wieszczącego, — tej korony pałąki, zęby jej i promienie świecące.
Wróg zakwitł w oczach Polski idącej, jakoby chmur lotne zwały, z których pioruny strzelają i grom zlata.
Skoro katabasis, aż do śmierci strudzona, w lasy wkroczy, — wróg lasy podpala, a wicher głownie w obóz miota. Skoro na pola wstąpi puste, — wróg wokół pali chaszcze, trzciny, kępy na łąkach, ścierniska, resztki zbóż, szopy na puszczy, sterty i stogi. Dym się gęsty wlecze zwojami nad ziemią okrutną. Promień słońca przebić go nie może, wiatr go rozpędzić nie zdoła. Jeżeli wojsko zobaczy dalekich chat białe ściany, — wnet chaty płoną, a wielkie płomię miga się, rozdyma, trzepie, przysiada, skacze w górę i rozdziera przestworze, ni to śmiech na świat cały z polskiej sławy. Wielkie tam cudnokształne drzewa dymu kwitną spokojnie w niebiosach nad ludzkiemi krzykami. Jeżeli popod dymem błyśnie strumienia woda radosna, wnet w nią orda dziesiątki tysięcy wdepce koni i w bagno strumień zamienia. Wszystkie mosty na drodze pochodu zerwane, a groble zniszczone. Zdradzieckie tam wyżłobiono kanały, wilcze doły poryto i niezgruntowane zapadnie. Wicher jesienny zewsząd niesie dym rudy, oczy nękający i duszę.
Pali ogień pragnienia. Głód do oczu zagląda.
Choroba w wozach skowyczy. Padają mieczem porażone konie. Lecz kiedy ogień w około tańczy na kresach widzialni i kiedy oddech zatłumiają dymy, niemasz drzewa na ogień i niema kiedy mięsa piec końskiego. W oczach z niespania widziadło się snuje.
Strudzony żołnierz, w szeregu maszerując, śpi.
Omdlały upada w brózdę i zostaje na wieczny sen pod zgrzytającemi kołami, gdyż tabor przez jego tułów przejeżdża w swą drogę do strasznego polskiego celu, do niedosięgłej ojczyzny. Ciała od ran i pracy niezmierzonej zniszczone krukom zostają na żer. Człowiek woli żelaznej i pięści potężnej zdobywa pierwszy wóz z brzega, wali się weń i śpi twardo, a miejsce jego puste w szyku walecznym.
Cichy, pokorny bohater za wszystkich czuwa.
Krwawym idzie tropem bezsenny, spragniony, głodny, głodem-pragnieniem męstwo swoje, jak kosturem podpiera, — z bronią gotową brnie przez bajora, w deszcz, w wicher, w dym, w tatarskie strzały.
Przez noc i ranek, wśród harców nieustających, wydźwignął się hetman z padołów i o mil wielkich trzy dalej opodal rzeki Reut przystanął.
Tu było trzecie miejsce wytchnienia taboru.
Ruszono stamtąd w pola płaskie, nieogarnięte oczyma, suche, w pustki żałosne. Powietrze nad polami od pożarów gorące, pełne lotnej perzyny. Kurzawy tatarskie wszędy stronami. Na niebie wieko dymu czarne. A trawa tych spiekłych pól na poły od szarańczy pożarta. Śmiertelny całun szarańczy, nieznośna dla oczu makata powlokła grunt. Kopyta koni i pęciny toną w szarawem robactwie. Koń schyla łeb, szukając trawy, i miasto trawy wargami chciwemi owad chwyta złowrogi. Prycha koń, parska z odrazą, skacze w miejscu i z trwogi w pustkę daleką rży...
Zgniata ramiona coraz cięższy młyński kamień niedoli.
Wróg przeciął dostęp do rzeki. O wargach uschłych, o języku jak drzazga, w bezludnej dziczy milczący człowiek brnie. Nozdrzami wciąga wiotką perzynę, którą wiatr lekki niesie.
Rozum się w tłumie mąci.
Tabor męczarni dokoła głów i przed oczyma siedemkroć hańby skuty łańcuchem. Zgorzałe oczy szukają w polach pełgających ogniami jasnej wody kresowej.
— Dniestrze! Dniestrze! jasna wodo! — szepcą pustyni wargi spalone.
Rzemień butów od tygodnia niezzutych w nogi się werznął i w spuchnięte golenie wrósł. Żelazo pancerzów i kolczug przeżarło skórę i do zapiekłych ran, do niemytych postrzałów przywiera. Kirys odparzony grzbiet orze. Szyszak się w czaszkę wgniata i spracowany uciska mózg.
Pióra złamane żórawie, pióra strusie i orle ponad szyszakami z chichotem dziwnym łopocą. Jakowyś przyśpiewek śmiechu nad przyłbicami w stepowym leci wietrze.
Lica w ramach misiurek i hełmów z żelaza długie się stały, wychudłe, czarne i śmiech wzbudzające.
Tłuką się w szyku złamanym rycerze, idąc piechotą w milczeniu przed siebie. Konie niepopasane i niepojone kwiczą.
Z potłuczoną bronią, zeschłych ran pieczęciami dostojnie kroczy kwarcianego towarzystwa dwieście człowieka.
Zbitą, obszarpaną, wielobarwną gromadą w ścisłości wozów kołace się spieszony zastęp lisowski, napoły jataganem wygubion.
W twardem milczeniu ławą sunie Litwa.
Patrzy się w milczącą klęskę synów szlacheckich sępiemi oczyma kozacki setnik Chmielniczenko.
Pośrodku wojska orzeł mogilnik.
Sam na siodle.
Nasycony widokiem swych dni — w dumaniu jedzie.
Ciężko pod nim stęka koń i z głodu, wędzidło jeno żując, wzdycha. Boki jego od tygodnia nie rozsiodłane w oparzeliskach, zapadły, jak u zgłodniałej wilczycy. A pod popręgiem krwawa piana.
Och, koniu...
Koniu hetmański!
Nosiłeś, niedościgły biegunie, pańską sławę po ziemi wolnej i po ziemi cudzej. Chodziłeś pod kapy złotolitemi w tryumfie, a sub clypeo i pod buławą w pośrodek bitwy. Wolnym szlachcicom ze wszech ziem, jak długie i jak szerokie, na placu starożytnych swobód ojczystych ukazywałeś pana jasną postać, niosąc ją ku miejscu przenajwyższemu.
Któż spamięta, ilekroć z sejmu za trzeciemi wiciami w złote twe strzemię nogę kładł?
Niewielu żywych pamięta, ilekroć szedł od miedz domowych przeciw obcemu gwałtowi kord przypasywać, wdziewać przyłbicę i bić się po nocy w polach, by spała pod wyciągniętem ramieniem Rzeczypospolita, jako dziecię w kołysce.
Och, koniu!
Czyli zaniesiesz o strzaskanym puklerzu do ojczystego proga powieść wyniosłą? Czyli na twoje, — koniu, — rżenie ocknie się tygrysi gniew, wzmoże do walki serce lwie? Czyli plemienny krzyk rozedrze upartą ciszę nad gnuśnemi miastami, nad zamki, groźną zwadę knującemi samowtór, i nad dworzyszczem, pełnem twardej pijatyki?...
Idąc wciąż przez spiekłe od gorąca pola szarańczy całą noc i połowę dnia, dosięgła katabasis rzeki Kobełty.
Minął ją hetman i brzegiem ciągnął dalej mil trzy. Na drugim brzegu wszystka bisurmańska potęga biła weń z dział, janczarek i łuków. Za sobą miał wilki tatarskie. Odbili nacisk niejeden lisowczycy, walczyła do upadłego piechota niemiecka. Kiedy wszystkiem nacierali mnóstwem tatarzy, strzelał w nich Szemberg ostatkiem nabojów i wielkie w nawale wybijał ulice.
Po ośmiu dniach pochodu, niespania, pragnienia, bez strawy — omdlał lud. Strapieni głodem szaleli. Krzykiem lżyli hetmanów. Wody pragnący nie chcieli iść i na ziemię z rozpaczą padali. Wyszedł już proch i kule. Konie klękały strudzone...
Napotkaną wieś Serwirnię zapalił wróg. A o czterdzieści staj, o dwie mile wołoskie świeciły już Dniestru jasne wody.
Nie dał żołnierstwu hetman chwili spoczynku. Naglił do marszu. Coprędzej chciał Dniestru łęgów, rokicin i stogów dosięgnąć, tam się okopać, dostać widnych zdala stogów siana dla koni, wysłać komunika do Mohilowa po żywność, czekać posiłków i stoczyć śmiertelny, ostatni bój.
Ujrzawszy zdala wody Dniestrowe, powściągnął się nieprzyjaciel, zawahał, cofnął. Tatarskie gromady zdaleka krążyły. Stanął tabor bezsilny. Nie chciał, gdyż nie mógł iść.
Tu było czwarte miejsce jego wytchnienia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.